Kroniki wielkiego dziesięciolecia (#1). Matka diabła. Kulisy rządów Chruszczowa - Wiktor Suworow

-
Proszę czekać

Pro­log

Zamiast cza­ro­dziej­skiego obrusa - święta gazeta "Prawda". Na gaze­cie - trzy gra­nia­ste szklanki, topione serki, chro­po­wate ogó­reczki, aro­ma­tyczna cebula, pajda chleba, pęto kieł­basy, flaszka z dom­kiem na nalepce i napi­sem "Sto­licz­naja". Wokół gazetki trzech chło­pów w takich samych pozy­cjach jak na obra­zie Pie­rowa Odpo­czy­nek myśli­wych. Tylko zamiast pożół­kłej trawy - mate­ra­cyki z gąbki na beto­no­wej wylewce hali mon­ta­żo­wej, za ich ple­cami zamiast jesien­nego lasu i bez­kre­snych prze­strzeni - czte­ro­osiowa plat­forma kole­jowa spe­cjal­nej kon­struk­cji, a na niej - bomba o dwu­me­tro­wej śred­nicy i ośmiu metrach dłu­go­ści.

Osiem metrów - jeżeli nie liczyć zapal­ni­ków, dwóch wysu­nię­tych do przodu ostrych sta­lo­wych bol­ców po pół­tora metra każdy. Nazywa się to po pro­stu - "Wyrób 602". Wyrób mon­to­wano bez­po­śred­nio na plat­for­mie kole­jo­wej. A żeby plat­forma zna­la­zła się w dogod­nym dla mon­tażu miej­scu, trzeba było wybu­rzyć ścianę, roze­brać posadzkę i poło­żyć tory bez­po­śred­nio w hali mon­ta­żo­wej.

Wyrób waży 26 413 kilo­gra­mów.

Zosta­nie zrzu­cony z samo­lotu bom­bo­wego Tupo­lew Tu-95W.

Żeby samo­lot mógł odda­lić się od miej­sca wybu­chu przy­naj­mniej o sto kilo­me­trów, bomba będzie opa­dała na spa­do­chro­nie, który waży 813 kilo­gra­mów. Kopuła spa­do­chronu - 1600 metrów kwa­dra­to­wych. Wyrób razem ze spa­do­chro­nem waży 27 ton. Z okła­dem.

Jeżeli spa­do­chron nie otwo­rzy się albo otwo­rzy się ze zbyt dużym impe­tem, spe­cjalny mecha­nizm w bom­bie nie pozwoli jej eks­plo­do­wać przed cza­sem. Ale załoga samo­lotu-nosi­ciela w nie­za­wod­ność tego mecha­nizmu spe­cjal­nie nie daje wiary.

Reszta urzą­dzeń powinna zadzia­łać jak należy. Wła­śnie za przy­szłe powo­dze­nie polano po bra­ter­sku na trzech aro­ma­tyczny ogni­sty płyn.

Bomba - trój­fa­zowa. Na okre­ślo­nej wyso­ko­ści - a to nie mniej niż cztery kilo­me­try - zadziała pierw­szy sto­pień o mocy pół­tora miliona ton tro­tylu. Ten wybuch zaini­cjuje dzia­ła­nie dru­giego stop­nia, 5 milio­nów ton, a ten z kolei będzie deto­na­to­rem dla trze­ciej, dzie­sięć razy potęż­niej­szej fazy. Eks­plo­zja powinna być porządna. Moc łączna coś około 55-57 milio­nów ton. Przy takiej mocy za dokład­ność nie można ręczyć. Może osią­gnie 30-40 milio­nów albo może prze­kro­czy 70. Ale z ręką na sercu, to przy­znajmy się przy­naj­mniej sami wobec sie­bie: czy nie jeden czort, 30 czy 70? Bo w każ­dym razie to jest kilka tysięcy razy wię­cej niż w Hiro­szi­mie.

Ale to nie wszystko. Cały dow­cip polega na tym, że radzieccy naukowcy w końcu zna­leźli roz­wią­za­nie i stwo­rzyli ładu­nek, któ­rego mocy nic nie ogra­ni­cza. W ogóle nic. Do iden­tycz­nego kor­pusu o dłu­go­ści tylko ośmiu metrów można, jeżeli taka będzie wola, wci­snąć ładu­nek 100 milio­nów ton, można cały miliard! Miliard!!! I wysa­dzić Zie­mię w jasną cho­lerą! Zna­ko­mity pomysł: po pro­stu wysa­dzić!

Tak więc twórcy po zakoń­cze­niu mon­tażu i przy­krę­ce­niu ostat­niej śrubki pili w tam­tej chwili nie ot tak sobie, a z kon­kret­nego powodu.

Wypili faceci i się zamy­ślili: Jak by tu nazwać swoje dzieło? "Wyrób 602" - dobrze. Tak pozo­sta­nie we wszyst­kich doku­men­tach. Ale zbyt razi nasze ucho. Chce się cze­goś roman­tycz­nego!

- Car Bomba!

- Nie nadaje się.

- Dla­czego?

- Wykpią. Stoi na Kremlu Car Puszka, kali­bru pra­wie metro­wego, waży 40 ton. Powinna była strze­lać kamien­nymi kulami po tonie każda. Tylko czy kie­dy­kol­wiek wystrze­liła ta armata? Obok Car Koło­koł - 200 ton. Ni­gdy nie zadzwo­nił. W 1915 roku zbu­do­wano car czołg Lebie­dienki. Nie potra­fił ruszyć z miej­sca. Czy chcemy się zna­leźć w tym gro­nie?

- Pierw­sza radziecka bomba ato­mowa nazy­wała się Tatiana. Może i my nadamy naszej jakieś imię?

- Jakie?

- A cho­ciażby Iwan!

- Znowu nie to!

- Niby dla­czego?

- W rosyj­skich baśniach Iwan jest zawsze głupi. Damy jej na imię Iwan, a wszy­scy, któ­rzy będą mieli do czy­nie­nia z bombą, od razu prze­kręcą na Głu­piego Iwana.

- Racja.

- Wiem, chło­paki!

- Mów.

- Nikita Chrusz­czow obie­cał poka­zać Ame­ryce matkę dia­bła. A co mógł poka­zać oprócz swo­jej żyla­stej, guzo­wa­tej pię­ści? Teraz może! Oto ona, ślicz­notka! Oto ona, kochana! Oto ona, w całej swo­jej olśnie­wa­ją­cej oka­za­ło­ści i maje­sta­cie - "Matka dia­bła"!

Roz­dział 1

1

Loko­mo­tywa jakoś tak bar­dzo deli­kat­nie przy­ci­snęła się bufo­rami do bufo­rów spec­plat­formy. Szczęk­nęły gło­wice sprzęgu auto­ma­tycz­nego. Główny kon­struk­tor Julij Bori­so­wicz Cha­ri­ton głę­boko wes­tchnął i po raz ostatni musnął dło­nią wypo­le­ro­wany bok gru­ba­ski: nie zawiedź, kochana, nie spraw mi zawodu, naj­droż­sza. Serce się mu ści­snęło: prze­cież odpro­wa­dza ją, swoją fawo­rytę, w ostat­nią drogę.

I odwró­ciw­szy się, nie patrząc już na nią, mach­nął do maszy­ni­sty z gory­czą: ruszaj!

Loko­mo­tywa płyn­nie, jakby od nie­chce­nia, pocią­gnęła plat­formę, wypro­wa­dziła ją z hali i zamarła. W świe­tle księ­życa ślicz­notka zalśniła tym szma­rag­dowo-sre­brzy­stym bla­skiem, który kła­dzie się w poprzek Dnie­pru w jasną noc. Gdyby ktoś nie wie­dział, że na plat­for­mie wywie­ziono bombę, to mógł sobie pomy­śleć, że nie jest to wcale bomba, a nie­duża, zgrabna łódź pod­wodna dla dywer­san­tów: była tak piękna i dosko­nała jak zamar­z­nięta kro­pelka. Ale nie ma tu osób postron­nych. Obcym wstęp wzbro­niony. Są tu tylko swoi. I wszy­scy wie­dzą, że to nie łódeczka, a coś zgoła innego. Wszy­scy wie­dzą, że w tej ośmio­me­tro­wej "kro­pelce" zamknięto moc, któ­rej nikt przed­tem ni­gdy nie posiadł.

Super­po­tężne bomby należy wypro­wa­dzać z hal mon­ta­żo­wych tylko w nocy. W taką noc wszy­scy, któ­rzy bez­po­śred­nio nie biorą udziału w zała­dunku wyrobu, powinni spać. Ale któż w taką noc zaśnie?

W pobliżu hali mon­ta­żo­wej powinni znaj­do­wać się tylko ci, któ­rzy biorą udział w ostat­nich przy­go­to­wa­niach. Reszta nie ma czego tu szu­kać. Nie ma tu obcych. Są nie­da­leko, za oknami hal i labo­ra­to­riów. Każde okno, które wycho­dzi na pomost hali mon­ta­żo­wej, było oble­pione oku­lar­ni­kami w bia­łych far­tu­chach. Kto oprze się poku­sie, żeby zer­k­nąć na swoje dzieło? Przy­naj­mniej z daleka? Przy­naj­mniej kątem oka? Każdy wło­żył cząstkę wła­snej duszy w stwo­rze­nie ślicz­notki. Ale zmon­to­waną widzieli nie­liczni. Wypły­nęła loko­mo­tywa z hali, wycią­gnęła plat­formę ze lśniącą "kro­pelką" i roz­legł się zwy­cię­ski okrzyk na kory­ta­rzach, gabi­ne­tach i halach: Ach, jakaż ona piękna!

Jak prze­trans­por­tują "kro­pelkę"? Okryją bre­zen­tem? Wcale nie. Naj­pierw ją przy­mo­cują tak, żeby nawet nie drgnęła. Ogro­dzą meta­lo­wymi kra­tami w czarno-poma­rań­czowe pasy, na amen mocu­jąc jedną do dru­giej, budu­jąc z nich wytrzy­mały szkie­let. Nawet jeżeli zda­rzy się wypa­dek i "kro­pelka" zacznie kozioł­ko­wać razem z wago­nem - obu­dowa uchroni ją przed siń­cami i potłu­cze­niami.

Pod­czas podróży po kraju plat­forma z "kro­pelką" będzie wyglą­dała jak zwy­kły wagon pocz­towy bez okien, dość brudny, dość poobi­jany, ze wszyst­kimi sto­sow­nymi napi­sami po bokach. A na czas mon­tażu wyrobu zdjęto dach i ściany wagonu. Po zakoń­cze­niu mon­tażu potężny dźwig posta­wił ściany i dach tam, gdzie ich miej­sce, przy­kry­wa­jąc "kro­pelkę" jakby wielką meta­lową skrzy­nią.

Na tym nie koniec. "Kro­pelka" potrze­buje czu­ło­ści i szcze­gól­nej tro­ski. W jej wago­nie stwo­rzono sto­sowny mikro­kli­mat - uwa­żaj, kochana, nie zmar­z­nij. Noce są chłodne. Już jest paź­dzier­nik.

Wła­ściwi towa­rzy­sze ogar­nęli wagon kry­tycz­nym spoj­rze­niem przy­mru­żo­nych oczu, ski­nęli gło­wami: wszystko w porządku, wagon jak każdy inny. Nikt nie zwróci na niego uwagi. Teraz loko­mo­tywa odpro­wa­dzi wagon pocz­towy na tor zapa­sowy. Tu powsta­nie skład: loko­mo­tywa, wagon ochrony, wagon per­so­nelu tech­nicz­nego, wagon główny z ładun­kiem, wagon ze sprzę­tem zabez­pie­cza­ją­cym i jesz­cze jeden wagon ochrony.

Tam rów­nież na torze zapa­so­wym wymie­nią maszy­ni­stów. Ci, co widzieli bombę, są szcze­gól­nie spraw­dzeni. Tu pra­cują i miesz­kają; i oni sami, i ich dzieci na zawsze tu pozo­staną. A nowa bry­gada maszy­ni­stów nie ma poję­cia, co będzie wio­zła: wagony jak to wagony, wszyst­kie zie­lone, wszyst­kie takie same.

Nawia­sem mówiąc, ochrona też nie musi wie­dzieć, co ochra­nia. Ochrona powinna tylko pamię­tać arty­kuł z "Regu­la­minu służby war­tow­ni­czej": czuj­nie ochra­niać i wytrwale bro­nić. Reszta - nie ich psi inte­res.

Punkt doce­lowy esze­lonu - mia­sto Gorki. To sta­cja koń­cowa. Jako pierw­szy ruszy esze­lon skła­da­jący się z loko­mo­tywy i dzie­się­ciu wago­nów towa­ro­wych. Za nim główny, ten, który trans­por­tuje "kro­pelkę". Maszy­ni­ści głów­nego składu dostali roz­kaz: trzy­mać się jak naj­bli­żej esze­lonu z przodu, nie tra­cąc z oczu czer­wo­nej lampki ostat­niego wagonu. Z tyłu - jesz­cze jeden skład, też w zasięgu wzroku. Tak pędził z tyłu do samego Gor­kiego. Co prawda, nie napie­ra­jąc.

Do Gor­kiego dotarli bez przy­gód. Maszy­ni­ści zauwa­żyli tylko coś dziw­nego: nie minęli żad­nego pociągu. Co się dzieje? Jak gdyby cały ruch do samego Gor­kiego zamarł. Dziwne.

W Gor­kim - koniec trasy.

Ale tak tylko powie­dziano maszy­ni­stom i ochro­nie, dzię­ku­jąc za dobrą pracę. W Gor­kim wymie­niono wszyst­kie trzy loko­mo­tywy wszyst­kich trzech pocią­gów z maszy­ni­stami i całą ochroną. Jed­no­cze­śnie - całą doku­men­ta­cję dla trzech skła­dów. Z doku­men­tów wyni­kało, że niby przy­je­chali z Tasz­kientu.

Kolejny etap - od Gor­kiego do Kirowa. Teraz na tym odcinku zatrzy­mano cały ruch kole­jowy w obie strony. Teraz tu całą linię objęto ochroną woj­ska i mili­cji. Teraz na tej tra­sie zablo­ko­wano wszyst­kie prze­jazdy kole­jowe. Znowu pociąg bufo­rowy na czele, za nim główny, z tyłu jesz­cze jeden bufo­rowy. Żeby nikt przy­pad­kiem nie ude­rzył w ten, który prze­wozi deli­katny ładu­nek.

W Kiro­wie jesz­cze raz wymieni się maszy­ni­stów i ochronę. Jed­no­cze­śnie zmie­nią numery pocią­gów i całą doku­men­ta­cję. Na temat prze­jazdu trzech pocią­gów będą wie­działy tylko wiel­kie szy­chy w resor­cie kole­jo­wym: szcze­gól­nie nie­bez­piecz­nych więź­niów prze­wo­żono... z Briań­ska.

Potem roz­kaz: oczy­ścić wszyst­kie trasy do Kotłasu! Linię pod ochronę! Zamknąć prze­jazdy! Powia­do­mić Kotłas, że jadą spec­po­ciągi z więź­niami z Ere­wa­nia. Aresz­tanci nie będą się opa­lać na połu­dniu. Ich miej­sce jest na pół­nocy!

I tak do samej Wor­kuty.

Na każ­dej kolej­nej sta­cji nowe papiery. Gdyby ktoś chciał odtwo­rzyć na pod­sta­wie papie­rów prze­bytą trasę, to nic by to nie dało. A już okre­śle­nie początku trasy jest nie­moż­liwe z zało­że­nia. Dla­tego, że nie ist­nieje. Miej­sce, gdzie "kro­pelkę" stwo­rzono i zmon­to­wano, wyłą­czono spod admi­ni­stra­cji władz lokal­nych i usu­nięto ze wszel­kich ewi­den­cji. Nie ma go ani na mapach, ani w doku­men­tach.

Posta­no­wiono zde­to­no­wać "Matkę dia­bła" na obiek­cie Moskwa-700. Nie myśl­cie, że to w Moskwie albo jej oko­li­cach. Nie. Obiekt Moskwa-700 to poli­gon jądrowy na Nowej Ziemi.

2

Tego samego dnia, 17 paź­dzier­nika 1961 roku, kiedy ważącą 26 ton "kro­pelkę" wywie­ziono z hali mon­ta­żo­wej, pierw­szy sekre­tarz Komi­tetu Cen­tral­nego Komu­ni­stycz­nej Par­tii Związku Radziec­kiego, prze­wod­ni­czący Rady Mini­strów ZSRR towa­rzysz Nikita Sier­gie­je­wicz Chrusz­czow oznaj­mił z try­buny XXII Zjazdu KPZR:

- Chcę powie­dzieć, że z dużym powo­dze­niem prze­pro­wa­dzamy testy nowej broni jądro­wej. Nie­długo te testy zakoń­czymy. Naj­wi­docz­niej pod koniec paź­dzier­nika. Na zakoń­cze­nie praw­do­po­dob­nie zde­to­nu­jemy bombę wodo­rową o mocy 50 milio­nów ton tro­tylu. (Okla­ski.) Mówi­li­śmy, że mamy bombę o mocy 100 milio­nów ton tro­tylu. To prawda. Ale nie będziemy deto­no­wać takiej bomby, dla­tego że jeżeli ją wysa­dzimy nawet w naj­bar­dziej odle­głych tere­nach, to wtedy możemy sobie okna powy­bi­jać. (Burz­liwe okla­ski.) Dla­tego jesz­cze się wstrzy­mamy i nie będziemy deto­no­wać tej bomby. Ale jeśli wysa­dzimy 50-milio­nową bombę, prze­te­stu­jemy mecha­nizm dla 100-milio­no­wej bomby. Jed­nak, jak mówiono kie­dyś, daj Boże, żeby­śmy tych bomb nie musieli ni­gdy wysa­dzać nad żad­nym tery­to­rium. To jest naj­więk­sze marze­nie naszego życia! (Burz­liwe okla­ski.)

3

XXII Zjazd KPZR oma­wiał nowy, teraz już trzeci pro­gram par­tii komu­ni­stycz­nej.

Pierw­szy, przed­re­wo­lu­cyjny pro­gram: zdo­być wła­dzę!

Pro­gram wyko­nano, wła­dzę zdo­byto. Dla­tego w 1919 roku przy­jęto drugi pro­gram: zbu­do­wać socja­lizm!

Socja­lizm zbu­do­wano. Czym jest socja­lizm? Odpo­wiedź Marksa jest pro­sta: to znie­sie­nie wła­sno­ści pry­wat­nej. Wła­sność znie­siono. Co dalej? Dalej trzeci pro­gram: zbu­do­wać komu­nizm!

Trzeci pro­gram par­tii opu­bli­ko­wano 31 lipca 1961 roku we wszyst­kich gaze­tach cen­tral­nych. Nad pro­gramem par­tii deba­to­wał cały naród: w halach i na far­mach, w kopal­niach i w obo­zach bry­gad polo­wych, w zakła­dach nauko­wych i jed­nost­kach woj­sko­wych, na wiel­kich budo­wach i w odle­głych gór­skich wsiach. Był to naj­bar­dziej wznio­sły pro­gram dzia­ła­nia w histo­rii ludz­ko­ści: do 1970 roku zbu­do­wać pierw­szy etap komu­ni­zmu, do roku 1980 cał­ko­wity komu­nizm!

Wiele było w tym pro­gra­mie mądrych celów:

Prze­ści­gnąć wie­lo­krot­nie poziom pro­duk­cji prze­my­sło­wej USA. Zapew­nić w Związku Radziec­kim naj­wyż­szy poziom życia w porów­na­niu z jakim­kol­wiek pań­stwem kapi­ta­li­stycz­nym. Dla każ­dej rodziny - bez­płatne miesz­ka­nie, użyt­ko­wa­nie miesz­kań też bez­płatne. Prąd, woda, gaz, ogrze­wa­nie - bez­płatne. Bez­płatna komu­ni­ka­cja zbio­rowa. Bez­płatne ubra­nia i wyży­wie­nie dla uczniów. (Co prawda ten punkt zawarto już w pro­gra­mie 1919 roku, ale jesz­cze nie został zre­ali­zo­wany.) Bez­płatne żywie­nie zbio­rowe w zakła­dach pracy. Znaczne zwięk­sze­nie wydaj­no­ści pracy przy jed­no­cze­snym zna­czą­cym zmniej­sze­niu dnia i tygo­dnia pracy. Sana­to­ria, kurorty, domy wcza­sowe, bazy tury­styczne - bez­płatne. Znaczna poprawa opieki medycz­nej ludu pra­cu­ją­cego. Zro­zu­miałe, że płat­nej medy­cyny być nie może. Wszyst­kie leki - bez­płatne. Przed­szkola, żłobki, sale gim­na­styczne, baseny, sta­diony - bez­płatne. Wpo­je­nie sze­ro­kim masom moral­no­ści komu­ni­stycz­nej: przej­ście do sys­temu skle­pów bez sprze­daw­ców, do trans­portu zbio­ro­wego bez kon­duk­to­rów.

Zakła­dano przed 1980 rokiem stop­niowe zani­ka­nie roli pań­stwa i wszyst­kich jego funk­cji, przej­ście do samo­rząd­no­ści oby­wa­tel­skiej i wpro­wa­dze­nie w życie wiel­kiej zasady: Od każ­dego według zdol­no­ści, każ­demu według potrzeb.

Wień­czyło pro­gram potężne hasło: Par­tia uro­czy­ście ogła­sza: obecne poko­le­nie ludzi radziec­kich będzie żyć w komu­ni­zmie.

Wszystko byłoby dobrze, ale w zdo­by­ciu lśnią­cych szczy­tów prze­szka­dzały czyn­niki zewnętrzne. Skoro nasze życie będzie tak wspa­niałe, skoro można będzie pra­co­wać, ile dusza zapra­gnie, a brać, ile się chce, skoro wszystko będzie bez­płatne, zna­ko­mi­tej jako­ści i w nie­spo­ży­tych ilo­ściach, to prze­cież uci­śnieni pro­le­ta­riu­sze wszyst­kich państw kapi­ta­li­stycz­nych będą chcieli tak żyć. Powstaną. A bur­żuje nie mogą do tego dopu­ścić. Dla­tego z pew­no­ścią będą nam prze­szka­dzać, będą rzu­cać kłody pod nasze nogi, krze­wić u nas wszystko, co naj­po­dlej­sze, oszu­ki­wać i ogłu­piać naszych oby­wa­teli, będą popie­rać u nas upa­dek oby­cza­jów, bez­czel­ność i cham­stwo, kłam­stwo i łgar­stwo, nar­ko­ma­nię i pijań­stwo, zło­dziej­stwo, pro­sty­tu­cję, upa­dek oby­cza­jów i prze­stęp­czość. Ale do tego się nie ogra­ni­czą. W imię zacho­wa­nia swo­jego stylu życia będą musieli nas znisz­czyć, żeby­śmy swoim wznio­słym przy­kła­dem nie poka­zy­wali pro­le­ta­riu­szom całego świata, jak mogą żyć ludzie, któ­rzy zrzu­cili kaj­dany znie­wo­le­nia kapi­ta­li­stycz­nego. Bur­żuje z pew­no­ścią powinni dążyć do oba­le­nia naszej wła­dzy robot­ni­ków i chło­pów albo w ogóle do znisz­cze­nia nas wszyst­kich.

Dla­tego musimy się bro­nić.

Par­tia komu­ni­styczna i jej leni­now­ski Komi­tet Cen­tralny, na któ­rego czele stał wierny leni­no­wiec towa­rzysz Chrusz­czow, dosko­nale rozu­mieli, że dla zwy­cię­stwa komu­ni­zmu w Związku Radziec­kim należy stwo­rzyć odpo­wied­nie warunki zewnętrzne, czyli zro­bić coś, żeby kapi­ta­li­ści nam nie prze­szka­dzali. Nie będą mogli prze­szko­dzić dopiero wów­czas, gdy nie będzie ich w ogóle na tej pla­ne­cie. Myśl jest pro­sta i zro­zu­miała.

Ale każdy dobry pomysł powinno się poprzeć czy­nem. Wła­śnie dla­tego dwaj dele­gaci XXII Zjazdu KPZR, Sław­ski i Moska­lenko, w tajem­nicy opu­ścili salę obrad. W cza­sie prze­rwy Nikita Chrusz­czow na kory­ta­rzu, gdzie nie było nie­wta­jem­ni­czo­nych, uści­snął im dło­nie i życzył powo­dze­nia.

Na lot­ni­sku Cen­tral­nym w Moskwie na Sław­skiego i Moska­lenkę cze­kał rzą­dowy Ił-18. Kurs - na pół­noc.

Moska­lenko to mar­sza­łek Związku Radziec­kiego, głów­no­do­wo­dzący Stra­te­gicz­nych Wojsk Rakie­to­wych. Sław­ski to mini­ster śred­niego prze­my­słu maszy­no­wego.

A czym jest Mini­ster­stwo Śred­niego Prze­my­słu Maszy­no­wego ZSRR?

Wyja­śniam. Już w cza­sie II wojny świa­to­wej towa­rzysz Sta­lin powie­dział: Należy roz­wią­zać pro­blem nr 1. Natych­miast stwo­rzono Główny Zarząd do spraw Pro­blemu nr 1. Ale taka nazwa, nawet naj­bar­dziej tajna, mimo woli budziła pyta­nie: Na czym polega pro­blem nr 1? Dla­tego nie­ba­wem tę insty­tu­cję prze­mia­no­wano na I Główny Zarząd przy Radzie Mini­strów ZSRR. Zgo­dzi­cie się, że nazwa stała się mniej pro­wo­ka­cyjna. Ale na dobrą sprawę nazwy można było nie zmie­niać, bo o ist­nie­niu tej insty­tu­cji wie­dzieli bar­dzo nie­liczni.

Pro­blem nr 1 nie­uchron­nie pocią­gał za sobą pro­blem nr 2. Dla­tego utwo­rzono Główny Zarząd do spraw Pro­blemu nr 2, któ­remu wkrótce zmie­niono nazwę na II Główny Zarząd przy Radzie Mini­strów ZSRR.

I Główny Zarząd nie­długo potem roz­rósł się do Mini­ster­stwa Śred­niego Prze­my­słu Maszy­no­wego, II Główny Zarząd z bie­giem lat prze­kształ­cił się w Mini­ster­stwo Ogól­nego Prze­my­słu Maszy­no­wego.

Mini­ster­stwo Śred­niego Prze­my­słu Maszy­no­wego - budow­nic­two obiek­tów ato­mo­wych, pro­duk­cja broni jądro­wej.

Mini­ster­stwo Ogól­nego Prze­my­słu Maszy­no­wego - pro­duk­cja rakiet dla prze­no­sze­nia tej broni.

4

Nad­woł­żań­ski oddział Głów­nego Zarządu Budow­nic­twa, KB-11, Zarząd Budow­nic­twa 880 NKWD, Krem­lew, Jasno­gorsk, Arza­mas-16, Arza­mas-75, Gorki-130, labo­ra­to­rium nr 2 AN ZSRR, zakłady 550, obiekt 550, baza 112 - wszystko to są nazwy tej samej insty­tu­cji, tego samego miej­sca. Wła­śnie tego, gdzie pro­jek­tuje się i pro­du­kuje ładunki ato­mowe. Naj­po­tęż­niej­sze na świe­cie.

Pociąg odje­chał, bły­snął czer­wo­nymi świa­teł­kami ostat­niego wagonu, znik­nął w mroku.

A ludzie nie śpią. Rano też nikt nie może zabrać się do pracy. Jaka, do cho­lery, robota? Ludzie włó­czą się po kory­ta­rzach. Wszy­scy myślą o jed­nym: oby tylko wybu­chła! Lek­kie poiry­to­wa­nie: po co Nikita Sier­gie­je­wicz powie­dział na zjeź­dzie o testach? Czy nie pro­ściej byłoby pocze­kać, aż to arcy­dzieło dostar­czą na miej­sce, spraw­dzą jesz­cze raz i zde­to­nują? Uda się - hurra! Nie uda się - nikt się o tym nie dowie. Bo prze­cież może się nie udać. Nikt na świe­cie ni­gdy niczego podob­nego nie stwo­rzył i nie zde­to­no­wał. Praw­do­po­do­bień­stwo, że coś pój­dzie nie tak, jest bar­dzo duże. Wstydu się najemy: Nikita powie­dział o 50 milio­nach ton, a ona osią­gnie dużo mniej. I obli­cze­nia wska­zują na to, że główna kon­cep­cja całej kon­struk­cji jest od początku błędna. Prze­cież były pro­po­zy­cje, żeby pójść inną drogą. A jeżeli się nie uda? Och, niech tylko wybuch­nie!

Aka­de­mik Julij Bori­so­wicz Cha­ri­ton zamknął się w swoim gabi­ne­cie, zamarł przy tele­fo­nie. Musi cze­kać co naj­mniej dzie­sięć dni: aż dowiozą, aż jesz­cze raz spraw­dzą... Gdyby tylko wybu­chła. Gdyby...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki