I
Mężczyzna nie przestawał ugniatać ściskanej w dłoniach czapki. Był kupcem, człowiekiem w średnim wieku, o twardych, silnie zaznaczonych rysach ludów Krainy Morza. Sądząc po cerowanych łachmanach, jakie miał na sobie, nie powodziło mu się zbyt dobrze. Mimo że wojskowy namiot, w którym się znajdował, ogrzewało jedynie niewielkie palenisko, mężczyzna się pocił.
- Rujnują mi interesy, rozumiecie? Nie mogę się na to dłużej godzić. Te cholerne, zdesperowane Pół-Elfy sprzedają wszystko za połowę ceny. Jak tak dalej pójdzie, ode mnie nikt już nie będzie kupował.
Lakka słuchał bez większego zainteresowania, siedząc na swoim składanym metalowym stołku. Był potężnym mężczyzną w okolicach trzydziestki, wyglądającym na kogoś, komu wojna nie jest obca. Już nie raz miał do czynienia z typami takimi jak ten. Wszyscy, plącząc się, sypali wymówkami, próbowali usprawiedliwiać swoje zachowanie. Tymczasem wybór, jakiego dokonywali, można było nazwać tylko w jeden sposób - zdradą.
- Nie interesuje mnie, dlaczego to robisz - uciął krótko. - Gdzie te Pół-Elfy?
Lakka został wysłany na misję trzy tygodnie wcześniej. Chodziły pogłoski, że Pół-Elfy, które przeżyły ostatnie najazdy na Krainę Dni, schroniły się w Puszczy Północnej. Porucznik Dola, prawa ręka Tyrana, powierzył mu zbadanie tej sprawy i ewentualną interwencję. Lakka zwołał zatem swoje oddziały Famminów i wyruszył w drogę.
Nie była to misja wielkiej wagi, raczej rutynowa procedura stosowana każdego dnia we wszystkich zakątkach Świata Wynurzonego. Tyran wyraził się w tej kwestii jasno - nie może przeżyć żaden Pół-Elf, należy wyeliminować ich wszystkich, włączając kobiety i dzieci. To, co różniło tę misję od poprzednich, którymi Lakka dowodził, to całkowita swoboda, jaką tym razem dysponował. To on decydował, czy, jak i kiedy interweniować. Ruszył w długą drogę do Puszczy Północnej pełen nadziei. Pragnął z całego serca okazać się godnym zaufania, jakim obdarzył go Dola, jak również awansu, jaki obiecał mu, jeśli misja zostanie uwieńczona sukcesem.
Jednak po dotarciu na miejsce, bardzo szybko stracił panowanie nad sytuacją. Uwięziony w tym prowizorycznym obozie, nieudolnie zbudowanym przez bezmózgie bestie, jakimi byli Famminowie, mając za towarzystwo jedynie dwóch podwładnych - człowieka i gnoma - wegetował w swoim żałosnym namiocie, a poszukiwania coraz bardziej spowalniały. Dopóki nie pojawił się ten nędzny kupiec, który za kilka złotych monet był gotów posłać na rzeź kobiety i dzieci.
Mężczyzna zwlekał z odpowiedzią.
Lakka zaczynał tracić cierpliwość.
- Zadałem ci pytanie.
- Zbudowali obóz dla uchodźców - powiedział kupiec na jednym wdechu, jakby jakakolwiek pauza, nawet przerwa na złapanie oddechu, mogła sprawić, że straci odwagę, by kontynuować. - O pół dnia drogi z Norrei na południe. Jest ich około pięćdziesięcioro, zbierają drewno w lasach i sprzedają w wioskach. Silnych mężczyzn będzie z dziesięciu. Reszta to starcy, kobiety i dzieci.
Lakka zaśmiał się z satysfakcją.
- Pięknie, mój kupczyku, naprawdę wspaniale... Wojownicy?
- Jest tylko jeden mężczyzna, którego powinniście się obawiać. Nazywa się Revrar. Mówią, że był żołnierzem, podobno walczył podczas oblężenia Seferdi.
- Ocaleniec - mruknął Lakka. Oblężenie Seferdi to była prawdziwa rzeź. Wymordowano wszystkich, którzy nie zdołali zbiec, wielu z nich powieszono wzdłuż głównej ulicy miasta. - Coś jeszcze?
Mężczyzna nerwowo przygryzł wargę, zdawało się, że przez chwilę się zastanawiał, po czym pokręcił głową.
Lakka klasnął dłońmi w stołek, na którym siedział.
- Wspaniale, spełniłeś swój obowiązek i zostanie ci to wynagrodzone. - Kiwnął na Pullę, gnoma u jego boku, a ten zrobił krok w przód, grzebiąc w skórzanej sakiewce. Wyciągnął kilka błyszczących monet i podał je zdrajcy.
- Ale nikt się nie dowie, prawda? O tym, że to ja wam powiedziałem...
Lakka wstał i zbliżył się do mężczyzny. Patrzył z pogardą na jego drżące dłonie i skórę łysej głowy, połyskującą od potu.
- Pół-Elfy to zwykłe ścierwa, jasne? Nie zostanie po nich nawet wspomnienie, kiedy mój pan weźmie we władanie cały Świat Wynurzony. A wtedy to on pamiętać będzie o tobie i twoich zasługach - zapewnił, poklepując go po ramieniu.
Mężczyzna uśmiechnął się nerwowo. Chciał się oddalić, ale Lakka wzmocnił uścisk.
- Skąd ten pośpiech? Zechciałbyś dotrzymać nam towarzystwa do czasu, aż rozwiążemy tę sytuację? Rozumiesz, musimy mieć pewność, że nie wodzisz nas za nos...
Oczy kupca wypełnił strach.
- Przysięgam na wszystko, co mi najdroższe, powiedziałem prawdę.
- To się okaże - odparł Lakka i kazał Pulli odprowadzić mężczyznę, który nie przestawał protestować i zapewniać, że jest uczciwym człowiekiem.
Następnie przywołał Felneka, swojego pierwszego oficera. Był to postawny, młody mężczyzna o atletycznej budowie ciała i porywczym charakterze, który dołączył do oddziałów Tyrana po długiej podróży, aż z Krainy Słońca. Lakka nigdy o to nie dopytywał, ale Felnek zdawał się mieć powody, by żywić urazę wobec Pół-Elfów i dlatego zdradził swoje ziemie.
Chłopak wszedł do namiotu, zasalutował i czekał na rozkazy.
- Ruszamy na łowy, Felnek - obwieścił Lakka.
W oczach młodego człowieka pojawił się błysk.
- Ten mężczyzna dostarczył przydatnych informacji?
- Zgadza się. Przygotuj Famminów. Wyruszamy jeszcze dziś.
Felnek stanowczo skinął głową i pośpiesznie opuścił namiot.
Karna otworzyła oczy. Nie obudziło jej nikłe światło, które wypełniało wnętrze chaty, a cichy, żałosny płacz, który rozszedł się po pomieszczeniu.
Odwróciła się w stronę śpiącej obok niej w łóżku osoby.
- Mak - szepnęła. Ciało nawet nie drgnęło. - Mak... mała jest głodna.
Ciało wydało z siebie pomruk, zdezorientowane przekręciło się na drugi bok, po czym spod pościeli wysunęła się głowa, a wraz z nią burza rozczochranych ciemnoniebieskich włosów. W tym nieładzie przypominały sfatygowaną, starą miotłę. Spomiędzy niesfornych kosmyków wystawały spiczaste uszy. Zaspane oczy były intensywnie fioletowe.
Makthar spróbował raz jeszcze zakopać się w pościeli, ale płacz dziecka nie słabł. Przenikał przez warstwę wełny do uszu, docierając wprost do mózgu.
- Już dobrze - poddał się. - W porządku.
Podniósł się. Poranek był mroźny, więc sięgnął po wiszącą przy drzwiach kapotę i owinąwszy się nią, ruszył w stronę stóp łóżka.
Dziewczynka wydzierała się wniebogłosy, miotając się wewnątrz drewnianej szuflady, wyciągniętej ze starego kredensu. Nie stać ich było na kołyskę i na tę chwilę nie znaleźli lepszego rozwiązania.
- No już, chodź, zjesz coś - powiedział Makthar, delikatnie ją podnosząc. Jej płacz zdawał się raczej wyrazem złości niż głodu i pomyślał, że mała była prawdziwą córeczką mamusi. Karna była cudowna, ale kiedy wpadała w gniew, lepiej było trzymać się od niej z daleka.
- Z czego się śmiejesz? O czym myślisz? - zapytała podejrzliwie kobieta.
Makthar pocałował ją w czoło, przekazując w jej ręce dziecko.
- O tym, że mam wspaniałą rodzinę - odpowiedział.
Karna uśmiechnęła się lekko i przystawiła małą do piersi. Dziewczynka przyssała się zachłannie, a ona westchnęła, odchylając do tyłu głowę.
Makthar uwielbiał swoją żonę o poranku, rozleniwioną, nie do końca wybudzoną, zakopaną w pościeli. Była wtedy taka piękna, ze swoimi jasnobłękitnymi włosami, które okalały jej bladą twarz i uwydatniały jeszcze bardziej przejrzyste fioletowe oczy. Była piękna i silna, a jednocześnie taka bezbronna. Straciła całą rodzinę, kiedy uciekli z Krainy Dni, i mimo że starała się to ukryć, Makthar znał dobrze ranę, która znaczyła jej serce. W złotym świetle poranka pragnął objąć ją i powiedzieć, że to będzie, mimo wszystko, piękny dzień, bo nadal żyją, a ich mała jest tu z nimi.
- Przestań się gapić z takim rozczuleniem - powiedziała Karna z sarkastycznym uśmiechem, który tak u niej lubił.
- Naprawdę nie stać cię nawet na szczyptę romantyzmu? Są kobiety, które wiele by dały za mężczyznę, który każdego ranka patrzyłby na nie z takim uwielbieniem.
- Wolę męża, który przygotuje mi śniadanie - mruknęła Karna, posyłając mu całusa.
Makthar wstał z łóżka i wyszedł w mroźne powietrze poranka. Wiatr miał słonawy posmak, zresztą jak zawsze, chociaż on jeszcze do tego nie przywykł. Żyli w Krainie Morza już od roku, ale jemu nadal wszystko wokół zdawało się obce. Zapachy były tu inne, inaczej smakowały potrawy, inni byli ludzie, którzy ich otaczali. Miał świadomość, że lokalna społeczność nie potrafi ich zaakceptować. Mieszkali w obozie dla uchodźców oddalonym o pięć lig od Norrei, najbliższej osady, a mimo to od samego początku patrzono tu na nich podejrzliwie. Naturalną konsekwencją była nieufność, jaką Makthar darzył to miejsce. Nic mu się tu nie podobało - ani dzika natura tutejszych lasów ani spalone słońcem twarze okolicznych mieszkańców. Czuł, że to obca ziemia, a co gorsza, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie będzie mu nigdy dane powrócić do Krainy Dni.
Przeciągnął się, zebrał w sobie i w końcu odważył się ściągnąć palto. Mroźne powietrze szczypało go w skórę. Drewnianym wiadrem zaczerpnął wody ze stojącej obok beczki i wylał ją sobie na głowę. Wyrwał mu się krótki krzyk, jak każdego ranka.
- Dzień dobry! Czy dziś również życzyłby pan sobie ciepłej wody?
Makthar się uśmiechnął.
- Przecież wiesz, że to mój sposób na pobudkę.
Tym, kto się do niego odezwał, był Revrar, sąsiad z chaty obok. Miał około pięćdziesięciu lat i całkowicie białe włosy. W obozie krążyły plotki, że posiwiały tak po ucieczce z trawionego ogniem Seferdi, gdzie stracił całą swoją rodzinę. Nie pozostał mu zupełnie nikt i egzystował w samotności. Nie sprawiał, mimo wszystko, wrażenia osoby złamanej przez życie. Przykładał się do swoich codziennych zajęć, w Krainie Morza handlował złomem i starał się być zawsze na bieżąco w kwestii aktualnej sytuacji na jego ojczystych ziemiach.
- Żyję tylko po to, by dokuczyć temu parszywemu Tyranowi - powtarzał zawsze. - Dopóki po tej ziemi będzie stąpał choćby tylko jeden Pół-Elf, nie wygra.
Spojrzał na Makthara, który energicznie mierzwił swoje włosy.
- Wybierasz się dziś ze mną do wioski? - zapytał.
- Jasne, przydałoby się coś zarobić.
Revrar mruknął coś na znak, że się zgadza.
- A, właśnie - dodał, klepiąc się w czoło. Wszedł do chaty, a po chwili wrócił z zawiniątkiem, które parowało w lodowatym chłodzie poranka. Podał je Maktharowi.
- Prosto z pieca!
Młody mężczyzna ostrożnie rozwinął materiał. Natychmiast uderzyła go intensywna woń, a wraz z nią nadciągnęła lawina wspomnień. Zapach malnei, zapach domu. Okrągłe bułeczki o połyskującej skórce, nadziewane miękkim, białym kremem i startymi orzechami, typowy przysmak z Krainy Dni. Matka często przygotowywała mu je na śniadanie. Nic specjalnego, prosta przekąska, ale Makthar nie jadł ich, odkąd zmuszony do ucieczki, opuścił swój dom i trudno było mu w tej chwili pohamować wzruszenie.
- Revrar... dziękuję - wymamrotał.
Mężczyzna machnął tylko ręką.
- Żartujesz? Jeśli przestaniemy sobie nawzajem pomagać, na tych barbarzyńskich ziemiach zapomnimy, kim jesteśmy i utracimy nasze korzenie.
Makthar spoważniał.
- Masz jakieś nowe wiadomości?
Revrar miał swoich informatorów, którzy donosili mu o bieżących wydarzeniach w Krainie Dni. Pokręcił głową.
- Już od miesiąca nie docierają do mnie żadne wieści. Po Seferdi zrównano z ziemią wszystkie okoliczne wioski. Chodzą słuchy, że w poszukiwaniu uchodźców zapuszczają się również do sąsiednich Krain.
- Tutaj nie przyjdą - stwierdził Makthar z przekonaniem, którego jego przyjaciel zdawał się nie podzielać. - Ilu nas jest? Nie więcej niż pięćdziesięcioro. A pewnie i mniej. Do tego żyjemy jak nędzarze. Jesteśmy zbyt małym kąskiem dla Tyrana, szkoda zachodu.
Revrar westchnął.
- Chciałbym, żebyś się nie mylił. Ja, w każdym razie, nie dam się im zaskoczyć.
Makthar wiedział, że pod tuniką mężczyzna ukrył komplet rzutek, w butach miał schowane dwa sztylety, a za każdym razem, gdy opuszczał obóz, zabierał ze sobą miecz.
- Dobra. Oporządzę się i możemy ruszać.
Pożegnali się i Makthar wrócił do swojej chaty. Przygotował śniadanie i zaniósł je Karnie, która właśnie skończyła karmić córkę i odłożyła ją do szuflady.
- Trochę ci to zajęło... - mruknęła z wyrzutem.
On udał, że tego nie słyszał, i podał jej do łóżka miseczkę z mlekiem. Karna z zaciekawieniem patrzyła na zawiniątko, które położył obok, a kiedy je rozwinęła, nie zdołała powstrzymać okrzyku radości.
- Nie wierzę, skąd je masz?
- Revrar.
Karna uniosła jedną malneę w dłoni i powąchała. - Och, zupełnie jakbym cofnęła się w czasie... - wyszeptała, a jej oczy się zaszkliły.
Makthar ścisnął mocno jej dłoń.
- Zobaczysz, nasza mała będzie kiedyś miała jedzenia pod dostatkiem.
Dziewczyna odpowiedziała smutnym uśmiechem. W przeciwieństwie do męża nie wierzyła w lepsze jutro. Po tym, jak w Giarre wyrżnięto całą jej rodzinę, jej najdalej idące plany sięgały co najwyżej kolejnego świtu. Przyszłości zawierzyła jedną tylko rzecz, tę najważniejszą, która teraz, najedzona, słodko spała u stóp jej łóżka, w cieple swojej prowizorycznej, ale przytulnej kołyski. Wszystko inne mogło zniknąć w jednej chwili, wiedziała o tym. Ale nie jej córka.
Obóz w Giarre w płomieniach. Famminowie, niczym demony, przemierzający tonące w dymie zaułki. Krew wsiąkająca w deski podłogi, jej martwi rodzice, Makthar gdzieś daleko. W samym środku tej rzezi, słowa same cisną się jej na usta.
"Ocal chociaż mnie i Makthara, błagam cię, Shevraarze, chociaż nas dwoje. Oddam ci wszystko, o co poprosisz, oddam ci to, co mam najcenniejsze, oddam moje dziecko!".
Shevraar, bóg wojny. Dzieci nie powinny nawet wiedzieć, czym jest wojna.
Ale istota, którą nosi w łonie może nigdy nie ujrzeć światła dnia, może zginąć razem z nią, tu i teraz. Wypowiada zatem słowa przysięgi, poświęca swoje nienarodzone dziecko: Sheiroth, jeśli to chłopiec, Sheireen, jeśli dziewczynka.
- Wszystko w porządku? - zapytał Makthar.
Karna się ocknęła, wspomnienie zniknęło.
- Tak - odpowiedziała cicho. - Tak.
- Idę dziś z Revrarem.
Karna poczuła ukłucie w sercu. Bała się z nim rozstawać. W czasach takich jak te, należało trzymać się zawsze razem. Oddalenie nawet tylko o kilka lig mogło decydować o życiu lub śmierci.
- Jak tak dalej pójdzie, nie będziemy mieć co jeść przez resztę zimy - dodał Makthar, wyczuwając jej niepokój.
- Mamy sery na sprzedaż, tkaniny, które wyrabiam, i...
Makthar spojrzał na nią z pobłażaniem.
- Dobrze wiesz, że to za mało.
Karna nienawidziła tego spojrzenia, ale tym razem musiała przyznać mężowi rację. Nawet jeśli strach był silniejszy niż jakiekolwiek logiczne rozumowanie. Przełknęła gorzką prawdę.
- W porządku. Ale nie wracaj późno.
Makthar się uśmiechnął.
- Wrócę w porze kolacji, może nawet wcześniej.
Pocałował ją w czoło, a potem już w ciszy delektowali się malneami. Przez chwilę czuli się, jakby cofnęli się do czasów, gdy Tyran nie był jeszcze dla niech zagrożeniem.