Kroniki skrzatów. Część 3. Dolina stokrotek - Marbella Atabe

Kup ebooka

65.99 zł
52.79 zł (48,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Arabelka siedziała na parapecie. Deszcz siąpił. Szare chmurne niebo nie dawało nadziei na ładną pogodę. Dziewczynka zwróciła się do misia.

- Nudy, Klipku, nie dzieje się nic. Dziadek Gutek miał ciekawe przygody, spotykał stwory. Ciocia Gigulka obłaskawiała potwory. Babcia Amelka miała niesamowitych przyjaciół - wymieniała dziewczynka. - U nas nuda mieszka w każdym kącie. Nauczyłam się pisma runicznego. - Napisała swoje imię.

- Szczęścia mi to nie przyniosło - mówiła bez przekonania. - Nikt nie rozmawia ze mną poważnie. Na wszystko, ciągle jestem za mała - żaliła się. - Dzisiaj nawet ty nie jesteś rozmowny. Smok nie chciał do mnie podejść. Przyleciał, myśląc, że przywołała go Gigulka. Jak mnie zobaczył, to czmychnął.

Arabelka założyła pelerynę przeciwdeszczową, na głowę nasadziła tiarę z wielkim rondem. Przygładziła futerko na Brambor­­­ku. Schowała misia za pazuchę i, nie pytając nikogo o zgodę, opuścili zamek.

Rozejrzała się. Nie miała planu, w którą stronę się udadzą.

- Do kogo pójdziemy? Kto mi pomoże? Borówek zamknie nas w chacie i guzik się dowiemy. Bramborku, lepiej chodźmy...

Miotełka zadrżała u boku czarodziejki. Arabelka odwróciła się natychmiast.

- Ciebie nam nie brakowało - powiedziała z gniewem w głosie.

Za plecami stał Drewniak. Stołek zaśmiał się złośliwie.

- Mam do ciebie coraz mniej cierpliwości - wyznała. - Jesteś złośliwy i niemiły. Nie zapraszałam cię na przechadzkę. Wracaj do zamku - poleciła.

Odwróciła się na pięcie, złapała Bramborka za łapę.

Zamiast wykonać jej polecenie, stołek przydepnął stopę Brukołapowi.

- Kojt, kojt - żalił się stworek.

- Hi, hi, hi - głośne skrzypienie, przesycone złośliwością, wydobyło się ze stołka.

Arabelka zareagowała natychmiast. Wyciągnęła dłoń i zawołała:

- Przewróć się! - krzyknęła.

Podmuch wiatru z jej dłoni był tak silny, że stołek zachwiał się, po czym przewrócił się na bok.

- Hi, hi - śmiał się stołek.

- Jeszcze ci mało? Niewdzięczny mebel! - zezłościła się. - Do góry nogami! - wyciągnęła dłoń i ponowny podmuch wykonał jej polecenie.

- Łi, łi, łi - biadolił stołek.

Arabelka pochyliła się nad stopą pupila. Oglądała ją i dotykała delikatnie.

- Łi! Łi! Łi! - wrzeszczał stołek.

- Kojtu, kojtu - żalił się stworek.

- Stopa jest cała. - Gładziła delikatnie. - Wiem, że cię boli. Zaraz coś zaradzę.

Dziewczynka rozejrzała się. Dostrzegła odpowiednią kapustę, zerwała liść. Gniotła liść, aż zrobił się miękki i wiotki, po czym położyła na stłuczoną stopę pupila.

- Teraz stopa nie opuchnie. - Pochyliła się, szeptała zaklęcia, które sama wymyśliła.

Liść otulił szczelnie stopę.

- Opatrunek nie odpadnie - ucieszyła się, bo zaklęcie zadziałało według woli małej czarodziejki. - Będzie dobrze, Bramborku. - Pogładziła przyjaciela.

Stołek leżał obok i nadal zanosił się złośliwym śmiechem. Drew­niak nie mógł się pozbierać i stanąć na nogach, pomimo niezręcznej sytuacji nie ubyło mu złośliwości.

- Tym razem przesadziłeś, Drewniaku! - zawołała dziewczyn­­ka. - Moja cierpliwość czarodziejki wyczerpała się. Zaraz... - Arabelka urwała i zastanawiała się. Wyjęła z plecaka niewielki przyrząd i rozejrzała się po okolicy. - Dzisiaj przypada pełnia księżyca, pełnia siana - mówiła do siebie. - Mam wystarczająco dużo czasu. - Uśmiechnęła się pod nosem, po czym zwróciła się do ulubieńca: - Możesz chodzić, Bramborku?

- Kojt - wyartykułował pękaty stworek.

- Dobrze, to chodźmy.

Nie zważając na przewrócony stołek, piszczący i żalący się, zawrócili w stronę zamku.

Weszli do komnaty. Pomieszczenie było przestronne, duże okna ukazywały chmurne niebo. Arabelka otworzyła szklane skrzydło. Wnętrze wypełniło pachnące kurzem, wilgotne powietrze. Po upalnych dniach deszcz przyniósł orzeźwienie. W zamkowych komnatach nadal było chłodniej niż na zewnątrz. Dziewczynka otworzyła grubaśną księgę. Pupil popiskiwał cichutko.

- Nie płacz, Bramborku. - Głaskała ulubieńca. - Tym razem nie daruję i zaczaruję Drewniaka - wysyczała.

- Kojt. - Stworek przytulił się do niej.

- Muszę się dobrze przygotować - postanowiła. - Drewniak jest złośliwy, nie słucha się mnie. Krzywdzi mojego przyjaciela, a tego czarodziejka nie wybacza.

Komnata Arabelki niewiele miała wspólnego z siedzibą księżniczki. Jedynie mebelki przypominały o tym, że mieszka tu mała dziewczynka. Na krzesełkach siedziały lalki, ale Arabelka bawiła się Klipkiem, ulubionym misiem. Ściany obwieszone były ziołami zasuszonymi i wonnie pachnącymi. Na półkach stały fiolki, menzurki i buteleczki wypełnione miksturami, które mała warzyła pod czujnym okiem Borówka lub prababki. Od kiedy Arabelka poznała pismo runiczne, księgi zapisane magicznymi znakami znosiła do siebie. Była troszeczkę zawiedziona, bo nie dostała wszystkich woluminów, o które poprosiła prababkę. Zbyt długo się tym jednak nie przejmowała. Korzystała chętnie z dostępnych tajemnych zapisków i wskazówek. Uczyła się zaklęć, po czym wypróbowywała je z różnym skutkiem. Była cierpliwa i w końcu magia się jej słuchała. Teraz przyglądała się potrzebnym atrybutom.

- Saganek mam. Czy kociołek aby nie jest za mały? - Wybiera­­­­ła ze stojących na półce. - Ten wystarczy. Siano. - Podbiegła do okna. - Muszę udać się na pole. Bramborku, zostaniesz w zamku.

- Kojt. - Stworek nastroszył futro.

- Tak będzie lepiej. Boli cię stopa. Musisz odpocząć - tłumaczyła.

Mała pochwyciła koszyk, pocałowała ulubieńca. Opuściła kom­­­­­­na­­­­­­­tę i pobiegła przejściem dla służby. Wyszła przed zamek. Przesiąknięte wilgocią powietrze otuliło dziewczynkę. Okolica była wy­­­ludnio­­­­na, pewnie dlatego, że zbliżała się pora obiadu.

- Pusto - powiedziała sama do siebie z przyzwyczajenia, bo zawsze towarzyszył jej Brukołap. - Tym lepiej. Nikt nie zapyta, do­­­kąd zmierzam - ucieszyła się.

Kiedy przechodziła przez ogród, dostrzegła szpadel wbity w ziemię i piłę leżącą obok. Domyśliła się, że Migulec pracował przy mocowaniu tyczek do fasoli. Trochę zdziwiło ją, że olbrzym pozostawił narzędzia, zawsze bowiem zabierał je po skończonej pracy. Zbiegła krętą ścieżką. Rozległa polana okazała się skoszona.

- Mam szczęście. Nie muszę kosić.

Postawiła koszyk i zbierała, już po chwili zapełniła go trawą - wonną, przesyconą wilgocią. W drodze powrotnej Arabelka szu­­ka­­­ła poroża. Zaglądała pod krzaki, obchodziła klomby.

- Wątpliwe, żeby jeleń tędy szedł i do tego zgubił poroże - mówiła niezadowolona. - Powinnam była iść do lasu, ale teraz nie mam tyle czasu.

Weszła do zamku. Po drodze zgubiła nieco siana, które przyozdobiło posadzkę w przesmyku. W podskokach wbiegła do komnaty.

- Jestem! - zawołała.

Brukołap przykuśtykał i się przytulił. Dziewczynka gładziła futerko na ulubieńcu.

- Mój mały chłopczyk - mówiła z czułością. - Dobry, grzeczny stworek. - Złożyła pocałunek na ogromnym nosie, a pysk przyjaciela pojaśniał.

- Mam siano. - Pokazała. - Poroża nie znalazłam. Teraz nie czas na gubienie poroża - domyśliła się. - Nie warto włóczyć się po mokrym lesie. Mam już pomysł, skąd wezmę rogi. - Uśmiechnęła się zawadiacko. - Muszę jak najszybciej znaleźć Migulca.

- Kojt. - Stworek spojrzał na drzwi.

- Rozrzucę siano na podłodze, to szybko wyschnie - postanowiła.

- Szu, szu, szu - pupil poruszał nozdrzami intensywnie.

- Zobacz, to tylko siano. - Podsunęła koszyk pod jego nos.

Brukołap powąchał i stracił zainteresowanie. To, co dziewczynka przyniosła, nie nadawało się do zjedzenia.

- Tutaj będzie dobre miejsce, jest przewiewnie. - Rozrzucała siano.

Posadzka pokryła się wonnym dywanem. Mała odwróciła koszyk, resztka źdźbeł opadła na kamienie. Gdy podchodziła do drzwi, stworek zapiszczał smutno.

- Bramborku, jeżeli dasz radę, to chodź ze mną. - Wyciągnęła rączkę.

Mały, kuśtykając, podszedł do dziewczynki. Uaktywniła się Mio­­­tełka. Arabelka westchnęła.

- Zgoda, skoro wszyscy chcą mi pomóc, to idziemy razem.

Wyszli przed zamek. Otuliła misia peleryną i ruszyli wolno w stro­­­­nę ogrodu. Deszcz przestał siąpić. Z daleka dostrzegła Migulca stojącego na drabinie. Olbrzym przycinał gałąź. Gdy byli blisko, zatrzymali się w bezpiecznej odległości; odcięty konar spadł na trawę.

- Dzień dobry, Migulcu! - zawołała Arabelka.

- Kogo ja widzę! - Olbrzym schodził z drabiny. - Czarodziejka Arabelka i jej przyjaciele! Witajcie. - Twarz olbrzyma rozpromieniła się.

Arabelka ucieszyła się z takiego powitania. Lubiła, gdy nazywano ją czarodziejką, nie księżniczką.

- Kiedy kończysz pracę? Pomogę ci - zaoferowała.

- O! - Ogrodnik się roześmiał. - Pomoc mile widziana, ale z tym - wskazał na gałęzie - poradzę sobie sam. Ten, tego - mówił po swojemu. - Konary porąbię na mniejsze szczapy. - Wskazał.

- Dzisiaj musisz to zrobić?

- Mogę jutro... - Nie dokończył.

Mała przerwała mu i natychmiast wyłuszczyła, z jaką sprawą przyszła.

- Migulcu, potrzebny jest mi róg jelenia - wyszeptała.

- Poroże jelenia... - zastanawiał się.

Nie zdziwiła go jej potrzeba. Arabelka często przychodziła i dzieliła się z olbrzymem dziwnymi pomysłami i swoimi niecodzienny­­mi potrzebami.

- Ten, tego, nie czas teraz. Może na Wzgórzach Olbrzymów coś by się znalazło, ale tam droga daleka. - Wiedział, bo znał dobrze okolicę.

- Mam mało czasu - wyznała. - Zbliża się pełnia Księżyca. Muszę uwarzyć eliksir dzisiejszej nocy - mówiła poważnie.

- Ten, tego, to nie zdążymy z wyprawą - wyznał bez ogródek.

- Wiem, dlatego mam lepszy pomysł. - Spojrzała psotnie.

- Mam nadzieję, że tym pomysłem nie jest czarny hol. - Zrobił zabawną minę.

- Oczywiście, że czarny hol mam na myśli. - Wymownie spojrzała na leżącą piłę.

- Ten, tego. No nie wiem - wahał się olbrzym.

- Migulcu, muszę rozprawić się ze stołkiem. Drewniak pobił mojego Bramborka, a to jest niewybaczalne. Sam zobacz. - Wskazała okład otulający stopę stworka.

- Kojtu, kojtu - żalił się mały i wyglądał na smutnego.

Olbrzym przykucnął, oglądał chore miejsce. Nie wahał się długo.

- Niewybaczalne - przyznał. - Nie wolno nikogo bić. Cza­­­ro­­­­­dziej­­­ko, teraz jest dobra pora. Wszyscy odpoczywają. - Puścił oko.

- Jesteś kochany! - Arabelka wyciągnęła rączki w jego stronę.

Migulec niósł pod pachą drabinę, na niej siedział Bramborek i trzymał gałąź. Olbrzym wziął Arabelkę na barana, bo spra­­­wiało jej to frajdę. Chociaż przez pewien czas mogła patrzeć na wszystko z wysoka. Dziewczynka trzymała olbrzyma za uszy. Zawsze zachwycała się wielkością jego uszu. Gdy tak teraz na nie patrzyła, wpadła na psotny pomysł. Miotełka leciała u boku olbrzyma.

Po zamkowych schodach wchodzili na pierwsze piętro. Doce­­­lo­we miejsce znajdowało się pomiędzy kondygnacjami. Migulec postawił drabinę, stworek zszedł na posadzkę. Arabelka rozglądała się po holu. Wysoko na ścianach, niemal pod sufitem, rozwieszono trofea myśliwskie.

- Arabelko, nie jestem pewien, czy powinienem zdjąć poroże. Ktoś dostrzeże, że brak jednego okazu, i co wtedy? - zapytał z powagą w głosie.

- Masz rację - przyznała. - Wiem - wpadła na lepszy pomysł - wystarczy mi kawałek rogu, o taki. - Zaprezentowała wielkość.

- Ten, tego, to nawet lepiej. Braku odnogi nikt nie dojrzy. - Migulec się uspokoił. - To który wybierasz, czarodziejko? - Przyglądał się.

- Do mojego eliksiru najlepszy byłby młody róg - tłumaczy­­ła. - Eliksir uleczający niewdzięczność stołka - mówiła po swojemu.

- Ten, tego, to tamten będzie dobry - wskazał.

Migulec oparł drabinę o ścianę i zaczął wchodzić po szczeblach.

- Zapomniałeś zabrać piłę. - Arabelka trzymała drabinę jedną rączką, drugą usiłowała podnieść piłę, ale ta okazała się zbyt ciężka. - Och, będziesz musiał zejść, Migulcu. - Spoglądała w górę.

- Muszę zdjąć poroże. Przy ścianie mam zbyt mało miejsca na przypiłowanie czy też odpiłowanie. Drabina na śliskiej posadzce stoi, nie można się kręcić, bo klap i spadnę - tłumaczył.

- Masz rację. Jesteś bardzo mądry - pochwaliła.

Olbrzym zdjął trofeum i zszedł. Położył je na posadzce. Przy­­­glądali się zaciekawieni. Migulec dmuchnął i posypało się nieco kurzu, drobinki zatańczyły w powietrzu.

- Oby tylko nikt nie przyszedł. - Arabelka rozglądała się niepewnie.

- Nie będzie nam to przeszkadzało. - Olbrzym wzruszył ramionami.

- Ciekawe, jak wytłumaczymy to, co robimy. - Wskazała rączką na poroże.

- Ha, ha, ha - roześmiał się, zamiast zmartwić. - To który rożek mam odpiłować? Wybieraj, czarodziejko.

- Ten będzie odpowiedni. - Wskazała paluszkiem.

Migulec wyjął niewielką piłkę do przycinania małych gałęzi, usiadł na kamiennej ławce. Ułożył poroże na kolanie, po czym piłował powoli. Gdy był w połowie pracy, dosłyszeli kroki. Arabelka wyjęła chusteczkę. Migulec schylił się i szybko ukrył piłkę pod ławką, po czym przysłonił ją stopą.

- Dzień dobry. - Głos służki odbił się echem od ścian. - Księż­­nicz­­ko... - Skłoniła się. - Co robicie? - Przyglądała się zdziwiona.

- Czyścimy poroża. - Migulec chusteczką przecierał kość.

- Wy? - zdziwiła się dziewczyna.

- Tak - mówił beztrosko olbrzym. - Liczymy, ile lat miały jelenie, które zrzuciły poroże, tak przy okazji się uczymy - zmyślił.

- Ten jejeń miał siedem lat, jak je zgubił. - Dziewczynka przejęzyczyła się ze strachu, że ich sekret się wyda.

- Ciekawe zajęcie - przyznała służka. - Księżniczko, szybko rośnie twój Brukołap, jest śliczny - pochwaliła. - Miłego dnia. - Skłoniła się i odeszła.

- Miłego dnia - odpowiedzieli jednocześnie.

Arabelka odprowadzała kobietę wzrokiem. Niosło się echo kroków na schodach, po chwili postać przemierzyła górny krużganek. Trzasnęły drzwi.

- Uff, poszła sobie - odetchnęła dziewczynka.

Migulec wyjął piłkę spod ławki. Przepiłował kość do końca. Ka­­­­wałek spadł na dłonie dziewczynki. Arabelka podskoczyła z radości.

- Wspaniały! - zachwyciła się. - Wiesz co, Migulcu? Przydałby mi się jeszcze jeden.

- Ten może być? - Olbrzym przyłożył piłkę do odnogi.

- Tak. Dwa będą idealne do mikstury - mówiła z przejęciem. - Czy wiesz, gdzie jest Śmigulec?

- Pewnie w głównym przesmyku, miał malować futryny. Dlaczego pytasz?

- Potrzebny mi pędzel.

- Nowe pędzle są w składziku. Ja mogę ci dać - zaoferował.

- Potrzebny mi stary pędzel - wyznała.

Migulec pozbierał narzędzia, odwiesił poroże na miejsce. Arabelka zaglądała do wielkiego kominka, który znajdował się w holu. Miała ochotę wejść do środka, ale zabrakło na to czasu, bo olbrzym zbierał się do odejścia. Normalnie dziewczynka pobiegłaby dalej, żeby zbierać kolejne potrzebne atrybuty, lecz Bramborek kuśtykał i nie chciała narażać go na człapanie po schodach. Wracali podobnie, jak przyszli.

Olbrzym przemieszczał się krzepkim krokiem. Nim się spostrze­­­­­­­gli, doszli do przesmyku. Woń farby unosiła się w powietrzu. Gdy do­­­szli na miejsce, zastali tylko wiaderko i rozłożone pędzle.

- Nie ma Śmigulca - odezwała się zawiedziona dziewczynka.

- Brat za chwilę przyjdzie - uspokajał Migulec. - Ten, tego, zobacz, farba się skończyła.

- Masz rację, Migulcu. My poczekamy. Pewnie nie masz czasu. - Przyglądała się miłej twarzy olbrzyma.

- Dzisiaj już niewiele zrobię. Przegapiłem posiłek - przyznał. - Wieczorem idę na tańce, będzie ognisko.

Tak się zagadali, że nie dosłyszeli nadchodzącego.

- O, dzień dobry! Cóż to, jakaś narada? - Śmigulec wyciągnął ręce, bo Arabelka podbiegła do niego.

- Dzień dobry, Śmigulcu! - uradowała się. - Dobrze, że już jesteś. Dzisiaj będzie pełnia księżyca, a ja będę czarowała. Do magii potrzeb­­ny mi liniejący pędzel, stary, byle jaki - sprecyzowała swoją prośbę.

Dziewczynka opowiedziała pokrótce historię Śmigulcowi.

- Te... ten stołek tym razem zasłużył na karę - zgodził się olbrzym.

- Właśnie. Pożyczysz mi stary pędzel?

- Pewnie. Może wybierzemy najładniejszy? - przeglądał.

- Potrzebny mi lichy pędzel - uściśliła swoją potrzebę. - Najlep­­­szy będzie taki, z którego wyłazi włosie.

- Stary, liniejący? - malarz był wyraźnie zawiedziony. - Może ten. - Przyglądał się. - Nie. Kle... klejem upaprany, jak zamoczysz go w farbie, to włosy zgubi.

- O! Taki będzie doskonały. Im więcej włosów z niego wyjdzie, tym lepiej - zapewniła. - Czyje to włosy? - Rozgarnęła.

- Końskie włosie to jest - wyjaśnił małej. - Jak będziesz nim ­malowała, to całkiem wy... wylinieje...

Nie dokończył, bo dziewczynka wpadła w zachwyt.

- Znakomity, ten pędzel jest idealny. Taki jest mi potrzebny do magii. Kiedy mam go oddać? - Oglądała przedmiot jak największy skarb.

- Wy... wyrzuć go po pomalowaniu. - Uśmiechnął się.

- Dziękuję. Bardzo mi pomogłeś. Mam już wszystko. Dziękuję wam. Jesteście kochani - cieszyła się. - Będę czarowała na dziedzińcu. - Zadarła nosek.

- Chyba pogoda po... pokrzyżuje twoje plany, czarodziejko, tak jak nasze tańce na świeżym powietrzu - przestrzegł Śmigulec.

- Dlaczego?

- Chmury nadciągają znad wzgórz. Byłem na stry... strychu i widziałem. Deszcz nadciąga w naszą stronę.

- O! To cenna wiadomość. Dobrze, że mi powiedziałeś. Poczaruję w komnacie. - Nie przejęła się aurą. - Nie będę wynosiła atrybutów na zewnątrz.

Bramborek stał grzecznie, co się nie zdarzało. Stworek zawsze przekładał narzędzia, podgryzał je albo marudził.

- Brukołap jest markotny - zauważył Migulec.

- Wszystkiemu winny jest Drewniak. - Zacisnęła piąstki.

- Oj, niedobry ten stołek - przyznał. - Chcecie cia... ciastecz­­ka? - Sięgnął po torbę z prowiantem.

- Bardzo chętnie, lecz nie dzisiaj. Nie możemy spożywać stra­­wy przed rytuałem - tłumaczyła. - Właściwie to tylko eliksir będę warzyła, ale czarodziejki nie jedzą przed zaklęciami.

- Rozumiem. - Schował torbę.

- Odprowadzicie nas? - Spoglądając na braci, wskazała stopę stworka. - Szkoda mi Bramborka, a ja go nie uniosę.

- Pe... pewnie. Ja was zaniosę. Powietrze wilgotne i farba nie chce mnie słuchać. - Śmigulec puścił oko. - Koniec malowania na dzisiaj - postanowił. - Farba musi dobrze wyschnąć, nie mo... mogę malować na wilgotnej powierzchni - tłumaczył.

- Powodzenia, Arabelko. - Migulec pogładził małą po włosach.

- Przyda mi się. Pochyl się - poprosiła.

Olbrzym przykucnął, a mała ucałowała go w nos.

- Dziękuję za pomoc. Nie powiesz nikomu o...? - Przyłożyła rozłożone palce do głowy, imitując rogi.

- Mam tajemnicę z czarodziejką i nie zdradzę jej - zapewnił.

Arabelka przeniosła wzrok na Śmigulca.

- Daję słowo, ni... nikomu sekretu nie wydam.

- Uff...

Powietrze, ciężkie i ciepłe, przesyciła wilgoć. Mała czarodziej­­­­ka szykowała atrybuty do uwarzenia mikstury. Otworzyła szafę. Na półkach stały świece w różnych kolorach. Dziewczynka zastanawiała się, która barwa będzie najodpowiedniejsza.

- Zielony kolor wpływa uspokajająco, takie świece będą najlepsze.

Bramborek przyglądał się poczynaniom dziewczynki. Arabelka zmiatała siano z podłogi i wrzucała je do koszyka. Świece porozstawiała na posadzce. Przyniesioną wodę z Mackowatej rzeki przelała do saganka. Uważała, aby nie uronić ani kropli.

- Woda z Mackowatej rzeki jest magiczna - zapewniła. - Teraz muszę przygotować zioła.

Pozdejmowała ze ścian pęczki zasuszonych ziół. Na stoliku położyła rogi, obok pędzel i ułożyła w odpowiedniej kolejności zioła: kozłek, melisę, szyszki chmielu, korzeń witani ospałej i lawendę.

- Dobrze, teraz czas na kąpiel. Każda czarodziejka przed rytuałem moczy się w wannie. Przed warzeniem eliksiru kąpiel jest wskazana.

Arabelka siedziała w wannie. Taflę wody pokrywała lekka piana. Zaciekawiony Brukołap wielką łapą gładził puchową pierzynkę. Wybierał wonny puszek i bawił się nim. Dziewczynka wyszła z wan­­­ny, wytarła się dokładnie i owinęła się ręcznikiem. Wzięła gąbkę i zamoczyła.

- Teraz umyję twoje futerko - zwróciła się do przyjaciela.

- Kojt - wyartykułował stworek.

- Będziesz zadowolony, bo dodałam lulka do wody - tłumaczyła. - Mam nadzieję, że nie zaśniemy podczas warzenia eliksiru.

Gąbką czyściła futerko pupila. Jego czuprynę wyczesała własną szczotką do włosów. Z szufladki wyjęła fiolkę, wylała na rączkę miksturę i wtarła w stłuczoną stopę Bramborka.

- Nóżka wygląda o wiele lepiej niż rano. Moje mikstury działają - ucieszyła się.

- Kojt - stworek zdawał się radośniejszy.

- Miotełko, teraz czas na ciebie - ucieszyła się.

Wzięła Miotełkę w dłonie i przetarła trzonek szmatką nasączoną w wywarze z rumianku. Rozłożyła witki, rozplątała te, które poskręcały się ze sobą. Pogładziła Miotełkę i oparła o ścianę.

- Puk, puk - usłyszeli dyskretne pukanie do drzwi.

- Zapraszam - zawołała dziewczynka.

- Czarodziejko Arabelko - szeptał Migulec - przyniosłem twój stołek.

- Jestem ci bardzo wdzięczna, bo Drewniak jest ciężki. Jak się uprze, to nie mogę ruszyć go z miejsca.

- Gdzie mam go postawić? - Migulec rozglądał się po komnacie.

- Tutaj będzie dobre miejsce. - Wskazała kafelki przed kominkiem. - Proszę, połóż go do góry nogami. Będę miała pewność, że nie ucieknie.

- Łi, łi - kwękał stołek.

Nikt nie zwrócił uwagi na jego marudzenie.

- Pachnie ziołami - odezwał się olbrzym. - Pięknie przyozdobiłaś komnatę, czarodziejko.

- Teraz mam już wszystkie atrybuty. Dziękuję za pochwałę - radowała się dziewczynka.

- Powodzenia, czarodziejko - uśmiechnął się.

- Przyda się. Baw się dobrze na tańcach. - Pomachała dłonią.

Olbrzym skłonił się i wyszedł.

Szarówka podkradała się pod zamek, gdy Arabelka zawiesiła saganek w kominku nad ogniem.

- Dobrze. Teraz powiążę siano.

Odliczała dokładnie po dwadzieścia dziewięć źdźbeł i przewiązywała połówką trawki. Brukołap przyglądał się jej poczynaniom. Przeliczyła.

- Jest siedem kępek. Doskonale nam idzie, Bramborku. Siód­­­­my miesiąc mamy, siedem kępek siana będzie dopełnieniem przy warzeniu eliksiru. Lipcowa pełnia nazwana została pełnią siana - tłumaczyła stworkowi. - Po dwadzieścia dziewięć i pół źdźbła, bo co dwadzieścia dziewięć i pół dnia mamy pełnię Księżyca, tak wypada mniej więcej.

Wypełniony wodą saganek zawiesiła nad ogniem. Upewniła się, że zioła ułożone są w odpowiedniej kolejności. Różdżka leżała na wy­­­ciągnięcie dłoni. Miotełka uaktywniła się i ustawiła u boku czarodziejki. Miś Klipek został posadzony na foteliku i nadzorował pracę. Bramborek usadowił się na swoim miejscu. Arabelka złotą tasiemką związała włosy w koński ogon. Ciemne chmury przysłoniły tarczę księżyca. Księżniczka pstryknęła palcami i płomienie zatańczyły nad świecami. Odcienie zielonych ogników rozświetliły komnatę.

- W siódmą pełnię niech się darzy i eliksir się uwarzy - powiedziała uroczyście.

Arabelka wrzuciła pierwszą wiązkę siana do ognia. Płomienie zmieniły odcień z żółtego na jasnozielony. Pochwyciła kozłek lekarski. Plątanina korzonków przypominała kozią brodę, wyglądając pociesznie. Jasnoróżowe kwiatki wyglądały spomiędzy zasuszonych liści. Szepcząc zaklęcia, dorzuciła zioła do kipieli. Druga wiązka siana została wrzucona do ognia. Strawiły ją żarłoczne płomienie, które przybrały ciemniejszy odcień. Mrucząc pod nosem zaklęcia, pochwyciła melisę obsypaną żółtawymi kwiatuszkami. Rzucając zaklęcia, wrzuciła do ognia trzecią wiązkę siana. Ogniki zazieleniły się jak świeża trawa na wiosnę. Do kipieli dorzuciła szyszki chmielu; czwarty pęczek siana wpadł do kominka. Płomienie przybrały barwę zielonego majowego listo­wia. Jako kolejne do kociołka trafiły korzenie witani ospałej, a do ognia powędrowała piąta kępka siana. Teraz wonna lawenda wpadła do kipieli i szósta kępka siana spłonęła strawiona przez ciemniejsze zielone płomienie.

Pierwsza błyskawica rozcięła niebo. W oddali pobrzmiewał pomruk nadciągającej burzy.

Ciecz wrzała w kociołku. Zielono złote opary snuły się po komnacie, otulając uczestników.

Dziewczynka odwróciła klepsydrę, piasek przesypywał się, szemrając dyskretnie. Delikatna woń z wymieszanych ziół podrażniła nozdrza. Dyskretny uśmiech zabłąkał się na ustach czarującej.

Arabelka spoglądała na klepsydrę. Eliksir wymagał precyzyjnego czasu warzenia. Gdy piasek przesypał się w połowie, czarodziejka dorzuciła rogi i wsypała proszek, który starła z nich wcześniej. Kipiel wzburzyła się.

Jasna błyskawica rozdarła niebo, w komnacie na moment się rozwidniło. Uaktywniła się Miotełka i zaczęła pląsać przed kominkiem. Arabelce mocniej zabiło serce.

Nareszcie - pomyślała. - Dorosłam do zaklęć i czarów. Moja Miotełka nabrała nowych umiejętności. - Rumieńce pokryły piegowaty nosek.

Bramborek kiwał się w rytm pląsów Miotełki. Arabelka zaintonowała pieśń cichą, kojącą, uspokajającą.

Ostatnie ziarenka opadły na dno klepsydry. Czarodziejka wrzuciła do ognia ostatnią wiązkę siana. Płomienie przybrały ciemnozielony odcień. Miotełka pląsała przed kominkiem, szeleściła witkami.

- Siódmą wiązkę ogień strawił, eliksir się uwarzył - uroczyście wypowiedziała słowa.

Szczypcami pochwyciła za ucho, zdjęła saganek i ustawiła na kamieniu.

Złota błyskawica rozbłysła tuż przy oknach. Arabelka spojrzała w niebo. Pierwsze krople deszczu opadały na parapet. Kolejna błyskawica oślepiła źrenice. Arabelka nie zauważyła, jak Bramborek dorzucił coś do kociołka. Czupryna stworka zalśniła od złotego poblasku. Brokat wypełnił komnatę i unosił się, skrząc zielenią i złotem. Miotełka, pląsając, rozpraszała drobinki. Kominek, kociołek, Klipek, Bramborek, Miotełka i Arabelka pokryli się połyskliwymi drobinkami. Dziewczynka zanurzyła pędzel w eliksirze i miejsce przy miejscu malowała stołek magiczną cieczą. Woń ziół biła w nozdrza. Bramborek ziewnął.

Może eliksir zaczął działać? Arabelka pomalowała widoczną część stołka.

- Odwróć się - zakręciła dłonią nad stołkiem.

Stołek stanął na nogach. Nie wydawał z siebie żadnego dźwię­­­­­ku. Pył wirował w powietrzu. Włosie z pędzla pozostawało na malowanej powierzchni drewna. Czarodziejka pilnowała, żeby po­­­kryć powierzchnię całego stołka. Zużyła miksturę do ostatniej kropli.

- Niech czar się spełni i spokojem cię wypełni! - zawołała.

Gromkie grzmoty raz po raz huczały za oknami. Ciężkie, duże krople spadały na parapety, bębniąc dźwięcznie. Bramborek mruczał. Zielona poświata bledła, złoty pył zanikał w dusznym powietrzu. Komnatę rozświetlił złoty poblask bijący od ognia z kominka. Zielona poświata rozpłynęła się, powietrze przybierało naturalną barwę. Miotełka zakończyła swój taniec.

Stołek, poza tym, że był mokry, nie zmienił się ani trochę.

Z dołu pobrzmiewały odgłosy muzyki. Tańce przeniesiono do sali balowej. Nagle muzyka ucichła.

- Marna ze mnie czarownica, bo...

Grzmot zagłuszył słowa dziewczynki.

- Muzyka ucichła? Wybiła północ - wyszeptała.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wygląd Drewniaka ulegał przemianie. Na powierzchni siedziska poczęło wyrastać siano. Nogi i poprzeczkę pokrywała warstwa wschodzącej trawy. Pomiędzy źdźbłami wzrastały kwiatki. Delikatne różowe kwiatki rozchyliły płatki zakwitającego kozłka. Żółte kwiecie melisy pokryło nogi stołka. Na siedzisku kołysały się szyszki chmielu. Stołek nie wydawał dźwięku. Niewielkie różki nieśmiało rozchyliły siano na siedzisku. Drewniak kształtem pozostał stołkiem uwitym z siana, usianym ziołowymi akcentami, pachnącym lawendą. Przemiana postępowała. Z nóg wyrosły kopytka. Drewniak podskoczył i, stukając racicami, przemieszczał się bokiem w prawą stronę. Ślizgając się na posadzce, dotarł do kolumny i schował się za nią. Oczywiście był widoczny, ale - jak to stołek - mądrości nie nabrał.

Wiatr szalejący na dworze wpadł przez otwarte okno. Podmuch zgasił płomienie świec. Ogień w kominku rozproszył się, posypały się iskierki. Gibkie cienie zatańczyły na ścianach. Arabelka spojrzała na różdżkę, której zapomniała użyć. Magia nawiązała porozumienie z małą czarodziejką.

- Prababcia mówiła prawdę - wyszeptała Arabelka. - Różdżka nie jest potrzebna, aby zaklęcie zadziałało. Tylko prawdziwa czarownica nie potrzebuje różdżki. - Uśmiech przyozdobił lico dziewczynki.

- Kojt, kojt - wyartykułował stworek.

W oddalonej komnacie siedząca przed tremem postać zatarła dłonie. Iskierki radości rozbłysły w oczach prababki, pięknej czarownicy.

Czarownica podeszła do okna. Gęsta mgła skryła widok krętych ścieżek prowadzących do zamku. Marbella już miała odejść od okna, gdy nagle mgła zaczęła rzednąć, by po chwili odsłonić skrywaną tajemnicę. Nieopodal, na połyskującej drobinkami ścieżce, dostrzegła dwie postaci. Czarownica zbliżyła się do szyby. U podnóża zamku stały dwa Brukołapy i wpatrywały się w księżyc zawieszony na nieboskłonie. Marbella bezszelestnie otworzyła okno i wyjrzała. Jeden Brukołap był dorosły, a u jego boku stał niewielki osobnik tego samego gatunku. Obydwa stworki mruczały donośnie. Musiały wydawać głośne dźwięki, skoro Marbella usłyszała je, znajdując się na górnym piętrze baszty. Czarownica spojrzała na księżyc, który dzisiaj miał osobliwą barwę pomarańczową z ciemniejszymi karminowymi plamami kraterów. Wzrok przeniosła na stworki i ich bujne, puchate czupryny, które poruszał lekki wiatr. Obok wielkich stóp stworków leżały rozrzucone kamienie, ale one ich nie jadły.

Kto wypuścił Brukołapy? - zastanawiała się. - Czyżby przegryzły się przez grube mury lochów, w których tkwiły zamknięte od bardzo dawna? Może ktoś otworzył wrota do podziemi?... Nie, to raczej niemożliwe... Może ziemia uwolniła stwory? Po ostatnim rytuale ciągle wyczuwalne są wstrząsy. Pewnie stworki przebudziły się z uśpienia.

Westchnęła.

Większy Brukołap poruszył okazałym nosem, uniósł go i rozglądał się, węsząc, jakby kogoś wyczuł. Już po chwili dobre powonienie powiodło nos w odpowiednią stronę i stworek spojrzał prosto w oczy czarownicy. Jego duże ślepia popatrywały na nią złowrogo. Dłuższy czas mierzyli się wzrokiem. Mniejszy kolega zainteresował się kamyczkiem. Mały pieczołowicie rozgarniał ziemię i powoli wygrzebywał smakołyk. Większy stworek mruknął i mały powiódł za jego wzrokiem. Maluch zaczął piszczeć, gdy dostrzegł postać stojącą w oknie.

- Szy, szy, szy...

Marbella próbowała zagwizdać, ale jej nie wyszło. Zacmokała głośno.

- Cmok, cmok. Chodź, nie bój się. Jesteś małym Brukołapem - zauważyła. - Spróbuję cię oswoić - postanowiła.

Mały ruszył w stronę muru. Podszedł pod samą basztę i wielkim ozorem oblizał kamienne mury. Marbella wychyliła się i spoglądała w jego ślepia; były małe, w kształcie łez, a w źrenicach błyszczały psotne iskierki.

- Hej, potworku! Masz być grzeczny, i nie obgryzaj murów zamku. - Pogroziła palcem. - Zaczekaj tutaj, zaraz wrócę - odezwała się ciepłym głosem.

Lekko zeskoczyła z parapetu, podeszła do komody, wyjęła woreczek z szuflady. Kierując się w stronę okna, po drodze pochwyciła talerz z ciasteczkami. Gdy Marbella wychyliła się przez okno, mały Brukołap stał w tym samym miejscu, gdzie pozostawał przed chwilą.

- Brawo, dzielny potworek - pochwaliła. - Zobacz, mam ciast­­ko, smakowite, lepsze od kamieni. Co ty na to? - Za parapet wychyliła ciasteczko, z którego posypały się okruszki.

Potworek przyglądał się, zaciekawiony pokarmem. Obejrzał się na większego kumpla. Chyba dostał przyzwolenie, bo pogładził brzuszek.

- Dobry stworek. Uważaj, rzucę smakołyk, a ty złapiesz. Rozu­­­miesz? Nie ma pewności, czy rozumiesz to, co mówię do ciebie - marudziła. - Co tam, jak nie rzucę, nie dowiemy się. Uważaj, no to hop. - Rzuciła ciasteczko.

Nie widziała dokładnie, bo mur był gruby i ledwie dostrzegała końcówkę czupryny. Zadarła suknię i weszła na kamienny parapet. Usadowiła się wygodnie, przytrzymała się futryny i wychyliła. Mały stworek szukał, rozgarniał zeschłe listowie, przerzucał kamyki, węsząc wielkimi nozdrzami, w końcu znalazł to, co spadło. Duży kompan natychmiast podszedł i wyrwał zdobycz z łap małego.

- Trzeba było być odważnym i samemu złapać ciastko. Nie­­ładnie zabierać mniejszemu... - mruczała pod nosem czarownica, niezadowolona z zachowania dużego osobnika.

Zachowanie większego stworka wprawiło jednak Marbellę w zdumienie. Duży Brukołap obwąchał dokładnie ciastko, oblizał ozorem, jego szeroki pysk pojaśniał. Obejrzał smakołyk ze wszystkich stron, po czym oddał mniejszemu. Mały odgryzł odrobinę i ciamkał, mlaskając donośnie. Duży Brukołap popatrywał to na małego, to na okno.

- Co? Ty też chcesz ciasteczko? - Czarownica przemawiała ciepłym głosem. - Dam ci, dam. Okazało się, że jesteś grzeczny, to też dostaniesz.

Marbella, wpatrując się w ciastka, wypowiedziała ciche zaklęcie:

- Mały stworku, gdy zjesz ten wypiek pogodny, staniesz się łagodny.

Złoty pył zawirował nad ciastkami leżącymi na talerzu. Wypieki pokrył skrzący brokat. Czarownica pochwyciła ciastka i rzuciła. Duży Brukołap złapał obydwa w wielkie łapska. Podzielił się z małym i chrupały powoli. Marbella rzucała smakołyki, ciastek ubywało z talerzyka, a przybywało w brzuchach głodomorów. Czarownica zaglądała zaciekawiona tym, czy coś zmienia się w zachowaniu żarłoków albo czy wyglądają inaczej. Złoty pył wirował nad osobliwymi postaciami. Czupryny stworków zalśniły, a lekki wiatr wysypał z ich pióropuszy skrzące drobinki, pokrywając nimi zarośla. Krzaki nie zmieniły się, pozostały zdziczałe i szare. Zaklęcie nie podziałało na rośliny. Ku radości czarownicy pyski stworków złagodniały.

- Kojt, kojt - wyartykułował większy potworek.

- Ki, ki - poszedł w jego ślady maluch.

- Brawo. Zaklęcie zaczyna działać. Zobaczymy, co z tego wyniknie. - Zatarła dłonie. - Mam nadzieję, że dacie się oswoić, stworki. - Uśmiechnęła się pod nosem.

- Kojt, kojt, kojt. - Duży potworek rozłożył łapy w geście zdradzającym chęć łapania ciastek.

- Nie mam więcej ciasteczek. - Marbella wystawiła rękę i pokazała pusty talerz, z którego posypały się okruchy i drobinki pyłu skrzącego się zielonkawą barwą.

Oba stworki spoglądały na czarownicę przez krótką chwilę. Duży mruknął głośno, odwrócił się i ruszył krętą ścieżką. Dzieciak piszczał, tupał wielkimi stopami o skaliste podłoże i spoglądał na okno komnaty. Najwyraźniej nie chciał rozstać się z miejscem, z którego rzucają smakołyki prosto do łap. Duży Brukołap, podążając przed siebie, nie reagował na protesty małego. Nie chcąc pozostać bez opieki, brzdąc, oglądając się za siebie, podreptał za swoim opiekunem.

- Przyjdźcie jutro! - zawołała Marbella na odchodne, po czym zeszła z parapetu i zamknęła okno.

Czarownica podniosła wzrok znad księgi, spojrzała na klepsydrę. Ziarenka czasu przesypywały się leniwie. Czas ciągnął się, jakby stanął w miejscu, a przynajmniej zwolnił. Do jej serca wkradła się niepewność.

Jeżeli Gulce zignorują moje polecenie i nie przyjdą na zamek? - rozmyślała. - Nigdy nie traktowałam ich dobrze. Wynikało to z tego, że są tacy nierozgarnięci - usprawiedliwiła się. - Zmusić ich do uczciwej pracy... nie sposób. Gdyby sumiennie wykonywali moje polecenia, to traktowałabym ich inaczej. Może nająć ludzi zamieszkujących w barakach? Nie. - Szybko odwiodła się od swego zamiaru. - Z ludźmi nie dojdę do porozumienia w tak skomplikowanych czynnościach jak usługiwanie mi. Na samo słowo "zamek" uciekają w popłochu. Niewielu odważyło się tutaj wejść i to tylko dzięki moim zaczarowanym miksturom, które wypili. - Westchnęła. - Gulce mają dobre relacje z chłopcem.

Jest nikła nadzieja, że zjawią się tutaj ze względu na niego. Gdyby zrezygnowali z przyjścia, smok już dawno powróciłby sam.

Marbella szczelniej otuliła się pledem. Zmęczenie ułożyło się na jej ramionach, wątłych i przygniecionych przez troski. Przymknęła powieki.

- Tylko na chwilę, na moment... - wyszeptała. - Odpocznę chwileczkę...

Komnatę wypełniło ciepło miłe i przytulne, cisza koiła rozbiegane myśli. Marbella niczego nie czuła, zmęczenia, znużenia, zniechęcenia...

Zmierzchem życia zasiądę w fotelu

Przytłoczona ciężarem lat wielu

Spojrzę wstecz na lata minione

Przepadły głupio stracone

Żal wbił we mnie złudne szpony

Powinnam była zadzwonić

Gdybym nie uciekała dzisiaj Ciebie bym miała

W blasku świec błysk źrenic Twych wspomnę

Zapomnieć Cię nie zapomnę

Mglistym świtem o bladym poranku

Wspominam Ciebie ukochany kochanku

Czarownica podeszła do okna i otworzyła szklane skrzydło. Oparła dłonie o parapet. Spojrzała na swoje dłonie. Na palcu obrączka, muskana przez promienie słońca, lśniła złotymi refleksami. Wyjrzała na zewnątrz. Na dolnym tarasie ogrodnik przycinał klomb. Marbella przypatrywała się zaciekawiona. Praca sprawnie szła olbrzymowi. Wielkimi nożycami wycinał pędy zdziczałe, niepotrzebne, obeschłe gałązki opadały na trawnik. Zieloną trawę miejscami rozświetlało słońce, tworząc jaśniejsze kleksy. Zbędne listki osypywały się leniwie, jakby w zwolnionym tempie. Gdy dotykały ziemi, ich barwa wysycała się, zieleń zastępował przerdzewiały brąz późnojesiennych barw przemalowujących obeschłe listowie.

Dlaczego liście tak szybko zmieniają barwę? - pomyślała. - Do jesieni jeszcze daleko. Miguleusz nie potrafi czarować.

Ogrodnik zdawał się bawić swoją pracą. Jego ręce poruszały się płynnie, szybko i sprawnie, co nieczęsto zdarzało się olbrzymom. Zazwyczaj pracę wykonywali niespiesznie. Przez moment Marbella nie widziała nic, bo pracownik zasłonił klomb swoim ciałem, krępym i wysokim. Gdy Miguleusz skończył pracę, odszedł w stronę drzewa, o które oparte były grabie. Przez chwilę obserwował swoje dzieło z pewnej odległości. Marbella z zaciekawieniem przyglądała się osobliwemu wyglądowi krzewu. Ogrodnik podszedł do klombu i wyciął kilka gałązek i dużych liści. Krzew przybrał idealny kształt, na co olbrzym zatarł dłonie z radości i zaśmiał się donośnie. Jego tubalny głos wprawił czarownicę w dobry humor.

- Jaki kształt nadał klombowi ogrodnik? Cóż to jest? - Zaglądała zaciekawiona i wychyliła się. - To... to jest kołyska.

Myśli czarownicy błądziły po zakamarkach pamięci.

Buja miłość w kołysce uczucia

Przytula czarowne spojrzenia

Czule gładzi wspomnienia

Muska słodkie marzenia

Wypieściła te swoje Amory

Wyrosły nieczułe potwory

Barwne listowie utworzyło kształt kolebki. Z korzeni przeplatających się misternie zapleciono płozy, na nich wspierał się wiklinowy koszyk o brunatno-rdzawej barwie. Nad koszyczkiem górowała kopułka z kwiecia, która stanowiła wonne zwieńczenie całości, roślinnej, naturalnej. Na kopułce wiły się pnącza róż o błękitnej barwie, tworząc baldachim chroniący przed nadmiarem światła. Powiał wiatr, poruszyła się kołyska, zakolebała, zafalowała różana zasłonka. Słodka woń jesiennych kwiatów wleciała do komnaty. Powiew świeżego powietrza, przesyconego zapachem mleka, podrażnił nozdrza Marbelli.

- Czas już, czasu pozostało niewiele. - Czarownica odeszła od okna.

Nieopodal kominka stała kolebka. Drewniana, częściowo z korzennych przeplotów w kształcie płóz, z błękitnym baldachimem ze zwiewnego, cieniuteńkiego tiulu, do którego przyczepiono główki róż - świeżych, wonnych i słodko pachnących. Obok na stoliku stała butelka z mlekiem, może z kaszą. Marbella, przechodząc koło lustra, przystanęła i przejrzała się w szklanej tafli. Ujrzała swoją twarz, młodą i rozpromienioną. Przyglądała się sobie zaciekawiona nowym, odmłodzonym wyglądem. Iskierki w czarnych źrenicach lśniły, zaróżowione policzki ocieplały twarz. Krągłe kształty powabnych bioder przyciągnęły wzrok. Czarne włosy, bujne i lśniące, okalały buzię rozradowaną, szczęśliwą.

To był tylko sen, smutny szary majak, koszmar okropny - wzdryg­­­­­­­nęła się. - Nie jestem wychudzona, moja cera ogorzała słońcem przypomina odcień czekolady lekko zabielonej mlekiem. Nie jestem już sama. Nigdy sama nie byłam. To był sen, zły sen. Po moim nieszczęściu śladu nie zostało...

Myśli Marbelli rozproszyło ciche kwilenie niemowlęcia.

- Mój synek - uradowała się. - Jest przy mnie.

Pochwyciła butelkę, ciepłą i przyjemną. Ruszyła ochoczo w stro­­­­nę dziecka. W miarę jej przybliżania się do kołyski, kolory bladły, na tiulowym baldachimie róże więdły i zeschłe płatki opadały na posadzkę, kamienną, pozbawioną barw. Otoczenie poszarzało, barwy wypłowiały, ziąb przenikał do szpiku kości. Marbella biegła, ale pomimo tego, nie mogła przybliżyć się do maleństwa. Kwilenie ­cichło. Dotarła do kołyski dotknęła kołderkę, ta okazała się lodo­­­wata, pokryta szronem. Odsłoniła tiul - zmrożony, trzeszczący od szronu. Lodowe drobinki osypały się i rozmarzły, rosząc dłonie kroplami kapiącymi na posadzkę.

- Dlaczego? Gdzie on jest? Gdzie jest mój synek?! Zabrali go! Nie!

Kołyska okazała się pusta. Serce Marbelli zacisnęło się, blokując dostęp powietrza do płuc; brakowało jej tchu. Nie mogła oddychać. Zdołała krzyknąć rozpaczliwie, rozglądając się po komnacie za małym.

- Gustaw! Porwali mojego Gustawa! Nie!

Jej głośny krzyk rozpaczy wyrwał się z piersi i przebudził chłopca. Sen czmychnął spod powiek czarownicy. Jej serce tłukło się jak opętane. Jej lodowate dłonie drżały.

- Psze pani. Psze pani! - Dziecięcy głos wypełnił komnatę.

- Jestem, już jestem przy tobie, Gutku.

Wymotała się z koca, podbiegła i przysiadła na skraju łoża.

- Co się stało, psze pani? Wołała mnie pani? - Głos chłopca był słabiutki.

- Nie stało się nic złego. Przysnęłam - mówiła rozedrganym głosem. - Ja tylko śniłam, szary sen, był bardzo smutny, to był zły sen. Wszystko jest w porządku - uspokajała chłopca i siebie.

Rozejrzała się po komnacie otulonej barwami. Otarła z czoła drobinki zimnego potu. Starała się uspokoić oddech i wyciszyć rozkołatane serce.

Jak mogłam zasnąć?! - miała wyrzuty sumienia. - Nie powinnam zostawiać Gustawa bez opieki. Co ze mnie za...

- Przestraszyłem się. Krzyknęła pani i bałem się, że stało się coś złego. Jaka jest pora dnia, psze pani? - Chłopiec przerwał jej rozmyślania.

- Zbliża się południe. - Spoglądała na klepsydrę czasu.

- Smok wrócił, psze pani?

- Serafina jeszcze nie ma. Gutku, ból nie ustał? - Dotknęła czoła, okazało się, że jest trochę za ciepłe. Chociaż siedziała, czuła, jak drżą jej kolana.

- Ból troszeczkę ustąpił, psze pani.

- Gutku, może chce ci się pić? - Pogładziła go czule po ramieniu.

- Tak. Zaschło mi w ustach.

- Pewnie jesteś głodny...

- Skąd pani to wszystko wie, psze pani?

- Nie wiem wszystkiego - uśmiechnęła się. - Domyśliłam się.

- Psze pani, ja to mam ochotę na ciasteczko.

- Już ci podaję. - Pogładziła go po policzku i wstała.

Marbella rozejrzała się po komnacie, nie dostrzegła kołyski, butelka z mlekiem nie stała na stoliku. To upewniło ją, że senny majak odszedł w zapomnienie.

Gutek słyszał, jak Marbella nalewa napój do kubka, po czym otwiera puszkę. Na stoliku stojącym przy łożu postawiła tacę, ustawione naczynia zabrzdąkały. Pomogła chłopcu usiąść, podłożyła poduchę pod jego plecy. Złożyła pled i ponownie przysiadła na brzegu łóżka. Podała napój.

- Pij powoli, Gutku. - Przystawiła kubek do jego ust.

- Dziękuję, psze pani. To nie jest eliksir? - W jego głosie brzmia­­­­ło rozczarowanie.

- Nie tym razem. W kubku jest woda z sokiem. Eliksir wypijesz później.

- Szkoda. Mikstura była pyszna, smakowała mi.

- Cieszę się, że ci posmakowała. Ale nie można lekarstwa nadużywać, a trzeba je dozować w odpowiednich dawkach. Podzielę ciastko. Będzie ci wygodniej jeść - mówiła. Pokruszyła smakołyk na drobne cząstki. Podawała chłopcu na przemian z napojem.

Ziemia lekko zadrżała. Wiszące na żyrandolu kryształowe sopelki zadzwoniły dyskretnie. Łoże zakołysało leżącym chłopcem. Stojące przy kominku tremo zamruczało. Lustro rozbudziły delikatne wstrząsy, a może głośne odgłosy syczenia, jakie wydały ogniki w kominku.

- Zamek się ugruntowuje - uprzedziła pytanie Gutka. - Nie masz czego się bać - uspokoiła chłopca.

Cichy odgłos plaskania przybliżał się do łoża.

- Kto to idzie? Psze pani, to duch przybył z zaświatów?

- Nie, to nie duch - uśmiechnęła się. - Podeszło tremo. Za­­­pew­­­ne ma dla nas wiadomość do przekazania.

Odgłos rozbijanego szkła zmącił ciszę.

- Jaką wiadomość masz dla mnie, moje tremo? - Czarownica pogładziła gładką drewnianą ramę.

Lśniąca tafla zafalowała i po chwili z jasnej mgły wyłoniła się drewniana chatka. Gutek nasłuchiwał. Nie wychwycił żadnego dźwięku.

- Lustro pokazuje chatę...

- Jak wygląda chata, psze pani?

- Drewniana jest, nie wyróżnia się niczym szczególnym...

- Czy na parapetach stoją donice?

- Tak.

- Wiem, to jest chatka Gulców.

- Skąd ta pewność?

- Tylko Gigulka przyozdobiła parapety donicami z... Sam nie wiem, co w nich rośnie. Nigdy nie dopytywałem.

- Rozumiem. W takim razie to ich obejście.

- Czy lustro pokazuje coś jeszcze? Jeżeli mogę wiedzieć, psze pani Marbello.

- Możesz wiedzieć, Gutku. Widzę wnętrze chaty. Jest w niej skrzat Borówek. Kochany Borówek. - Wypowiedziała te słowa z czułością. - Dostrzegam też wszystkie Gulce. Wydaje mi się, że wszyscy szykują się do wyjścia. Biegają i zbierają jakieś drobiazgi. Nie widzę dokładnie. Jakby przez mgłę było widać. Serafin wylizuje wielką brytfannę? - spytała zaskoczona.

- He, he - roześmiał się. - Pewnie zjadł już wszystkie pieczone marchewki, które podała mu Gigulka. Zawsze wylizuje brytfannę do czysta. Gigulka nauczyła smoka jadać takie przysmaki.

- Pamiętam. Kiedyś mi o tym wspominałeś. To niepojęte.

- Niepojęte co, psze pani?

- Gulce mają niewiele pożywienia, a jeszcze dzielą się jadłem.

- Zawsze się podzielą, psze pani. Gigulka nakarmi każdego, nawet gdyby kosztem tego miała chodzić głodna.

- Dobra z niej dziewczyna - pochwaliła. - Chętnie upiekłabym smokowi marchewki, ale... - Urwała.

- Właściwie dlaczego nie może ich pani upiec, psze pani?

- Zapewne uprażyłyby się na węgielki.

- Dlaczego? - dociekał.

- Nie mam talentu do gotowania. Pamiętasz, jaką zupę ugotowałam...

- He, he - roześmiał się. - Dało się zjeść zupę, psze pani. Nie była taka zła - rzekł uprzejmie.

- Pewnie. Wszystko da się zjeść... jakoś przełknąć. Gorsze bywają konsekwencje spożycia mamałygi. Brzuch rozboli i nic dobrego z tego nie wynika - marudziła. - Czasem z wygódki wyjść nie można przez parę dni. Ech... - westchnęła.

- E tam, jadałem gorsze potrawy - pocieszał Gutek.

- Nadal żyjemy, to świadczy o tym, że niby-zupa nie była trująca - mówiła kąśliwie.

Roześmiała się razem z chłopcem.

- Dawniej nie miałam potrzeby zajmować się przyrządzaniem potraw - ciągnęła swoją wypowiedź. - Niegdyś, w dawnych czasach, to kucharze przygotowywali smaczne posiłki, pyszne zupy warzyli. Cukiernicy wypiekali aromatyczne, słodkie ciasta, bułeczki z jagodami, smażyli pączki. Pichcono w kuchni na okrągło. Niekiedy w nocy zakradałam się tam w tajemnicy i podkradałam kruche ciasteczka. - Uśmiechnęła się do swoich wspomnień. - Pachniały cynamonem i wanilią, przyprawami przywożonymi z zamorskich podróży. Gdy ciasteczka leżały na tacy, na wyciągnięcie ręki, nigdy nie smakowały tak jak te, które podbierałam w tajemnicy - przyznała. - Pokojówka przygotowywała soczyste owoce na podobiadki, lub na podwieczorki - wspominała. - Gdy służby zabrakło, obojętne mi było, co jadałam. Zostałam sama, a samotność nie jest dobrym towarzystwem do spożywania jadła - westchnęła.

- Zawsze posiłek smakuje lepiej, gdy się go je z kimś jeszcze. To prawda, psze pani.

- Niebawem wprowadzę inne zasady... - Urwała. Wstała, podeszła do lustra.

Słyszał, jak gładzi ramę, a następnie czochra futrzane łapy, na których człapało tremo. Gutek nie był pewien, czy to lustro zamruczało, czy tylko odniósł takie wrażenie, ale przecież nie mruczała Marbella.

- Dziękuję za wiadomość. Jestem ci bardzo wdzięczna - mówiła miłym głosem.

- Ciekawe, co robi moja mama - westchnął chłopiec.

- Drogie tremo, pokaż, proszę, mamę chłopca - zwróciła się do lustra.

Lustrzana tafla zafalowała. Z jasnej mgły wyłoniły się kamien­­ne ściany, sprzęty stojące w komnacie, poblask bijący od ognia. Czarownica ujrzała swoje odbicie. Obraz był wyjątkowo wyraźny. Zdumiona przyglądała się sobie.

- Psze pani, i co? Tremo pokazało moją mamę? Co robi mamusia? - niecierpliwił się chłopiec.

- Niestety... lustro nie pokazało pani Ślizgutkowej.

- Proszę mi powiedzieć: a co pani widzi? - dopytywał chłopiec.

- Widzę swoje odbicie.

- Ojć.

- Drogie tremo, pokaż, proszę, mamę Gutka Ślizgutka - sprecyzowała prośbę.

Obraz zmienił się. Wyłoniły się zarysy diademu, kolii i złotych kosztowności.

- Kogo pokazuje tremo, psze pani? - ponaglał chłopiec.

- Tremo... nie pokazuje kogoś, a coś? Widzę klejnoty rodzinne.

- Klejnoty? Niby jakie? W naszym domu nie było kosztowności. Chyba że ja o nich nie wiem. Może tremo pokazuje konia, tego, co pracował w polu z tatą? Może tremo ma na myśli końską uprząż? Chomąto było ładne, z tego, co pamiętam, miało nabijane metalowe ozdoby. Możliwe, że okucia były cenne albo kosztowne. Ja tego nie wiem. - Gutek zamilkł na chwilę. - Wiem! - wykrzyknął zadowolony, jakby rozwikłał tajemnicę rodzinną. - Koń był naszym... można powiedzieć drogocennym klejnotem - dedukował. - Nie mogę przypomnieć sobie nic cenniejszego, z tego, co mieliśmy w chatce.

- Widzę prawdziwe kosztowności, klejnoty, moje dia­­­­de­­­­my... - Zadumała się.

- O?

- Gutku, może twoja mama umiała wyrabiać ozdoby? - Marbelli przyszedł do głowy nowy pomysł.

- Pewnie - ucieszył się. - Czasami mama nawlekała na nitkę kulki jarzębiny i robiła z niej koraliki. O! Z żołędzi robiła kolie. Nawet ja je nosiłem, chociaż mama mówiła, że to dziewczęce ozdoby. Gdy obrodziły kasztany, wyrabialiśmy broszki. Duże były i ciężkie, gdy się je przypinało do materiału, to aż bluzki odstawały, he, he... Podobały mi się. Mieliśmy z owoców rokitnika "złote" bransoletki. Dla mnie były bardzo cen­­­­ne. Chociaż wiem, że nie były kosztowne. Tak bawiliśmy się z mamą. Bardzo lubiłem te zabawy. Takie ozdoby pokazało tremo?

- Niezupełnie.

- Psze pani, proszę nie męczyć trema. Możliwe, że pokazało to, co było ważne, i jest zmęczone. Może innym razem pokaże nam moją mamę - pocieszał chłopiec.

- Możliwe. - Przekonania w jej stwierdzeniu nie było.

Dlaczego widzę moje diademy? - wątpliwości wkradły się do serca czarownicy. - Moje kosztowności? Przecież nie rozdawałam swojej biżuterii ludziom. Niekiedy dawałam błyskotkę Rumbii, mojej miłej olbrzymce - wspomniała ciepło pokojówkę. - Rumbia zawsze lubiła się stroić i układała piękne fryzury, wpinała we włosy ozdoby, spinki, zapinki. Nigdy nie oddawałam prezentów obcym. Tremo pokazało podarki, które dostałam od Refugiusza, i nie oddałabym ich...

- Psze pani... - Chłopiec przerwał jej dociekania.

- Słucham.

- Pomyślałem o tych moich ozdobach... - Urwał.

- O co chodzi z tymi ozdobami? - nie zrozumiała.

- Zachowa pani w tajemnicy te korale, które nosiłem? Jak Gigulka się dowie, to będzie śmiała się ze mnie. Chłopcu nie wy­­­­­­­­­­­pada nosić dziewczęcych ozdób.

- Nie martw się. To będzie nasza tajemnica. Nikomu o koralach nie powiem - zapewniła.

- Uff... dziękuję, psze pani.

- Proszę.

Tremo odeszło na swoje miejsce. Komnatę wypełnił zapach bzu i świeżego wiosennego powietrza. Marbella usiłowała skupić się i przypomnieć sobie minione czasy. Dawno temu dostała w prezencie od Refugiusza bursztynową zawieszkę przyozdobioną srebrnymi żołędziami.

Z jakiej okazji Refugiusz podarował mi tamtą niepowtarzalną ozdobę? - zastanawiała się. - Tak bardzo ją lubiłam. Gdzież przepadł tamten bursztyn? Jesienią go dostałam, późną jesienią... Pamiętam, że wówczas byłam gruba jak beczka i...

Nic nie wyszło z przypomnienia sobie tamtego zdarzenia, bo Gutek rozgadał się i rozproszył jej kruche wspomnienia osnute mgłą niepamięci.

- Pachnie bzem - wyszeptał chłopiec.

- Czujesz taką woń?

- Tak, psze pani, pachnie wyjątkowo intensywnie.

- Gutku, to dobra oznaka - uradowała się, aż klasnęła w dłonie.

- Niby czego oznaka, psze pani?

- Zacząłeś odczuwać zapachy, a to zwiastuje, że opuchlizna nosa się zmniejsza.

- To dobrze... Niesamowite, psze pani - zagadnął.

- Co jest niesamowite? - zainteresowało to Marbellę. - To, że Gulce przyjdą? - domyśliła się. - Masz rację, też jestem zaskoczona. Byłam pewna, że nawet nie spojrzą na zamek...

- Nie, nie to jest niesamowite, psze pani. Tego, że Gulce przyj­­­­dą, to byłem pewien. Lustro jest niezwykłe.

- To prawda.

- Musiała się pani bardzo ucieszyć, gdy je dostała.

- Tak było, chociaż nie od razu byłam uszczęśliwiona...

- Psze pani, a kto je pani podarował?

- Lustro dostałam od mojej babci Widagji jako prezent urodzinowy.

- Pani babcia potrafiła czarować?

- Skąd wyciągnąłeś taki wniosek? - odpowiedziała pytaniem na jego pytanie.

- Nigdy nie widziałem, żeby jakieś lustro chodziło. Zwierciadła, które stoją w innych komnatach, nie ruszają się ze swoich miejsc, psze pani. Nie mówiąc o tym, że tremo pokazuje to, co chce się zobaczyć, nawet jak to coś znajduje się bardzo daleko. Tremo musi być zaczarowane.

- Moja babcia nie potrafiła czarować. Zamówiła lustro u pewnego skrzata, Zwierciadlaka. On je wykonał, wypełnił magią i tchnął w nie... jakby życie.

- Opowie mi pani o tym? O tym, gdy dostała pani ten niezwykły prezent? Jestem ciekaw tej historii.

- Gutku, chyba powinieneś odpocząć...

- Jeżeli nie pamięta pani, to proszę się nie trudzić.

- Pamiętam doskonale. Niektóre zdarzenia pamiętam tak, jakby wydarzyły się wczoraj, innych nie potrafię sobie przypomnieć, choćbym starała się ze wszystkich sił.

- Jestem trochę zmęczony, ale chętnie odpocznę, gdy pani będzie opowiadała. Proszę, psze pani.

- Skoro chcesz, to zgoda. Mamy sporo czasu. To było daw­­­­no, a ja wciąż pamiętam tamte czasy doskonale. Byłam wtedy malutka. Zbliżały się moje urodziny. Odliczałam tygodnie dzielące mnie od świętowania. Zawsze był to bardzo uroczysty dzień...

Wspomnienia pobiegły do dawnych chwil. W głosie czarownicy dało się wyczuć dużo ciepła i miłości.

- Wracając do tego, o czym chciałeś usłyszeć, był wieczór. Moja siostra leżała w łóżeczku, a ja siedziałam na parapecie i czekałam na powrót mojego pupila. Otworzyły się drzwi do komnaty i weszła do niej nasza ukochana babcia.

Marbella zaczęła snuć swoje wspomnienia.

- Babciu, babciu! - Mała księżniczka zeskoczyła z parapetu i przytuliła się do starszej kobiety. - Babuniu moja kochana!

- Moja Niusia maleńka. - Babcia ucałowała buźkę. - Miranda śpi, a ty, Marbellko, dlaczego nie leżysz w łóżeczku?

- Czekam na powrót... - szeptała.

- Wiem, wiem, kochanie. Z pewnością niebawem przybędzie. Niedługo twoje urodziny, moja wnusiu - babcia zmieniła temat. - Wiesz już, jaki prezent chcesz dostać od babci?

Wzięła małą na ręce i podeszła do rozłożystej kanapy. Usiadła i przytuliła dziewczynkę.

- Prezent, babciu? Mam już wszystko: żabi barometr, własną miotełkę, szklaną kulę - wymieniała czarodziejka.

- Musi być jeszcze coś, o czym marzysz, kochanie - przekonywała babcia.

- Tak. Marzę o czymś.

- W takim razie słucham cię, moja kochana. - Ucałowała włoski małej.

- Babciu, chcę dostać coś takiego, w czym będę mogła zobaczyć ciebie, gdy będę daleko. Ja i Miranda ciągle gdzieś wyjeżdżamy z rodzicami. Ty, babciu, zostajesz w zamku, a ja bardzo za tobą tęsknię.

- Czy to ma być mój portret? - ucieszyła się kobieta.

- Portret? - W głosie dziewczynki dało się wyczuć rozczarowanie. - Portrety są nudne. Pełno ich na ścianach, a każdy z namalowanych wujków jest mało do siebie podobny.

- Marbellko, cóż ty mówisz, kochanie?

- Prawdę. Dziadzio ma za duży nos. Papcio ma za małe uszy i za krótkie wąsy. Królowa jest o wiele piękniejsza niż na malowidle. Ja wiem, że ktoś był zazdrosny o jej urodę, dlatego ją oszpecił, specjalnie. Ciotki są nadęte, jakby je napompowano jak balony. Wszyscy mają nadąsane miny i naburmuszeni są, to widać - podsumowała rodzinne wizerunki.

- Tak wyglądają ludzie na portretach. Długo trzeba pozować, to nie jest przyjemne, a nudne - przyznała babcia.

- Sama widzisz, babciu...

- Widzę. Hm... - zastanawiała się. - Mam pewnego znajomego skrzata, który zajmuje się... Niech na razie jego profesja pozostanie tajemnicą. W końcu prezent urodzinowy powinien, chociaż w pewnym stopniu, być niespodzianką.

- Dobrze, babciu, poczekam cierpliwie. Chociaż właściwie to nie musi być prezentu. Najważniejsze jest to, żebyś ty przyszła.

- Przyjdę, moja ukochana, śliczna Niusiu.

Marbella przerwała opowiadanie, Gutek od razu zadał pytanie:

- Psze pani, dlaczego babcia mówiła do pani, Niusia?

- Gdy przyszłam na świat, dziadek wymyślił dla mnie takie czułe zdrobnienie. Byłam jego oczkiem w głowie i bardzo mnie kochał. Babci też spodobał się ten zwrot pełen ciepła. Dlatego tak się do mnie zwracali dziadkowie. Niusia...

- Ładnie - przyznał. - I co, co było potem?

- Jak na złość dni ciągnęły się. Nie mogłam się doczekać, kiedy otrzymam tajemniczy prezent - przyznała.

Spojrzała na stojące tremo i jej myśli ponownie pobiegły do dawnych czasów...

W końcu nadszedł upragniony poranek. Ruch w komnacie przyjęć był duży. Dworzanie wchodzili i składali życzenia, przynosili prezenty. Trochę to było nudne, bo każdy obdarowywał nas słodyczami. Gdybyśmy z Mirandą wszystkie zjadły, zamieniłybyśmy się w beczki. Jednak wiedziałam, że dzieci mieszkające w domkach pracowników z chęcią pomogą nam w ich zjedzeniu.

Do komnaty weszła babcia.

Marbella kręciła się podekscytowana, lecz starała się ukryć zniecierpliwienie. Służba wniosła płaski przedmiot, postawiono go na podłodze. Mała podeszła do tego czegoś nieco wyższego od niej. Obeszła dookoła. Gdy stanęła przed podarunkiem, odniosła wrażenie, że prezent zadrżał i zamruczał. Złoty tiul, którym był owinięty, lśnił, złocisty pył unosił się dookoła, drobinki opadały na posadzkę. Po plecach solenizantki przebiegł dreszcz.

- Babciu, co to jest?

- Sama zobacz, kochanie.

Mała podeszła do tajemniczego podarunku. Już miała złapać za tiul...

- Wrr... - wydobyło się z podarku.

- Lepiej tego nie dotykaj, księżniczko - chciała ją wystraszyć niania, która weszła do komnaty.

- Lepiej wyjdź, bo zaraz mój prezent zje ciebie! - mała postraszyła olbrzymkę. - Możesz odejść!

- Oczywiście, księżniczko. Wrócę później. - Niania pokłoniła się i wystraszona wybiegła z komnaty.

- Rumbia boi się mnie, bo zaczarowałam jej kubek i nie mogła oderwać go od stolika - zachichotała. - Olbrzymy są ogromne, ale bardzo strachliwe. - Marbellka cieszyła się niedawno odkrytym faktem.

- Marbellko, nie możesz wykorzystywać czarów... - westchnęła babcia.

- E tam! - przerwała i wzruszyła ramionami księżniczka, bo już zastanawiała się nad kolejnym psikusem.

Spojrzała psotnie na tajemniczy prezent, po czym odezwała się, zmieniając temat.

- Ja niczego się nie boję. Jak na porządną czarownicę przystało, nie mogę się lękać, babuniu.

Wyprostowała się, zadarła nosek i delikatnie pociągnęła za tiul. Powoli unosiła zwiewny materiał. Ukazały się stopy pokryte krótkim futrem. Na małej twarzyczce odmalowało się wyraźne zaskoczenie.

- Cóż to? Płaski smok?

- Sama zobacz. - Babcia uśmiechnęła się.

Marbellka pewnym ruchem pociągnęła materiał, który delikatnie opadł na jej buciki.

- Lusterko? Wielkie lustro... - W jej głosie słychać było rozczarowanie.

Miranda powinna je dostać, nie ja - myślała mała. - Siostra ciągle przebiera się w strojne sukienki i przegląda we wszystkich lustrach i okiennych szybach.

- Dziękuję, babciu, za prezent. - Ucałowała starszą kobietę.

- Nie musisz kryć rozczarowania, Niusiu. - Przejrzała odczucia małej. - Babcia doskonale wie, że zwykłe lustro jest dla zwykłej księżniczki, nie dla ciebie. Dlatego podarowałam ci niezwyk­­­łe tremo.

- Babciu, co jest w nim niezwykłego? - Solenizantka obeszła tremo dookoła, przyglądała się wnikliwie.

Rama, wykonana z drewna, zdobna była w rzeźbienia; szklana tafla gładka, lśniąca i srebrna. Poza tym nie dostrzegła w lustrze niczego nadzwyczajnego. Jedynie futrzane łapy były interesujące.

- Pamiętasz, jak mówiłaś, że chcesz mieć coś, w czym będziesz mogła zobaczyć mnie nawet wówczas, gdy babcia będzie daleko? - przypomniała.

- Pamiętam. I?

- Właśnie w tym celu podarowałam ci to tremo. Marbello, gdy wyjedziesz lub ja będę w innej części zamku niż ty, przywołasz tremo, poprosisz, żeby pokazało babcię, a ono spełni twoją prośbę - wytłumaczyła.

- O! To jest czarnoksięskie tremo... - Mała zakryła dłonią usta, a w jej czarnych źrenicach rozbłysły iskierki zachwytu.

Przez dłuższą chwilę nie mogła wydobyć z siebie żadnego dźwięku, co zdarzało się jej niezwykle rzadko, było wręcz niespotykane. Marbellka zawsze musiała mieć ostatnie słowo. W końcu odzyskała mowę.

- Każdego będę mogła zobaczyć, czy tylko ciebie, babciu Widagjo?

- Kochanie, zobaczysz każdego, za kim zatęsknisz. Musisz jednak wcześniej z prezentem się zaznajomić, może w przyszłości się z nim zaprzyjaźnisz. Zapewne wówczas tremo pokaże ci to, co ujrzeć zapragniesz.

- Ojej! Dziękuję, dziękuję ci, babuniu! - Uściskała kobietę i obsypała jej twarz pocałunkami. - Lusterko zawsze i wszędzie będzie jeździło ze mną - postanowiła.

- Niech ci dobrze służy i zawsze cię cieszy. Może, patrząc w srebrzystą taflę, nie zapomnisz o babci.

- Nigdy o tobie nie zapomnę, babuniu Widagjo. Zawsze będę cię pamiętać i kochać, kochać najbardziej ze wszystkich. Zawsze...

- Kiedyś pokochasz najbardziej jakiegoś chłopca - westchnęła babcia.

- E tam, chłopcy są nudni - stwierdziła mała z powagą w głosie.

Marbella wyswobodziła się z uścisku babci i podeszła do prezentu.

- Ojej - wyszeptała. - Lustro ma prawdziwe stopy. To łapy lwa... Porasta je futro... Ono żyje, żyje! - Podskoczyła z radości.

Już miała ich dotknąć, gdy z wnętrza prezentu ponownie wydobyło się warczenie. Z futrzanych łap wysunęły się ostre pazury, skrzące i złote. Bynajmniej nie zniechęciło to księżniczki. Natychmiast za cel obrała sobie obłaskawienie magicznego sprzętu i zaprzyjaźnienie się z nim. W końcu każda szanująca się czarownica niczego i nikogo nie może się lękać. Wygładziła sukienkę, wyprostowała się, dygnęła.

- Jestem Marbella. - Skłoniła się. - Powiadają, że jestem księżniczką, ale nie przejmuj się tym, drogie lusterko. Jestem małą... - zniżyła głos - zwykłą czarownicą. Jeżeli tylko zechcesz się ze mną zaprzyjaźnić, pokażę ci, jak zamieniam nudną lalkę w rechoczącą żabę. Wiem, że nie będzie to nawet odrobinę magiczne w porównaniu do twoich umiejętności, zacne czarnoksięskie lusterko, ale od czegoś musi zacząć mała czarownica. W tobie mieszka zapewne wspaniała magia i czary. Obiecuję, gdy będę starszą czarownicą, gdy urosnę, ja zadziwię ciebie. Wiedz, że ja każdy plan doprowadzam do końca, i kropka.

Gdy zakończyła swoje wyznanie, lustro wykonało niewielki krok w jej stronę. Złoty pył zawirował i pokrył brokatem rzęsy dziewczynki.

Czarownica Marbella zakończyła opowiadać swoje wspomnienie. Na jej twarzy odmalowało się wzruszenie.

- Psze pani, to było piękne opowiadanie i prezent - skomentował Gutek.

- Prawda. Czy ty masz jakieś marzenie? Co chciałbyś dostać w prezencie? - spytała.

- Pewnie, mam marzenie i to niejedno, psze pani.

- Jakie, jeśli mogę wiedzieć? - zainteresowała się.

- Pewnie, że pani powiem, psze pani. Bardzo bym chciał mieć jakiegoś swojego zwierzaka, takiego, który będzie należał tylko do mnie. Gdy mieszkałem w swojej chatce, to chciałem mieć psa, ale rodzice mówili, że jestem jeszcze za mały. Zresztą skąd wzięliby psa? W pobliżu nikt nie mieszkał. Właściwie to nie wiem, dlaczego mieszkaliśmy na takim odludziu. Kiedy chciałem pojechać do miasta, to mama wymawiała się. Powiedziała, że zawiezie mnie do miasteczka olbrzymów, gdy przyjdzie na to czas. Tak mówiła. Czekałem na ten czas, ale on jakoś nie chciał przyjść i nie nadszedł - rozgadał się Gutek. - Kiedyś poszedłem na poddasze i w starym kufrze znalazłem miecz. Chciałem nauczyć się nim walczyć. Piękny był jak nie wiem co, marzenie, psze pani. Próbowałem go z tej skrzyni wyjąć, ale nie dałem rady, ciężki był, więcej ważył ode mnie. O taki długaśny był. - Chłopiec rozłożył dłonie okutane bandażem. - Może dłuższy nieco. Zimną miał rękojeść, jakby go zamrożono, i unosiły się nad nim skrzą­­ce drobinki. Kunsztowny był, nigdy nie widziałem wcześniej takiego miecza. Spytałem mamę, czyj jest i dlaczego leży w pakamerze. Mama nic nie odpowiedziała, rozpłakała się tylko. Więcej nie dopytywałem, żeby mamie przykro nie było. Później tylko marzyłem, że tata zniesie miecz do chatki i nauczy mnie nim władać. Niestety, tata nigdy tego nie uczynił. Zabrał mnie na strych pewnego dnia, sprawdził, czy miecz jest odpowiednio ułożony, zamknął wieko kufra. Nakrył pledem pokrywę, nasadził kosz i powiedział, żebym więcej nie pytał o to, co kufer skrywa, bo to rodzinna tajemnica. Szkoda, bo dobrze byłoby umieć obronić się tak, jak pani przed Mimozą. Może to miecz był naszym skarbem rodzinnym i tajemnicą? Tremo pokazało kosztowności, ale miecza w nich nie było - przypomniał sobie. - Myślę jednak, że moim największym marzeniem jest koń, to jest wspaniałe zwierzę. Najbardziej marzę o koniu. Pani Raido jest bardzo mądry i piękny. Pamiętam, jak cieszył się, kiedy panią zobaczył - powiedział z podziwem.

- Masz rację, Raido to mój przyjaciel - uśmiechnęła się.

- Bardzo bym chciał umieć obronić się przed wrogiem, gdy ktoś mnie napadnie. Właśnie, psze pani, bo nie pamiętam, jak wróciliśmy do zamku, gdy zakończył się rytuał. Chciałbym to wiedzieć.

Czarownica zapisała w kajecie: "koń, miasteczko olbrzymów, nauka obrony".

- Nie mogłeś chodzić o własnych siłach, bo stopy ci opuchły. Musiałam zdjąć ci buty. Raido przywiózł nas do zamku. Zasnąłeś, i dlatego nie pamiętasz naszego powrotu - wyjaśniła.

- Dobry konik. Psze pani, gdy będę mógł chodzić, to czy będę mógł mu podziękować?

- Oczywiście. Razem do niego pójdziemy.

- Dziękuję, psze pani.

- Proszę.

- Właściwie to do komnaty kto mnie przyniósł? - dociekał.

- Do komnaty przyniosłam cię ja...

- Duszno mi, uhu, uhu - zakaszlał.

- Przewietrzę komnatę, a ty zdrzemnij się, to doda ci sił - poradziła.

- Dobrze, psze pani.

Marbella otuliła chłopca pierzyną. Podeszła do okna i otworzyła jedno skrzydło. Powiew świeżego powietrza orzeźwił wnętrze. Wyjrzała na zewnątrz. Mgła spowijała okolicę. Pod okno podszedł wielki fotel wyłożony miękkimi poduchami, zaskrzypiał. Marbella z rozrzewnieniem spojrzała w jego stronę. Pochwyciła pled.

Wątpliwości wkradły się do serca czarownicy.

Obawiałam się najgorszego i oto najgorsze nadeszło - myślała. - Byłam pewna, że Gulce nie przyjdą. Proszę, nadal ich nie ma. Chociaż... niby są zaprzyjaźnieni z chłopcem. Nie wiem, co dzieje się wokół zamku. Jakie relacje panują między Gulcami a Gutkiem. Muszę dokładniej przyjrzeć się wszystkim. Powinnam zbliżyć się do olbrzymów i ludzi, poznać ich odczucia. Może zaszła zmiana na lepsze? Gdy tylko Gutek poczuje się lepiej, muszę sprawdzić wiele rzeczy, odwiedzić miejsca dawno niewidziane...

Podeszła do kominka. Dorzuciła drew do paleniska. Ogień zatańczył nad wyschniętymi szczapami. Czarownica roztarła zziębnięte dłonie. Zimny, nieprzyjemny dreszcz przebiegł przez plecy. Spojrzała na chłopca. Jego oddech równy i spokojny świadczył o tym, że śpi. Ponownie usiadła w fotelu i otuliła się pledem.

Jestem zmęczona, bardzo zmęczona.

Oparła głowę o aksamitne wezgłowie. Przymknęła powieki, westchnęła. Rozleniwiające ciepło otuliło wątłą postać.

Jestem wyczerpana - myślała. - Jestem bardzo zmęczona i wyczerpana. Wszystkie troski i problemy zwaliły się na moje ramiona. Jak mam udźwignąć je sama? Jest ich zbyt wiele. Gdyby tak chociaż raz pomógł mi ktoś, bezinteresownie, spontanicznie. Nie... wszyscy widzą mnie tylko wówczas, gdy czegoś ode mnie potrzebują, a że nie chcą niczego, zapominają o mnie. Nie jestem potrzebna nikomu. Wszyscy odeszli. Zostałam sama. Jak mam przywrócić dawny porządek? Klątwa jest zbyt potężna, abym mogła ją odwrócić. Cóż mogę uczynić, aby było lepiej? Nawet Refugiusz mnie zostawił, wówczas gdy potrzebowałam go najbardziej. Nie mam już niczego, czego mogłabym się uchwycić. Jakiejś myśli, marzenia. Nic nie jest w stanie wydobyć mnie z otchłani samotności i pustki, w których się pogrążyłam. Zatopiłam się w Nicości. Jak długo można czekać, aż coś zmieni się na lepsze? Lepsze nie nadchodzi, chociaż minęło wiele dni, miesięcy, a nawet lat. Nie mam szczęścia w niczym. Mam jedynie szczęście do nieszczęścia. Im bardziej się staram, aby było lepiej, tym więcej batów zbieram od losu. Przez wszystkie pechowe zbiegi okoliczności stałam się zimna i twarda jak lód, bezwzględna i bezlitosna.

Czarownica poczuła, jak ciało drętwieje, nieruchomieje.

Przycupnęło szczęście

Kulawe niemrawe

Dotykało nieba

Ratować je trzeba

Zdradzone złośliwie

Zawyło płaczliwie

Moje to smutne

Szczęście nieszczęśliwe

Czarownica podeszła do okna. Oparła dłonie o kamienny parapet. Zimno granitu zmroziło palce. Wystawiła głowę, wiatr muskał włosy, kruczoczarne i lśniące.

Mgła opadała leniwie, odsłaniając dawno niewidziany krajobraz. Późnojesienne, rześkie powietrze wypełniło komnatę wonią przegniłych liści i wilgoci. Rdzawe i złote listowie szeleściło poruszane przez wiaterek.

- Nie rozumiem... - wyszeptała. - Kto odwrócił klątwę? Kiedy? Jakim sposobem? Kto zdjął urok? Przecież przed chwilą...

Wychyliła się i zaglądała zaciekawiona. U podnóża zamku, na dolnym tarasie, olbrzymi ogrodnik pielęgnował krzew. W dłoniach dzierżył solidne nożyce. Wprawnie wycinał niepotrzebne gałązki, formując kształtnego grzyba. Drugi olbrzym malował drewniane deski stanowiące altanę.

- Moje ulubione miejsce wypoczynku. Mój ulubiony ogród. Prze­­cież zaginął pod chaszczami zdziczałych roślin. Jakim sposobem zniszczyli chwasty? Jak oni tego dokonali w tak krótkim czasie? Jak to możliwe? Jak mogłam to przeoczyć? Odsłonili zegar słoneczny... Odnaleźli gnomon? Barwy powróciły...

Spoglądała na kamienny czasomierz. Wykonał go dla niej ten, którego tak bardzo kochała. Refugiusz zrobił zegar specjalnie dla niej, aby wiedziała, kiedy ma zakończyć pracę. Marbella, gdy siedziała i pracowała nad eliksirami, zapominała o wszystkim. Traciła poczucie czasu. Od dnia, kiedy ustawiono zegar, będąc w pracowni, spoglądała przez okno. Dostrzegała kamienie i padający cień gnomonu, dzięki niemu orientowała się, jaka jest pora dnia.

- Zbliża się południe - wyszeptała. - Zrobiło się cieplej.

Podniosła wzrok. Dostrzegła obłoki, białe i pierzaste, przypięte do nieboskłonu. Promienie słońca ogrzały dłonie i skronie. Spojrzała na wieżę Refugiusza, tę, w której pracował. Wiszący na murach zegar wskazywał dwunastą. Na dolnym tarasie gnomon rzucił cień. Półcień zatrzymał się na tej samej godzinie. Obejrzała się. Klepsydra wskazywała zgodnie taką samą porę dnia.

Nic już nie rozumiem - westchnęła. - Rano wszystko pokrywała szarość i osnuwała mgła. Okolica była zdziczała, a ja sama.

Ciche stukanie do drzwi rozproszyło zagmatwane myśli czarownicy.

- Wejść!

Drzwi stanęły otworem i do komnaty weszła Rumbia. Przed sobą niosła srebrną tacę zastawioną porcelaną.

- Pani - skłoniła się - przyniosłam herbatę i podobiadek.

Postawiła tacę na stoliku. Mgliste opary tańczyły nad dzbankiem zdobionym różami i złoceniami.

- Dawno cię nie widziałam. Gdzie się podziewałaś, Rumbio? - zapytała ciepłym głosem.

- Poszłam po twoje przysmaki, pani. - Ponownie skinęła głową. - Kuchcik starał się przygotować wszystkie owoce, które lubisz. - Uśmiechała się. - Chyba przesadził, dokładając brokuły, wszak to warzywo. Kuchcik uparł się, że brakuje czegoś zielonego, a że nie miał innego owocu pod ręką... Tylko brokuł okazał się odpowiednio zielony - szczebiotała radośnie i nalewała napój do czary.

- Rumbio, nie było cię przez długie lata... - Czarownica podeszła do olbrzymki.

Postać pokojówki spowijał mglisty złotawy poblask. Kobieta roztaczała wokół siebie woń różanych płatków. Jej twarz pokrywały bladoróżowe rumieńce. Z plątaniny skręconych pasmami włosów upięła kok, okolony siateczką przyozdobioną bladoniebieskimi lapisami. Biust zdobił wisior wykonany z dużego kamienia. Suknia, błękitna z ciemnoniebieskimi zdobieniami, podkreślała urodę kobiety. Rumbia zawsze dbała o ozdobę stroju, była ładną olbrzymką i miała dobry gust. Jej czarne jak węgiel źrenice wpatrywały się w Marbellę.

- Przez długie lata mnie nie było? - Rumbia skłoniła się. - O czym mówisz, pani? Gdzież ja mogłabym się podziewać? Przecież, chociaż...? - zastanawiała się nad słowami księżniczki.

Czarę z parującym napojem Rumbia postawiła na pięknej ser­­­wetce wydzierganej misternie z nici mieniących się złotem. Nie­­­spiesznie przekładała kolorowe owoce na zdobny ażurowy talerzyk z porcelany.

Marbella przyglądała się swojemu kielichowi. To był jej ulubiony puchar. Wypucowane srebro lśniło, roztaczając delikatny poblask. Drogocenne kamienie połyskiwały muskane promieniami słońca wpadającego przez otwarte okno. Wokół podstawy pucharu wił się smok, misternie wyżłobiony w srebrnym kruszcu. Smok na cielsku zarysowane miał łuski, łapy zakończone ostrymi pazurami, w pysku lśniły kły przypominające o tym, że to dzikie zwierzę. W paszczy ściskał bursztynową kulę.

- Zawsze staram się być przy tobie, pani. Chociaż ostatnio...

- Tak? Powiedz mi, co wiesz, Rumbio - poprosiła czarownica.

- O czym mam powiedzieć, księżno? Ja nie mam tajemnic - uśmiechnęła się.

- Opowiedz o klątwie, o tym, dlaczego wszyscy odeszli. Gdzie podziewają się moi bliscy i Refugiusz? - Czarownica zasypała pokojówkę pytaniami.

- Książę Refugiusz jest w swojej pracowni... O jakiej klątwie mówisz, pani? Ach tak... - Olbrzymka najwyraźniej przypomniała sobie o czymś.

- Dlaczego jestem tutaj sama? Mówże! - ponaglała Marbella.

- Tak. Racja. Przybyłam do ciebie, pani, po to, aby powiedzieć, że to nie moja wina, że mnie tutaj nie ma. Nie z własnej woli pozostałam tam, gdzie wcale nie chciałam być. Bardzo chcę służyć tobie jak dawniej. Tam, gdzie teraz przebywam, jest bardzo smut­­no. - Westchnęła i rozejrzała się po komnacie. - Nawet kolorów nas pozbawiono...

- Dlaczego?

- Tego nie wiem. Nie jestem taka mądra, jak bym chciała. Wiem jedynie, że książę Refugiusz dokłada wszelkich starań, abyście jak najprędzej byli razem, księżno. Ja też pragnę służyć tobie, ale... - Urwała.

- Mów, Rumbio, co stoi temu na przeszkodzie?

- Księżno, z tego, co słyszałam, to wszyscy mówią o klątwie, ciężkiej i potężnej... rzuconej przez Złego. Czekaj cierpliwie na mnie, pani. O ile będę mogła kiedyś powrócić, chętnie to uczynię. Bardzo pragnę do ciebie wrócić. Tymczasem może służyć ci moja mała Maguelka. Proszę, przyjmij moje dziecko pod swoje opiekuńcze skrzydła. Jesteś taka dobra i łaskawa, księżno.

- Rumbio, wiesz, że Maguella tutaj przyjdzie?

- Tak pani, wiem.

- Rumbio, kto ci o tym powiedział?

- Śniłam o tym zdarzeniu... To chyba był sen? Nie jestem pewna, księżno.

- Teraz jesteś tutaj, przy mnie?

Jesteś w moim śnie albo wizji - pomyślała czarownica. - Muszę jak najprędzej dowiedzieć się czegoś więcej, zanim ponownie znajdziemy się na jawie.

- Rumbio, kto jest z tobą? Moi bliscy...

- Tak, pani, są ci, których lubisz. Znaczy się służba znajduje się w naszym skrzydle... - mówiła bezładnie. - Król i królowa? Widać ich w oddali, jakby przez mgłę. Nie można do nich podejść, bo rozmywają się na wietrze, gdy tylko zbliżyć się do nich próbuję. Przy twych bliskich jest służba królewska, tego jestem pewna, widziałam. Ja służę księciu Refugiuszowi. Jest ze mną mój mąż, kilkoro ludzi. Twoja część zamku, księżno, jest widoczna od jakiegoś czasu, ale niedostępna. Ziemia drży pod stopami, od niedawna odczuwamy wstrząsy. Książę Refugiusz robi wszystko, ażeby mógł spotkać się z tobą, pani. Niedawno książę powiedział mi, że gdy będę u ciebie, mam przekazać tobie, pani, że musisz zsynchronizować czas... cokolwiek to oznacza...

- Zsynchronizować czas... - Zastanowiła się przez moment. - Myślę, że rozumiem, co Refugiusz miał na myśli. Macie co jeść?

- Niewiele. Ale starcza na przeżycie. Nie mogę narzekać...

Czarownica spojrzała na barwne listowie. Kolory blakły, szarość zastępowała kolory.

- Czas naszego spotkania dobiega końca, Rumbio.

- Wiem, pani. Dbam o wszystkich na miarę moich możliwości. Proszę, proszę, księżno, spełnij moją jedyną prośbę.

- Mów, czego chcesz. Śpiesz się, Rumbio, śpiesz! - ponaglała czarownica.

- Księżno, proszę, przyjmij moje dzieci do pracy na zamku. Migu­­­­leusz i Śmiguleusz pomogą w najcięższych pracach, naprawach. Poradzą sobie z kąpielą twego sy... - zająknęła się - sympatycznego podopiecznego. Pani, twój Gustaw lubi moich chłopców. Maguelka umie prowadzić gospodarstwo. To jeszcze dziecko, dziewczynka, która potrzebuje matczynej opieki i nauki, może do powinności pokojówki lub innej profesji. Tobie, pani, bardzo przyda się pomoc moich dzieci. Bracia niewiele obznajomią siostrę - mówiła bezładnie. - Bliźniacy mają dobre serca, ale nie wiedzą, jak wychować dziewczynkę. Ja nie zdążyłam tego uczynić. Błagam, pani. Maguelka jest dla mnie najważniejsza, to moje ukochane dziecko, którym nacieszyć się nie było mi dane. Księżno, najlepiej zrozumiesz mnie, już niedługo... - Olbrzymka była bardzo przejęta.

- Nie martw się, Rumbio. W imię naszej dawnej przyjaźni i mojej sympatii do ciebie, spełnię twe pragnienie. Jeżeli tylko dziewczynka będzie chciała mi służyć, nauczę ją wszystkiego. Zajmę się twoją córką. Obiecuję.

- Dziękuję ci, pani. - Skłoniła się. - Jesteś dobra i łaskawa. Zawsze miałaś dobre serce, księżniczko. Maguelka zastąpi mnie godnie.

- Pomogę twej Maguelli, nie martw się, Rumbio - zapewniła Marbella.

- Dziękuję, pani. Czy wy głodujecie, księżno? Nie wyglądasz najlepiej, pani - zatroskała się olbrzymka.

- Nie martw się o mnie. Nie miałam czasu na posiłki. - Wskazała na łoże z leżącym chłopcem.

- Rozumiem, księżno, Gustaw jest najważniejszy. Ostatnio, jak tutaj byłam, zostawiłam pierścionek. - Rozglądała się.

- Mam go. - Czarownica podeszła do szkatułki, wyjęła ozdobę i wy­­­­ciągnęła dłoń w stronę olbrzymki, a właściwie do jej mglistej postaci.

- Tak, to on. Daruj go mojej córce, pani. Niech ma coś, co należało do mnie. Drobna pamiątka ją ucieszy. - Oddała czarownicy błyskotkę. - Gdy wrócę...

Głos olbrzymki cichł. Kolory otoczenia bledły. Marbella dotknęła dłoni swojej pokojówki - ta okazała się zimna jak lód. Ledwie wyczuwalnie uścisnęły sobie dłonie. Lekka mgła otuliła okolicę. Szarość rozgościła się na zamkowym wzgórzu. W komnacie postać Rumbii ulotniła się niczym duch umykający przed poświatą poranka.

Chłód przenikał przez ciało czarownicy. Lodowaty pierścionek chłodził dłoń.

Głośny łoskot poderwał Marbellę. Nie mogła wymotać się z koca. Życie powoli wracało do odrętwiałego ciała.

- Psze pani! Psze pani! - wołał Gutek.

- Jestem przy tobie, moje dziecko - mówiła z czułością.

Głośne walenie w drzwi przecięło ciszę.

- Zamorduję te nieokrzesane Gulce! Wejść! - wrzasnęła.

Jej głos był na tyle donośny, że aż wprawił w wibrację paciorki na żyrandolu, które zadźwięczały dyskretnie.

Poprawiła włosy. Wsunęła stopy w pantofle. Wygładziła suknię. Ponowne dobijanie się do drzwi wyprowadziło ją z równowagi.

- Zamorduję! Nie daruję! Zamienię Gulce w suche badyle! - pomstowała zła jak mało kiedy. - Niech no tylko...

Zmierzała w stronę drzwi.

- Nie! Nie! - krzyczał Gutek, przerywając jej marudzenie.

- Baty na zady wymierzę, jakem Marbella! - złorzeczyła.

- Pani Marbello! - zawołał chłopiec. - Niech pani drzwi nie otwiera! Psze pani! Ałć...

Chłopiec usiłował wesprzeć się na dłoniach, ale przeszywający ból, ostry i dotkliwy, powalił go na łóżko. Opadł bezwładnie na poduchy.

- Niech pani nie otwiera...

Marbella zatrzymała się w połowie drogi. Obejrzała się.

- Dzieciaku, co ty wyprawiasz? Leż spokojnie - upomniała chłopca.

- Psze pani, to z pewnością nie są Gulce, one nie walą w drzwi tak nachalnie. Gigulka nigdy nie zachowuje się niegrzecznie. Ktoś o złych zamiarach stoi w przesmyku. Czuję to. Psze pani, proszę mnie posłuchać - mówił coraz ciszej.

- Nieokrzesane Gulce - wysyczała. - Zaraz, Gutku, może ty masz rację? - zastanowiła się.

- Psze pani, proszę, proszę, proszę. Niech pani nie otwiera - szeptał Gutek.

Gutek dosłyszał, jak Marbella wypowiada zaklęcie. Rozległ się odgłos klucza wkładanego do dziurki i zgrzytanie zamka. Czarownica nie ruszyła się z miejsca. Do drzwi miała daleko. Głośne walenie w odrzwia powtórzyło się. Coś złapało za klamkę i, szarpiąc nią, usiłowało wedrzeć się do komnaty. Gutek słyszał, jak Marbella biegnie; po drodze zrzuciła ze stóp pantofle. Klasnęła w dłonie, na ten gest stołek przyczłapał w jej stronę. Weszła na niego i zdjęła miecz wiszący nad kominkiem. Zeszła i idąc w stronę drzwi, oznajmiła:

- Ktokolwiek lub cokolwiek stoi u drzwi mej komnaty, a ma złe zamiary, nie odejdzie żywy ze swego miejsca! Ostrzegam! - wołała gromkim głosem. - Odejdź, póki czas! Pókim dobra! Zanim drzwi otworzę i karę nałożę!

Zapadła cisza, niema, bezszelestna.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej