Kroniki portowe - Annie Proulx

Kup ebooka

52.90 zł
42.32 zł (39,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Qu­oyle

Qu­oyle zna­czy zwój

Sło­necz­kiem na­zywa się cia­sny i zu­peł­nie pła­ski zwój liny. Wiąże się ów zwój na po­kła­dzie, aby można było po nim cho­dzić w ra­zie po­trzeby.

Clif­ford W. Ash­ley

Księga wę­złów

Oto za­rys kil­ku­let­nich dzie­jów Qu­oyle'a - uro­dzo­nego na Bro­okly­nie i wy­cho­wa­nego pod­czas włó­częgi po drę­twych mia­stecz­kach w głębi stanu.

Ob­sy­pany po­krzywką, z wia­trami i skur­czami w brzuszku, prze­trwał ja­koś dzie­ciń­stwo, a na uni­wer­sy­te­cie sta­no­wym, za­sła­nia­jąc dło­nią pod­bró­dek, uśmie­chami i mil­cze­niem ma­sko­wał udrękę. Prze­czoł­gał się od dwu­dziestki do trzy­dziestki, ucząc się od­dzie­lać uczu­cia od ży­cia i nie li­cząc na nic. Jadł za dwóch, naj­bar­dziej lu­bił go­lonkę i kar­to­fle z ma­seł­kiem.

Imał się prze­róż­nych prac, ta­kich jak: do­stawca cu­kier­ków do au­to­ma­tów, nocny eks­pe­dient w skle­pie ze wszyst­kim, trze­cio­rzędny dzien­ni­ka­rzyna. Ma­jąc trzy­dzie­ści sześć lat, osie­ro­cony, prze­peł­niony ża­lem z po­wodu nie­szczę­śli­wej mi­ło­ści, po­że­glo­wał na Nową Fun­dlan­dię: "Skałę", która zro­dziła jego przod­ków, wy­spę, na któ­rej ni­gdy nie był i któ­rej od­wie­dzać nie za­mie­rzał.

Wod­ni­stą kra­inę. A Qu­oyle bał się wody, nie umiał pły­wać. Oj­ciec raz po raz pro­sto­wał jego za­ci­śnięte na czymś piąstki i wrzu­cał go do ba­se­nów, stru­mieni, je­zior i w fale. Mały Qu­oyle znał tylko dwa smaki: tu­rec­kiego chlebka z ro­dzyn­kami i glo­nów.

Z sy­now­skiego nie­po­wo­dze­nia w pły­wa­niu pie­skiem oj­ciec wy­czy­tał ko­lejne, które mno­żyły się jak zło­śliwy wi­rus: nie­po­wo­dze­nie w wy­raź­nym mó­wie­niu, w sie­dze­niu pro­sto, po­ran­nym wsta­wa­niu, za­cho­wa­niu, am­bit­nych pla­nach i umie­jęt­no­ściach, do­prawdy we wszyst­kim. Uj­rzał w tym wła­sną po­rażkę.

Qu­oyle po­włó­czył no­gami, o głowę wyż­szy od po­zo­sta­łych oko­licz­nych dzieci, był mię­cza­kiem. "Ach, ty ła­chu­dro", ma­wiał oj­ciec. Który sam nie był pig­me­jem. Brat Qu­oyle'a, Dick, ulu­bie­niec ojca, uda­wał, że rzyga, gdy ła­chu­dra wcho­dził do po­koju, a po­tem sy­czał: "tłu­ścioch, za­smar­ka­niec, wieprz, knur, idiota, śmier­dziel, pier­dziel, spa­ślak", po czym tłukł i ko­pał Qu­oyle'a, aż ten zwi­jał się w kłę­bek, za­kry­wał rę­kami głowę i pła­kał. Wszystko to brało się z pod­sta­wo­wego man­ka­mentu Qu­oyle'a: nie­do­stat­ków wy­glądu.

Wielka wil­gotna klu­cha. Ma­jąc sześć lat, wa­żył osiem­dzie­siąt fun­tów. Jako szes­na­sto­la­tek skrył się pod zwa­łami tłusz­czu. Łeb jak me­lon bez szyi, riuszka ru­dych, za­cze­sa­nych do tyłu wło­sków. Rysy po­marsz­czone jak opuszki pal­ców od wody. Oczy ko­loru pla­stiku. Oraz mon­stru­alny pod­bró­dek jak luźna szu­flada wy­sta­jąca z dołu twa­rzy.

W chwili jego po­czę­cia za­iskrzyła ja­kaś ge­ne­tyczna ano­ma­lia - ni­czym roz­ża­rzony wę­gie­lek wy­ska­ku­jący z po­piel­nika - i wy­po­sa­żyła go w pod­bró­dek ol­brzyma. Jako dziecko wy­my­ślał różne sztuczki, żeby nikt się na niego nie ga­pił: uśmiech, wbi­ja­nie oczu w pod­łogę, szyb­kie za­kry­wa­nie pod­bródka prawą dło­nią.

Od po­czątku był dla sie­bie bar­dzo od­le­głą po­sta­cią: na pierw­szym pla­nie za­wsze znaj­do­wała się ro­dzina, a gdzieś da­leko, tam, gdzie wzrok nie sięga, stał on sam. Do czter­na­stego roku ży­cia pie­lę­gno­wał myśl, że go za­mie­niono, od­dano nie tym ro­dzi­com, co trzeba, i że gdzieś czeka nań z utę­sk­nie­niem praw­dziwa ro­dzina obar­czona pod­rzut­kiem Qu­oyle'ów. Po­tem, bu­szu­jąc kie­dyś w pu­dle z pa­miąt­kami z wy­cie­czek, na­tknął się na fo­to­gra­fię przed­sta­wia­jącą ojca sto­ją­cego wraz z braćmi i sio­strami przy re­lingu statku. Nieco od­da­lona od tej grupy dziew­czyna wpa­try­wała się w mo­rze, mru­żąc oczy, jakby wi­dząc od­da­lony o ty­siąc mil na po­łu­dnie port prze­zna­cze­nia. Qu­oyle roz­po­zna­wał sie­bie we wło­sach, no­gach i ra­mio­nach krew­nych. Ten sprytny obi­bok w przy­ku­sym swe­terku z dło­nią na kro­czu to jego oj­ciec. Z tyłu na­pis na­ba­zgrany ko­pio­wym ołów­kiem: "Wy­jazd z domu, 1946".

Na stu­diach za­pi­sał się na za­ję­cia, z któ­rych nic nie ro­zu­miał, wlókł się w tę i z po­wro­tem, nie od­zy­wa­jąc się do ni­kogo, i wra­cał do domu na week­endy miaż­dżą­cej kry­tyki. W końcu rzu­cił stu­dia i ro­zej­rzał się za pracą, nie prze­sta­jąc za­sła­niać pod­bródka.

Nic nie było ja­sne w oczach osa­mot­nio­nego Qu­oyle'a. Jego my­śli kłę­biły się ni­czym to bez­kształtne coś wi­dy­wane przez daw­nych że­gla­rzy dry­fu­ją­cych w po­lar­nym pół­mroku i na­zy­wane "mor­skim płu­cem": fa­lu­jący lo­dowy śryż, nad któ­rym we mgle po­wie­trze sta­pia się z za­ma­rza­jącą, aby się za­raz roz­pu­ścić, wodą; nad któ­rym za­ma­rza niebo, a świa­tłość i ciem­ność zle­wają się ze sobą.

-

Przy­pad­kowo za­jął się żur­na­li­styką, próż­nu­jąc nad tłu­stą so­sy­ską i kromką chleba. Chleb był do­bry, za­gnie­ciony bez droż­dży, wy­ro­śnięty dzięki fer­men­tu­ją­cemu cia­stu i upie­czony w piecu Par­tridge'a na dwo­rze. Po­dwórko Par­tridge'a pach­niało przy­pa­loną mąką ku­ku­ry­dzianą, ściętą trawą i pa­ru­ją­cym chle­bem.

So­sy­ska, chleb, wino, ga­da­nina Par­tridge'a. Za ich sprawą stra­cił oka­zję na pracę po­zwa­la­jącą przy­ssać się do jędr­nej biu­ro­kra­tycz­nej piersi. Oj­ciec, który wła­snymi si­łami osią­gnął nie­bo­tyczną po­zy­cję kie­row­nika działu wa­rzyw w sieci su­per­mar­ke­tów, wy­gło­sił kie­dyś ka­za­nie ilu­stro­wane swo­imi do­świad­cze­niami: "Gdy tu przy­by­łem, wo­zi­łem piach taczką u ka­mie­nia­rza". I tak da­lej. Był mi­ło­śni­kiem biz­ne­so­wych mi­ste­riów: lu­dzi pod­pi­su­ją­cych do­ku­menty i za­sła­nia­ją­cych pod­pis lewą dło­nią, spo­tkań za ma­to­wymi szy­bami, ak­tó­wek z szy­fro­wym zam­kiem.

Ale Par­tridge, z oliwą ście­ka­jącą z brody, po­wie­dział: "A pier­dol to". Po­kroił fio­le­to­wego po­mi­dora. Zmie­nił te­mat roz­mowy na miej­sca, które od­wie­dził: Stra­bane, So­uth Am­boy, Clark Fork. W Clark Fork grał w bi­lard z fa­ce­tem ze skrzy­wioną prze­grodą. W rę­ka­wicz­kach z kan­gura. Qu­oyle sie­dział na drew­nia­nym ogro­do­wym fo­telu, słu­chał i za­sła­niał dło­nią pod­bró­dek. Na biu­ro­wym gar­ni­tu­rze miał plamę oliwy z oli­wek, pestkę po­mi­dora na kra­wa­cie w romby.

-

Qu­oyle po­znał Par­tridge'a w sa­mo­ob­słu­go­wej pralni w Moc­king­burgu w sta­nie Nowy Jork. Gar­bił się nad ga­zetą, za­kre­śla­jąc ogło­sze­nia "Dam pracę", a w bęb­nie wi­ro­wały ko­szule XXXL. Par­tridge za­gaił, że bra­kuje pracy. Ow­szem, od­po­wie­dział Qu­oyle, bra­kuje. Par­tridge za­wy­ro­ko­wał, że to przez tę su­szę, Qu­oyle kiw­nął głową. Par­tridge zmie­nił te­mat na li­kwi­da­cję prze­twórni ki­szo­nek. Qu­oyle szar­pał się z ko­szu­lami w bęb­nie: wy­pa­dły na pod­łogę wraz z desz­czem go­rą­cych od su­sze­nia mo­net i dłu­go­pi­sów. Na ko­szu­lach były plamy z atra­mentu.

- Do wy­rzu­ce­nia - oce­nił Qu­oyle.

- Skądże - od­rzekł Par­tridge. - Na­trzyj plamy roz­grzaną solą i tal­kiem. Po­tem znów je wy­pierz, do­da­jąc na­par­stek wy­bie­la­cza.

Qu­oyle obie­cał, że spró­buje. Drżał mu głos. Par­tridge był zdu­miony, wi­dząc, jak bez­barwne oczy tego wiel­kiego męż­czy­zny na­peł­niają się łzami. Bo Qu­oyle po­niósł po­rażkę w ży­ciu w sa­mot­no­ści, bra­ko­wało mu to­wa­rzy­stwa, pew­no­ści, że jego obec­ność spra­wia przy­jem­ność in­nym.

Su­szarki zgrzyt­nęły.

- Hej, od­wiedź mnie któ­re­goś wie­czoru - za­pro­po­no­wał Par­tridge, za­pi­su­jąc po­chy­łym pi­smem swój ad­res i nu­mer z tyłu po­gnie­cio­nego pa­ra­gonu. Też nie miał zbyt wielu przy­ja­ciół.

Na­stęp­nego wie­czoru Qu­oyle wy­brał się w od­wie­dziny z na­rę­czem pa­pie­ro­wych to­reb. Fron­ton domu Par­tridge'a, pu­sta ulica za­lana bursz­ty­no­wym świa­tłem. Po­zło­cona go­dzina. W tor­bach paczka im­por­to­wa­nych szwedz­kich her­bat­ni­ków, bu­telki czer­wo­nego, ró­żo­wego i bia­łego wina, owi­nięte fo­lią trój­kąty za­gra­nicz­nych se­rów. Po dru­giej stro­nie drzwi Par­tridge'a na­miętna, brzę­kliwa mu­zyka prze­szy­wa­jąca Qu­oyle'a dresz­czem.

-

Przez pe­wien czas byli przy­ja­ciółmi: Qu­oyle, Par­tridge i Mer­ca­lia. Róż­nili się: czarny, nie­duży Par­tridge, nie­stru­dzony wę­dro­wiec po zbo­czach ży­cia, po­tra­fiący ga­dać przez całą noc, Mer­ca­lia, druga żona Par­tridge'a ko­loru brą­zo­wego piórka na ciem­nej wo­dzie, o cię­tym dow­ci­pie, i Qu­oyle, po­tężny, biały, zmie­rza­jący nie­pew­nym kro­kiem do­ni­kąd.

Par­tridge umiał prze­wi­dy­wać przy­szłość, pstry­kał szyb­kie fotki nad­cho­dzą­cych wy­da­rzeń, jakby spi­nało mu się na krótko po­lu­zo­wane oprzy­rzą­do­wa­nie mó­zgu. Był w czepku uro­dzony: ma­jąc trzy lata, wi­dział pio­run ku­li­sty spa­da­jący po prze­ciw­po­ża­ro­wych scho­dach; w nocy przed użą­dle­niem szwa­gra przez szer­sze­nie śniły mu się ogórki. Był pewny, że mu się po­szczę­ści. Umiał pusz­czać ide­alne kółka z dymu. Ce­drowe je­mio­łuszki za­wsze za­trzy­my­wały się w jego ogro­dzie w dro­dze na zi­mo­wi­ska.

-

Te­raz, na po­dwórku za do­mem, wi­dząc Qu­oyle'a przy­po­mi­na­ją­cego psa w biu­ro­wym gar­ni­tu­rze na hu­mo­ry­stycz­nej pocz­tówce, o czymś so­bie przy­po­mniał.

- Ed Punch, wy­dawca ga­zety, w któ­rej pra­cuję, roz­gląda się za ja­kimś nie­zbyt wy­ma­ga­ją­cym re­por­te­rem. Lato mi­nęło i szczury z col­lege'ów wró­ciły do nor. Ta ga­zeta to szmata, ale za­hacz się na kilka mie­sięcy i ro­zej­rzyj za czymś lep­szym. Może ci się spodoba, niech mnie cho­lera, praca re­por­tera!

Qu­oyle kiw­nął głową, za­sła­nia­jąc pod­bró­dek. Je­śli Par­tridge pro­po­nuje mu skok z mo­stu, wyj­rzy przy­naj­mniej przez po­ręcz. Do­bra przy­ja­ciel­ska rada.

- Mer­ca­lia! Chodź do nas! Mam dla cie­bie piętkę, mój skar­bie. Pysz­no­ści!

Mer­ca­lia za­krę­ciła pióro. Miała już do­syć pi­sa­niny o mło­dych ge­niu­szach, któ­rzy ob­gry­zali pa­znok­cie, krę­cili się na ob­ro­to­wych fo­te­lach, sza­sta­jąc nie­wia­ry­god­nymi kwo­tami, i wznie­cali tu­many ku­rzu, tu­piąc po per­skich dy­wa­nach.

-

Ed Punch pod­czas mó­wie­nia ro­bił dzió­bek. Mó­wiąc, przy­glą­dał się ba­daw­czo Qu­oyle'owi i za­uwa­żył tan­detną twe­edową ma­ry­narkę wiel­ko­ści koń­skiej derki oraz opi­ło­wane szli­fierką, jak się wy­da­wało, pa­znok­cie. Wy­czu­wał w Qu­oyle'u ule­głość i przy­pusz­czał, że da się go roz­sma­ro­wać jak nie­zbyt mocno schło­dzone ma­sło.

Spoj­rze­nie Qu­oyle'a po­wę­dro­wało na­to­miast ku wi­szą­cej na ścia­nie ry­ci­nie z pla­mami wil­goci. Uj­rzał ziar­ni­ste ob­li­cze, oczy jak szklane pa­ciorki oraz kępkę wło­sów wy­sta­jącą zza koł­nie­rzyka ko­szuli i spły­wa­jącą ka­skadą po­nad wy­kroch­ma­lo­nym brze­giem. Czy to dziad Pun­cha w tej po­szczer­bio­nej ra­mie? Za­sta­na­wiał się nad przod­kami.

- To ro­dzinna ga­zeta. Dru­ku­jemy opty­mi­styczne wia­do­mo­ści z na­szego lo­kal­nego punktu wi­dze­nia. - "The Moc­king­burg Re­cord" spe­cja­li­zo­wała się w aneg­do­tycz­nej pu­bli­cy­styce pod­li­zu­ją­cej się miej­sco­wym biz­nes­me­nom oraz syl­wet­kach przed­sta­wi­cieli szer­szych warstw lud­no­ści; ten cienki sos pod­le­wano za­gad­kami i kon­kur­sami, prze­dru­kami fe­lie­to­nów z wiel­kich ga­zet, re­por­ta­żami i ry­sun­kami sa­ty­rycz­nymi. I za­wsze po­ja­wiał się quiz: "Czy al­ko­ho­li­zu­jesz się już od śnia­da­nia?".

Punch wes­tchnął, uda­jąc, że po­dej­muje ważką de­cy­zję.

- Dam cię do działu miej­skiego, po­mo­żesz Alowi Ca­ta­lo­gowi. Wpro­wa­dzi cię. Przy­dzieli ci za­da­nia.

Pen­sja była ża­ło­sna, ale Qu­oyle o tym nie wie­dział.

-

Al Ca­ta­log, gęba jak nie­ogo­lona bułka, zgrabne usta, prze­je­chał pa­znok­ciem po li­ście z za­da­niami do przy­działu. Od­wró­cił szybko wzrok od żu­chwy Qu­oyle'a, wie­dział już wszystko.

- OK, za­czniesz od po­sie­dze­nia ko­mi­sji pla­no­wa­nia. W pod­sta­wówce. Dziś wie­czo­rem. Po­sie­dzisz so­bie na ni­skim krze­se­łeczku. Za­pi­szesz wszystko, co usły­szysz, a po­tem prze­pi­szesz na ma­szy­nie. Piń­cet zna­ków maks. Za­bierz dyk­ta­fon, jak chcesz. Rano dasz mi ar­ty­kuł. Po­ka­żesz mi go przed za­nie­sie­niem do se­kre­ta­rza re­dak­cji, na biurko tego czar­nego su­kin­syna. - Czar­nym su­kin­sy­nem był Par­tridge.

Qu­oyle z tyłu sali na po­sie­dze­niu, pi­sze w no­tat­niku. Po­szedł do domu, prze­pi­sał wszystko na ma­szy­nie, a po­tem prze­pi­sy­wał na nowo przez całą noc, sie­dząc przy ku­chen­nym stole. Rano, z pod­krą­żo­nymi oczami, roz­dy­go­tany od kawy, po­szedł do re­dak­cji. Cze­kał na Ala Ca­ta­loga.

Ed Punch za­wsze przy­cho­dził do pracy jako pierw­szy i wśli­zgi­wał się do ga­bi­netu ni­czym wę­gorz pod ka­mień. Za­czy­nał się po­ranny ko­ro­wód. Gość z działu re­por­tażu ma­chał to­rebką ko­ko­so­wych pącz­ków z dziurką; wy­soka Chinka z po­la­kie­ro­wa­nymi wło­sami; star­szy pan od pre­nu­me­raty z rę­kami gru­bymi jak cumy; dwie pa­nie od lay­outu; re­dak­tor gra­ficzny, wczo­raj­sza ko­szula z pla­mami pod pa­chą. Qu­oyle przy biurku szczy­pie się w brodę z opusz­czoną głową, udaje, że po­pra­wia ar­ty­kuł. Wy­szło mu je­de­na­ście stron.

O dzie­sią­tej Par­tridge. Czer­wone szelki na po­pe­li­no­wej ko­szuli. Kiw­nął głową i po­wę­dro­wał przez re­dak­cję, zaj­rzał do kan­ciapy Pun­cha, pu­ścił oko do Qu­oyle'a i roz­siadł się przed ter­mi­na­lem re­dak­cyj­nego se­kre­ta­rza.

Par­tridge znał się na wszyst­kim, wie­dział, że mo­kre liny wy­trzy­mują więk­sze ob­cią­że­nie, a jajko na twardo kręci się le­piej od su­ro­wego. Z przy­mknię­tymi oczyma i od­rzu­coną do tyłu w lek­kim tran­sie głową re­cy­to­wał ba­se­bal­lowe sta­ty­styki, tak jak sta­ro­żytni de­kla­mo­wali Iliadę. Prze­obra­żał ba­nalną prozę, ze­skro­bu­jąc pleśń z na­śla­dow­ców Jimmy'ego Bre­slina.

- Gdzie się po­dziali nie­gdy­siejsi re­por­te­rzy! - sar­kał. - Te ob­gry­za­jące pa­znok­cie, zgryź­liwe, chle­jące do świtu su­kin­syny, które na­prawdę umiały pi­sać!

Qu­oyle za­niósł mu swój ar­ty­kuł.

- Ala jesz­cze nie ma - mruk­nął, ukła­da­jąc równo kartki - więc po­my­śla­łem, że ci to przy­niosę.

Przy­ja­ciel nie po­wi­tał go uśmie­chem. Był w pracy. Czy­tał przez kilka se­kund, uniósł głowę ku ja­rze­niówce.

- Gdyby była tu Edna, wrzu­ci­łaby to do nisz­czarki. Gdyby zo­ba­czył to Al, ka­załby Pun­chowi cię zwol­nić. Sia­daj, pro­szę. Po­każę ci, co schrza­ni­łeś. Re­por­tera, jak po­wia­dają, da się ule­pić ze wszyst­kiego. Mo­żesz być sztan­da­ro­wym przy­kła­dem.

Było tak, jak się spo­dzie­wał Qu­oyle.

- Ale masz lida! - za­wo­łał Par­tridge. - Chry­ste! - I prze­czy­tał na głos z prze­raź­li­wym za­śpie­wem:

W dniu wczo­raj­szym Ko­mi­sja Pla­no­wa­nia Pine Eye prze­gło­so­wała więk­szo­ścią gło­sów wnie­sie­nie po­prawki do wcze­śniej­szych za­le­ceń w spra­wie zmian w miej­skim ko­dek­sie stre­fo­wym, która zwięk­szy do sied­miu akrów mi­ni­malną wiel­kość działki bu­dow­la­nej na wszyst­kich ob­sza­rach z wy­jąt­kiem śród­mie­ścia.

- To dzien­ni­kar­ski be­ton. Za dłu­gie. Sta­now­czo za dłu­gie. Po­gma­twane. Nie wzbu­dzi ni­czy­jego za­in­te­re­so­wa­nia. Bra­kuje czy­jejś wy­po­wie­dzi. Nudy. - Ołó­wek Par­tridge'a błą­dził po­śród zdań Qu­oyle'a, mie­sza­jąc i zmie­nia­jąc. - Krót­kie słowa. Krót­kie zda­nia. Po­tnij to. Spójrz na to i na to. Tu na dole masz wła­sne uję­cie. To są wia­do­mo­ści! Daj to wy­żej.

Prze­sta­wiał słowa. Qu­oyle po­chy­lił się bli­żej, ga­pił, wier­cił się, ni­czego nie ro­zu­mie­jąc.

- OK, spró­buj tak:

Za­sia­da­jąca w Ko­mi­sji Pla­no­wa­nia Pine Eye Ja­nice Fo­xley po­dała się do dy­mi­sji pod­czas burz­li­wego po­sie­dze­nia we wtor­kowy wie­czór. "Nie mam za­miaru przy­glą­dać się bez­czyn­nie, jak wpusz­cza się w ka­nał uboż­szych miesz­kań­ców mia­sta", po­wie­działa.

Kilka mi­nut przed dy­mi­sją Fo­xley ko­mi­sja przy­jęła gło­sami dzie­więć do jed­nego nowe roz­po­rzą­dze­nie w spra­wie miej­skich stref. Roz­po­rzą­dze­nie to ogra­ni­cza mi­ni­malną wiel­kość dzia­łek bu­dow­la­nych do sied­miu akrów.

- Nie­zbyt to chwy­tliwe, nie­zbyt sty­lowe i wciąż za dłu­gie - oznaj­mił Par­tridge - ale po­dąża we wła­ści­wym kie­runku. Ka­pu­jesz? Ku­masz, co jest wia­do­mo­ścią? Co po­wi­nie­neś mieć w li­dzie? Do­bra, prze­rób to jesz­cze tro­chę. Za­dbaj o żyw­sze uję­cie.

En­tu­zjazm Par­tridge'a ni­gdy nie udzie­lił się Qu­oyle'owi. Po sze­ściu mie­sią­cach pracy przy biurku se­kre­ta­rza re­dak­cji Qu­oyle na­dal nie roz­po­zna­wał new­sów i nie umiał wy­ła­wiać z nich szcze­gó­łów. Oba­wiał się więk­szo­ści cza­sow­ni­ków, z wy­jąt­kiem dwu­na­stu czy pięt­na­stu. Miał też fa­talne za­mi­ło­wa­nie do nie­po­trzeb­nej strony bier­nej. "Mówi się, iż gu­ber­na­tor Mur­chie zo­stał po­da­ro­wany bu­kie­tem przez pierw­szo­kla­sistkę Kim­ber­ley Plud" - na­pi­sał jed­nego razu, a Edna, zrzę­dliwa ma­szy­nistka, wstała zza biurka i ryk­nęła na niego:

- Ty bez­mó­zgi kre­ty­nie! "Mówi się" w roz­mów­nicy! I jak, do cho­lery, można "po­da­ro­wać gu­ber­na­tora"?

Qu­oyle, ko­lejny przy­kład pół­a­nal­fa­bety prak­ty­ku­ją­cego w dzi­siej­szych cza­sach dzien­ni­kar­stwo. Pod ścianę z nimi i roz­strze­lać!

Sia­dy­wał na prze­róż­nych ze­bra­niach i pil­nie gry­zmo­lił w no­te­sach. Miał wra­że­nie, iż stał się czę­ścią cze­goś waż­nego. Ryki Edny, do­cinki Par­tridge'a wcale go nie ra­niły. Do­ra­stał w to­wa­rzy­stwie bru­tal­nego brata pod nie­usta­jąco kry­tycz­nym oj­cow­skim okiem. Czuł przy­jemny dreszcz, wi­du­jąc w stopce swoje na­zwi­sko. Nie­re­gu­larne go­dziny pracy po­zwa­lały mu wy­obra­żać so­bie, iż jest pa­nem wła­snego czasu. Wra­ca­jąc do domu po de­ba­cie na te­mat sfor­mu­ło­wa­nia drob­nego mu­ni­cy­pal­nego prze­pisu w spra­wie re­cy­klingu bu­te­lek, czuł się roz­gry­wa­ją­cym na bo­isku wła­dzy. Zwy­kłe ży­ciowe wy­da­rze­nia sta­wały się pra­so­wymi na­głów­kami: "Męż­czy­zna Prze­cho­dzi Przez Par­king Spo­koj­nym Kro­kiem", "Ko­biety Plot­kują O Desz­czu", "W Pu­stym Po­koju Dzwoni Te­le­fon".

Par­tridge wy­trwale nad nim pra­co­wał.

- Wia­do­mo­ścią, Qu­oyle, jest także to, co się nie wy­da­rzyło.

- Ro­zu­miem. - Nic nie ro­zu­miał. Ręce w kie­sze­niach.

- Ten ar­ty­kuł o ze­bra­niu de­par­ta­mentu po­mocy spo­łecz­nej przy wy­dziale trans­portu hrab­stwa? Przed mie­sią­cem byli go­towi uru­cho­mić w czte­rech mia­stach li­nię mi­ni­bu­sów, je­śli tylko do­łą­czy do nich Bu­gle Hol­low. Pi­szesz, że spo­tkali się wczo­raj wie­czo­rem, a po­tem pod sam ko­niec wspo­mi­nasz jak o nic nie­zna­czą­cym szcze­góle, że Bu­gle Hol­low nie przy­łą­cza się jed­nak do tego przed­się­wzię­cia. Wiesz, ile star­szych osób, bez sa­mo­cho­dów, ta­kich, któ­rych nie stać na auto czy dru­gie auto, ta­kich, któ­rzy wszę­dzie do­jeż­dżają ko­mu­ni­ka­cją pu­bliczną, cze­kało na przy­jazd tego cho­ler­nego mi­ni­busu? Który te­raz nie przy­je­dzie! Wia­do­mo­ści, Qu­oyle, wia­do­mo­ści! Le­piej zbierz to swoje mo­dżo do kupy!

Po chwili, zu­peł­nie in­nym to­nem, do­dał, że w piąt­kowy wie­czór robi rybę po grecku i pa­prykę z grilla, i czy Qu­oyle wpad­nie?

Wpadł, ale za­sta­na­wiał się głę­boko, co to jest to "mo­dżo".

-

Pod ko­niec wio­sny Ed Punch we­zwał Qu­oyle'a do ga­bi­netu i oznaj­mił, że jest zwol­niony. Ob­ró­cił po­bruż­dżoną twarz w stronę ucha Qu­oyle'a.

- To coś ta­kiego jak urlop bez­płatny. Je­śli póź­niej się nam po­lep­szy...

Qu­oyle zna­lazł pracę na pół etatu jako tak­sów­karz.

Par­tridge wie­dział, dla­czego go zwol­niono. Na­mó­wił Qu­oyle'a do wło­że­nia wiel­kiego far­tu­cha, dał mu do ręki łyżkę i słoik.

- Jego dzie­ciaki wra­cają do domu z col­lege'u. Do­staną twoją ro­botę. Nie ma się co ma­zać. Tak jest, na­trzyj musz­tardą mięso, niech się wchło­nie.

W sierp­niu, pod­czas cię­cia ko­perku do ro­syj­skiego gu­la­szu wo­ło­wego z ogór­kami, Par­tridge oznaj­mił:

- Punch chce, że­byś wró­cił. Mówi, że jak cię to in­te­re­suje, masz przyjść w po­nie­dzia­łek rano.

Punch od­gry­wał ocią­ga­nie. Dał wy­raź­nie do zro­zu­mie­nia Qu­oyle'owi, że po­wtórne przy­ję­cie do pracy jest ak­tem ła­ski. Tym­cza­so­wym.

Punch do­strzegł wszakże, iż Qu­oyle, który sam nie­wiele mó­wił, za­chę­cał lu­dzi do mó­wie­nia. Była to jego je­dyna umie­jęt­ność w ży­cio­wej grze. Pełna sku­pie­nia po­stawa, po­chlebne ski­nie­nia wzbu­dzały po­toki spo­strze­żeń, re­mi­ni­scen­cji, wspo­mnień, teo­re­tycz­nych dy­wa­ga­cji, sza­cun­ków, wy­ja­śnień, stresz­czeń i szcze­gó­ło­wych tłu­ma­czeń, do­jąc z nie­zna­jo­mych ży­ciowe do­świad­cze­nia.

I tak to się to­czyło. Zwol­nie­nie, praca w myjni, po­wtórne za­trud­nie­nie.

Zwol­nie­nie, jazda na tak­sówce, po­wtórne za­trud­nie­nie.

Cho­dził w tę i z po­wro­tem, po hrab­stwie i wo­kół hrab­stwa, słu­cha­jąc awan­tur­ni­ków od go­spo­darki od­pa­dami, z ko­mi­sji dro­go­wej i tłu­kąc na ma­szy­nie ar­ty­kuły o bu­dże­cie na­prawy mo­stów. Drobne de­cy­zje sa­mo­rządu ura­stały w jego oczach do naj­głęb­szych taj­ni­ków ży­cia. Upra­wia­jąc za­wód, który kształ­cił prak­ty­ków w plu­ga­wo­ści ludz­kiej na­tury, który uka­zy­wał sko­ro­do­wany me­tal cy­wi­li­za­cji, Qu­oyle stwo­rzył so­bie pry­watną ilu­zję upo­rząd­ko­wa­nego po­stępu. W at­mos­fe­rze roz­padu i dy­mią­cej ze­wsząd za­wi­ści ima­gi­no­wał so­bie ra­cjo­nalny kom­pro­mis.

-

Qu­oyle z Par­tridge'em je­dli aku­rat go­to­wa­nego pstrąga i kre­wetki w czosnku. Mer­ca­lii nie było. Qu­oyle prze­rzu­cał sa­łatkę z fen­kułu wło­skiego. Po­chy­lał się, żeby pod­nieść upa­dłą kre­wetkę, gdy Par­tridge za­stu­kał no­żem w bu­telkę z wi­nem.

- Ogło­sze­nia! O Mer­ca­lii i o mnie.

Qu­oyle wy­szcze­rzył zęby. Spo­dzie­wał się, że będą mieli dziecko. Wi­dział się już w roli chrzest­nego.

- Prze­no­simy się do Ka­li­for­nii. Wy­jeż­dżamy w pią­tek wie­czo­rem.

- Co? - spy­tał Qu­oyle.

- Dla­czego je­dziemy? Ze względu na su­rowce - od­rzekł Par­tridge. - Wino, doj­rzałe to­ma­til­los, awo­kado. - Na­lał fumé blanc, a po­tem po­wie­dział Qu­oyle'owi, że praw­dzi­wym po­wo­dem jest mi­łość, a nie wa­rzywa.

- Wszystko, co się li­czy, dzieje się za sprawą mi­ło­ści, Qu­oyle. To ona na­pę­dza ży­cie.

Mer­ca­lia rzu­ciła roz­prawę dok­tor­ską, po­wie­dział, i zo­stała fi­zyczną. Po­dróże, kow­bojki, pie­nią­dze, wes­tchnię­cia pneu­ma­tycz­nych ha­mul­ców, cztery gło­śniki w ka­bi­nie i Uptown String Qu­ar­tet z ka­sety. Za­pi­sała się do szkoły dla kie­row­ców da­le­ko­bież­nych cię­ża­ró­wek. Do­stała dy­plom z wy­róż­nie­niem. I pracę w Over­land Express z Sau­sa­lito.

- Jest pierw­szą w Ame­ryce czarną ko­bietą za kie­row­nicą cię­ża­rówki - do­dał Par­tridge, mru­ga­jąc oczami, żeby ukryć łzy. - Zna­leź­li­śmy już miesz­ka­nie. Za trze­cim po­dej­ściem Mer­ca­lii.

W kuchni są bal­ko­nowe drzwi, ciężka bam­bu­sowa mar­kiza na po­dwórku. Ziel­nik wiel­ko­ści dy­wa­nika do mo­dli­twy. Na któ­rym bę­dzie klę­czał.

- Do­stała trasę do No­wego Or­le­anu. A ja jadę do Ka­li­for­nii. Będę jej ro­bił ka­napki z wę­dzoną kaczką, zimne piersi kur­czaka z es­tra­go­nem, dla niej w trasę, żeby nie ja­dała w przy­droż­nych ba­rach. Nie chcę, żeby w ogóle do nich wcho­dziła. Będę ho­do­wał es­tra­gon. Znajdę pracę. Wszę­dzie bra­kuje se­kre­ta­rzy re­dak­cji. Do­stanę ro­botę gdzie­kol­wiek.

Qu­oyle chciał mu po­gra­tu­lo­wać, a skoń­czyło się na tym, że po­trzą­sał dło­nią Par­tridge'a i nie mógł prze­stać.

- Słu­chaj, zbierz się i od­wiedź nas kie­dyś - za­pro­po­no­wał Par­tridge. - Po­zo­stańmy w kon­tak­cie. - I cią­gle trzy­mali się za ręce, pom­pu­jąc nimi i pom­pu­jąc, jakby czer­pali wodę ze studni głę­bi­no­wej.

-

Qu­oyle zo­stał w błot­ni­stym Moc­king­burgu. Mie­ście prze­ży­wa­ją­cym trzeci zgon. Wy­rwa­nym przy­pad­kowo przed dwu­stu laty z lasu i z rąk le­śnych ple­mion z prze­zna­cze­niem na farmy, a po­tem na prze­mysł ma­szy­nowy i opo­niar­ski. Długa re­ce­sja wy­lud­niła śród­mie­ście, po­za­bi­jała ga­le­rie han­dlowe. Fa­bryki pod mło­tek. Uliczne slumsy, mło­dzież z bro­nią w kie­sze­niach, pu­ste po­li­tyczne za­klę­cia, obo­lałe usta i nie­zre­ali­zo­wane po­my­sły. Kto wie, do­kąd po­je­chali stąd lu­dzie? Może do Ka­li­for­nii.

Qu­oyle ku­po­wał pro­dukty spo­żyw­cze w A&B Gro­cery, ben­zynę w D&G Co­nve­nience, pro­wa­dził sa­mo­chód do R&R Ga­rage, gdy chciał wy­mie­nić pompę albo pa­ski kli­nowe. Pi­sał ar­ty­kuły i miesz­kał w wy­naj­mo­wa­nej przy­cze­pie, oglą­da­jąc te­le­wi­zję. Cza­sem śnił o mi­ło­ści. Niby dla­czego nie? To wolny kraj. Gdy Ed Punch go zwal­niał, wpa­dał w ciąg je­dze­nia wi­śnio­wych lo­dów i ra­violi z puszki.

Ode­rwał swoje ży­cie od cza­sów, w któ­rych przy­szło mu żyć. Uwa­żał się za re­por­tera, ale nie czy­tał żad­nych ga­zet poza "The Moc­king­burg Re­cord", przez co udało mu się nie sły­szeć o ter­ro­ry­zmie, zmia­nach kli­matu, upa­da­ją­cych rzą­dach, ka­ta­stro­fach eko­lo­gicz­nych, za­ra­zach, re­ce­sji i plaj­tu­ją­cych ban­kach, pły­wa­ją­cych po mo­rzach od­pa­dach i dziu­rze ozo­no­wej. Wul­kany, trzę­sie­nia ziemi i hu­ra­gany, re­li­gijni oszu­ści, wa­dliwe po­jazdy i na­ukowi szar­la­tani, ma­sowi mor­dercy i se­ryjni za­bójcy, wzrost za­cho­ro­wań na raka, AIDS, wy­le­sie­nie i wy­bu­cha­jące sa­mo­loty były mu tak samo obce, jak ple­cionki węd­kar­skie, ka­niony czy ślubne pod­wiązki z ro­ze­tką. Na­ukowe cza­so­pi­sma wy­plu­wały do­nie­sie­nia o zmu­to­wa­nych wi­ru­sach, ma­szy­nach pom­pu­ją­cych ży­cie w nie­mal zmar­łych, o od­kry­ciu, że ga­lak­tyki szy­bują apo­ka­lip­tycz­nie ku nie­wi­dzial­nemu Wiel­kiemu Atrak­to­rowi ni­czym mu­chy ku ssawce od­ku­rza­cza. Tym wszyst­kim żyli inni. Jego ży­cie jesz­cze się nie za­częło.

Na­brał zwy­czaju cho­dze­nia wo­kół przy­czepy i po­wta­rza­nia gło­śno "kto wie?".

- Kto wie? - ma­wiał.

Bo nikt nie wie­dział. Cho­dziło mu o to, że wszystko mo­gło się wy­da­rzyć.

Krę­cąca się na kra­wę­dzi mo­neta może upaść w jedną albo drugą stronę.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki