1 Wredny Lis
Głupi Kundel
Jak dotąd spotkałem mojego wuja dwukrotnie.
Pierwszy raz, gdy byłem dzieckiem, przez co wspomnienie zasnuła mgła. Pamiętałem tylko tyle, że jego dzikie oczy lśniły równie mocno jak ostrza włóczni strażników, którzy później przeszukiwali dom mojego ojca.
Po raz drugi spotkaliśmy się zaledwie tydzień temu, w samym środku oblężenia, z którego on uciekł. Ja zaś przełamałem napór wroga i zmusiłem do odwrotu armię, która położyłaby kres rebelii.
Wiedziałem, że nasze trzecie spotkanie nie będzie wcale takie krótkie. Po raz pierwszy w życiu miałem zasiąść naprzeciwko niego i odbyć z nim rozmowę. Ja, odcięta Dłoń cesarza, i on, Wredny Lis, nieuchwytny buntownik, którego imię i sława rzucały się cieniem na całą moją imperialną karierę, mieliśmy wreszcie stanąć twarzą w twarz.
Kikut mojego prawego ramienia przeszywały bolesne kurcze, gdy patrzyłem, jak wuj i jego ludzie zbliżają się do Twierdzy Szarego Mrozu. W czystym, mroźnym powietrzu niósł się stłumiony zgrzyt pracujących łopat. Zdziesiątkowana armia nayeńska, licząca teraz zaledwie dwadzieścia siedem dusz, zajmowała się przez ostatnie tygodnie głównie kopaniem masowych grobów w popiele, gdzie składano poczerniałe ciała niezliczonych sieneńskich żołnierzy, powalonych przez przywołaną przeze mnie burzę ognia, wiatru i błyskawic.
Stado dziesięciu rozmaitych, niepasujących do siebie ptaków zniżyło lot nad dziedziniec. Prowadzący grupę jastrząb nagle znikł w pachnącej cynamonem chmurze, z której wyszedł mój wuj. Rozciągnął ramiona, by rozluźnić napięte masywne mięśnie szerokiej piersi.
Podszedłem bliżej. Wszędzie dookoła pozostałe ptaki - kruki, sępy, sowy i sokoły - przechodziły w ludzkie postacie, a w powietrzu wisiał zapach magii. Przybysze prostowali się i rozciągali mięśnie. Mieli na sobie zbroje składające się z niedopasowanych elementów i przystrojone piórami, kośćmi i kawałkami kamieni. Przeczuwałem, że ozdoby te definiują tożsamość każdego z nich, co zapewne rozumiałbym bez trudu, gdybym wychowywał się wśród nayeńskich tradycji, a nie doktryn imperium.
- Witaj, Królu Słońca. - Złożyłem mu niski pokłon. - Twierdza Szarego Mrozu jest twoja.
- A przynajmniej to, co z niej zostało. - Wredny Lis przewiercił mnie swoim przenikliwym spojrzeniem. Analizował moją uniżoną postawę. - Zaszczyt dla Sieneńczyka to obraza dla Nayeńczyka, siostrzeńcze. Dobrze to sobie zapamiętaj. Gdzie jest moja matka?
- W głównej sali - odpowiedziałem, rumieniąc się z zażenowania. - Czeka tam na nas. Nasze starcie z imperialnymi magami sporo ją kosztowało, ale przeżyła.
- A ty straciłeś dłoń. - Wredny Lis ruchem głowy wskazał kikut mojej ręki.
Rana stanowiła dowód na to, że nie byłem niezniszczalny. Zastanawiałem się, czy to odkrycie dodało mu pewności siebie. Wiedział o mnie bardzo niewiele, nie licząc tego, że zniszczyłem imperialny legion za pomocą magii niedostępnej dla zwykłego czarownika, a także pokonałem jeden Głos i dwie Dłonie cesarza. Oczywiście wiedział też, że wcześniej służyłem imperium.
Znów przeszyła mnie nagła ochota, by odtworzyć brakującą rękę. Potrafiłem wyobrazić sobie potrzebną do tego magię, niewiele różniącą się od magii uzdrowicielskiej, którą posłużyłem się, by odciągnąć moją babcię znad krawędzi śmierci i poskładać jej ramię, porozrywane przez torturującego ją Dłoń Przewodnika. Posłużyłem się trzema mocami, które imperium skradło ludowi Toa Alon - moc wykrywania pomogła mi odnaleźć właściwe połączenie nerwów, moc uprawy zmusiła trupie pnącze, by rozrosło się w ciele babci, a moc uzdrawiania pozwoliła mi utrzymać ją przy życiu.
Pomasowałem kikut. Przed moimi oczami przemknęły wspomnienia rozciętego gardła Wilgi i pokruszonych resztek obelisków An-Zabat. Wrodzona arogancja zadała mi wiele ran i skłoniła mnie, bym zniszczył życie wielu tych, których uważałem za swoich bliskich. Nie mogłem pozwolić na to, żeby znów mną zawładnęła. Chciałem służyć wujowi i pomóc mu w realizacji wielkiego celu, jakim był wolny Nayen. Zamiast rozniecać jego lęki i wątpliwości, musiałem je stłumić, bez względu na to, jak bardzo ucierpiałaby na tym moja duma.
- Niewielka to ofiara wobec długich lat samotności i ciężkich walk, jakie przypadły w udziale tobie - odpowiedziałem, opierając się dobrze wyćwiczonemu odruchowi złożenia mu kolejnego ukłonu. Zamiast tego wskazałem na drzwi do sali głównej. - Pójdziemy? - zaproponowałem. - Babcia chciałaby z tobą porozmawiać. Sami też mamy sporo do omówienia.
Wredny Lis pogładził siwy kosmyk w brodzie, a potem wydał kilka szybkich rozkazów swoim przybocznym. Wezwali resztki armii buntowników na zbiórkę przed rozbitą bramą twierdzy, a wuj wszedł w ślad za mną do sali, gdzie chłodne powietrze zimy ustępowało kojącemu ciepłu bijącemu z żelaznych piecyków. Nad jednym z nich pochylała się Sycząca Kocica. Żarzące się węgle rzucały pomarańczowy blask i cienie na krucze czaszki wplecione w jej włosy. Pod ręką miała stosik krowich łopatek. Za pomocą starożytnych runów, których nikt z żyjących nie potrafił już odczytać, wypisała na nich swoje pytania. W drugiej dłoni trzymała długą żelazną igłę, której czubek rozgrzała do białości w żarze. Babcia siedziała przy stole ustawionym na środku sali, wpatrzona w towarzyszkę. Aż podskoczyła, gdy rozległo się trzaśnięcie drzwi.
- Cieszę się, że widzę cię w dobrym zdrowiu, synu. - Podniosła się ciężko i stanęła, wsparta o blat stołu zdrową ręką. Druga ręka, skurczona i zwiędła na skutek tortur Dłoni Przewodnika, zwisała luźno u boku, choć palce zaciskały się jeden po drugim. Ocaliłem jej życie i zrobiłem wszystko, co mogłem, by oddać jej zdrowie, ale mimo to wydawała się drobna i słabsza niż kiedyś. Nie przypominała już wojowniczki, która pokonała Dłoń Żara.
- I ja się cieszę, że cię widzę, matko. - Wredny Lis objął ją i przytulił, ale ani na moment nie spuścił wzroku z Syczącej Kocicy. - A kim jest twój gość?
- Jestem tylko kolejną stukniętą staruszką - oznajmiła Sycząca Kocica i zamachała jaśniejącym czubkiem igły. - Postanowiłyśmy, że zajmiemy się wspólnie robieniem na drutach.
- To Sycząca Kocia - przerwałem. - Moja nauczycielka.
- Ach - powiedział powoli Wredny Lis. - A więc to ona nauczyła cię sztuki przyzywania burzy?
- Nie. - Sycząca Kocica wsunęła igłę na powrót między węgle. - Tę sztuczkę opanował sam. Ja natomiast chętnie przypiszę sobie zasługi za to, co miało miejsce później.
- Tym to może zajmiemy się w innym czasie. - Odsunąłem krzesło. - Proszę, wuju. Usiądź.
Wredny Lis wsparł się na stole, bębniąc palcami po blacie.
- Twierdzisz, że istnieją sprawy, które musimy omówić, siostrzeńcze? Zgadzam się. W pierwszej kolejności wyjaśnij mi, co tu robisz.
Kłykcie mi pobielały i miałem wrażenie, że ściskane przeze mnie drewniane krzesło zaraz pęknie.
- Tobie i wszystkim, którzy walczą z imperium, jestem winien nie tyle wyjaśnienie, ile dług. Odnalazłem moc, której szukałem. Byłem głupcem i pragnienie jej zdobycia zaprowadziło mnie prosto na służbę imperialną, ale teraz gotów jestem po nią sięgać, żeby zmazać swoje przewiny. Chcę ujrzeć wolny Nayen. Chcę dopomóc w rzuceniu imperium na kolana. Chcę, żeby jego okrucieństwa wreszcie dobiegły końca.
- Mówiłaś, że ambitny z niego człowiek, matko - rzekł Wredny Lis. - Widzę, że to nie uległo zmianie.
- Ambicja staje się wadą jedynie wtedy, gdy nie udaje się jej realizować - odpowiedziała babcia. - Usiądź, synu, i posłuchaj.
Usta Wrednego Lisa drgnęły, ale usiadł na wskazanym krześle.
- Bez względu na to, jaką moc zdobyłeś, jesteś sam. Cesarz ma cały legion Dłoni i Głosów, a do tego Pięść, która strzeże go dzień i noc. Czyżbyś odkrył sekret, który czyni cię kimś lepszym od jego czarowników? Czyżbyś mógł stawić czoła ich tysiącom? Ba, a może mógłbyś rzucić wyzwanie samemu imperatorowi?
W sali rozległ się suchy trzask, a po nim poniósł się kwaśny smród palonej kości.
- Nie. Nie mógłby. - Sycząca Kocica uważnie przyglądała się kości leżącej na jej kolanie. - A na pewno jeszcze nie teraz.
- Tu chodzi o coś więcej niż tylko wolność, wuju. Wiesz, że cesarz rządzi od tysiąca lat, prawda? Powoli rozciąga swoje rządy coraz dalej i dalej, wchłania magię podbitych ludów i dodaje ją do swojego kanonu. Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, dlaczego to robi?
- Historia o tysiącletnich rządach to jedynie sieneńska bajka, która ma nas zastraszyć! - warknął Wredny Lis.
Sycząca Kocica odrzuciła głowę i roześmiała się. Jej śmiech przypominał odgłos wydawany przez głaz wytaczany z wnętrza góry.
- Chłopcze, chodziłam po tym świecie, długo zanim twój pierwszy Król Słońca stworzył naród zwany Nayeńczykami - oznajmiła. Blask żaru odbijał się w jej oczach. - Pamiętam, jak cesarz nazwał się Doktryną i uznał za poetę. Patrzyłam też, jak stapia dziesiątki języków większości ludów naszego kontynentu w jeden i narzuca nam jeden sposób życia. Twój mały bunt bawi mnie do łez. Przypomina mi igiełkę wbitą w lwi zad. Ciesz się, że nie rozbudziłeś jeszcze jego gniewu. Powiedz Alończykom i sieneńskim udzielnym królom czy samym bogom, że tysiącletnie rządy to jedynie bajka, i wsłuchaj się w ich szyderczy śmiech.
Wredny Lis zacisnął mocno pięści.
- Siostrzeńcze, jesteś pewien, że ta starucha jest po naszej stronie?
- Ja jestem po swojej własnej stronie - uśmiechnęła się Sycząca Kocica. - Póki co mamy jednak zbieżne interesy. Wolałabym, żeby świat się nie kończył. A ty?
Wuj wreszcie zwrócił uwagę na mnie. Pojedynek między nami mógł się skończyć wyłącznie moim zwycięstwem, jednak straciłem odwagę, gdy spojrzałem w jego twarde oczy, jakże nawykłe do oglądania przemocy.
- To właśnie planuje cesarz? Chce doprowadzić do końca świata?
- On chce się zemścić na bogach - powiedziałem, wskazując jego prawą dłoń i ledwie widoczne blizny, będące symbolem mocy. - Te znaki są pamiątką ugody między wiedźmami i czarownikami a bogami, którzy postanowili położyć kres chaosowi wojny. Uczestniczyli w niej zarówno cesarz, jak i Sycząca Kocica.
Słysząc moje słowa, staruszka machnęła ręką, uśmiechnęła się szeroko i chwyciła kolejną łopatkę.
- Bogowie obiecali, że wycofają się z ziemskich spraw, a w zamian za to wiedźmy i czarownicy zadeklarowali, że ograniczą własną moc. Symbole, które w ramach ustaleń paktu grawerowali na własnej skórze, przyznawały im ograniczone zdolności magiczne, bez względu na to, czy chodziło o zmiennokształtność, władanie ogniem, wodą i wiatrem, sztukę uzdrawiania, czy przyspieszanie wzrostu roślin, ale te ograniczenia miały dla ludzi ogromne znaczenie. Wiedźma czy czarownik, którzy nosili owe znaki, nie byli w stanie rozwinąć swojej mocy, nawet jeśli wrodzony talent czy ich wrażliwość stwarzały im znacznie większe możliwości. Dzięki tym ustaleniom nie trzeba już było się martwić, że bogowie rozszarpią świat na strzępy podczas wojny, bo wiedźmy i czarownicy nie stanowili już dla nich zagrożenia. Doktryna znalazł jednak sposób, żeby ominąć te ograniczenia. Dzięki magii, którą wybrał w ramach własnego paktu, mógł przekazywać myśli z umysłu do umysłu, co pozwoliło mu zjednoczyć imperium i przydzielić służącym moce z innych paktów. Gdy jego imperium podbijało lud, który władał magią, Doktryna dodawał ją do swojego kanonu i przekazywał sługom, nie naruszając przy tym porozumienia z bogami.
Wredny Lis wpatrywał się we mnie i bawił swoją brodą, wsłuchując się w moją opowieść. Być może w głębi duszy decydował, czy chce w nią uwierzyć.
- I myślisz, że cesarz poniesie porażkę? - spytał w końcu.
- Bogowie nie będą stać z założonymi rękami - odpowiedziałem. - Niektórzy uderzą natychmiast, ale inni uważają, że cesarz założył sobie zbyt ambitny projekt i jego imperium rozpadnie się, zanim zostanie ukończone. Wilczy bóg Okara znajduje się w tej pierwszej grupie i zmusiłby nas, żebyśmy pokrzyżowali plany cesarza, zanim bogowie zgodzą się wszcząć wojnę na nowo.
Wuj rozparł się na krześle i skrzyżował ramiona na szerokiej piersi.
- A wiesz o tym dlatego, że mówią do ciebie, tak jak przemawiali do pierwszego Króla Słońca.
Otworzyłem usta, by zaprotestować, ale wuj nie przerywał:
- Jastrząb ma bystre oczy i czujny słuch. - Oparł dłonie na stole i pochylił się ku mnie. - Słyszałem to i owo od żołnierzy, których wysłałeś do grzebania kości naszych wrogów. Uważają cię za cudotwórcę. Za kogoś, kogo bogowie wysłali, żeby wyzwolił tę wyspę. W trakcie mojej kilkudniowej nieobecności zaczęli przyszywać sobie do kurtek kawałki popalonych gałązek ze zniszczonego przez ciebie lasu. A robią to nie po to, żeby opowiadały o ich przeżyciach, ale żeby zaznaczyć własną lojalność. Nie wobec powstania, tylko wobec ciebie, jakbyś był bogiem w ludzkim ciele. Wiesz, co sądzę, siostrzeńcze? - Wycelował we mnie palec. - Myślę, że hierarchia imperium tłamsiła twoje ambicje, więc przybyłeś tutaj, żeby móc dać im upust. Czy istnieje lepszy sposób na to, żeby zawładnąć armią, niż ocalić ją od zagłady w ostatniej chwili? Czy znamy coś, co jednoczy ludzi szybciej od opowieści, która czyni cię przywódcą natchnionym przez bogów, noszącym na barkach ocalenie świata?
- Czy jego moc nie świadczy o tym, że mówi prawdę? - odezwała się w mojej obronie babcia. Uniosła uschnięte ramię, krzywiąc się z bólu. - Widzisz? On nie nosi znaków paktu, a mimo to wyrwał mnie z objęć śmierci.
- Najlepsze kłamstwa zbudowane są na fundamencie prawdy - oświadczył wuj. Mięśnie jego ramion były twarde i naprężone jak liny okrętowe. Miałem wrażenie, że lada chwila sięgnie po miecz. - Chłopak ma jakąś tajną wiedzę, nie ma wątpliwości. Ale wykorzystuje ją do własnych celów.
Jego słowa raziły jak noże. Jakże często w moim życiu uzbrajałem się w półprawdy! Przed nim jednak stanąłem wiedziony szczerością i uczciwością. Odrzuciłem grzechy z dawnych czasów i poczułem ból w sercu, gdy znów zostałem o nie oskarżony. Zapadła cisza, przerywana jedynie grzechotem czaszek we włosach Syczącej Kocicy i jej niskim śmiechem. Odwróciliśmy się ku niej, a ona uniosła głowę znad żelaznego kosza z ogniem.
- Nie zwracajcie na mnie uwagi - powiedziała. - Myślałam właśnie o tym, jak bardzo tęsknię za moją jaskinią. Cudowne malowidła, cisza i tak dalej.
Nabrałem tchu.
- Co mogę zrobić, żeby cię przekonać, wuju?
Uniósł dłonie niczym szalki wagi.
- To Nayen, siostrzeńcze. Nie ma tu hierarchii imperium, która wyznacza, kto stoi nad kim. Tu znaczenie ma władza i prestiż. - Opuścił prawą dłoń i podniósł lewą. - Ty dysponujesz wiedzą, której mnie brakuje. Władasz też silniejszą magią, co zakłóca równowagę między nami. Z tego układu sił wynika, że to ty powinieneś dowodzić, a nie ja, choć to ja poświęciłem tej walce całe życie. Przesuń równowagę w moją stronę.
- Z ochotą - powiedziałem. - Jak?
Wuj zacisnął dłonie i oparł je na stole.
- Naucz mnie, jak władać dawną magią tak, jak ty to robisz. Pozwól, żebyśmy walczyli ramię w ramię przynajmniej jak równi sobie.
Sycząca Kocica parsknęła śmiechem, co przypomniało mi o ostatnich słowach Tollu - córki wilczycy Ateri, nayeńskiej bogini mądrości - które padły podczas narady decydującej o moim życiu. Zawyrokowała wówczas, że jeśli zacznę uczyć innych, moje życie dobiegnie końca.
- Nie żartuję. - Wredny Lis wskazał swoje wiedźmie znaki, a na jego policzkach pojawił się gorący rumieniec. - Jeśli powiedziałeś prawdę, wystarczy, że pozbędę się tych blizn, a wówczas również będę mógł przywołać burze wiatru i błyskawic, tak?
- To nie takie proste - zacząłem.
Mięśnie jego szczęki zadrżały, gdy usiłował opanować przybierającą na sile furię.
- Prosisz o tę jedną rzecz, której chłopak nie może ci ofiarować - powiedziała Sycząca Kocica. Przestała się śmiać, ale na jej twarzy nadal widniał okrutny grymas rozbawienia. - A co więcej, wcale nie ma gwarancji, że dałbyś sobie ze starą magią radę. Ona w niczym nie przypomina tej, którą znasz. Jest ulotna i kapryśna, a przy tym nie wiąże jej żaden rytuał inicjacyjny.
- Mógłbym jednak zrobić to, co cesarz - wypaliłem. - Mógłbym stworzyć kanon i przekazać moje moce innym. Nie mam zamiaru chować ich dla siebie, wuju. Jestem gotów w każdej chwili podzielić się nimi dla rebelii.
- Ha! - Sycząca Kocica zerwała się, a jej długi cień rozlał się po ścianach. W jej głosie brakowało już wesołości. - Skrajna głupota! Nie dałbyś sobie z tym rady!
- Po raz pierwszy zgadzam się ze staruchą. - Wuj założył ręce na piersi i przyglądał mi się, jakby szukał cierni na powierzchni kuszącego owocu. - Sam powiedziałeś, że cesarz posługuje się swoimi czarownikami jak bronią. Gdybyś stworzył kanon i zaczął obdzielać magią innych, zdobyłbyś jeszcze większe znaczenie!
- A gdybym stworzył kanon poza sobą? - Słowa wypadły z moich ust, zanim zdążyłem je przemyśleć. Mój zdradziecki umysł z rozpaczą szukał rozwiązań. Gdyby wuj mnie odrzucił, tak jak odrzuciło mnie imperium, gdzie mógłbym się udać? - Pakty nie opierają się na transmisji. Mógłbym stworzyć coś podobnego, jakąś metodę przekazywania mocy, która przyzywałaby wiatr bądź leczyła rany. Mógłbym doprowadzić do tego, że nasze wiedźmy i nasi czarownicy dorównywaliby sieneńskim magom, ale byliby przy tym niezależni od mojej woli.
Moja arogancja i żądza zawładnięcia magią zniszczyły życie setkom ludzi. Nie miałem już do siebie tyle zaufania, by chcieć władać czy też kontrolować kanon magii. Mogłem jednak stworzyć taki kanon i przekazać Nayeńczykom magię, która była im potrzeba do wyzwolenia ojczyzny. I być może, gdybym zdołał zdobyć ich zaufanie, mogliby pomóc mi pokrzyżować plany cesarza, który chciał wypowiedzieć wojnę bogom. Co więcej, mogłem zasłużyć sobie na to, by zasiąść z nimi jako jeden z ich grona. Zasłużyłbym sobie na ten przywilej o wiele wcześniej, gdybym udał się z babcią w góry, a nie wkraczał na zdradliwą, pozłacaną ścieżkę kariery imperialnej.
Gdybym się zawahał... Gdybym choć przemyślał ów szalony plan, zamiast po prostu przedstawić go wujowi, ile cierpienia oszczędziłbym sobie w przyszłości?
Wredny Lis przechylił głowę.
- Starucho, znasz jego możliwości. Czy on naprawdę mógłby temu podołać?
- Nie bez mojej pomocy - prychnęła ze złością Sycząca Kocica. - W przeciwnym razie będzie się błąkał przez wiele, wiele lat niczym dziecko we mgle, próbując pojąć odmiany magii, których nigdy wcześniej palcem nie tknął.
- Pomożesz mu? - zapytał wuj.
Wyczuwałem napięcie, które pojawiło się między nami. Starucha spojrzała na kość łopatkową na swoim kolanie, uśmiechnęła się szyderczo i odrzuciła ją na stos.
- Może i przyda nam się coś takiego, jeśli będziemy chcieli rzucić wyzwanie Doktrynie - mruknęła. - Niemniej przekazywanie mocy to o wiele trudniejsza sprawa niż jej poszukiwanie.
- A więc dobrze - rzekł Wredny Lis. Jego krzesło zaskrzypiało na kamiennej podłodze, gdy się podnosił. - Zabierz się za swoje obowiązki, a ja zajmę się moimi. Ta armia, choć niewiele z niej zostało, musi być gotowa do wymarszu. Imperium otrzymało cios, a ja nie zmarnuję takiej okazji.
Babcia dotknęła zdrowym ramieniem obojczyka w pełnym czci salucie. Zrobiłem to samo, a Sycząca Kocica prychnęła i roztrąciła węgle igłą. Wredny Lis zatrzymał się jednak, wciąż dotykając palcami blatu stołu, by mi się przyjrzeć.
- Naznacz mnie, Głupi Kundlu - powiedział. - Dopóki służysz Nayenowi, dopóty będę cię miał za sojusznika. W chwili gdy dasz mi powód, żebym bał się twojej zdrady, nie zawaham się. Może i jesteś silniejszy ode mnie, ale wolę umrzeć, niż ułatwić robotę kolejnemu tyranowi takiemu jak cesarz, bez względu na to, z jakiego rodu pochodzi.
- Nie mam zamiaru zostać tyranem - odparłem zaskoczony.
Wuj zastukał kłykciami o stół, zmrużył oczy i wyszedł z sali bez słowa. Odgłos jego kroków i łoskot zatrzaskiwanych drzwi poniosły się ciężkim echem.
Wredny Lis przyjął moją pomoc. Wykonałem pierwszy krok. Teraz musiałem dać mu to, co obiecałem, a wtedy być może nauczy się mi ufać.
- Chodź, Kundlu. - Sycząca Kocica wstała znad ognia i ruszyła w stronę znajdujących się w cieniu drzwi w przeciwległym kącie pomieszczenia. - Porozmawiamy sobie na osobności. - Ruchem głowy wskazała babcię.
- Och, mną się nie przejmujcie - mruknęła staruszka, poruszając uschniętym ramieniem. - Rozumiem potrzebę przekazywania tajnych lekcji z dala od uszu wścibskich ludzi.
Udałem się w ślad za Syczącą Kocicą ciemnym korytarzem i razem zeszliśmy osypującymi się schodami do sporego pomieszczenia z niskim sufitem. Ogień tlił się w kręgu kamieni, tocząc skazaną na porażkę walkę z wilgotnym chłodem w powietrzu. Na podłodze i ścianach widziałem ślady po beczkach i skrzyniach, które upływ czasu oraz wilgoć zamieniły w smugi poczerniałego kurzu. W którymś z kątów zalegały resztki po dziesiątkach rozgniecionych kości łopatkowych.
- Ty idioto! - warknęła Sycząca Kocica. Wyciągnęła palec, a wtedy jej wola, mocna i ostra niczym żelazny szpikulec, wbiła się w strukturę świata. Na jej dłoni zatańczył ognik, który rozsiał w powietrzu zapach cynamonu i napełnił moje ciało nierealnym ciepłem. - Zgaś płomień, jeśli umiesz.
Był to stary test, który oblałem setki razy, ale w końcu zdałem go w bitwie z Głosem Przewodnikiem. Tak jak wówczas zagłębiłem się w strukturę świata i zamieniłem w jadeitową kulę w samym sercu wiecznej relacji między śmiercią i narodzinami, między światłem i cieniem, między wschodem i zachodem słońca. Zespoliwszy się ze strukturą, sięgnąłem myślą w stronę płomienia, który stworzyła, płomienia, który stanowił pogwałcenie naturalnego porządku. Ściany kanonu cesarza rozpadły się pod moim dotykiem, co odebrało Przewodnikowi jego magię. Ogień na dłoni Syczącej Kocicy miał podzielić jego los.
Moja wola zderzyła się z jej wolą niczym kropla deszczu uderzająca w wysoką górę.
Z daleka dobiegły echa frustracji, które rozpędziły spokój właściwy osobie władającej prastarą magią. Wszak opanowałem tę sztukę, prawda? Zawładnąłem również mocą, której potrzebowałem, by pokonać cesarza i jego czarowników. Zacisnąłem powieki i natarłem gwałtownie na jej siłę woli. Nie mogłem pozwolić na to, by bez trudu odebrała mi nadzieję!
Przez ułamek sekundy czułem, jak żelazny kolec przesuwa się jak drzazga powoli wypychana przez gojące się ciało. Sycząca Kocica burknęła, a potem cisnęła we mnie mocą, z którą jak dotąd zetknąłem się tylko raz - gdy klęczałem przed cesarzem i jego Tronem Tysiąca Ramion.
Kolec stał się ostrzem równie twardym jak imperialna stal, wbijającym się w stronę serca struktury. Zalało mnie gorąco, jakby niespodziewanie dopadła mnie choroba. Wciągnąwszy gwałtownie powietrze, otworzyłem oczy. Byłem przekonany, że płomień na jej dłoni będzie gorzał jak pożar pochłaniający las. Ten migotał łagodnie niczym promyk świecy, osłonięty siłą woli kobiety.
- Doktryna jest zawsze zmuszony do tego, żeby skupiać swoją uwagę na całym, jakże rozległym imperium - powiedziała Sycząca Kocica. Drżące cienie pogłębiały jej zmarszczki. - Zakłóciłeś jego transmisję, zanim zauważył, co w ogóle robisz. Nie sądzisz chyba, że ta sztuczka uda się ponownie?
Zamknęła dłoń i zgasiła płomień. Napór i gorąco bijące z jej magii nagle osłabły, a ja poczułem, jak uginają się pode mną kolana.
- Wyglądasz, jakbyś był chory, Głupi Kundlu - powiedziała. - I może tak jest. Właśnie obiecałeś, że pomożesz wujowi stoczyć wojnę, której nie ma szans wygrać. Zaproponowałeś również, że wręczysz mu dar, który jeśli coś pójdzie nie tak, spęta go klątwą. Masz jakieś pojęcie, od czego zacząć budowanie kanonu? Nawet ja nie za bardzo wiem, jak tego dokonać. Jak dotąd nie dokonał tego nikt poza Doktryną, a ty sam odrzuciłeś kanon, bo ujrzałeś w nim więzienie.
Rozciągnąłem ramiona, usiłując zademonstrować pewność siebie, której nie czułem. Starucha miała rację. Nie miałem pojęcia, jak spełnić obietnicę daną Wrednemu Lisowi, ale nie miałem wyboru i musiałem spróbować. Wynik powstania, a także wszelkie szanse na zdobycie zaufania wuja zależały od mojego sukcesu.
- Wiem, że nie mogę się równać z cesarzem, ale ty władasz podobną mocą. Jestem pewien, że tak. Z twoją pomocą i dzięki twoim naukom znajdę na to sposób, a mój kanon nie będzie więzieniem. Chcę oddać magię każdemu, kto będzie jej potrzebował. Nie będę ograniczał jej własną wolą.
- O ile to w ogóle możliwe! - prychnęła Sycząca Kocica. - Mówisz z wielkim przekonaniem o rzeczach, których nie rozumiesz. Pięćset lat temu być może mogłabym się zmierzyć z Doktryną, ale w czasie gdy on budował swoje imperium, ja chowałam się w jaskini. Gdybyśmy go zaskoczyli lub gdybyś ty zajął jego uwagę, być może udałoby mi się go pokonać, ale nie mam żadnej pewności.
Przełknąłem żółć.
- Powiedziałaś, że pomożesz.
- Kiedy nabierzesz sił, a ja odzyskam więcej niż tylko cząstkę tego, kim kiedyś byłam, zbudujemy armię i zrobimy to, co do nas należy. Póki co Doktryna ma jeszcze sporo świata do podbicia. Mamy czas, Kundlu, zanim cesarz rozpocznie tę wojnę.
- A więc co tu robisz? Myślałem, że chcesz walczyć? - spytałem.
- Jesteś pierwszym czarownikiem od tysiąca lat! - parsknęła w odpowiedzi. - Nie mam pojęcia, w jakim celu struktura cię stworzyła, ale nie pozwolę ci zginąć w walce w powstaniu skazanym na porażkę.
Zakotłowało się we mnie ze zgrozy i z frustracji. Miałem wrażenie, że zaraz eksploduję gniewem.
- Skoro chcesz mnie uchronić przed śmiercią, będziesz musiała walczyć obok mnie.
Miałem wrażenie, że siwa chmura jej włosów aż trzeszczy, jakby miała zacząć ciskać błyskawicami.
Jej usta drgnęły i skrzywiły się, a powieki zmrużyły się niebezpiecznie.
- Mogłabym wrócić do jaskini, Kundlu. - Jej głos przypominał odległy pomruk zbliżającej się burzy. - Mogłabym przyglądać się, jak opadasz z sił, odbijając się od woli Doktryny, i śmiać się z twojej głupoty.
- Każdy z nas kiedyś umrze - odparłem. Zebrałem całą swoją odwagę, by móc spojrzeć w jej kipiące furią oczy. - Moja śmierć będzie przynajmniej miała jakieś znaczenie, a ty po prostu zamienisz się w pył i kupkę kości w twojej nędznej podziemnej świątynce.
Starucha drgnęła, a na jej obliczu pojawiły się oznaki toczonej w sercu bitwy. Myślałem, że uniesie dłoń i zmiecie mnie ze świata, ale niespodziewanie parsknęła niskim, głuchym śmiechem, który odbił się od kamiennych ścian małego pomieszczenia.
- Walczyłaś kiedyś z bogami - powiedziałem. - Gdzie się podziała twoja odwaga, Sycząca Kocico?
Starucha skrzywiła się.
- Utonęła w otchłani czasu i żalu. Co więcej, podczas tej wojny walczono bronią, za którą nie umiemy już chwycić. Ale przecież my próbujemy nie dopuścić do wojny z bogami, Kundlu, a nie rozpętać kolejną!
- Bogowie są po mojej stronie! - Przetrzymałem punkt kulminacyjny naszej rozmowy i przejąłem inicjatywę, zupełnie jakbym na powrót siedział w ogrodzie mojego ojca i odpowiadał na pytania z doktryny zadawane przez nauczyciela Koro Ha, a nie dyskutował o losie świata z wiedźmą, która mogłaby mnie rozerwać na kawałki samą myślą. - Walczymy z ich wrogiem! Z pewnością wybaczą nam, że w tym celu sięgnęliśmy po moc.
Starucha powoli wciągnęła powietrze w płuca i pokręciła głową.
- Rzucasz się na niebezpieczeństwa, które ledwie rozumiesz, a zaufać chcesz istotom, których nie ogarniasz umysłem. Wróć ze mną do jaskini. Przezorność to nie przeciwieństwo odwagi, ale jej sojusznik. Arogancja zaś zapuszcza korzenie głęboko. Możemy sobie myśleć, że udało nam się ją wykorzenić, ale znów odrasta i pokrywa się kwieciem życzliwości.
- Już raz porzuciłem mój lud, żeby służyć imperium. Drugi raz nie zrobię tego samego. Pozostaniemy tu i będziemy walczyć wraz z moimi rodakami. Wyzwolenie Nayenu będzie pierwszym krokiem na drodze do zniszczenia imperium i pokrzyżowania wszelkich planów Doktryny.
- Doprawdy? - Czaszki kruków we włosach Syczącej Kocicy zagrzechotały, gdy potrząsnęła głową. - Powiedzmy, że mogłabym ci pomóc, porzucić cię albo zabić tu i teraz.
Przeszył mnie dreszcz, a starucha wyszczerzyła zęby, widząc moją niepewność, i wzruszyła ramionami.
- Tylko jedna decyzja mogłaby w jakikolwiek sposób pokrzyżować plany Doktryny - powiedziała.
Napięcie w moich barkach zaczęło powoli słabnąć.
- Zostaniesz więc? Będziesz walczyć wraz z nami?
Starucha prychnęła i kucnęła obok paleniska. Futra zakryły jej skrzyżowane nogi.
- Jasne, zostanę. Przynajmniej do chwili, gdy odbijesz się od muru własnej głupoty i zaczniesz słuchać mojej mądrości. - Szturchnęła żar, który odżył. - Ale wiedz jedno, Kundlu. Nie chodzi już o imperialną karierę czy odrobinkę magii. Teraz zależy nam na mocach, które kiedyś rodziły góry i wprawiały morza w stan wrzenia.
Nie była do końca przekonana. Przeczuwałem, że jej ochota, by mnie wspierać, balansuje na krawędzi przepaści i moje następne słowa mogły okazać się tchnieniem wiatru, który strąci ją w dół. Miałem na szczęście tyle zdrowego rozsądku, by zostawić ją z jej ogniem i kośćmi i wyjść.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.