Kroniki Nicci (Tom 3). Wojenna nawałnica - Terry Goodkind

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Ildakar wciąż płonął, chociaż burzliwa rewolta dobiegła końca. Uciskani i gnębieni obywatele, podburzeni przez przywódcę rebelii, Lustrzaną Maskę, zniszczyli bogate dzielnice. Wojownicy z areny, kupcy i mający dar szlachetnie urodzeni walczyli ze sobą wszelkimi dostępnymi im środkami i każdym orężem.

Nicci wraz z Nathanem starali się zapobiec najgorszym zniszczeniom. Czarodziejka wiedziała, że niepokoje tak szybko nie ustaną, lecz nie jej sprawą było rozwiązywanie problemów Ildakaru. Nathan pomógł wyzwolić uciskane miasto i teraz jego mieszkańcy będą musieli odbudować społeczność - szlachetnie urodzeni i niewolnicy, mający dar czarodzieje i wszyscy pracujący fizycznie. Wszystkie warstwy powinny współpracować, żeby miasto mogło funkcjonować.

W imperium D'Hary Richard zapewne musiał stawić czoło takim samym niepokojom, chociaż na większą skalę. Do Nicci należało nieść słowo lorda Rahla o wolności całemu Staremu Światu, a nie tylko jednemu miastu, i chciała już - wraz z towarzyszami - wyruszyć ku innym ziemiom.

Jednakże w ostatnich godzinach tej niespokojnej nocy Ildakar nadal był dla niej najważniejszy. Wydawała rozkazy, zwoływała ludzi, żeby wspólnie gasili ogień wymykający się spod kontroli w składzie sprzedawcy jedwabi. Płomienie lizały drewniane ściany, zniszczyły szyby, potem wydostały się przez górne okna. Ildakar słynął ze wspaniałych jedwabi tworzonych przez mających dar mistrzów z gildii przędzalniczej. Teraz setki bel drogocennej tkaniny płonęły, wydzielając kwaśny dym.

- Musimy zapanować nad tym ogniem, zanim się przeniesie na inne budynki. - Nicci powiodła przenikliwym błękitnym spojrzeniem po sponiewieranym tłumie, szukając wśród zebranych wojowników i pomocników; odzież wielu z nich była poplamiona krwią, sadzą, wyglądali na wymęczonych biciem się pomiędzy sobą lub próbami stłumienia pożarów. - Nie czas na ocenę, kto najwięcej zyska.

Rendell, jeden ze starszych domowych niewolników, którzy przyłączyli się do rewolty Lustrzanej Maski, zebrał kilku znajomków.

- Zniszczyliśmy wodne zbiorniki, żeby władczyni Thora nie mogła nas szpiegować, ale wciąż możemy korzystać z wody z akweduktów. - Podbiegł do ściany, gdzie rozbito publiczną fontannę. Razem z towarzyszami wybił prętami zaślepkę rury zasilającej fontannę i pociekł strumyk srebrzystej wody. - Wiadra! Trzeba nam wiader!

Z pobliskich sklepów i domów wysypali się ludzie z kubłami i cebrami. Napełniali je wodą i biegli lać ją na płonący skład.

W wielkim budynku szalał ogień. Płomienie buchały z wyrw wśród dachówek, iskry śmigały w powietrzu niczym świetliki. Za godzinę lub dwie zacznie świtać, ale teraz niebo rozjaśniała pomarańczowa łuna pożaru.

Płonące strzępy jedwabiu zwiewało na sąsiednie dachy. Nicci przyzwała dar i stworzyła ciąg powietrza, który odepchnął iskry, zanim inne domy zaczęły się palić. Poleciały wyżej, wirując jak pomarańczowe gwiazdki na tle gęstego mroku, aż wreszcie zgasły.

Nathan stał obok niej; długie siwe włosy miał skołtunione po całonocnych potyczkach, lecz nie brakowało mu pewności siebie, z uśmiechem postąpił krok naprzód.

- Skoro już odzyskałem dar, czarodziejko, to czas trochę wykorzystać magię.

Nathan, tak długo pozbawiony daru, był zachwycony odzyskaniem magicznych uzdolnień. Zawdzięczał to czarodziejom Ildakaru; żeby to osiągnąć, kreator ciał musiał usunąć serce Nathana i zastąpić je sercem umierającego naczelnego tresera Ivana. Przerażający zabieg, lecz dzięki niemu wreszcie odzyskał dar.

Rendell z towarzyszami nadal działali jako ekipa gaśnicza, lejąc wodę na płomienie na poziomie ulicy; Nathan zaś rozbił zaślepkę drugiej fontanny na pobliskim skrzyżowaniu i na ulice polało się więcej wody. Rzucił czar i strumień wygiął się jak płynny bicz, wznosząc się w powietrze. Uniósł się ponad dach, a potem uderzył niczym żmija. Słup wody wlał się przez wyrwę w dachu na ryczące płomienie. Nathan przyzwał z akweduktu więcej wody, potop trwał. Z sykiem buchnęła para, tłumiąc czarny dym. Płomienie zaczęły się dławić, znikać z okien składu.

Nicci utworzyła powietrzny mur, otaczając nim popękane ściany, którymi płomienie próbowały się wydostać.

Ucieszony Nathan poruszał palcami, jakby czuł w nich mrowienie magii.

- Wspaniale móc znowu to robić!

Właściciel składu, przybity i zrozpaczony, patrzył na zatratę swoich dóbr. Miał bujną brązową brodę i kręcone długie włosy. Ubrany był w wiele warstw jedwabnych szat, wymiętych po nocnych przejściach.

- Wszystkie moje jedwabie, całe bogactwo! Niewolnicy to zniszczyli!

- Ogień to zniszczył - powiedziała Nicci. - Tak szlachetnie urodzonych, jak i kupców należy winić za bunt niewolników.

Rendell wręczył zrozpaczonemu kupcowi wiadro.

- Jeśli chcesz uratować część swojej własności, to łap kubeł i pomagaj nam!

Kupiec wziął wiadro i bezradnie patrzył na grupę ludzi lejących kolejne kubły wody na przygasający już ogień.

- To nie nasz magazyn - powiedział mu twardo Rendell. - Robimy to, żeby ocalić Ildakar. - Szturchnął opornego kupca, żeby się ruszył.

Otumaniony mężczyzna się wyprostował i przyłączył do ratowników, napełniając wiadro przy najbliższej rurze.

- Dla Ildakaru - mruknął, jakby chciał przekonać samego siebie.

Legendarne miasto było ukryte przez piętnaście stuleci pod całunem nieśmiertelności. W tym czasie władczyni Thora starała się stworzyć swoje idealne społeczeństwo, z upływem lat coraz bardziej okrutne i pogrążające się w stagnacji. Thora i pozostali mający dar szlachetnie urodzeni nie zważali na to, że stwarzają coraz bardziej napiętą i wybuchową sytuację. Mąż Thory, wódz-czarodziej Maxim, wykorzystał to, kreując się na przywódcę rebelii i starając się zniszczyć miasto, bo był już nim znudzony. Lecz wydało się, że to on jest Lustrzaną Maską, i uciekł z Ildakaru w kulminacyjnym momencie rebelii. Członkowie jej własnej dumy obalili Thorę i zamienili ją w kamień - podobnie jak setki tysięcy kamiennych żołnierzy, którzy piętnaście stuleci temu oblegali Ildakar.

- Nicci! - zawołał znajomy głos.

Podbiegł do nich Bannon Farmer, ich towarzysz podróży po Starym Świecie; rude włosy sterczały mu na wszystkie strony. Podczas wyprawy stał się bardziej umięśniony, lecz Nicci zauważyła, jakiej tężyzny i kondycji nabrał po treningu wojownika areny. Był bez koszuli, ale trzymał Niepokonanego, własny prosty miecz. Przystanął przed nimi, ciężko dysząc, był zaniepokojony.

- Kolczaste wilki grasują po ulicy Garncarzy i zabiły już dziewięć osób. Paru obywateli je zablokowało, ale nie mogą ubić bestii. - Uniósł miecz. - Sam sobie nie poradzę.

- Nie jesteś zdany na siebie, chłopcze! - powiedziała żylasta młoda kobieta, podbiegając do niego.

Czarne skórzane przepaski osłaniały jej biodra i piersi, jasnobrązowe włosy sterczały krótkimi kosmykami. Ciało miała pokryte ochronnymi runami wypalonymi w skórze w trakcie treningu na morazeth, bezlitosną wojowniczkę. Lila dała Bannonowi solidny wycisk, szkoląc go na wojownika areny, lecz po rebelii powściągliwie zaofiarowała pomoc.

- Kolczaste wilki wyhodowano, żeby zabijały ludzi - powiedział Nathan; kreatorzy ciał Ildakaru przemienili groźne wilki, przydając im mięśni, wygięli ich grzbiety w łuk, wydłużyli zębiska.

- Uwolnili je uciekający niewolnicy, lecz teraz musimy się nimi zająć, zanim znowu komuś zrobią krzywdę - dodał Bannon.

- Tej nocy ze wszystkim robimy porządek - oznajmiła Nicci. - Prowadź, Bannonie Farmerze.

Wysoki, młody człowiek pobiegł, a za nim pognała Lila. Mijali sklepy z zamkniętymi okiennicami, poprzewracane stoły szewców, splądrowane kramy spożywcze i w końcu dotarli do ulicy, gdzie kilku garncarzy ustawiło swoje koła i półki z wyrobami. W głębi, w pobliżu wspólnego okopconego pieca do wypalania, grupka przestraszonych ludzi zbrojnych w kije z trudem trzymała w szachu trzy kolczaste wilki. Kilka osób leżało na ziemi z rozszarpanymi gardłami i piersiami.

Zza osaczonych zwierząt Nicci usłyszała zawodzenie dwojga dzieci i ich matki, uwięzionych w małym sklepiku. Drzwi ze starych desek były zbyt cienkie, żeby je ochronić. Jeden z kolczastych wilków warknął w tamtą stronę i uderzył w drzwi wielką łapą, naruszając lichą osłonę, ale na więcej nie pozwoliły mu dźgające go dzidy i łopaty.

Nicci w biegu chwyciła z jednej z półek glazurowany garnuszek i celnie nim rzuciła, tak że roztrzaskał się na łbie wilka. Bestie warknęły, a spłoszeni obrońcy cofnęli się ze strachem. Nicci kroczyła naprzód, z dłońmi na sztyletach tkwiących za pasem, Nathan, Bannon i Lila tuż za nią. Ujrzała smugę płowej sierści, usłyszała znajomy pomruk i Mrra znalazła się przy niej. Jej siostra-pantera, po uwolnieniu ze szkoły walki, krążyła po ulicach Ildakaru. Teraz Mrra była wolna, a ponieważ łączyła ją z Nicci więź, nie atakowała mieszkańców miasta.

Tych trzech wilków, w przeciwieństwie do piaskowej pantery, nigdy nie dałoby się oswoić, a Nicci nie miała zamiaru pozwolić im terroryzować i zabijać ludzi. Spojrzała na Bannona i Nathana.

- Musimy to zrobić szybko. Nie dajmy im cierpieć. Nie z własnej winy są potworami.

Lila przytaknęła:

- Tak, tej nocy mamy co innego do roboty.

Nicci mogłaby wykorzystać swój dar i po prostu zatrzymać ich serca - najszybsza i najlitościwsza metoda usunięcia zagrożenia - ale kolczaste wilki pokrywały ochronne runy, przez co były niepodatne na czary. Będzie musiała zabić je zwyczajnie. Dobyła sztylety, Nathan uniósł paradny miecz, Bannon Niepokonanego, Lila zaś chwyciła krótki miecz.

Warczące bestie rozpoznały swoich prawdziwych przeciwników. Zaatakowały wszystkie razem. Nicci cięła i dźgała sztyletami. Wilki próbowały wbić w nią ociekające srebrzystą śliną zębiska, ale uderzyła lewą ręką, rozcinając gardziel jednego ze stworów, a potem wbiła mu w serce drugie ostrze. Mrra skoczyła na zwierzę i powaliła je na ziemię.

Kolczasty wilk był jednak dwa razy cięższy od Nicci i przewrócił ją na ziemię. Jego łapa rozorała jej odsłonięte ramię, lecz wepchnęła głębiej sztylety. Wilk szarpnął się i zadygotał. Jego łeb nagle potoczył się po ziemi - to Bannon odrąbał go jednym cięciem miecza.

Czarodziejka zepchnęła z siebie cuchnące cielsko i zobaczyła, że jest zalana wilczą krwią. Wyszarpnęła sztylety, krew pociekła jej po nadgarstkach. Podniosła się i sprawdziła, czy Nathan potrzebuje pomocy, lecz zwycięski czarodziej stał nad drugą powaloną bestią; jego miecz był czerwony. Nathan wytarł klingę o zmierzwioną sierść. Bannon i Lila zabili trzeciego wilka.

Nicci się uspokoiła. Do mokrej czarnej sukni przylgnęły ziemia i żwir; palce czarodziejki pokrywała lepka krew. Wytarła sztylety o wilcze futro i wsunęła je do pochew. Mrra stanęła przy niej, machając ogonem.

Dwie dziewczynki i ich matka gwałtownie otworzyły liche drzwi szopy przy sklepie garncarza i wyskoczyły z płaczem wprost w ramiona atletycznego mężczyzny. Tłum wiwatował, wykrzykując:

- Nicci! Nicci!

Na początku owej burzliwej nocy ci sami ludzie wiwatowali na cześć Lustrzanej Maski, chociaż to Nicci była prawdziwym przywódcą ich rewolty.

- Nicci, dalej walczymy! - zawołał ktoś. - Dzięki tobie wiemy o co!

- Musimy się wyzwolić od szlachetnie urodzonych! - wykrzyknął inny.

Odwróciła się i zobaczyła dwóch przysadzistych niewolników w burym odzieniu robotników z rzeźni yaxenów. Trzymali z dumą przesiąknięte krwią worki niczym trofea. Naprzód wysunął się ten z wypaloną na czole blizną. Popatrzył na martwe kolczaste wilki.

- Zabiliście te zwierzęta i dzięki wam miasto jest bezpieczne. My dalej będziemy walczyć z naszymi prawdziwymi wrogami.

Zakrwawione worki budziły niepokój Nicci.

- A wiecie, kim są wasi prawdziwi wrogowie?

Obaj niewolnicy podeszli do niej, ignorując Bannona i Nathana, reszta ludzi z ulicy Garncarzy wycofała się do swoich sklepów. Niewolnicy otworzyli worki i cisnęli na ziemię cztery głowy szlachetnie urodzonych. Twarze zastygły w grymasach, oczy wciąż były otwarte. Kikuty szyi były poszarpane i nadal krwawiły.

- To byli okrutni panowie - powiedział ten z blizną. - Bili niewolników i źle ich traktowali.

- Może i mieli dar, ale i tak okazali się śmiertelni - zarechotał drugi.

Parę osób zakrzyknęło radośnie, chociaż większość wydawała się wstrząśnięta i wystraszona własnymi przejściami.

Ten z blizną powiedział:

- Chociaż Lustrzana Maska nas zawiódł, to dobrze mówił. Zemścimy się, a ty nam pomożesz, Nicci. Żądamy sprawiedliwości, zanim odmienimy Ildakar. Teraz to niewolnicy powinni rządzić miastem.

Zanim Nicci zdążyła się odezwać, Nathan wyraził swoje zdanie:

- Drogie duchy, wszyscy powinniście wspólnie rządzić, żeby zbudować dla Ildakaru coś solidniejszego. Jeżeli zabijecie wszystkich szlachetnie urodzonych i mianujecie się nową warstwą rządzącą, to będziecie tak samo okrutni i zdeprawowani jak oni.

- Nigdy! - prychnął ten z blizną, urażony sugestią Nathana; kopnął jedną z głów, która potoczyła się po ulicy jak piłka w grze Ja'La.

- Czarodziej ma rację - odezwała się Nicci. - Nie staram się usprawiedliwić szlachetnie urodzonych: wiem, co zrobili Thora i Maxim. Lecz Ildakar jest waszym miastem, więc nie marnujcie sposobności. Macie robotę do wykonania, ciężką pracę, a ja mam własną misję poruczoną mi przez samego lorda Rahla. - Potrząsnęła głową. - Już i tak wraz z towarzyszami spędziliśmy w Iladakarze za dużo czasu.

Chociaż ochlapani krwią niewolnicy wyglądali na zażenowanych jej słowami, to nie okazali skruchy, tylko wpatrywali się w obcięte głowy. Nicci była pewna, że zanim zamieszki się skończą, będzie więcej zabójstw.

Nie mogła ocalić całego miasta, dobrze to wiedziała. Nie zostałaby ich nową władczynią, nie narzuciłaby swoich praw.

- Teraz jesteście wolni. Zrozumcie, co to oznacza. Mieszkańcy Ildakaru powinni ustanowić własne prawa i ponosić konsekwencje swojego postępowania.

- Obawiam się, że to cena prawdziwej wolności - przyznał Nathan. - Mogą was czekać chude i ciężkie czasy, ale przez to docenicie prawdziwą wartość tego, co tworzycie.

Po długiej i burzliwej nocy nad nowym Ildakarem zaczęło wschodzić słońce. Ofiarna piramida została zniszczona wraz z całą machiną do krwawych czarów, którą Thora zamierzała wykorzystać do stworzenia nowego całunu nieśmiertelności. Legendarne miasto na dobre stało się częścią realnego świata.

Lila stała, milcząc, i wpatrywała się w martwe wilki. Bannon ze swoim zwykłym optymizmem powiedział:

- Zamieszki wkrótce się uspokoją. Ludziom wróci rozsądek. Chcą spokojnego i dobrego życia.

Świt rozjaśnił okolicę i rozległ się alarm. Straże na wysokich murach otaczających miasto zaczęły wołać - najpierw jeden okrzyk, potem mnóstwo. Zaczęły bić dzwony.

Lila podniosła wzrok i zmarszczyła brwi.

- To dzwony ostrzegające przed inwazją. Nie biły od stuleci.

- Jakież zagrożenie mogłoby stamtąd nadciągać? - zapytała Nicci, przypominając sobie szeroką, pustą dolinę, z dwóch stron ograniczoną linią gołych wzgórz.

Alarm stawał się coraz głośniejszy i bardziej naglący, więc pospieszyli ku zewnętrznym murom. Mrra za nimi. Stuart, naczelny kapitan miejskiej straży, spotkał się z nimi u podstawy muru; był przeraźliwie blady.

- Ruszają się! Po całym tym czasie... ruszają się!

- Kto? - zapytał Bannon. - Co się dzieje?

Nicci przepchnęła się obok Stuarta i pobiegła po kamiennych schodach na szczyt wysokiej ściany. Inni poszli jej śladem i na parapecie muru obronnego zapatrzyli się na zachód, ku pogórzu i dalekim górom. Kiedy przecinali tę szeroką dolinę, natrafili na potężną armię kamiennych wojowników, niegdyś dowodzoną przez generała Utrosa; wojska obległy Ildakar i niemal go pokonały, zanim czarodzieje rzucili czar petryfikujący, który zmienił żołnierzy w kamień.

Teraz w mglistym świetle brzasku Nicci ujrzała, że cała ogromna kamienna armia się porusza. Żołnierze, z dawna zamienieni w posągi, formowali szyki przeciwko Ildakarowi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki