Dwanaście lat później...
Wessonie, przestań! Jeśli się poślizgniesz, wpadniesz w poważne tarapaty!
To wygłoszone bez przekonania upomnienie trudno było traktować poważnie, ponieważ towarzyszył mu słodki chichot brzmiący w uszach Wessona niczym dzwony.
- Mówiłem ci już, Diyah, że potrafię to zrobić. Nie spadnę. - Zacisnął usta, gdy stopa ześlizgnęła mu się do sadzawki ze śliskiego, pokrytego glonami głazu, a nogawka znoszonych spodni zamoczyła się aż do kolana. - Przynajmniej nie za głęboko - dodał ze śmiechem.
Diyah stała na porośniętym drzewami brzegu w równie wytartych spodniach i długiej, ręcznie tkanej tunice. Obok niej na szeroko rozstawionych nogach stało jagniątko o śnieżnobiałym runie, przekrzywiające głowę, jakby starało się ustalić, czym jest to małe, zielone stworzenie podskakujące w błocie. Na szyi owieczki wisiała różowa kokarda przywiązana do sznurka trzymanego przez Diyah. Wesson obejrzał się za siebie i ujrzał, że dziewczynka stoi z chytrą miną i skrzyżowanymi rękoma, podczas gdy on, jej najstarszy przyjaciel, ślizgał się po mokrych rzecznych głazach. No dobrze, nie do końca był jej najstarszym przyjacielem. Miał zaledwie dwanaście lat, tak samo jak ona, ale przyjaźnił się z nią najdłużej.
- Po prostu daj sobie spokój. Jeśli dostaniesz karę, to nie będziesz mógł iść na targ, a wtedy mnie też nie pozwolą!
- Jeśli jej nie odzyskam, to ty dostaniesz karę. A ja bez ciebie nie pójdę. - Wesson zamachał rękoma, próbując utrzymać równowagę. - Poza tym nie powinnaś wracać bez ryby, a tamta duża wciąż pewnie jest na haczyku.
- Crin może zrobić następną wędkę - rzekła Diyah. - Tata mnie nie ukarze. Przynajmniej nie za surowo. - Po krótkiej chwili dodała nerwowo: - Nie chcę, żeby coś ci się stało.
- Nic mi nie jest! - odkrzyknął Wesson. - A ty ciągle dostajesz kary. Od dwóch tygodni nie byliśmy na targu! Tak mi się nudzi. Potrzebuję następnej książki, poza tym Yeyer mówi, że przyjedzie mag!
Dziewczyna odrzuciła jasny warkocz na plecy i otarła pot z czoła, zostawiając tam błotnistą smugę.
- Taa, jasne. Wiesz przecież, że żadni magowie nie przyjeżdżają nigdy do Benbrick. Nic nie pojawia się nigdy w Benbrick. A Yeyer nie wie wszystkiego.
- Tata kolegi kuzyna Yeyera opiekuje się w tym tygodniu stajnią - odparł Wesson. - Podobno Donalson Fregan powiedział, że wędrowny kupiec dał mu kilka monet, by zarezerwować boks dla maga, który przybędzie ze wschodu.
Diyah przewróciła orzechowymi oczyma.
- To oczywiste, że przybędzie ze wschodu. Znikąd indziej przecież by nie mógł.
- Chyba że pojawiłby się z południa... albo z północy - stwierdził Wesson z lekkim uśmieszkiem, klękając na oślizgłych kamieniach i pochylając niebezpiecznie nad wartką wodą.
- Na południu nie ma niczego poza pustkowiem, a z północy przyszedłby jedynie szaleniec... Przynajmniej tak mówi tata.
Zobaczył, że dziewczyna zaciska pięści, niecierpliwie obserwując podejmowane przez niego próby odzyskania nowej wędki jej brata.
- No wiesz... - zaczął z wysiłkiem, bo wychylał się mocno, by palcami musnąć końcówkę wędki. Na szczęście dla nich utknęła pomiędzy dwoma głazami i nie umknęła z nurtem, kiedy wielka ryba połknęła przynętę i wyrwała drążek z ich wspólnego chwytu. - Mag musiałby chyba być szalony, żeby przyjechać do Benbrick - mruknął i w tej samej chwili głaz pod jego lewym kolanem bujnął się.
Zimna woda wdarła się Wessonowi w nozdrza, paląc go w nosie, gdy wpadł twarzą w nurt. Miotał się i odpychał od kamienistego dna, próbując wystawić głowę nad powierzchnię. Wreszcie stanął na nogach i wyłonił się z płytkiej, lodowatej rzeki, choć wcześniej trochę cieczy dostało mu się do gardła. Kaszlał i krztusił się ku sporej uciesze przyjaciółki.
Diyah trzymała się za brzuch, śmiejąc histerycznie. Wymierzyła w niego palec.
- Powinieneś się zobaczyć! Nigdy nie widziałam, żeby ktoś nurkował z większym wdziękiem.
Wesson odsunął sobie z twarzy mokre karmelowe loki; skleiły się nieprzyjemnie z jednej strony, przez co Diyah wybuchnęła kolejną falą chichotów. Klepnął dłonią w powierzchnię, po czym ruszył przez sięgającą mu do pasa wodę, by oswobodzić wędkę tkwiącą w szczelinie między kamieniami. Gdy już ją trzymał, poczuł, że coś ciągnie za drugi koniec.
- Zobacz - powiedział z szerokim uśmiechem, próbując utrzymać szarpiący się ciężar. - Przynajmniej mamy rybę!
Targając wspólnie największą rybę, jaką kiedykolwiek schwytali, Wesson i Diyah dreptali z powrotem do chaty, w której dziewczyna mieszkała wraz z rodziną. Jej matka miała solidny fach i prała dla miejscowych, starszy brat zaś wykonywał zlecenia dla ludzi z miasteczka. Choć tak naprawdę nie było to miasteczko. Raczej wioska, lecz wszyscy lubili nazywać ją szumniej.
Natomiast ojciec Diyah... Cóż, Wesson tak naprawdę nie wiedział, czym mężczyzna się zajmuje. Wydawał się wiecznie przesiadywać nad piwem. Gdy się napił, nie robił się awanturniczy jak inni. Głównie siedział i patrzył. Nie wrzeszczał, ale też nie mówił wiele. Gdy jeden jedyny raz Wesson zapytał o niego, matka Diyah powiedziała, że ma on demony do wypędzenia... cokolwiek to znaczyło. Na pewno nie wyglądał na łowcę demonów, ale przecież Wesson nigdy nie widział takiego łowcy. Chłopak już od jakiegoś czasu podejrzewał, że mężczyzna ma nie po kolei w głowie, ale nigdy nie wysłowił tej myśli.
Dwoje doświadczonych rybaków z plaśnięciem rzuciło wodną bestię na ławkę stojącą obok studni. Diyah zaszczyciła Wessona promiennym uśmiechem.
- Dzięki, Wes. Tata tak się ucieszy z naszego połowu!
Wesson uśmiechnął się.
- Taa, jasne. Nie ma za co. - Nie przypuszczał, by ojciec Diyah mógł się ucieszyć z czegokolwiek. Wydawał się zauważać jedynie to, co było nie w porządku. - Muszę wrócić do domu i się przebrać, zanim mama mnie zobaczy.
- Słuchaj, gdybyś przyniósł tu swoje ubranie, pomogłabym ci je wyczyścić, żebyś nie wpadł w tarapaty.
Wesson wzruszył ramionami i przemoczonym butem kopnął kamyk. Zapewne minie kilka dni, zanim skóra wyschnie. I miał nadzieję, że nie skurczy się zanadto. Zapamiętał sobie: na noc wcisnąć do butów kamienie, aby zapobiec takiej tragedii.
- Spróbuję. Nie wiem, czy zdołam wrócić, zwłaszcza jeśli matka mnie złapie. Ostatnio jest w kiepskim nastroju.
Diyah ścisnęła go za rękę i uśmiechnęła się.
- Spotkajmy się jutro na drodze. Pójdziemy na targ i znajdziemy nową świetną książkę. Później poczytasz mi ją przy obelisku.
Wesson również się uśmiechnął i skinął głową. Lubił spędzać czas z Diyah przy obelisku. Nieważne, jaką książkę wybierze, dziewczyna będzie siedzieć przy nim i obserwować chmury lub splatać biżuterię i ozdoby z trawy, słuchając, jak on czyta. Wiedział, że uważnie śledziła treść, bo co jakiś czas pytała o znaczenie jakiegoś słowa albo prosiła o wyjaśnienia. Czasami nawet znał odpowiedź i było mu miło, że może zaspokoić jej ciekawość. Nauczył Diyah czytać, bo jej rodzice nigdy nie poznali tej umiejętności, a w wiosce nie było szkoły. Sama jednak rzadko oddawała się lekturze. Gdy proponował jej, żeby się zamienili, uśmiechała się i mówiła, że nie musi czytać, bo on robi to za nią. Wesson naprawdę się cieszył, że to umie.
Gdy pokonał już kilka metrów ubitą ścieżką prowadzącą do jego domu, obrócił się i obserwował, jak Diyah pokazuje matce potężny połów. Mama Laney miała ciche, łagodne usposobienie i często się uśmiechała, choć Wessonowi zawsze wydawała się nieco smutna. Gdy teraz gratulowała córce, również miała na twarzy ten smutny uśmiech. Następnie zabrała się do oprawiania ryby. Diyah przykucnęła obok niej i tuliła wesołe jagniątko, głęboko zanurzając palce w wełnie Lady Belle.
Wesson uśmiechnął się pod nosem, przypominając sobie dzień sprzed dwóch tygodni, gdy Diyah przybiegła do jego tylnych drzwi, ciągnąc za sobą owieczkę. Dziewczyna była tak podekscytowana, że jej uśmiech mógłby rozświetlać noc.
- Popatrz, Wes! Mam zwierzątko! Wiesz przecież, że błagałam mamę o jakiegoś pupila od... chyba od zawsze! Mama mówi, że mogę ją zatrzymać i że jest tylko moja. Nie zjemy jej ani nic! Mama powiedziała, że gdy urośnie, zetniemy sierść na wełnę, ale to nie zrobi jej krzywdy. I mówiła nawet, że zrobi mi z niej sukienkę! Och, może pofarbuje ją na czerwono! Zawsze chciałam czerwoną sukienkę!
Wesson miał nadzieję, że matka Diyah rzeczywiście ufarbuje sukienkę na czerwono. Ta dziewczyna od tygodni nie przestawała gadać o czerwonych wstążkach Arteyi Renn. Prawdę mówiąc, Wesson uważał, że Diyah wyglądałaby ładnie w czerwonym. Zarumieniwszy się na samą tę myśl, zapamiętał sobie, żeby zebrać tak wiele krzewojagód, ile tylko zdoła. Wszyscy wiedzieli, że najjaskrawszy czerwony barwnik pochodzi właśnie z nich. Minie trochę czasu, zanim jagnię będzie gotowe do strzyżenia, ale tych roślin nie spotykało się powszechnie w okolicy. Uznał, że trzeba będzie ich wiele na całą sukienkę.
Podreptał dalej ścieżką, krzywiąc się przy każdym chlupocie w butach. Nawet jeśli zdoła przebrać się tak, by matka się nie zorientowała, na pewno usłyszy mokre skrzypienie i dostrzeże ślady na podłodze. Podeszwy zebrały już tyle błota, że dałoby się nim napełnić miskę. Uśmiechnął się na tę myśl. Może mógłby je zdrapać i ulepić glinianą figurkę dla Diyah. Powiedziałby jej, że to dowód jego wiecznej przyjaźni. Znów poczuł, jak ciepło wychodzi mu na policzki. Nigdy nie przyzna się Diyah, co do niej czuje, ale uznał, że to uczucie może być odwzajemnione. Pewnego dnia... Nie, uciął tę żenującą myśl, zanim zdołała się w pełni uformować.
Miasteczko Benbrick leżało wśród równin, ale na brzegach rzeki rósł las. Przynajmniej wieśniacy lubili go tak nazywać. Na pewno nie przypominał ogromnych obszarów gęstej zieleni, o których czytał w swoich książkach Wesson. Pisarze twierdzili, że prawdziwe lasy mogą ciągnąć się nieprzerwanie całymi dniami lub nawet tygodniami podróży. Drzewa z książek były wielkie, czasami na tyle, że pięciu lub sześciu mężczyzn mogłoby objąć rękami ich pnie, a wciąż ledwo stykaliby się palcami. Wessonowi trudno było wyobrazić sobie coś tak potężnego. Mógł wejść do tutejszego lasu, pokonać rzekę i wyłonić się z drugiej strony w niespełna dwadzieścia minut, a nie napotkałby drzewa wyższego niż trzech mężczyzn.
Pomiędzy skąpo rozstawionymi pniami dostrzegł dom, a gdy pod palcami zaskrzypiała mu otwierana furtka, przypomniał sobie, że trzy albo cztery razy starał się zapamiętać, by nasmarować zawiasy. W gospodarstwie nie było już dozorcy, aby zajmował się konserwacją i naprawami. Nie wiedział, dlaczego jego matka zwolniła pana Hurleya, ale powiedziała, że teraz Wesson będzie musiał wykonywać więcej męskich prac. Matka Diyah przychodziła raz albo dwa razy w tygodniu, by pomagać w obowiązkach domowych i praniu, do tego wciąż mieli kucharkę, ale poza tym zostali już tylko sami z matką.
Dom stał na środku terenu, a kilka mniejszych budynków gospodarczych otaczało tylny dziedziniec z grządkami warzywnymi i zagrodami dla zwierząt. Fasadę domu wykonano z żółtego kamienia, wydobytego z miejscowego kamieniołomu, któremu zawdzięczała środki do życia większość mieszkańców miasteczka. Front i boczne ściany piętrowej budowli otoczone były ogródkiem, a odlane z najklarowniejszego szkła okna odbijały popołudniowe promienie słońca. Wesson czytał kiedyś, że ogrody położone na wschodzie zwykle ocieniano wysokimi drzewami i dekorowano strzyżonymi wymyślnie krzewami, ale tak luksusowe dzieła ogrodnicze nie były widywane na tych równinach. Jego matka miała małą grządkę polnych kwiatów i wonnych ziół. Wesson uważał, że to chyba najmilszy ogród na świecie, choćby dlatego, że jego zapach kojarzył mu się z domem.
Skierował się do drzwi kuchennych, ale poruszenie zasłonki w salonie dało mu znać, że został już zauważony. Westchnął ciężko i przygotował się na nieuchronną naganę. Pamiętał, by zdjąć zabłocone buty, a później jak najlepiej otrząsnął mokre ubranie, zanim wszedł na chłodny kamień kuchennej podłogi. Przedreptał przez jadalnię i gabinet aż do salonu.
Lady Urmela, jego kochająca matka, siedziała przy oknie i wpatrywała się w zadumie w trawnik, który zarósł nieco zbyt mocno i potrzebował przystrzyżenia. Wesson zastanawiał się, czy po odejściu pana Hurleya to od niego oczekiwano wypełnienia tego obowiązku. Wątpił, by matka na to pozwoliła, jako że lord nie powinien pokazywać się przy tego rodzaju fizycznej pracy, ale ostatnio sytuacja uległa zmianie.
- Dobry wieczór, matko - oznajmił, wykonując dworski ukłon, gdy stanął w progu.
Nie odpowiedziała od razu, najwyraźniej zanadto pochłonięta własnymi troskami. W końcu obróciła się ze zmartwioną twarzą do niego, swojego niesfornego syna. Uśmiechnęła się łagodnie, bez żadnego ostrego słowa czy milczącej przygany. Jej niezwykłe zachowanie sprawiło, że chłopak zaniepokoił się jeszcze bardziej. Zawsze próbowała zrobić z niego porządnego szlachcica, a on wiecznie ganiał za przygodami albo psotami.
- Wessonie, mój drogi. Usiądź, proszę - rzekła, wskazując krzesło obok siebie. Zdjęła poduszkę, zanim złożył przemoczone pośladki na siedzisku. Gdy siedział, wciąż nie był w stanie położyć płasko stóp na podłodze. W wieku dwunastu lat był znacznie niższy od większości rówieśników. Nawet Diyah przewyższała go o kilka centymetrów, lecz miał nadzieję, że wkrótce uda mu się wystrzelić w górę. Już teraz ludzie często brali go za dziewczynkę, a niski wzrost wcale mu nie pomagał.
- Czy wszystko w porządku, matko?
Lady Urmela była nieco starsza niż rodzicielki jego rówieśników. Przeżyła prawdziwą historię miłosną zakończoną tragedią. Zwlekała ze ślubem dłużej niż zazwyczaj kobiety o jej pozycji, ale wiedziała, na kogo czeka, i nie chciała innego. Rodzice Wessona pochodzili z pomniejszych Domów. Poza tym ojciec, jako drugi syn, niczego nie dziedziczył. Pragnąc zdobyć stałe dochody i okazję do podniesienia renomy własnego Domu, kupił patent oficerski w armii. Oboje odkładali ślub, aż ojciec wróci z rocznej służby. Wtedy pobrali się, ale zanim matka zdążyła zajść w ciążę, podporucznik Seth otrzymał rozkazy, żeby zgłosić się na Półwysep Południowy. Cztery lata później wrócił jako kapitan, a po kolejnym roku zostali pobłogosławieni chłopczykiem. Szczęśliwa rodzina mogła nacieszyć się ośmioma dobrymi latami, zanim ojciec Wessona zginął tragicznie podczas wypadku w kamieniołomie.
Matka chwyciła dłoń syna w swoją, którą uznał za zbyt szczupłą i zimną. Ujął jej chłodne palce, jakby był w stanie ogrzać je czystą siłą woli.
- Wessonie, Domowi nie powodzi się dobrze - oznajmiła beznamiętnie bez żadnych wstępów. - Obawiam się, że być może już niedługo nie będziemy go mieć.
- Co? - wypalił chłopiec. - Ale przecież jesteśmy Domem Seth. Zawsze nim będziemy.
Serce zaczęło mu galopować, a myśli próbowały za nim nadążyć.
Urmela westchnęła i odsunęła mu z twarzy zbłąkany karmelowy lok.
- Przykro mi, Wessonie. Rada Szlachecka poddała nas weryfikacji. Nasze finanse spadły poniżej dopuszczalnego poziomu. Kilka miesięcy temu otrzymałam wiadomość, że jeśli do końca roku nie powiększymy majątku, Dom ulegnie rozwiązaniu.
- Ale ja nie rozumiem... - zaczął Wesson, lecz przerwał, widząc naganę w oczach rodzicielki. - Przepraszam, matko - rzekł, zanim wrócił do wcześniejszej myśli. Zdaniem lady Urmeli lord powinien wypowiadać się stosownie albo milczeć. - Nie rozumiem, matko. Dlaczego nie powiedziałaś mi o tym wcześniej?
Nie pojmował konwenansów i polityki, nie znał się też zbytnio na działaniach Rady Szlacheckiej, ale wiedział, że Dom jest ważny. I że był ważny dla ojca. Wszystkie ofiary poniesione przez rodziców służyły temu, by ich rodzina zyskała szacunek. Dom stanowił sukcesję ojca i Wesson miał go odziedziczyć.
Matka znowu ścisnęła mu dłoń i rozejrzała się po salonie. Był to jej ulubiony pokój i zdaniem Wessona odzwierciedlał jej osobowość. Otwarty na inne pomieszczenia, lecz urządzony pięknie. Ciepłe, słoneczne żółcie i chłodne niebieskości w odcieniu nieba ożywiały meble z ciemnego drewna klonowego, rzeźbione w łagodne krzywizny. Na kominku stały dzbanuszki, koszyki i obrazy, które Wesson stworzył przez lata. Wielu członków jej klasy społecznej pogardzałoby taką wystawką, ale Urmela była dumną i czułą matką.
- Nie chciałam cię martwić, Wessonie - odparła w końcu. - Nie zdołałbyś nic zrobić, by temu zapobiec. Jesteś jeszcze młody i prowadzenie spraw Domu wciąż stanowi moją odpowiedzialność. Z tego powodu zgodziłam się na zamążpójście.
- Moment, zamierzasz wziąć ślub?! - zawołał. - Z kim? I co z ojcem?
Urmela popatrzyła na Wessona smutnym wzrokiem.
- Minęły niemal cztery lata, Wessonie. Zawsze będę kochała twojego ojca i miałam szczęście, że mogłam wieść z nim wspólne życie. Nie wszyscy mogą powiedzieć coś podobnego. A odpowiadając na pytanie "z kim", to brałam udział w negocjacjach z lordem Graythem Prisitusem z Vogn na Półwyspie Południowym. Jest wdowcem z dwiema córkami na wydaniu. Lord Grayth jest trzecim synem i nie posiada własnych nieruchomości, jednak zgromadził skromny, lecz godny szacunku majątek z handlu tkaninami.
- Czy go kochasz? - spytał Wesson, chwilowo skupiony wyłącznie na jej szczęściu.
Matka uśmiechnęła się i znowu chwyciła go za rękę.
- Nie, mój drogi. Nigdy go nie spotkałam. Baron Argol prowadził negocjacje w naszym imieniu.
- To chyba miło z jego strony - mruknął chłopiec, nerwowo wygładzając mokre loki.
- Zapewne, choć nie powinieneś uznawać, że jego pomoc wynika z jakiegokolwiek poczucia altruizmu. Argol doznałby uszczerbku na reputacji, gdyby Dom w jego baronii uległ rozwiązaniu, zwłaszcza w takich okolicznościach. Rada Szlachecka nie jest znana z wyrozumiałości lub współczucia, jednak wyższe sfery patrzą krzywo, gdy owdowiała lady i jej nieletni syn podlegają wykluczeniu, nawet w najniższych Domach. - Westchnęła i wstała z krzesła, by podziwiać kolekcję ustawioną na kominku. - Baron już od pewnego czasu naciskał na mój ożenek. Odkładałam to zdecydowanie zbyt długo. Nie potrafiłam znieść myśli, że ktokolwiek mógłby zająć miejsce twojego ojca.
Wesson spuścił wzrok i wpatrywał się w swoje bose stopy. Też nie podobała mu się perspektywa innego mężczyzny zamiast ojca, ale chciał, by matka była szczęśliwa.
- Co to oznacza dla nas? Czy przenosimy się na Półwysep Południowy?
Urmela obróciła się z powrotem.
- Nie, synu. Lord Grayth przekaże zarządzanie swoimi sprawami na południu małżonkowi swojej starszej córki, gdy ona za niego wyjdzie. Jak rozumiem, już od jakiegoś czasu sposobi owego młodzieńca do takiej roli. Baron wyraził zgodę, aby lord Grayth rozciągnął swoje interesy tu, na Argol. On i jego młodsza córka, która jeszcze nie ma zalotnika, przeniosą się tutaj. Przyjadą w przyszłym tygodniu.
- A co z Domem Seth?
W rozmowach z nim matka i ojciec zawsze podkreślali znaczenie ich Domu i przypadającą na Wessona odpowiedzialność, by dbał o jego powodzenie, gdy kiedyś zostanie lordem.
Urmela przekrzywiła głowę i odwróciła wzrok.
- Dzięki połączeniu obu Domów będziemy mogli utrzymać pozycję. Rada Szlachecka pozwoli ci zachować tytuł, dopóki nie będziesz zdolny do założenia własnego Domu. Obawiam się jednak, że wszelki pozostały nam majątek zostanie wchłonięty przez Dom Prisitus. Baron Argol zapewnił, że przynajmniej nieruchomość tutaj, w Benbrick, pozostanie przy Domu Seth i będziesz mógł zgłosić do niej roszczenia, gdy zgromadzisz odpowiednie środki.
- Ale jak mam je zdobyć? Jeśli po twoim ślubie wszystkie pieniądze przejdą na lorda Graytha, to nic mi nie zostanie. - W wieku dwunastu lat Wesson nieszczególnie znał się na interesach, ale wiedział, że aby zacząć je prowadzić, potrzebny jest kapitał.
Matka popatrzyła na niego smutno.
- To błędne koło, Wessonie. Obawiam się, że będziesz zmuszony szukać sobie własnej drogi w świecie. Nie znam lorda Graytha i nie wiem, czy jest szczodrym człowiekiem. Nie powinieneś jednak pokładać nadziei w takich fantazjach. - Po chwili dodała bez entuzjazmu: - Być może będzie pragnął własnego dziedzica. Wciąż jeszcze jestem w odpowiednim wieku, by mu go dać.
Wesson nie wiedział, co odpowiedzieć. Nigdy nie zastanawiał się, co będzie robił, gdy zostanie głową swojego Domu. Zakładał, że przejmie rodzinne interesy, ale nie miał pojęcia, na czym one polegają. Wyglądało jednak na to, że nie będzie czego przejmować. Nie mógł na nic liczyć.
Urmela kolejny raz wzięła go za ręce.
- Wessonie, jesteś błyskotliwym chłopcem. Nie mam wątpliwości, że osiągniesz sukces w swoich przedsięwzięciach. Twój ojciec też był takim człowiekiem i stworzył dla nas dobre domostwo oraz szanowany Dom. - Położyła mu chłodną dłoń na rozgrzanym policzku. - Zmarł zbyt wcześnie, mój ukochany. Nie życzyłby sobie, żebyś rozpaczał.
- Mogę zostać żołnierzem, jak on - zasugerował bez przekonania.
Nie przepadał za walką i bronią, w przeciwieństwie do wielu chłopców w jego wieku, choć przyznawał w duchu, że w sporej mierze było to spowodowane ich przewagą wzrostu i siły.
Urmela uśmiechnęła się z czułością.
- Być może tak się stanie, ale w takim przypadku będziesz wykształconym żołnierzem. A teraz idź doprowadzić się do porządku. Wciąż musisz poćwiczyć rachunki i nie zapominaj, że masz do napisania wypracowanie o niespójnościach pomiędzy "Kursem praktycznym Bordonte'a. Metodą postępowania" a "Zasadą dostrojenia Gerveisa".
Wesson jęknął i zsunął się z siedziska. Obciągnął pogniecione, mokre spodnie, które przykleiły mu się do pośladków, i choć starał się zrobić to dyskretnie, poniósł sromotną porażkę. Jego zażenowanie zelżało, gdy dostrzegł, że matka pozwoliła sobie na lekki uśmiech z jego kłopotliwego położenia. Skłonił się dwornie i obracał właśnie, by wyjść, gdy matka zatrzymała go lekkim muśnięciem w bark.
- Proszę - powiedziała, podając mu małą sakiewkę.
- Co to jest?
- Na jutro na targ.
Chłopiec pokręcił głową i wyciągnął dłoń, by zwrócić sakiewkę.
- Matko, nie mamy pieniędzy.
Pogładziła jego wilgotne loki.
- Nie bądź niemądry, mój drogi. Możemy pozwolić sobie na kilka smakołyków i nawet książkę albo dwie, jeśli tylko będą w rozsądnej cenie. Ciesz się jutrzejszym dniem wraz z Diyah i póki co zostaw sprawy finansowe mnie. W przyszłości będziesz miał mnóstwo okazji, żeby się nimi martwić.
Wesson uśmiechnął się i podziękował matce, ale nie pozbył się poczucia winy wywołanego tym, że wziął monety. Wiedział, że próbowała po prostu poprawić mu nastrój. Gdy pierwszy stopień zaskrzypiał pod jego ciężarem, nagle uświadomił sobie, dlaczego zwolniła pana Hurleya. Skarcił się w duchu, że nie pojął tego wcześniej. Od jak dawna zamartwiała się stanem domu? Na tyle długo, że nieruchomość niemal uległa zaniedbaniu. Przez cały ten czas cierpiała samotnie, choć on powinien ją wtedy wspierać i pomagać w radzeniu sobie z problemami. Wprawdzie zdołała znaleźć rozwiązanie, ale Wesson nie był pewien, czy jest ono do przyjęcia. Nie podobała mu się koncepcja, że matka zwiąże się z mężczyzną, którego nie zna. A co, jeśli ona znienawidzi lorda Graytha? Co, jeśli szlachcic nie będzie dla niej dobry? Wesson nigdy nie zniósłby myśli, że ktoś mógłby skrzywdzić jego matkę, nawet gdyby był lordem albo królem.
Zamierzał właśnie wejść po schodach, gdy kucharka zatrzymała go porozumiewawczym spojrzeniem. Podała mu kubeł z parującą wodą, za co był jej bardzo wdzięczny. Dźwigając oburącz naczynie, wszedł z wysiłkiem po stopniach, głęboko pogrążony w trudnych myślach. W miednicy do prania stojącej na środku jego pokoju znajdowała się już letnia woda. Zrzucił z siebie mokre ubranie, wylał zawartość kubła do większego naczynia, a później usiadł w wodzie sięgającej zaledwie na tyle, by zakryć mu pośladki. Być może poczułby zażenowanie, że wciąż mieści się w tej miednicy, gdyby nie utrzymywał się w tak posępnym nastroju. To nie chłodna, klejąca się skóra czy rzeczny szlam, tkwiący w szczelinach ciała i niewymownych miejscach, tak wyprowadzały go z równowagi. Jego myśli zajmowała troska o matkę i niepewną przyszłość.
Wiedząc, że nie zdoła się już wymknąć, umył się i ubrał, a potem zabrał do lekcji. Choć nigdy nie miał pełnoetatowego nauczyciela, jego matka była dobrze wykształcona i udawało jej się prowadzić jego edukację od czasu śmierci ojca. Wędrowny nauczyciel z Maylon pojawiał się co kilka miesięcy, by sprawdzać, czy Wesson jest na bieżąco z materiałem, i sugerować nowe tematy. Większość wiedzy chłopca pochodziła jednak z czytanych przez niego książek i z chęcią dzielił się nią z Diyah. Zastanawiał się, czy lord Grayth ceni sobie naukę w równym stopniu, jak on i matka. Być może mężczyzna weźmie go nawet pod swoje skrzydła jako ucznia, by pewnego dnia również mógł zostać człowiekiem interesu.
W połowie wypracowania chłopiec westchnął i schował twarz w dłoniach. Co ma powiedzieć Diyah? Ostatecznie nie zostanie szanowanym lordem. Będzie panem na niczym. Jakiś dziwny człowiek i jego córka wprowadzą się do tego domu, a on nie mógł nic na to poradzić. Jeśli szlachcic okaże się równie sprytny, jak przedsiębiorcy z czytanych przez Wessona książek, to zrobi wszystko, co w jego mocy, by pasierb niczego nie osiągnął. Później zaś zatrzyma nieruchomość, którą chłopiec miał odziedziczyć. Bez żadnego majątku Wesson nigdy nie dostanie się na uniwersytet. Nie zdoła nawet kupić patentu oficerskiego w wojsku.
Gdy tego wieczora kładł się spać, nękały go trwożliwe myśli. Ciskał się i obracał gwałtownie z boku na bok, aż wreszcie zapadł w niespokojny sen.
Stopy szybko opadały na chrzęszczące liście i połamane patyki. Mroźne powietrze paliło mu krtań, gdy ze świstem przepływało nadmiernie obciążonymi drogami oddechowymi. Kamienie wbijały mu się w stopy, a suche gałęzie smagały nagie nogi. Dlaczego nie był ubrany? Nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Musiał uciekać. Przed czym? Dlaczego biegł? Ledwo widział na kilka kroków przed sobą. Mrok był tak gęsty, że obawiał się, iż wyssie mu duszę z ciała. Pośród zwarcie rosnących drzew mogło ukrywać się cokolwiek, ale nie poświęcał myśli temu, co miał przed sobą, bo nie chciał, by doścignęło go to, co podążało za nim. To tam znajdowało się prawdziwe niebezpieczeństwo.
Został nagle zaatakowany z góry przez huragan piór i szponów. Upadł na wilgotną, pokrytą ściółką ziemię, a gdy znowu zerwał się na nogi, dotychczasowa noc stała się dniem. Stał na szczycie wzgórza wznoszącego się nad doliną spowitą mgłą, w każdym kierunku biegły koryta rzek, jednak nie płynęła nimi woda, tylko ogień. Strumienie żółtych, czerwonych i niebieskich płomieni smagały powietrze. Żar buchał mu w twarz, a włosy zaczęły skwierczeć. Smród spalenizny został porwany przez falę popiołu.
- Kra!
Powyżej, na samotnej gałęzi martwego drzewa, siedział kruk.
- Kra! - zawołał, ale kraina nie odpowiedziała.
Po drugiej stronie doliny leżały nie rzeki, lecz miasta. Dziesiątki oblężonych miast, w których gorzał ogień, waliły się budynki. Żołnierze zalewali ulice, a mężczyźni, kobiety i dzieci umierali wspólnie oraz samotnie.
- Kra! - krzyknął kruk, a miasta zadrżały.
Cienie padały z dachów i skradały się z zaułków, ogarniając żołnierzy i spowijając wszystko mrokiem.
Porywisty wiatr uderzył go raptownie z tyłu, sól i wilgoć przylgnęły mu do skóry. Obrócił się, by dostrzec jego źródło, i oto leżał przed nim rozległy ocean. Nigdy dotąd nie widział morza, lecz nie miał wątpliwości, że ma je teraz przed sobą. Za szaroniebieskim bezmiarem widniał las pałaców i na jego oczach na każdy z nich padł cień.
Kra!
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.