Manto
Girloy
Manto delikatnie nacisnął klamkę drzwi, za którymi kryła się jego cela. Wprawione w korytarzowe okna witraże przemyciły do środka nieco światła, rozjaśniając wnętrze małego pokoju. W środku znajdowały się nieduży stół i drewniane krzesło bez oparcia. Na stoliku leżała otwarta wielka księga, drobny kałamarz i nieco wyszczerbione gęsie pióro. Ta kotara okazała się świetnym rozwiązaniem.
Nim wszedł do środka, zdjął z głowy wysoką, białobłękitną czapkę. Przed nim nosili ją xiańscy prorocy i prorokinie, dlatego była na niego nieco za duża. Przypominała mu jednak o tym, kim jest, i dlatego niemal zawsze miał ją na sobie.
Błękitne włosy opadły na jego ramiona, współgrając z niebiesko-białą tuniką. Gdy znalazł się w środku, obrócił się na pięcie w lewo i podskoczył do szafy przylegającej do ściany. Wyciągnął z niej wypaloną do połowy woskową świecę i krzesiwo. Potem odłożył wszystko na stół i rozsiadł się wygodnie.
Od razu zaczął porządkować miejsce pracy. Czapkę wsunął pod stół, bliżej zaś przysunął pióro z kałamarzem. Najdłużej zajęło mu rozpalenie świecy, jednak i z tym wreszcie się uporał. Na czym to ja skończyłem? Przysunął do siebie girloańską kronikę królewską i zaczął wertować jej kolejne stronice, zapełnione drobnym, ozdobnym tekstem. Upadek Leworękiego, początek panowania rodziny Dumidy... Zdecydowanie za daleko. Przerzucił naraz paręnaście kartek, a potem jeszcze trochę. No i jest.
Już na pierwszy rzut oka można było zobaczyć, w którym miejscu to on przejął rolę kronikarza. W porównaniu z tekstami Jerome'a jego litery były koślawe, odstępy nierówne, a linie krzywe. Co prawda stary czarodziej nie wydawał się być niezdolnym z pełnienia tej funkcji, jednak taki był rozkaz Belthora, a z nim nie wypadało dyskutować.
Z czasem Manto naprawdę to polubił. Choć jego teksty były infantylne i rzadko oddawały sens oraz wagę opisywanych wydarzeń, to wcale się tym nie przejmował. Nierzadko wielokrotnie opisywał jedną sytuację, za każdym razem dodając do niej garść nowych informacji. Wiedział jednak, że Belthor miał w tym wszystkim swój interes. Po prostu nie chcesz, bym zajmował się swoimi badaniami. Rzucił okiem na ciemną kotarę, do złudzenia przypominającą ścianę, dzielącą pokój na dwie części. Próbuj dalej.
Rok sto siedemdziesiąty szósty Epoki Czempionów,
Kontynent Morion,
Królewska Kronika Girloy,
za panowania Wielkiej Rady Miejskiej, czarodziejów, legatów oraz Tana miasta, Gilesa Rivvengarda.
Zapis ten powstał wiele miesięcy temu, kiedy zakończyła się pora roztopów. Od tamtego czasu w mieście wydarzyło się niewiele ważnych i wartych zapisania rzeczy.
W roku sto siedemdziesiątym piątym, w trakcie lata, na Wyspie Sztormów utworzył się wielki wir z chmur i błyskawic. Giles rozkazał zbudować na wyspie fort. Z początku zamierzał samodzielnie tam popłynąć, jednak z powodu choroby oraz za radą czarodziejów zmienił zdanie i obstawił posterunek girloańską załogą, na której czele postawił legatkę Joannę.
Manto na chwilę odłożył pióro, topiąc je w atramencie. Wstał z krzesła i podreptał po pokoju. Miał xiańską urodę i bladą cerę, jaśniejszą nawet niż skóra Eliarów. Choć w rzeczywistości przeżył już ponad trzydzieści lat, wyglądem przypominał dziesięcioletnie dziecko. Już we wczesnym dzieciństwie był wątły i słaby, a kiedy trafił do Girloy, czarodzieje wytłumaczyli mu, że jest najzwyczajniej w świecie chory.
Nagle się zatrzymał, wstrzymał oddech i nasłuchiwał. Wokół panowała niczym niezmącona cisza. Pusto. To dobrze. Musiał się upewnić, że duchy, które krążyły po akademii, akurat go nie podglądały.
Cichym krokiem ruszył w stronę kotary. Podciągnął ją od dołu i wślizgnął się do swego laboratorium, zapchanego po brzegi przeróżnymi narzędziami, naczyniami i innym sprzętem. Na każdym z trzech stołów stały stojaki z ampułkami, szkatuły, palniki, woreczki, paleniska, kociołki, a nawet forma do odlewania kryształowych świec. Pod każdym ze stołów leżał niewielki kufer, a ponad nimi, na ścianach, wisiały półki z książkami i pozostałymi elementami jego magicznego warsztatu.
Zrobię jedną, póki mam czas. Ze szkatuły wyciągnął woreczek i wysypał jego zawartość. Białe kryształy, nie większe niż orzechy, poturlały się po blacie. Przeliczył je, a następnie przyklęknął, otwierając drewnianą skrzynię, która leżała na ziemi. Wyciągnął z niej długą, metalową łyżeczkę oraz mosiężny spodek. Z kolei z półki przybitej do ściany zabrał worek z liśćmi górskiej róży. Gdy ułożył już wszystko na stanowisku pracy, prześlizgnął się znów pod kotarą. Z szafy, stojącej obok drzwi, wyciągnął bukłak z wodą, a z biurka, na którym leżała kronika, wziął krzesiwo.
Teraz tylko wymieszać, podgrzać, odcedzić i czekać, powtórzył sobie w głowie. Liście górskiej róży rwał, a ich gęsty, mętny sok wybierał łyżką i odkładał na metalową podstawkę. Gdy skończył, zapas kwiatu całkowicie się wyczerpał, ale talerzyk był zapełniony miąższem. Przeniósł go wraz z garścią kryształów na kolejne stanowisko, na którym stały palniki z ampułkami. Do każdego szklanego naczynia trafiły jeden kryształ, kilka kropel różanego soku oraz trochę wody. Zawartość każdej ampułki dokładnie wymieszał, po czym rozpalił palniki. Gdy kryształy nabierały energii, Manto wrócił do pisania kroniki.
Szalał on tak aż do późnej zimy roku sto siedemdziesiątego szóstego. Kilka tygodni temu wir rozwiał się, a wody wokół wyspy stały się wyjątkowo niespokojne. Joanna stacjonuje na wyspie do dziś. Czarodzieje dokładają wszelkich starań, by zmiana jej oraz podległych jej dowódców trwała jak najdłużej.
Ciekawe, czy ta ich kłótnia mogła mieć z tym coś wspólnego?
Ostatnie zdanie wypowiedział tylko w swojej głowie. Nie powinno i nie znajdzie się ono w egzemplarzu kroniki, jednak musiał pamiętać o każdym, nawet najdrobniejszym szczególe wszystkich historii.
Potem wstał i w paru susach znalazł się pod drzwiami wejściowymi. Przystawił do nich ucho i nasłuchiwał przez chwilę. Puściutko. Wspaniale.
Gdy wrócił do laboratorium, woda już bulgotała. Gdzie ci się tak spieszy? Wyciągnął rękę w stronę palników, wykonał szybki gest palcami. Płomienie w jednej chwili zgasły, zdmuchnięte łagodnym powiewem. Każde naczynie po kolei zanosił na ostatnie stanowisko. Tam stał już otwarty kociołek z nałożoną na wieko gęstą, metalową kratką. Dzięki temu ciecz lądowała w stalowym naczyniu, a kryształy zostawały na wierzchu, gotowe do zebrania i wrzucenia do kolejnego kotła, większego i znacznie cięższego. Zaczynają świecić. W rzeczy samej, od podgrzanych kryształów zaczynała bić delikatna, biaława łuna. Wszystkie trafiły do pustego, żelaznego naczynia. Manto zamknął oczy, zatoczył dłonią wzdłuż wewnętrznych ścian kotła. W środku zaczął wzmagać się wiatr, wyjący i lamentujący, stłumiony przez wieko, które nałożył na kocioł. Zabezpieczył je zatrzaskami, by w trakcie procesu nasycania wicher nie wystrzelił go gdzieś w ścianę albo, co gorsza, mapę, półkę czy naczynie, od których roiło się w całym laboratorium.
Za kilka godzin będą gotowe. Teraz kronika. Podniósł materiałową kurtynę i zgrabnym ruchem prześlizgnął się na drugą stronę. Usiadł za stołem i wpatrzył się w ostatnią postawioną przez siebie kropkę. Wydawało mu się, że minęły wieki, ale żadne mądre zdanie nie przyszło mu do głowy.
- Dobrze - powiedział sobie z zadowoleniem. To znaczy, że nie trzeba już nic dodawać.
Manto siedział jeszcze chwilkę, przeglądając poprzednie rozdziały kroniki. Zza drzwi dobiegały odległe odgłosy kroków uczniów i studentów akademii. Oby ta przerwa szybko się skończyła. Nie pozwalają mi pracować. Nagle odgłosy stały się znacznie wyraźniejsze. Ktoś otworzył drzwi jego celi. Jeśli to znów jakieś żarty...
- Przepraszam, ale można zapukać...
W drzwiach stanął Belthor, wysoki, nieco gruby czarodziej, podpierający się kosturem z ciemnego drewna, zakończonym ciemnofioletowym kamieniem mocy. Na głowie nosił szeroki kapelusz ozdobiony purpurową wstęgą, o nieco oklapniętym szpicu. Spod niego wyglądała twarz o ciemnych oczach i gęstej, czarnej brodzie sięgającej pasa.
- Wybacz, chłopcze. Następnym razem z pewnością zapukam. - Jego niski głos rozbrzmiał w niewielkiej celi.
Manto zerwał się na nogi, gdy tylko go zobaczył. Nieco przestraszonym wzrokiem wpatrywał się w rektora Akademii Czarodziejów. Nic nie słyszałem, nic tutaj nie chodziło, nie było duchów...
- Jak ci idzie pisanie?
Manto momentalnie odskoczył do tyłu, dając Belthorowi więcej miejsca przy kronice. Stary czarodziej niespiesznym krokiem podszedł do biurka i zaczął przeglądać karty kroniki. Jest fatalnie. Okropnie.
- Zadowalające - powiedział Belthor, przeczytawszy kilka nowo powstałych rozdziałów. - Skrybowie wprowadzą drobne poprawki, ponieważ te jak zwykle są konieczne, ale jest znacznie lepiej niż... - Przekartkował kronikę nieco do tyłu. - ..."Nad wyspą zaczął wiać silny wiatr, a w pałacu zwołano naradę".
Faktycznie to brzmiało gorzej.
- Staram się ciągle dopracowywać swój styl.
- Cieszy mnie to. Pracuj dalej.
Co się znowu stało? Wiedział, że to nie kronika była celem wizyty.
Zanim Belthor przeszedł do sedna, przeczytał jeszcze kilka stron, sięgając po te, które pisał jeszcze Jerome. W pokoju słychać było tylko szelest papierowych kartek.
- Młodziki z Niebiańskiego Zastępu chcą byś przećwiczył z nimi podstawowe zaklęcia.
No nie.
- Oczywiście - powiedział na głos. - Kiedy...
- Teraz. Na placu treningowym. Circe omówiła z nimi teorię, ale nie ma w tej chwili czasu, a oni potrzebują ćwiczeń. Ostatnie miesiące nie obfitowały w nic wartego zapisania, więc nie powinno wyniknąć z tego żadne nieporozumienie - powiedział i wyszedł z celi.
Manto nie ruszał się jeszcze przez chwilę, bojąc się, że Belthor ciągle czeka pod drzwiami. Dopiero, gdy odliczył w głowie do dziesięciu, przyklęknął przy stoliku. Obmacał przez chwilę blat od spodu, odczepiając swój orli kostur. Była to niewielka laska z białego drewna, zakończona figurą ptaka. Szerokie skrzydła formowały wokół niego półkolistą obręcz. Nim opuścił swój pokoik, zerknął jeszcze do kroniki, by sprawdzić, na czym zatrzymał się czarodziej.
Oktavius, królewski marszałek, wyruszył z miasta z blisko pięćdziesięcioma tysiącami ludzi. Kolejne dwadzieścia tysięcy wymaszerowało z Rivendale i Mudd Hall, by połączyć się z armią królewską i wspólnie ruszyć na Wielki Step.
Zaraz po wkroczeniu na tereny Południowego Xin Oktavius i jego generałowie przyjęli zupełnie inną strategię w stosunku do swych poprzedników. Armia minęła Huan Ju i błyskawicznie przesunęła się dalej, odcinając Wrota Stepu od cesarstwa. Kopiec poddał się po trzech dniach bez walki. To właśnie tam mieszkańcy przekazali marszałkowi informację o buncie, zwanym Rebelią Krwawego Księżyca, który opanował zachodnie prowincje cesarstwa, a był skierowany bezpośrednio w xiańskiego cesarza. Po krótkiej naradzie z generałami marszałek Oktavius zdecydował się uderzyć w Mei, serce cesarstwa Południowego Xin.
Manto zamknął księgę. Pamiętał, co było potem.
Wyjął z szafy i przewiesił przez ramię torbę z księgami i notatkami. Na głowę nałożył czapkę, a w rękę chwycił kostur. Potem opuścił celę i udał się korytarzem w lewo. Z prawej strony padały na niego kolorowe promienie słońca, barwione przez wielkie i piękne witraże. Można było przez nie oglądać dzielnicę akademicką, w której żyli nauczyciele i uczniowie, a dzięki witrażom przybierała ona dziesiątki kolorów. Wyrastały z niej wysokie kamienice i smukłe ceglane wieże. Girloańczycy zawsze pięli się ku górze. Wśród nich kryły się piękne deptaki pełne drzew, ogrodów, karczm i łaźni. Wszystkie ulice wewnątrz miejskich murów wyglądały niemal tak samo - dumnie i wyniośle.
Ponad kamienicami widać było dwie wysokie wieże strzegące Bramy Freidy. Na ich szczytach płonęły dwa wielkie, błękitne płomienie, z powodu których Girloy nazywano błękitnym miastem. Na te wieże dostać było się niezwykle trudno i choć często próbował, to jeszcze nigdy mu się to nie udało. Marzył jednak, by wznieść się kiedyś tak wysoko, by ujrzeć całe miasto z wysoka.
Same latarnie były jedynie skromnym dodatkiem do całego łańcucha muru Girloy. Choć ten opinał miasto już od ponad wieku, to dzięki niedawnemu remontowi i przebudowie mury miejskie wyglądały niemal jak nowe. To właśnie one strzegły miasta i czyniły z Girloy fortecę niemal nie do zdobycia. Ich strażnice były tak wielkie, że mieściły się na nich ogromne rozpruwacze, balisty tak przerażające, że sam chłopiec nigdy nie chciał ujrzeć ich prawdziwego potencjału.
Manto przeszedł kolejne korytarze oraz klatki schodowe i wyszedł na zewnątrz. Minął akademickie ogrody i udał się prosto na plac ćwiczebny, pośrodku którego rozmawiała niewielka grupka dzieci w niebieskich mundurach czarodziejów - grubych, białobłękitnych szatach podszytych miękką wełną. Każde miało na głowie szeroki kapelusz ze stożkowatym, opadającym szpicem, ozdobionym białym pomponem.
Na jego widok dzieci umilkły. Niektóre wstały, inne siedziały na piasku, jednak każda para oczu śledziła Manto. Jednym z obowiązków chłopca, poza redagowaniem kroniki, było szkolenie uczniów domeny wichrów i nieba, choć za każdym razem dostawał tylko dzieci. Przy starszych uczniach bowiem sam wyglądał jak dziecko.
Choć lekcja nie trwała dłużej niż pół godziny, jemu i jego podopiecznym udało się zrobić całkiem sporo. Dzieci nauczyły się wzbudzać słabe powiewy wiatru, formować niewielkie wiry czy przerzucać lekkie przedmioty. Manto starał się je chwalić i być życzliwym, lecz w głębi serca czuł smutek. Oczy wszystkich, nawet najmłodszych i najmniej pojętnych, dzieci błyszczały za każdym razem, kiedy któreś rzucało zaklęcie. Oczy Manta nie zabłysnęły nigdy, choć i on był czarodziejem.
Przerwa miała trwać połowę czasu poświęconego na lekcję. Nie minęło go wiele, a na placu ćwiczebnym i w ogrodach zaroiło się od pozostałych uczniów. Pośród nich najwięcej było młodych Gromowładnych w granatowych szatach, Zielarzy chodzących w zielonych mundurach oraz Władców Ognia, którzy prócz czerwono-pomarańczowych płaszczy wyróżniali się bandażami obwiązanymi wokół dłoni i przedramion.
Manto postanowił wykorzystać nadarzającą się chwilę. Miałem się nimi zająć i chyba się udało. Wziął swój kostur oraz torbę i pognał przez plac ku Wzgórzu Wolności. To właśnie na nim przed prawie dwustoma laty wznosił się klasztor pierwszych czarodziejów, obecnie przebudowany na wielkie obserwatorium astronomiczne. Manto wszedł przez bramę ogrodzenia postawionego wokół budynku obserwatorium i skierował swe kroki do wejścia. Otworzywszy delikatnie drzwi, stanął w progu i cicho westchnął. Zaczął powolutku wdrapywać się na górę po setkach brukowych schodów. Na najwyższym piętrze rozciągał się wielki, pozłacany taras, na nim zaś stał pierwszy zbudowany przez ludzi teleskop, spory, choć zdecydowanie mniejszy niż ten, który znajdował się wewnątrz kopuły wieńczącej obserwatorium. Było to jedno z najlepszych miejsc, poza miejskimi katakumbami, w których zażywał zdrowej dawki samotności.
Zanim wyszedł na taras, wziął ze sobą sporą drewnianą skrzynię stojącą pod jedną ze ścian. Przyniósł ją tam dawno temu i nikt jeszcze nie zorientował się, że Manto uczynił z tego miejsca mały magazyn. Albo i wszyscy o tym wiedzieli, lecz nikt się tym nie przejął. Najważniejsze jest to, że nikogo nie obchodzę. Odrzucił wieko i wyciągnął podłużną, białą kostkę kredy. Zaczął szkicować nią po tarasie spore koło pośrodku, odchodzące od niego cztery linie, również zwieńczone okręgami. Sam nie był pewien, co do końca robi. Takie rysunki widział jednak w księdze pozostawionej mu przez ojca, a innych wskazówek nie posiadał.
Świece doniosę, kiedy kryształy nasiąkną mocą. Potrzebowały jeszcze kilku godzin. Potem wyciągnie je, spakuje i będzie gotowy na kolejny cykl, gdyby te już gotowe znowu wybuchły. Nie mógł pozwolić sobie na kolejną taką wpadkę, zwłaszcza że do następnego Nocnego Słońca zostało już niewiele czasu.
Jego cykl był wyjątkowo trudny do przewidzenia. Dla niego liczyło się to, że raz na kilka miesięcy na niebie pojawiało się Nocne Słońce, ogromna gwiazda, która swym blaskiem czyniła noc białą jak za dnia. Girloańczycy świętowali wtedy wyzwolenie się spod jarzma bogów i przyjęcie władzy czarodziejów i czempionów. Manto zaś zamykał się na szczycie obserwatorium, dokładając wszelkich starań, by sprowadzić na ziemię uwięzionego boga.
Ojciec zażarcie wierzył, że to właśnie tam, w kuli Nocnego Słońca, więziono Ezekiela, boga niebios i słońca, stwórcę ludzi i ich obrońcę. Manto miał wiele wątpliwości i ani jednej alternatywy, wyciskał więc z siebie siódme poty, byle tylko dowieść prawdziwości tej teorii lub raz na zawsze ją obalić. To szło mu znacznie lepiej.
Zamknął wieko skrzyni i podszedł do teleskopu. Z torby przy boku wyciągnął kartkę z zapiskami i dokończył kreślić według nich runy i symbole starego boga niebios.
Gdy skończył, rozsiadł się na środku tarasu, a ze swojej torby wyciągnął spory notatnik i zaczął kartkować go od pierwszej strony. Cały zawalony był ustawieniami gwiazd pokreślonymi ołówkiem, niektóre kartki były wyraźnie pomięte, inne wyrwane, na innych znajdowały się wyschnięte błękitne krople. Kiedyś to będą łzy szczęścia. Na pewno.
Manto spojrzał w niebo. Teraz wisiało na nim zaledwie kilka chmur. Gwiazda powinna pojawić się za nie więcej niż dwa tygodnie, jednak minie jeszcze sporo czasu, nim w pełni rozbłyśnie. Gdy jej noc była blisko, widać ją było nawet za dnia. Swym blaskiem dorównywało słońcu, a księżyc nikł wśród jej promieni.
Mógłbyś mi chociaż napisać, jak mam tego dokonać.
Z ojcowego pamiętnika wyczytał wiele, choć nie znalazł tam żadnych ważniejszych wskazówek. Wiedział tylko tyle, że nie może go zawieść. Tylko tyle i aż tyle. Nie pogodziłby się z myślą, że wszyscy jego przodkowie żyli i umarli na próżno. Choćby miał to robić do końca życia, nie mógł odpuścić. W końcu odkryje sposób. Przewertował strony notatnika i wrócił do swych zapisków. U góry strony napisał szybko cyfrę: sześćdziesiąt jeden. Kolejna próba. Wkrótce pojawi się tu dokładna analiza wszystkich istotnych czynników, od wagi kryształowych świec po intensywność opadów i siłę wichrów.
W końcu przygotował wszystkie rubryki i tabele. Teraz musiał już tylko czekać. Gdy kryształy wzmacniające dojrzeją, będzie mógł poczynić kolejne przygotowania i uformować z nich świece. Czas ich przygotowywania był niezwykle ważny. Warzone zbyt krótko nie nabiorą mocy, za długo zaś ulegną zniszczeniu, a przynajmniej tak wyczytał w szkolnych podręcznikach. Pamiętaj, jeszcze trzy godziny i musisz je zdjąć. Na zmianę z poruszającymi się obłokami obserwował zegar słoneczny, wykonany na samym skraju tarasu, nieopodal teleskopu.
Promienie słońca przyjemnie muskały go po twarzy, Manto zamknął oczy. Wyobrażał sobie swój sukces, jakkolwiek mógłby on wyglądać. Czy niebo pękłoby na pół? Czy też może...
- Widziałam, jak tu wchodzisz... - Spokojny głos dotarł do jego uszu i aż podskoczył ze strachu. Szybko też obrócił głowę do tyłu. - ...I nie spodziewałam się ujrzeć niczego innego.
- Jejku, dlaczego zawsze musisz chodzić tak cicho?
- Wybacz, ja już tak mam.
Fakt, Vivian potrafiła chodzić bardzo cicho. Zdarzało jej się nachodzić go znienacka, a on dalej nie zdążył się do tego przyzwyczaić.
Uspokoił się i znowu spojrzał w niebo, a później na notatnik. Dziesiątki kombinacji i żadna nie zadziałała. Nigdy. Ale będę próbował.
Vivian była Eliarą, dziewczyną o jasnobłękitnych oczach i bladej skórze, która wyróżniała tę rasę. Stworzyli ich najpotężniejsi czarodzieje, by służyli ludziom słowem, myślą i ciałem. Ich białe włosy często przecinały pasma innego koloru, czerni, czerwieni, zieleni czy błękitu. Tylko najszlachetniejsi Eliarowie mogli poszczycić się całkowicie białymi włosami. Włosy Viv były białoróżowe, długie i delikatnie falujące. Ubrana była w swe codzienne szaty, srebrzystobiałą tunikę sięgającą delikatnie pod kolana, zaś na nią narzuconą miała kamizelkę z białej wełny. Zwieńczeniem były wysokie, skórzane buty ocieplone białą, puchatą wełną.
- Ja naprawdę cię podziwiam. Bo widzisz, na twoim miejscu dawno bym już odpuściła. Zwłaszcza że w zasadzie to, co robisz...
- Tak, wiem, że to zabronione i tak, wiem również, że Belthor najchętniej spaliłby mnie na stosie usypanym z moich map. - Kartkował notatnik do tyłu, bez większego celu przyglądając się rycinom, które i tak znał niemal na pamięć. Ale z jakiegoś powodu ciągle tego nie zrobił. Manto nie wierzył, by nie znalazł nikogo lepszego do spisywania dziejów miasta czy uczenia młodych dzieci. A więc dlaczego?
- Wiesz, masz dużo wspólnego z bogami i ty najlepiej zdajesz sobie sprawę z tego jak bardzo. "Gdybyś widział to, co ja. Mało nie doprowadzili do zniszczenia tego świata, a ty jeszcze chcesz ich ocalić?"- Czarodziejka zaczęła parodiować kroki Belthora, karcąc chłopca i udając wyjątkowo zaawansowany reumatyzm, co było wyraźną przesadą, Belthor bowiem, mimo podeszłego wieku, trzymał się wyjątkowo dobrze. A jednak, i tak udało jej się go rozśmieszyć.
- Całkiem nieźle ci idzie, wiesz - powiedział pociesznym głosem Manto. - Gdybyś włożyła ten jego stary płaszcz, to może bym cię nawet z nim pomylił.
- Oj, daj spokój - zachichotała Vivian. Przysiadła obok niego i wpatrywała się w niebo. Patrzyli w nie razem dłuższą chwilę.
- Myślisz, że ci się uda?
Milczał.
- Wiesz dobrze, ile ryzykujesz. Ta akademia cię potrzebuje. Najlepiej żywego.
- Nie przyszedłem na ten świat, by służyć akademii.
Nie zawiodę mych przodków. Poza tym wcale mnie nie potrzebuje.
- Ale teraz jesteś jej członkiem. Dlaczego cały czas patrzysz w przeszłość? - Dziewczyna chwyciła go za ramię i rzuciła mu zatroskane spojrzenie.
- Bo czuję, że muszę to zrobić. Gdzieś głęboko w sobie... Nie wiem, jak to nazwać.
- Chciałabym ci pomóc, gdybym to rozumiała, Manto.
Chłopiec oparł głowę o jej ramię. Robię to, bo muszę. Ale dlaczego w zasadzie musiał? Na to pytanie nie znał innej odpowiedzi niż ta, która wyryła się na jego sercu. Muszę go ocalić. Po prostu.
- Nie wiem, czy jest co rozumieć, Viv. To była nasza misja, od kiedy tylko powstaliśmy.
- Wasza? - zapytała Eliara.
- No, niebiańskich proroków. Pamiętasz?
- Och, rzeczywiście, jak mogłabym zapomnieć.
O historii zapisanej w kronice, opowiadającej o podziale ludzi, słyszał chyba każdy. Gdy bogowie zostali pokonani, a do objęcia władzy przez girloańskich czempionów zostało jeszcze kilka lat, doszło do rozłamu w szeregach czarodziejów. To właśnie wtedy oczy ludzi ponownie zwróciły się w stronę dobrych bogów, prawdziwie dostrzegając w nich bezpieczną opokę w niepewnych czasach. I choć żaden z nich do tej pory nie przemówił, to modły ludów przyniosły owoce, kiedy to ponad sto pięćdziesiąt lat temu na rozległych stepach Xin przyszła na świat pierwsza dziewczynka o włosach koloru nieba. Manto był ostatnim z jej krwi.
- Gdyby tylko nam się udało, Viv, cały świat mógłby się odmienić, a ludzie wreszcie przestaliby się nawzajem wybijać.
- Chciałabym, żeby tak było, Manto - powiedziała zatroskanym głosem, kładąc rękę na jego ramieniu. - Ale niestety, taka jest już nasza natura. Musimy cieszyć się tym, że Podmokłą Przełęcz omijają wojny. Bogowie niczego nie zmienią.
Mylisz się, Viv. Zmienią wszystko.
- A teraz muszę uciekać na zajęcia. Kiedy skończę treningi z moimi Tancerzami, jakoś cię znajdę. A ciebie proszę z całego serca, nie wystawiaj się za bardzo i uważaj, bo i tak już podpadłeś Radzie. - Eliara wstała i poprawiła strój.
Chciałaś powiedzieć Belthorowi. Reszty nie obchodzę.
- Dobrze już dobrze, obiecuję. - Manto delikatnie uśmiechnął się i pomachał ręką w geście pożegnania.
Vivian uczyniła to samo i prędko zeszła na dół.
Chłopiec siedział na tarasie jeszcze przez chwilę, myśląc o tym, co powiedziała Eliara. Cały świat trawiły wojny. Na Żelaznej Pustyni rycerskie zakony toczyły ją z wolnymi ludami dziewięciu plemion. Kupcy z Narrovind przynieśli wieści o wymarszu drakarckich wojsk. Kolejna wojna z cesarstwem była kwestią czasu.
Spojrzał w niebo, później na teleskop. Schował notatnik do torby i dokładnie ją zapiął. Na jego twarzy pojawił się poważny uśmiech, a oblicze napełniło się wyrazem nadziei.
Wybacz, Vivian. Wybacz, ale nie ma innej drogi.
Zszedł z tarasu i już miał skierować się w stronę schodów, kiedy obrócił się i ostatni raz spojrzał do góry.
Kiedyś mi się uda. Uwolnię cię, Ezekielu. A wtedy na całym świecie zapanuje pokój.
***
Wzgórze, na którym stało obserwatorium, było idealnym punktem obserwacyjnym. Usiadł na jego zboczu, podciągnął nogi pod klatkę piersiową i rozpoczął swoje rutynowe obserwacje.
Przerwa dobiegła już końca, a dzieciaki, które jeszcze przed chwilą okupowały plac, rozchodziły się do budynków akademii. Pozostała na nim nieduża grupka uczniów w różnym wieku, nie młodszych niż osiem i nie starszych niż czternaście lat. Wszyscy mieli na sobie błękitne, spiczaste kapelusze oraz grube płaszcze, przepasane wąskimi paskami z białej skóry. Niektórzy trzymali w rękach opasłe tomy, inni zaś schowali je do toreb, które mieli przerzucone przez ramię.
Dzieci podzieliły się na liczne grupy, w których prowadzono ożywione dyskusje. Co jakiś czas mijali ich inni uczniowie, w granatowych, czerwonych, zielonych czy żółtych płaszczach. Manto zobaczył nawet Audrey, jedną z nauczycielek, która, tak jak Vivian, była Eliarą. Weszła do Krużganka, mijając Viv, która właśnie weszła na plac. Zamieniły ze sobą kilka słów, po czym lodowa czarodziejka udała się na swoje zajęcia.
Manto pozostał na zboczu wzniesienia. Zapewniało mu to naprawdę dobry widok. Jeśli wytęży słuch, będzie też słyszał rozmowy. A jeśli nie, to podejdę bliżej. Grupka młodych Lodowych Tancerzy ustawiła się dwójkami. Vivian przywitała się z nimi i zaczęła rozmawiać ze swoimi podopiecznymi. Od kiedy opuścili domy, by szkolić się na czarodziejów, była dla nich niemal jak matka.
- No dobrze, kochani. Wydaje mi się, że możemy już zacząć. - Rozmowy ucichły, a Manto słyszał już tylko ją. - Dzisiaj będziemy wiązać magię w nieco potężniejsze zaklęcia niż ostatnio. Pamiętajcie zatem, że teraz należy zachować wyjątkową ostrożność. Isamirze, zaczniemy od ciebie.
Jeden z wyższych chłopców podszedł do czarodziejki i poprawił kapelusz. Wyprostował się i stanął przed Viv.
Manto był zbyt daleko, by zrozumieć ich rozmowę. Widział jednak, co wydarzyło się dalej.
Isamir stanął w delikatnym rozkroku. Później wyciągnął przed siebie dłoń, a jego oczy zaświeciły słabym, błękitnym światłem. Potem wszystko działo się już tak, jak zwykle. Wokół ręki chłopaka zatańczył biały wir, który wypluł ze swych macek chmarę długich, lodowych ostrzy. Te przeleciały kilkanaście metrów, po czym wpadły z impetem w słomiane manekiny. Będzie potrzebne więcej siana. Patyków zresztą też.
Kolejni uczniowie podchodzili do Viv entuzjastycznym krokiem. Z minuty na minutę przybywało słomianych trupów, które regularnie były rozczłonkowywane lodową nawałą. Wreszcie spośród garstki tych, którzy nie mieli jeszcze okazji się wykazać, Eliara wybrała niską i drobną dziewczynkę. Widząc to, Manto wstał ze wzgórza i ruszył w ich stronę. Teraz będzie ciekawie.
Petrę znali chyba wszyscy. Mała, niepozorna, przede wszystkim jednak nieprzewidywalna. Wywołana przez Vivian dziewczynka w kilku skokach znalazła się przy nauczycielce. Wymieniły kilka zdań, których Manto nie usłyszał. Domyślał się jedynie, że zaraz zacznie się niezły pokaz.
Dziewczynka zmrużyła oczy i wytężyła wszystkie siły. Widać było, że pragnie skupić całą myśl na zaklęciu. Gwałtownie wystawiła rękę przed siebie, ale nic się nie wydarzyło. Zaczęła nią nerwowo trząść, patrząc na nią z wyrzutem, jakby była uszkodzonym narzędziem. Syknęła, skrzywiła się i pokonana opuściła ręce.
Dłuższą chwilę stała z opuszczoną głową. Vivian złapała ją za ramię. Na twarzy dziewczynki malował się gniew i niemoc. Manto wmieszał się w tłum uczniów i słyszał już wszystko bardzo dokładnie.
- Wdech, wydech, spokojnie kochana. - Kojącym głosem szeptała nauczycielka, klękając obok niej.
Oddech dziewczynki stawał się coraz głębszy i spokojniejszy. Rozluźniła ręce, rozprostowała palce, stanęła w nieco szerszym rozkroku. Jej wyraz twarzy stał się bardzo poważny, niepodobny wręcz do dziecięcego. Vivian delikatnie otarła kciukiem łzę, która spłynęła dziewczynce po policzku.
- Jest zimna, Petro. Wierzę w ciebie - pocieszała nauczycielka. Wreszcie Vivian wstała i zrobiła krok do tyłu. Dawaj, mała. Mała była nieco wyższa od niego.
Petra gwałtownie otworzyła oczy, które zaiskrzyły się bielą z domieszką łagodnego błękitu. Wystawiła prawą nogę do przodu, a jej ręka skierowała się w stronę kukieł. Wokół dłoni dziewczynki wirowały kryształy lodu i płatki śniegu. Zaczęła się delikatnie trząść, luźne palce dziecka złożyły się w pięść. Petra zacisnęła zęby i wskazała palcem w stronę kukieł. Jej oczy błysnęły niebieskim światłem, a z wirującej wokół dłoni chmury wyleciała nawała sopli, które runęły na słomianych przeciwników. Teraz na pewno będzie potrzeba więcej stojaków. Z kukieł nie zostało prawie nic.
Wiele sopli poleciało jednak dalej, wlatując do ogrodu. Ten w czasie zajęć powinien być pusty, jednak pośrodku stała wielka, marmurowa figura ryczącego smoka...
Manto, Vivian, Petra i wszyscy pozostali jednocześnie skrzywili się, gdy z ogrodu dobiegł trzask kruszącego się kamienia. Petra powoli obróciła się w stronę Vivian. Jej oczy cały czas skrzyły się lodem i śniegiem. Cicho syknęła, po czym wyszeptała coś do swojej nauczycielki.
- No... załatwiłaś wszystkich. - Vivian starała się nieco ją rozweselić. Zdradziła się, gdy zaczęła drapać się po głowie, łapiąc kłęby białoróżowych włosów. Jest źle. Viv zawsze tak robiła, gdy się denerwowała. Nagle do głowy przyszedł mu pewien pomysł, widząc w tym swoją własną okazję.
- Belthor pewnie się zdenerwuje...
Belthor i tak już wie, Petro. Nawet to, co jadłaś na śniadanie. On wie wszystko.
- Pomówię z nim, nie przejmuj się. - Vivian pogłaskała tulącą się do niej dziewczynkę.
- Petra została prawdziwą łowczynią smoków! - radośnie krzyknął Manto, gdy podszedł bliżej. Niektórzy obrócili się zaskoczeni w jego stronę, jednak nikt nie podzielił entuzjazmu chłopca. No to zaczynajmy. - Spokojnie, ja to załatwię - dorzucił po chwili. - Przejdę się do kamieniarzy. Oni zrobią nowego, lepszego smoka. Prawdziwego. - Co za głupiec myślał, że smoki mają skrzydła? - Załatwimy to, zanim Belthor zdąży się wściec.
- Mógłbyś to zrobić? - W głosie Eliary wybrzmiała ulga.
- Jasna sprawa. Daj mi chwilkę - powiedział chłopiec, po czym wsadził rękę do torby. Kiedy wymacał w niej sakiewkę z pieniędzmi, uśmiechnął się. - Pójdę od razu.
Ładne oczka, słodki głosik. To zawsze jest takie proste.
***
Manto minął bramy akademii, przy których stała dwójka strażników, arkanów Władców Ognia. Ponad ich głowami w kamiennym murze widniał nieco zatarty napis.
Ty nas stworzyłaś, Ty nas prowadzisz.
Chłopiec poklepał swoją torbę i podciągnął jej rzemyczek nieco wyżej, potem odwrócił się na pięcie. Powolnym krokiem ruszył przed siebie, oglądając i podziwiając piękno ulicy Złotej.
Na trakcie nie było dużo ludzi. Wzdłuż brukowanej ścieżki wznosiły się wysokie kamienice, zbudowane z cegieł, marmuru czy kamienia. Wiele z nich porastały zielone gałęzie bluszczu. Na parterach i niższych piętrach mieściły się nieduże sklepy, winiarnie i karczmy, wyżej mieszkali ich właściciele.
Ulica ciągnęła się dosyć długo. Znajdowały się na niej dwa piękne place z dużymi fontannami, na których zawsze siedziały i bawiły się dzieci, czemu towarzyszyła muzyka ubranych w kolorowe stroje minstreli, siedzących w cieniach wielkich drzew rosnących wzdłuż drogi.
Manto dotarł wreszcie do miejsca, gdzie Złota łączyła się z Zachodnim Traktem, a ten, nie licząc paru zakrętów, prowadził prosto na główny rynek miasta. Tu ludzi było już znacznie więcej. Byli to przede wszystkim kupcy i podróżnicy, zmierzający do największego i najwspanialszego miasta na świecie. Co jakiś czas można było napotkać strażników miejskich, których długie włócznie falowały ponad tłumem.
Manto trzymał się ścian budynków, by nie zgubić się w tej rwącej rzece ludzi. Choć starał się nie przyciągać uwagi, mógł równie dobrze spróbować ukryć rozpaloną żagiew w kupie suchej słomy. Jego wysoka czapka i xiańska uroda przyciągały spojrzenia gapiów, które czuł na sobie. Ci, którzy pochodzili ze stepów, wytrzeszczali oczy na jego widok i szeptali pomiędzy sobą, jednak znaczna większość pochodziła ze starych girloańskich prowincji, a tam wiara w bogów już dawno została wypleniona.
Skręcił w prawo, później w lewo. W tym miejscu trakt prowadził przystarym budynku więzienia. Manto zawsze nasłuchiwał głosów ze środka, zza krat, jednak odgłosy ulicy zawsze go zagłuszały.
Szedł przed siebie szybkim krokiem. Jakaś grupka ludzi patrzyła w jego stronę, Manto widział to doskonale. Starał się nie zwracać na to uwagi, a gdy zaczęli się śmiać, zacisnął zęby i przyspieszył kroku. Wtedy ujrzał na bruku niewielki kamyk o gładkich brzegach i wielu kolorach. Zauroczony jego pięknem, kopał go aż do momentu, kiedy znalazł się na głównym rynku.
Podniósł głowę i rozglądnął się wokół. Na tym obszernym placu było jeszcze więcej ludzi niż na trakcie, ale Manto był na to gotowy. Miejskie rynki zawsze pękały w szwach o niemal każdej porze dnia.
Sto kroków do przodu, lekko w prawo, przy drzewie w lewo, potem już prosto.
Z gracją przemieszczał się naprzód, starając się omijać mieszkańców i kupców. Kilka razy prawie wpadł pod wóz, jednak kończyło się to tylko na łańcuszkach przekleństw skierowanych pod jego adresem. Rozpogodził się, kiedy z tłumu wyłoniła się wielka brzoza o niemal idealnie białej korze, naznaczonej tylko kilkoma czarnymi pęknięciami.
Nareszcie. Manto w jednej chwili doskoczył do otaczającej drzewo niskiej kratki. Zacisnął na niej dłonie i powoli okrążał ją w lewo. Gdy natrafił na niewielkie wyszczerbienie, obrócił się i ruszył przed siebie. Przyspieszył, gdy dostrzegł szyld sklepu zielarskiego. Tłum zaczął się przerzedzać, a on nareszcie dotarł do celu.
Z ulgą pociągnął klamkę i po chwili znalazł się wewnątrz. Już od progu przywitały go regały wypchane po brzegi sprzętem laboratoryjnym, grubymi księgami, setkami różnych sadzonek, rzadkich i pospolitych. Od razu przeszedł do oględzin towarów. Górska róża... górska róża. Aha, tutaj jesteś. Manto stanął na palcach i zdjął z galerii glinianą donicę, w której rosła sadzonka. Jej kwiat był białoszary, łodyga gruba i pokryta rzadkimi, dużymi kolcami, a wielkie liście uginały się pod ciężarem soków, które się w nich znajdowały.
Zmierzając do lady, natknął się na dwójkę dzieci. Były tylko nieco wyższe niż on i nosiły czerwono-pomarańczowe stroje. Rudowłosa dziewczynka i ciemnowłosy chłopiec nie zwrócili na niego uwagi, w zamyśleniu przyglądając się regałom. Manto cicho zakradł się za ich plecy. Jego oczom ukazała się galeria pełna srebrnych woreczków, w których znajdowały się czyste, nienasycone kryształy mocy.
- Tych nie kupujcie - odezwał się, wskazując na te wysunięte po lewej. - W Iron Peeks nie ma dobrych kopalni, a ziemia jest zanieczyszczona żelazem, miedzią i cynkiem. Tamtych też nie. W Torrsen wydobywają marmur, a kryształy są zbierane przy okazji. - Nieraz natknął się w nich na marmurowe kostki, co było dla niego niemałym zawodem.
- Skąd wiesz? - zapytała dziewczynka, wyraźnie zaskoczona jego obecnością.
- Kupuję je. Jeśli chcecie coś dobrego, weźcie te ze Stone Hold albo Ergensgradu. Tam w wydobycie wkłada się serce. - Wziął jeden woreczek do wolnej dłoni i ruszył dalej, zostawiając za sobą zdumionych uczniów.
Przy ladzie siedział zgarbiony staruszek, na oko siedemdziesięcioletni. Jego skóra była ciemna i pomarszczona, dłonie kościste, a twarz smutna. Rozweselił się jednak, gdy tylko zobaczył chłopca.
- Oczy mnie nie mylą?
- W żadnym razie - odpowiedział Manto, wykładając towary na stół. Był jednym ze stałych bywalców tego miejsca.
Starzec bez słowa przyglądnął się artykułom, pogrzebał pod ladą i wyciągnął spod niej strzępek papieru i cienki, zaostrzony rysik.
- Obciąć ci liście? - zapytał, gdy skończył notatki.
- Bardzo proszę.
Mężczyzna sięgnął po krótki nożyk i delikatnymi ruchami pozbawił kwiat wielkich, ciemnych liści. Zawinął je w czarny materiał, a donicę z kwiatem postawił na stojącym za nim kredensie.
- Pięć sreber za całość.
Manto pogrzebał w torbie, wyciągnął z niej mieszek i odliczył kwotę. Potem spakował wszystko i pożegnał staruszka.
W drogę powrotną udał się tym samym sposobem. Gdy jednak dotarł do brzozy, z prawej strony usłyszał głośne krzyki. Ludzie zaczęli się tam tłoczyć i krzyczeć radośnie, a pomiędzy ich wrzaskami przemykał odgłos stali. Obrócił się zatem na pięcie i skierował w drugą stronę. Na pewno już i tak wiedzą o mojej nieobecności. Co to zmieni, jeśli zejdzie mi... nieco dłużej?
Ułożywszy sobie krótkie usprawiedliwienie w głowie, ruszył na drugi rynek. Ten był znacznie większy, choć niemal w połowie zajmowało go niskie wzgórze, na którym wznosił się pałac rady. Była to wysoka, monstrualnych rozmiarów budowla wzniesiona z białego i niebieskiego kamienia. W jej centrum wznosił się potężny donżon, zwieńczony wielką, błękitną kopułą. Od wschodu, zachodu i południa budowlę otaczały trzy mniejsze wieże, pod którymi rozciągały się mury i zabudowania. Chociaż wzgórze nie było wysokie, do pałacu prowadziła prawie setka białych stopni, a od północy rozciągał się w dole ogrodzony dziedziniec wraz ze stajniami i koszarami straży, nie wspominając o wyjątkowo urokliwych ogrodach.
Manto ruszył na górę, mijając siedzących na schodach ludzi. Z każdym kolejnym stopniem było ich coraz mniej, aż wreszcie znalazł się sam. Z wysoka miasto wyglądało jeszcze piękniej. Szpiczaste dachy porastały zielone pnącza traw, a na basztach Wrót Sztormu płonęły dwa ogromne, błękitne płomienie. Gdzieś w dole krzyczeli ludzie. Spora grupka zebrała się wokół dwóch pojedynkujących się zapaśników. Niektórzy pewnie postawią na nich swe złoto. Ciekawe, kto wygra ten pojedynek? Zarówno przez pierwszy, większy rynek, jak i drugi nieustannie przetaczały się kolumny handlowe prawie z całego kontynentu.
Dawno przyzwyczaił się do hałasu, który nigdy nie opuszczał tego miasta. Nawet nocą ludzie tłoczyli się tu, by bawić się, pić i ucztować. Dzień w dzień i noc w noc, Girloy pod tym względem się nie zmieniało.
Chłopiec siedział i oddychał rześkim powietrzem, chłodny wiatr poruszał jego włosami, a on sam wreszcie poczuł odrobinę spokoju. Nie trwało to jednak długo.
Wtedy, daleko w dole, coś przykuło jego uwagę.
Od południowych wrót miejskich na rynek wjechała niewielka kolumna jeźdźców. Ponad ich głowami powiewał błękitny proporzec z sześcioramienną spiralą, symbolem Girloy. Jeźdźców nie mogło być więcej niż sześciu, jednak narobili sporego zamieszania. Ludzie usuwali się im z drogi i krzyczeli, gdy tamci już przejechali. Jeźdźcy odpychali wszystkich od siebie, pędząc na koniach, kompletnie ignorując fakt, że na rynku znajdowała się cała masa ludzi. Zatrzymali się dopiero pod schodami pałacu.
Na górę weszło tylko dwóch. Każdemu ich krokowi towarzyszył brzdęk stali. Manto odsunął się na bok, dając im przejść. Byli ubrani w czarne kolczugi i błękitne opończe. Ich stroje były brudne od krwi, a gdy przebiegli obok, zostawili za sobą odór śmierci. Manto poczuł, że kręci mu się w głowie. Gdy się otrząsnął, widział już ich plecy, przez które przewieszone mieli spore pawęże. Niewiele myśląc, ruszył za nimi. Kronikarz chyba musi wiedzieć, co dzieje się w mieście, prawda?, przekonał sam siebie, kiedy to ciekawość stała się silniejsza niż uczucie strachu.
Jemu podróż na szczyt zajęła nieco dłużej. Pilnujący wrót szermierze z batalionu Dao prowadzili intensywne rozmowy z żołnierzami, którzy chcieli dostać się do środka. Korzystając z zamieszania, podszedł bliżej. Wtedy właśnie straż otwarła drzwi i wprowadziła żołnierzy do pałacu. Manto miał chwilę na to, by wejść i schować się za najbliższym pomnikiem. Wykorzystał swoją szansę najlepiej, jak tylko mógł, choć szermierze stali tyłem zaledwie kilka sekund.
Gdy drzwi na powrót się zamknęły, Manto wyślizgnął się zza figurę nieznanego wojownika. Trzech mężczyzn szło do sali Rady, a echo uderzających o kamienną posadzkę butów niosło się po całym holu pałacu, po którym krążyli zaciekawieni ludzie.