Luty 1999: ylla
Luty 1999:
Ylla
Ich dom, wsparty na kryształowych filarach, stał na planecie Mars na
skraju pustego morza. Co ranka można było ujrzeć panią K, jak jadła
złociste owoce wyrastające z krystalicznych ścian albo też sprzątała za
pomocą garstki magnetycznego pyłu, który unosząc ze sobą cały brud,
ulatywał z gorącym wiatrem. Popołudniami, gdy skamieniałe morze było
ciepłe i nieruchome, a drzewa winne tkwiły sztywno na dziedzińcu,
podczas gdy odległe maleńkie kościane miasteczko zamykało się w swych
murach i nikt nie opuszczał budynków, pan K zasiadał w swoim pokoju,
gdzie czytał metalową księgę zapisaną wypukłymi hieroglifami, które
muskał dłonią niczym muzyk grający na harfie. Pod jego dotykiem z książki odzywał się głos -?miękki, pradawny głos, snujący śpiewnie
historie o czasach, gdy morze było pełne rudej piany, a starożytni
ludzie toczyli bitwy, zbrojni w chmary metalowych owadów i elektrycznych
pająków.
Pan i pani K mieszkali nad martwym morzem od dwudziestu lat. Ich
przodkowie od dziesięciu wieków żyli w tym samym domu, obracającym się w ślad za słońcem niczym wielki kwiat.
Pan i pani K nie byli starzy. Mieli jasną, brązowawą cerę prawdziwych
Marsjan, żółte okrągłe oczy, łagodne melodyjne głosy. Kiedyś lubili
malować obrazy chemicznym ogniem, pływać w kanałach w sezonie, gdy
drzewa winne wypełniały je zielonymi sokami, i dyskutować do świtu w blasku błękitnych fosforyzujących portretów w pokoju rozmów.
Teraz nie byli już szczęśliwi.
Tego ranka pani K stanęła pomiędzy filarami i słuchała, jak piaski
pustyni rozgrzewają się, topią niczym żółty wosk i ściekają za horyzont.
Coś miało się wydarzyć.
Czekała.
Patrzyła w błękitne niebo Marsa, jakby w każdej chwili mogło unieść się
w bolesnym skurczu i wypuścić z siebie lśniący cud, który opadnie na
piasek.
Nic się nie działo.
Znużona czekaniem, przeszła pomiędzy zamglonymi kolumnami. Z ich
rozchylonych szczytów trysnęła drobna mżawka, chłodząc rozpalone
powietrze i łagodnie ściekając jej po skórze. W gorące dni przypominało
to brodzenie w potoku. Posadzki w domu lśniły od setek chłodnych
strumyczków. W dali słyszała męża, który niestrudzenie grał na swej
książce. Stare pieśni nigdy nie nudziły jego palców. Pani K pragnęła,
aby kiedyś poświęcił jej tyle czasu, co swoim niezwykłym księgom, tuląc
ją i pieszcząc niczym maleńką harfę.
Ale nie. Potrząsnęła wyrozumiale głową, niemal niedostrzegalnie
wzruszając ramionami. Jej powieki opadły wolno, skrywając złociste oczy.
Małżeństwo sprawia, że ludzie, choć nadal młodzi, popadają w rutynę
starości.
Wyciągnęła się na fotelu, który bezzwłocznie dopasował się do jej ciała.
Mocno zamknęła oczy.
Natychmiast zmorzył ją sen.
Jej brązowe palce zadrżały i uniosły się, chwytając powietrze. Chwilę
później usiadła gwałtownie, zdumiona, dysząc głośno.
Rozejrzała się szybko, jakby oczekiwała, że kogoś ujrzy. Przeżyła zawód;
przestrzeń pomiędzy filarami pozostawała pusta.
W trójkątnych drzwiach pojawił się jej mąż.
-?Wołałaś mnie? -?spytał z irytacją.
-?Nie! -?zaprotestowała.
-?Zdawało mi się, że słyszę twój krzyk.
-?Naprawdę? Prawie już spałam i miałam sen!
-?Za dnia? Nieczęsto ci się to zdarza.
Pani K siedziała bez ruchu, jakby ów sen uderzył ją prosto w twarz.
-?Jakie to dziwne, jak bardzo dziwne -?mamrotała. -?Ten sen.
-?Ach tak? -?Jej mąż najwyraźniej pragnął powrócić do swojej książki.
-?Śnił mi się mężczyzna...
-?Mężczyzna?
-?Wysoki, sześć stóp i cal.
-?To absurdalne; byłby olbrzymem, niezdarnym olbrzymem.
-?W jakiś sposób... -?usiłowała znaleźć właściwe słowa -?wyglądał
normalnie. Mimo swojego wzrostu. A jego oczy -?och, wiem, pomyślisz
pewnie, że to niemądre -?jego oczy były niebieskie!
-?Niebieskie oczy! Bogowie! -?wykrzyknął pan K. -?Co przyśni ci się
następnym razem? Może jeszcze miał czarne włosy?
-?Skąd wiesz? -?Była wyraźnie podniecona.
-?Wybrałem najmniej prawdopodobny kolor -?odparł chłodno.
-?Naprawdę były czarne! Miał też bardzo białą skórę... Och! Był naprawdę
niezwykły. Ubrany w dziwaczny mundur, zstąpił z nieba i przemówił do
mnie grzecznie.
Uśmiechnęła się.
-?Z nieba! Też mi bzdura!
-?Przybył w metalowej konstrukcji, lśniącej jak słońce -?wspominała.
Przymknęła oczy, próbując przywołać ulotną wizję. -?Śniłam, że patrzę w niebo, na którym rozbłysła nagle iskra, niczym moneta rzucona w powietrze. Wkrótce plama światła stała się większa i opadła miękko ku
ziemi -?długa, srebrna i zupełnie obca. W jednej ze srebrzystych ścian
otwarły się drzwi i wyszedł z nich wysoki mężczyzna.
-?Gdybyś ciężej pracowała, nie miałabyś głupich snów.
-?Nawet mi się podobał -?odparła, układając się wygodniej. -?Nigdy nie
posądzałam siebie o tak bogatą wyobraźnię. Czarne włosy, niebieskie oczy
i biała skóra! Co za dziwny człowiek, a przecież całkiem przystojny.
-?Pobożne życzenia.
-?Nie bądź taki. Nie wymyśliłam go specjalnie. Po prostu pojawił się w mojej głowie, kiedy zapadłam w drzemkę. Wszystko to zupełnie nie
przypominało snu -?było tak niespodziewane i inne. Spojrzał na mnie i powiedział: "Przybywam moim statkiem z trzeciej planety. Nazywam się
Nathaniel York...".
-?To idiotyczne imię; nikt takiego nie nosi -?zaprotestował mąż.
-?Oczywiście, że idiotyczne, pochodzi przecież ze snu -?wyjaśniła cicho.
-?I rzekł: "To Pierwsza Wyprawa Kosmiczna. W statku jest nas tylko
dwóch, ja i mój przyjaciel Bert".
-?Jeszcze jedno głupie imię.
-?Powiedział też: "Przybywamy z miasta na Ziemi; tak nazywa się nasza
planeta" -?ciągnęła dalej pani K. -?To jego słowa; Ziemia, takiej nazwy
użył. Posługiwał się też obcym językiem. W jakiś sposób zdołałam go
zrozumieć. Samym umysłem. Pewnie to telepatia.
Pan K odwrócił się, przystanął jednak na wezwanie żony.
-?Yll? -?zawołała cicho. -?Zastanawiałeś się kiedykolwiek, czy... no
cóż, czy na trzeciej planecie naprawdę żyją ludzie?
-?Trzecia planeta nie nadaje się do życia -?odparł cierpliwie mąż. -
Nasi naukowcy stwierdzili, że w jej atmosferze jest stanowczo zbyt wiele
tlenu.
-?Pomyśl jednak, czyż nie byłoby to fascynujące, gdyby rzeczywiście tam
żyli i wyruszyli w przestrzeń jakimś statkiem?
-?Naprawdę, Ylla, wiesz, że nie znoszę emocjonalnych wybuchów. Wracaj do
pracy.
* * *
Później tego samego dnia, krążąc pomiędzy szemrzącymi deszczowymi
filarami, zaczęła śpiewać piosenkę, powtarzając ją raz za razem bez
końca.
-?Co to za pieśń? -?warknął jej mąż, siadając przy ognistym stole.
-?Nie wiem. -?Uniosła zaskoczona wzrok, z niedowierzaniem zakrywając
usta dłonią.
Słońce zachodziło. W gasnącym świetle dom zamykał się niczym olbrzymi
kwiat. Między kolumnami świstał wiatr; pośrodku ognistego stołu
bulgotała kałuża srebrzystej lawy. Wiatr poruszał rdzawymi włosami
kobiety, szepcząc jej cicho do uszu. Stała w milczeniu, zapatrzona w bezkresną, płową dal morskiego dna, jakby przywoływała jakieś
wspomnienie. Jej żółte oczy były miękkie i wilgotne.
-?Wznieś toast, oczu twoich mowa uczucie me zaklina... -?zaintonowała
cicho, powoli. -?Twój pocałunek w szkle zamknięty słodszy mi jest od
wina. -?Z zamkniętymi oczyma, poruszając delikatnie dłońmi na wietrze,
zanuciła melodię.
Pieśń była bardzo piękna.
-?Nigdy wcześniej tego nie słyszałem. Sama ją ułożyłaś? -?spytał mąż,
obserwując ją uważnie.
-?Nie. Tak. Naprawdę nie wiem. -?Zawahała się, oszołomiona. -?Nie mam
nawet pojęcia, co to za słowa. Są w innym języku.
-?W jakim?
Jak odrętwiała wrzuciła porcję mięsa do bulgoczącej lawy.
-?Nie wiem. -?Po chwili wyjęła je upieczone i podała mu na talerzu. -
Pewnie wymyśliłam to wszystko. To szaleństwo. Nie mam pojęcia dlaczego.
Nie odpowiedział. Patrzył, jak topiła płaty mięsa w syczącym zbiorniku
ognia. Słońce już zaszło. Noc powoli sączyła się do pokoju, pochłaniając
kolumny i ich samych niczym ciemne wino oblewające sufit. Ich twarze
oświetlał jedynie srebrzysty blask lawy.
Kobieta znów zanuciła dziwną pieśń.
Jej mąż natychmiast zerwał się z krzesła i uniesiony gniewem wypadł z pokoju.
* * *
Później samotnie dokończył kolację.
Kiedy wstał, przeciągnął się, zerknął na nią i ziewnął.
-?Może weźmiemy płomieniste ptaki i polecimy do miasta, aby się zabawić?
-?Chyba nie mówisz poważnie? Dobrze się czujesz?
-?Co w tym takiego dziwnego?
-?Od sześciu miesięcy nie oddawaliśmy się rozrywkom.
-?Uważam, że to dobry pomysł.
-?Cóż za nagła troska? -?zdziwiła się.
-?Nie mów tak -?odparł rozdrażniony. -?Chcesz jechać czy nie?
Kobieta spojrzała na bladą pustynię. Dwa białe bliźniacze księżyce już
wzeszły. Wokół jej stóp szemrała zimna woda. Kobieta zadrżała. Jakże
pragnęła pozostać tu i siedzieć w pokoju cicho, bez ruchu, póki nie
wydarzy się to, na co czekała przez cały dzień. Rzecz nieprawdopodobna,
a przecież możliwa. W jej umyśle zadźwięczała zbłąkana nuta.
-?Ja...
-?Dobrze ci to zrobi -?nalegał. -?No chodź.
-?Jestem zmęczona -?odparła. -?Może kiedy indziej.
-?Masz tu szal. -?Podał jej ampułkę. -?Od miesięcy nigdzie się nie
wyprawialiśmy.
-?Dwa razy w tygodniu odwiedzasz miasto Xi -?przypomniała, nie patrząc
na niego.
-?W interesach -?odrzekł.
-?Ach tak? -?szepnęła do siebie.
Z ampułki wylał się płyn, błękitna mgiełka, która dygocząc, otuliła jej
szyję.
* * *
Ogniste ptaki już czekały, połyskując na gładkim, chłodnym piasku niczym
garść rozżarzonych węgli. Biały baldachim, uwiązany do ptaków tysiącem
zielonych wstążek, wydymał się na nocnym wietrze, łopocząc cicho.
Ylla ułożyła się na białym łożu, a wówczas posłuszne słowu jej męża
ptaki zerwały się z ziemi i niczym stado iskier wzleciały w mroczne
niebo. Wstęgi napięły się, pociągając baldachim. Piasek z jękiem umknął
w dal. Przepływali nad niebieskimi wzgórzami, pozostawiając za sobą swój
dom, deszczowe filary, kwiaty zamknięte w klatkach, śpiewające księgi,
szepczące na posadzkach strumienie. Kobieta nie patrzyła na męża.
Słyszała, jak wykrzykiwał coś do ptaków, gdy wznosiły się w górę niby
dziesięć tysięcy rozpalonych ognistych drobin, czerwono-żółtych
fajerwerków. Smuga ognia frunęła z wiatrem, ciągnąc za sobą biały
żagiel, samotny płatek wielkiego kwiatu.
Nie spojrzała nawet na znikające w dole martwe pradawne miasta ani na
stare kanały, wypełnione pustką i snami. Lecieli, mijając suche rzeki i jeziora, niczym cień księżyca, płonąca pochodnia.
Ylla spoglądała w niebo.
Jej mąż odezwał się cicho.
Patrzyła w dal.
-?Słyszałaś, co powiedziałem?
-?Co?
Powoli wypuścił powietrze.
-?Mogłabyś uważać.
-?Myślałam o czymś.
-?Nigdy nie przypuszczałem, że pociąga cię natura, a przecież dziś
wyraźnie zapatrzyłaś się w niebo -?rzekł.
-?Jest bardzo piękne.
-?Zastanawiałem się... -?oznajmił wolno mąż. -?Pomyślałem, że może
zadzwonię dziś do Hullego. Chciałbym go uprzedzić, że wybierzemy się w Góry Błękitne i spędzimy tam tydzień czy dwa. Na razie to tylko pomysł,
ale...
-?Góry Błękitne! -?Jej dłoń zacisnęła się na skraju żagla.
-?To tylko luźna propozycja.
-?Kiedy chcesz jechać? -?spytała, dygocząc.
-?Może jutro rano? Wiesz, lepiej zacząć od razu i tak dalej -?odparł,
jak gdyby nigdy nic.
-?Ale przecież nie jeździmy tam tak wcześnie w roku!
-?Uznałem, że moglibyśmy spróbować. -?Uśmiechnął się. -?Wyjazd dobrze
nam zrobi. Trochę spokoju i ciszy, no wiesz. Nie masz chyba innych
planów? Pojedziemy, prawda?
Kobieta odetchnęła, odczekała chwilę, po czym odparła:
-?Nie.
-?Co takiego?! -?Jego krzyk spłoszył ptaki. Żagiel zakołysał się
gwałtownie.
-?Nie -?powtórzyła stanowczo. -?Już zdecydowałam. Nie jadę.
Zmierzył ją wzrokiem. Potem już nie rozmawiali. Odwróciła głowę.
Ptaki frunęły dalej, dziesięć tysięcy ognistych różdżek unoszonych
wiatrem.
* * *
O świcie promienie słońca przenikające przez kryształ kolumn stopiły
opar podtrzymujący śpiącą Yllę. Przez całą noc unosiła się nad podłogą
na miękkim posłaniu z mgły wylewającej się ze ścian. Uśpiona, pławiła
się w nurcie milczącej rzeki niczym łódź niesiona falą przypływu. Teraz
słońce wypaliło opar, poziom mgły obniżył się, składając kobietę na
brzegu jawy.
Otwarła oczy i ujrzała nad sobą męża.
Wyglądał, jakby stał nad nią od paru godzin, obserwując ją. Nie
wiedziała dlaczego, nie potrafiła jednak spojrzeć mu prosto w oczy.
-?Znów miałaś majaki -?oznajmił. -?Mówiłaś przez sen i obudziłaś mnie.
Naprawdę uważam, że powinnaś pomówić z doktorem.
-?Nic mi nie jest.
-?Paplałaś jak najęta.
-?Naprawdę? -?zdumiała się.
W pokoju panował chłód poranka. Gdy tak leżała, czuła, jak wypełnia ją
szary brzask.
-?Co ci się śniło?
Zastanowiła się przez moment, usiłując sobie przypomnieć.
-?Statek. Znów przybył z nieba, wylądował i wyszedł z niego wysoki
mężczyzna, który przemówił do mnie, żartując i śmiejąc się. To było
bardzo przyjemne.
Pan K dotknął kolumny. Natychmiast wystrzeliły z niej fontanny ciepłej
parującej wody, przeganiając chłód. Twarz mężczyzny niczego nie
wyrażała.
-?A potem -?ciągnęła dalej kobieta -?ten człowiek o dziwnym imieniu,
Nathaniel York, powiedział, że jestem piękna, i... pocałował mnie.
-?Ha! -?wykrzyknął mąż, gwałtownie odwracając głowę. Jego szczęki
zacisnęły się nagle.
-?To tylko sen -?rzuciła z rozbawieniem.
-?Zatrzymaj swoje głupie babskie sny dla siebie!
-?Zachowujesz się jak dziecko. -?Odchyliła głowę, wsparta na resztce
chemicznego oparu. Po chwili zaśmiała się cicho. -?Przypomniałam sobie
coś jeszcze z tego snu -?wyznała.
-?Co to było? Co?! -?wykrzyknął.
-?Yll, jesteś strasznie zły.
-?Powiedz mi! -?zażądał. -?Nie możesz mieć przede mną sekretów.
Spoglądał na nią z góry z gniewną, zachmurzoną twarzą.
-?Nigdy dotąd takim cię nie widziałam -?odparła z mieszaniną zdumienia i rozbawienia. -?To nic wielkiego. Ten nieznajomy, Nathaniel York,
powiedział mi... cóż, powiedział, że zabierze mnie na swój statek i dalej, w niebo, że polecę z nim na jego planetę. To naprawdę śmieszne.
-?Ach tak, śmieszne! -?krzyknął. -?Powinnaś posłuchać samej siebie.
Łasiłaś się do niego, rozmawiałaś z nim, śpiewałaś. Och, bogowie, trzeba
było siebie słyszeć!
-?Yll!
-?Kiedy ląduje? Gdzie posadzi swój przeklęty statek?
-?Yll, nie podnoś głosu.
-?Niech licho porwie mój głos! -?Nachylił się nad nią sztywno. -?A w twoim śnie -?chwycił przegub żony -?czyż statek nie wylądował tu, w Zielonej Dolinie? Odpowiedz!
-?Ależ tak...
-?I to dziś po południu, prawda? -?nalegał.
-?Owszem, tak mi się zdaje. Ale tylko we śnie!
-?No -?odepchnął jej rękę -?przynajmniej mówisz prawdę. Słyszałem każde
słowo, które wypowiedziałaś we śnie. Cały czas wspominałaś dolinę.
Oddychając głośno, wędrował pomiędzy filarami niczym człowiek oślepiony
błyskawicą. Powoli jego oddech wracał do normy. Kobieta patrzyła na
niego, jakby oszalał. Wreszcie wstała i podeszła do męża.
-?Yll -?szepnęła.
-?Nic mi nie jest.
-?Jesteś chory.
-?Nie. -?Zmusił znużoną twarz do uśmiechu. -?To tylko dziecinada. Wybacz
mi, kochana. -?Poklepał ją lekko. -?Ostatnio zbyt wiele pracowałem.
Przepraszam. Chyba położę się na chwilę.
-?Byłeś taki podekscytowany.
-?Już mi przeszło. Wszystko w porządku. -?Wypuścił powietrze. -
Zapomnijmy o tym. Wiesz, wczoraj słyszałem dowcip o Uelu. Zamierzałem ci
go powtórzyć. Co powiesz na to, żebyś przyrządziła śniadanie, a ja
opowiem dowcip i nie wspomnimy już o tym więcej?
-?To był tylko sen.
-?Oczywiście. -?Mechanicznie pocałował ją w policzek. -?Tylko sen.
* * *
W południe gorące słońce stało wysoko na niebie. Wzgórza migotały w jego
blasku.
-?Nie wybierasz się do miasta? -?spytała Ylla.
-?Do miasta? -?Lekko uniósł brwi.
-?Przecież dzisiaj jest dzień, kiedy zawsze jeździsz do miasta. -
Poprawiła stojącą na postumencie kwietną klatkę. Kwiaty poruszyły się,
otwierając zgłodniałe żółte pyszczki.
Zamknął książkę.
-?Nie. Jest za gorąco i zbyt późno.
-?Ach tak. -?Zostawiwszy klatkę, ruszyła ku drzwiom. -?Niedługo wrócę.
-?Chwileczkę! Dokąd idziesz?
Odwróciła się już w progu.
-?Do Pao. Zaprosiła mnie.
-?Dziś?
-?Dawno jej nie widziałam. To niedaleko.
-?W Zielonej Dolinie, prawda?
-?Owszem. Krótki spacerek. Pomyślałam, że... -?Potok pośpiesznych słów
nagle się urwał.
-?Przepraszam, naprawdę przepraszam. -?Mąż podbiegł do niej i wprowadził
ją do środka, niezwykle zakłopotany własnym roztargnieniem. -?Wyleciało
mi to z głowy. Zaprosiłem na dziś doktora Nlle.
-?Doktora Nlle!
Cofnęła się w stronę drzwi.
Chwycił ją za łokieć i pociągnął ku sobie.
-?Tak, ale Pao...
-?Pao może zaczekać, Ylla. Musimy przyjąć Nllego.
-?Tylko na chwilę...
-?Nie, Ylla.
-?Nie?
Potrząsnął głową.
-?Nie. Zresztą Pao wcale nie mieszka tak blisko. Po drugiej stronie
Zielonej Doliny, za Wielkim Kanałem, i jeszcze dalej. Zgadza się?
Wkrótce będzie bardzo gorąco. A poza tym doktor Nlle ucieszy się na twój
widok. I co?
Nie odpowiedziała. Pragnęła wyrwać się i uciec. Krzyczeć na głos.
Jednakże usiadła tylko na krześle, powoli wyłamując palce i wpatrując
się w nie bez wyrazu, schwytana w pułapkę.
-?Ylla? -?mruknął. -?Będziesz tu, prawda?
-?Tak -?odparła po długiej chwili. -?Będę.
-?Przez całe popołudnie?
Jej głos zabrzmiał głucho.
-?Przez całe popołudnie.
* * *
Czas mijał, a doktor Nlle się nie pojawił. Mąż Ylli nie był tym
specjalnie zdumiony. Późnym popołudniem mruknął coś, podszedł do szafy i wyjął z niej złowrogą broń -?długą żółtawą tuleję, zakończoną miechem i spustem. Gdy się odwrócił, zobaczyła, że jego twarz zakrywa wykuta ze
srebrzystego metalu beznamiętna maska, którą zakładał zawsze, kiedy
pragnął zachować dla siebie swe uczucia; maska przylegała dokładnie do
kanciastych policzków, podbródka i czoła. Metal lśnił, a mąż Ylli
obracał w dłoniach broń. Strzelba brzęczała nieustannie niczym ogromny
owad. Za naciśnięciem spustu wyrzucała z siebie z piskiem roje
złocistych pszczół -?straszliwych pszczół, które wbijały w ofiarę
zatrute żądła i padały martwe na piasek niczym garść suchych nasion.
-?Dokąd idziesz? -?spytała.
-?Proszę? -?Mężczyzna przyłożył ucho do miecha, zasłuchany w złowieszcze
bzyczenie. -?Skoro doktor Nlle się spóźnia, nie zamierzam na niego
czekać. Wybiorę się na polowanie. Wkrótce wrócę. Ty jednak zostaniesz
tu, prawda? -?Srebrzysta maska rozbłysła.
-?Tak.
-?Powiedz doktorowi, że niedługo się zjawię. To tylko drobne polowanie.
Trójkątne drzwi się zamknęły. Odgłos jego kroków ucichł za wzgórzem.
Odprowadzała go wzrokiem, póki nie zniknął wśród plam słonecznego
blasku. Następnie podjęła codzienną pracę, rozrzucając magnetyczny pył i zbierając owoce wyrastające z kryształowych ścian. Oddawała się swym
zajęciom z energią i zapałem, od czasu do czasu jednak ogarniało ją
zobojętnienie -?i nagle uświadamiała sobie, że śpiewa ową dziwną,
wpadającą w ucho pieśń i spogląda poprzez kolumny z kryształu w niebo.
Wstrzymywała oddech, stając bez ruchu. Czekała.
Zbliżało się.
Mogło nastąpić w każdej chwili.
Czuła się zupełnie jak w jeden z tych dni, kiedy słyszymy nadciągającą
burzę. Wokół panuje pełna napięcia cisza i nagle ciśnienie zmienia się
niepostrzeżenie, w miarę jak burza wędruje nad ziemią wśród podmuchów
wiatru, kłębów mgły i cieni. Powietrze napiera nam na uszy, kiedy tak
tkwimy zawieszeni w oczekiwaniu na nadejście burzy. Zaczynamy dygotać.
Niebo ciemnieje, jego barwa pogłębia się, chmury gęstnieją; góry
nabierają odcienia stali. Zamknięte w klatkach kwiaty wydają z siebie
słabe ostrzegawcze westchnienia. Czujemy, jak nasze włosy powoli się
poruszają. Gdzieś w domu zegar wyśpiewuje cicho: "Czas, czas, czas,
czas..." niczym woda skapująca na aksamit.
A potem przychodzi burza. Elektryczny blask, zasłony ciemności pełnej
odgłosów czerni opadają na ziemię, zamykając ją na zawsze w swych
objęciach.
Tak było i teraz. Zbierało się na burzę, choć niebo pozostało czyste.
Lada moment miał błysnąć piorun, choć nie było ani śladu chmur.
Ylla wędrowała po wyczekującym letnim domu. Błyskawica mogła zajaśnieć w każdej chwili; grom, chmura dymu i cisza, a potem kroki na ścieżce,
stukanie do kryształowych drzwi, ona zaś pobiegnie, by otworzyć...
Oszalałaś, Ylla!, upomniała samą siebie. Po co zaprzątasz swój próżny
umysł zwariowanymi myślami?
I wówczas to się zdarzyło.
W powietrzu rozeszła się fala gorąca, jakby po niebie przeleciał potężny
ogień. Rozległ się wibrujący świst. Na niebie rozbłysła metaliczna
iskierka.
Ylla krzyknęła na głos.
Przebiegając między filarami, szeroko rozwarła drzwi i spojrzała wprost
na wzgórza. Jednakże do tej chwili wszystko już zniknęło.
Zamierzała ruszyć biegiem w dół zbocza, powstrzymała się jednak. Miała
tu zostać, nigdzie nie odchodzić. Mąż pogniewałby się, gdyby odeszła, a lekarz przybył z wizytą.
Czekała przy drzwiach, oddychając szybko, wyciągając przed siebie rękę.
Wytężając wzrok, spoglądała w stronę Zielonej Doliny, nic jednak nie
dostrzegła.
Niemądra kobieta. Wróciła do środka. Ty i twoja wyobraźnia, pomyślała.
Nic tam nie było, tylko ptak, liść, wiatr, a może ryba w kanale. Usiądź.
Odpocznij.
Usiadła.
W dali huknął strzał.
Wyraźny, ostry dźwięk złowieszczej owadziej strzelby.
Całe jej ciało szarpnęło się konwulsyjnie.
Odgłos dochodził z bardzo daleka. Jeden strzał. Błyskawiczny bzyk
odległych pszczół. Jeden. A potem drugi, chłodny, dokładny i odległy.
Jej ciało sprężyło się ponownie i z niewiadomych przyczyn skoczyło na
równe nogi, krzycząc, krzycząc bez ustanku. Jak opętana przebiegła przez
dom i ponownie szeroko otwarła drzwi.
Echa zamierały w dali.
Ucichły.
Przez pięć minut z poważną twarzą czekała na podwórzu. Wreszcie,
stąpając powoli, ze zwieszoną głową, zaczęła wędrować po pełnych kolumn
pomieszczeniach, kładąc dłonie na najróżniejszych przedmiotach. Jej
wargi drżały. W końcu usiadła. W pokoju dziennym zapadał zmrok i Ylla
przetarła rąbkiem szala bursztynowe szkło.
I wówczas usłyszała dobiegający z dala odgłos kroków po kamykach.
Podniosła się z miejsca, stając pośrodku cichego pokoju. Kieliszek
wypadł z jej palców i roztrzaskał się na kawałki.
Tuż przed drzwiami kroki przystanęły.
Czy powinna przemówić? Może wykrzyknąć: "Wejdź, ach, wejdź!"?
Postąpiła parę kroków naprzód.
Czyjaś dłoń przekręciła zatrzask.
Ylla uśmiechnęła się w stronę wejścia.
Drzwi otwarły się i uśmiech kobiety zniknął.
To był jej mąż. Srebrna maska lśniła martwym blaskiem. Wszedł do pokoju
i przez moment przyglądał się jej, po czym otworzył miech strzelby i wytrząsnął z niego dwie martwe pszczoły, które z plaskiem uderzyły o podłogę. Rozdeptał je i umieścił pustą broń w rogu pomieszczenia,
podczas gdy Ylla nachyliła się, próbując zebrać odłamki strzaskanego
szkła -?bez powodzenia.
-?Co porabiałeś? -?spytała.
-?Nic -?odparł zwrócony do niej plecami. Powoli zdjął maskę.
-?Ale strzelba... Słyszałam, jak strzelałeś. Dwukrotnie.
-?Tylko polowałem. Od czasu do czasu lubię to. Czy przyjechał już doktor
Nlle?
-?Nie.
-?Chwileczkę. -?Z niesmakiem pstryknął palcami. -?Teraz dopiero sobie
przypominam. Ma nas odwiedzić jutro po południu. Co za dureń ze mnie.
Usiedli do posiłku. Ylla spojrzała na jedzenie, nie sięgając po nie.
-?Co się stało? -?spytał, całkowicie zaabsorbowany zanurzaniem mięsa w bulgoczącej lawie.
-?Nie wiem. Nie jestem głodna -?odparła.
-?Czemu?
-?Nie mam pojęcia; po prostu nie jestem.
Na dworze zrywał się wiatr; słońce zachodziło. Mały pokój wydał jej się
nagle nieprzyjemnie zimny.
-?Próbowałam sobie przypomnieć -?rzekła w ciszy do siedzącego
naprzeciwko chłodnego, sztywnego, złotookiego męża.
-?Przypomnieć sobie? Co? -?Pociągnął łyk wina.
-?Tę pieśń. Tę piękną wzruszającą pieśń. -?Przymknęła oczy i zanuciła
melodię, jednakże nie tę, o której wspomniała. -?Zapomniałam ją. A to
dziwne, bo wcale tego nie chcę. Pragnę na zawsze zapamiętać te słowa. -
Poruszyła rękami, jakby rytm mógł jej pomóc przypomnieć sobie zapomniane
strofy. Po chwili odchyliła się na krześle. -?Nie pamiętam -?szepnęła
przez łzy.
-?Czemu płaczesz? -?spytał.
-?Nie wiem, nie wiem, ale nie mogę się powstrzymać. Jest mi smutno, nie
mam pojęcia dlaczego. Płaczę i nie wiem czemu. Ale nie mogę przestać.
Skryła twarz w dłoniach; jej ramiona unosiły się i opadały.
-?Jutro wszystko będzie dobrze -?rzekł.
Nie patrzyła na niego. Widziała przed sobą jedynie pustkowie i oślepiająco jasne gwiazdy, rozbłyskujące na czarnym niebie. Z dali
dobiegł ją skowyt wiatru i szum zimnych wód w długich kanałach.
Dygocząc, zamknęła oczy.
-?Tak -?powiedziała. -?Jutro wszystko będzie dobrze.
Sierpień 1999: ziemianie
sierpień 1999:
ziemianie
Ktokolwiek dobijał się do ich domu, nie miał zamiaru przestać. Pani Ttt
gwałtownie otwarła drzwi.
-?Słucham?
-?Mówi pani po angielsku? -?Stojący przed nią mężczyzna wydawał się
zaskoczony.
-?Mówię jak mówię -?odparła.
-?To cudowna angielszczyzna!
Nieznajomy miał na sobie mundur. Towarzyszyło mu trzech innych, wyraźnie
podekscytowanych mężczyzn. Uśmiechali się; ich stroje pokrywał kurz.
-?Czego chcecie? -?spytała pani Ttt.
-?Pani jest Marsjanką! -?Mężczyzna uśmiechnął się do niej. -?Z pewnością
to słowo nic dla pani nie znaczy. Pochodzi z języka Ziemian. -?Skinął
głową w stronę swych towarzyszy. -?Przybywamy z Ziemi. Ja jestem kapitan
Williams. Niecałą godzinę temu wylądowaliśmy na Marsie. I oto jesteśmy!
Druga Wyprawa! Przed nami była Pierwsza Wyprawa, nie wiemy jednak, co
się z nią stało. Ale my dotarliśmy tutaj. A pani jest pierwszą
Marsjanką, jaką spotkaliśmy!
-?Marsjanką? -?Jej brwi powędrowały w górę.
-?Chcę przez to powiedzieć, że mieszka pani na czwartej planecie od
Słońca. Zgadza się?
-?To oczywiste -?warknęła, mierząc go wzrokiem.
-?A my -?przycisnął do piersi pulchną różową dłoń -?pochodzimy z Ziemi.
Zgadza się, chłopcy?
-?Tak jest! -?zawtórowali mu chórem.
-?To jest planeta Tyrr -?poinformowała ich -?jeśli chcecie użyć
właściwej nazwy.
-?Tyrr, Tyrr. -?Kapitan zaśmiał się ze znużeniem. -?Cóż za piękna nazwa!
Ale, moja dobra kobieto, jak to możliwe, że mówi pani po angielsku?
-?Ja nie mówię, ja myślę -?odparła. -?Telepatia! Miłego dnia!
I zatrzasnęła drzwi.
Chwilę później ów okropny mężczyzna znów zaczął stukać.
Szarpnęła klamkę.
-?Co znowu? -?spytała.
Mężczyzna nadal tam stał, oszołomiony, i próbował się uśmiechnąć.
Wyciągnął ku niej ręce.
-?Chyba pani nie rozumie...
-?Czego? -?prychnęła.
Spojrzał na nią zdumiony.
-?Przybywamy z Ziemi!
-?Nie mam czasu -?odparła. -?Czeka mnie dziś mnóstwo gotowania. Poza tym
muszę posprzątać, przeszyć parę rzeczy. Pewnie chcecie zobaczyć się z panem Ttt; jest na górze, w swoim gabinecie.
-?Zgoda -?odparł Ziemianin, wyraźnie zagubiony. -?Chętnie spotkamy się z panem Ttt.
-?Jest zajęty. -?Znów trzasnęła drzwiami.
Tym razem pukanie zabrzmiało wyjątkowo impertynencko.
-?Proszę posłuchać! -?krzyknął mężczyzna na jej widok i podskoczył,
jakby chciał ją przerazić. -?Nie tak traktuje się gości!
-?Moja czysta podłoga! -?zawołała. -?Błoto! Wynocha! Jeśli chcecie wejść
do mojego domu, najpierw umyjcie buty.
Mężczyzna spojrzał z desperacją na swe zabłocone nogi.
-?Nie czas na trywialne rozmówki -?rzekł. -?Powinniśmy raczej świętować.
Przez długą chwilę przyglądał się jej, jakby wzrok mógł sprawić, by
zrozumiała znaczenie jego słów.
-?Jeśli przez was opadną mi kryształowe bułeczki w piekarniku -?rzuciła
-?zbiję was kawałkiem drewna. -?Zajrzała do rozgrzanego piekarnika, po
czym wróciła zdyszana, zaczerwieniona. Jej oczy płonęły jaskrawą żółcią,
skóra była jasna i brązowa, ruchy smukłej postaci szybkie jak u owada.
Głos brzmiał ostro, metalicznie. -?Zaczekajcie tu. Zobaczę, czy pan Ttt
zechce was przyjąć. W jakiej sprawie przychodzicie?
Mężczyzna zaklął z ponurą miną, jakby wymierzyła mu cios młotkiem w rękę.
-?Proszę mu powtórzyć, że przybywamy z Ziemi i że nigdy wcześniej tego
nie dokonano.
-?Czego? -?Uniosła brązową dłoń. -?Nieważne. Zaraz wrócę.
Odeszła. Jeszcze przez chwilę słyszeli tupot jej stóp na kamiennej
posadzce.
Na zewnątrz niewiarygodnie niebieskie marsjańskie niebo było gorące i nieruchome niczym ciepły głęboki ocean. Marsjańska pustynia drzemała pod
nim jak rozpalony gliniany garnek. Z jej piasku wznosiły się fale
rozedrganego powietrza. Na zboczu pobliskiego wzgórza leżała niewielka
rakieta. Wyraźne ślady stóp prowadziły od niej aż do drzwi pierwszego
domu.
Na górze rozległy się odgłosy kłótni. Mężczyźni czekający za progiem
spojrzeli po sobie, przestępując z nogi na nogę, pstrykając palcami i zatykając kciuki za pasy na biodrach. Męski głos wykrzyknął coś
gniewnie. Odpowiedział mu głos kobiety. Po jakimś kwadransie znudzeni
wyczekiwaniem Ziemianie zaczęli wchodzić i wychodzić kuchennymi
drzwiami.
-?Papierosa? -?zaproponował jeden z nich.
Jego kolega wyjął paczkę. Zapalili, wypuszczając z ust długie smużki
bladego dymu. Wygładzali mundury, poprawiali kołnierze. Głosy na górze
mamrotały coś, podśpiewywały. Dowódca przybyszów zerknął na zegarek.
-?Dwadzieścia pięć minut -?rzekł. -?Zastanawiam się, co tam robią.
Podszedł do okna i wyjrzał.
-?Upalny dzień -?zauważył jeden z ludzi.
-?Owszem -?przytaknął drugi.
Było wczesne leniwe popołudnie. Głosy opadły do szeptu, by po chwili
zupełnie zamilknąć. W całym domu nie rozbrzmiewał nawet najsłabszy
dźwięk. Mężczyźni słyszeli jedynie własne oddechy.
Minęła godzina.
-?Mam nadzieję, że nie spowodowaliśmy żadnych kłopotów.
Kapitan przeszedł przez kuchnię i zajrzał do salonu.
Pani Ttt była tam; podlewała kwiaty rosnące pośrodku pomieszczenia.
-?Wiedziałam, że o czymś zapomniałam -?westchnęła na widok kapitana,
przechodząc do kuchni. Podała mu skrawek papieru. -?Pan Ttt jest zbyt
zajęty -?oznajmiła, wracając do gotowania. -?Zresztą to nie z nim
powinniście się zobaczyć, tylko z panem Aaa. Zanieście tę kartkę na
następną farmę nad Błękitnym Kanałem. Pan Aaa wyjaśni wam wszystko, co
chcecie wiedzieć.
-?Nie chcemy niczego wiedzieć -?zaprotestował kapitan, wydymając grube
wargi. -?My już wiemy.
-?Macie kartkę, na co jeszcze czekacie? -?spytała. Potem nie odezwała
się już ani słowem.
-?No cóż -?powiedział z wahaniem kapitan. Przez chwilę stał, jakby na
coś czekał. Wyglądał jak dziecko patrzące na ogołoconą z ozdób choinkę.
-?Cóż, chodźcie, chłopcy.
Czterej mężczyźni wyszli na dwór, w gorący i cichy dzień.
* * *
W pół godziny później pan Aaa, który siedział w bibliotece, sącząc
elektryczny ogień z metalowej filiżanki, usłyszał głosy dobiegające z kamiennej grobli. Wychyliwszy się przez okno, ujrzał czterech mężczyzn w mundurach, którzy przyglądali mu się, mrużąc oczy.
-?Czy pan nazywa się Aaa?! -?zawołali.
-?Owszem.
-?Pan Ttt przysłał nas do pana! -?krzyknął kapitan.
-?Niby czemu?! -?ryknął pan Aaa.
-?Był zajęty!
-?To ci nowina. -?Głos pana Aaa ociekał sarkazmem. -?Czyżby uważał, że
nie mam nic lepszego do roboty -?niż przyjmować jakichś ludzi, bo on
jest zbyt zajęty?
-?Nie o to chodzi! -?zawołał kapitan.
-?Dla mnie o to. Mam mnóstwo zaległych lektur. Pan Ttt zachował się
nietaktownie, zresztą już nie pierwszy raz. Niech pan przestanie machać
rękami, póki nie skończę. I proszę słuchać uważnie. Zazwyczaj kiedy
mówię, ludzie słuchają, co mam do powiedzenia. Mógłby pan okazać
odrobinę uprzejmości.
Czterej mężczyźni na podwórku poruszyli się niespokojnie, otwierając
usta. W oczach kapitana błysnęły łzy, na jego skroniach wystąpiły żyły.
-?I co -?ciągnął dalej pan Aaa -?czy według was podobna nieuprzejmość
może ujść panu Ttt płazem?
Czterej mężczyźni patrzyli na niego przez zasłonę gorąca. Wreszcie
kapitan rzekł:
-?Przybywamy z Ziemi!
-?To naprawdę okropny brak wychowania -?zastanawiał się dalej pan Aaa.
-?Rakietą. Przylecieliśmy rakietą. Aż tutaj!
-?Ttt już nie pierwszy raz okazuje brak szacunku.
-?Całą drogę z Ziemi.
-?Na mój rozum zadzwonię do niego i powiem mu, co o tym myślę.
-?Tylko nas czterech; ja i ci trzej ludzie, moja załoga.
-?Zadzwonię, tak, to właśnie zrobię.
-?Ziemia. Rakieta. Ludzie. Podróż. Kosmos.
-?Zadzwonię i powiem raz, a dobrze! -?krzyknął pan Aaa, po czym zniknął
niczym kukiełka ze sceny.
Po minucie zabrzmiały podniesione głosy, przekazywane przez jakieś
tajemnicze urządzenie. W dole kapitan i jego załoga spoglądali z utęsknieniem na leżącą na zboczu rakietę, jakże uroczą, słodką, znajomą.
Pan Aaa gwałtownie uniósł szybę; jego twarz przybrała szalony
triumfujący wyraz.
-?Wyzwałem go na pojedynek, na bogów! Pojedynek!
-?Panie Aaa... -?przerwał mu łagodnie kapitan.
-?Zastrzelę go, słyszycie?!
-?Panie Aaa, chciałbym coś panu powiedzieć. Przebyliśmy sześćdziesiąt
milionów mil.
Pan Aaa przyjrzał mu się uważnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki