- Kochanie, o czym myślisz? - zagadnąłem Asię, która zamiast pakować się do wyjazdu do cioci, zastygła w bezruchu.
- Nic takiego - odezwała się po kilku sekundach. - Przypomniał mi się wieczór panieński Oli i to, jak jej się film urwał.
- Jak to urwał? - zapytałem. - Przecież ona jest w ciąży!
- Nie było alkoholu, a padła, bo urządziłyśmy jej niezły... hmm... poligon.
- Co masz na myśli? - dopytywałem.
- Poligon doświadczalny. Szczegółów ci nie zdradzę - zastrzegła. - Wystarczy, że będziesz wiedział, że jako motyw przewodni wykorzystałyśmy wątek z powieści. Konkretnie odwzorowałyśmy wieczór panieński Elżbiety. Przywieźliśmy wystarczająco dużo informacji od rodziny pierwowzorów, by móc zorganizować coś podobnego.
- Rozumiem... chyba.
- Co tu jest do rozumienia? - zdziwiła się moja żona. Westchnęła i z łobuzerskim uśmiechem pogroziła mi palcem.
- Może i nic takiego, ale czy naprawdę wtedy wieczory panieńskie były aż tak wyczerpujące? - drążyłem temat.
- Nie powiem - oznajmiła ze śmiechem. - Widocznie tak, skoro Ola chwilę po dwudziestej trzeciej położyła się na chwilę na śpiworach w indiańskiej wiosce i zasnęła jak kamień.
- To dlatego znalazłem cię w sianie - wykrztusiłem, z trudem zachowując powagę.
- Ja nie spałam - zaprotestowała. Odłożyła to, co trzymała w rękach, i władowała mi się na kolana.
- Nic takiego nie powiedziałem. Po co tam poszłaś?
- Tajemnica - wyszeptała, kradnąc całusa.
- Ja ci dam tajemnicę - zażartowałem.
- Wolałabym, byś dał mi coś innego - oznajmiła z niewinną miną.
- Co byś chciała?
- Pozwolenie na zrobienie demolki w mieszkaniu.
- Co to, to nie - zaprotestowałem stanowczo. - Wystarczy mi twojego szaleństwa w maju. Na cholerę brałaś się sama za mierzenie?
- Miałam laserową miarkę.
- Zapytam inaczej. Na cholerę nawet z tą laserową miarką pchałaś się pod sufit? I to bez mojej asekuracji - uściśliłem, zgrzytając zębami.
- Przecież nic się nie stało - broniła się cicho, wyginając usta w podkówkę.
- Można to i tak ująć... - Ta mina spowodowała, że szybko, acz niechętnie, przyznałem jej rację, choć mój protest, poza obawą o bezpieczeństwo żony, miał inne podstawy. - Ale i tak nie powinnaś się narażać - dodałem stanowczym głosem.
- Dobrze, już dobrze - poddała się z ciężkim westchnieniem. - Na papierze mogę projektować?
- Na papierze tak - przyzwoliłem. - W wolnej chwili poszukam planów, które dostałem razem z aktem notarialnym - obiecałem. - A teraz złaź. Musimy się spakować.
- Właśnie to robiłam, gdy mnie zagadałeś.
- Według twoich słów nie pakowałaś się, ale wspominałaś. Patrzyłem na ciebie przez dłuższą chwilę i nawet nie drgnęłaś.
- Czepiasz się, skarbie - prychnęła i wstała. - Otworzysz? - spytała, podając mi słoik z grzybkami w occie.
Przytaknąłem i po chwili razem z otwartym już słoikiem podałem jej widelczyk.