WOJNA
kolejny tom KRONIK JEDNOROŻCAjuż wkrótce w księgarniach
Tyły szpitala różniły się znacznie od jego frontu. Czteropiętrowy, pamiętający czasy Drugiej Rzeczypospolitej gmach odnowiono tylko od strony ulicy, jak kiedyś budynki na trasach przejazdu papieża. Wystarczyło przejść przez bramę jednej z przyległych, przeznaczonych do rozbiórki kamienic, by trafić do zupełnie innego świata.
Zdewastowane podwórze mogło służyć za plan filmu wojennego, a nawet postapokaliptycznego, szczególnie ta jego część, która znajdowała się za murem oddzielającym niewielki ogród lecznicy od wysypiska śmieci i gruzu, w jakie ekipy budowlane zamieniły teren pomiędzy rzędem zrujnowanych kamienic i na wpół rozebranych oficyn.
W takim miejscu nie powinno być żywej duszy, zwłaszcza o tej porze w niedzielę, lecz Mundek doskonale wiedział, że nie jest sam. Miał przed sobą pięć osób, których nie zobaczy jeszcze przez co najmniej minutę, dopóki nie minie załomu ogrodzenia przy pokrytej liszajami poczerniałego tynku ścianie najbliższego z rozbieranych budynków. Nie zwolnił jednak, uśmiechnął się tylko pod nosem.
Tego mu było trzeba.
* * *
Pojawienie się starszego mężczyzny w idealnie skrojonym białym garniturze, ani trochę niepasującego do tej scenerii, zaskoczyło czterech młodych mężczyzn otaczających półkolem klęczącą na betonie zapłakaną dziewczynę, przed którą leżał zakrwawiony pies.
- Panowie! - Przybysz powitał miejscową żulię szerokim, choć niezbyt przyjaznym uśmiechem.
Czwórka dresiarzy zmierzyła go pogardliwym wzrokiem. Stary, chudy jak szczapa, odstrzelony lepiej niż stróż w Boże Ciało nie mógł stanowić zagrożenia, zwłaszcza że na pewno nie miał przy sobie broni. Zdejmując marynarkę i przewieszając ją przez ramię, odsłonił ściśle przylegającą do ciała kamizelkę, a do tego obrócił się, gdy kawał tynku odpadł od na wpół zburzonej ściany, dzięki czemu przekonali się, że nie ukrył pistoletu za paskiem z tyłu.
- Wypad! - warknął Byku, najpostawniejszy z czwórki oprychów, dwudziestoletni nieformalny przywódca zalążka blokerskiego gangu. Wskazał przy tym najbliższą bramę zakrwawionym prętem zbrojeniowym.
- Nie przeszkadzajcie sobie. - Lis zignorował polecenie, rozglądając się za miejscem, gdzie mógłby usiąść.
Miał do wyboru ułożone w stos belki stropowe z rozbieranej przedwojennej oficyny i przewróconą na bok pordzewiałą skrzynię. Zdecydował się na drewno, choć nie było o wiele czystsze od metalu. Ponieważ wszystko, czego by tutaj dotknął, musiało pozostawić ślad na jego nowym garniturze, przysiadł najostrożniej jak umiał na wyciągniętej z kieszeni sporej lnianej chusteczce.
- Spierdalaj, i to już! - Oprych poczuł się dotknięty tak jawnym lekceważeniem.
Pozował na twardziela - dwa lata poprawczaka, potem odsiadka półrocznego wyroku za kradzież z włamaniem stawiały go wysoko w hierarchii lokalnego dresiarstwa - nie mógł więc sobie pozwolić na podobne traktowanie. Zwłaszcza w obecności leszczy, których urabiał od miesięcy.
- Wypalę jednego i znikam, macie moje słowo - zapewnił obojętnym tonem Mundek.
- Ty jakiś niedorozwój jesteś? - Rozjuszony Byku ruszył w jego kierunku, ale po dwóch krokach dotarło do niego, że nie tak to powinien rozegrać. - Zyga! - Spojrzał przez ramię na skołtunionego rudzielca, który nie sięgał mu nawet do pachy. - Pochlastaj zgreda, jeśli nie ruszy dupy.
Lis zapalił w tym czasie papierosa i zaciągnął się głęboko, mrużąc powieki z rozkoszy, jakby siedział nie na tym zasyfionym praskim podwórzu, ale na ławce pośrodku Łazienek.
Tego mu było trzeba. Dokładnie tego.
Wywołany dresiarz wyjął z kieszeni brzytwę, starą fryzjerską mojkę, jak nazywano to zabójcze narzędzie w czasach młodości Mundka. Rozłożył ją wprawnym ruchem, szczerząc pożółkłe zęby, i machnął kilkakrotnie, jakby ciął wyimaginowanego przeciwnika. Szybki był, zwinny, mógł sprawić problemy każdemu przeciwnikowi, nawet uzbrojonemu. Na ubranym w biały garnitur starszym mężczyźnie nie zrobił jednak wrażenia, co rozjuszyło go bardziej niż zlekceważonego wcześniej Byka.
Ludzie zazwyczaj pokornieli na widok tego ostrza. Rzadko musiał taplać je we krwi, ale robił to z ochotą, nawet gdy nie było takiej konieczności. Kręciło go zadawanie bólu, uwielbiał wsłuchiwać się w błagania ofiar i napawał się ich strachem, ale dzisiaj ten dziadyga odbierał mu całą przyjemność. Zapłaci za to kilkoma naprawdę paskudnymi bliznami.
Zyga ruszył w kierunku Mundka, nie przestając wymachiwać brzytwą. Wykonywał coraz bardziej skomplikowane ewolucje, jakby chciał udowodnić, że może zrobić z nią wszystko, co zechce. Zanim postawił piąty z dwudziestu kroków, jakie dzieliły go od celu, Lis wydmuchnął siny dym po kolejnym głębokim sztachnięciu i przekrzywiwszy lekko głowę, odezwał się konwersacyjnym tonem:
- Uważaj, przyjacielu, bo jeszcze się potkniesz i sam sobie...
Zamilkł, kiedy Zyga zahaczył czubkiem buta o wystającą krawędź spękanego betonu, którym dziesiątki lat wcześniej wylano całe podwórze.
W tym właśnie momencie uzbrojona w brzytwę ręka dresiarza wykonywała ruch imitujący podcinanie gardła. To wystarczyło, by próba naśladownictwa ciałem się stała. Srebrne ostrze przecięło skórę na pokrytej rzadkim rudym zarostem szyi mniej więcej od tchawicy po nasadę ucha, przy okazji przepoławiając dobrze widoczną tętnicę. Zdziwiony Zyga przystanął, broń wypadła mu z ręki na kilka sekund przed tym, nim sam osunął się na kolana, brocząc krwią jak - nie przymierzając - zarzynana świnia. Co ciekawe, nie próbował się ratować, zupełnie jakby zaskoczenie odebrało mu władzę we wszystkich członkach. Parę chwil później stracił przytomność i zwalił się bezwładnie na twarz. Nie znieruchomiał jednak od razu - jego ciało wciąż podrygiwało, a nogi wierzgały, jakby chciał biec na leżąco.
Pozostali dresiarze stali w milczeniu jak słupy, tylko klęcząca za nimi dziewczyna zapiszczała przeraźliwie, kuląc się odruchowo, jakby to ją dosięgnęło ostrze brzytwy.
- Co jest, kurwa? - wymamrotał Dzidek, może o pół głowy niższy od Byka, ale za to dwa razy szczuplejszy. Był najbardziej rozgarnięty z całej czwórki, grał rolę prawej ręki samozwańczego szefa.
Mundek jeszcze przez chwilę przyglądał się dogorywającemu brzytwiarzowi, a gdy ten w końcu znieruchomiał, podniósł spojrzenie.
- A uprzedzałem... - rzucił beznamiętnie, zanim papieros trafił ponownie między jego wargi.
- Kim ty, kurwa, jesteś? - zapytał Byku, opuszczając pręt, którym kilka minut wcześniej zabił psa.
- Zgadujcie - odparł rozbawiony Lis.
Dresiarze popatrzyli po sobie. Nie mieli zbyt tęgich min. Jeden z nich właśnie skonał, wykrwawiając się na śmierć, a temu dziwnemu wapniakowi nawet nie drgnęła powieka.
Niezręczne milczenie przeciągało się, więc Mundek dodał:
- Dobra, panowie, mała podpowiedź. Słowo na trzy litery... - Urwał, po czym zaśmiał się szczerze ubawiony, choć nie padła żadna odpowiedź. - Nie, nie, nie. Nie to słowo. Wiem, że możecie mieć trudności z ogarnięciem... tak się chyba teraz mówi... tematu, ale słowo, o którym pomyślał jeden z was, piszemy przez "ch", żeby uniknąć rusycyzmu. Zresztą nieważne, próbujcie dalej.
Znów zaciągnął się dymem, a oni pobledli. Szczególnie Siwy, ostatni z czwórki, który na końcu języka miał wyraz wspomniany przez faceta w białym garniturze.
- To... to... - stękał skołowany Dzidek.
- Dobrze kombinujesz - pochwalił go Mundek.
- Bóg? - wybąkał chłopak grający rolę prawej ręki Byka.
- Mocne słowo, przyznaję, aczkolwiek bardzo przesadzone. Choć z waszego punktu widzenia...
Lis zawiesił głos, skupiając wzrok na klęczącej dziewczynie. Skóra wokół jej prawego oka była mocno opuchnięta i zaczynała już nabierać sinej barwy. Spojrzenie na Dzidka ujawniło jeszcze jeden szczegół. Rozpięty rozporek dryblasa, tak samo jak tok jego myśli, wskazywał dobitnie, w czym tak naprawdę przeszkodził intruz w białym garniturze.
- Ty jebana kanalio... - wysyczał Byku, zaciskając palce na kawałku pordzewiałego żelaza, które przynajmniej jego zdaniem miało po raz wtóry zakosztować krwi.
Jego towarzysze sięgnęli po noże. Nie zaczęli jednak nimi wymachiwać jak ich dopiero co zmarły kumpel - czyli nie byli aż tak głupi, na jakich wyglądali.
Mundek już otwierał usta, by odpowiedzieć na inwektywę, gdy krępującą ciszę przerwały dźwięczne tony mazurka Chopina.
- Chwileczkę... - rzucił, po czym włożył na wpół wypalonego papierosa do ust, by sięgnąć do kieszeni spodni po komórkę. Ku zdziwieniu obserwującej tę scenę dziewczyny dresiarze zastygli w pół ruchu, jakby posłuchali prośby mężczyzny. - Tak? - odezwał się zwięźle Lis. - Jestem na tyłach szpitala, a gdzie mam być. - Znów zamilkł na kilka sekund, by wysłuchać tego, co ma do powiedzenia rozmówca. - Potrzebuję jeszcze paru minut - odpowiedział nieco zniecierpliwiony. - Tak, wiem, że nie mamy dużo czasu, ale trafiłem tutaj na... drobny problem. - Przerwał, by się zaciągnąć. - Nie panikuj, Młody, to nie oni. Daj mi jeszcze pięć, maksymalnie dziesięć minut. Jak tylko sprawdzę, czy teren jest czysty, dam wam znać. Tak, wiem. Będę się śpieszył, masz moje słowo.
Komórka zniknęła w kieszeni, lecz facet w białym garniturze siedział jeszcze przez moment z przymkniętymi oczyma, jakby się nad czymś zastanawiał. Kiedy rozwarł w końcu powieki, wszystko wróciło do normy.
A raczej prawie wszystko.
Dresiarze się poruszyli, ale nie poszli dalej, stanęli tylko w bardziej naturalnych pozach. Ich twarze pobladły, czego niedoszła ofiara gwałtu nie mogła zobaczyć.
- Ech... - Sztachnąwszy się raz jeszcze, Mundek posłał niedopałek za ogrodzenie mocnym pstryknięciem. - Wiesz, Byku, jest coś, co nas łączy. I tobie, i mnie wydaje się, że mamy wszystko pod kontrolą, ale tak nie jest. Serio. Weźmy Siwego. Niby taki posłuszny, cichutki, usłużny, ale... cicha woda brzegi rwie. - Zaśmiał się, wiedząc, że nawiązanie do piosenki z jego młodości będzie zupełnie nieczytelne dla bandy prymitywów słuchających wyłącznie częstochowskich rymów, zwanych nie wiedzieć czemu rapem, w których podobni im kretyni sławili picie browarów na ławkach, rżnięcie lachonów i obijanie sobie mord. Stojący naprzeciw niego ludzie, o ile można było ich określić tym mianem, byli tak obcy, że równie dobrze mógł przemawiać do gołębi gruchających w ruinach oficyn wysoko nad ich głowami. - Zapytaj go na przykład, co robił wczoraj wieczorem - dokończył, wstając.
Byku spojrzał na kumpla, który - biały jak kreda - poruszał rytmicznie ustami.
- Ty mi tu nie odpierdalaj świątecznego karpia, tylko nawijaj! - Ostre warknięcie otrzeźwiło Siwego.
- No wiesz... Ja tylko... Ona...
- Ona? - Drągal w pasiastych spodniach od dresu i spranej koszulce ozdobionej wielkim logo Adidasa obrócił się w stronę kompana. - Jaka ona?
- Ja... no... - Spocony nieludzko Siwy ponownie się zaciął.
- Panowie, naprawdę nie mam czasu na te cyrki - wtrącił Mundek po tym, gdy już strzepnął kilkakrotnie chusteczkę, by ją złożyć i schować do kieszeni. - Mówiąc w skrócie, blondas posuwa twoją najmłodszą siostrę, i to od paru miesięcy. A gdybyś nie wiedział, po co był jej ten hajs, który wyżebrała od ciebie dwa tygodnie temu, to sprawdź ceny skrobanek u Wisiakowej, może to ci bardziej rozjaśni obraz.
Byku spurpurowiał nie tylko na twarzy, ale i na karku. Żyły wystąpiły mu na skroniach, grube, pulsujące.
- Dżesi... - wycharczał. - Śmiałeś tknąć moją siorę?!
Siwy rozglądał się w panice. Drgnął raz i drugi, jakby chciał odwrócić się i uciec, ale jego stopy nie wykonały najmniejszego ruchu. Miał wrażenie, że wrosły w beton, co dodatkowo potęgowało strach. Nie rozumiał, co się dzieje. Facet w białym garniturze wciskał kit. Nie tknął Dżesiki, nie śmiałby tego zrobić, nawet gdyby ta durna pinda raczyła go zauważyć, jednakże zamiast zaprzeczeń z jego ust wydobywał się nieartykułowany bełkot, którym ku swemu szczeremu przerażeniu potwierdzał słowa starego. Zupełnie jakby ktoś przejął kontrolę nad jego językiem.
- Gdyby numerowali tych, którym dawała dupy, pewnie nie zmieściłbym się w pierwszej setce - wypalił, także wbrew własnej woli unosząc głowę.
- Ty chuju złamany!
Byku doskoczył do niego, wykonując zamach prętem. Nie od góry, tylko z dołu. Mający prawie centymetr średnicy karbowany walec wbił się w brzuch zaskoczonego Siwego tuż pod mostkiem, przeszywając pod ostrym kątem wypełniony piwem żołądek i sięgając serca. Choć blondyn skonał na miejscu, rozjuszony prowodyr dalej okładał go prętem i kopał, nim zdołał w końcu ochłonąć.
- Ten biedny zjeb nie kłamał - rzucił rozbawionym tonem Mundek, nadal nie ruszając się spod stosu belek. - Zapytaj Dzidka.
- Co? - Byku potrząsnął głową, jakby wyrwał się z głębokiego snu.
- Jak myślisz, kto ją naraił temu siurkowi, żeby pozbyć się kłopotu?
- Co?! - powtórzył siny na twarzy dresiarz, któremu naprawdę niewiele brakowało do apopleksji.
Dzidek nie odpowiedział, uśmiechnął się tylko, przerzucając nóż z ręki do ręki. Jeszcze przed chwilą był nie mniej zaskoczony niż Siwy, którego przecież dobrze znał, ale teraz, gdy usłyszał kolejne słowa pieprzonego szkieletora w białym garniturze, poczuł nagle ochotę, by zadźgać Byka. Wszystko inne przestało mieć znaczenie, nawet fakt, że nigdy nie tknął tej chudej dziwki, choć miał na nią ochotę, bo kręciła dupą jak żadna inna szmata na dzielni, a i cyc miała cudny, nic tylko miąchać i rżnąć taką, aż dym pójdzie uszami.
Obaj byli równie szybcy i zaprawieni w walce, dlatego pierwsze ciosy i pchnięcia nie sięgnęły celu. To mógłby być naprawdę pasjonujący pojedynek, ale Lis nie miał czasu. Pozwolił im więc tylko na minutę swobodnego starcia, a gdy zauważył, że nie przyniesie ono spodziewanego rezultatu, postanowił zaingerować.
Byku skończył z nożem w podbródku. Dwudziestocentymetrowe ostrze przebiło skórę i język, a potem przez podniebienie dotarło do mózgu. Jego przeciwnik miał mniej szczęścia, gdyż to on był pomysłodawcą zbiorowego gwałtu na Ewelinie, dziewczynie, która nieostrożnie zapędziła się na to zapomniane przez Boga i ludzi podwórko za niemłodym już, ale wciąż niesfornym psem, największą miłością jej życia.
Lis ominął szerokim łukiem wyjącego z bólu rannego, który słabnącymi rękoma próbował wyciągnąć zardzewiałe żelastwo z głębokiej rany. Zignorował jego prośby, doskonale wiedząc, że mógłby zakończyć cierpienia ofiary jednym ruchem, jedną myślą nawet. Ani myślał skracać mąk takiej świni. Gdyby dano mu wolną rękę, wyludniłby tę dzielnicę jak dżuma, robiąc przysługę nie tylko miastu, ale i światu.
Niestety nie miał na to czasu. Nie po to tu przyszedł.
Zbliżył się do roztrzęsionej dziewczyny. Jej na razie nie tykał - chciał, by zobaczyła na własne oczy, co zrobił z oprawcami. By choć przez moment wiedziała, że zostali ukarani tak, jak na to zasługiwali.
- Nie bój się, dziecko - powiedział, stając nad nią nieco z boku, ponieważ pochylała się wciąż nad martwym spanielem, a on nie chciał wdepnąć w kałużę krwi.
- Kim pan jest? - zapytała, nie podnosząc głowy.
Bała się go bardziej nawet niż te chwasty, które musiał powyrywać.
- Czy to ważne? - odpowiedział pytaniem na pytanie. - Liczy się tylko to, że mogę ci pomóc.
- Jak?
- Mogę spowodować, że o wszystkim zapomnisz. - Wskazał dłonią na martwych dresiarzy, konającego wciąż Dzidka i psa.
- To pan sprawił, że zwrócili się przeciw sobie, że się pozabijali... - Mówiąc, gładziła zakrwawioną sierść martwego pupila.
- Tak.
Choć milczała, Mundek słyszał jej myśli, skłębione, urywane. Były mało czytelne, w jej głowie szalał wir wizji, słów i obrazów. Próbowała ogarnąć to, co niemożliwe do zrozumienia, uczepiła się nadziei, że...
- Tego nie jestem w stanie zrobić - powiedział ze smutkiem, zanim zdążyła otworzyć usta.
- Przecież dysponuje pan mocą. Boską mocą...
Mundek przykucnął.
- Nie, Ewelino. Moja moc nie ma nic wspólnego z boskością. Jestem takim samym człowiekiem jak ty, tylko... - musiał poszukać właściwego określenia - bardziej uzdolnionym. Potrafię sprawić, że inni ludzie zrobią to, co chcę, że zobaczą to, czego nie ma. Mogę także spowodować, że zapomną o tym, co przeżyli i co widzieli. Ale nie ma na tym świecie siły, która przywróciłaby życie martwej istocie. Uwierz mi.
Gdy skończył mówić, podniosła głowę i popatrzyła mu w oczy. Dostrzegłby w jej spojrzeniu niewysłowiony ból, nawet gdyby nie miał zdolności telepatycznych.
- Jak więc może mi pan pomóc...? - wyszeptała.
- Powiedz tylko słowo, a zapomnisz o tym wszystkim: o nich, o tym, co miało cię spotkać, nawet o Ferdku. - Wskazał spaniela, nazywając go pieszczotliwie jak Ewelina, choć oficjalnie był Ferdynandem Wspaniałym.
Nie naciskał. Czekał cierpliwie, aż z wiru w jej głowie wyrwie się odpowiedź. Zignorował nawet ponowne natrętne dzwonienie komórki. Pozwolił Zimermanowi wyszaleć się na klawiaturze. Akcja nie zając, dodatkowa minuta zwłoki nie zniweczy ich planów, a tej dziewczynie może ocalić życie.
- Nie.
Wiedział, że Ewelina się nie zgodzi, zanim usłyszał jej szept.
- Przemyśl to jeszcze raz, proszę. Chyba zdajesz sobie sprawę, ile bólu cię czeka? Ile cierpienia? Czy to wszystko jest warte... - Zamilkł, ponieważ nagle zrozumiał.
Czytał w niej jak w otwartej księdze. To, co zobaczył, wystarczyło, by zrezygnował z dalszego jej namawiania, ona jednak o tym nie wiedziała, spuściła więc ponownie głowę i odparła:
- O nich mogę zapomnieć, o panu też, ale proszę nie odbierać mi Ferdka. Był dla mnie wszystkim przez tak wiele lat.
- Znajdziesz sobie nowego... - Znów umilkł uciszony jej gniewną myślą.
- Nie. Pan nic nie rozumie. - Spojrzała mu prosto w oczy.
Myliła się. Rozumiał. Wszystko rozumiał. Dlatego nie wymazał jej wspomnień.
* * *
Pięć minut później sięgnął po komórkę.
- Gdzie się podziewałeś, w dupę kopany telepie?! - Młody nie czekał, aż się odezwie.
- Zabezpieczałem teren - odparł spokojnie, zapalając kolejnego papierosa.
- Są tutaj? - Piotrek natychmiast spokorniał.
- Tak. Zostawili dwie czujki.
- Zająłeś się nimi?
- Można tak powiedzieć.
- Tak czy nie? - w tle rozległ się głos Karskiego.
- Jednego ruska już wyeliminowałem, teraz urabiam drugiego - wyjaśnił.
W czasie rozmowy synchronizował się z agentem, którego zadaniem była zdalna obserwacja funkcji życiowych rannego funkcjonariusza. Tomkowi pozwolono żyć tylko dlatego, by mógł być wabikiem. Sprytnie to sobie Sowieci wymyślili, musiał im to przyznać. Jeden telepata, siedzący w pobliskiej restauracji, miał na oku wejście do szpitala. Lśnił przy tym tak mocno, skanując każdego, kto zbliżał się do bramy, że wykrycie go nie nastręczało żadnych problemów. To jednak także był tylko wabik, przy tym łatwy do ominięcia. Prawdziwą pułapkę zastawiono gdzie indziej. Tutaj, w bocznej uliczce za szpitalem.
Ten Rosjanin był naprawdę dobry. Czyhał jak pająk na skraju misternie uplecionej sieci, niewidoczny, cichy, zabójczy. Jego zadaniem było monitorowanie fal mózgowych rannego, odczuwanie tego wszystkiego, co tamten przeżywa. Nadzorca nie musiał więc lśnić, mógł wtopić się w otoczenie i pozostać niezauważony, co udałoby mu się, gdyby nie jeden drobny szczegół - jego twarz. Mundek dysponował wszystkimi wspomnieniami Sabiny, przestudiował je po wielokroć niezwykle uważnie, zwłaszcza te fragmenty, które dotyczyły jej współpracowników. Dość powiedzieć, że ten agent należał - nie bez przyczyny - do grona jej faworytów. Wystarczyło zatem, że znalazł się w polu widzenia Lisa...
- I co?
Głos Młodego nie zdekoncentrował Mundka. Umysł telepaty działał inaczej niż u zwykłego człowieka. Zdolność kontrolowania wielu celów naraz pozwalała na swobodne prowadzenie rozmowy, nawet jeśli rozpracowywany równocześnie przeciwnik był tak doświadczonym esperem.
- Daj mi jeszcze chwilę. Oddzwonię.
To, co zamierzał zrobić Lis, nie było proste. Semen, bo tak miał na imię człowiek Trofima Jegorycza, musiał się zdekoncentrować choćby na moment. W grę nie wchodziła jednak najmniejsza nawet ingerencja telepatyczna, gdyż tej klasy agent wykryłby ją błyskawicznie. To musiało być coś, co będzie wyglądać na przypadkowe i całkowicie naturalne wydarzenie. Zwłaszcza że Rosjanin pozostawał w ciągłym kontakcie z innymi, rozsianymi po okolicy esperami, którzy mieli zareagować w razie alarmu. Na przykład po zdjęciu wabika z restauracji albo próbie unieszkodliwienia jego przyczajonego partnera.
Mundek zdawał sobie sprawę, że nie ma najmniejszych szans na wyeliminowanie wszystkich przeciwników, wiedział również, że przerwanie jednego z połączeń w ich sieci natychmiast uruchomi alarm i postawi na nogi całą siatkę Trofima Jegorycza. Zdawać się więc mogło, że stoi przed niewykonalnym zadaniem. Tymczasem w jego głowie kiełkował już nowy plan.
Genialny plan.
Ciąg dalszy nastąpi.