Kroniki Jaaru. Siedem bram - Adam Faber

-
Proszę czekać

SŁOWNICZEK

astral (plan astralny) - inaczej rzeczywistość gwiazd. Świat istniejący w umyśle, lecz w pełni prawdziwy. Jest podobny do fizycznego, ale o wiele łatwiej kształtować go za pomocą myśli i magii. Każde miejsce fizyczne ma swój wymiar astralny, a każda fizyczna istota, np. człowiek, ma astralne ciało.

athame [czyt. atame lub atejmi] - sztylet służący do przesyłania energii magicznej; najważniejsze narzędzie wiedźm.

Czucie - zdolność ferów do odnajdywania krain, które zamieszkują, za pomocą węchu. Zapach krainy towarzyszy ferom zawsze i w każdym miejscu, jednak im bliżej królowej się znajdą, tym jest intensywniejszy.

Echo - magiczna zdolność do porozumiewania się w myślach.

Elphame - jedna z krain zasiedlanych przez fery. Zamieszkujące ją istoty są przyjazne i chętne do nauczania ludzi czarów.

esbat - czas, gdy czarownice spotykają się, by odprawiać wspólny rytuał, zwykle podczas pełni lub nowiu księżyca.

fantom - energetyczna podobizna lub też magiczny sobowtór danej istoty. Przybiera jej postać w celu, na przykład, porozumienia się z kimś na odległość.

fer - ang. fairy. Istota niskiego wzrostu, niemal bliźniaczo podobna do ludzkiej, jednak ze zdecydowanie większym wachlarzem odcieni ciała oraz z motylimi lub pszczelimi skrzydłami. Fery dysponują mocą potężniejszą od większości wiedźm. Czasami łączą się z czarownicami w magiczne pary, w których fer pełni funkcję nauczyciela czarów.

fylgie - psotne skrzydlate istoty, które mogą przynosić szczęście, jeśli pochwyci się je w odpowiedni sposób.

hekasehr - magiczne owady przypominające świetliki. Nikt dokładnie nie wie, skąd się wzięły, uważa się jednak, że ich ciała utkane są z samej magii.

Jaar - świat magiczny istniejący równolegle do ludzkiego, zamieszkany m.in. przez fery, nimfy, jednorożce, demony itd. Mogą przenosić się do niego czarownice, a czasem także dzieci, marzyciele lub osoby uważane przez ludzi za "odstające od innych".

kowen - grupa wspólnie praktykujących wiedźm.

likantus - półwilcza, półludzka istota, mogąca również przybierać postać czysto zwierzęcą.

namhajd - niebezpieczna istota, wróg czarownic i ludzi. Namhajdem może stać się przedstawiciel każdego gatunku, np. strzyga, likantus, demon itd.

nieprzynależący - osoba niewiedząca o istnieniu magii i nieuprawiająca jej.

obcożyt - namhajd żywiący się energią magiczną innych istot.

pentakl - jedno z narzędzi wiedźm i magów, okrągły dysk z wyrysowanymi symbolami magicznymi.

portal stały - miejsce przeznaczone do bezpiecznej teleportacji. Takie portale mogą znajdować się w szafach, toaletach, lodówkach itd. Ich ściany pokrywa się ciągiem magicznych znaków, zaklętych kodów ułatwiających przenoszenie.

Tir-na-nog - druga z zamieszkanych przez fery krain, nazywana Cienistą Krainą. Tirnanie są mniej chętni do dzielenia się swoimi tajemnicami z ludźmi.

Społeczność - organizacja dbająca o to, by świat magiczny pozostawał w ukryciu przed nieprzynależącymi.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Zaproszenie

Bywały dni, gdy Hillena Hallander stwierdzała, że jej życie wyglądałoby o wiele prościej, gdyby nie była czarownicą. Nie musiałaby wtedy po raz trzeci podchodzić do upieczenia ciastek na Święto Pełni Księżyca ani zmagać się z plamami po ubitych jajkach na suficie tylko dlatego, że pomyliła proszek do pieczenia z zasypką do latających dywanów. Odkąd jej bratanica Kate została wiedźmą, pani Hallander niemal zupełnie przestała zwracać uwagę na to, gdzie kładzie magiczne przedmioty. Dawniej wszystko miało swoje miejsce w odpowiednio opisanych pudełeczkach i butelkach. Teraz, gdy magia omal nie rozsadziła jej nowego piekarnika, kobieta uznała, że lepiej będzie wrócić do starych zwyczajów. Zresztą po co w ogóle był jej ten proszek? Przecież do latania używała tylko miotły.

Znudzona swoimi porażkami - do których nie przywykła, bo przez czterdzieści lat życia starała się robić wyłącznie to, co dobrze jej wychodziło - usiadła przy stole i zapatrzyła się w okno. Termometr za szybą wskazywał kolejną rekordowo wysoką temperaturę. A jeszcze przed miesiącem zima ścisnęła Anglię i nikt nie sądził, że prędko wypuści ją z mroźnego uścisku. Teraz jednak, na początku marca, ulicami Londynu spływały płytkie rzeki topniejącego śniegu.

Zapatrzona w dal pani Hallander aż podskoczyła, gdy za jej plecami rozbrzmiał czyjś głos.

- Droga Hilleno!

Odwróciła się z ręką na sercu. Tuż przy kuchence unosiła się ferini, niska, podobna do człowieka skrzydlata istota. Miała żółtą skórę, a jej przezroczyste podwójne skrzydła i ciemna przepaska na piersiach i w talii nadawały jej pszczeli wygląd.

- Badb, czemu tak nagle... - zaczęła Hillena, lecz ferini nie dała jej skończyć.

- Z olbrzymią radością pragnę zaprosić cię na zaręczyny mojej córki, Fione ?l Maas, z dwudziestym pierwszym księciem Elphame, Tammuzem - ciągnęła, odgarniając sprzed oczu burzę rudych loków. - Uroczystość zostanie dopełniona podczas święta Beltane w Kryształowym Pałacu.

- Świetnie! - Pani Hallander przyklasnęła. O zaręczynach Fione usłyszała już w wakacje, ale nie wiedziała, że mają się odbyć w Kryształowym Pałacu. - Będę mogła poprowadzić tam badania!

Na myśl o wszystkich rzadkich gatunkach zwierząt i roślin, które napotka w stolicy krainy ferów, Elphame, od razu chciała pobiec po notatnik i spisać plan działania. Piekarnik powstrzymał ją jednak głośnym trzeszczeniem, gdy ciasto zaczęło wychodzić z formy.

- Cudownie - mruknęła.

Tymczasem ferini przybrała postać świetlistej kuli, pomknęła wzdłuż drewnianych schodów i przez dziurkę od klucza przecisnęła się do zagraconego pokoju. Na podłodze walały się ubrania, a na biurku stał malutki kociołek, jeszcze ciepły po tym, jak ktoś spalił w nim szałwię i rozmaryn. Na łóżku siedzieli dziewczyna o jasnych, niemal srebrnych włosach i wysoki chłopak. Całowali się, lecz odskoczyli od siebie, gdy światło znów przybrało postać ferini.

- Badb? - Dziewczyna szybko poprawiła fryzurę. - Co ty tu robisz?

Ale ferini zdawała się wcale jej nie słyszeć. Zaczęła na nowo wypowiadać słowa zaproszenia, zamieniając tylko imię Hilleny na Kate Hallander i Jonathana Charmlinga. Ci spojrzeli po sobie zaskoczeni.

- Dobrze, przyjdziemy. - Kate pokiwała głową. - Ale czy mogłabyś...

Nie skończyła jeszcze mówić, a Badb naraz rozpłynęła się w powietrzu, pozostawiając tylko świetlistą kulę, która przefrunęła przez lekko uchylone okno i zniknęła w przestworzach.

- Co tu się dzieje? - Kate zamrugała, spoglądając na pociągłą twarz Jonathana.

- Chyba coś z nią nie tak. - Chłopak wstał i wyjrzał na zewnątrz, lecz po ferini nie było już śladu. - Widziałaś jej oczy? Wydawała się zahipnotyzowana.

Oboje dobrze znali Badb. Fione była przecież ferinią Jonathana, a jej brat bliźniak, Fion - ferem Kate. Ich matka nigdy jednak nie zachowywała się w ten sposób.

- Myślisz, że to przez zaręczyny? - Kate odruchowo poprawiła ciemne włosy chłopaka, które chwilę wcześniej zmierzwiła przy pocałunku. Gdy tak patrzyła w jego orzechowe oczy, znów chciała dotknąć jego ust własnymi, ale nie była na to pora. - Może ma za dużo na głowie?

- Według mnie, to ktoś mógł rzucić na nią urok. - Od poważnego tonu Jonathana Kate od razu ścisnęło w żołądku. Zatrzymała dłoń na jego karku.

- Powiem ciotce.

Zbiegła na dół, gdzie zastała panią domu przy próbie walki z ciastem. Niedokończony wypiek uciekł z piekarnika i zaczął swobodnie przechadzać się po kuchni. Wcześniej uformował ze swoich rogów coś na kształt nóg.

- A to co... - Kate zmarszczyła czoło, uznała jednak, że w mieszkaniu dwóch wiedźm myślące słodycze to najmniejszy problem, więc machnęła ręką. - Posłuchaj - wysapała. - Właśnie odwiedziła mnie Badb i zachowywała się jakoś dziwacznie.

- Wracaj do formy! - Pani Hallander zaczęła wygrażać ciastu wielkim nożem kuchennym.

- Halo, mówię do ciebie. - Bratanica zamachała jej rękami przed nosem, unikając błyszczącego ostrza.

- Słyszę, ale Badb wcale tu nie było - odparła pani Hallander jakby nigdy nic.

- Ale właśnie była! Zapytaj Jonathana! On też ją widział!

- Och, a więc Jonathan tu jest? - Ciotka zlustrowała Kate badawczym wzrokiem. - Porabiacie coś ciekawego?

Dziewczynę zapiekły policzki. Miała nadzieję, że od pocałunków nie rozmazała się jej pomadka. W zasadzie to ciotka nie musiała wiedzieć, co porabiali w jej pokoju. Wścibstwo na całego, ot co.

- Chyba sprawa Badb jest ważniejsza - rzuciła.

Pani Hallander odłożyła nóż, gdy ciasto zaczęło wspinać się po szafce z przyprawami.

- A rób sobie, co chcesz - mruknęła w jego stronę zrezygnowana, po czym spojrzała na bratanicę. - To nie była Badb, tylko jej fantom, choć ja też najpierw myślałam, że to ona.

- Fantom? - Kate sporo ostatnio czytała o magii, ale do fantomów jeszcze nie dotarła. - To jakby duch?

- Nie do końca. Raczej podobizna, za pomocą której przesyła się wiadomości i załatwia różne sprawy. To rozsądne rozwiązanie, gdy chcesz wysłać zaproszenie. Nie trzeba wtedy fatygować się do każdego z osobna.

- O, faktycznie logiczne - przyznała Kate. Ciekawe, czy mogłaby wysłać takie coś, żeby zdało za nią fizykę? Ale o tym lepiej było nie gadać z ciotką, zwłaszcza gdy użerała się z ożywionymi słodyczami.

- No to teraz zobaczysz! - zawołała, gdy ciasto przyczaiło się nad kuchenką, przypominając zwisającego z drzewa leniwca. Zamiast noża w jej ręku błysnęła łopatka do tortów.

Kate odwróciła się na pięcie. Zanim wyszła, musiała jednak zadać to pytanie.

- O co chodzi z tym ciastem?

- Och. - Ciotka machnęła ręką. - Próbuję zrobić ciastka na esbat, ale niechcący dodałam do mąki trochę posypki ożywiającej.

- Ciastka? - Kate nie przypominała sobie, by ciotka kiedykolwiek coś piekła. - Nie jestem pewna, ale chyba najpierw wycina się je foremkami, a dopiero potem wkłada do piekarnika.

Pobiegła na górę, przekonana, że nic tak nie pomaga człowiekowi, jak uświadomienie go, że od samego początku wszystko robił źle. Pani Hallander za to sięgnęła po komórkę, by zadzwonić do pobliskiej cukierni.

Zamieniony w kulę światła fantom Badb pędził dalej ulicami Londynu, niezauważony przez nikogo, może z wyjątkiem kilkorga dzieci pokazujących go sobie palcami. Wreszcie zatrzymał się przy starej kamienicy. Na parterze połyskiwała srebrna tabliczka z napisem SELENE. SKLEP OKULTYSTYCZNY. Wyżej, za oknem jednego z mieszkań, przechadzała się kobieta w długiej fioletowej sukni. Wciąż omiatała materiałem podłogę, gdy zabierała magiczne przedmioty od dziewczyny w czarnej bluzie i glanach.

- Uważaj. - Diana ostrożnie wręczyła matce kwarc w kształcie lotosu. Ta włożyła go do pudełka obok innych kryształów. - To unikat z targu w Elphame.

Odkąd rano zaczęły remanent sklepu, Selene stłukła już trzy kryształowe różdżki i prawie zrzuciła z szafki ciemną kulę - jedyną, która zamiast przyszłości pokazywała przeszłość.

- To wszystko przez Hillenę - skarżyła się. - Zadzwoniła dziś do mnie i mówiła coś o zasypkach do dywanów. A przecież dobrze wie, że kojarzą mi się tylko z tym... z tym facetem, który przypadkiem został twoim ojcem.

- No i znowu to samo. - Diana z kwaśną miną zaczęła bawić się kolorowymi sznurami, które wplotła sobie we włosy. W każdym zaklęty był jakiś czar. - Mogłabyś dać już spokój.

Dziewczyna nigdy nie widziała swojego ojca. Matka nie trzymała w domu nawet jego zdjęć, za to kiedy ktoś jej o nim przypomniał, nakręcała się jak katarynka. Teraz zaczęła wymachiwać rękami, na których pobrzękiwała magiczna biżuteria.

- I pomyśleć, że po tylu latach - ciągnęła - nadal nie wsiadłam nawet na dywan, bo... Ach!

Omal nie wypuściła z rąk ametystowego kielicha, gdy w mieszkaniu zmaterializowała się Badb.

- Ale mnie... - zaczęła Selene.

- To chyba fantom, mamo - wtrąciła szybko Diana.

- Och, faktycznie.

Wiedźmy wysłuchały, co przybysz miał do powiedzenia, a gdy tylko zniknął, zaczęły plotkować.

- Trudno mi w to uwierzyć. - Selene odłożyła kielich na półkę. - Swoją drogą nikt nam do tej pory nie wyjaśnił, jak doszło do spotkania Fione z Tammuzem, a w końcu coś musiało się stać, skoro książę zechciał akurat ją.

- Jest całkiem ładna - zauważyła Diana, choć też nie rozumiała, jakim cudem Fione poznała jednego z książąt Elphame. Przecież sama pochodziła ze zwyczajnego rodu. - W każdym razie chyba wcale nie chciałam dostawać tego zaproszenia. Nie mam zamiaru iść na ceremonię, na którą nie zaproszą naszej ferini, mimo że jest częścią rodziny.

- Daj spokój, musimy się pojawić. Poza tym Annwynn na pewno też dostała zaproszenie.

- I już widzę, jak przychodzi - prychnęła Diana.

Zza jej włosów wychyliła się nagle na wpół przezroczysta istota przypominająca fretkę. Był to jej chowaniec, Scire. Dziewczyna pozwoliła mu wspiąć się na głowę, skąd obserwował, jak za pomocą wahadełka badała energię rozłożonych przed sobą przedmiotów.

Selene zaczęła przeglądać leżące na sofie amulety.

- To nie nasza sprawa, co się dzieje u ?l Maasów, i wolę, żebyś o tym nie mówiła z innymi - ostrzegła córkę.

- Jestem czarownicą - rzuciła ta - i moją sprawą jest wszystko, co za taką uznam.

- No, tylko się nie wymądrzaj!

Gdy w kamienicy między matką a córką wybuchła sprzeczka, fantomu już tam nie było. Unosił się nad dachami na obrzeżach miasta. Odnalezienie właściwego mieszkania zajęło mu więcej czasu, bo Badb nigdy wcześniej nie odwiedzała tego terenu. W większości zamieszkiwali go nieprzynależący, ludzie, którzy nie znali magii. Wreszcie fantom wyczuł znajomą energię i wylądował w pokoju pełnym książek i zaklętych przedmiotów. Na podłodze leżał podręcznik Jak zakląć sobie świat za pomocą kart tarota, a obok niego, w misie z wodą, pływało kilka zapalonych świec roztaczających wokół zapach jaśminu i róży.

Na wzorzystym dywanie naprzeciwko siebie siedzieli patykowaty chłopak i szczupła dziewczyna, oboje o jasnych włosach. Byli bliźniętami, jednak dla fantomu ich energie bardzo się różniły. Aura dziewczyny skrzyła się seledynowymi drobinkami i wyglądała jak płynąca woda, z kolei wokół chłopaka unosiły się błękitne chmury. Po pokoju przechadzała się jeszcze niska i pulchna kobieta w workowatych spodniach.

- Tom, Lilian - niecierpliwie zwróciła się do nastolatków. - Skończcie wreszcie grać.

- My nie gramy, mamo, tylko wróżymy. - Lilian posłała jej spojrzenie zielonych oczu znad wachlarza kart, który ściskała w obu rękach. Taki sam wachlarz miał jej brat, przez co wyglądali, jakby grali w pokera, choć co rusz sięgali jedno drugiemu do wachlarza.

- Dobra, to ja mam Ósemkę Pucharów. - Tom położył na dywanie kartę ukazującą ponurą postać w płaszczu zmierzającą w stronę ciemnej wody. - Nie podoba mi się, więc zamienię ją na Szóstkę Monet.

- Znowu zbyt przyziemnie - westchnęła dziewczyna. - Puchary są wspaniałe!

- Nie wszyscy muszą je lubić - odmruknął Tom. Jego zdaniem siostra zbyt często wybierała romantyczne karty.

- Moglibyście chociaż tu posprzątać - ofuknęła ich znów matka.

Tom machnął tylko ręką, a porozrzucane rzeczy wzbiły się w powietrze i wróciły na swoje miejsce. Kociołek przy szafie poruszył się, strzepując z siebie kurz, i zalśnił, jakby dopiero go wyczyszczono.

- Nie musisz się od razu popisywać - mruknęła kobieta. - Dobrze wiesz, że ciarki mnie przechodzą od tej waszej magii.

Nagle wrzasnęła i omal nie wpadła na gablotkę z biżuterią, gdy tuż obok niej zmaterializował się fantom Badb. Tom i Lilian zerwali się z podłogi, lecz odetchnęli z ulgą, gdy z ust ferini popłynęły wyłącznie słowa zaproszenia. Pani Andrews też ich wysłuchała, po czym wyszła z pokoju, mówiąc coś o rzeczach, których jest już stanowczo za wiele.

- O nie - wyjąkała Lilian, gdy fantom znikł. - Zupełnie o tym zapomniałam, a to przecież już za dwa miesiące. Myślisz, że mamy wziąć osobę towarzyszącą? Jeśli tak, to nie mam pojęcia, z kim pójść...

Tom uniósł brwi.

- Nie, żebym miał kłopoty z pamięcią, ale nawet ja nie zliczę, z iloma chłopakami umawiałaś się w ciągu ostatniego pół roku.

- Daj spokój. - Lilian się zarumieniła. - Człowiek musi pożyć...

- Myślałem, że pójdziesz z Joem - powiedział.

- Raczej nie. Lubię go, ale... Myślałam o kimś nowym. - Oczy błysnęły jej, gdy się rozmarzyła.

- Bylebyś nie wprowadzała w nasze sprawy każdego nowego, którego poznasz. - Brat sprowadził ją na ziemię.

- No wiesz? - obruszyła się. - Joe jest cudowny. Zna się nie tylko na książkach, ale robi też własne magiczne wynalazki. Mieć go po swojej stronie to najlepsze, co mogło...

- Nic do niego nie mam - wtrącił Joe. - Chodzi mi tylko o to, żebyś nie była tak ufna w stosunku do innych.

- I nie będę. - Lilian zadarła nos. - Poza tym jestem ostrożna. Zawsze najpierw wróżę przed randkami. Daj, postawię sobie jeszcze karty na miłość.

Sięgnęła do wachlarza brata.

- Nie. - Odsunął się. - Teraz mieliśmy wróżyć o naszej misji. Potem przyjdzie czas na dyrdymały. Mówię poważnie - dodał, gdy Lilian przewróciła oczami. - Musimy w końcu odkryć, co powinniśmy zrobić. To najważniejsza sprawa.

- Dobra, dobra. - Ze skwaszoną miną dziewczyna wyciągnęła kolejną kartę i położyła ją obok pozostałych.

- To ja biorę ostatnią. - Tom sięgnął po jedną z kart siostry. - As Pucharów. - Skrzywił się. - Znów robi się zbyt uczuciowo. Wymienię ją na Słońce.

Gdy rozkład był już gotowy i ułożony po ich myśli - a żeby tak się stało, musieli zmienić przynajmniej połowę kart - Lilian położyła obok nich misę ze świecami. Jej brat po drugiej stronie postawił kadzielnicę. Gdy dotknął palcem węgielków, te syknęły i w górę wzbił się pachnący dym.

- Gotowa? - spytał siostrę.

Lilian potaknęła, wyciągając ręce. Złapali się za dłonie i zaczęli szeptać:

- Przez powietrze, ogień, wodę i ziemię, niech się stanie nasza wola.

Spod ich palców wystrzeliwały seledynowo-błękitne iskierki. Opadały na dywan i wnikały w karty. Mieli nadzieję, że zaklęcie pofrunie w świat, by w końcu odsłonić przed nimi drogę, na którą już tak długo czekali.

Świetlisty fantom sięgnął skłębionych chmur. Odszukał wśród nich niewielką ciemną kropkę, miniaturową dziurę czasoprzestrzenną. Przepłynął przez nią i wpadł w tunel, który rzucił go w inną część kosmosu. Tu nad światem również panowała wiosna, jednak w przeciwieństwie do tej angielskiej w Elphame malowała niebo błękitem, tańczyła w ciemnozielonych lasach i kwieciła jasne pola w dole. Była odwieczna i natchniona magią.

Fantom przeleciał nad Lasem Wielu, którego drzewa wyciągały ku słońcu posplatane gałęzie, przemknął obok unoszących się w powietrzu rozszeptanych zaklęć i pofrunął w stronę cienkiej jak pajęcza sieć i błyszczącej jak rozświetlony wodospad błoniastej bariery, która otaczała krainę ferów. Gdy jej dotknął, natychmiast rozpłynął się w jej blasku.

W dole, pod ochronną błoną, wznosiły się gigantyczne różnobarwne kwiaty, domy ferów. Czasami wystrzeliwały z pręcików pył, który pochwytywały unoszące się nad nimi potężne pszczoły. Na jednym z takich kwiatów, o silnych, różowych płatkach, zebrała się skrzydlata rodzina.

- Nie ociągaj się, Fion. - Prawdziwa Badb siedziała pomiędzy synem a mężem. Jej żółte ramiona złociły się w promieniach słońca. W rękach ferini trzymała druty, na których dziergała delikatną, srebrzystą tkaninę. - Twoja siostra tylko raz w życiu się zaręczy.

- Jasne - mruknął Fion. Już od ponad godziny zdzierał sobie skórę z błękitnych rąk, szorując wszystkie drewniane kufry, w których trzymali dobytek. Jego motyle skrzydła przyklapły, a spod ciemnych włosów lał się pot. - Jeśli Tammuz wytrzyma z Fione więcej niż tydzień, powinni zrobić go królem za samą cierpliwość.

- Wyrażaj się o siostrze. - Czerwone oczy Harolda błysnęły, sprawiając, że jego ruda broda wyglądała, jakby zajęła się ogniem. Grubą, pomarańczową dłonią poprawił sobie tunikę, ciasno owiniętą wokół okrągłego brzuszka.

Fion miał ochotę rzucić w ojca ścierką i kazać mu samemu czyścić kufry. Ale nie, oczywiście Harold musiał sobie wybrać najprostsze zadanie. Rozplatał pręciki ich kwiatu mieszkalnego, potargane nocą przez silny wiatr.

- O, zdaje mi się, że mój ostatni fantom już wrócił. - Badb na moment przerwała pracę i przymknęła oczy. - Zaprosiłam dziś wszystkich w Londynie, w tym Kate i Jonathana. To chyba dobrze? - Zerknęła na syna.

- Dobrze, dobrze - odparł. - Muszą poznać jak najwięcej naszych zwyczajów. Kate ociągała się z nauką magii, ale udało mi się ją do niej zagonić.

- Jakim cudem? - zdziwiła się Badb. - Ten sam problem był z jej ojcem. Pamiętam, że pół roku zajęło mu opanowanie wszystkich run!

- Znalazłem sposób. - Fion posłał matce chytry uśmieszek. - Zagroziłem, że będę codziennie oglądać na jej laptopie powtórki Milionerów i dowiem się o świecie ludzi więcej niż ona o Jaarze. - Dumnie wypiął pierś. - Rywalizacja. To nas trzyma w ruchu, no nie?

Nad głowami przefrunął im gigantyczny motyl. Podmuch wiatru zmierzwił im włosy.

- Laptopy - mruknął z przekąsem Harold. - Od tego porządnym ferom tylko psuje się wzrok.

- A mnie się podobają - przyznał Fion. - Elektronika to taka forma magii dla nieprzynależących. Trzeba się przy niej więcej natrudzić niż przy zaklęciu, ale o wiele rzadziej się od tego umiera.

- A słyszałeś o porażeniu prądem? Ja tam nie ufam ludziom i ich wynalazkom i lepiej, żebyś nie wtykał w nie palców, bo ci odpadną. Mówiło się tu o takich wypadkach.

- Ty nie ufasz nikomu, kto nie jest ferem - westchnął Fion. - To się nazywa gatunkizm, uprzedzenia do...

- Dajcie już spokój - upomniała ich Badb. - Głowa mnie boli od tych ciągłych sprzeczek. Lecę do świątyni po Fione. Musimy zrobić przymiarkę nowej sukni.

Wzbiła się w powietrze i pofrunęła w dół wokół pnia drzewa, obserwowana przez parę kolorowych ptaszków z ogonami przypominającymi watę cukrową. Ocierały się dziobami i porozumiewały ze sobą melodyjnie. Gdy Badb oparła dłoń o szeleszczące gałęzie, odfrunęły.

Ferini powędrowała w stronę kamiennej świątyni wznoszącej się u stóp kwiatu mieszkalnego ?l Maasów. Tutaj trzymali magiczne narzędzia: lśniące sztylety athame, drewniane różdżki, kociołki i księgi zaklęć. Badb lubiła, gdy ciasno otulała ją energia tego miejsca. Tym razem jednak przyjemny dreszcz zamienił się nagle w niepokój. Świątynia była pusta.

- Fione? - spytała ferini. - Fione?!

Przy ołtarzu, na którym tliło się jeszcze kilka świec, leżała niedbale rzucona płachta. Badb podbiegła do niej i podniosła ją, by po chwili z przeraźliwym jękiem wypuścić materiał z rąk. Naraz w całe ciało zakłuły ją mroźne igły. To nie była płachta, lecz ubroczona krwią szata jej córki.

ROZDZIAŁ DRUGI

Prośba córki

Na skraju Elphame, w miejscu, gdzie kraina ferów spotykała się z zieloną, porośniętą kwiatami polaną Yrendall i rozciągającym się za nią bujnym, ciemnym Lasem Wielu, stała tylko jedna chatka. Wyglądała, jakby kiedyś uderzył w nią piorun. Dziury w dachu połatano kawałkami drewna, a z przekrzywionego komina unosiły się gęste opary. Kurz na oknach zalegał tak długo, że wzięty na spytki, opowiedziałby pewnie niejedną historię.

Odkąd prawie rok temu likantusy, wilkopodobne namhajdy, zbliżyły się tu na tyle, że ich ohydne nosy niemal przeniknęły przez ochronną magiczną bańkę Elphame, fery i czarownice tym bardziej unikały tego miejsca. Mieszkającej w chatce Annwynn Beedeblee było to na rękę. Miała już swoje lata. Sama nie pamiętała ile, lecz wystarczająco, by ziemia ciągnęła ją ku sobie, każąc się garbić, grafitowe ciało wychudło, a pszczele skrzydła straciły dawny połysk.

Annwynn nie lubiła towarzystwa, bo od zawsze wszyscy wciąż czegoś od niej chcieli. Babciu Annwynn, wygłoś dla nas przepowiednię; babciu Annwynn, doradź zioło wzmacniające czary, babciu Annwynn, sprawdź w szklanej kuli, gdzie moja wiedźma zgubiła stumilowe skarpety. Chyba właśnie dlatego, że nieustannie komuś pomagała, nazywali ją babcią, choć miała tylko dwoje wnucząt.

Rodzina była dla Annwynn ciągłym utrapieniem. Jej córka wyszła za największego ofermę w Elphame, a ich dzieci, niestety, nie zawsze rokowały najlepiej. By nie musieć patrzeć, jak jej ród chyli się ku upadkowi, wolała raczej wcale ich nie odwiedzać. Byłaby wdzięczna, gdyby i jej dano spokój, więc niezbyt się jej uśmiechało wstawać, gdy ktoś zaczął dobijać się do drzwi akurat wtedy, gdy sprawdzała w szklanej kuli, co tam znów złego dzieje się w świecie.

- Ty tu? - Wytrzeszczyła oczy na widok gościa.

Na progu stała jej własna córka. Tego nie przewidziałby nawet jeden z tych jasnowidzów, którym w Kryształowym Pałacu płacą za cały etat.

- Mamo. - Badb ledwo mówiła, tak drżały jej usta. - Potrzebuję pomocy.

Bez zaproszenia weszła do środka. Czerwonymi od płaczu oczami otaksowała piecyk, po którym na metalowych nóżkach przechadzał się czajnik. W centralnym miejscu stał kociołek z nudów gotujący wywar na reumatyzm.

- Cześć, babciu. - Za matką do chatki wgramolił się Fion.

Był tak przybity, że Annwynn mogłaby przysięgnąć, że jego aura całkiem wyblakła. W rękach trzymał jakąś zabrudzoną płachtę.

- Co się stało? - Serce podeszło babci do gardła. W drodze do drewnianego stolika, przy którym na krzesło opadła już jej córka, przez pierwsze kilka kroków zapomniała nawet o udawanym kuśtykaniu.

- Fione zniknęła - oznajmił Fion łamiącym się głosem. - W świątyni zostało po niej tylko to. - Gdy położył na blacie zakrwawioną szatę, Badb ze szlochem odwróciła wzrok.

- Zniknęła? W świątyni? - Annwynn zgarnęła materiał i powąchała go.

- Poszła tam i nie wróciła - odparł Fion, po czym ściszył głos. - A my... obawiamy się najgorszego.

Kolor jego błękitnych skrzydeł zdawał się więdnąć niczym kwiat. Annwynn patrzyła to na wnuka, to na córkę. Przez kilka chwil w ciszy wiekowej chatki popiskiwał tylko wciąż wędrujący po piecu czajnik.

- Pytaliśmy wszystkich. - Badb ledwo potrafiła się odezwać. - Nikt jej nie widział. Jakieś dzieci... bawiące się przy świątyni... One... Mówią, że nikt z niej nie wychodził... Ani nie wszedł do środka.

Wierzchem dłoni otarła łzy.

- Próbowaliśmy kontaktować się z nią na wiele sposobów - dodała. - Na nic.

Na skinienie ręki babci z szafki nad piecem wyfrunęły trzy gliniane kubeczki. Czajnik rozlał do nich pachnący płyn, po czym naczynia opadły na stolik.

- To na uspokojenie? - Fion przystawił napar do nosa.

- Na myślenie - mruknęła babcia. - W takiej sytuacji spokój nikomu nie pomoże.

Badb znów zalała się łzami.

- Czemu myślicie, że ją porwano? - spytała Annwynn.

- To nagłe zniknięcie, zakrwawiona szata - zaczął wyliczać Fion. Na moment jednak twarz mu się rozjaśniła. - No chyba że Fione uciekła? Przez te zaręczyny i w ogóle...

- Zaręczyny to nie powód, by uciekać z domu - rzuciła Badb.

- Jak dla kogo - burknęła Babcia. Nigdy nie ufała mężczyznom. Samogotujący czajnik wręczył jej jeden z licznych adoratorów, który leciał, jak to mówili ludzie, wyłącznie na jej zdolności.

- Nie wiem, co robić! - Badb z trzaskiem odłożyła kubek. Naczynko pękło, a płyn poparzył jej palce. - Musisz mi pomóc!

Annwynn ruszyła w stronę piecyka, by uspokoić czajnik, gdy ten zaczął mocno tuptać po blacie.

- Muszę? - prychnęła. - Zapamiętaj sobie, że ja niczego nie muszę. Gdybym nie chciała, to na dobrą sprawę nie musiałabym nawet... dajmy na to, umrzeć.

Badb uniosła na nią zdumione spojrzenie.

- Więc zostawisz mnie z tym samą?

Zamiast odpowiadać, Annwynn ruszyła w kąt pokoju, do łóżka, i nakryła się ciemną kołdrą. Twarz, na której odmalowała się grobowa mina, zwróciła ku sufitowi. Choć za nic w świecie nie chciałaby się do tego przyznać, przeszywał ją ból. Zbierał się w niej latami, a ona chowała go specjalnie na taką okazję.

- Moja córka mnie nie odwiedzała... - powiedziała wreszcie. - Nie odwiedzała.

Na moment w chatce znów zapanowała cisza. Fion spoglądał to na babcię, to na matkę. Obie miały harde miny.

- Więc mam sobie pójść, tak? - Badb powoli wstała.

- Rób, jak chcesz - odparła babcia. - Mogę odnaleźć swoją wnuczkę i bez twojej pomocy.

Fion stanął przed drzwiami, by nie dać matce wyjść.

- Obie jesteście uparte - jęknął. - Fione to zresztą po was odziedziczyła, ale i tak trzeba jej pomóc. Babcia na pewno zna jakieś sposoby.

Annwynn zrzuciła z siebie kołdrę.

- Oczywiście, że znam - oświadczyła i paroma susami pokonała znów drogę do pieca. Nad nim, na haku, wisiała czerwona torebka. Była zaklęta i dało się w niej zmieścić cokolwiek. Annwynn trzymała tam zapas ziół, kilka ożywionych amuletów, które podrygiwały zawsze chętne do czarów, herbatniki z ludzkiej kawiarni, a nawet przenośne krzesło. Po dłuższej chwili przeszukiwania wyciągnęła ze środka tylko powykrzywiane wahadło.

- To do roboty. - Zawiesiła je sobie na szyi, kazała córce z powrotem usiąść, po czym sama wróciła do stołu. - Fion, znajdź mi w szafce miskę z zielonymi runami.

Fer od razu pofrunął ku zakurzonym szafkom nad piecem. Gdy je po kolei otwierał i przeszukiwał, między palcami przelatywały mu kolorowe dymne kształty, pozostałości po czarach rzucanych przez babcię. Z jednej wypełzło kilka wielkich mrówek, które z piskiem popędziły za meble. W końcu wśród mnóstwa najróżniejszych naczyń, kielichów i małych kociołków znalazła się i wspomniana miska.

- Czegoś tu chyba brakuje - zauważyła babcia, gdy podstawił jej ją pod nos.

- A niby czego? - zdumiał się.

- Wody. - Przewróciła oczami.

- Ach!

Porwał miskę z powrotem i wybiegł z nią na zewnątrz, gdzie babcia trzymała wiadro. Wody nigdy w nim nie ubywało. Wokół niego porozstawiane były czerwone kamienie antyurokowe, więc Fion musiał stąpać bardzo ostrożnie. Na powierzchni unosiły się dwie skrzydlate istoty, chciwie chłepcząc. Całkiem przypominały fery, z tym że były wielkości połowy kciuka, a ich ciała płonęły jasnym światłem. Na głowach miały kapelusze w kształcie grzyba.

- Fylgie tutaj? - zdumiał się Fion.

Na widok jego błękitnej twarzy odbitej w beczce istoty zerwały się i wygrażając mu pięściami, odleciały ku niebu. Patrzył za nimi jeszcze przez chwilę, po czym wzruszył ramionami i nabrał wody.

- Wlej tu swoją krew - poleciła córce Annwynn, gdy wrócił.

Jakby na zawołanie zeschnięte gałązki kolczastego kwiatu na parapecie poruszyły się i stuknęły Badb. Ta zerwała jeden z kolców i przebiła sobie palec.

- Wystarczy kilka kropli - powiedziała babcia. - Musimy sprawdzić, czy we krwi z szaty jest jeszcze jakieś życie.

Badb uniosła trzęsącą się dłoń nad miskę. Gdy krew zabarwiła wodę, Annwynn zamieszała w naczyniu. Spod jej palca wypłynęła srebrzysta magia. Przez moment ciecz sprawiała wrażenie, jakby pływał w niej sam księżyc. Nagle szybkim ruchem babcia wylała ją na szatę.

- Jeśli twoja krew pobudzi tę z szaty i ta na nowo stanie się płynna, będzie to znaczyć, że Fione żyje - wyjaśniła.

Czas w chatce stanął w miejscu, gdy Badb i Fion z napięciem wpatrywali się w materiał. Krew na szacie pozostała zasuszona. Badb przyłożyła dłoń do ust, sprawiając wrażenie, jakby miała zemdleć. Fion z rozpaczą spojrzał na babcię.

- Ta krew nie należy do niej - oceniła chłodno Annwynn.

- A więc do kogo? - zdumiała się Badb.

- Nie wiem.

Annwynn sięgnęła znów do torby i wyciągnęła z niej pomarszczony pergamin z mapą terenów należących do ferów. Zdjęła z szyi wahadło i zanurzyła je w wodzie, po czym otarła je szatą Fione. Spod jej palców wypłynęła ta sama srebrna energia: dwa strumienie oplotły się ciasno niczym węże wokół przyrządu, a ten zaczął nieznacznie drgać.

- Tir-na-Nog - zawyrokowała ferini.

- Tam ją uprowadzono? - jęknęła Badb.

Annwynn przejęła językiem po wargach.

- Tak to wygląda...

- W takim razie ruszamy! - Badb natychmiast zerwała się z krzesła.

- Siedź. - Babcia groźnie na nią warknęła. - Jeszcze nie ustaliliśmy, co trzeba zrobić. Mamy magię do wykonania. A ty, Fion, leć zaraz do swojej wiedźmy i wszystko jej opowiedz. Znajdź też tego chłopaka... jak mu tam, Jonnan? W końcu Fione jest jego ferinią...

Oszołomiony Fion ledwo kiwał głową. Zanim przeniósł się do świata ludzi, babcia pociągnęła go za łokieć i wyprowadziła przed chatkę.

- W zasadzie to powiedz wszystkim - dodała. - Wiesz, o co mi chodzi.

- Ma się rozumieć - potaknął, po czym zamilkł i zacisnął usta. - Jak sądzisz, do kogo należy krew z szaty Fione? - spytał wreszcie.

- Trudno stwierdzić. Być może dojdziemy do tego z twoją matką. W każdym razie ona jest na tyle uparta, że z pewnością odrzuci wszystko, co jej powiem. Twoim zadaniem jest zwołać strażników w jedno miejsce. Czekajcie tam na mnie.

- Skąd wiesz, że ta sprawa ma coś wspólnego ze strażnikami? - upewnił się fer.

- Wszystko, co ostatnio dzieje się w Jaarze, ma z nimi związek. Ale związki zwykle nie wychodzą, jeśli się w nie dostatecznie nie wplączesz.

Fion pokiwał głową i już miał odlecieć, gdy nagle zatrzymał się i z trudem zadał kolejne pytanie.

- Sądzisz, że Fione... żyje?

- Taką mam nadzieję - powiedziała cicho Annwynn, poklepując go po ramieniu, po czym wróciła do chatki.

Nie było czasu zwlekać. Fion natychmiast przeniósł się do świata ludzi. Kate nie znosiła jego niezapowiedzianych wizyt, bo często zaskakiwał ją w niespodziewanych momentach. Tak samo było i tym razem. Gdy pojawił się w domu pani Hallander, jego wiedźma i jej chłopak siedzieli z podwiniętymi nogami na podłodze i w ciszy wpatrywali się w dym ulatujący ku sufitowi z wielkiego kociołka.

- Fion! - Kate gwałtownie podskoczyła i zderzyła się głową z Jonathanem, który jęknął z bólu.

- O, świetnie, że jesteście razem - ucieszył się fer.

- Dość tego nachodzenia. - Dziewczyna oskarżycielsko wycelowała w niego palec. - Zacznij uprzedzać mnie o swoich wizytach. Normalni ludzi używają szklanej kuli... To znaczy normalne fery... To znaczy...

Szklana kula, oprócz tego, że całkiem nieźle nadawała się do wróżenia, pełniła funkcję magicznej komórki.

- Fione zniknęła - wypalił fer.

- Jak to: zniknęła? - Jonathan pobladł.

Fion pokrótce opowiedział im, co się stało.

- O matko - jęknęła Kate. - Ale ta krew...

- Nie należała do niej - powiedział fer przez ściśnięte gardło. - Tyle wiemy na pewno.

- Chociaż coś. - Jonathan odetchnął z ulgą.

- Kiedy ostatnio rozmawiałeś z Fione? - zwróciła się do niego Kate. - Wydawała się dziwna czy coś w tym stylu? Skoro Fion sugeruje, że mogła uciec...

- Wczoraj wieczorem - odparł chłopak. - Była całkiem normalna. Dała mi kolejne czary do ćwiczenia. Zresztą teraz nad nimi pracujemy. - Zerknął na Fiona i wskazał mu kociołek. - Staram się kontrolować ruchy ognia i dymu. Ciągle mam problemy z mocą. Ostatnio roztopiłem rękojeść athame...

Zawstydzony utkwił wzrok w podłodze. W przypadku większości wiedźm i czarowników nauka magii oznaczała próby wykrzesania mocy. Z Jonathanem było odwrotnie. Jego ogniowa siła była potężna i zwykle używał jej zbyt wiele.

- Co teraz będzie? - Uniósł spojrzenie na Fiona. - Przecież ja i Fione potrzebujemy siebie nawzajem, żeby magicznie wzrastać. Nie powinniśmy się rozdzielać...

- Nie przejmuj się. - Kate oparła dłoń o jego plecy. - Znajdziemy ją.

Fion nie miał na to odpowiedzi.

- Trzeba zwołać resztę - oznajmił. - Przygotujcie się. Zaraz po was wrócę.

Zniknął, pozostawiając ich z gwałtownie bijącymi sercami.

- Czułam, że coś się stanie. - Kate zakryła kociołek, żeby ogień dogasł. - W końcu już od kilku miesięcy nikt nie próbował nas zamordować. Coś mi tu nie grało.

W ostatnim czasie spokojnie uczyła się czarów. Zbyt spokojnie, gdy wziąć pod uwagę, że nosiła w sobie najpotężniejszy przedmiot w magicznym świecie. Zależało na nim wielu istotom, niekoniecznie przyjemnym.

- Czego szukasz? - Jonathan stanął za jej plecami, gdy przystąpiła do kartkowania Księgi Luster, magicznego woluminu, który odziedziczyła po rodzinie. Odkryła jego moc już niemal rok temu, kiedy Księgę wręczyła jej Selene.

Właśnie wtedy Kate rzuciła swój pierwszy czar. To od niego magia zaczęła sączyć się w jej życie i wreszcie na stałe się w nim zadomowiła.

- Sama nie wiem - odparła. - Może coś się znajdzie.

Opuściła powieki i uniosła dłonie nad Księgę. Zawsze tak robiła, gdy nie rozumiała, czego konkretnie szuka. Kartki zajaśniały bladym światłem i zaczęły same się obracać. Tym razem jednak nie podpowiedziały jej żadnego zaklęcia i po chwili Księga się zamknęła.

- Może spróbuję ją przywołać? - Jonathan zabrał z biurka Kate swoją różdżkę, by za jej pomocą stworzyć magiczny portal.

- Lepiej zaczekajmy na Fiona - uznała dziewczyna.

Podeszła do lustra, by poprawić fryzurę. Potem sięgnęła po torebkę i włożyła do niej sztylet athame. Po miesiącach używania leżał w jej dłoni idealnie i już samo dotknięcie jego rączki elektryzowało jej palce.

Fion wrócił całkiem zdyszany.

- Wszystkim już powiedziałem - wysapał. - Będą czekać w bazie.

- Gdzie? - zdumiała się Kate.

- Myślałem, że to wy mi powiecie. - Fer przeniósł wzrok z dziewczyny na Jonathana. Jego mina świadczyła o tym, że i on nie wie nic o żadnej tajemniczej bazie.

Nagle rozbrzmiał dzwonek do drzwi. Kate chciała otworzyć, ale Fion ją zatrzymał.

- Trzeba się przenieść - powiedział.

- Ale jak to zrobić, skoro nie wiemy nawet, gdzie jest ta baza? - odparł Jonathan.

- Tak jak zwykle. Po prostu pomyślimy o pozostałych.

- Czekaj - powstrzymała fera Kate. - Czy to bezpieczne?

- Nic ostatnio nie jest dla nas bezpieczne - westchnął fer.

Dziewczyna rozejrzała się jeszcze po pokoju, myśląc, czy czegoś ze sobą nie zabrać. Wreszcie stanęła przy towarzyszach. Złapali się za ręce, wizualizując w głowie twarze osób, które chcieli zobaczyć. Świat wokół nich nagle przyspieszył i po paru sekundach zniknęli z pokoju. Pojawił się w nim za to ktoś inny. Ktoś, kto przez ostatnią chwilę przyglądał się im przez lekko uchylone drzwi, a potem niepewną ręką pchnął je i wszedł do środka.

Melinda Gibbons szeroko otworzyła usta. Nie miała pojęcia, czy kiedykolwiek uwierzy w to, co właśnie zobaczyła. A jednak była pewna, że wzrok jej nie mylił.

ROZDZIAŁ TRZECI

Przez magię i krew

Wylądowali w ścisku i mroku. W chaosie zaczęli przepychać się w poszukiwaniu wyjścia, raz po raz uderzając łokciami o coś twardego i o siebie nawzajem, aż nagle poraziło ich światło. Stanął w nim Joe, młody bibliotekarz, którego poznali w ubiegłe wakacje.

- Cześć. - Na jego ciemnej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

Ledwo chłopak ich przywitał, runęli na podłogę, gdzie następnie próbowali wyplątać się z mieszaniny własnych rąk i nóg.

- Znów tutaj? - jęknął Jonathan, gdy zdał sobie sprawę, dokąd trafili.

Kate szeroko otworzyła oczy. Poczuła, jakby zapadała się w sobie, gdy każde wspomnienie minionego lata wróciło do niej ze zdwojoną siłą. Znaleźli się w Hagsborough, mieście wiedźm, i to dokładnie w budynku, w którym musiała walczyć o życie własne i Jonathana.

Teraz jednak wyglądało tu znacznie lepiej. Jedyne okno, wcześniej zakurzone, wpuszczało do środka ciepłe światło. W centralnym punkcie stało kilka krzeseł, a biurko uginało się pod grubymi książkami i magicznym sprzętem. Z szafy, która dawniej pełniła funkcję archiwum prowadzonych tu spraw sądowych, usunięto wszystkie półki. Jej ściany od wewnątrz zdobiły magiczne symbole, które zamieniły ją w portal stały - miejsce do teleportacji. To właśnie z niej przed momentem wypadli.

Kate zobaczyła wyciągniętą ku sobie pomocną dłoń. Jej przyjaciółka, Lilian, pomogła jej wstać.

- To nasza baza - oznajmiła z dumą.

- Będziemy mogli się tu spotykać i omawiać ważne sprawy - dodał Tom, pomagając zebrać się z podłogi Jonathanowi i Fionowi.

- Trochę tu ogarnąłem - pochwalił się Joe. - I to ja stworzyłem portal. Uznałem, że takie miejsce może się wam przydać.

- To świetny pomysł - przyznała Kate, przyglądając się przedmiotom na stoliku. Oprócz kilku athame i talizmanów leżały tam cztery kamienie: turkus, awenturyn, onyks i tygrysie oko. Wiedziała, jak je rozpoznać z książki Siedemdziesiąt najważniejszych kamieni w magii. - Ale innych miejsc nie było?

- Nikt nie wie, że budynek jest znów w użyciu - dobiegł głos spod okna. Tam, na krześle, siedziała Diana. Wzrok wbijała w komórkę, ignorując chowańca ocierającego się o jej szyję. - No już, już - westchnęła wreszcie, gdy ten nie dawał jej spokoju, i rozłożyła dłoń. Nad jej palce wzbiły się żółtawe iskry energii, które Scire pochłonął kilkoma haustami. Jego szare futro na moment zaiskrzyło, po czym dziewczyna wyplątała z włosów srebrny medalion, otworzyła go, a chowaniec pofrunął do środka.

- Karmiłaś go? - zaciekawiła się Kate.

- Tak, jak widziałaś - mruknęła Diana od niechcenia.

Kate natychmiast powstydziła się, że zadała to pytanie. Pewnie było to coś, co powinna już wiedzieć, i miała pewność, że Diana nie wytknęła jej tego tylko dlatego, że zbyt pochłonęło ją przeglądanie komórki. Swoją drogą nie musiała się w nią tak wgapiać przy innych...

Naraz przez szafę wszedł jeszcze jeden chłopak. Ciemnoskóry. Wniósł ze sobą zapach piżmowych perfum. Pewnym ruchem zamknął drzwi i powiódł wzrokiem po pozostałych.

- Skoro jest i Darrin - ucieszyła się na jego widok Lilian - to mamy wszystkich.

Kate od samego początku była pod wrażeniem Darrina. Jego aura emanowała niezwykłą siłą, a magię zdawał się mieć w jednym palcu. Mimo to w białej koszulce i dżinsach wyglądał jak zwykły nastolatek. Trudno byłoby uwierzyć, że jeszcze rok temu mieszkał na Słońcu, którego cesarzem był jego ojciec.

- Brakuje Sundari. Co z nią? - spytał.

- Wolałabym jej tutaj nie ściągać - odparła z zakłopotaniem Lilian. - Wiesz, że ona preferuje bardziej bagniste tereny.

Kate doskonale to rozumiała. Sundari, ferini Lilian, była w połowie rusałką wodną i trzeba było zapewniać jej stały dostęp do wody, więc gdy akurat nie przebywała w jej pobliżu, musiała zadowalać się ciasną miską.

- A co z Hiacinthusem? - Fion zdał sobie sprawę, że nie ma z nimi też fera Toma i Darrina.

- Załatwia coś w Elphame. Podobno dzieją się jakieś dziwne rzeczy i zwerbowano go do grupy obrońców granic - wyjaśnił Tom.

- Jakie dziwne rzeczy? - spytała Kate.

- Właśnie o nich czytam, wszyscy już o nich czytają. - Diana przewróciła oczami i podsunęła Kate swoją komórkę pod nos. - Patrz.

Przeglądała WitcheX, platformę internetową dostępną tylko dla wiedźm, na której każdy mógł publikować krótkie posty. Kate przejrzała kilka z nich. Zaciekawiony Jonathan też zerknął w telefon, podobnie jak Fion. Jeśli sądzić po tym, jak rozmarzone miał oczy, można było uznać, że bardziej fascynuje go technologia niż to, co czyta. A zdecydowanie było co czytać!

 

#dziwnerzeczy Byłam dziś w Lesie Wielu i poczułam, jakby mnie coś dosłownie zaatakowało, a niczego nie widziałam. Zrobiło się jakby ciemno.

 

#dziwnerzeczy Nie wiem, czy ktoś z was miał takie odczucia, ale w Lesie Wielu chyba zalęgły się jakieś namhajdy. Może i marna ze mnie wieszczka, ale naprawdę TO poczułam.

CO poczułaś? - odpisał ktoś w odpowiedzi.

Sama nie umiem powiedzieć. Dziwne coś.

 

#dziwnerzeczy A ja coś widziałem. Najpierw opanował mnie lęk, a zaraz potem wydało mi się, że może się spełnić każde moje pragnienie, ale w zamian musiałem coś oddać. Samego siebie. I nie pytajcie komu. Po prostu jakaś siła kazała mi za sobą podążyć. Odrzuciłem ją i uciekłem z lasu.

 

- Ludzie widzą jakieś dziwne rzeczy? - spytał Jonathan.

- Raczej je czują - odparła Lilian. - I to już od kilku miesięcy, ale wcześniej były to tylko pojedyncze posty. Każdy uznał, że jakaś nadwrażliwa wiedźma czy czarownik coś sobie wyobrażają. W ostatnich dniach relacji przybyło.

Kate sięgnęła po własną komórkę i stuknęła w nią palcami, wypuszczając nieco magicznej energii. Ekran zrobił się mętny, po czym ukazały się na nim strony internetowe dostępne tylko dla osób magicznych.

- Ale na zwykłych portalach nic o tym nie piszą - zauważyła ze zdumieniem.

- Jeśli one milczą, może to oznaczać, że coś naprawdę się dzieje - zmartwił się Tom. - Mogą próbować coś ukryć.

Kate poczuła gulę w gardle. Coś w głowie podszeptywało jej - nie, wręcz do niej krzyczało - że wszystkie opisane zdarzenia mają coś wspólnego z nimi. Bo to jasne, że musiały mieć.

Prawie nikt w magicznym świecie jeszcze o tym nie wiedział, ale wszyscy, jak tu stali, poza Fionem i Joem, byli strażnikami mocy zaklętych w kamieniach - tych samych, które leżały teraz na ołtarzu. Tom nosił w sobie potęgę powietrza, Lilian - wody, Diana - ziemi, Jonathan - ognia, a Darrin - samego słońca. Zadaniem Kate, w której zamieszkała księżycowa moc najważniejszego kamienia, było zjednoczyć wszystkie te siły w walce z niebezpieczeństwem mającym wkrótce zaatakować Jaar.

- Przed czym trzeba się bronić? - W ciemnych oczach Jonathana zapłonęły nagle malutkie płomienie. Tańczyły w nich tylko przez kilka chwil, przez co Kate nie umiała stwierdzić, czy były tam naprawdę, czy tylko się jej przywidziały.

- Właśnie tego powinniśmy się dowiedzieć. - Diana odłożyła komórkę na parapet i zaczęła bawić się kolorowymi sznurkami we włosach. Kate spoglądała na nie nieufnie. Wiedziała, że dziewczyna przechowuje w nich czary. Trzeba było mocno uważać, by jej nie urazić, bo w przeciwnym wypadku mogła umieścić człowieka po prawej stronie głowy, w sekcji "wrogowie". Szczerze mówiąc, Kate zastanawiała się, czy już tam nie trafiła.

Nagle Fion chrząknął.

- Miałem wam coś powiedzieć, a jak poczytałem o tej sprawie, to jeszcze bardziej się martwię.

- O co chodzi? - zaniepokoił się Joe.

Fer przez chwilę wyglądał, jakby opadł z sił. Kate podtrzymała go za ramię i pomogła usiąść przy biurku. Potem dokładnie opowiedział im o wszystkim, co się wydarzyło.

- Zaczynam się obawiać, czy może i jej nie spotkało coś takiego. - Zacisnął usta, zapatrzony w dal. Przez okno wciąż wdzierało się słońce, a Fion pozostawał przygaszony i smutny. - Może i jej ktoś coś zaoferował, a ona... ona poszła...

Nikt nie miał na to odpowiedzi.

- Spróbujmy ją przywołać. - Jonathan sięgnął po różdżkę. Ledwo jej dotknął, na czubku zapłonął ogień. - Trzeba działać.

- Ale nie używaj zwyczajowego sposobu - ostrzegła od razu Diana.

- Dlaczego? - Chłopak zmarszczył czoło. Zwykle po prostu wypowiadał imię Fione i przywoływał ją w myślach: smukłą ferinię o jasnym ciele, głębokich fioletowych oczach i fiołkowych skrzydłach.

- Bo jeśli została porwana - odparł Darrin, podchodząc do biurka - możemy ściągnąć na siebie groźny urok.

Uważnie przyjrzał się magicznym narzędziom, które zgromadzili w bazie. Były tam pentakle, drewniane dyski pokryte symbolami, kielichy, kolorowe sznury, świece z pszczelego wosku... Słowem: wszystko, czego mogli potrzebować wiedźma lub czarownik.

- Macie tu kadzielnicę? - spytał.

Joe od razu wyjął z biurka małą kadzielnicę, paczkę węgielków i szklaną buteleczkę z kadzidłem.

- Szałwia.

- Nada się - odparł Darrin.

- Co chcesz zrobić? - Błękitne oczy Toma uważnie podążały za każdym jego ruchem.

- Zobaczysz - mruknął chłopak.

- Zobaczysz, zobaczysz - przedrzeźnił go Tom. - Nie możesz od razu mówić, co masz zamiar...

- Tylko bez kłótni. - Lilian zamachała rękami, stając między nimi.

Kate czasem trudno było uwierzyć w to, że Darrin i Tom byli parą. Ona z Jonathanem aż tyle się nie kłóciła.

Darrin posłał swojemu chłopakowi kwaśne spojrzenie, po czym włożył węgielki do kadzielnicy i rozpalił je samym palcem, spod którego wystrzeliła gorąca energia przypominająca promienie słoneczne.

- W zaklęciu użyjemy krwi Jonathana - dodał, gdy węgielki się rozżarzyły. - Mamy coś, czym można mu przebić palec?

Joe wyjął z szuflady paczkę szpilek. Kate zaczęła się zastanawiać, po co właściwie im tu one były. Podejrzewała, że to dla Diany. Kiedyś widziała, jak dziewczyna wbijała szpilki w laleczki. Niby miała kogoś w ten sposób uzdrawiać, ale kto ją tam wie.

Jonathan wyciągnął jedną ze szpilek i bez mrugnięcia zrobił nakłucie.

- Wlej kilka kropli na węgielki - polecił mu Darrin, wsypując do kadzielnicy nieco szałwii.

Chłopak wyciągnął palec i ścisnął go. Kate z ciekawością obserwowała, jak węgielki zaczynają przybierać bordową barwę.

- Z czterech świata stron - zaczął szeptać Darrin. - Z czterech świata stron przybądźcie i chrońcie to zaklęcie. Chrońcie to zaklęcie.

Gdy wciąż powtarzał te słowa, atmosfera gęstniała, a kadzielnicę otoczyły jasne promienie, zupełnie jakby w środku zapłonął malutki fragment słońca.

- Powtarzaj za mną - zwrócił się do Jonathana.

 

Poprzez krew, co stała się ofiarą,

Przez magię, co sprawiła, żeśmy się zjednoczyli,

Przyzywam cię, gdziekolwiek jesteś,

Byśmy w swej sile znów się złączyli.

 

W siwym dymie zaczęły pojawiać się kształty. Kate modliła się w duchu, by czar podziałał. Była pewna, że dostrzega w nich skrzydlatą postać Fione. Niestety kadzidło szybko się wypaliło, a węgielki zasyczały i zgasły.

- Czyli to na nic. - Markotny Fion wstał z krzesła. - Już nie wiem, co robić.

- Chwila. - Kate marszczyła brwi, obserwując dogorywające węgielki. - Mówiłeś, że krew na szacie nie należała do Fione. Czytałam, że krew to nie tylko nośnik energii, ale że zostawia też magiczny... no, jak to się nazywa?

- Odcisk? - podpowiedział Tom.

- Właśnie. Chodzi o to, że można jej użyć, by kogoś odszukać. W takim razie spróbujmy znaleźć osobę albo istotę, do której należy krew z szaty.

- Tak czytałaś? - mruknęła Diana.

- Tak czytałam. - Kate zadarła nos. - I nie patrz tak na mnie. Dobrze wiesz, że dopiero od niedawna mam czas na prawdziwą naukę magii. Wcześniej byłam zbyt zajęta walką o życie.

Może to trochę głupio, że im to wypominała. Zanim okazało się, że stanowią jedną drużynę, przynajmniej połowę z obecnych przyjaciół podejrzewała o próbę morderstwa.

- To zły pomysł - rzuciła Diana - i to też trzeba było doczytać.

- Słuchaj - Kate zacisnęła pięści. - Nie bądź taka ważna, bo...

- Spokój, spokój. - Znów rozległ się łagodny głos Lilian, a w pomieszczeniu rozeszła się pachnąca zielona poświata.

- Czar relaksujący. - Joe z zachwytem pociągnął nosem. - Cudnie.

Lilian przygładziła włosy i posłała mu wielki uśmiech.

- Obawiam się, że Diana ma rację - przyznał Tom. - Nie wiemy, kogo na siebie ściągniemy kolejnymi czarami.

- Ale coś musimy wymyślić. - Jonathan niecierpliwie przechadzał się po bazie. Teraz iskry wyskakiwały mu spod butów. - Może trzeba poprosić kogoś o pomoc?

- Dajcie mi się poradzić. - Lilian nachyliła się nad kryształową kulą. - Moglibyśmy...

- Oj! - Kate odskoczyła od szafy, gdy naraz jej drzwi otworzyły się z trzaskiem.

Ze środka wygramoliła się babcia Annwynn. Z groźną miną postukała mebel laską.

- Okropne to szafisko. - Poprawiła nakrycie głowy z zeschniętych gałęzi i liści. - Mówiłam wam, że na portal stały lepiej nadałaby się toaleta.

- Cudownie. - Kate nachyliła się do ucha Fiona. - Czyli wszyscy poza nami i Jonathanem wiedzą już o bazie. Ciekawe, co jeszcze się dzieje za naszymi plecami.

- Nie szeptać tam! - Annwynn wymachnęła laską w ich stronę, po czym oparła się na niej obiema rękami i ciężko westchnęła. - No, to jak już wiecie, mamy problem. Ale bez obaw, bo wiemy również, kto go rozwiąże.

Jeszcze zanim Kate zdążyła choćby pomyśleć nad odpowiedzią, w ustach ferini rozbrzmiało ostre jak brzytwa słowo: "wy".

- I szykuje się wam niezła zabawa - dodała babcia. - Nie ma to jak być strażnikiem, prawda? Mam nadzieję, że już się cieszycie na przygodę, bo zaręczam, że was nie ominie. Oj, nie.