Po moim ojcu zostało dużo więcej niż tylko tych kilka okruchów. Jego
krew, jego charakter i jego nauki uczyniły mnie tym, kim jestem. Dopóki
wszechświat będzie pamiętał mnie jako Paula Muad'Diba, dopóty nie
zaginie również pamięć o księciu Leto Atrydzie. Syna zawsze kształtuje
ojciec.
- napis na kaplicy na Przełęczy Harga
Spokojny ocean piasku rozciągał się jak
okiem sięgnąć cichy i nieruchomy, ale zawsze mógł się na nim zrodzić
straszny sztorm. Arrakis - święta Diuna - stawała się okiem
galaktycznego cyklonu, krwawego dżihadu, który rozszaleje się na
planetach rozpadającego się Imperium. Paul Atryda przewidział to, a teraz wprawiał w ruch machinę wojenną.
Od obalenia przed rokiem Szaddama IV do armii Paula, składających się z fremeńskich wojowników, którzy przysięgli oddać za niego życie,
dołączyły miliony konwertytów. Dowodzeni przez fanatycznych fedajkinów i innych zaufanych oficerów bojownicy świętej sprawy zaczęli już wyruszać
z miejsc, w których stacjonowali, ku konkretnym układom gwiezdnym i celom.
Tego ranka Paul wysłał Stilgara i jego legion z poruszającą mową, która
zawierała słowa: "Dam wam siłę, moi wojownicy. A teraz idźcie i wykonajcie moje święte polecenie". Był to jeden z jego ulubionych
wersetów z Biblii Protestancko-Katolickiej.
Potem, w popołudniowym upale, wyrwał się z Arrakin, zostawiając za sobą
zgiełk miasta, podekscytowane oddziały i wrzawę wyznawców. Tutaj, w odludnych górach, nie potrzebował fremeńskiego przewodnika. Pustynia
była cicha i czysta i dawała mu złudzenie spokoju. Towarzyszyły mu
ukochana Chani, jego matka Jessika i mała siostra. Niespełna
czteroletnia Alia była kimś o wiele potężniejszym, niż wskazywała na to
jej dziecięca postać - przednarodzoną, ze wszystkimi wspomnieniami i całą wiedzą matki wielebnej.
Wspinając się ze swymi towarzyszkami po zboczach surowych, brązowych gór
ku Przełęczy Harga, Paul starał się wzbudzić w sobie uczucie spokojnej
nieuchronności. Pustynia napełniała go pokorą; czuł się mały, co
stanowiło ostry kontrast z miastem, w którym czczono go jako mesjasza.
Cenił sobie owe ciche chwile z dala od wyznawców krzyczących: "Muad'Dib!
Muad'Dib!" za każdym razem, kiedy go ujrzeli. Wkrótce, gdy zaczną
napływać wieści o jego sukcesach militarnych, będzie jeszcze gorzej. Ale
tego nie można było uniknąć. W końcu dżihad go porwie. Wyznaczył już
jego kierunek, jak wielki nawigator ludzkości.
Wojna była jednym z narzędzi, którymi dysponował. Teraz, kiedy zesłał
Padyszacha na Salusę Secundusa, musiał skonsolidować swoją władzę pośród
członków Landsraadu. Wysłał dyplomatów na negocjacje z niektórymi
rodami, natomiast przeciw tym, którzy mu się sprzeciwiali, skierował
swoich najbardziej fanatycznych wojowników. Pewna liczba lordów nie
złożyła broni i przysięgła, że stawi zaciekły opór, twierdząc, że nie
pójdzie za buntownikiem albo że ma już dość wszelkich imperatorów. Ale
armie Muad'Diba i tak ich zmiotą i będą posuwać się dalej. Chociaż Paul
chciał możliwie najbardziej ograniczyć przemoc, a nawet ją wyeliminować,
podejrzewał, że krwawa rzeczywistość okaże się znacznie gorsza, niż
ujrzał to w jakiejkolwiek wizji.
A jego wizje były przerażające.
Stulecia dekadencji i złych rządów doprowadziły do tego, że w Imperium
było mnóstwo uschniętych drzew, wskutek czego wzniecony przez niego
pożar będzie się rozprzestrzeniał z oszałamiającą szybkością. W bardziej
cywilizowanych czasach spory między rodami rozstrzygnięto by,
wszczynając staromodną wojnę asasynów, ale teraz wydawało się to zbyt
staroświeckie i dżentelmeńskie, niemożliwe do zastosowania. Stanąwszy w obliczu zalewającej ich planety fali żaru religijnego, niektórzy
przywódcy po prostu się poddadzą, zamiast narażać się na atak, którego
nie będą w stanie odeprzeć.
Ale nie wszyscy będą tak rozsądni...
Paul i jego trzy towarzyszki mieli na sobie nowe filtraki, na które
narzucili plamiaste płaszcze kamuflujące ich na pustyni. Chociaż stroje
te wyglądały na bardzo znoszone, przewyższały wszystkie, które Paul
nosił, kiedy był uciekinierem ukrywającym się wśród Fremenów. Producenci
utrzymywali, że te trwałe ubrania importowane z innych światów są lepsze
od prostszych wersji, które tradycyjnie wytwarzano w ukrytych siczach.
"Producenci chcą dobrze - pomyślał. - Robią to, żeby pokazać poparcie
dla mnie, nie zdając sobie sprawy, że ich "ulepszenia" są pośrednią
krytyką".
Wybrawszy idealne miejsce w łańcuchu górskim, mały, naturalnie
ukształtowany amfiteatr strzeżony przez wysokie skały, Paul położył
fremsak na ziemi. Rozpiął paski i odwinął ochronne zwoje welwatiny z czcią porównywalną z tą, którą widział na twarzach swych najbardziej
zagorzałych wyznawców.
W pełnym szacunku milczeniu wyjął czaszkę koloru kości słoniowej i kilka
fragmentów kości - dwa żebra, kość łokciową i brutalnie złamaną na pół
kość udową - które Fremeni przechowywali przez lata po wpadnięciu
Arrakin w ręce Harkonnenów. Były to szczątki księcia Leto Atrydy.
Paul nie widział w tych kościach nic ze swego czułego i mądrego ojca,
ale były one ważnym symbolem. Rozumiał wartość i niezbędność symboli.
- Już dawno powinna tu stanąć kaplica - powiedział.
- Zbudowałam świątynię dla Leto w swoim umyśle - rzekła na to Jessika -
ale byłoby dobrze złożyć go do grobu.
Ukląkłszy obok Paula, Chani pomogła mu oczyścić miejsce między głazami;
na niektórych zaczęły się już pokazywać plamy porostów.
- Powinniśmy utrzymać to miejsce w tajemnicy, Usulu - powiedziała. - Nie
zostawiać żadnego znaku, nie dawać żadnych wskazówek. Musimy chronić
miejsce spoczynku twego ojca.
- Tłumów nie da się utrzymać na dystans - rzekła Jessika z niechęcią.
Potrząsnęła głową. - Choćbyśmy nie wiadomo co zrobili, turyści znajdą
drogę do tego miejsca. To będzie cyrk z przewodnikami w podróbkach
fremeńskich strojów. Sprzedawcy pamiątek będą odłupywać kawałki skał, a niezliczeni szarlatani oferować odłamki kości pochodzące rzekomo z ciała
Leto.
Chani wyglądała zarówno na zaniepokojoną, jak i pełną podziwu.
- Usulu, przewidziałeś to? - zapytała. Tutaj, z dala od tłumów, używała
jego siczowego imienia.
- Przewidziała to historia - odpowiedziała za niego Jessika - i to
niejeden raz.
- I trzeba to zrobić, zbudować stosowną legendę - powiedziała surowo
Alia do matki. - Bene Gesserit planowały wykorzystać w ten sposób mojego
brata do własnych celów. Teraz on sam tworzy legendy, dla swoich
celów.
Paul rozważył już różne możliwości. Niektórzy pielgrzymi będą tu
przybywać powodowani szczerą pobożnością, inni odbędą tę podróż tylko po
to, by się tym chwalić. Tak czy inaczej, przybędą. Wiedział, że próba
powstrzymania ich byłaby szaleństwem, musiał więc znaleźć inne
rozwiązanie.
- Każę moim fedajkinom pełnić całodobową wartę - oznajmił. - Nikt nie
zbezcześci tej kapliczki.
Ułożył kości i ostrożnie umieściwszy na nich czaszkę, przechylił ją
nieco do tyłu, by puste oczodoły patrzyły w bezchmurne błękitne niebo.
- Alia ma rację, matko - rzekł, nie patrząc ani na siostrę, ani na
Jessikę. - Chociaż prowadzimy wojnę, tworzymy też mit. To jedyny sposób,
by dokonać tego, co konieczne. Odwoływanie się tylko do logiki i rozsądku nie wystarczy, by porwać ludzkość. Irulana ma w tej dziedzinie
wyjątkowy talent, co już udowodniła swoją historią o moim dojściu do
władzy.
- Jesteś cyniczny, Usulu. - Chani była wyraźnie zmartwiona wzmianką o tym, że - nominalna tylko - żona Paula odgrywa jakąkolwiek użyteczną
rolę.
- Mój brat jest pragmatyczny - sprzeciwiła się Alia.
Paul patrzył przez moment na czaszkę, wyobrażając sobie twarz ojca: orli
nos, szare oczy i rysy, które mogły w jednej chwili zmienić się z miny
pełnej złości na wrogów w wyraz niezrównanej miłości do syna czy
Jessiki.
"Tak wiele nauczyłem się od ciebie, ojcze - rzekł w duchu. - Pokazałeś
mi, co to honor i przywództwo. Mam tylko nadzieję, że twoje nauki były
wystarczające".
Wiedział, że to, czemu będzie musiał stawić czoło w nadchodzących
latach, daleko wykracza poza największe kryzysy, z jakimi zmagał się
książę Leto. Czy lekcje ojca będą miały zastosowanie w tak wielkiej
skali?
Paul podniósł duży kamień i umieścił go przed czaszką, rozpoczynając
budowę kurhanu. Potem skinął na matkę, by położyła drugi kamień. Trzeci
dodała Alia.
- Brakuje mi ojca - powiedziała tęsknym głosem. - Tak nas kochał, że
umarł za nas.
- Niedobrze, że właściwie go nie poznałaś - rzekła cicho Chani, kładąc
swój pierwszy kamień.
- Ależ poznałam - żachnęła się Alia. - Moje wspomnienia przednarodzonej
obejmują wycieczkę do kaladańskiej dziczy, na którą matka i ojciec
wybrali się po tym, jak zabito małego Victora. Wtedy został poczęty
Paul. - Alia często wygłaszała dziwaczne, niepokojące komentarze.
Stłoczone w jej umyśle istnienia sięgały daleko. - Mignęli ci nawet
wtedy prymitywni Kaladańczycy - powiedziała, spojrzawszy na matkę.
- Pamiętam - potwierdziła Jessika.
Paul nadal układał kamienie w stertę. Kiedy zakryły całkowicie kości
jego ojca, cofnął się i chwilę stał w przejmującym milczeniu z tymi,
którzy najbardziej kochali Leto.
W końcu dotknął przycisku komunikatora na kołnierzu filtraka.
- Korbo, jesteśmy gotowi - rzucił do mikrofonu.
Prawie natychmiast ciszę pustyni zburzył głośny warkot silników. Zza
grzbietu góry wyrosły dwa ornitoptery z zielono-białym godłem Imperatora
Muad'Diba i opuściły skrzydła. Lecącą na przedzie maszynę pilotował
przywódca fedajkinów Paula, Korba, człowiek, który okazywał swą wierność
z religijnym żarem. Nie był jednak zwykłym pochlebcą; był na to zbyt
sprytny. Wszystkie jego działania miały starannie wykalkulowane
konsekwencje.
Za małymi niskolotami nadleciał sznur ciężkich transportowców z podwieszonymi na uchwytach dryfowych wypolerowanymi kamiennymi blokami.
Bloki te pokryte były wyrzeźbionymi misternie przez rzemieślników z Arrakin scenami, które po złożeniu utworzą fryz przedstawiający wielkie
wydarzenia z życia księcia Leto Atrydy.
Teraz, kiedy przerwana została pełna szacunku cisza, dowódcy oddziałów
rzucali rozkazy ekipom robotników, wzywając ich do rozpoczęcia pracy w nowym świętym miejscu.
Jessika patrzyła w stoickim milczeniu na małą stertę kamieni, jakby
wypalała w pamięci obraz kapliczki Leto, zupełnie odmiennej od
okropieństwa, które miało tu powstać.
Hałas maszyn odbijał się echem od ukształtowanych amfiteatralnie skał.
Korba posadził ornitopter na ziemi i wyłonił się z niego, upajając się
rozmachem prac, dumny, że to on to zorganizował. Spojrzał na wzniesiony
ręcznie kurhan i najwyraźniej myślał, że jest on staroświecki.
- Muad'Dibie, zbudujemy tutaj pomnik godny twojego ojca - powiedział. -
Wszyscy muszą stać w nabożnym lęku przed Imperatorem i każdym, kto jest
lub był ci bliski.
- Owszem, muszą - rzekł Paul, ale wątpił, czy dowódca fedajkinów
usłyszał kpinę w jego głosie. Korba stał się niemal badaczem tego, co
nazywał "religijnym impetem".
Brygady robotników rzuciły się do pracy niczym psy gończe na zwierzynę.
W małym, naturalnym wgłębieniu u szczytu przełęczy było za mało miejsca,
by mogły tam wylądować transportowce, więc piloci odłączyli dryfy i złożyli rzeźbione bloki na płaskim skalnym terenie, po czym odlecieli.
Doradcy Paula opracowali komisyjnie projekt kaplicy i dostarczyli jego
kopie szefom brygad. Solidna piramida miała symbolizować fundament,
jakim był książę Leto dla Muad'Diba.
Jednak w tej chwili, przyglądając się projektowi tego pretensjonalnego
pomnika, Paul nie był w stanie myśleć o niczym innym niż o dychotomii
między swoimi uczuciami a swoim publicznym wizerunkiem. Chociaż nie mógł
uchylić się od roli, jaką odgrywał w mechanizmach władzy i religii,
tylko kilka ukochanych osób widziało go takim, jaki rzeczywiście był. I nawet z tą wybraną grupą nie wszystkim mógł się podzielić.
Jessika cofnęła się i spojrzała na niego. Widać było, że podjęła jakieś
postanowienie.
- Paulu, uważam, że zrobiłam na Arrakis wszystko, co do mnie należało.
Czas, żebym stąd odleciała - oznajmiła.
- Dokąd się udasz? - zapytała Chani, jakby nie mogła sobie wyobrazić
lepszego miejsca.
- Na Kaladan. Już zbyt długo pozostaję poza ojczyzną.
Paul poczuł tęsknotę. Kaladan poddał się już jego władzy, ale on nie
zawitał tam ani razu, odkąd ród Atrydów przybył na Arrakis. Popatrzył na
matkę, dostojną zielonooką piękność, która tak zauroczyła jego pełnego
galanterii ojca. Chociaż był teraz Imperatorem całego znanego
wszechświata, powinien sobie uświadomić ten prosty fakt.
- Masz rację, matko - powiedział. - Kaladan jest częścią mojego
Imperium. Będę ci towarzyszył.
Do najwierniejszych przyjaciół Muad'Diba należał Gurney Halleck,
trubadur, wojownik, przemytnik i gubernator planety. Bardziej niż
wszystkie zwycięstwa Halleck cenił sobie grę na balisecie i śpiewanie
piosenek. To było dlań największą radością. Jego heroiczne czyny
dostarczyły innym trubadurom materiału do wielu utworów.
- z Historii dzieciństwa Muad'Diba pióra księżnej Irulany
Fremeńscy rekruci z głębi pustyni nigdy nie
widzieli tak dużego zbiornika wodnego i rzadko zbiornik tak beztrosko
otwarty. Na Kaladanie mógłby on co najwyżej służyć jako wiejski staw, do
tego bez wyrazu. Ale tutaj nieopierzeni komandosi Gurneya patrzyli na
pomarszczoną powierzchnię i wdychali zapach parującej, a więc trwonionej
wilgoci, z zabobonnym lękiem i podziwem.
- Będziecie wskakiwać jeden po drugim - powiedział Halleck tubalnym,
szorstkim głosem. - Zanurzcie się. Zanurzcie głowy. Zanim tu dzisiaj
skończycie, chcę, żebyście przepłynęli na drugi brzeg.
Pływanie. Sama myśl o tym była im obca. Kilku zamruczało niespokojnie.
- To rozkaz Muad'Diba - rzekł chudy jak patyk żołnierz Enno. - Dlatego
zrobimy to.
"Tak" - pomyślał Gurney. Wystarczyło, by Paul coś zasugerował, a już się
to działo. W innych okolicznościach mogłoby się to wydawać przyjemne, a nawet zabawne. Ci fremeńscy żołnierze wyskoczyliby z luku statku
kosmicznego albo ruszyli boso w środek kurzawy Coriolisa, gdyby Muad'Dib
kazał im to zrobić.
Ostrym jak odłamek szkła spojrzeniem niebieskich oczu lustrował nowych
wojowników. Codziennie napływali z pustyni następni; wydawało się, że
sicze produkują rekrutów na blechu. Wiele planet w galaktyce wciąż nie
miało pojęcia, czemu wkrótce będą musiały stawić czoło.
Ci nieokiełznani młodzi ludzie bardzo się różnili od zdyscyplinowanych
żołnierzy Atrydów, których tak dobrze pamiętał. Ich dzikiemu stylowi
walki daleko było do wojskowej precyzji armii wielkiego rodu, ale mimo
to byli diabelnie dobrymi wojownikami. Ta "pustynna hałastra" obaliła
Bestię Rabbana, położyła kres panowaniu Harkonnenów tutaj, na Diunie, i pokonała Imperatora Szaddama Corrina i jego potężnych sardaukarów.
- Ten zbiornik ma tylko trzy metry głębokości i dziesięć szerokości. -
Gurney chodził w tę i z powrotem po brzegu basenu. - Ale na innych
planetach możecie się natknąć na oceany czy jeziora, które są głębokie
na setki metrów. Musicie być przygotowani na wszystko.
- Setki metrów! Jak moglibyśmy to przeżyć? - spytał zakurzony młody
rekrut.
- Sztuczka polega na tym, żeby utrzymać się na powierzchni. Żeby
płynąć.
Fremeńscy rekruci o twardych spojrzeniach nie zareagowali na tę dowcipną
uwagę.
- Czyż Muad'Dib nie powiedział: "Bóg stworzył Arrakis, by ćwiczyć
wiernych"? - rzekł Gurney. - A zatem przygotujcie się.
- Muad'Dib - powiedzieli mężczyźni pełnym szacunku tonem. - Muad'Dib!
Paul polecił zbudować basen, by jego pustynni wojownicy mogli ćwiczyć
przed nieuchronnymi bitwami na wodach odległych światów. Nie każda wodna
planeta tak łatwo pogodzi się z jego panowaniem jak Kaladan. Niektórzy w Arrakin traktowali basen treningowy jako przejaw hojności Muad'Diba,
podczas gdy inni widzieli w tym tylko marnotrawstwo wilgoci. Gurney
rozumiał, że jest to konieczność podyktowana względami militarnymi.
- Przestudiowaliśmy informacje podane przez Muad'Diba - rzekł Enno. -
Wzięliśmy sobie każde jego słowo do serca. Te słowa pokazały nam, jak
się pływa.
Gurney był pewien, że każdy z tych mężczyzn ślęczał nad podręcznikiem
nauki pływania tak pilnie jak kapłan nad tekstem religijnym.
- A czy przeczytanie księgofilmu o czerwiach zrobi z kogoś jeźdźca
czerwi? - zapytał.
Absurdalność pytania sprawiła, że zasadniczy Fremeni w końcu
zachichotali. Z przejęciem, ale i ociąganiem grupa podeszła na brzeg
głębokiego basenu. Sama myśl o zanurzeniu się w wodzie przerażała tych
ludzi bardziej niż perspektywa stawienia czoła jakiemukolwiek wrogowi na
polu bitwy.
Gurney sięgnął do kieszeni filtraka i wydobył złotą monetę, imperialnego
solarisa z wybitą podobizną wyniosłej twarzy Szaddama IV. Uniósł go tak
wysoko, że wypolerowana powierzchnia zalśniła w blasku słońca.
- Ten z was, który pierwszy podniesie tę monetę z dna basenu, otrzyma
specjalne błogosławieństwo Muad'Diba - oznajmił.
Żołnierze każdej innej armii rywalizowaliby ze sobą o podwyżkę żołdu,
awans albo dodatkowy urlop. Fremeni nie dbali o takie rzeczy, ale daliby
z siebie wszystko, by otrzymać błogosławieństwo Paula.
Gurney rzucił solarisa. Moneta błysnęła w słońcu i wpadła do wody prawie
na środku basenu, gdzie nadal migotała jak rybka, kiedy opadała na dno.
Wydobycie jej z głębokości trzech metrów nie byłoby wyzwaniem dla
dobrego pływaka, ale Gurney wątpił, czy uda się to Fremenom z suchej jak
pieprz pustyni. Chciał jednak sprawdzić siłę charakteru tych ludzi;
ciekawiło go, którzy będą się starali najbardziej.
- "I rzekł Bóg: "Czynami pokażą swoją wiarę - zaintonował. - Pierwsi w moich oczach będą pierwszymi w moim sercu"". - Spojrzał na nich i warknął: - Na co czekacie? To nie kolejka do bufetu.
Szturchnął pierwszego i Fremen wpadł z pluskiem do wody. Zaczął kasłać i młócić rozpaczliwie rękami, zanurzając się i znowu wynurzając na
powierzchnię.
- Pływaj, człowieku! - ryknął Gurney. - Wyglądasz, jakbyś miał atak
padaczki.
Wojownik machał ramionami, aż wreszcie oderwał się od brzegu.
Gurney wepchnął do basenu następnych dwóch Fremenów.
- Wasz towarzysz ma kłopoty - powiedział. - Może tonie. Dlaczego mu nie
pomagacie?
Kolejna para wpadła do wody. Na koniec do basenu wskoczył z własnej woli
Enno. Obserwował poprzedników, więc był od nich mniej spanikowany i wykonywał bardziej regularne ruchy. Gurney z zadowoleniem stwierdził, że
pierwszy dopłynął do przeciwnego brzegu. Po godzinie większość
pustynnych rekrutów pływała albo przynajmniej unosiła się na wodzie.
Kilku, trzęsąc się, trzymało się kurczowo skraju basenu i nie chciało go
puścić. Gurney będzie musiał zmienić im przydział albo pozbyć się ich.
Fremeni, urodzeni pustynni wojownicy, odnieśli niezrównane zwycięstwa na
Diunie, ale w rozszerzającym się konflikcie będą musieli walczyć w różnych środowiskach. Nie mógł polegać na ludziach, których sparaliżują
nieoczekiwane sytuacje. Pływanie mogło być najlżejszą z prób, przed
którymi staną.
Kilku rekrutów zanurzyło się, próbując wydobyć monetę, która błyszczała
kusząco na dnie, trzy metry niżej, jak łacha przyprawy na otwartej
pustyni, ale żadnemu nie udało się do niej zbliżyć. Gurney przypuszczał,
że sam będzie musiał ją wyciągnąć. Wtedy z drugiego brzegu basenu
podpłynął Enno i zanurkował, ale nie zszedł dostatecznie głęboko.
"To jeszcze nie to, ale nieźle" - pomyślał Gurney.
Fremen wypłynął na powierzchnię i chwytał łapczywie powietrze, po czym,
nie poddając się, zanurkował ponownie.
Poprzez pluski i krzyki Gurney słyszał warkot statków lądujących w porcie kosmicznym w Arrakin: setek szybowców wojskowych, transporterów o zwiększonej liczbie miejsc i podobnych do grubych trzmieli towarowców
wyładowanych dostawami dla armii Paula. Jeśli Gildia Kosmiczna chciała
przyprawy dla swoich nawigatorów, musiała dostarczać Muad'Dibowi statki,
których potrzebował. Zadaniem Gurneya było obsadzenie ich załogami, a najlepsi wojownicy pochodzili z Arrakis. Wkrótce przekonają się o tym
wszyscy w Imperium.
Nagle zorientował się, że chlupot i okrzyki dochodzące z basenu są
bardziej gorączkowe. Fremeni wzywali pomocy. Zauważył ciało unoszące się
na wodzie twarzą w dół. Enno.
- Przyciągnijcie go tutaj, chłopcy! - zawołał.
Ale Fremeni sami z trudem utrzymywali się na powierzchni. Jeden z nich
chwycił Enno, drugi pociągnął go za rękę, lecz rezultat był taki, że
jego głowa zanurzyła się jeszcze głębiej.
- Obróćcie go, durnie, żeby mógł oddychać!
Widząc, jacy są nieporadni, Gurney wskoczył do basenu. Doznał wstrząsu,
kiedy jego wysuszona jak pergamin skóra zetknęła się z ciepłą wodą.
Szybko dopłynął do kłębowiska mężczyzn i roztrącił ich. Chwyciwszy Enno
za kołnierz, obrócił go na plecy i doholował do brzegu basenu.
- Wezwijcie lekarza. Natychmiast! - krzyknął, wypluwając wodę.
Enno był bezwładny i nie oddychał. Jego usta zsiniały, oczy miał
zamknięte, a skórę ziemistą. W przypływie adrenaliny Halleck wyciągnął
go na nagrzane przez słońce płytki. Woda ściekała z niego strumieniami,
szybko wysychając.
Gurney wiedział, co robić, nie czekał więc, aż przybędzie pomoc. Zaczął
rytmicznie unosić jego nogi i stosować procedury reanimacyjne, znane
każdemu z Kaladanu równie dobrze jak filtrak Fremenowi. Widząc, co
spotkało ich towarzysza, pozostali rekruci gramolili się bezładnie z basenu. Kiedy medyk o podpuchniętych oczach pojawił się z zestawem
pierwszej pomocy, zabiegi Gurneya przywróciły już topielcowi
przytomność. Enno zakaszlał, po czym przekręcił się na bok i zwymiotował
połkniętą wodę. Lekarz, kiwnąwszy z uznaniem głową Halleckowi, dał Enno
zastrzyk pobudzający i owinął go kocem, żeby nie dopuścić do wstrząsu.
W końcu Fremen odrzucił koc i zmusił się, by usiąść. Potoczył wokół
szklistymi oczami. Uśmiechnąwszy się słabo, podniósł rękę, otworzył
mocno zaciśniętą dłoń i pokazał mokrą monetę.
- Według rozkazu, dowódco. - Ze zdziwieniem dotknął ociekających wodą
włosów. - Żyję?
- Teraz tak - odparł Gurney. - Zostałeś przywrócony do życia.
- Umarłem... wskutek zbyt dużej ilości wody. Zaprawdę zostałem
pobłogosławiony jej nadmiarem.
Rekruci zaczęli szeptać z nabożną trwogą. Fremen topielec!
Ich reakcja zaniepokoiła Gurneya. Ci uduchowieni ludzie byli podziwu
godni, ale też niezrozumiali. Wiele odszczepieńczych grup wyznawało
religię Muad'Diba, posiłkując się zasadami zaczerpniętymi z fremeńskiego
mistycyzmu; inne uprawiały kult wody. Bardzo możliwe, że gdy
zbiurokratyzowane duchowieństwo Paula, kwizarat, dowie się o tym, iż
Enno omal nie utonął, otoczy go nimbem natchnionej postaci.
Rekruci stali wokół basenu, ociekając wodą, jakby właśnie zostali
ochrzczeni. Wydawali się zdeterminowani jak nigdy dotąd. Gurney
wiedział, że bez kłopotu zapełni statek Gildii zażartymi wojownikami,
takimi jak najlepsi z tych mężczyzn.
Fremeni byli gotowi do drogi i przelewania krwi w imię Muad'Diba.
Wszechświat jest starożytną pustynią, rozległym pustkowiem, na którym
tylko gdzieniegdzie istnieją, jak oazy, nadające się do zamieszkania
planety. My, Fremeni, dobrze czujemy się na pustyni, wyruszymy więc na
podbój następnej.
- Stilgar, Z siczy do gwiazd
Krótko po obaleniu Padyszacha Imperatora
armie Muad'Diba zaczęły wylatywać z Diuny, rozprzestrzeniając się po
galaktyce jak echo gromu. Ciężkozbrojne legiony przemieszczały się z jednego zbuntowanego układu gwiezdnego do następnego, szerząc Prawdę i spajając Imperium dla Muad'Diba.
Paul mianował Stilgara gubernatorem Arrakis, co było jednym z warunków
aktu kapitulacji Szaddama, i obiecał mu tytuł sekretarza stanu, ale
fremeński naczelnik nie potrzebował ani tych nominacji, ani związanych z owymi godnościami obowiązków. Był człowiekiem pustyni, przywódcą
dzielnych fremeńskich wojowników, a nie miękkim, siedzącym za biurkiem
urzędnikiem.
Stilgara i legion pod jego dowództwem skierowano na wyładowanej po
brzegi fregacie na najważniejsze pole bitwy z listy jego poruczeń.
Otrzymał rozkaz zajęcia Kaitaina, przez długi czas stolicy Imperium
Corrinów. Był podekscytowany i z niecierpliwością czekał na chwilę,
kiedy znajdą się u celu. Będzie to najwspanialsze razzia w dziejach
Fremenów.
Wysoki, surowy mężczyzna siedział przy szerokim oknie, patrząc na
przepastną ładownię liniowca, w której w oddzielnych kołyskach
spoczywały rzędy pancernych fregat czekających na rozmieszczenie w przestrzeni kosmicznej. Ogrom statku napełniał Stilgara poczuciem, że
jest mały, ale jednocześnie umacniał jego przekonanie o wielkości
Muad'Diba.
Do niedawna naib nie wychylił nawet nosa poza ojczystą planetę, więc
eksploracja nieznanego budziła w nim zarówno dreszczyk emocji, jak i strach. Wielkie odległości, które przebywał na czerwiu na pustkowiu
Tanzerouft, były niczym w porównaniu z bezmiarem pustki między
gwiazdami.
Odkąd pomógł zgromadzić bojowników dżihadu, zobaczył tyle nowych rzeczy,
że niezwykłe i zdumiewające widoki zdawały mu się teraz niemal czymś
pospolitym. Dowiedział się, że większość zamieszkanych światów ma dużo
więcej wody niż Diuna i że ich mieszkańcy są znacznie mięksi od
Fremenów. Wygłaszał mowy, inspirował ludzi i werbował ich do armii,
które miały prowadzić świętą wojnę. Teraz jego najlepsi fremeńscy
wojownicy zajmą Kaitaina, perłę w koronie upadłego Imperium Corrinów.
Pociągnął łyk wody... nie dlatego, że był spragniony, lecz dlatego, że tam
była.
"Od jak dawna uważam, że woda jest na zawołanie? - pomyślał. - Kiedy
zacząłem ją pić, ponieważ mogę to robić, a nie dlatego, że jest
niezbędna do przeżycia?"
Już od kilku dni sprowadzano z powierzchni Diuny fregaty, umieszczano je
w kołyskach w ładowni liniowca i przygotowywano się do odlotu. Nie można
było rozpocząć takiej bitwy bez starannych, czasochłonnych przygotowań.
Jednak kiedy statek Gildii zostanie załadowany, sama podróż przez
zagiętą przestrzeń będzie krótka.
Stilgar zszedł na otwarty pokład towarowy fregaty. Chociaż w tych
wojskowych jednostkach było wiele indywidualnych kabin dla pasażerów,
fremeńscy bojownicy woleli jadać i spać w przypominającej atmosferą
jaskinię dużej ładowni o metalowych ścianach. Fremeni nadal uważali
standardowe wyposażenie statku - gotową żywność, przestronne kwatery,
obfitość wody, której mogli używać nawet do kąpieli, wilgotne powietrze,
dzięki któremu niepotrzebne były filtraki - za luksus.
Stilgar oparł się o gródź i zlustrował swoich ludzi, wdychając dobrze
znany zapach kawy przyprawowej, jedzenia i znajdujących się blisko
siebie ludzkich ciał. Nawet tutaj, w metalowym wnętrzu statku w przestrzeni kosmicznej, zarówno on, jak i jego ludzie starali się
odtworzyć podnoszący na duchu klimat siczy. Podrapał się po pokrytej
czarnym zarostem brodzie i popatrzył na fremeńskich komandosów, którzy
tak palili się do walki, że nie musiał wygłaszać zagrzewających do niej
mów.
Wielu siedziało pogrążonych w lekturze pierwszego tomu Życia
Muad'Diba, książki Irulany opisującej, jak Paul Atryda opuścił Kaladan,
by udać się na Diunę, jak niegodziwi Harkonnenowie zabili mu ojca i zniszczyli jego dom, jak uciekł z matką na pustynię, do Fremenów, i jak
w końcu stał się żywą legendą, Paulem Muad'Dibem. Wydrukowane na tanim,
ale trwałym papierze przyprawowym egzemplarze książki rozdawano
wszystkim obywatelom, którzy o nią pytali, a ponadto stanowiła ona część
ekwipunku każdego nowego żołnierza. Irulana zaczęła pisać tę kronikę,
zanim jeszcze jej ojciec udał się na wygnanie na Salusę Secundusa.
Stilgar nie potrafił zgłębić motywów, którymi kierowała się ta kobieta,
pisząc taką opowieść, ponieważ widział, że myli się w niektórych
szczegółach, ale nie mógł zaprzeczyć, że książka robi wielkie wrażenie
na czytelnikach. Bez względu na to, czy była to czysta propaganda, czy
natchniony tekst religijny, opowieść o najpotężniejszym człowieku w galaktyce cieszyła się ogromnym powodzeniem w Imperium.
Dwóch młodzieńców zobaczyło Stilgara i podbiegło do niego.
- Wkrótce ruszamy? - zapytał młodszy, którego gęste, ciemne włosy
sterczały na wszystkie strony.
- To prawda, że lecimy na Kaitaina? - Starszy ostatnio gwałtownie
podrósł i był teraz wyższy od swego przyrodniego brata.
Orlop i Kaleff byli synami Dżamisa. Odpowiedzialność za ich wychowanie
spadła na Paula Atrydę, który zabił ich ojca w pojedynku na noże. Nie
żywili jednak za to do niego urazy; przeciwnie, ubóstwiali Paula.
- Walczymy dla Muad'Diba, gdziekolwiek poniesie nas dżihad. - Stilgar
sprawdził harmonogram i wiedział, że liniowiec odlatuje za godzinę.
Bracia z trudem panowali nad ekscytacją. Pogaduszki bojowników
zgromadzonych na pokładzie towarowym przybrały inny ton, kiedy Stilgar
poczuł drżenie ogarniające kadłub ogromnego liniowca. Uruchomiono
silniki zaginające przestrzeń. Wspomnienia z wielu wypraw przeciw
Harkonnenom, po których nastąpił skok adrenaliny spowodowany zwycięstwem
nad Szaddamem IV, były lepszym środkiem pobudzającym niż największa
nawet dawka przyprawy.
W przypływie podniecenia Stilgar uniósł brodę i krzyknął:
- Na Kaitaina!
Wojownicy zaczęli wiwatować i tupać w płyty podłogi, czyniąc taką
wrzawę, że naib prawie nie poczuł zmiany, kiedy zagięła się wokół nich
przestrzeń kosmiczna.
Statek Gildii wypluł tysiące wojskowych fregat na rozpieszczoną planetę,
która przez tysiące lat była stolicą Imperium. Kaitain nie mógł odeprzeć
tego ataku.
Wojownicy Muad'Diba niewiele wiedzieli o historii Imperium i nie żywili
szacunku dla muzeów i pomników legendarnych postaci: Faykana Butlera,
następcy tronu Raphaela Corrina czy Hassika Corrina III. Od czasu klęski
i wygnania Szaddama IV na Kaitainie trwały ciągłe zmiany; jedne
szlacheckie rody, których członkowie wchodzili w skład Landsraadu,
napływały, by wypełnić próżnię powstałą w kręgach władzy, inne zwijały
swoje ambasady i uciekały na bezpieczniejsze światy. Ci, którzy
pozostali, starali się zachować neutralność, ale fremeńscy żołnierze nie
stosowali się do tych samych zasad.
Stilgar poprowadził z pasją i determinacją swoich ludzi do walki na
ulicach byłej stolicy. Z mieczem w jednej ręce i krysnożem w drugiej
biegł na czele oddziałów do pierwszego starcia, krzycząc:
- Niech żyje Imperator Paul Muad'Dib!
Chociaż ten świat powinien być najmocniej ufortyfikowany i najlepiej
broniony ze wszystkich, na które spadła nawałnica dżihadu,
bezpieczeństwo Imperium opierało się na powiązaniach rodzinnych i sojuszach, małżeństwach, traktatach, podatkach i grzywnach. Na rządach
prawa. To wszystko nic nie znaczyło dla fremeńskich armii. Kaitaińskim
oddziałom bezpieczeństwa - garstce sardaukarów, którzy nie mieli już
obowiązku chronić pokonanego Imperatora - brakowało zgrania. Szlachta z Landsraadu była zbyt wstrząśnięta i zdumiona, by podjąć prawdziwą walkę.
Komandosi pędzili ulicami z imieniem swojego młodego Imperatora na
ustach. Na ich czele Stilgar widział uśmiechniętych synów Dżamisa,
pragnących wykazać się męstwem i pokryć krwią. Podbój tej planety będzie
zwycięstwem o ogromnym znaczeniu, ważnym elementem w toczącej się w Imperium grze politycznej o najwyższą stawkę. Tak, Muad'Dib będzie
zadowolony.
Wiodąc swoich ludzi do boju, Stilgar krzyczał w języku Fremenów:
- Ja hja chouhada! Muad'Dib! Muad'Dib! Muad'Dib! Ja hja chouhada!
Sam jednak czerpał niewielką satysfakcję z walki, ponieważ jego ludzie
tak łatwo zmietli przeciwników. Ci kulturalni członkowie Landsraadu nie
byli zbyt dobrymi wojownikami.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki