Wkrótce po wtargnięciu dostojnych matron do Starego Imperium
zgromadzenie żeńskie Bene Gesserit zyskało aż nadto powodów, by
nienawidzić ich i bać się. Intruzki zniszczyły przy użyciu swojej
strasznej broni, unicestwiaczy, wiele planet Bene Gesserit i Tleilaxan,
Richese z jej ogromnym przemysłem i zakładami zbrojeniowymi, a nawet
samą Rakis.
Ale by przetrwać ataki jeszcze potężniejszego wroga, który je ścigał,
dostojne matrony rozpaczliwie potrzebowały wiedzy, którą miało tylko
zgromadzenie żeńskie. By ją zdobyć, uderzały jak rozzłoszczone żmije, z niesłychaną brutalnością.
Po bitwie na Węźle te dwie przeciwstawne grupy zjednoczono siłą, tworząc
nowe zgromadzenie żeńskie. Mimo to obie frakcje nadal walczyły ze sobą o władzę. Cóż za strata czasu, talentów i krwi! Prawdziwe zagrożenie
nadciągało z zewnątrz, a my kontynuowałyśmy walkę z niewłaściwym
wrogiem.
- matka dowodząca Murbella, przemówienie w nowym zgromadzeniu żeńskim
Dwóch ludzi dryfuje w łodzi ratunkowej po niezbadanym morzu.
- Patrz! Tam jest wyspa! - mówi jeden. - Naszą jedyną szansą jest
dopłynąć tam, zbudować schronienie i czekać na ratunek.
- Nie - mówi drugi. - Musimy płynąć dalej z nadzieją, że znajdziemy
szlaki żeglugowe. To jest nasza jedyna szansa.
Nie mogąc dojść do porozumienia, zaczynają się bić, łódź się wywraca i obaj toną.
Taka jest ludzka natura. Nawet jeśli w całym wszechświecie zostanie
tylko dwoje ludzi, będą reprezentować przeciwne obozy.
- Podręcznik akolitek Bene Gesserit
Stwarzając poszczególne ghole, tkamy na nowo gobelin historii. Ponownie
jest wśród nas Paul Muad'Dib z ukochaną Chani, jest jego matka lady
Jessika i syn Leto II, Bóg Imperator Diuny. Obecność doktora Akademii
Suka Wellingtona Yuego, którego zdrada rzuciła na kolana wielki ród,
zarazem budzi niepokój i podnosi na duchu. Są również z nami wojownik i mentat Thufir Hawat, naib Fremenów Stilgar i wielki planetolog
Liet-Kynes. Jakież daje to możliwości!
Tacy geniusze tworzą potężną armię. Będzie nam ona potrzebna, bo stoimy
wobec przeciwnika potężniejszego, niż sobie kiedykolwiek wyobrażaliśmy.
- Duncan Idaho, Wspomnienia kogoś, kto był więcej niż tylko mentatem
Czekałem, planowałem i rosłem w siłę piętnaście tysięcy lat. Rozwinąłem
się. Teraz nadszedł czas.
- Omnius
Nie narodziło się jeszcze ponownie tak wiele osób, które kiedyś znałam.
Brakuje mi ich, chociaż ich nie pamiętam. Dzięki kadziom aksolotlowym
wkrótce się to zmieni.
- ghola lady Jessiki
Na pokładzie błądzącego statku
pozaprzestrzennego Itaka Jessika była obecna przy narodzinach swojej
córki, ale tylko się temu przyglądała. Miała dopiero czternaście lat.
Stała w tłumie w ośrodku medycznym, a dwie Bene Gesserit, lekarki Suka z przylegającego do centrum żłobka, przygotowywały się do wydobycia
drobnego dziecka z kadzi aksolotlowej.
- Alia - mruknęła jedna z lekarek.
Tak naprawdę nie była to córka Jessiki, ale ghola wyhodowany z przechowanych komórek. Żaden z młodych gholi na statku nie był jeszcze
"sobą". Nie odzyskali dotąd wspomnień, nie pamiętali nic ze swojej
przeszłości.
Coś próbowało się przedostać z zakamarków jej umysłu do świadomości, ale
chociaż uwierało ją to jak obluzowany ząb, nie mogła sobie przypomnieć
pierwszych narodzin Alii. Czytała wielokrotnie w archiwach legendarne
opisy stworzone przez biografów Muad'Diba, ale nie pamiętała.
Miała w głowie jedynie obrazy ze swoich studiów nad przeszłością: "Sucha
i pełna kurzu sicz na Arrakis, otoczona przez Fremenów. Jessika,
uciekająca z synem Paulem, została przyjęta przez to pustynne plemię.
Książę Leto Atryda nie żył już, zamordowany przez Harkonnenów. Ciężarna
Jessika napiła się Wody Życia, co na zawsze zmieniło płód rozwijający
się w jej ciele". Od chwili narodzin pierwotna Alia zupełnie różniła się
od innych dzieci - przepełniały ją starożytna mądrość i szaleństwo.
Chociaż nie przeszła agonii przyprawowej, miała dostęp do Innych
Wspomnień. Zły Duch!
"To była inna Alia. Działo się to w innych czasach i przebiegało
inaczej".
Teraz Jessika stała obok swojego "syna" Paula, gholi, który
chronologicznie był o rok starszy od niej. Paul czekał ze swą ukochaną
towarzyszką, Fremenką Chani, i dziewięcioletnim gholą, który był z kolei
ich synem, Leto II. W poprzednim rozdaniu była to jej rodzina.
Bene Gesserit wskrzesiły te postaci z historii, by pomogły im walczyć ze
straszliwym wrogiem z zewnątrz. Siostry miały Thufira Hawata,
planetologa Lieta-Kynesa, przywódcę Fremenów Stilgara, a nawet okrytego
złą sławą doktora Yuego. Teraz, po prawie dziesięcioletniej przerwie w programie hodowli gholi, do grupy dołączyła Alia. Wkrótce pojawią się
inni - w trzech pozostałych kadziach aksolotlowych rozwijała się już
trójka dzieci: Gurney Halleck, Serena Butler i Xavier Harkonnen.
Duncan Idaho spojrzał zagadkowo na Jessikę. Wieczny Duncan, ze
wszystkimi wspomnieniami odzyskanymi ze wszystkich poprzednich żywotów...
Zastanawiała się, co myślał o tym nowo narodzonym gholi, bąblu
przeszłości unoszącym się ku powierzchni teraźniejszości. Dawno temu
pierwszy ghola Duncana był małżonkiem Alii.
Duncan dobrze ukrywał swój wiek. Był dojrzałym mężczyzną o ciemnych,
kędzierzawych włosach i wyglądał dokładnie tak jak bohater uwieczniony
na tylu archiwalnych obrazach, od czasów Muad'Diba, przez trzy i pół
tysiąca lat panowania Boga Imperatora, aż po chwilę obecną, piętnaście
wieków po jego zakończeniu.
Do izby porodowej wpadł zdyszany i spóźniony stary rabbi w towarzystwie
dwunastoletniego Wellingtona Yuego. Młody Yueh nie miał na czole
romboidalnego tatuażu słynnej Akademii Suka. Brodaty rabbi najwyraźniej
sądził, że uda mu się powstrzymać chudego młodzieńca przed ponownym
popełnieniem strasznych zbrodni, których dopuścił się w poprzednim
życiu.
W tej chwili rabbi wyglądał na rozzłoszczonego, jak zawsze, kiedy
znalazł się w pobliżu kadzi aksolotlowych. Lekarki Bene Gesserit
zignorowały go, więc wyładował swoje niezadowolenie na Szienie.
- Po latach normalności znowu to zrobiłaś! Kiedy przestaniesz szydzić z Boga?
Pod wpływem złowróżbnego snu Sziena wprowadziła moratorium na
kontynuowanie projektu hodowli gholi, który od początku był jej pasją.
Jednak ostatnie ciężkie przejścia na planecie przewodników, które omal
nie zakończyły się schwytaniem grupy przez łowców wroga, zmusiły ją do
ponownego przemyślenia tej decyzji. Bogactwo historycznych i taktycznych
doświadczeń, które wnieśliby nowi ghole, mogło się stać najlepszą
bronią, jaką miał statek pozaprzestrzenny. Postanowiła podjąć to ryzyko.
"Może Alia pewnego dnia nas ocali - pomyślała Jessika. - Albo jeden z pozostałych gholi..."
Kusząc los, Sziena przeprowadziła eksperyment na tym nienarodzonym
gholi, by stał się bardziej podobny do tamtej Alii. Ustaliwszy, w którym momencie ciąży pierwotna Jessika spożyła Wodę Życia, poleciła
lekarkom Suka, by wprowadziły do kadzi aksolotlowej niemal zabójczą
dawkę przyprawy. Przesyciła nią płód. Starała się odtworzyć Złego
Ducha.
Jessika była przerażona, kiedy się o tym dowiedziała, ale było już za
późno i nie mogła temu przeszkodzić. Jak przyprawa wpłynie na to
niewinne dziecko? Przedawkowanie melanżu nie było tym samym co przejście
agonii.
Jedna z lekarek Akademii Suka powiedziała rabbiemu, by trzymał się z dala od izby porodowej. Starzec podniósł z gniewną miną drżącą rękę,
jakby błogosławił blade ciało kadzi aksolotlowej.
- Wy, czarownice, uważacie, że te kadzie nie są już kobietami, nie są
ludźmi, ale to jest nadal Rebeka. Pozostaje owieczką z mojej trzódki.
- Rebeka zaspokoiła ważną potrzebę - rzekła Sziena. - Wszystkie
ochotniczki dobrze wiedziały, co robią. Ona pogodziła się z ciążącą na
niej odpowiedzialnością. Dlaczego ty nie możesz tego zrobić?
Rabbi obrócił się ze złością do stojącego obok niego młodzieńca.
- Ty z nimi porozmawiaj, Yuehu. Może ciebie posłuchają.
Jessika miała wrażenie, że kadzie bardziej intrygują, niż irytują
młodego gholę o ziemistej cerze.
- Jako lekarz Akademii Suka - powiedział - odebrałem wiele dzieci. Ale
nigdy w taki sposób. Przynajmniej tak myślę. Moje wspomnienia są wciąż
dla mnie niedostępne, więc czasami czuję się zdezorientowany.
- Ale Rebeka jest człowiekiem, nie jakąś biologiczną maszyną do
produkcji melanżu i gholi. - Rabbi podniósł głos. - Musisz to widzieć.
Yueh wzruszył ramionami.
- Nie mogę być całkowicie obiektywny, ponieważ urodziłem się w taki sam
sposób. Gdyby wróciły mi wspomnienia, może bym się z tobą zgodził.
- Nie potrzebujesz pierwotnych wspomnień, żeby myśleć! Możesz chyba
myśleć, co?
- Dziecko jest gotowe - przerwała im jedna z lekarek. - Teraz musimy je
wydobyć. - Odwróciła się z niecierpliwością do rabbiego. - Pozwól nam
zająć się naszą pracą, bo inaczej również kadź może zostać uszkodzona.
Z odgłosem obrzydzenia rabbi przepchnął się przez tłum i wyszedł z izby
porodowej. Yueh pozostał tam i nadal się przyglądał.
Jedna z członkiń Akademii Suka odłączyła pępowinę od mięsistej kadzi.
Jej niższa koleżanka przecięła szkarłatnopurpurową więź, po czym wytarła
oślizgłego noworodka i podniosła wyżej małą Alię. Dziecko natychmiast
wydało głośny krzyk, jakby niecierpliwie czekało na tę chwilę. Jessika
westchnęła z ulgą, bo ten krzyk świadczył, że tym razem dziewczynka nie
jest Złym Duchem. Po narodzinach pierwsza Alia rzekomo spojrzała na
świat inteligentnymi oczami dorosłej osoby. Płacz tego dziecka brzmiał
normalnie. Ale raptownie ustał.
Podczas gdy jedna lekarka zajęła się wiotczejącą kadzią, druga zawinęła
dziecko w koc. Czując skurcz w sercu, Jessika chciała wziąć maleństwo na
ręce, ale oparła się temu pragnieniu. Czy Alia zacznie nagle mówić
głosami z Innych Wspomnień? Ale noworodek tylko się rozglądał po ośrodku
medycznym, najwyraźniej nie mogąc skupić wzroku.
Alią zaopiekują się Bene Gesserit. Zrobią to w taki sam sposób, w jaki
brały pod swoje skrzydła inne dziewczynki. Pierwsza Jessika, urodzona
pod bacznym okiem piastunek, nigdy nie poznała matki w tradycyjnym
sensie tego słowa. Ani ta Jessika. Nie pozna jej też Alia ani inni
ghole. Nowa córka zostanie wychowana wspólnie w zaimprowizowanej
społeczności, będąc bardziej obiektem naukowej ciekawości niż miłości.
- Cóż za dziwną stanowimy wszyscy rodzinę - mruknęła Jessika.
Ludzie nigdy nie są w stanie zrobić czegoś precyzyjnie. Pomimo całej
wiedzy i doświadczenia, które zdobyliśmy dzięki niezliczonym
maskaradnikom będącym naszymi "ambasadorami", mamy nadal ich chaotyczny
i dezorientujący obraz. Niemniej jednak pełne błędów opisy ludzkiej
historii dają zabawny wgląd w złudzenia, którymi karmi się ludzkość.
- Erazm, zapiski i analizy, kopia zapasowa #242
Mimo ponaddwudziestoletnich wysiłków
myślące maszyny nie schwytały dotąd statku pozaprzestrzennego i nie
przejęły jego cennego ładunku. Nie powstrzymało to jednak komputerowego
wszechumysłu przed wysłaniem ogromnej floty przeciw reszcie ludzkości.
Duncan Idaho nadal wymykał się Omniusowi i Erazmowi, którzy co rusz
zarzucali swoją skrzącą się tachionową sieć w nicość, poszukując
upragnionej zdobyczy. Normalnie zdolność statku pozaprzestrzennego do
ukrywania się nie pozwalała go zobaczyć, ale od czasu do czasu migał on
ścigającym jak coś schowanego za krzakami. Początkowo polowanie to było
dla wszechumysłu wyzwaniem, ale teraz zaczynało go irytować.
- Znowu zgubiłeś ten statek - zagrzmiał Omnius przez megafony w ścianach
przypominającej wnętrze katedry centralnej sali w technologicznej
metropolii, Synchronii.
- Nieprecyzyjna opinia. Żeby go zgubić, muszę go najpierw znaleźć. -
Erazm starał się nadać głosowi beztroski ton, zmieniając postać miłej
staruszki na bardziej znajomy wygląd robota o platynowej,
elastometalowej powłoce.
Nad Erazmem wznosiły się, niczym olbrzymie, splecione koronami drzewa,
metalowe wieże, tworząc sklepienie katedry maszyn. Z pobudzonych powłok
filarów tryskały fotony, zalewając jego nowe laboratorium światłem.
Robot zainstalował nawet jarzącą się fontannę, w której bulgotała lawa.
Była to bezużyteczna dekoracja, ale Erazm często zaspokajał w ten sposób
swoją starannie kultywowaną artystyczną wrażliwość.
- Nie bądź niecierpliwy - powiedział. - Pamiętaj o matematycznych
przewidywaniach. Wszystko zostało precyzyjnie ustalone.
- Twoje matematyczne przewidywania mogą być mitami, jak wszystkie
proroctwa. Skąd mam wiedzieć, że są poprawne?
- Ponieważ ja tak powiedziałem.
Wraz z wysłaniem floty maszyn zaczął się w końcu od dawna przepowiadany
Kralizek. Kralizek... Armagedon... Bitwa na końcu wszechświata... Ragnarok...
arafel... Koniec Czasu... Chmura-Ciemność. Był to czas fundamentalnych
zmian, obrotu całego wszechświata wokół jego kosmicznej osi. Ludzkie
legendy przepowiadały taki kataklizm od zarania cywilizacji. W istocie
podobne kataklizmy zdarzyły się już parę razy: Dżihad Butlerowski,
Dżihad Paula Muad'Diba i rządy Tyrana, Leto II. Manipulując projekcjami
komputerowymi i tworząc w ten sposób oczekiwania w umyśle Omniusa, Erazm
zapoczątkował wydarzenia, które doprowadzą do kolejnej fundamentalnej
zmiany. Proroctwo czy rzeczywistość - porządek rzeczy naprawdę nie miał
znaczenia.
Wszystkie nieskończenie złożone obliczenia Erazma, poddawanie bilionów
danych najbardziej wyrafinowanym procedurom, wskazywały niczym strzałka
na jeden wynik: o biegu wydarzeń pod koniec Kralizeku zdecyduje ostatni
Kwisatz Haderach - bez względu na to, kto nim jest. Pokazywały również,
że ów Kwisatz Haderach znajduje się na statku pozaprzestrzennym, a zatem
naturalne było, że Omnius chciał, by taka potężna siła walczyła po jego
stronie. Ergo, myślące maszyny musiały schwytać ten statek. Wygra ten,
kto pierwszy zdobędzie władzę nad ostatnim Kwisatz Haderach.
Erazm nie w pełni rozumiał, co dokładnie ten nadczłowiek może zrobić,
kiedy zostanie ostatecznie zlokalizowany i pojmany. Chociaż robot był od
dawna badaczem ludzi, pozostawał myślącą maszyną, a Kwisatz Haderach nią
nie był. Nowi maskaradnicy, którzy od dawna przenikali między ludzi i dostarczali ważne informacje do Zsynchronizowanego Imperium, plasowali
się gdzieś pośrodku, jak hybrydowe maszyny biologiczne. On sam i Omnius
wchłonęli tyle ludzkich istnień skradzionych przez maskaradników, że
czasami zapominali, kim są. Pierwotni tleilaxańscy mistrzowie nie
przewidzieli znaczenia tego, co pomogli stworzyć.
Niezależny robot wiedział jednak, że musi kontrolować Omniusa.
- Mamy czas - powiedział. - Masz do podbicia galaktykę, zanim będzie nam
potrzebny Kwisatz Haderach, który jest na tym statku.
- Cieszę się, że nie czekałem, aż uda ci się go schwytać.
Omnius budował swoje niezwyciężone siły przez wieki. Używając
tradycyjnych, ale niezwykle wydajnych silników pozwalających im osiągnąć
prędkość światła, miliony statków maszyn parły teraz naprzód,
rozprzestrzeniały się po galaktyce i podbijały jeden układ gwiezdny po
drugim. Wszechumysł mógł wykorzystać zastępujące nawigatorów systemy,
które jego maskaradnicy "dali" Gildii Kosmicznej, ale jeden element
technologii Holtzmana pozostawał dla niego niepojęty. Podróż przez
zagiętą przestrzeń wymagała czegoś nieokreślenie ludzkiego, nieuchwytnej
"wiary". Omnius nigdy by nie przyznał, że ta dziwaczna technologia go...
onieśmielała.
Po serii próbnych potyczek nawałnica robotów przetoczyła się nad
kresowymi światami ludzi i szybko je zniszczyła. Straż przednia
namierzała leżące przed nią planety i rozprowadzała stworzone przez
Erazma wirusy, które wywoływały śmiertelne zarazy. Kiedy główne siły
floty maszyn docierały do celu, działania militarne przeciw wymierającej
ludności były już często niepotrzebne. Każda bitwa, nawet starcia z odosobnionymi grupami dostojnych matron, była tak samo decydująca.
Aby się czymś zająć, niezależny robot zabrał się do przeglądania
strumienia danych przesyłanych mu przez flotę. To lubił najbardziej.
Przemknęło przed nim brzęczące patrzydło. Odgonił je jak dokuczliwego
owada.
- Jeśli pozwolisz mi się skoncentrować, Omniusie, to może znajdę jakiś
sposób, żeby przyspieszyć nasze działania przeciw ludzkości.
- A skąd mam wiedzieć, że nie popełnisz kolejnego błędu?
- Stąd, że masz zaufanie do moich zdolności.
Patrzydło odleciało.
Kiedy flota maszyn miażdżyła jedną planetę ludzi po drugiej, Erazm wydał
robotom biorącym udział w inwazjach dodatkowe instrukcje. Zarażeni
ludzie zwijali się z bólu, wymiotując i brocząc krwią ze wszystkich
porów, a zwiadowcy maszyn beztrosko przetrząsali ich bazy danych, sale
zapisów, biblioteki i pozostałe źródła. Były to informacje inne od tych,
które można było wyłowić z istnień przypadkowo przyswojonych przez
maskaradników.
Przy napływie tych wszystkich świeżych danych Erazm mógł sobie znowu
pozwolić na luksus bycia naukowcem, jakim był dawno temu. Poszukiwanie
prawdy naukowej zawsze było dla niego prawdziwą racją istnienia. Teraz
miał więcej danych niż kiedykolwiek. Ciesząc się z tak wielkiej ilości
nowych informacji, sycił swój złożony umysł surowymi faktami i historiami.
Po rzekomym zniszczeniu myślących maszyn przed ponad piętnastoma
tysiącami lat płodni ludzie rozprzestrzeniali się w galaktyce, tworząc
cywilizacje i obracając je w pył. Erazma intrygowało, jak po bitwie pod
Corrinem ród Butlerów zbudował imperium, którym przez dziesięć tysięcy
lat, z nielicznymi okresami bezkrólewia i przerwami, rządził pod
nazwiskiem Corrinów, by na koniec upaść pod ciosami fanatycznego
przywódcy zwanego Muad'Dibem.
Paul Atryda. Pierwszy Kwisatz Haderach.
Jednak jeszcze bardziej fundamentalnej zmiany dokonał jego syn Leto II,
którego nazywano Bogiem Imperatorem lub Tyranem. Ten kolejny Kwisatz
Haderach - wyjątkowa hybryda człowieka i czerwia pustyni - przez trzy i pół tysiąca lat sprawował tyrańskie rządy. Po jego zabójstwie ludzka
cywilizacja się rozpadła. Ludzi uciekających podczas Rozproszenia w dalekie zakątki galaktyki zahartowały trudy i niedostatek, stawali się
coraz bardziej odporni, dopóki ich najgorsza odmiana - dostojne matrony
- nie natknęła się na rozkwitające imperium maszyn...
Inne patrzydło przejrzało zapiski, które czytał Erazm. Z głośników w ścianach rozległ się grzmiący głos Omniusa.
- Sądzę, że targające nimi sprzeczności, przedstawione jako fakt, są
niepokojące.
- Być może niepokojące, ale i fascynujące. - Erazm oderwał się od akt
historycznych. - Ich dzieje pokazują, jak postrzegają siebie i otaczający ich wszechświat. Najwyraźniej tym ludziom trzeba kogoś, kto
znowu ujmie ich silną ręką.
Dlaczego religia jest ważna? Dlatego, że sama logika nie skłoni nikogo
do ponoszenia wielkich ofiar. Tymczasem ludzie przepełnieni żarem
religijnym rzucą się do walki z nieprawdopodobnymi przeciwnościami i będą uważali, że robiąc to, są błogosławieni.
- Missionaria Protectiva, Podręcznik dla początkujących
W trakcie pełnego napięcia zebrania w drzwiach urządzonej z chłodną ostentacją sali rady Murbelli pojawiło się
dwóch robotników. Za pomocą zacisków dryfowych holowali dużego,
nieruchomego robota.
- Matko dowodząca - rzekł jeden z nich - prosiłaś, żeby dostarczyć to
tutaj.
Maszyna bojowa zbudowana była z niebieskiego i czarnego metalu
wzmocnionego rozpórkami i zachodzącymi na siebie płytami pancerza. W jej
stożkowatej głowie mieściły się zestaw sensorów oraz przyrządy
celownicze, a cztery poruszane przez silniki ramiona były owinięte
kablami i wyposażone w broń. Uszkodzony podczas niedawnej potyczki robot
bojowy miał na masywnym tułowiu czarne smugi w miejscach, w których
wyładowania wysokiej energii zniszczyły jego procesory. Maszyna była
wyłączona, martwa, pokonana, ale nawet w takim stanie wyglądała niczym
rodem z koszmarnego snu.
Doradczynie Murbelli, zaskoczone tym widokiem, przerwały dyskusje i spory i patrzyły w milczeniu na potężnego robota. Wszystkie zgromadzone
w sali kobiety ubrane były w proste czarne trykoty nowego zgromadzenia
żeńskiego. Zasada ujednoliconego stroju nie pozwalała im nosić żadnych
oznak, które wskazywałyby na to, że wywodziły się z Bene Gesserit lub
dostojnych matron.
Murbella skinęła na mających przestraszone miny robotników.
- Wciągnijcie tę rzecz do środka, żebyśmy widziały ją, ilekroć będziemy
rozmawiały o wrogu. Dobrze nam zrobi, jeśli będzie to nam stale
przypominało o przeciwniku, z którym mamy do czynienia.
Mimo zacisków dryfowych mężczyźni nieźle się napocili, zanim wtaszczyli
maszynę do sali. Murbella podeszła zdecydowanym krokiem do masywnego
robota i popatrzyła wyzywająco w jego matowe sensory optyczne. Potem
spojrzała z dumą na córkę.
- Ten okaz przywiozła po bitwie pod Duvalle baszar Idaho - oznajmiła.
- Powinno się to wyrzucić na złomowisko. Albo wystrzelić w przestrzeń -
powiedziała Kiria, twarda była dostojna matrona. - A jeśli ta maszyna ma
nadal bierne oprogramowanie szpiegowskie?
- Została dokładnie wyczyszczona - odparła Janess Idaho. Jako nowa
komendantka sił wojskowych zgromadzenia stała się bardzo pragmatyczną
kobietą.
- To trofeum, matko dowodząca? - zapytała Laera, ciemnoskóra matka
wielebna, która często wspierała po cichu Murbellę. - A może jeniec?
- To jedyny nienaruszony robot, jakiego znalazły nasze armie.
Zniszczyłyśmy cztery statki maszyn, zanim wycofałyśmy się i pozwoliłyśmy
im zniszczyć planetę. Spuściły już swoją zarazę na Ronto i Pitala. Nikt
nie przeżył. Straty w ludziach idą w miliardy.
Duvalle, Ronto i Pital nie były jedynymi, a tylko ostatnimi ofiarami
armii maszyn w jej nieprzerwanym marszu przez graniczne układy gwiezdne.
Z powodu odległości i potęgi nacierających statków na Kapitularz
docierały szczątkowe i często nieaktualne już raporty. Ze stref walk na
obrzeżach Rozproszenia napływały w głąb Starego Imperium fale
uciekinierów i kurierzy.
Murbella odwróciła się tyłem do unieszkodliwionego robota i spojrzała na
siostry.
- Wiedząc, że nadciąga burza, możemy się po prostu ewakuować, porzucić
wszystko, co mamy - powiedziała. - To sposób dostojnych matron.
Niektóre siostry wzdrygnęły się na te słowa. Dawno temu dostojne matrony
wybrały ucieczkę przed wrogiem, łupiąc wszystkie światy po drodze i wierząc w to, że zawsze będą o krok przed zawieruchą. Dla nich Stare
Imperium było jedynie prymitywną barykadą, którą mogły wznieść na szlaku
wroga w nadziei, że powstrzyma go wystarczająco długo, by zdążyły
pierzchnąć.
- Albo - ciągnęła - możemy zabić okna deskami, wzmocnić ściany i stawić opór. I mieć nadzieję, że przetrwamy.
- To nie jest zwykła burza, matko dowodząca - powiedziała Laera. - Już
dają się odczuć jej skutki. Masa uchodźców z frontu jest tak wielka, że
ich utrzymanie przekracza możliwości światów drugiej linii, których
ludność również przygotowuje się do ewakuacji. Ci ludzie nie zatrzymają
się nagle, by walczyć.
- Jak przemoczone szczury tłoczące się w kącie tonącej łodzi - mruknęła
Kiria.
- I to mówi jedna z dostojnych matron, które robiły dokładnie to samo -
odezwała się Janess z końca stołu, po czym starała się ukryć ten
komentarz, głośno siorbiąc kawę przyprawową.
Kiria łypnęła na nią ze złością.
- Nasza, dostojnych matron, przeszłość będzie się zawsze kłaść na nas
cieniem - powiedziała Murbella. - Przez swoją pychę i skłonność do tego,
by najpierw atakować, a dopiero potem myśleć, dziwki spowodowały te
wszystkie problemy.
Szukając w głębi umysłu i w mrokach dziejów, ona pierwsza przypomniała
sobie, jak głupio jej dawno już nieżyjące siostry sprowokowały myślące
maszyny.
Irytowało ją, że Kiria nie kryła oburzenia, wyraźnie nadal utożsamiając
się z dostojnymi matronami.
- Ty sama wyjawiłaś, dlaczego dostojne matrony są tym, kim są, matko
dowodząca - powiedziała Kiria. - Wywodzą się z torturowanych
tleilaxańskich kobiet, matek wielebnych, które wyparły się swojego
dziedzictwa, i nielicznych rybomównych. Miały prawo do zemsty!
- Ale nie miały prawa do głupoty! - warknęła Murbella. - Bolesna
przeszłość nie dawała im prawa do atakowania wszystkiego, co napotkały.
Nie mogły uspokoić sumienia, udając, że wiedzą, co robią, kiedy napadły
na wysuniętą placówkę maszyn i ukradły broń, której nie znały. - Zdobyła
się na lekki uśmiech. - Mogę jedynie zrozumieć, chociaż nie pochwalam
tego ani nie usprawiedliwiam, ich zemstę na światach Tleilaxan. Dzięki
Innym Wspomnieniom wiem, co Tleilaxanie zrobili moim przodkiniom...
pamiętam, jak byłam jedną z ich ohydnych kadzi aksolotlowych. Ale żeby
była pełna jasność - tego rodzaju prowokacyjny i kiepsko zaplanowany akt
agresji wpędził rodzaj ludzki w ogromne kłopoty. No i same widzicie, co
nam teraz grozi!
- Jak możemy wzmocnić nasze siły i przygotować się do stawienia czoła
tej burzy, matko dowodząca? - Pytanie to zadała stara Accadia, matka
wielebna, która mieszkała w archiwach kapituły. Prawie nie sypiała i rzadko kiedy wystawiała swoją pergaminową skórę na promienie słońca. -
Jakie mamy środki obrony?
W rogu sali, gdzie postawili go robotnicy, zdawał się z nich drwić
zwalisty robot bojowy.
- Mamy broń: religię. Zwłaszcza Szienę.
- Sziena jest dla nas zupełnie nieprzydatna! - zaoponowała Janess. - Jej
wyznawcy wierzą, że zginęła na Rakis dziesiątki lat temu.
Kapłani na Rakis zrobili kiedyś wiele szumu wokół dziewczyny, która
potrafiła rozkazywać czerwiom. Bene Gesserit wykorzystały to i stworzyły
zalążki religii, której centralną postacią była Sziena, a zagłada Diuny
tylko posłużyła szerszym celom zgromadzenia. Po jej rzekomej śmierci
trzymano uratowaną dziewczynę w odosobnieniu na Kapitularzu, żeby
pewnego dnia mogła z wielką pompą "powstać z grobu". Niestety Sziena
uciekła ponad dwadzieścia lat temu z Duncanem statkiem
pozaprzestrzennym.
- Nie musimy mieć akurat jej. Znajdźcie po prostu siostry, które są do
niej podobne, i zróbcie im odpowiedni makijaż oraz niezbędne korekty
rysów twarzy. - Murbella stuknęła się koniuszkami palców w usta. - Tak,
zaczniemy z dwunastoma nowymi Szienami. Rozmieśćcie je na światach, na
których schronili się uchodźcy, ponieważ najbardziej łatwowierni będą
ci, którzy ocaleli. Zmartwychwstała Sziena ukaże się wszędzie
jednocześnie... jako mesjasz, wizjonerka i przywódczyni.
- Badania genetyczne wykażą, że to oszustki - powiedziała nadzwyczaj
rozsądnym tonem Laera. - Kiedy ludzie zobaczą, że próbowałyśmy ich
oszukać, twój plan obróci się przeciw nam.
Kiria pomyślała już o oczywistym rozwiązaniu.
- Możemy kazać lekarkom Bene Gesserit - lekarkom Akademii Suka -
przeprowadzić te badania... i skłamać.
- Nie lekceważcie też naszego największego atutu. - Murbella wyciągnęła
rękę jak żebrak proszący o jałmużnę. - Ci ludzie chcą wierzyć. Nasza
Missionaria Protectiva od tysięcy lat wpajała ludności różnych planet
wierzenia religijne. Teraz musimy wykorzystać te techniki już nie dla
naszej ochrony, ale jako broń, środek wpływu na armie. Już nie jako
bierną ochronę, lecz aktywną siłę. Missionaria Aggressiva.
Wydawało się, że pozostałym kobietom, zwłaszcza Kirii, spodobał się ten
pomysł. Accadia patrzyła z nachmurzoną miną na swoje arkusze
ryduliańskiego papieru krystalicznego, jakby starała się znaleźć
zapisane tam gęstym pismem gruntowne odpowiedzi.
Murbella obrzuciła robota bojowego wyzywającym spojrzeniem.
- Tych dwanaście Szien weźmie ze sobą przyprawę z naszych zapasów -
ciągnęła. - Głosząc swoje słowo, będą hojnie rozdawać melanż. Każda
powie, że Szejtan objawił jej we śnie, iż przyprawa wkrótce znowu
popłynie obficie. Chociaż Rakis została zniszczona jak Sodoma i Gomora,
pojawi się wiele nowych Diun. Ona, Sziena, im to obiecuje.
Przed laty istotnie wysłano w tajemnicy na Rozproszenie grupy matek
wielebnych z trociami piaskowymi, by wprowadziły je na dodatkowe planety
i stworzyły więcej pustynnych światów dla czerwi.
- Fałszywi prorocy i rzekomi mesjasze. To już było - powiedziała Kiria
znudzonym głosem. - Wyjaśnij, jakie przyniesie to nam korzyści.
Murbella spojrzała na nią z wyrachowanym uśmiechem.
- Wykorzystamy szeroko rozprzestrzenione przesądy. Ludzie wierzą, że
muszą przejść okres cierpień i wyrzeczeń, zanim nastanie epoka
powszechnej szczęśliwości. Wiara w ten cykl jest równie stara jak
większość tradycyjnych religii, istniała na długo przed Pierwszym
Wielkim Ruchem i zensunnickim hadżdżem. A zatem przykroimy ją stosownie
do naszych celów. Myślące maszyny są tym wielkim złem, które musimy
zwyciężyć, zanim ludzkość będzie mogła zebrać owoce swoich wysiłków. -
Obróciwszy się do wiekowej opiekunki archiwów, powiedziała: - Accadio,
przeczytaj wszystko, co uda ci się znaleźć o Dżihadzie Butlerowskim i o tym, w jaki sposób Serena Butler prowadziła swoje siły. A także o tym,
jak robił to Paul Muad'Dib. Możemy nawet twierdzić, że zaczął to dla nas
przygotowywać Tyran. Przestudiuj jego pisma i wyrwij z kontekstu
fragmenty, które potwierdzą nasze przesłanie, żeby ludzie byli
przekonani, że obecna wojna jest owym od dawna przepowiadanym konfliktem
w skali całego wszechświata: Kralizekiem. Jeśli uwierzą w te
proroctwa, będą walczyć jeszcze długo po tym, jak znikną wszelkie realne
przesłanki dające nadzieję na zwycięstwo. - Gestem odesłała zgromadzone
w sali kobiety do ich zadań. - Tymczasem zorganizuję spotkanie z Ixanami
i Gildią. Richese została zniszczona, więc zażądam, żeby przestawili
cały swój przemysł na potrzeby wojny. Musimy stawić opór za pomocą
wszelkich środków, jakie jest w stanie zgromadzić rodzaj ludzki.
- A jeśli te stare proroctwa okażą się prawdziwe? - zapytała Accadia,
wychodząc. - Jeśli rzeczywiście jest to Koniec Czasu?
- To nasze wysiłki są tym bardziej usprawiedliwione. I mimo to będziemy
walczyć. Tylko to możemy zrobić. - Odwróciwszy się do robota, Murbella
przemówiła do niego, jakby nadal mógł ją słyszeć: - Oto, jak was
pokonamy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki