Kroniki Blackwell. Tom 1. Wilki Lokiego - M. A. Marr, K. L. Armstrong


Reflow text when sidebars are open.
Matt leżał w łóżku. Minęła już cała doba, odkąd uwolnił Młot Thora. Fen nie powiedział o tym nikomu, Laurie także. Matt chciał wierzyć, że o tym zapomną, ale był niemal pewien, że czekają tylko na dogodny moment. Wtedy powiedzą wszystkim, że użył czegoś w rodzaju fajerwerku i znokautował Fena. Wówczas rodzice Matta - i wszyscy inni Thorsenowie w mieście - domyślą się prawdy. Matt złamał zasadę: użył Młota Thora.
Młot Thora był jedyną magiczną mocą, którą wciąż dysponowali Thorsenowie. Jasne, zwykle byli więksi i silniejsi od innych ludzi, ale nie zawdzięczali tego magii. Stare księgi mówiły, że niegdyś mieli też inne moce, na przykład władali pogodą, ale wszystkie już dawno odeszły w przeszłość. Został im tylko Młot, który w oczach innych wyglądał jak niewidzialny cios. Tylko Matt został dodatkowo obdarzony efektami specjalnymi - błyskiem i hukiem. I tylko Matt nie umiał nad tym panować.
Dziadek dawał mu różne amulety, ale to niczego nie zmieniło. Rodzice mieli rację: nie amulet był tutaj problemem, lecz on sam. Moc kryła się w spadkobiercach Thora, a amulet był jedynie... Matt przez moment szukał w pamięci słowa, którego używali jego rodzice. Przetwornikiem. Tak. Naszyjnik był przetwornikiem, który uwalniał moc. Co znaczyło, że rozwiązanie powinno być proste - zdjąć naszyjnik. Tyle że jeśli którykolwiek z Thorsenów to robił, wkrótce zaczynał chorować. Matt mógł na szczęście zdejmować swój amulet na czas treningu, ale nie na dłużej.
Powinien po prostu powiedzieć rodzicom, co się stało. Zaczął poprzedniego wieczoru, ale potem stchórzył i powiedział tylko, że widział jakieś dzieciaki grzebiące przy łodzi, a wtedy tata odparł, że wyśle tam dodatkowe patrole. Pouczył też syna, że powinien czuć się bardziej odpowiedzialny za miasto, że powinien był coś z tym zrobić, a nie po prostu przyjść do domu i opowiadać o tym rodzicom. Zabolało to Matta, szczególnie że rzeczywiście coś z tym zrobił. Już miał wyrzuty sumienia. Powinien był poradzić sobie z Fenem bez pomocy Młota.
Nie myśl o tym. Skup się na czymś innym. Pomyśl o projekcie z fizyki, który przygotowujesz na kiermasz.
O tak. Bardzo pomocna rada. Skup się na innej rzeczy, którą koncertowo spieprzyłeś, Matty.
Kompletnie zepsuł swój projekt i musiał go poprawić przed jutrzejszym kiermaszem. Jak zwykle przekombinował. Naprawdę starał się jak mógł, bo jego rodzina zawsze wygrywała konkurs projektów w ósmej klasie. Najpierw tata. Potem bracia, Jake i Josh. Gdyby chodziło o jakiś inny przedmiot, Matt nie miałby żadnych problemów. Ale jak zwykle, jeśli jego rodzina była w czymś dobra, on nie był.
Może powinien się z tym przespać. Najlepsze pomysły przychodziły mu do głowy w nocy, kiedy mógł się zrelaksować i zapomnieć o zmartwieniach.
Kiedy w końcu zasnął, rzeczywiście śnił o swoim projekcie - o tym, jak mógł go zepsuć na różne sposoby i przynieść wstyd swojej rodzinie. Śniło mu się, że stworzył najlepszy projekt w historii szkoły, a potem przypadkowo uwolnił Młot Thora i rozbił go w drobny mak na oczach wszystkich uczniów. W końcu jego mózg najwyraźniej znudził się tym tematem i przeniósł go na środek jakiegoś pola.
Był dzień. Matt stał z podniesioną głową, wpatrzony w niebo. Nie był sam: wyczuwał za sobą czyjąś obecność. Nie odwracał się jednak, by sprawdzić, kto to. Wciąż wpatrywał się w słońce - i w wilka, który je gonił.
Wilk był wielkim czarnym cieniem o rozjarzonych oczach i lśniących kłach. Słońce miało postać promienistego rydwanu ciągniętego przez trzy białe konie.
- To Sköll i Sol - mruknął Matt.
- Co? - rozległ się jakiś dziewczęcy głos za jego plecami.
Matt miał wrażenie, że powinien znać ten głos, i we śnie chyba go znał, ale jego uśpiona jaźń nie mogła go z nikim skojarzyć.
- Nordycki mit. Słońce okrąża Ziemię, bo ucieka przed wilkiem Sköllem. A Księżyc... - Zmrużył oczy, spoglądając na Słońce. Za rydwanem Sol widać było jego bledszą postać ściganą przez innego wilka. - Tam jest. Za Słońcem. Mani, którego ściga Hati.
- Wygląda na to, że wilki je doganiają.
Matt pokręcił głową.
- Nie dogonią aż do Ragnarök.
- Ragnarök?
- To koniec świata. Ma się zacząć, gdy Loki zabije Baldera. Wtedy Sköll dogoni Sol, Hati dogoni Maniego, a świat pogrąży się w wiecznej nocy i zimie. Ale to się nie stanie.
Wilki skoczyły, niemal dosięgając łapami swoich ofiar. Jeźdźcy smagnęli batem konie, które poderwały się do szybszego biegu.
Matt wypuścił głośno powietrzne.
- No dobra, to tylko...
Wilki ponownie rzuciły się do ataku. Pochwyciły rydwany w swe potężne szczęki i szarpnęły nimi. Rydwany przewróciły się do tyłu, konie poleciały w górę. Słońce i Księżyc runęły w dół. Wilki zanurkowały za nimi, otworzyły pyski i...
Ciemność.
*
Matt usiadł prosto, zlany zimnym potem. Serce waliło mu jak młot.
Ragnarök.
Koniec świata.
Zamrugał oczami, a potem pokręcił gwałtownie głową. Owszem, jego rodzina wierzyła w Ragnarök, a Wyrocznia wypatrywała znaków. Robili to, odkąd umarli starzy bogowie. Bo bogowie byli... po prostu głupi, pozabijali się wszyscy dawno temu. Zdaniem Wyroczni oznaczało to, że kiedy Ragnarök rzeczywiście nadejdzie, niektórzy potomkowie bogów będą musieli zastąpić ich na polu bitwy. Zostaną napełnieni mocami bogów i będą walczyć z potworami, zgodnie z przepowiednią. Na szczęście Ragnarök nie mógł nadejść za życia Matta. Nadchodził za to, w dodatku wielkimi krokami, kiermasz naukowy z konkursem. Może nie oznaczało to końca świata, ale było równie przerażające.
Matt przeciągnął się i ziewnął potężnie. Jednak gdy tylko zamknął oczy, widział wilki ścigające Słońce i Księżyc.
Pokręcił głową. To na pewno nie pomoże mu przy projekcie.
A może jednak?
Uśmiechnął się, przeciągnął i zasnął.
*
- Rakfisk! - wrzasnął Josh, waląc w otwarte drzwi Matta. - Hej, Mini-Matt. Nie czujesz? Mama robi rakfisk.
Matt podniósł głowę i mimowolnie wciągnął powietrze w nozdrza. Jęknął i zacisnął zęby, powstrzymując odruch wymiotny. Nic nie śmierdzi równie paskudnie jak surowa ryba. Chyba że jest to surowa ryba, której pozwolono gnić przez kilka miesięcy, a potem podano na toście. Na śniadanie.
Jake złapał Josha za ramię.
- Nie budź dzieciaka. Będzie więcej dla nas.
Josh miał siedemnaście lat, Jake był o rok młodszy, ale obaj byli tak duzi, że Josh przesłaniał sobą praktycznie całe drzwi, a nad jego ramieniem widać było jedynie rude włosy drugiego brata.
Popędzili biegiem w głąb korytarza. Matt podniósł głowę i zatkał nos. Próbował oddychać przez usta, ale to nie wystarczyło, bo wciąż czuł smak rakfisk. Jeśli istniało coś, co mogło zepsuć skandynawskie święta, to z pewnością było to jedzenie. Stare tradycje wikingów, mówiła mama. Matt uważał, że wikingowie powinni byli zatrzymać te tradycje dla siebie.
Zastał mamę w kuchni, gdzie siekała coś na blacie, podczas gdy jego bracia siedzieli przy stole i pożerali tosty z rakfisk. Otworzył lodówkę i znalazł tam dwa pojemniki po mleku. Pierwszy był wypełniony rzadką, białozielonkawą cieczą. Serwatka - to, co wydziela się z mleka przy robieniu sera. Matt jęknął cicho i odstawił pojemnik na miejsce.
- Serwatka ma mnóstwo białka, Matty - powiedziała matka. - Nie urośniesz, jeśli będziesz pił tylko napoje gazowane.
- On nie urośnie bez względu na to, co będzie pił - wtrącił Jake. - Ani ile ciężarów podniesie. Josh i ja w wieku Matta byliśmy więksi od niego.
Josh wzruszył ramionami.
- Ale niewiele. Ma jeszcze czas. Może gdyby grał w drużynie futbolowej...
- Lubię boks.
Matka skrzywiła się odruchowo. Ona nie lubiła boksu. Ani zapasów, które Matt również uwielbiał, choć nie był w nich dobry. Nie lubiła ich, bo bała się, że stanie mu się jakaś krzywda, ale Matt wiedział, że po prostu tego nie rozumiała. W domu Thorsenów za prawdziwy sport uważano tylko futbol amerykański. Właściwie uważano tak w całym Blackwell.
- Aha - przypomniała sobie matka. - Dziadek pytał o ciebie wczoraj wieczorem. Nie miałeś już więcej tych... wybuchów? - spytała, wskazując na amulet.
Matt starał się zachować kamienną minę.
- Nie, od ostatniego razu nie. - Co, formalnie rzecz biorąc, odpowiadało prawdzie. Tyle że matka Matta myślała o innym ostatnim razie.
- To dobrze - odpowiedziała i odetchnęła z ulgą. - A teraz zabieraj się do jedzenia, przygotowałam wam rakfisk.
*
Wieczór kiermaszu naukowego. Po sali kręciło się około stu osób, które udawały zainteresowanie projektami.
Hunter stanął przy stole Matta.
- Nie rozumiem tego - powiedział.
- Bo jesteś zbyt leniwy, żeby czytać. - Cody wskazał na opis, który Matt zamieścił obok. - Co mnie wcale nie dziwi, bo jesteś nawet zbyt leniwy, żeby zrobić własny projekt. Przecież każdy widzi, że wziąłeś pracę swojego brata.
Projekt Huntera miał przedstawiać wulkan, ale po trzech latach spędzonych w piwnicy "lawa" wylewała się dziurami wygryzionymi przez myszy.
Matt usłyszał parsknięcie. Spojrzał przez ramię i zobaczył Fena. Był z Laurie i pochylał nisko głowę, jakby chciał ukryć świeżego siniaka pod okiem.
Kiedy Laurie podeszła do stołu Matta, Fen skrzywił się z irytacją. Laurie tylko spojrzała nań przeciągle, po czym spytała:
- Co to ma być?
Matt zaczął niedbale objaśniać, ale dostrzegł swego dziadka i dwóch członków Starszyzny Thorsenów zmierzających w jego stronę, więc zmienił ton na poważniejszy.
- To obraz z nordyckiego mitu. Wilki, Sköll i Hati, ścigają Słońce - Sol, i Księżyc - Maniego.
Wskazał na swoje dzieło, gdzie dwa czarne wilki miały ścigać dwie świecące kule na przerobionych torach zabawkowej kolejki. Projekt nie działał do końca zgodnie z założeniami, bo postacie się nie poruszały. Ojciec powiedział, że Matt porwał się z motyką na słońce. Mimo to całość wyglądała przyzwoicie. Dziadek i jego koledzy przystanęli, by lepiej przyjrzeć się modelowi.
- W micie wilki w końcu doganiają swoją zdobycz. - Matt pochylił się, by popchnąć figurki na torach. Te zaczęły sunąć po szynach i dogoniły świecące kule, a globus zabawka w środku znalazł się w cieniu. - To oznacza początek Ragnarök. Bitwy bogów. Z naukowego punktu widzenia to nic innego jak wyjaśnienie przyczyny zaćmień. W wielu kulturach istniały mity tłumaczące, dlaczego słońce znika, i jak przywołać je z powrotem.
Wskazał na tablicę pokrytą rysunkami i wykresami objaśniającymi mechanizm zaćmienia. Przygotował ją w pośpiechu, co było widać, choć i tak wyglądała lepiej niż wiele innych prac. Przynajmniej tak wmawiał sobie Matt.
- To bardzo interesujące, Matty - powiedział dziadek, kładąc mu dłoń na ramieniu. - Skąd przyszedł ci do głowy ten pomysł?
Chłopak wzruszył ramionami.
- Nie wiem. Tak po prostu.
- Czyżby?
Niebieskie oczy dziadka wpatrywały się w niego z taką intensywnością, że Matt poczuł, że nogi uginają mu się w kolanach. Starszy pan patrzył na niego jeszcze przez chwilę, wydymając usta okolone siwo-rudą brodą. Potem poklepał go po plecach, mruknął coś do swoich towarzyszy i poszedł dalej.
Matt dostał B, czyli ocenę dobrą, co w przypadku projektu przygotowanego w pośpiechu i nie do końca sprawnego było naprawdę dużym osiągnięciem. Jego nauczyciele byli zadowoleni. Rodzice nie. Wyszli na zewnątrz, kiedy pakował swoją pracę. Robił to ostrożnie i powoli, w nadziei, że w końcu znudzą się czekaniem i pójdą sobie.
- Więc wpadłeś na to bez żadnej przyczyny, tak po prostu?
Dziadek znów zatrzymał się przy nim. Sala opustoszała, rodzice i dzieci wychodzili na zewnątrz.
Matt skinął głową.
- Przykro mi, że nie wygrałem.
Dziadek objął go ramieniem.
- Nigdy nie byłeś mocny z fizyki. Dostałeś B. Uważam, że to świetna ocena. A to jest jeszcze lepsze. - Wskazał na dyplom z wyróżnieniem leżący na stole Matta.
Spośród trzydziestu projektów wystawionych na pokazie pięć otrzymywało wyróżnienie. Do tego dochodzili jeszcze zdobywcy pierwszych trzech miejsc, nie było to więc jakieś wyjątkowe dokonanie. Matt wymamrotał podziękowanie i zaczął pakować dokumenty.
- No dobrze, Matty, zostaliśmy sami. Powiedz mi, jak naprawdę na to wpadłeś.
Matt wzruszył ramionami.
- Miałem sen.
- O czym?
- O wilkach pożerających Słońce i Księżyc. O początku Wielkiej Zimy.
- Fimbulwinter.
Matt skinął głową. Dopiero po chwili zauważył, że dziadek zamarł w bezruchu. Gdy zobaczył jego minę, wstrzymał oddech z wrażenia. Powinien być ostrożniejszy. Przy członkach Starszyzny nie należy zbyt swobodnie opowiadać o takich snach. Szczególnie o snach dotyczących Ragnarök.
- Martwiłem się moim projektem - zaczął wyjaśniać. - To był zwykły głupi sen. Wiesz, skojarzenie, że jeśli nie uda mi się zrobić projektu, będzie koniec świata. - Przewrócił oczami. - Głupota.
- Co dokładnie widziałeś w tym śnie?
Matt czuł, jak zimny pot występuje mu na czoło. Otarł je drżącą ręką.
- Spokojnie, Matty - wyszeptał dziadek. - Po prostu jestem ciekaw. Opowiedz mi o tym.
Matt spełnił jego prośbę. Nie miał innego wyjścia. Rozmawiał nie tylko ze swoim dziadkiem, ale i z burmistrzem Blackwell oraz sędzią.
Kiedy skończył, dziadek skinął głową. Wyglądał na zadowolonego.
- To był tylko sen - powtórzył Matt. - Wiem, że wy wierzycie w takie rzeczy, ale to nie było nic ważnego. Nie chciałem...
Dziadek przerwał Mattowi, kładąc mu obie dłonie na ramionach i pochylając się ku niemu.
- Nie zrobiłeś nic złego. Byłem po prostu ciekaw. Zawsze interesuje mnie, skąd ludzie czerpią inspiracje. Jestem z ciebie bardzo dumny. Zawsze byłem.
Matt niepewnie przestąpił z nogi na nogę.
- Mama i tata na mnie czekają...
- Oczywiście. - Dziadek uścisnął go raz jeszcze i powiedział: - Zawsze wiedziałem, że jesteś wyjątkowy, Matty. Wkrótce wszyscy się o tym przekonają.
Odsunął się, poklepał wnuka po plecach i podał mu pudło.
- Ty ponieś to, a ja zabiorę twoje papiery. Na zewnątrz mocno wieje. Nie chcielibyśmy, żeby wiatr je porwał.
Matt ruszył do wyjścia. Dziadek szedł obok niego.
- Kilka dni temu widziałem lód na Norrström - zauważył chłopiec. - To dlatego tak szybko urządzamy Vetrarblot? Zima przyjdzie wcześniej?
- Tak - odparł dziadek. - Wiele na to wskazuje.
Przez cały następny dzień Fen czekał z niepokojem, czy przyjdzie po niego szeryf, a wieczorem krył się w parku i wypatrywał okazji do zabrania tarczy. Thorsen najwyraźniej nie doniósł na niego szeryfowi, ale musiał mu coś powiedzieć, bo przez całą noc obok łodzi kręciły się patrole. Fen próbował wykonać zadanie, ale nie zdołał.
Nie miał wcale ochoty mówić o tym Krisowi, ale gdy przywlókł się z parku do domu i zobaczył zardzewiały pikap, zrozumiał, że nie ma innego wyjścia. Jego kuzyn wrócił po kilkudniowej nieobecności.
Fen nie wypytywał Krisa, dokąd wyjeżdża. Zasada numer jeden w rodzinie Brekke'ów brzmiała: nie wygadasz tego, czego nie wiesz. Nie była to kwestia zaufania, ale zdrowego rozsądku. Brekke'owie przede wszystkim dbali o siebie. Mogli komuś wyświadczyć przysługę - albo nie - ale nie byli na tyle głupi, by mówić komukolwiek o czymś, co mogłoby przysporzyć im kłopotów.
Przeszedł przez żużlowy podjazd i stanął w drzwiach garażu.
- Fen? To ty? - Głos wydobywał się spod karoserii starego samochodu. Kris pracował przy nim przez większość roku. Stary magnetofon grał na cały regulator. Jak wszystko w domu Krisa od dawna był w kiepskim stanie.
- Tak.
- Podaj mi piwo. - Spod samochodu wysunęła się brudna ręka, która wskazała na zardzewiałą lodówkę w rogu garażu.
Fen rzucił torbę na podłogę i podszedł do lodówki. Drzwi zaskrzypiały, a stary uchwyt zaklekotał, gdy ją uchylił i sięgnął do środka. Wyjął puszkę piwa i otworzył ją. Nie rozumiał, dlaczego ludzie to piją. Kris go kiedyś poczęstował, ale było paskudne. Fen podejrzewał, że smakuje jak psie szczyny, ale cała jego rodzina to piła.
- Słyszałem ten syk, chłopcze. Lepiej, żeby puszka była pełna, kiedy mi ją podasz.
Fen podszedł do kuzyna i podał mu piwo.
- Jest pełna.
- Dobry chłopak.
Kris wysunął się spod samochodu. Leżał na leżance monterskiej, pokryty od stóp po bandanę brudem, smarem i olejem. Miał dwadzieścia kilka lat; jedna z ciotek uznała, że jest już dość dorosły, by Fen mógł u niego zamieszkać. Fen czuł się tu o wiele lepiej niż u kuzynki Mandy, która była stara jak świat i wciąż dokładała mu różne obowiązki domowe. Kris był na tyle młody, że pamiętał jeszcze, jak bardzo nienawidził takich prac. Zlecał Fenowi różne zadania, ale zwykle nie miały one nic wspólnego z dbaniem o dom.
Kris usiadł, wziął od niego piwo i pociągnął długi łyk, po czym otarł usta wierzchem dłoni.
- Masz ją?
- Nie.
Kris zmarszczył brwi.
- To było łatwe zadanie, chłopcze. Pójść do łodzi i ukraść tarczę. Nic prostszego.
- Wczoraj był tam Thorsen, syn szeryfa Thorsena, Matt, a dzisiaj przez cały dzień kręciły się tam patrole.
Fen przykucnął, by znaleźć się twarzą w twarz z Krisem.
- Jeszcze tego brakowało, żeby przyszedł tu szeryf albo burmistrz i wtykał nos w nieswoje sprawy. Trzymaj się od tego z dala, dzieciaku.
- Wiem, tak właśnie zrobiłem. Ale tylko wczoraj wieczorem mogła pójść ze mną Laurie, a ona też miała wziąć w tym udział - dodał Fen. - Co miałem zrobić?
- Miałeś wykonać zadanie. Lepiej szybko coś wymyśl, dzieciaku. - Kris dokończył piwo i zgniótł puszkę. - Jeśli nie opłacisz się w porę wulfenkind, to nikt nie będzie ci mógł pomóc.
- Słyszałem to już trzy razy - warknął Fen.
- Nie cwaniakuj. - Kris wstał i poszedł do lodówki po następne piwo. - W ciągu dnia nie ma tylu patroli.
- Mam szkołę... - zaczął protestować Fen.
Kris otworzył puszkę.
- Myślisz, że wulfenkind obchodzi twoja szkoła?
- Mógłbym spróbować jeszcze raz dziś w nocy - zaproponował Fen. - Ale co z Laurie?
Kris skinął głową.
- Pomogła ci, więc ten warunek został spełniony. Zrób to sam, a jeśli dziś ci się nie uda, jutro nie pójdziesz do szkoły.
- Dobrze.
- Jeśli nie wykonasz tego zadania, Laurie będzie musiała się z nimi spotkać - zagroził Kris.
Po latach opieki nad kuzynką Fen nie musiał się ani przez moment zastanawiać nad odpowiedzią.
- Zdobędę ją. Obiecuję.
*
Budzik zadzwonił w środku nocy, zdecydowanie za wcześnie jak na gust Fena. Był to jeden z tych okropnych zegarków, które głośno tykają i budzą swoje ofiary za pomocą dwóch dzwonków, o które uderza mały młoteczek. Trochę jak ta sztuczka Thorsena z młotem. Fen złapał budzik i rzucił nim o ścianę. Szkoda, że nie mogę tego zrobić z nim. Skrzywił się na tę myśl. Smutna prawda była taka, że Fen nie mógłby rzucić Mattem o ścianę. Thorsenowie byli nadnaturalnie silni i choć Brekke'owie też mieli różne umiejętności, dobrze wiedzieli, że lepiej nie zadzierać z Thorsenami. No cóż, nie wszyscy. Laurie wciąż nie miała o niczym pojęcia. Fen miał świadomość, co się dzieje, dopiero od kilku lat, ale starał się udawać ignoranta.
Bo właśnie tak myślą o nas Thorsenowie.
Kiedy Kris warknął coś na temat dzwonka - i trzasku budzika uderzającego o ścianę - Fen uznał, że lepiej będzie zachowywać się cicho. Wziął buty do ręki i zaniósł je do wyjścia. Kiedy wymknął się na zewnątrz, przytrzymał drzwi, by nie trzasnęły. Poczuł ogromną ulgę, gdy w końcu odwrócił się i spojrzał w ciemność. Mógł udawać, że chodziło mu tylko o to, by nie rozzłościć Krisa, w rzeczywistości jednak zawsze opuszczało go jakieś napięcie, gdy wychodził na zewnątrz. Wilki, nawet te w ludzkiej skórze, nie powinny siedzieć w domu. Ta pora nocy była najlepsza. Większość ludzi leżała w łóżkach; świat należał do niego.
Usiadł na werandzie, włożył buty, zabrał torbę i łom, który zostawił mu Kris, i ruszył w stronę parku Sarek. Wiedział, że jeśli nie odda Najeźdźcom tego, co im należne, będzie się musiał liczyć z konsekwencjami. Najeźdźcy - stada wulfenkind - prowadzili złodziejskie, włóczęgowskie życie, wciąż przenosili swoje obozy, nieustannie uciekając przed prawem. Można było przyłączać się do różnych stad, ale od urodzenia trzeba było wnosić opłaty. Zwykle płacili rodzice. Jeśli tego nie robili, stado zapisywało wszystkie należności, by je wyegzekwować później. Fen, jak każdy Brekke, musiał albo oddawać opłaty miejscowemu stadu, którego członkowie byli w jego wieku, albo przyłączyć się do tego stada, albo też - kiedy osiągnie odpowiedni wiek - zostać samotnym wilkiem. Na razie wolał płacić. Za siebie i za Laurie. Nie zamierzał podporządkowywać się komuś tylko dlatego, że ów ktoś najlepiej się bił.
Laurie wciąż niewiele wiedziała o świecie. Nie wiedziała, kim jest Fen, ani kim sama może być, bo nie wiedziała, że ich przodkiem był Loki. Nie miała pojęcia, że czasem Fen był wilkiem. Dopóki sama się nie zmieniała, nie musieli jej o tym mówić.
Jej ojciec, wuj Fena Stig, uważał, że jego córka się nie zmieni. Jej matka nie należała do wulfenkind, więc Laurie mogła wyrosnąć na zwykłą kobietę. Jeśli rzeczywiście się nie zmieni, nie musi o niczym wiedzieć. Fen bardzo chciał jej powiedzieć, bardzo chciał, żeby i ona była wilkiem. Niemal tak bardzo, jak bardzo ze względu na jej dobro liczył na to, że jednak nim nie będzie. Na razie zgodził się płacić wulfenkind za nią. Zwykle robili to rodzice wulfenkind, ale wujek Stig był samotnym wilkiem, więc Fen wziął ten obowiązek na siebie. Właśnie tak by postąpił, gdyby Laurie była jego prawdziwą siostrą, a nie tylko kuzynką. To oznaczało podwójną opłatę, ale jakoś dawał sobie z tym radę. Jeśli jednak Laurie się zmieni, przejmie swoje płatności, dołączy do stada lub zostanie samotnym wilkiem, jak jej ojciec. Zdaniem Fena Laurie nie nadawała się na członka stada, gotów był więc pomóc jej wnosić opłaty albo zostać wraz z nią samotnikiem. Problem polegał na tym, że samotne wilki nie mogły zbyt długo przebywać w jednym miejscu. Fen nie wyobrażał sobie, by mógł zostać samotnym wilkiem bez niej, a nie zamierzał dołączać do Najeźdźców.
Na razie musiał wnosić opłaty, a z powodów, których nie chciał nawet znać, Najeźdźcy uznali, że stara tarcza to opłata wystarczająca za ich dwoje. Zastanawiające było tylko to, że wilk przewodzący stadu w ich wieku, Skull, domagał się, by Laurie też miała w tym udział. I miała. Teraz Fen musiał tylko dokończyć dzieła.
Przeszedł trasę między przyczepą Krisa i parkiem już tyle razy, że bolały go nogi, ale wilki mogły przemierzać las tylko na określonych zasadach, chodził więc w swojej ludzkiej postaci. Zresztą nawet gdyby pozwolono mu przybrać postać wilka, przysporzyłoby mu to tylko problemów. Co bym zrobił z tą tarczą? Odgryzł ją? Uśmiechnął się na tę myśl i resztę drogi do parku Sarek pokonał biegiem.
O tej porze - tak późno lub bardzo, bardzo wcześnie - radiowozy nie pojawiały się w tej okolicy tak często jak wieczorem. Fen wsunął łom od Krisa między tarczę i burtę i pociągnął najmocniej, jak potrafił. Tarcza była już poluzowana. Musiała to być właśnie ta konkretna tarcza, trzecia od przodu, z dziwnymi rysunkami. Fen przypuszczał, że to jakieś symbole wikingów. Nie miał pojęcia, dlaczego żądano od niego właśnie tej tarczy, i wcale go to nie obchodziło. Starał się tylko oderwać ją od burty.
Piętnaście minut i kilka drzazg później Fen zaczął tracić cierpliwość.
- No ruszże się, rusz.
Pociągnął raz jeszcze, aż w końcu puścił ostatni bolec. Tarcza spadła z hukiem na ziemię.
Fen zeskoczył ze statku, wylądował na ziemi, podpierając się jedną ręką, i złapał tarczę.
W tym samym momencie do parku wbiegł duży szary wilk. Był wielkości dorosłego samca; jeszcze zanim zrzucił sierść i stanął na dwóch nogach, Fen wiedział, kto to jest.
- Nieźle - stwierdził Skull z uśmiechem.
Skull był tylko o kilka lat starszy od Fena, ale wyglądał znacznie bardziej przerażająco niż którykolwiek dzieciak ze szkoły. Miał blizny na ramionach, a teraz także czerwone zadrapanie na karku oraz całą kolekcję guzów i siniaków. Nie był chudy, ale nie miał ani grama zbędnego tłuszczu. Składał się głównie z mięśni i blizn.
- Gdzie jest Laurie?
- Tu jej nie ma. - Fen schował tarczę do torby, którą przyniósł ze sobą, i podał ją Skullowi. - Pomagała mi, kiedy próbowałem to zabrać za pierwszym razem, ale nie musi spotykać się z tobą.
Skull nie wziął od niego torby.
- Ty to możesz ponieść.
Odwrócił się i ruszył w drogę, nie sprawdziwszy nawet, czy Fen go posłuchał. Obaj wiedzieli, że albo to zrobi, albo będzie walczył ze Skullem - i że albo zostanie poważnie ranny, albo przejmie przywództwo nad stadem wulfenkind. Zwycięzca pojedynku z przywódcą stada musiał go zastąpić. Choć Fen nie cierpiał Skulla, nie przypuszczał, by mógł z nim wygrać, a nawet gdyby mógł, nie bardzo chciał zajmować się stadem.
Przeszli przynajmniej osiem kilometrów, więc kiedy dotarli do obozu, Fen był nie tylko niewyspany, ale i ledwie żywy ze zmęczenia. Grupki wulfenkind spoglądały na nich z zainteresowaniem.
Siostra bliźniaczka Skulla, Hattie, podeszła do nich i podała im kawałek jakiegoś mięsa nabitego na patyk, prawdopodobnie z łosia, sądząc po zapachu.
- Chcesz trochę? - Odgryzła kęs mięsa, przeżuła go i przełknęła. - Jest w porządku.
Fen przyjął poczęstunek skinieniem głowy. Nie był ciągle głodny jak starsze wulfenkind, bo nie przemienił się jeszcze całkiem, ale dostrzegał już pewne zmiany.
Skull skinął głową na Hattie, a ta włożyła palce do ust i zagwizdała. Gdy wszyscy odwrócili się do niej, pokazała różnym członkom stada różne kierunki.
- Sprawdźcie okolicę.
Ponad połowa spośród dwadzieściorga kilkorga dziewczyn i chłopców - w dwóch grupach po sześcioro - wyszła z obozu. Fen przyglądał się temu z uznaniem. To było dobrze zorganizowane, posłuszne stado. Obóz też robił wrażenie. Sprzęt wyglądał na zadbany, drwa leżały ułożone w równe sterty, a śpiwory zrolowane i zgromadzone w jednym miejscu. Obóz w każdej chwili można było zwinąć i przenieść.
- Mógłbyś z nami zostać - zaproponowała Hattie. Jej względy od lat schlebiały Fenowi i przerażały go jednocześnie. Hattie była jedną z najsilniejszych wulfenkind, jakie kiedykolwiek poznał, ale przy tym wydawała się dziwna i okrutna. Kiedy mieli dziesięć lat, widział, jak zabiła kilka wiewiórek, przegryzając im gardła. Gdyby miała wtedy postać wilka, nie wydawałoby mu się to tak odrażające. Ale nie miała.
- Masz. - Wyjął tarczę z torby i rzucił ją Hattie. Nie sądził, że tarcza ją uderzy, ale odrobinę na to liczył. W odróżnieniu od walki ze Skullem pojedynek z Hattie nie niósł ze sobą żadnych niepożądanych konsekwencji.
Dziewczyna bez trudu złapała tarczę.
- Przyniosłeś mi prezent?
Skull parsknął śmiechem.
Fen przestąpił z nogi na nogę i odpowiedział:
- Nie. To opłata za mnie i Laurie.
Skull położył mu dłoń na ramieniu i ścisnął je, ale jednocześnie zwrócił się do siostry:
- Zostaw Fena w spokoju. Przerażasz go.
Fen nie chciał konfliktu ze Skullem, nie mógł jednak zignorować obrazy.
- Wcale mnie nie...
- Należysz do nas - przerwał mu Skull. - Wiesz, że nadchodzi coś ważnego. Chcemy, żeby nadeszło. Sprawimy, że tak się stanie.
Hattie położyła tarczę na kawałku zwierzęcej skóry, którą przyciągnął jeden z młodszych wilków. Dziewczyna przykucnęła obok niej i spojrzała przez ramię na Fena.
- Drzewo, z którego zrobiono tę tarczę, rosło na torfowisku. Użyjemy jej podczas ostatniej bitwy.
- Podczas czego?
- Ragnarök - odparł Skull uroczystym tonem.
- Ragnarök? - powtórzył Fen z niedowierzaniem i pokręcił głową. Znał stare opowieści, wiedział, skąd się wzięły, ale nigdy nie traktował ich poważnie.
- Przepowiednia jest prawdziwa - oświadczył Skull. - Ostatnia bitwa wszystko zmieni. To właśnie synowie...
- I córki - wtrąciła Hattie ostro.
- Dzieci Lokiego powstaną - kontynuował Skull, nie spojrzawszy nawet na siostrę. - Potwory się obudzą. Będziemy rządzili światem i wszyscy będą nam oddawali cześć. Będziemy królami, władcami tego świata.
O ile do tej pory Fen podejrzewał jedynie, że Skull i jego towarzysze są trochę szurnięci, teraz miał już pewność, że są całkiem szaleni. Cała ta afera z bogami była prawdziwa, ale sami bogowie byli głupi. I nie żyli. Skoro nie żyli, to jak miała się odbyć ostatnia bitwa? To nie miało najmniejszego sensu. Oczywiście nie oznaczało to, że Fen zamierza się kłócić ze Skullem i Hattie. Starał się, by jego słowa nie zabrzmiały nazbyt lekceważąco, gdy odpowiedział:
- Tak. Bogowie i potwory będą ze sobą walczyć, a z tej walki zrodzi się nowy świat. Wy będziecie nim rządzić. Jasne.
Hattie wstała i natychmiast przyjęła bojową postawę.
- Wątpisz w to?
Fen ją zignorował. Rzucił patyk z kawałkiem mięsa w stronę ogniska i wskazał na tarczę.
- Ukradłem tarczę. Przyniosłem ją do waszego obozu. Jesteśmy kwita. Opłaciłem siebie i Laurie. Co z tym zrobicie, to już wasza sprawa.
- Potrzebujemy jeszcze jednej rzeczy - zaczęła Hattie.
Fen spojrzał na dziewczynę, a potem na Skulla. Unikanie konfliktów z tą parą to jedna sprawa, ale wysługiwanie się im to zupełnie co innego.
- Zapłaciłem - powtórzył z naciskiem Fen. - Takie są zasady. Zapłaciłem i sprawa zakończona.
Skull uderzył go w twarz.
Fen zachwiał się i cofnął o krok. Bolała go cała lewa strona twarzy. Wiedział, że nazajutrz pójdzie do szkoły z podbitym okiem. Cudownie. Po prostu cudownie.
Hattie podeszła do Skulla i stanęła obok niego. Fen widział, że pozostali członkowie stada przyglądają im się z uwagą. Tutaj na pewno nie znajdzie pomocy. Wszyscy wykonywali rozkazy. Chronili stado i współpracowali dla jego dobra.
- Zbliża się ostatnia bitwa. To wszystko zmienia - rzuciła Hattie.
Fen starał się pohamować gniew, ale nie wytrzymał:
- Zasady są zasadami, więc...
- Albo ty nam pomożesz, albo pójdziemy do Laurie i ona nam pomoże - przerwał mu Skull. - Nadejdą potwory i będą walczyć u boku naszego czempiona. Musimy być gotowi.
Fen w żadnym wypadku nie mógł pozwolić, by zbliżyli się do Laurie, szczególnie po tym, co właśnie powiedzieli. Opuścił wzrok i przemówił najpotulniejszym tonem, na jaki było go stać:
- Czego chcecie?
- Thorsena. Najmłodszego - odparł Skull.
Każdy Brekke wiedział, że Najeźdźcy robią różne rzeczy i że o niektóre lepiej nie pytać. Nie oznaczało to jednak, że Fen był skłonny pomóc im porwać kogokolwiek ze swoich znajomych - nawet kogoś, kogo nie lubił. Wiedział, że oddając im żywego człowieka, postępuje źle.
- Dlaczego? - spytał w nadziei, że powiedzą coś, co przekona go, że nie zamierzają zrobić Thorsenowi krzywdy.
Hattie westchnęła.
- Bo on jest ich czempionem w ostatniej bitwie.
- Jasne - odparł przeciągle Fen. - Nie możecie dopuścić, żeby walczył w Ragnarök. I co chcecie z nim zrobić?
Rodzeństwo wymieniło spojrzenia, po czym Skull podszedł do Fena i objął go ramieniem.
- Szef kazał nam dostarczyć mu tego dzieciaka. Nie jesteśmy na tyle głupi, żeby pytać po co, ale... - zrobił krótką pauzę i wyszczerzył się w uśmiechu - ...jeśli ty chcesz go o to zapytać, dostarczymy mu także ciebie i Laurie.
- Nie - odpowiedział Fen. - Załatwię to.
Skull boleśnie ścisnął jego ramię, a potem odrzekł z uśmiechem:
- Dobry chłopak.
Matt szedł przez centrum Blackwell ze sportową torbą w dłoni i kurtką przerzuconą przez ramię. Było już ciemno, a z północy wiał lodowaty wiatr, ale Matt z przyjemnością poddawał jego podmuchom mokre od potu włosy. Po dwóch godzinach treningu bokserskiego miał ochotę przejść się nieco inną trasą i wskoczyć do rzeki Norrström, choć rano widział na niej lód. Lód we wrześniu. Dziwne. Nawet w Dakocie Południowej zima nie przychodziła tak wcześnie.
Skrzywił się z bólu, gdy nagle złapał go skurcz w łydce, i przystanął, by rozmasować twardy mięsień. Najbliższy turniej miał być imprezą dobroczynną - chodziło o zbieranie pieniędzy dla ofiar tsunami na Hawajach - ale trener Forde kazał Mattowi ćwiczyć równie intensywnie jak przed walką o tytuł.
Matt ruszył dalej, utykając lekko. Choć bardzo chętnie poprosiłby o podwiezienie, wolał tego nie robić. Popełnił ten błąd zeszłej zimy, kiedy trener powiedział, że nadciąga śnieżyca. Odwiózł Matta do domu, ale potem chłopak wysłuchał kazania o tym, że jego bracia nigdy nie korzystali z takich udogodnień i wracali na piechotę nawet podczas śnieżycy. Nie mógł też zabrać się ze swoimi przyjaciółmi, bo wtedy dałby im zły przykład. Jeśli chłopcy szeryfa Thorsena nie mogli bezpiecznie przejść przez Blackwell nocą, to kto mógł?
Pochylał się właśnie, by jeszcze raz rozmasować nogę, gdy dostrzegł jakiś ruch na rynku. Podniósł głowę i zmrużył oczy. Dwoje dzieci wspięło się na stary drewniany statek wikingów przy centrum rekreacyjnym. Wzdłuż obu burt ciągnął się szereg tarcz, jakby kryli się za nimi niewidzialni wikingowie strzegący miasta. Z dziobu łodzi wyrastał rzeźbiony drewniany smok.
Dzieciaki przygotowywały pewnie jakiś żart, próbując przebić ten, który Matt zrobił ze swoim przyjacielem Codym podczas wiosennego święta Sigrblot. Kiedy pochód dotarł wówczas do łodzi, spod brezentu, którym była przykryta, dochodziły jakieś dziwne dźwięki. Okazało się, że za tarczami niewidzialnych wojów kryło się stado gęsi w maleńkich hełmach wikingów.
"Najlepszy żart wszech czasów", mówili wtedy wszyscy. Niestety Matt musiał udawać, że nie ma z tym nic wspólnego. Gdyby jego rodzice się dowiedzieli... cóż, nie ukaraliby go w żaden sposób. Udzieliliby mu tylko "pouczenia". Wyjaśniliby mu, jak są rozczarowani. Jak bardzo im wstyd. O ileż bardziej odpowiedzialni byli jego bracia. Właściwie wolałby już zostać ukarany.
Kiedy zbliżył się jeszcze kilka kroków do statku, zobaczył, że jeden z dzieciaków to chłopak z rozczochranymi ciemnymi włosami, które przydałoby się przystrzyc, ubrany w rzeczy, które aż prosiły się o pranie. Towarzyszyła mu dziewczyna. Jej ubrania nie były aż tak brudne, ale wizyta u fryzjera na pewno dobrze by jej zrobiła.
Fen i Laurie Brekke'owie. Cudownie. Ta para kuzynów ciągle pakowała się w jakieś kłopoty. Matt wmawiał sobie jednak, że może rzeczywiście przygotowują jakiś żart, dopóki nie zobaczył, jak Fen szarpie jedną z tarcz.
Matt mógł darować Fenowi wiele rzeczy, odwracać głowę i tłumaczyć sobie, że to nie jego sprawa. Nie zawsze było to łatwe. Jako syn szeryfa wysłuchiwał kazań o wandalizmie, odkąd tylko był dość duży, by wyryć swoje imię na ławce w parku. Ale to nie była ławka w parku. To była prawdziwa łódź wikingów - coś, z czego mieszkańcy Blackwell byli naprawdę dumni. A Fen właśnie próbował ją uszkodzić.
W miarę jak rozpalał się gniew Matta, rozgrzewał się również amulet na jego piersi. Chłopiec sięgnął do srebrnego wisiorka w kształcie odwróconego młota, który był niemal równie stary jak łódź. Młot Thora. Każdy z członków rodziny Matta nosił podobny. Nieprzypadkowo nazywali się Thorsen. Naprawdę byli potomkami skandynawskiego boga.
Kiedy Matt spojrzał ponownie na Fena i Laurie, amulet zrobił się jeszcze gorętszy. Chłopak miał już na nich krzyknąć, powstrzymał się jednak i wziął kilka głębokich oddechów, wciągając w płuca chłodne, orzeźwiające powietrze.
Słyszał w głowie głos matki: "Musisz się nauczyć nad tym panować, Matty. Nie wiem, dlaczego sprawia ci to taką trudność. Żaden Thorsen nie miał z tym problemów. Kiedy twoi bracia byli w twoim wieku, już od dawna umieli kontrolować swoje Młoty".
Panowanie nad sobą - i Młotem Thora - wydawało się szczególnie trudne w obecności Brekke'ów, zupełnie jakby Młot wiedział, że są spokrewnieni z kłamliwym bogiem Lokim. Kuzyni nie mieli o tym pojęcia, ale Matt nie tylko dobrze o tym wiedział, ale i czuł to za każdym razem, gdy na nich patrzył.
Wziął jeszcze jeden głęboki oddech. Tak, musi powstrzymać Fena i Laurie, ale musi zrobić to spokojnie. Może po prostu przejdzie obok nich, udając, że ich nie widzi, a oni zobaczą go i sami uciekną.
Fen go zauważył. Matt szedł w stronę łodzi, dając im szansę i czas na ucieczkę. Rozgrywał to uczciwie. Ojciec byłby z niego dumny.
Fen odwrócił się do statku i znów szarpnął za tarczę.
- Hej! - zawołał Matt.
Nie powiedział tego zbyt głośno ani gniewnie. Dał im tylko do zrozumienia, że ich widzi i że mogą jeszcze uciec.
- Tak? - Fen odwrócił się do Matta i spojrzał wyzywająco, podniósłszy głowę i skuliwszy nieco ramiona. Był niższy od Matta. I chudszy. Nie brakowało mu jedynie opacznie pojmowanej dumy, przez którą ciągle wdawał się w bijatyki z większymi chłopakami. Ale najwyraźniej wcale mu to nie przeszkadzało.
Laurie stanęła obok kuzyna. Matt nie widział jej miny, ale przypuszczał, że wyraża mniej więcej to samo co mina Fena. Nie zamierzali nigdzie iść. Był głupi, skoro liczył na takie rozwiązanie.
- Nie powinniście tego robić. - Wypowiadając te słowa, Matt miał ochotę palnąć się w głowę. Właśnie czegoś takiego dzieciaki oczekiwały od syna szeryfa. Jutro wszyscy w szkole zobaczą, jak Fen i Laurie go przedrzeźniają, krzywiąc usta i przewracając oczami.
Matt odchrząknął.
- To zabytek, bardzo ważny dla całego miasta. - Tak, to zabrzmiało lepiej. - Po prostu nie róbcie tego, co?
- Bardzo ważny dla twojego miasta - odparł Fen. - Miasta Thorsenów.
- Po prostu... nie rób tego, co?
- Ale ja chcę to zrobić. A jeśli ty chcesz mnie powstrzymać... - Fen postąpił krok do przodu i odsłonił zęby w szyderczym uśmiechu. Przez sekundę Matt miał wrażenie, że widzi...
Pokręcił głową.
- Posłuchaj, proszę tylko...
- Odpowiedź brzmi: nie. - Fen opuścił łódź, wykonując skok, jakiego nie powstydziłby się mistrz olimpijski. - I co z tym teraz zrobisz, Thorsen?
Amulet Matta znów się rozgrzał. Chłopak wziął głęboki oddech. Spokojnie. Tylko spokojnie.
Przypomniał sobie, co trener Forde powiedział podczas treningu. Próbował nauczyć Matta zastraszyć przeciwnika. "Jesteś dużym facetem - mówił. - Wykorzystaj to".
Matt nie zawsze pamiętał o tym, jaki jest wysoki. Sięgał swoim braciom tylko do ramion. Ale rzeczywiście był najwyższym chłopakiem w ósmej klasie.
- Co zamierzam zrobić? - Matt wyprostował ramiona i zrobił krok do przodu. - Powstrzymać cię.
W oczach Fena pojawił się zimny, okrutny błysk, który zbił Matta z tropu, choć tylko na ułamek sekundy. Matt stanął przed Fenem i wyprostował się.
Laurie zeszła z łodzi i zajęła miejsce u boku swego kuzyna. Kiedy stali obok siebie, wyglądali niemal jak bliźnięta. Nachyliła się do ucha Fena i coś wyszeptała. Matt był pewien, że go obmawia.
Fen zbył ją machnięciem ręki. Kiedy się zawahała, powiedział coś, co brzmiało niemal jak warknięcie. Laurie spojrzała na Matta i schowała się w cieniu łodzi.
Tym razem to Fen przesunął się do przodu.
- Myślisz, że umiesz się bić, bo wygrałeś parę razy na ringu? To nie jest prawdziwa walka. Założę się, że nigdy nie uderzyłeś nikogo gołymi pięściami.
- Więc masz kiepską pamięć, bo o ile się nie mylę, dokopałem porządnie tobie i Hunterowi, kiedy czepialiście się Cody'ego.
Fen parsknął wzgardliwie.
- Kiedy to było? W pierwszej klasie? Od tamtej pory sporo się nauczyłem, Thorsen.
Matt zrobił jeszcze jeden krok do przodu. Był pewien, że Fen się wycofa. Musiałby być szalony, żeby porywać się na Matta, który nie tylko "wygrał parę razy na ringu", ale otarł się o mistrzostwo stanu.
Ale Fen rozstawił szerzej nogi, by nie upaść, kiedy otrzyma cios. Chciał się bić. Naprawdę. Matt powinien był się tego domyślić. Mama zawsze mówiła, że właśnie dlatego pakuje się w kłopoty - bo nie umie analizować trudnych sytuacji.
Jeśli wda się w bójkę z Fenem, ojciec... Matt wziął głęboki oddech. Nie chciał nawet myśleć o tym, co zrobi ojciec.
Siła szacunku. Siła władzy. To pozwalało Thorsenom chodzić w nocy po Blackwell. Nie siła pięści. Jeśli pobije się z Fenem Brekkiem, ojciec zaciągnie go przed oblicze rady i zostawi na jej pastwę.
- Naprawdę tego chcesz? - spytał Matt.
Fen przekrzywił głowę i odparł:
- Tak, chcę.
- No to masz pecha. Niedługo mam ważną walkę i muszę zachować siły dla prawdziwego przeciwnika.
Matt zaczął się odwracać. W tym samym momencie usłyszał warknięcie i dojrzał kątem oka, jak Fen rzuca się na niego z roziskrzonymi oczami i wyszczerzonymi zębami. Matt natychmiast się odwrócił. Amulet zapłonął, ożywiony falą wściekłości, która na moment przesłoniła Mattowi świat.
Chłopak poczuł, jak moc przepływa przez jego rękę. Usłyszał trzask. Zobaczył, że jego dłoń wypełnia się światłem, i próbował powściągnąć moc.
Za późno.
Rozpalona do białości kula wystrzeliła z jego ręki i eksplodowała z hukiem; potężny podmuch omal go nie przewrócił. Fen poleciał do tyłu. Runął na burtę, a jego odrzucona do tyłu głowa walnęła o deski. Potem osunął się bezwładnie na ziemię.
Laurie coś krzyknęła, lecz Matt nie słyszał jej słów. Podbiegła do Fena. On też. Dziewczyna przykucnęła obok kuzyna, chwyciła go za ramię i mocno nim potrząsnęła. Fen jęknął i zatrzepotał powiekami.
- Nic mu nie jest? - spytał Matt, kucając obok Laurie.
Wyprostowała się i podniosła swoją torbę takim ruchem, jakby chciała go nią uderzyć.
- Ogłuszyłeś go.
- Nie chciałem. Przepraszam, ja...
- Nie wiem, co to była za sztuczka. Oślepiłeś go, a dopiero potem uderzyłeś? Uważasz, że to było fair? - Skrzywiła się wzgardliwie. - Ale czego można się spodziewać po Thorsenie.
- Ja nie...
- Nieważne. Idź sobie. Fen niczego dzisiaj nie ukradnie. - Spojrzała na niego wymownie. - A może chcesz zawołać swojego tatę, żeby nas zamknął?
- Oczywiście, że nie. Ja tylko... - Matt z trudem przełknął ślinę. - Powinniśmy zabrać go do lekarza.
- Myślisz, że stać go na lekarza?
- Mnie stać. Wezwę...
- Niczego od ciebie nie chcemy. Idź sobie - warknęła Laurie.
- Ale jeśli on...
- Idź. Wynoś się stąd!
Matt podniósł się i zawahał na chwilę, ale dziewczyna wciąż patrzyła na niego gniewnie, a Fen powoli odzyskiwał przytomność. Matt wolał nie czekać, aż całkiem dojdzie do siebie. Wymamrotał jeszcze raz przeprosiny i odszedł.
Laurie pomogła Fenowi podnieść się z ziemi. Jej kuzyn nigdy nie umiał przyjmować pomocy, a fakt, że właśnie dokopał mu Matt Thorsen, wcale nie ułatwiał sprawy. Ci dwaj zawsze czuli do siebie wrodzoną niechęć, której dotąd nie rozumiała, ale tym razem w końcu do niej dotarło. Matt był dupkiem.
- Zabiję go - warknął Fen po raz trzeci w ciągu ostatnich trzech minut. - Myśli, że jest wyjątkowy, a tak naprawdę jest tylko bogatym, zarozumiałym gnojkiem.
- Wiem.
- Pokonałbym go - dodał Fen, wdrapując się do łodzi.
Nie zaprzeczyła. Nie chciała być nielojalna, ale oboje wiedzieli, że Matt bije się lepiej. W zestawieniu z Fenem był niczym rottweiler walczący z bezdomnym kundlem. Kundel mógł próbować różnych sztuczek, ale to większy, silniejszy pies musiał w końcu wygrać.
Powiedziała więc tylko:
- Musimy się stąd wynosić, zanim powie swojemu ojcu i przyjdą nas aresztować.
Fen ją zignorował.
- Zobaczymy, kto będzie mądrzejszy, kiedy dopadnę go samego po szkole - rzucił ze złością.
- Jeśli cię aresztują albo zatrzymają, też nie będzie ci do śmiechu - odparła najspokojniej, jak potrafiła.
- Może mnie nie złapią. - Fen spojrzał na nią z góry. W jednej ręce trzymał torbę, a drugą opierał o tarczę, którą próbował oderwać, gdy przyszła do parku.
Laurie spojrzała na starą łódź stojącą obok Centrum Kultury i Rozrywki.
- Co ty sobie właściwie myślałeś? Mogliśmy się schować. Wiem, że go widziałeś.
- Nie boję się go. - Fen stał na pokładzie łodzi i patrzył w ciemność.
Laurie zadrżała. Nietrudno było wyobrazić sobie Fena jako wikinga. Nie drżała już tak mocno, jak wtedy, gdy kazała Mattowi się wynosić, ale nadal czuła się dziwnie rozdygotana, jak wtedy, gdy złapała za jakiś uszkodzony przewód w garażu wujka Eddy'ego. Podniosła wzrok na Fena.
- Jego ojciec jest szeryfem. Mógłby cię stąd odesłać. Albo powiedzieć burmistrzowi. Wiesz, że burmistrz Thorsen nienawidzi naszej rodziny.
- Nie boję się żadnego Thorsena. - Fen wyprostował dumnie ramiona, upodabniając się do swojego ojca, wuja Eddy'ego, co wcale nie było dobre.
Wujek Eddy nie cofał się przed żadnym wyzwaniem. Laurie nie wiedziała, za co właściwie trafił do więzienia, ale była pewna, że zaczęło się od bójki.
Fen pociągnął za tarczę.
- Nie mogę jej oderwać.
- Zostaw tę tarczę w spokoju! - powiedziała, ponownie zacierając dłonie.
- Dobra.
Zeskoczył z łodzi i stanął obok niej.
Laurie nie zawsze rozumiała swojego kuzyna, ale wiedziała, że bywa okropnie uparty, co często przysparzało mu - i jej - kłopotów. Nie tego potrzebowali.
- Nie warto zawracać sobie głowy Mattem.
- Masz rację - parsknął wzgardliwie Fen.
- Więc zostawisz w spokoju jego i tarczę? Nie chcę, żebyś znowu narobił sobie problemów.
Spojrzała na niego, czekając na obietnicę, której w końcu nie usłyszała. Gdy wciąż uparcie milczał, trąciła go głową w ramię i natychmiast poczuła się głupio.
Ale potem Fen delikatnie stuknął głową w jej głowę i odparł:
- Wszystko w porządku.
Milczała przez moment. Właśnie to miała na myśli, coś w rodzaju: "Martwię się, ty głupku. Wszystko w porządku?" i: "Rozmawiaj ze mną". Fen to zrozumiał. Rodzina ze strony jej ojca zawsze lepiej dogadywała się bez słów. Jej ojciec też to potrafił - przynajmniej kiedy był w domu, co ostatnio nie zdarzało się często.
- Chodź - powiedział Fen. - Musisz już wracać.
Ruszyli w stronę jej bloku. Nie miała czasu odprowadzić Fena do domu, ale nawet gdyby chciała to zrobić, nie pozwoliłby jej. Był dla niej jak starszy brat, którego nie miała, gotowy zawsze jej bronić, choć czasem doprowadzał ją do wściekłości. Większość rodziny ze strony Brekke'ów traktowała ją jak kogoś, kogo należy osłaniać. Choć ich nie widziała, zdawała sobie sprawę, że nad nią czuwają. W szkole nikt jej nigdy nie dokuczał - Fen zapewne dał wszystkim do zrozumienia, że jeśli ktoś z nią zadrze, porządnie oberwie.
- Tęsknię za wszystkimi - powiedziała cicho Laurie. Nie licząc Fena, z którym chodziła do jednej klasy, widywała członków rodziny ze strony ojca tylko wtedy, gdy mijała ich przypadkiem w mieście. Nie urządzali wspólnych przyjęć czy rodzinnego grilla, nie wpadali na kawę i pogaduszki. Matka Laurie trzymała się z dala od Brekke'ów, a ponieważ ojciec wyjechał właśnie w jedną ze swych niekończących się podróży, Laurie nie miała okazji, by się z nimi spotykać.
- A wszyscy tęsknią za tobą... i za wujem Stigiem.
Fen oczywiście nie wspomniał o jej przyrodnim bracie. Brekke'owie nie odrzucali całkiem Jordiego, ale nie uznawali go za członka rodziny. Był dowodem na to, że jej matka i ojciec się rozstali, że matka próbowała żyć na własną rękę, ale jej się nie udało. Teraz, gdy ojciec wracał do miasta, pozwalała mu mieszkać z nimi. On traktował Jordiego jak syna. Może nie w takim stopniu jak Fena, ale w pełni go akceptował. Pozostali Brekke'owie nie byli tak wyrozumiali.
- Wujek dzwonił może ostatnio? - spytał Fen. W jego głosie było tyle nadziei, że Laurie oddałaby niemal wszystko, by jej ojciec choć raz do niego zadzwonił. Oczywiście zwykle nie pamiętał nawet o tym, żeby dzwonić do niej, więc byłaby naprawdę naiwna, oczekując od niego czegoś więcej.
- Kilka tygodni temu. Niedługo przyjedzie. Przynajmniej tak mówił. - Laurie spuściła głowę.
Fen trącił ją łokciem.
- Przyjedzie.
- Chyba żeby nie - dodała Laurie.
Obie możliwości były równie prawdopodobne. Jej ojciec przyjeżdżał i wyjeżdżał według własnego widzimisię, dzwonił do niej lub wysyłał prezenty, kiedy sobie o tym przypomniał.
- Może zostanie na parę dni - podsunął z nadzieją Fen.
Laurie dobrze wiedziała, co dopowiedział w myślach: "A wtedy ja zatrzymam się u ciebie". Fen nie miał prawdziwego domu. Wuj Eddy od kilku lat siedział w więzieniu za przestępstwo, o którym nikt nie chciał z nimi rozmawiać, a ciotka Lillian już dawno wyjechała z miasta. Fen krążył między krewnymi, przekazywany z rąk do rąk niczym niewygodny bagaż. Kiedy ojciec Laurie zatrzymywał się w domu na jakiś czas, zwykle zapraszał też Fena. A kiedy wyjeżdżał, Fen się wyprowadzał. Matka Laurie nigdy nie mówiła, że musi się wyprowadzić, ale on zawsze to robił - a ona go nie zatrzymywała.
- Możesz choć spróbować nie bić się z Mattem? Ani z kimkolwiek? - wybuchnęła nagle Laurie.
Fen przystanął, spojrzał na nią wymownie, a potem ruszył dalej.
- Byłoby nam łatwiej, gdybyś się z nim nie bił. - Chwyciła Fena za rękę. - Mama uważa, że możesz mieć zły wpływ na Jordiego, a jeśli tata rzeczywiście przyjedzie i zostanie na jakiś czas, byłoby miło, gdybyś u nas zamieszkał.
Wyszli zza rogu i byli już niemal pod jej blokiem. Ponury beżowy budynek wyglądał jak skulony kamienny olbrzym z opowieści, o których musieli się uczyć na lekcjach angielskiego w szóstej klasie. Wzdłuż jednego z jego boków ciągnęły się balkony, bo taką właśnie formę chciał nadać schodom przeciwpożarowym jego właściciel. Jedynym barwnym akcentem na ścianach bloku były napisy i rysunki graffiti.
Fen lekko uścisnął Laurie, co oznaczało, że czuje się winny, a potem powiedział:
- Postaram się nie pakować w kłopoty, ale nie mam zamiaru tchórzyć.
Na nic więcej nie mogła liczyć. Fen naprawdę nie szukał kłopotów, ale one często znajdywały jego - i ją. A może po prostu nie opierali się należycie problemom. Tak uważała jej mama. "Ja umiem unikać kłopotów". Laurie kilkakrotnie była w gabinecie dyrektora Phelpsa, pamiętała też o tym drobnym nieporozumieniu w szatni, ale generalnie ostatnio nie miała większych problemów - co mogło się radykalnie zmienić, gdyby spędzała więcej czasu z Fenem.
Jej kuzyn nie miał wielu znajomych, więc męczyły ją wyrzuty sumienia, kiedy nie spędzała z nim czasu, ale nie przepadała też za ciągłym siedzeniem w kozie. Fen miał dwa razy mniej kłopotów, kiedy była z nim Laurie, ale wtedy ona miała ich dwa razy więcej. Choćby dzisiejszego wieczoru: Fen powiedział, że będzie jej potrzebował, więc - choć nie miała pojęcia do czego - przyszła. Nie wiedziała, czy próbował złamać tę tarczę, czy ją zabrać. Zbliżał się Vetrarblot, święto początku zimy, więc tak czy inaczej byłby to spory problem.
Laurie pobiegła po schodach do swojego mieszkania. Jej matka miała nocne dyżury w szpitalu, więc po szkole pilnowała ich sąsiadka, pani Weaver, która nie zmuszała Laurie, by wracała do domu prosto po lekcjach. Wymagała jednak, by Laurie była w domu, nim Jordie położy się spać. Dziewczyna wzięła jeszcze kilka głębokich oddechów i pokonała ostatnie stopnie prowadzące do ich mieszkania na czwartym piętrze. Budynek był za niski, by instalować w nim windę, ale dość wysoki, by utrudniać życie osobom mieszkającym na ostatnim piętrze. Przynajmniej tak uważała Laurie. Była pewna, że gdyby kiedykolwiek uderzyło w nich tornado - co w Dakocie Południowej stanowiło realne zagrożenie - wszyscy by zginęli. Pod budynkiem znajdowały się piwnice przypisane do poszczególnych mieszkań, a matka zapewniała, że w razie niebezpieczeństwa zdążyliby tam zejść, ale w sumie mieli przecież do pokonania pięć kondygnacji. Kilka razy zdarzyło im się przeczekać burzę w piwnicy, zwykle jednak zostawali w mieszkaniu, czekając i nasłuchując. Zakładali, że jeśli będzie trzeba, zbiegną na dół. Nie był to najlepszy plan.
Laurie myślała o tym, kiedy stanęła pod drzwiami, otworzyła je i weszła do środka. Światła były pogaszone, ekran telewizora rzucał na ściany kolorowy, migotliwy blask. Choć pani Weaver miała wkrótce wyjść, Laurie przekręciła zamek w drzwiach.
- Spóźniłaś się - powiedziała sąsiadka, gdy dziewczyna weszła do pokoju.
- Jordie już śpi?
Pani Weaver pokręciła głową.
- Jeśli nie słychać chrapania przypominającego wybuchy pocisków, to raczej nie.
- Więc się nie spóźniłam - zauważyła Laurie. - Mam wrócić, zanim zaśnie Jordie, więc...
- Dobrze wiesz, co mam na myśli - przerwała jej pani Weaver, nie potrafiła jednak ukryć uśmiechu, który cisnął jej się na usta.
Laurie otworzyła drzwi pokoju swojego braciszka. Wszędzie walały się książki i zabawki, ale mama na niego nie krzyczała. Jordie był jej aniołkiem, dzieckiem, które nie przysparzało żadnych zmartwień. Jeśli dzwonili z jego szkoły, to tylko po to, by powiedzieć, jak się doskonale sprawował albo jaką nagrodę dostał. Powinien być Thorsenem.
- Dobranoc - powiedziała Laurie do brata. - I przestań wysadzać rzeczy w powietrze.
- A wulkan wybuchł naprawdę! - Jordie przewrócił się na drugi bok, by ją widzieć.
- Co?
- Wulkan. - Jordie wydał dźwięk przypominający eksplozję. - Cały czubek odleciał jak rakieta. Niezłe, co? Lawa, dym i...
- Mama nie lubi, kiedy oglądasz wiadomości - westchnęła Laurie.
- I nie lubi, kiedy przychodzisz późno. Nie powiem jej, jeśli ty nie powiesz - odparł Jordie, wykorzystując do negocjacji swój wrodzony zmysł kupiecki, dzięki któremu nigdy nie brakowało mu żelków.
Laurie przewróciła oczami, ale potem skinęła głową.
- Umowa stoi.
Zamknęła drzwi i wróciła do salonu. Pani Weaver zebrała już druty i włóczkę; wkładała właśnie buty. Pożegnały się uprzejmie, a potem Laurie ułożyła się na sofie z zadaniem z matematyki.
Obudził ją zgrzyt klucza w zamku. Zaspana, pozwoliła, by mama przeprowadziła ją do łóżka. Zwykle się nie przejmowała, ale ta historia z Fenem naprawdę mogła wkurzyć. Gdyby Matt się nie wtrącił, może udałoby jej się namówić Fena, by zostawił tę tarczę w spokoju. Może. Tak czy inaczej, Matt nie musiał rzucać w niego tym światłem czy co to tam było.
- Widziałam się z Fenem - powiedziała mamie.
- Laurie... - westchnęła jej matka, jak zawsze na wzmiankę o Fenie. Znaczyło to: "Fen to kłopoty, trzymaj się od niego z dala".
- Należy do rodziny - mruknęła Laurie, kładąc się do łóżka.
Mama okryła ją szczelniej kołdrą.
- Pewnego razu wpakuje cię w kłopoty, na jakie nie jesteś jeszcze gotowa. I co wtedy?
- Poradzę sobie. - Laurie ułożyła się wygodniej i przytuliła do poduszki. - Poradzę sobie z tym.
*
Kilka godzin później Laurie poczuła nagle, że się dusi. Nie było to wcale takie dziwne, gdyż obudziła się jako... ryba, łosoś, dokładnie rzecz biorąc.
Jestem rybą.
Położyła się spać jako zwykła trzynastoletnia dziewczyna, a obudziła jako ryba, i choć usilnie starała się zrozumieć, jak do tego doszło, wkrótce uzmysłowiła sobie, że ma poważniejsze zmartwienie - tlen. Łosoś pobiera tlen z wody, a ponieważ kiedy kładła się do łóżka, była jeszcze dziewczyną, teraz w pobliżu nie miała żadnej wody.
Jej wyłupiaste rybie oczy dostrzegły butelkę z wodą i ten widok na moment obudził w niej nadzieję, szybko jednak przypomniała sobie, że po pierwsze nie ma rąk, a po drugie nie przecisnęłaby się przez tak wąski otwór.
Kilka razy podskoczyła na łóżku, zastanawiając się, jak przestać być rybą i jak dotrzeć do wody. I próbując się obudzić, bo prawdopodobieństwo, że to jest senny koszmar, było bardzo duże. Tyle że ona czuła, że nie śpi.
Nie mogę być rybą. To sen. Nie, tak naprawdę nie jestem łososiem.
Najbliższa woda znajdowała się w toalecie, a perspektywa pływania w takim miejscu wydawała się odrażająca, ale pragnienie tlenu górowało nad obrzydzeniem.
Zaczęła się energicznie wyginać i podskakiwać, dzięki czemu udało jej się spaść z łóżka. Upadek na podłogę nie był bolesny dzięki ubraniom rozrzuconym po całym pokoju. Prześlizgnęła się między ciuchami, książkami oraz innymi przedmiotami zalegającymi na podłodze - i uderzyła w zamknięte drzwi.
Potrzebuję pomocy. Potrzebuję Fena.
Gdyby ryby umiały płakać, Laurie zaszlochałaby głośno. Na myśl o tym, że umrze jako łosoś i że jej matka znajdzie śmierdzącą rybę na podłodze, ogarnęła ją czarna rozpacz.
Gdzie jest Fen?
Powinien być tutaj. Powinien jej pomóc. Zawsze przecież pomagali sobie nawzajem. Ale Fena nie było, a ona musiała umrzeć. Gwałtownie poruszała skrzelami, przejęta panicznym strachem. Była już zbyt zmęczona, by zastanawiać się, jak łosoś mógłby otworzyć drzwi.
Nagle drzwi się otworzyły i Laurie podniosła wzrok na swojego wybawcę.
Nie mama. Nie tata. Nie Fen.
W drzwiach stał jej braciszek.
- Dlaczego leżysz na podłodze?
- Bo jestem rybą - odparła.
Jordie spojrzał na nią ze zdumieniem. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, potem się jednak rozmyślił i je zamknął. Wzruszył ramionami.
- Możesz otworzyć łazienkę i włożyć mnie do wanny? Moje płetwy...
- Dziwnie się zachowujesz - mruknął Jordie i odwrócił się.
- Obudziła się już? - zawołała mama.
- Tak, ale mówi, że jest rybą - odkrzyknął chłopiec.
Laurie wzięła głęboki oddech... i uświadomiła sobie, że nie ma skrzeli.
Mogę oddychać!
Rozejrzała się po pokoju. Pościel była skotłowana, a ona sama leżała na podłodze. To był sen - bardzo realistyczny, ale jednak sen. Dziewczyny nie zamieniają się w ryby. Podniosła się i usiadła na łóżku. Wciąż tam siedziała, oszołomiona, gdy do pokoju weszła mama.
- Kochanie? Dobrze się czujesz? - Pochyliła się nad Laurie i pocałowała ją w czoło. Przy okazji sprawdziła, czy nie ma gorączki. - Jordie mówił, że miałaś zły sen.
- Byłam rybą - odpowiedziała Laurie, podnosząc na nią wzrok. - Fena tu nie było, a ja umierałam, bo Fen mi nie pomógł.
Matka westchnęła ciężko i usiadła obok niej. Potem mocno ją uściskała i oparła policzek o jej głowę. Po minucie powiedziała:
- Nie możesz liczyć na chłopców, szczególnie na twojego Fena. Wiem, że go lubisz, ale Fen to kłopoty. Nikt nie uczy go odróżniać dobra od zła, a sposób, w jaki się wychowuje...
- Mógłby zamieszkać u nas - zaproponowała Laurie.
Milczenie matki było aż nadto wymowne; oznaczało tylko jedno - że ona nie lubi Fena, że nie przepada w ogóle za tą stroną rodziny i że nie zerwała z nimi wszelkich kontaktów tylko dlatego, że nadal kocha tatę. W końcu powiedziała:
- Muszę myśleć o tym, co jest najlepsze dla mojej rodziny, a towarzystwo Fena nie jest odpowiednie dla Jordiego. Przykro mi.
Laurie wstała, ubrała się i wyszła z pokoju. Nie kłóciła się z mamą. Przynajmniej starała się tego nie robić. Miała wrażenie, że niechcący i tak już ją zmartwiła, więc wolała nie dokładać jej nowych problemów. Chciała opowiedzieć mamie sen, ale było jej głupio. Poczeka i porozmawia o tym z Fenem. On jest jej najlepszym przyjacielem, niemal bratem, i jedyną osobą, która nie uzna jej w tej sytuacji za wariatkę.
Może.