Kroniki arkadyjskie (#2). Adamantowy miecz - Dominik Sokołowski


Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 1
1.
Kilkunastu konnych zbliżało się do ufortyfikowanej posiadłości położonej na skraju morza żółtego piasku. Oddział przejeżdżał pomiędzy zagrodami dzierżawców, których poletka, wydarte pustyni, pyszniły się zielenią upraw dzięki misternemu systemowi kanałów nawadniających połączonych z głębinowymi studniami. Chodzące w kieracie muły napędzały olbrzymie czerpaki, które pobierały wodę ze studzien i przelewały do glinianych rynien.
Jeden z mułów zarżał żałośnie, gdy mijał go wierzchowiec Michelle. Poganiacz natychmiast strzelił z bata, przywołując do porządku biedne zwierzę. Agentka inkwizycji przyglądała się temu z niekłamaną ciekawością, gdyż nigdy wcześniej nie widziała tak skomplikowanej maszynerii.
- Robi wrażenie, hrabino, nieprawdaż? - spytał jadący obok Roger d'Albertville, który uważał dziewczynę za wdowę po hrabim d'Orsini. - Nazywają to kariz.
- Istotnie, bardzo to wszystko zmyślne - przyznała Michelle. - Do kogo należą te dobra?
- To ziemie Ibrahima ibn Husajna, lennika mojego zakonu - odparł Roger, wyciągając rękę spod białego płaszcza z czarną literą ypsilon wyszytą na plecach, i zatoczył nią krąg w powietrzu, jakby chciał dokładnie pokazać, którędy przebiega granica posiadłości wasala hipolitan.
- Myślałam, że udamy się raczej do Kaisarii.
- Gdybyśmy pojechali do Kaisarii i opuściwszy to miasto, skierowali się na wschód, wzbudziłoby to zbyt duże zainteresowanie. Wyobraź sobie, hrabino, jakie komentarze wywołałby oddział "białych płaszczy" odjeżdżający do Ariany - powiedział ze śmiechem Roger.
- Moglibyśmy podróżować w przebraniu - podsunęła Michelle.
- Jesteś bystra i dzielna, pani. - Dziewczyna kolejny raz zaimponowała Rogerowi. Naprawdę żałował, że historyjka, którą posłużyła się, żeby go odnaleźć, nie była prawdziwa i że nie jest jednak jego narzeczoną. Wiele by dał, żeby móc się związać z taką kobietą. - Nie będzie jednak takiej potrzeby. Ibrahim sprzyja naszej sprawie i da nam przewodników, którzy przeprowadzą nas przez pustynię do szlaku Bedawinów - powiedział poufałym tonem.
Michelle, która miała wrodzony talent rozpoznawania rozterek męskiej duszy, a do tego była wytrawną uwodzicielką, natychmiast wyczuła, że Roger ma do niej słabość. Od kiedy opuścili zamek Montchevalier, obserwowała, jak rycerz zakonny wodzi za nią rozmarzonym wzrokiem. Teraz uznała, że nadszedł odpowiedni moment, żeby dowiedzieć się czegoś od hipolitanina o zajmujących ją sprawach.
- Nie podejrzewałam, że theofilici mają w Outremer aż takie wpływy. Sądziłam, że po tym, jak inkwizycja zmasakrowała naszych współbraci w Loranii, pozostanie mi prowadzić tułaczy żywot na wygnaniu, w strachu przed zdemaskowaniem.
- W przeciwieństwie do mnie większość moich współbraci nie wyznaje nauki theofilickiej, jednakże opowiada się za tolerancją dla niej - uznał za stosowne podkreślić Roger.
- Masz rację. Niemniej, czy nie uważasz, panie, że byliśmy trochę bezpieczniejsi w Montchevalier? Nie rozumiem, dlaczego komtur de Lusignac tak pośpiesznie wyprawił nas do Ariany. Kto wie, co może nas tam spotkać?
- Zadziwię cię jeszcze bardziej, hrabino - powiedział chełpliwie Roger. - Niepotrzebnie się obawiasz. Mamy w Arianie wypróbowanych przyjaciół. Byłem tam już, nadzorując dostawy czarnego lotosu.
Na dźwięk tej nazwy Michelle przełknęła gwałtownie ślinę i z trudem opanowała drżenie rąk. Swój zapas czarnego lotosu zostawiła w Laodikei i zaczynała już odczuwać narkotykowy głód. Dlatego każda wzmianka lub wspomnienie odurzającego ziela wywoływało u niej niemal fizyczne cierpienie. Dużym wysiłkiem woli zdołała skupić się na rozmowie.
- Rozumiem więc, dlaczego ty, panie, zostałeś wysłany w tę podróż. Zabierzesz czarny lotos i wrócisz. Ja jednak mam tam zostać. W obcym kraju, zupełnie sama. Przeraża mnie to, nawet gdybym miała się tam spotkać z życzliwym przyjęciem.
- Nie zapominaj, pani, że komtur i mnie odesłał do Ariany na dłuższy czas. Jeśli więc to dla ciebie pocieszenie, będę mógł dotrzymywać ci towarzystwa.
- Oczywiście, że tak! - zapewniła Michelle, ściskając dłoń rycerza w spontanicznym, jak mu się wydawało, geście. - Czy jednak możesz wyjawić mi motywy tej decyzji? - spytała, zniżywszy głos do szeptu. - Czy to ma związek z Dziedzicem Sotera? Czy takie były jego zalecenia? Komtur był niezwykle powściągliwy i tajemniczy w tej materii - dopytywała się, nie puszczając ręki rycerza, którą zaczęła delikatnie, niemal niedostrzegalnie gładzić.
- Nie wprost - odpowiedział cichym głosem Roger. Spotkanie z Apolyonem stanowiło ścisłą tajemnicę, znaną tylko kilku członkom Ukrytego Bractwa, jednak zauroczony dziewczyną nie widział powodu, żeby nie zdradzić jej niektórych szczegółów, tym bardziej że wkrótce mieli się znaleźć na pustyni w drodze do odległej Ariany. - Ostrzegł nas jednak przed szpiegami Kościoła. Szczególnie przed jednym: czarodziejem z zakonu alkuinów. Wyobraź sobie, pani, że niedługo potem ktoś taki istotnie pojawił się w Montchevalier.
- Niemożliwe! - zakrzyknęła w udanym zdumieniu Michelle. Była pewna, że Roger ma na myśli mistrza Brynacha, który udał się na rekonesans do twierdzy "białych płaszczy" i nigdy nie wrócił.
- To najszczersza prawda. Brałem udział w jego pojmaniu. Jak widzisz, sługi Zwierza próbowały przeniknąć do naszej własnej siedziby. Montchevalier nie jest już takie bezpieczne jak dawniej.
- Brałeś, panie, udział w pojmaniu czarodzieja? To musiało być bardzo niebezpieczne. Co się z nim stało? - pytała Michelle, która tym razem nie musiała udawać ekscytacji.
- Użyliśmy podstępu i schwytaliśmy go w magiczną pułapkę. Został zaklęty w butelkę jak dżinn. Jest teraz tutaj z nami. - Roger uśmiechnął się, klepiąc znacząco sakwę przytroczoną do końskiego grzbietu. - Jeśli chcesz, pani, pokażę ci to niezwykłe naczynie, kiedy przybędziemy do domu Ibrahima.
Brynach żyje! - ucieszyła się w duchu Michelle. W dodatku jest niemal na wyciągnięcie ręki! Na jej twarz wystąpiły rumieńce. Roger wziął to za objaw podniecenia wywołanego jego opowiadaniem.
Tymczasem zbliżyli się do siedziby ibn Husajna. Kasztel, który zmieniał właścicieli stosownie do burzliwej historii Lebantu, był wielokrotnie przebudowywany i stanowił mieszankę rozmaitych stylów.
Straże przy bramie wymieniły znaki rozpoznawcze z oddziałem "białych płaszczy" i wrota zostały otwarte. Wjechali na dziedziniec obsadzony drzewkami pomarańczowymi. Pośrodku znajdowała się sadzawka ocembrowana płytami z czerwonego marmuru, z cicho szemrzącą fontanną wyobrażającą lwa z orlimi skrzydłami. Niewysoka kwadratowa wieża o grubych murach z małymi okienkami, pokryta abstrakcyjnym kwiecistym ornamentem pełnym zawijasów i fantastycznych splotów, stanowiła mieszkanie gospodarza, który oczekiwał gości na progu w otoczeniu licznych sług.
- Salam alejkum! Witajcie, zacni goście. Mój dom jest waszym domem. - Ibn Husajn przykładał palce do ust i posyłał im pocałunki, kłaniając się w pas. Był w luźnych jedwabnych szatach w stylu orientalnym i turbanie, spod którego wystawały kosmyki siwych włosów. Wąskie wargi rozciągnął w szerokim uśmiechu, prezentując rząd zębów w kolorze kości słoniowej. Obrazu postaci dopełniał haczykowaty nos i czarne jak węgiel oczy. - Bądź pozdrowiony, Rogerze d'Albertville. Kim jest twoja przepiękna towarzyszka?
- As-salam, Ibrahimie. To hrabina Cathrine d'Orsini, gość zakonu - wyjaśnił rycerz, zeskakując na ziemię.
- Witaj, pani! Ibrahim ibn Husajn, twój uniżony sługa. Twa uroda, hrabino, jaśnieje niczym najpiękniejsza gwiazda na nocnym niebie - powiedział Ibrahim, pomagając Michelle zsiąść z konia.
- Witaj, szlachetny panie! Dziękuję za miłe słowa.
- Jak minęła podróż? Z pewnością była uciążliwa dla tak delikatnej niewiasty. Na pewno pragniesz się odświeżyć. Natychmiast polecę przygotować kąpiel. Żyję tu skromnie, ale stać mnie na podstawowe wygody. - Ibrahim ujął Michelle pod ramię i nie dając jej dojść do słowa, poprowadził w stronę wejścia do kasztelu. O dwa kroki za nimi podążał Roger. W tym czasie pozostali także zsunęli się z siodeł, a stajenni zaopiekowali się ich wierzchowcami.
Ibrahim wprowadził Michelle do obszernej komnaty łaziebnej. Gospodarz posadził ją na wygodnej kline obok wanny pokrytej lapis-lazuli i dwornie się kłaniając, wycofał się, zamykając za sobą podwójne drzwi. Dziewczyna nie zdążyła się jeszcze dobrze przyjrzeć alegorycznym scenom na misternie ułożonej mozaice ozdabiającej podłogę i ściany, kiedy do łazienki weszły cztery służące dźwigające cebry z gorącą wodą. Wlały wodę do wanny i wpuściły do niej różany olejek. Potem oswobodziły Michelle z sukni, która trafiła do wiklinowego kosza na brudną odzież.
Michelle zanurzyła się w parującej wodzie, a służki obmyły jej ciało. Poczuła się cudownie odprężona. Kiedy woda zaczęła stygnąć, Michelle wstała i oczekujące obok kobiety natychmiast okryły ją miękkim ręcznikiem i osuszyły gładką skórę. Inna służąca rozczesała jej długie jasne włosy, opadające na plecy, ramiona i drobne, krągłe piersi. Następnie Michelle ułożyła się na leżance, a jedna z dziewcząt natarła ją wonnymi olejkami i zaczęła masować jej ciało. Wprawne ręce śniadej służki sprawiały Michelle niemal taką samą przyjemność jak pieszczoty kochanka. Kiedy służąca dotknęła jej piersi, sutki mimowolnie stwardniały. Masażystka dostrzegła to, uśmiechnęła się i spojrzała wyczekująco. Michelle odpowiedziała na uśmiech, jednak nie skorzystała z niemej propozycji dziewczyny. Igraszki z własną płcią nie leżały w jej naturze. Czysta, odświeżona i rozluźniona wolała spokojnie pomyśleć.
Najpierw rozważyła, czy dalsza podróż w towarzystwie członków Ukrytego Bractwa ma sens. Była pewna, że zdoła sprawić, by Roger jadł jej z ręki, i nie obawiała się już zdemaskowania. Mogłaby udać się z nim do Ariany i zapomnieć o Masce, Stefanosie, wielkim inkwizytorze i Apolyonie, odurzając się do woli czarnym lotosem. Wtedy jednak ucieczka byłaby już niemożliwa. W gruncie rzeczy byłoby to równoznaczne z porzuceniem sprawy Kościoła, wiary soteriańskiej i wejściem na drogę do samozatracenia. Na zawsze pozostałaby hrabiną d'Orsini i prędzej czy później zakończyła zapewne żywot tak jak jej ostatni kochanek. Bezbolesną śmiercią z przedawkowania. Pomimo trapiących ją ostatnio rozterek nie chciała tak łatwo przekreślać swojego dotychczasowego życia. Z drugiej strony wykradzenie zaklętej butelki z uwięzionym Brynem nie powinno być trudne. Michelle czuła, że tak właśnie powinna i chciałaby postąpić. Nie miała tylko pojęcia, dokąd potem uciec i u kogo szukać pomocy. Postanowiła odłożyć decyzję do jutra. Musiała jednak coś postanowić przed opuszczeniem domu Ibrahima, nie wyobrażała sobie bowiem, jak miałaby później uciekać samotnie przez pustynię. Chwyciła medalik ze świętą Konstancją, który nosiła na szyi, dar od patriarchy Isidorosa, i ucałowała maleńki wizerunek. Pomyślała, że może dzięki wstawiennictwu świętej zyska dość siły, żeby postąpić właściwie.
Tymczasem masaż dobiegł końca, a jedna ze służących zabrała kosz na pranie i po chwili wróciła z czystym odzieniem należącym zapewne do żony albo córki Ibrahima. Michelle pomyślała, że gdyby mogła oddawać się takim zabiegom codziennie, być może nie potrzebowałaby narkotyku. Gdy była już ubrana i dopinała ostatnie haftki, rozległo się delikatne pukanie i w drzwiach pojawiła się głowa Ibrahima.
- Zapraszam na ucztę, piękna pani.
- Zaraz przyjdę, szlachetny gospodarzu. Jeszcze tylko kilka zabiegów gwoli urody i będę gotowa. - Michelle uśmiechnęła się do niego.
- Nie trzeba upiększać czegoś, co jest już doskonałe.
- Panie, wprawiasz mnie w zakłopotanie. - Dziewczyna spłoniła się uroczo. - Czy możesz mi zdradzić, czyje to piękne suknie mi przyniesiono?
- Należały do mojej nieboszczki żony.
- Och, jakże ci współczuję, panie...
- Minęło już sporo czasu i pogodziłem się z jej utratą. Myślę, że ucieszyłaby się, że jej sukniom przydaje blasku tak piękna dama jak ty. Zauważyłem, że twój bagaż jest niezwykle skromny, a brat Roger wyjawił mi, że wyjechałaś w pośpiechu, przyjmij więc ten przyodziewek w prezencie.
- Dziękuję, panie. - Michelle skłoniła się z wdziękiem. - W takim razie tym bardziej pozwól dokończyć mi toaletę, żeby wszystko nabrało właściwej i godnej oprawy.
- Oczywiście. Nie było moją intencją ponaglać cię, pani. - Ibrahim ukłonił się i wyszedł.
Michelle pociągnęła usta karminową barwiczką, uczerniła brwi i rzęsy, a służąca skropiła ją perfumami. Na koniec przykryła włosy delikatną siateczką z pereł nanizanych na srebrne nici. Zadowolona z efektu wstała i poszła za służącą w stronę jadalni. Dobiegały stamtąd słodkie dźwięki harfy i wesoły gwar głosów. Służka wprowadziła ją do dużej sali, oświetlonej przez zwisający z sufitu żyrandol na kilkadziesiąt świec. Przy długim stole, na krzesłach i ławach zasiadali gospodarz, kilku jego domowników oraz Roger d'Albertville i pozostali rycerze zakonni. Na jej widok ucichły śmiechy, a ona zajęła honorowe miejsce po prawicy gospodarza, naprzeciwko Rogera. Ibrahim klasnął w dłonie i służba sprawnie wniosła na stół półmiski z szaszłykami, duszoną jagnięciną, pieczonym drobiem, kozim serem z oliwkami, a do tego słodkie wina i orzeźwiające sorbety.
Biesiadnicy prowadzili uprzejmą konwersację na zdawkowe tematy i Michelle pomyślała, że wszyscy czują się tak pewnie i beztrosko, jakby hipolitanie zaledwie przed rokiem nie ponieśli druzgocącej klęski, tracąc swoją najważniejszą twierdzę Saint Tombé, a najbliższe oddziały sułtana Euterpos nie znajdowały się o kilkanaście godzin forsownego marszu od posiadłości Ibrahima.
Tymczasem na znak gospodarza muzykanci zaczęli grać na piszczałkach żywą, intensywną melodię i na środku sali pojawiła się dziewczyna w zwiewnych półprzezroczystych tiulach, z piersiami oraz łonem osłoniętymi przepaskami z cekinów i twarzą ukrytą pod welonem, tak iż było widać tylko jej wielkie, orzechowe oczy. Akompaniując sobie tamburynem, zaczęła wężowymi ruchami wyginać ciało w hipnotyzującym tańcu brzucha.
Chyba tylko Roger nie zwracał uwagi na popisy tancerki, gdyż jego myśli zaprzątała hrabina d'Orsini. Obserwował, jak śmieje się z żartów gospodarza, jak srebrnym widelcem wkłada do karminowych ust małe kąski pieczeni i gryzie je równymi białymi zębami, jak oklaskuje taneczny pokaz. Przypomniał sobie, jak ujęła go dziś za rękę.
Czy to nie było znaczące? Czy nie jest mi przychylna? - rozmyślał. Mieli spędzić razem jeszcze wiele czasu. Któż mógł wiedzieć, do czego dojdzie między nimi? Oddał się marzeniom na jawie, w których widział siebie z hrabiną w najbardziej namiętnych i wyuzdanych scenach.
Niespodziewanie błogi nastrój przerwały jakieś krzyki i nagły rwetes na dziedzińcu. W pierwszym odruchu Michelle przestraszyła się, że do kasztelu wtargnie lada moment rozzuchwalone żołdactwo, jednak po chwili do komnaty wszedł spokojnie jeden ze zbrojnych ibn Husajna i wyszeptał mu coś do ucha. Ibrahim wstał, skinął na Rogera, który wyrwany z zamyślenia zamrugał gwałtownie, i obaj skierowali się do wyjścia. Zaciekawiona Michelle poszła za nimi. Na zewnątrz zobaczyła dwóch jeźdźców w lekkich skórzanych zbrojach prowadzących na postronku skrępowanego młodego mężczyznę w kolczudze. Trzeci zbrojny prowadził za uzdę luzaka. Kiedy jeniec uniósł głowę, Michelle nie zdołała stłumić okrzyku:
- Basarab!
Młodzieniec spojrzał na nią i spróbował się uśmiechnąć. Nie bardzo mu to wyszło, gdyż pod jego lewym okiem pysznił się ogromny siniak.
- Znasz go, pani? - zdziwił się Ibrahim. - Moi ludzie złapali go, kiedy myszkował w okolicy.
- To jeden z moich osobistych strażników. Pozostawiłam go w Laodikei. Widocznie mnie szukał... - Dziewczyna odczuwała radość przemieszaną z lękiem o los młodego gwardzisty.
- Przejaw lojalności godny pochwały - ocenił Ibrahim z zagadkowym uśmiechem.
- Inaczej o nim mówiłaś w Montchevalier - wtrącił Roger, który poczuł instynktowną niechęć do przystojnego młodzieńca.
- Czy jego obecność tutaj nie jest najlepszym dowodem, że się myliłam? Proszę, nie róbcie mu krzywdy.
- Włos nie spadnie mu z głowy - zapewnił ją Ibrahim. - Rozwiążcie go i odprowadźcie do pomieszczeń dla służby. Niech mu dadzą coś do jedzenia.
Jeden ze zbrojnych odprowadził Basaraba, tymczasem drugi zsiadł z konia i postawił na ziemi niedużą skrzynkę.
- Oprócz broni znaleźliśmy przy nim także to.
- To mój podróżny kuferek! Nie dotykaj go, brudasie! - wykrzyknęła z udanym oburzeniem zaniepokojona Michelle. W środku znajdowały się rzeczy, których nikt nie spodziewałby się znaleźć w bagażu szlachetnej damy.
- Wybacz, pani - wymamrotał mężczyzna.
- Zanieście ten kufer do pokoju hrabiny - polecił Ibrahim. - Pani, radzę sprawdzić, czy niczego nie brakuje.
- Co zrobimy z naszym chwatem? - spytał Roger.
- Niech wypocznie. Pomyślimy o tym rankiem - odpowiedział Ibrahim, zerkając znacząco na Michelle, co nie uszło jej uwagi i wywołało jak najgorsze przeczucia co do losu Basaraba.
- Chyba nie zamierzasz puścić wolno tego najemnika? - spytał rycerz zakonny, gdy Michelle oddaliła się do swojej komnaty.
- Nie chciałbym sprawiać przykrości naszej drogiej hrabinie. To zachwycająca, wyjątkowa kobieta.
- Masz rację, lecz nie możemy ryzykować, puszczając go wolno, nie chcę też zabierać go ze sobą.
- Każę sprzątnąć go po cichu w nocy. - Ibrahim przeciągnął sobie palcem po gardle. - A hrabinie powiemy, że jej strażnik postanowił nagle wyjechać.
2.
Michelle zamknęła drzwi na zasuwkę i otworzyła kuferek. Odrzuciła leżące na wierzchu damskie fatałaszki i znalazła to, czego szukała: nóż o długiej, wąskiej klindze oraz flaszeczki zawierające spory zestaw trucizn. Nóż w pochewce przywiązała tasiemką do uda. Następnie sięgnęła po jedną z buteleczek, obejrzała ją, wyjęła korek i powąchała.
- Ta będzie w sam raz - mruknęła i wlała kilka kropel do kielicha z winem.
Musiała jak najszybciej niepostrzeżenie dostać się do Basaraba. Miała przeczucie, że Ibrahim i Roger wbrew zapewnieniom nie wypuszczą go żywego, a szkoda jej było tego miłego chłopca. Poza tym był jej potrzebny. Tylko z jego pomocą miała szanse na ucieczkę.
W pierwszej kolejności musiała zdobyć przebranie. W eleganckiej sukni ściągałaby na siebie uwagę. Otworzyła drzwi i wyjrzała na korytarz. Przywołała przechodzącego służącego.
- Powiedz swojemu panu, żeby przysłał do mnie tę dziewczynę, która usługiwała mi przy kąpieli.
Mężczyzna skinął głową i poszedł wykonać polecenie. Michelle wycofała się do pokoju. Zyskiwała w ten sposób wymówkę, dlaczego nie wróciła zaraz do stołu. Po dłuższej chwili rozległo się ciche pukanie i do środka weszła śniada służąca.
- Czego sobie życzysz, pani? - spytała z zachęcającym uśmiechem.
- Na początek napijmy się wina - powiedziała Michelle i podała jej kielich. Zdawała sobie sprawę, że wśród wyższych warstw za ostentacyjną pobożnością często ukrywa się rozpustny tryb życia, lecz spoglądając na dziewczynę, pomyślała, że tutaj panują wyjątkowo rozwiązłe obyczaje.
Dziewczyna upiła duży łyk, zmarszczyła brwi, krzywiąc się na cierpki smak, i osunęła się na ziemię. Z bezwładnej dłoni wypadł kielich, który z brzękiem uderzył o podłogę.
Michelle chwyciła nieprzytomną pod pachy i zaciągnęła na łóżko. Ułożyła ją na pościeli i rozebrała. Potem zdjęła własne ubranie i włożyła suknię służącej. Pozostał jeszcze problem włosów. Agentka inkwizycji była blondynką, a tutejsze kobiety były bez wyjątku brunetkami. Poszperała w swoich kosmetykach i ufarbowała włosy henną. Twarz skryła pod zawojem.
Zadowolona z efektu podeszła do drzwi i wyjrzała na korytarz. W pobliżu nikogo nie było. Pomyślała o Brynachu uwięzionym w butelce i skierowała się do drzwi komnaty Rogera. Sprawdziła raz jeszcze, czy nikt nie nadchodzi, i przez chwilę nasłuchiwała. Wyjęła z włosów długą szpilkę, wygięła ją odpowiednio i pogmerała w zamku. Usłyszała cichy trzask zaskakujących zapadek, nacisnęła klamkę i wślizgnęła się do środka. Nikogo nie było. Widać Roger wciąż biesiadował z Ibrahimem.
Michelle rozejrzała się po komnacie. Łóżko z baldachimem, szafa, skrzynia na odzież, puszysty dywan na podłodze, wzorzyste kobierce na ścianach. Założyła, że hipolitanin nie spodziewał się włamania i nie próbował nazbyt przemyślnie ukryć magicznej butelki. Podeszła do skrzyni i uniosła ciężkie wieko. Przeszukała rzeczy Rogera i szybko odnalazła butelkę z korkiem wyobrażającym głowę okrutnie uśmiechniętego maszkarona. Owinęła butelkę szmatką i opuściła komnatę. Schodząc na dół, skłoniła się jednemu z hipolitan, który wyszedł za potrzebą i wracał teraz na ucztę. Na szczęście jej nie poznał.
Znalazła się na dziedzińcu. Był wczesny wieczór i purpurowe słońce stało jeszcze na niebie. Na zewnątrz wciąż kręciło się sporo służby. Michelle ruszyła ku drewnianej pakamerze przylegającej do muru, do której zaprowadzono Basaraba. Po drodze chwyciła jakąś glinianą misę i napełniła ją wodą z sadzawki na dziedzińcu. Spokojnym krokiem zbliżała się do celu. Na szczęście Basaraba zakwaterowano osobno, a nie we wspólnych pomieszczeniach służby. Już miała odciągnąć skobel i otworzyć drzwi, kiedy zatrzymał ją męski głos:
- Dokąd to, kobieto? Nie za późno na takie wizyty? - spytał przechadzający się po dziedzińcu wartownik.
- Polecono mi obejrzeć zranienia tego człowieka - odpowiedziała Michelle, wskazując ruchem głowy na drzwi.
- Takiemu to dobrze - westchnął zbrojny. - Wydaje mi się, że cię nie znam...
- Jestem tu nowa. Rodzice z biedy oddali mnie na służbę.
- Nie martw się. Jeśli jesteś pracowita i nie kradniesz, będzie ci tu dobrze.
- Pójdę już, bo robi się późno. Ochmistrzyni mogłaby mi zarzucić lenistwo albo pomyśleć sobie o mnie coś złego, że tak długo nie wracam. Wiesz, co mam na myśli.
- Oj, wiem. - Zbrojny zarechotał. - Do zobaczenia.
- Dobranoc. - Michelle odwróciła się i weszła w końcu do pakamery.
Służyła ona jako graciarnia. Na ziemi położono siennik, obok którego stał zydel z dopalającym się kagankiem, butelką jabłecznika i drewnianym talerzem z resztkami kolacji. Basarab leżał na posłaniu obnażony do pasa. Na widok dziewczyny co prędzej wciągnął przez głowę koszulę. Michelle zdążyła jednak zauważyć, że ma całkiem ładne, umięśnione ciało.
Wstał i przyglądał się jej niepewnie.
- To ja - odezwała się, uchylając zawoju. Nim zaskoczony gwardzista cokolwiek powiedział, upuściła miskę, podbiegła doń i uściskała go. Dotyk przyjaznej osoby był jej potrzebny o wiele bardziej niż tuzin kąpieli czy legion służących. Ciągle udając kogoś innego, czuła się bardzo samotna.
- Odnalazłeś mnie! - wyszeptała. - Malik jest w pobliżu? Nie udało im się go schwytać?
- Nie ma go tu - odpowiedział Basarab, niechętnie wypuszczając ją z objęć.
- Na Sotera! Stało mu się coś złego?
- Nie zrozumiałaś mnie. Nic mu nie jest. Wrócił do Chrysopolis.
- A ty zostałeś sam, żeby odszukać Bryna i mnie? Wbrew rozkazom swojego setnika?
- Malik dał mi zgodę na dalsze poszukiwania. Poza tym wiesz, że nie chodziło mi o czarodzieja... - dodał cicho Basarab i lekko się zarumienił. - Nie zrobili ci krzywdy? Dobrze cię traktowali? - zapytał z troską.
Michelle poczuła słodkie ukłucie w sercu. Miała ochotę go pocałować, jednak bała się, że wtedy nie zdołają powstrzymać uczuć.
- Nic mi się nie stało. Uważają mnie za hrabinę d'Orsini, za którą podawałam się w Chrysopolis - wyjaśniła.
- Ależ widziałem jej egzekucję na hipodromie - zdumiał się młodzieniec.
- To temat na dłuższą opowieść. Teraz nie ma na to czasu - powiedziała wymijająco. - Jak udało ci się mnie odnaleźć?
- To nie było takie trudne. - Basarab uśmiechnął się i przeczesał dłonią czarne włosy. - Twoi porywacze nie starali się zbytnio zacierać za sobą śladów. Wykorzystałem pieniądze, jakie zostały w twojej sakiewce, i rozpytałem strażników miejskich, którzy mieli tamtej nocy służbę przy bramach. Jeden z nich powiedział mi o dwóch "białych płaszczach", które krótko po północy opuściły Laodikeę w towarzystwie kobiety z workiem na głowie. Nie miałem wątpliwości, że chodzi o ciebie. Ponieważ odjechali na południe, powiązałem to z wyprawą Brynacha do zamku Montchevalier. Potem warowałem w okolicy twierdzy, czekając na jakąś okazję, by dostać się do środka. Do głowy zaczęły mi już przychodzić zupełnie szalone pomysły, gdy na szczęście opuściliście zamek. Pojechałem za wami i resztę już wiesz... Zaskoczyli mnie ci pustynni wojownicy. Pojawili się jak spod ziemi i nie dali mi żadnych szans.
- Znakomicie się spisałeś - pochwaliła go Michelle. - Wyobraź sobie, że Bryn także jest tutaj! - dodała rozradowana.
- Jak to?
- To znaczy w pewnym sensie. Nie znam szczegółów, ale Roger d'Albertville powiedział mi, że czarodziej został zaklęty w magiczną butelkę. Udało mi się ją wykraść. - Michelle pokazała mu swoją zdobycz.
Basarab z zabobonnym lękiem obejrzał butelkę. Wydawało mu się, że dostrzega w niej jakby dym.
- Co zamierzasz z nią zrobić? - spytał.
- Nic. Weź ją i trzymaj zawsze przy sobie. Nie znam się na magii i nie wiem, co by się mogło stać, gdybym spróbowała ją otworzyć. Żeby ją zdobyć, musiałam uśpić służącą i splądrować pokój Rogera d'Albertville. - Basarab wyglądał na zaskoczonego, jednak dziewczyna nie dała mu ochłonąć. - Musimy stąd jak najszybciej uciekać. Spróbuję wyprowadzić ze stajni jakieś wierzchowce. Gdy tylko zobaczysz mnie z nimi na dziedzińcu, biegnij do mnie. Musimy odjechać, nim się zorientują, co się dzieje, i zamkną bramę - jednym tchem wyłuszczyła swój plan i już jej nie było.
Basarab podszedł do ściany i przez szparę między deskami w napięciu zaczął obserwować dziedziniec.
Tymczasem Michelle swobodnym krokiem udała się do stajni. Po drodze uśmiechnęła się do poznanego przed chwilą wartownika i weszła między przegrody dla koni. Stajenny właśnie poił zwierzęta. Uśmiechnęła się do niego.
- Czy mogę chwilę popatrzeć? - spytała. - Kocham te piękne zwierzęta.
- Tylko niczego nie dotykaj - powiedział. Konie były oczkiem w głowie Ibrahima i chłopak nie chciał, żeby służąca karmiła wierzchowce jakimiś resztkami.
Dziewczyna podeszła do chłopaka na wyciągnięcie ręki.
- Co robisz? - zapytał speszony, kiedy Michelle zaczęła unosić suknię. Jak urzeczony wpatrywał się w jej zgrabne łydki i gładką skórę ud.
Michelle błyskawicznym wymachem nogi trafiła stopą w skroń chłopaka, który zwalił się na ziemię jak kłoda. Kilka koni zarżało nerwowo. Chwilę później Basarab zobaczył, jak Michelle wyprowadza ze stajni srokatą klacz i gniadego wałacha. Natychmiast wybiegł z komórki i wskoczył na grzbiet gniadosza. Michelle siedziała już w siodle. Dopiero teraz pełniący wartę zbrojny zorientował się, że coś jest nie tak.
- Stać! - krzyknął.
Basarab ścisnął łydkami gniadego, a Michelle pochyliła się nad szyją swojego wierzchowca. Obydwa konie ruszyły z kopyta i jak strzała wypadły za bramę. Po chwili krzyki strażników zostały daleko w tyle. Michelle podjechała do Basaraba.
- Jedźmy na południe, na ziemie sułtana! - zawołała.
- Nie! - opowiedział, przekrzykując tętent kopyt. - Kierujmy się na wschód!
- Ależ tam jest pustynia! - zdziwiła się Michelle.
- Właśnie! Nie będą się spodziewali, że obierzemy taką drogę!
3.
Słońce stało w zenicie i prażyło bezlitośnie. Basarab, zapadając się po kolana w piachu, wspiął się na dużą wydmę. Wszędzie dokoła rozpościerała się bezkresna pustynia z piaszczystymi górami i dolinami tworzonymi przez wydmy. W kierunku zachodnim widział wyraźne ślady pozostawione przez niego i Michelle, a daleko na widnokręgu figurki konnych wytrwale ciągnące za nimi. Poza tym nie było widać nikogo i niczego. Żadnej rośliny ani zwierzęcia, nawet ptaków. Tylko piach.
Zszedł z powrotem do Michelle. Pogładził po karku wałacha, który stał na trzęsących się nogach z wywalonym językiem i patrzył na niego mętnymi oczami.
- Przykro mi, koniku, ale nic dla ciebie nie mam. - Podał dziewczynie bukłak z resztką wody. Wypiła mały łyk i oddała mu skórzany worek. Basarab przechylił go do końca, wsunął do środka język i zdołał zwilżyć gardło kilkoma ostatnimi kroplami.
Sytuacja uciekinierów stawała się beznadziejna. W dzień cierpieli od gorąca, nocą marzli w przejmującym chłodzie. Uciekając w pośpiechu, zabrali tylko jeden bukłak wody, a w głębi pustyni nie potrafili znaleźć żadnego źródła. Nie mieli także niczego do jedzenia. Wierzchowce poili ostatni raz dzień wcześniej i było pewne, że wyczerpane zwierzęta padną przed końcem dnia, a ich wkrótce spotka ten sam los. Basarab zastanawiał się, czy nie rzucić wyzwania pogoni, póki jeszcze może ustać, lecz mieli tylko sztylet Michelle i włócznię, którą dziewczyna przezornie przytroczyła do siodła jednego z koni. Ścigający na pewno mieli zbroje, miecze, łuki i co najważniejsze - przewagę liczebną.
- Słyszałam, że można pić krew, żeby ugasić pragnienie - powiedziała Michelle, zerkając na srokatą klacz, która stęknęła żałośnie.
- To na nic. I tak dogonią nas w kilka godzin. - Basarab zwiesił głowę. - Nie doceniłem pustyni.
- Nie obwiniaj się - próbowała go pocieszyć. - Jestem ci wdzięczna, że po mnie przyjechałeś. Nie wiem, czy bez ciebie podjęłabym właściwą decyzję.
Basaraba ucieszyły te słowa, choć nie rozumiał, o jakiej decyzji mówi dziewczyna. Michelle musiała to chyba dostrzec, bo powiedziała:
- Po prostu idźmy najdalej, jak zdołamy. Obiecaj mi tylko, że nie wezmą nas żywcem.
- Mógłbym przyrzec to każdemu, tylko nie tobie - rzekł Basarab.
- W takim razie co będzie, to będzie.
Z trudem powlekli się dalej, podpierając się włócznią niczym laską. Kierowali się na północ. Mieli nikłą nadzieję, że dotrą do drogi prowadzącej do Kaisarii, przy której uda im się znaleźć jakąś studnię.
Krótko przed zmierzchem nagle zrobiło się chłodniej. Powiał porywisty wiatr, ziarnka piasku zaczęły się poruszać i wolno wirować w powietrzu. Wiatr dął coraz mocniej. W pewnej chwili dostrzegli olbrzymi tuman piachu, wysoki niczym kilkupiętrowy dom, który szybko zbliżał się do nich.
- Burza piaskowa! - zawołał Basarab.
Nie mieli szansy uciec przed nią, jak okiem sięgnąć nie było żadnej kryjówki. Wkrótce ruchoma ściana dogoniła ich i pochłonęła. Bojąc się, że wiatr ich rozdzieli, złapali się za ręce. Basarab okrył ich derką zerwaną z konia. Zaraz potem stracili wierzchowce z oczu - widzieli nie dalej niż na wyciągnięcie ręki. Piasek smagał ich po twarzach jak biczem, wpadał im do oczu, zalepiał nosy i usta. Z trudem łapali oddech. Brnęli przed siebie, dobywając resztek sił, lecz po niedługim czasie musieli się poddać. Nie byli w stanie iść dalej. Usiedli pod derką, która choć trochę osłoniła ich przed milionami ziarenek piasku gnanych siłą wichury. Wyczerpani zasnęli przytuleni jedno do drugiego. Piasek zasypywał ich coraz bardziej. Gdyby burza potrwała jeszcze trochę dłużej, zginęliby uduszeni pod jego zwałami. Tak zastała ich noc.
W końcu burza ucichła. Byli jednak zbyt zmęczeni, żeby podjąć marsz, i znów zasnęli.
Tymczasem piasek zasypał na pustyni wszelkie ślady i pościg prowadzony przez Ibrahima, też ciężko doświadczony przez żywioł, zgubił trop. W pewnym momencie ścigający przejechali o kilkaset kroków od zbiegów, którzy przysypani piaskiem przypominali z daleka małą wydmę, lecz nie zauważyli ich i oddalili się w głąb pustyni.
Rankiem na wpół uduszony Basarab wydobył się z piachu. Odkopał Michelle, której dłoń cały czas kurczowo ściskał. Przez chwilę obawiał się, że dziewczyna nie żyje, otworzyła jednak oczy i lekko uśmiechnęła się do niego. Była bardzo słaba i stało się oczywiste, że nigdzie nie pójdzie o własnych siłach.
- Zostaw mnie tutaj. Gdy znajdziesz wodę, wrócisz po mnie - wyszeptała spierzchniętymi wargami.
Basarab wiedział, że to nierealne. Gdyby ją tu zostawił, nigdy już by jej nie odnalazł. Sam czuł, że gardło ma całkowicie wyschnięte, a język drętwy jak kołek. Oddalił się kawałek i przezwyciężając wstręt, spróbował ugasić pragnienie własnym moczem. Poczuł chwilową ulgę. Wrócił do Michelle, dźwignął ją i powlókł ze sobą.
Słońce szybko pięło się po nieboskłonie, grzejąc jeszcze mocniej niż poprzedniego dnia. Basarab cierpiał okrutnie i myślał, że lada moment oszaleje. Michelle już dawno straciła przytomność. Młodzieniec postanowił wspiąć się jeszcze tylko na grzbiet wyjątkowo wysokiej wydmy i wtedy dać za wygraną. Wiedział, że to irracjonalne, że każde miejsce na tej przeklętej pustyni jest jednakowo dobre, żeby umrzeć, lecz tak właśnie sobie postanowił. Kiedy piął się mozolnie do góry, przeleciał nad nim złowieszczy cień. To sępy zwietrzyły ofiarę.
- Nic tu po was, ścierwojady! - zawołał i pogroził im pięścią.
Dwa ptaki nie próbowały zbliżać się do ludzi, tylko spokojnie kołowały w powietrzu, oczekując na to, co nieuchronnie musiało nastąpić. Mniej więcej w południe Basarab dotarł na szczyt wydmy. Upuścił Michelle i w geście rozpaczy chciał cisnąć włócznią w kołujące coraz bliżej ptaszyska, ale był tak osłabiony, że potknął się i stoczył w dół po przeciwległym zboczu. Załkał, bijąc pięścią w znienawidzony piasek, bo nie miał już siły wspiąć się z powrotem na górę.
Kiedy na chwilę uniósł głowę, w polu widzenia dostrzegł coś zielonego. Przetarł piekące oczy, nie wiedząc, czy to nie przywidzenie, jakie przytrafia się ludziom zagubionym na pustyni. Ale to nie było złudzenie! Całkiem niedaleko widział kępę wysokiej trawy i dwie palmy.
Na Sotera! Jest roślinność, więc może być i woda! - pomyślał i odzyskawszy nadzieję, zmobilizował się do ostatniego wysiłku. Częściowo idąc, a częściowo pełznąc na czworakach, dotarł do kępy zieleni. Spalone słońcem, wyschnięte źdźbła trawy wydawały mu się milsze niż soczysta, wypielęgnowana murawa cesarskich ogrodów.
Wśród trawy odnalazł małe oczko wodne, właściwie błotnistą kałużę. Zaczął łapczywie chłeptać wodę, śmiejąc się przy tym głośno. Czuł, że wracają mu siły, jakby to nie była zwykła woda, tylko eliksir życia. Po chwili przypomniał sobie o Michelle. Spojrzał w stronę wydmy, na której ją zostawił, i zamarł z przerażenia. Sępy siedziały tuż obok dziewczyny! Ponieważ jednak dawała jeszcze oznaki życia, nie atakowały jej, tylko cierpliwie czekały. Basarab prędko napełnił bukłak wodą i najszybciej jak mógł pobiegł z powrotem. U podnóża wydmy podniósł włócznię, którą upuścił, staczając się w dół. Pomyślał, że brakuje im nie tylko wody, ale i jedzenia. Pewne swojej zdobyczy ptaki nie zwróciły na niego uwagi. Basarab wspiął się ostrożnie do połowy zbocza, dobrze wymierzył i cisnął włócznią. Jeden z ptaków, celnie ugodzony, padł martwy, drugi z przeraźliwym skrzekiem odleciał w dal. Młodzieniec dopadł do Michelle, otworzył jej usta i wlał w nie wodę.
- Jesteśmy uratowani! - mówił, śmiejąc się i płacząc jednocześnie.
Przeniósł Michelle do zbawiennego wodopoju i ułożył ją w cieniu palmy. Oprawił też upolowanego ptaka, którego musieli zjeść na surowo. Znalazł co prawda ślady po wypalonym ognisku - znak, że ktoś inny również bywał w tym miejscu - lecz nie miał niczego, czym mógłby skrzesać ogień. Tymczasem dziewczyna odzyskała przytomność.
- Gdzie jesteśmy? - spytała słabym głosem.
- W małej oazie. Przygotowałem coś do jedzenia.
Zaspokoiwszy najbardziej palący głód i pragnienie, poczuli się o wiele lepiej. Postanowili wypocząć i podjąć wędrówkę następnego dnia.
Leżeli pod derką, chroniąc się przed chłodem pustynnej nocy, ogrzewając nawzajem swoje ciała. Basarab przyglądał się Michelle. Nawet teraz, wyczerpana i brudna, wyglądała pociągająco. Jej opalona skóra nabrała uroczego złocistego odcienia.
Jest taka piękna, pomyślał i zastanowił się, co właściwie do niej czuje. Zaczął o niej myśleć, gdy tylko ujrzał ją na wyspie Santorinos, w klasztorze ksawerytów. Zresztą od razu zauważył to jego druh Jurik, któremu dziewczyna także wpadła w oko. Basarab zdawał sobie sprawę, że ta kobieta przyciąga mężczyzn niczym świeca ćmy. Widział ten efekt u Jurika, starego Gerarda, komandora hipolitan w Laodikei, nawet u Rogera d'Albertville. Czy on także uległ tej powierzchownej fascynacji? Może z początku, teraz jednak czuł, że zakochał się w niej szczerze i bez pamięci.
- To, co powiedziałeś, zanim dopadła nas burza, to było serio? - nieoczekiwanie spytała Michelle.
- Tak - przyznał z wahaniem, nie wiedząc, do czego ona zmierza.
- To najpiękniejsze miłosne wyznanie, jakie słyszałam.
Basarab nie był pewien, czy dziewczyna mówi poważnie, czy drwi z niego. Nie mógł już jednak dłużej się powstrzymywać i pocałował ją. Oddała mu pocałunek i ich języki splotły się namiętnie. Całowali się zachłannie. Basarab zaczął zdzierać z niej ubranie i pieścić jej ciało.
- Kocham cię - szeptał czule.
- Szybciej! Szybciej! - ponaglała go, przyciskając jego głowę do swoich obnażonych piersi.
Ich pierwsze zbliżenie było gwałtowne i krótkie, jakby chcieli w ten sposób zrzucić z siebie napięcie ostatnich dni. Później, kiedy wróciły im siły, ponownie przywarli do siebie pod rozgwieżdżonym niebem, a Michelle kochała się tak, jak zawsze sobie wyobrażała, że zrobi to z kimś, kogo obdarzy prawdziwym uczuciem. W końcu położyła głowę na piersi Basaraba, wsłuchując się w rytm bicia jego serca, a on objął ją ramieniem i delikatnie gładził jej włosy.
- Obawiam się, że nie jest nam pisane wspólne życie - wyznała nieoczekiwanie.
- Dlaczego? - spytał Basarab, który poczuł, że właśnie osiągnięte szczęście nagle zaczyna wymykać mu się z rąk.
- Mam pewne zobowiązania...
Zdał sobie sprawę, jak niewiele o niej wie. Była tajemniczą kobietą, wielką damą, jak sądził, którą polecono mu i innym gwardzistom odprowadzić we wskazane miejsce w związku z ważnymi sprawami Kościoła. Była posłańcem? A może szpiegiem? Nie miał pojęcia. Odkąd na Santorinos przyłączył się do nich mistrz Brynach, miał wrażenie, że wydarzenia same ich niosą.
- To ma związek z naszą wyprawą do Outremer? - zapytał.
- Tak.
- Ale przecież wracamy do Chrysopolis.
- Jednak nie jestem do końca panią własnego losu.
- Jesteś zamężna? - palnął Basarab, gdyż była to pierwsza myśl, która przyszła mu do głowy.
- Nie - zaprzeczyła stanowczo. - Nie chcę bawić się z tobą w zgadywanki. Nie domyśliłeś się jeszcze, że służę inkwizycji?
Basarab nie okazał zdziwienia, mniej więcej coś takiego podejrzewał.
- Czy w związku z tym składałaś jakieś śluby? Jesteś jakby zakonnicą?
- Nic z tych rzeczy.
- W takim razie czy to, co zaszło między nami tej nocy, to tylko chwila słabości? - spytał z niepokojem, bo w jego mniemaniu nie było formalnych barier, które stałyby im na przeszkodzie. Skoro nie dała słowa Theosowi ani innemu mężczyźnie, to może chodziło o coś zupełnie innego. Może uznała, że jest jej niegodny albo zbyt niskiego stanu, żeby się z nim związać.
- Jak mogłeś tak w ogóle pomyśleć? - zaprzeczyła gwałtownie. - Przeszkodą jestem ja i moja przeszłość. Moje drogie suknie, biżuteria, wystawne życie to wszystko tylko pozór. - Uśmiechnęła się smutno. - To tylko fasada, przebranie pozwalające mi dotrzeć do wysoko postawionych ludzi, których inkwizycja podejrzewa o rozmaite spiski i odstępstwo od wiary. Sama nie mam niczego i jestem nikim. Urodziłam się jako nędzarka w mieście Bourges.
- Nie obchodzi mnie twoja przeszłość - zapewnił ją żarliwie. - Ja także jestem tylko ubogim żołnierzem. Jeśli tylko mnie kochasz, na pewno znajdziemy sposób, żeby być razem. - Było to naiwne stwierdzenie, lecz w tym właśnie momencie pragnął widzieć świat w różowych barwach.
- Obawiam się, że to nie takie proste.
Basarab chciał coś jeszcze powiedzieć, ale Michelle zamknęła mu usta długim pocałunkiem.
4.
Rankiem do wodopoju zbliżyło się trzech jeźdźców w białych turbanach. Dosiadali rączych koni czystej krwi. Przyglądali się przez chwilę parze biwakującej w cieniu palmy, po czym zaatakowali, wywijając szablami i wydając klekoczące dźwięki charakterystyczne dla ludów pustyni.
- Rabusie! - krzyknął Basarab. - Pewnie z jednego z plemion Bedawinów.
Lud ten od tysięcy lat zamieszkiwał pustynię i nie uznawał nad sobą żadnych panów. Zawierał i zrywał przymierza z ościennymi potęgami, Arianą i cesarstwem, wedle własnego uznania.
Basarab ujął włócznię i stanął naprzeciwko szarżujących wojowników, Michelle zaś przywarła plecami do pnia palmy. Najbliższy z napastników uniósł się w strzemionach, chwycił dziryt i rzucił nim w Basaraba. Młodzieniec zręcznie uchylił się przed pociskiem i sam cisnął włócznią. Trafił. Przebity grotem Bedawin bezwładnie spadł z konia. Bezbronny teraz Basarab wyczekał do ostatniej chwili i zanurkował tuż pod klingą szabli kolejnego rabusia. Błyskawicznie podniósł się na nogi i pobiegł ile tchu w płucach ku zabitemu wcześniej nieprzyjacielowi, żeby zdobyć jakąś broń.
Tymczasem trzeci wojownik postanowił zająć się dziewczyną. Podjechał blisko niej i zsiadł z konia. Michelle pomimo opalenizny wyraźnie zbladła. Miała szeroko rozwarte źrenice i usta gotowe do krzyku. Bedawin na postrach zakręcił młynka szablą i chwycił ją za ramię. Nie chciał jej zranić - taką ślicznotkę łatwo mógł sprzedać za dobrą cenę do haremu któregoś z szejków. W tej samej chwili Michelle wraziła mu w brzuch sztylet, który skrywała za plecami. Ugodzony mężczyzna krzyknął i odruchowo spróbował zatamować krew wypływającą z rany. Agentka inkwizycji nie pozwoliła jednak, żeby otrząsnął się z szoku, i przecięła mu tętnicę szyjną. Umiała posługiwać się sztyletem równie wprawnie jak najlepsi rycerze mieczem. Zostawiła konającego przeciwnika, szybko dosiadła konia i ruszyła na odsiecz ukochanemu, który był w poważnych opałach. Parował kolejne ciosy ostatniego z rabusiów zdobyczną szablą, jednak został ranny w ramię i jego zasłony były coraz mniej pewne. Na widok galopującej ku niemu dziewczyny uzbrojonej tylko w sztylet pustynny wojownik nie bardzo wiedział, jak się zachować. Odtrącił Basaraba, który padł na ziemię, i zwrócił się w stronę szalonej przeciwniczki, na wszelki wypadek przyjmując postawę obronną. Niespodziewanie Michelle w ostatniej chwili osadziła konia w miejscu i ostro ściągnąwszy wodze, zmusiła go, by stanął dęba. Zaskoczony Bedawin nie mógł już nic zrobić - kopyta wierzchowca dziewczyny rozbiły mu czaszkę. Basarab, nie tracąc czasu, przebił wroga szablą.
- Jesteś niebezpieczną kobietą - powiedział, z podziwem patrząc na Michelle.
- Uczyłam się takich sztuczek od maleńkości.
Dzięki tej potyczce zyskali trzy dobre wierzchowce, oręż, zapas suszonych fig i daktyli, a także odzienie przystosowane do panujących w tej krainie upałów. Napoili konie, napełnili bukłaki zabitych do pełna i wyruszyli w drogę.
Spędzili jeszcze jedną noc na pustyni i dopiero następnego dnia natknęli się na gościniec do Kaisarii. Odtąd szczęście stale im sprzyjało. Jeśli Roger wysłał pościg także w tym kierunku, to udało im się go uniknąć. W mieście dołączyli do karawany kupieckiej, która zmierzała w stronę Laodikei. Sprowadzane z dalekich krajów przyprawy - pieprz, goździki, gałka muszkatołowa i wanilia - którymi objuczono wielbłądy, przeznaczone były na stoły arystokratycznych rodów Chrysopolis. W Laodikei egzotyczny towar miał zostać przeładowany na statek. Michelle i Basarab planowali, że w mieście sprzedadzą konie, a za uzyskane pieniądze kupią miejsce na okręcie zmierzającym do stolicy cesarstwa.
5.
Po kilku dniach podróży Michelle źle się poczuła. Basarab podejrzewał, że zapadła na jakąś chorobę, dostała udaru słonecznego, przyszło mu nawet do głowy, że ktoś jej podał truciznę, lecz dziewczyna wyznała mu prawdę:
- Jeszcze w Chrysopolis zażywałam narkotyk zwany czarnym lotosem. Nie sądziłam, że tak bardzo się uzależnię. To skutki narkotykowego głodu.
Musieli się odłączyć od karawany w przygodnej osadzie. Przez kilka dni Michelle cierpiała katusze. Basarab troskliwie opiekował się ukochaną, lecz poza dbaniem, żeby miała czysto i nie brakowało jej picia, niewiele więcej mógł zrobić. Dziewczyna pociła się jak mysz, miała drgawki, zwracała posiłki. Bywało, że przez wiele godzin mogła tylko leżeć, jęcząc z bólu. Ściskała wtedy w dłoni swój święty medalik i modliła się bezgłośnie, a Basarab gładził ją po głowie albo trzymał za rękę.
Któregoś ranka Michelle otworzyła oczy i zdziwionym, choć przytomnym wzrokiem powiodła po glinianych ścianach komórki, której użyczył im jeden z gospodarzy. Wcześniej było to pomieszczenie dla kóz, lecz na starość pasterz sprzedał swoje stadko.
- Obudź się, mój miły. - Michelle delikatnie szturchnęła Basaraba, który przysnął, siedząc na taborecie obok jej posłania.
Chłopak ziewnął i przetarł zaspane oczy.
- Czujesz się już lepiej, najdroższa?
- Chyba tak - odpowiedziała niepewnie i zastanawiała się nad czymś przez chwilę. - Czy kiedy przeszukiwałeś pokój, który zajmowałam w karawanseraju w Laodikei, nie znalazłeś woreczka z czarnym lotosem?
- Nie przypominam sobie nic takiego. Mógł jednak zostać w twoim kuferku w posiadłości Ibrahima - odrzekł zdziwiony, że akurat teraz go o to pyta.
- Zapewne tak. Jednak wydaje mi się, że nie pakowałam go do kuferka, lecz ukryłam gdzieś w pokoju. Jeśli tak było, to nadal może się tam znajdować.
- Do czego zmierzasz?
- Mała dawka narkotyku nie zaszkodziłaby mi, a szybciej stanęłabym na nogi. Może pojechałbyś do Laodikei przodem i dobrze poszukał? - zaproponowała pozornie lekkim, niezobowiązującym tonem, lecz w jej oczach zapaliło się zachłanne światełko.
- Ależ to zupełnie bez sensu. Powinnaś trzymać się jak najdalej od czarnego lotosu - zaprotestował Basarab. - Poza tym nie zostawiłbym cię tutaj samej. Jeszcze nie wydobrzałaś.
- Nie martw się o mnie - odpowiedziała słodko. - Jeśli naprawdę mnie kochasz i chcesz mi pomóc, to jedź do Laodikei i przywieź mi to, o co proszę. Wiesz, że potrafię się odwdzięczyć... - Przyjęła kuszącą pozę i pogładziła go po udzie.
- Nie ma mowy - uciął dyskusję młodzieniec.
Oczy Michelle zwęziły się jak u rozdrażnionej kotki, a twarz ściągnęła się w gniewnym grymasie.
- Łajdaku! - krzyknęła. - Wykorzystałeś mnie, a teraz nie chcesz mi pomóc!
- Oszalałaś!
- Ratunku! Gwałciciel! Jestem tu wbrew woli! Czy ktoś mnie słyszy?! - wydzierała się strasznym głosem, jakby Basarab naprawdę nastawał na jej cześć i życie.
Zaraz przybiegł przestraszony gospodarz. O dziwo na jego widok Michelle natychmiast się uspokoiła. Basarab nie chciał jednak, żeby staruszek oglądał dziewczynę w takim stanie, i popychając go delikatnie do wyjścia, wyszedł z nim na dwór, zamykając za sobą drzwi.
- Co się stało twojej pani? - zapytał z niepokojem gospodarz.
- Jest bardzo chora.
- Wołała takim strasznym głosem... Zły duch mógł opętać jej słabe ciało.
- Jestem pewien, że tylko majaczy w gorączce - starał się go uspokoić Basarab, który pomyślał, że brakuje jeszcze tego, żeby wieśniacy zaczęli odprawiać nad Michelle egzorcyzmy.
Stary człowiek nie wyglądał na w pełni przekonanego, lecz ustąpił i odszedł do swoich zajęć. Basarab wrócił do środka, w samą porę, żeby złapać Michelle, która pod jego krótką nieobecność zdążyła się ubrać i właśnie przeciskała się przez małe okienko. Wyrywała mu się, kopała i drapała, tak że w końcu kilka razy ją spoliczkował, żeby się uspokoiła, po czym przewrócił ją na legowisko. Szamotali się jeszcze chwilę, lecz w końcu Michelle opadła z sił, rozpłakała się, a potem zasnęła w jego ramionach. Basarab odczekał, aż jej oddech się wyrówna, upewnił się, że nie udaje, szybko wymknął się z ich małej klitki i po chwili wrócił z rzemieniem z końskiej uprzęży. Na wszelki wypadek związał ręce i nogi dziewczyny, sprawdzając, czy węzły nie wrzynają się za mocno w ciało, gdyż prędzej czy później jego także musiał zmorzyć sen, a obawiał się, że wtedy Michelle ponownie spróbuje ucieczki albo zrobi sobie lub jemu jakąś krzywdę.
Kiedy Michelle ocknęła się i zobaczyła, że jest skrępowana, zaczęła pluć i wymyślać na ukochanego. Uspokoiła się, kiedy zagroził, że może ją także zakneblować. Potem przez kilka dni nie odzywała się wcale, ale Basarab widział, że na nowo podjęła walkę ze straszliwym głodem palącym jej trzewia. Po trzech dniach wreszcie się odezwała:
- Proszę, rozwiąż mnie. Najgorsze już za mną. Kiedy poczujesz się zmęczony, pozwolę ci się ponownie związać.
Zabrzmiało to szczerze i Basarab przystał na jej propozycję. Przez jakiś czas miał się jeszcze na baczności, lecz wkrótce sam zaczął dostrzegać u niej wyraźną poprawę. Mimo to osłabiona wcześniejszą wędrówką przez pustynię Michelle bardzo powoli wracała do sił.
- Czy wybaczysz mi moje zachowanie z ostatnich tygodni? - spytała któregoś z kolejnych, monotonnych dni.
- Byłaś po prostu chora.
- Tak - przyznała. - Byłam zagubiona w ciemności, ale ty wyprowadziłeś mnie z mroku.
Wzruszony Basarab objął ją i wymienili długi pocałunek. Oboje czuli, że odnaleźli miłość. Ostatecznie minął ponad miesiąc, zanim mogli wznowić podróż do Chrysopolis.