Kroniki arkadyjskie (#1). Kwiat paproci - Dominik Sokołowski

-
Proszę czekać

 

 

Prolog

 

 

1.

 

Cesarzowa Eirene z dumą przeglądała się w kunsztownym lustrze z polerowanego szkła, najnowszym wynalazku mistrzów z Rialto. Lubiła swoje ciało: jędrne piersi, gładką skórę, krągłe biodra i smukłe uda. W lustrzanym odbiciu widziała swój klasyczny profil, pełne usta, zgrabny nos, czarne jak węgiel oczy w kształcie migdała. Gęste lśniąco czarne włosy opadały kaskadą na jej ramiona i plecy.

Gdy podniosła się z marmurowej wanny wypełnionej parującą wodą o różanym zapachu, podeszły służące, by ją osuszyć, natrzeć wonnymi olejkami i ułożyć włosy w wyszukaną fryzurę zgodną z najnowszą modą. Później na znak władczyni usunęły się, bo Eirene lubiła sama się pudrować, nakładać barwiczkę na usta i malować oczy.

Była piękna, być może najpiękniejsza w cesarstwie, i nieraz to wykorzystywała, wiedząc, jakie wrażenie robi na mężczyznach, swoich ministrach i wodzach armii. Niejeden z możnych panów cesarstwa marzył skrycie, że Eirene zgodzi się go poślubić. Bazylissa jednak, owdowiała przed ponad sześciu laty, nie miała takich planów. Zdawała sobie sprawę, że współmałżonek starałby się pozbawić ją realnej władzy, a narodziny dziecka z nowego związku zagroziłyby sukcesji jej ukochanego syna, w imieniu którego sprawowała regencję. Już od wielu miesięcy żaden mężczyzna nie odwiedzał jej alkowy.

Ponownie wezwała służki, które pomogły jej włożyć suknię i biżuterię. Wyszła na zwrócony w stronę miasta obszerny taras pałacu. Zachodzące słońce ozłociło Chrysopolis, tak że naprawdę wyglądało jak zbudowane z drogocennego kruszcu. Było lato, Eirene nie dokuczał więc wieczorny chłód. Mimo to przeszył ją dreszcz. Odczuwała niepokój, który przeradzał się w lęk. Nawet stąd, ponad morzem dachów pałaców, kościołów i zwykłych domostw, widziała potężny mur obsadzony przez nieliczne straże, a za nim ogniska armii Nikeforosa. Szpiedzy logotety ton sekreton Antiochosa już kilka dni temu donieśli, że po zwycięskiej bitwie nad wojskami Ligi Północnej wiwatujący żołnierze obwołali Nikeforosa z rodu Skalarów cesarzem. Wszystko oczywiście zręcznie wyreżyserowali stronnicy uzurpatora, który już następnego dnia ruszył w kierunku stolicy.

Lekki powiew wiatru przyniósł okrzyki na cześć Nikeforosa wznoszone przez tłum gęstniejący pod Spiżową Bramą, głównym wejściem do Chrysopolis. Demarcha Niebieskich zdążył już zmobilizować swoich stronników i klientów. Nie dziwiło jej to, gdyż dem Niebieskich reprezentował arystokrację, która od początku nienawidziła cesarzowej, winiąc ją za śmierć cesarza Andronikosa. Zieloni, zrzeszający kupców i rzemieślników Chrysopolis, zaakceptowali rządy regentki, ale nie byli to ludzie gotowi ryzykować dla niej życie i, co może ważniejsze, majątek. Na co dzień przychylni cesarzowej, teraz przyjęli postawę wyczekującą. Poza tym na wszystkich działał urok zwycięskiego wodza.

Wsłuchując się w głosy dobiegające z miasta, Eirene bezwiednie wsparła się na ciężkiej żeliwnej balustradzie, przymknęła pokryte niebieskim cieniem powieki. Sama uczyniłam tego człowieka domestikosem Zachodu, pomyślała z goryczą.

Gdy pertraktacje z Ligą Północną załamały się, wróg, przekroczywszy graniczną rzekę Danub, w wielkiej sile ruszył w głąb cesarstwa i zadał wojskom Eirene kilka dotkliwych porażek. Stało się jasne, że armia potrzebuje zdolnego dowódcy, który cieszyłby się szacunkiem możnych i zaufaniem żołnierzy. Nie mógł to być urzędnik lub dworak z Chrysopolis. Wtedy wielki logoteta Epifanes, pierwszy minister i uznany filozof, doradził cesarzowej Nikeforosa Skalarosa. Wyniesienie to miało zaspokoić ambicje potężnego dynatosa ze wschodnich prowincji cesarstwa, gdzie znajdowały się latyfundia największych rodów i tym samym matecznik opozycji. Poza tym Nikeforos, trzymany w Chrysopolis w areszcie domowym za uprzednią nielojalność wobec cesarzowej, był pod ręką. Pojednanie z nim miało zapewnić spokój na wschodzie cesarstwa w obliczu zagrożenia na północy. Nikt też nie kwestionował bystrości jego umysłu, odwagi i biegłości w strategii. Eirene zaakceptowała ten plan, jednak dobrze zapamiętała dzień, w którym na ulicach stolicy uroczyście żegnano wyruszającą w pole elitarną Tagmę ton Scholon, a prowadzący ją Nikeforos, oddając cesarzowej pożegnalny salut, rzucił jej wyzywające spojrzenie. Jego twarz efeba jak zwykle skrywała maska uprzejmości, ale oczy zdradzały niepohamowaną żądzę władzy i bezwzględność.

Ze wspomnień ostatnich tygodni wyrwał bazylissę zdecydowany, męski głos:

- Pani! Dowódca Tagmy ton Noumeron przeszedł na stronę uzurpatora. Spiżowa Brama lada chwila zostanie otwarta.

Eirene puściła balustradę, wyprostowała się i odwróciła w stronę wchodzącego Laonikosa, dowódcy gwardii.

- Jeszcze nie jest za późno - ciągnął Laonikos. - W porcie czeka najszybszy dromon floty, gotowy w każdej chwili wypłynąć.

Eirene przez chwilę rozważała tę myśl.

- Nie, Laonikosie, nie będziemy uciekać - zdecydowała. - Zresztą dokąd miałabym się udać? Do Opsikionu lub Klidii, by stać się zakładniczką w ręku któregoś z dynatosów? Stać się żebrakiem na dworze króla Leonu lub Austrazji? A może nałożnicą w haremie któregoś z szejków Maghrebu?

- W takim razie pozwól, pani, by gwardia z honorem oddała życie w twojej obronie.

- Nie chcę rozlewu krwi. - Eirene była dość biegła w pałacowych intrygach, lecz wobec brutalnej siły czuła się bezradna. Obawy, że zdominują ją mężczyźni, doprowadziły do tego, że w jej otoczeniu było kilku uczonych, paru zręcznych urzędników oraz mnóstwo dworskich pochlebców i miernot. Brakowało silnych, zdecydowanych osobowości.

- Nie wierzę, pani, że ten szakal Nikeforos cię oszczędzi. Nie pozwolę, by odebrał ci życie.

- Dosyć! Nie traćmy czasu! - ucięła cesarzowa władczym tonem. - Ten szakal jest też chytrym lisem. Będzie chciał się pokazać jako władca prawy, umiarkowany i łagodny, który łączy, a nie dzieli. Zależy mu też na legalizacji swojej władzy. Okrycie purpurą na pobojowisku przez pijanych zwycięstwem żołdaków to nie to samo co namaszczenie świętymi olejami w bazylice Zbawiciela. Jestem tylko regentką, cesarzem koronowanym przez patriarchę jest Isaakios. Będę negocjować w jego imieniu. Twój miecz będzie mi jednak potrzebny. Udaj się do komnat bazyleusa i na wszelki wypadek wyprowadź go tajnymi przejściami z pałacu. Oddaj Isaakiosa pod opiekę patriarchy. Najpierw jednak przyprowadź go do mnie... chcę pożegnać się z synem... - Głos Eirene, do tej pory stanowczy, na chwilę się załamał.

Laonikos skłonił się i wybiegł z komnaty. Był dowódcą gwardii, odkąd wstąpił na tron Andronikos. Kiedy cesarzowa została uwięziona i oczekiwała na proces, cesarz nakazał, by Laonikos osobiście pełnił straż przy jej celi. Wtedy to zostali kochankami i to jego miecz pozbawił życia Andronikosa. Wkrótce przestali dzielić łoże, ale Laonikos wciąż ją kochał i przypuszczał, że będzie tak do końca jego dni. Miał świadomość, że nie jest pierwszym ani ostatnim kochankiem porzuconym przez władczynię, lecz fascynacja tą wspaniałą kobietą nie minęła z zerwaniem fizycznej więzi i nadal był jej całkowicie oddany. Jednocześnie w samotne noce nieraz dręczyły go myśli o straszliwej zdradzie, której dopuścił się wobec swego pana, i wiedział, że wyrzuty sumienia także nie opuszczą go do końca życia.

Udając się do komnat młodocianego cesarza, Laonikos zabrał ze sobą centuriona zwanego Łamignatem i dwóch innych gwardzistów. Sypialnię bazyleusa spowijał mrok, który rozpraszało kilka dopalających się świec i ścienna lampka oliwna. Na podłodze leżały porozrzucane figurki rycerzy z kości słoniowej, którymi Isaakios toczył zajadłe bitwy z wrogami wiary i cesarstwa. Chłopiec drzemał już w swoim wygodnym łóżku okryty kapą ze złotym haftem.

Na progu komnaty pojawiła się czujna piastunka.

- Czy coś się stało, panie? - spytała szeptem.

- Jej cesarska mość pragnie widzieć się z synem - wyjaśnił Laonikos.

Razem podeszli do łóżka cesarza. Bazyleus oddychał miarowo i lekko uśmiechał się przez sen. Kobieta delikatnie potrząsnęła jego ramieniem.

- Panie, zbudź się - szepnęła mu do ucha. - Matka cię wzywa.

Isaakios obudził się i przetarł zaspane oczy. Rozejrzał się dokoła i zdziwiony zatrzymał wzrok na Laonikosie, który stał tuż obok w pełnej zbroi. Napotkawszy wzrok małego cesarza, gwardzista zgiął się w głębokim ukłonie. Piastunka musiała powtórzyć, o co chodzi, lecz kiedy Isaakios odegnał resztki snu, ziewając przeciągle, wstał szybko i zaczął się z jej pomocą ubierać. Już gotowy poszedł posłusznie z Laonikosem.

Chłopiec miał dopiero sześć lat, urodził się pół roku po śmierci cesarza Andronikosa i powszechnie dodawano do jego imienia przydomek Pogrobowiec. Oficjalnie nikt nie kwestionował ojcostwa Andronikosa, Laonikos wiedział jednak, że cesarz przestał wypełniać obowiązki małżeńskie krótko po ślubie, a młoda i piękna Eirene, zamknięta w pałacu, szukała pocieszenia u kilku kolejnych kochanków. Przyczyny zaniedbywania żony przez Andronikosa pozostały tajemnicą, którą zabrał ze sobą do grobu, ale gdy zastał cesarzową w alkowie z retorem Akademii Hiakintosem Tatiosem, wpadł w szał. Nieszczęsnego gacha cesarz rozsiekał na miejscu, a bazylissie postanowił wytoczyć proces o cudzołóstwo, w którym zresztą sam miał być sędzią. Była to rzecz bez precedensu w historii Cesarstwa Arkadyjskiego. Sam patriarcha Iacobos próbował go od tego odwieść, wywodząc, jak bardzo skandal nadszarpnie jego autorytet, jeśli upubliczni zdradę bazylissy. Niewierność nie była obca cesarskim parom, ale załatwiano to trucizną, zesłaniem do klasztoru albo przemilczeniem sprawy.

Gdy Laonikos przyprowadził Isaakiosa do matki, Eirene skłoniła się lekko przed synem, po czym przygarnęła chłopca do siebie, szepcząc mu coś do ucha. W końcu uścisnęła go mocno i poleciła Laonikosowi:

- Akolutosie! Cesarz pragnie odmówić wieczorną modlitwę wraz z patriarchą. Zaprowadź go do jego świątobliwości.

- Pani, błagam o łaskę - rzekł dowódca gwardii.

- Czego pragniesz? - zapytała Eirene, choć wyczytała to już z twarzy Laonikosa.

- Pozwól mi zostać przy tobie. Cesarza odprowadzi mój najbardziej zaufany człowiek, centurion Łamignat.

Cesarzowa zastanawiała się przez chwilę.

- Niech więc tak będzie - odezwała się w końcu. - I poślij po logotetę Antiochosa. Będę potrzebować jego rady, gdy dotrą tu wysłannicy uzurpatora. Niech dwór i ministrowie zbiorą się w sali tronowej.

Łamignat i uzbrojeni w dwuręczne topory gwardziści, rośli najemnicy z Vindlandii, skłonili się i odeszli, prowadząc Isaakiosa. Młody cesarz z niepokojem oglądał się na matkę, która uśmiechnęła się z wysiłkiem, żeby dodać mu otuchy. Po chwili stracili się z oczu.

Eirene przez okno widziała pochodnie żołnierzy Nikeforosa, ognistym wężem zbliżające się do pałacu. Lud wiwatował: "Niech żyje cesarz!" Niebawem zjawiła się eskorta przysłana przez Laonikosa i cesarzowa w asyście dwórek przeszła do sali tronowej. Od razu spostrzegła, że brakuje kilku znaczących osób, przede wszystkim logotety ton sekreton.

Widać marnie ocenia moje szanse, pomyślała. Właściwie moją jedyną kartą przetargową jest legalność koronacji Isaakiosa. Zatrzymała na chwilę myśli przy ukochanym synu - zrobiłaby wszystko, żeby zabezpieczyć mu jego dziedzictwo.

Eirene jako regentka nie zasiadała na złotym tronie, przeszła więc do przyległej, mniejszej sali posiedzeń rady, pustej teraz i pogrążonej w mroku. Dworzanom kazała zamknąć drzwi i czekać na zewnątrz. Chciała jeszcze raz przemyśleć szczegóły spodziewanej rozmowy.

Cesarzowa poczuła się samotna. Żałowała teraz, że nawet w tej dramatycznej chwili nie zdobyła się na jakiś gest wobec dawnego kochanka. Widziała, że Laonikos, odchodząc, uniósł rękę, jakby chciał dotknąć jej twarzy, ale zaraz się zmitygował, gdyż zawsze dawała mu odczuć, że jest cesarzową, a on tylko sługą.

Nagle w pałacu podniosły się krzyki i odgłosy walki. Rwetes był coraz bliżej, szczęk oręża zaraz jednak ucichł, bo gwardzistom przekazano rozkaz cesarzowej, żeby unikali walki. Gdy jednak krzyki dobiegły z przyległej sali tronowej, Eirene zrozumiała, że Nikeforos nie będzie negocjował. Dziwiąc się samej sobie, modliła się w duchu: "Theosie Miłosierny, miej w opiece moje dziecko". Powtarzała to jak mantrę.

Drzwi otworzyły się z hukiem i w progu stanęli ludzie w skórzanych zbrojach, o smagłej skórze i prostackich twarzach. Zaśmiali się i powiedzieli coś w obcym, gardłowym języku. Po wykładanej mozaiką posadzce potoczyła się głowa Laonikosa. Na jego twarzy zastygł śmiertelny grymas bólu. Z piersi Eirene dobył się stłumiony okrzyk zgrozy. Żołdacy spojrzeli na nią pożądliwie, domyśliła się jednak, że chcą posiąść jej suknie i klejnoty, a nie ciało. Doskoczyli do niej, pochwycili za włosy i wykręcili ręce.

- Zróbcie to szybko - poprosiła.

- Dobrze - powiedział żołnierz i dźgnął ją nożem pod żebro, prosto w serce.

 

 

2.

 

Mężczyzna wszedł do przydrożnego zajazdu, długiego parterowego budynku z omszałych głazów. W zadymionym wnętrzu unosiła się woń kwaśnego wina i końskiego łajna, gdyż część dla podróżnych oddzielała od stajni tylko ściana z desek. Nowo przybyły zasiadł na ławie w kącie. Obok siebie postawił duży wiklinowy kosz, w którym spał zawinięty w becik osesek. Usługująca szynkarka zaraz podała dzbanek z rozwodnionym winem oraz tacę z gotowaną fasolą i rybą. Mężczyzna jadł powoli, pogrążony w ponurych myślach, na stole kopcił żelazny kaganek. Nagle zdał sobie sprawę, że naprzeciwko ktoś siedzi. W półmroku nie mógł dostrzec twarzy ocienionej szerokim rondem petazy, popularnego w Arkadii kapelusza. Poza tym nieznajomy odziany był w wygodny czarny płaszcz, spod którego wyzierał bogato wyszywany kaftan w stylu modnym wśród zamożnych kupców.

- Witaj, Filipposie - odezwał się mężczyzna w czarnym płaszczu.

Filippos głośno przełknął ślinę. Był pewien, że widzi tego człowieka pierwszy raz w życiu.

- Mam dla ciebie kuszącą propozycję - ciągnął nieznajomy.

Filippos mógł się teraz lepiej przyjrzeć przystojnej, lekko nalanej twarzy rozmówcy. Napotkał spojrzenie przenikliwych błyszczących oczu, czarnych jak najciemniejsza noc.

- Jaka to propozycja? - wychrypiał.

- Chętnie odkupię twój koszyczek. Z zawartością. - Obcy uśmiechnął się szeroko, ukazując rząd równych białych zębów.

- To tylko dziecko, po co ci ono?

- Wiem, że masz je oddać do sierocińca, gdzie na pewno by się zmarnowało. Ja mogę zapewnić mu świetlaną przyszłość, że ośmielę się tak wyrazić. - Tajemniczy mężczyzna zaśmiał się, jakby opowiedział przedni dowcip.

Filippos podejrzewał, że nie jest to ani zboczony arystokrata, ani czarnoksiężnik renegat. Próbował zmówić po cichu modlitwę chroniącą przed Złym, ale jakoś nie pamiętał słów.

- Znam twoje pragnienia. Czy to twoja wina, że całą schedę zabrali twoi bracia, a ty musisz wysługiwać się klechom? A przecież tobie też się należy nieco luksusu. Każdy ma prawo do szczęścia, a ono właśnie uśmiechnęło się do ciebie. Jak już mówiłem, chcę kupić tego miłego brzdąca. Dam ci tyle złota, że będziesz mógł rozpocząć wygodne życie na drugim końcu świata... z dala od inkwizycji - dodał szybko, widząc przestrach wypełzający na oblicze Filipposa.

- Dlaczego chcesz akurat jego? I kim jesteś? - zapytał Filippos, żeby zyskać czas do namysłu, gdyż znał historię narodzin chłopczyka i domyślał się, że to jest sednem sprawy. Szybko przypominał znane sobie fakty: w pewnym klasztorze niektóre zakonnice namiętnie oddawały się fantazjom - i co gorsza aktom - erotycznym, co zdarza się w takich zamkniętych społecznościach. Tutaj jednak sama ksieni sprzyjała takim praktykom. Wkrótce igraszki z użyciem ogórków, struganych z drewna fallusów i zręcznych paluszków koleżanek przestały wystarczać i siostrzyczki zwróciły się ku prostym eksperymentom czarnej magii. Udało im się przyzwać inkuba, który odtąd regularnie zaspokajał ich żądze. Jedna z mniszek zaszła jednak w ciążę, co było niezwykłą rzadkością, gdyż istoty nadprzyrodzone z natury są bezpłodne. Sprawa wydała się, gdy klasztorny kapelan zginął w tajemniczych okolicznościach, a do zbadania wypadku przybył inkwizytor. W tym czasie grzeszne zakonnice stanowiły już coś na kształt sekty. Dalej wypadki potoczyły się szybko. Mniszka będąca matką dziecka powiesiła się jeszcze przed pierwszym przesłuchaniem, ksieni uznana za winną czarów spłonęła na stosie, zgromadzenie rozwiązano, a pozostałe siostry rozesłano do odległych klasztorów. Inkwizytor stwierdził, że niemowlę nie jest dotknięte złem, i polecił odesłać je do sierocińca sióstr konstantynek. To zadanie otrzymał właśnie Filippos, który teraz podejrzewał, że inkwizytor zlekceważył sprawę, a domniemany inkub mógł być czymś o wiele groźniejszym niż nocna zmora.

- Kim jestem, już się chyba domyślasz. Oddaj mi, co moje, a sowicie cię wynagrodzę - powiedział z naciskiem obcy, jakby czytając w myślach rozmówcy. Znacząco przy tym potrząsnął pełną sakiewką.

- Czy muszę podpisać cyrograf? - Filipposowi zaschło w gardle i gwałtownie przełknął ślinę.

Jego rozmówca zaśmiał się.

- Nie - zaprzeczył. - Nie kupuję twojej duszy, tylko dziecko.

Filippos spojrzał na malca leżącego w koszu. Niemowlę nie spało i patrzyło mu prosto w oczy z niemym wyrzutem. Na moment zawahał się, podejrzewając, że od jego decyzji zależy o wiele więcej niż los tego dziecka, zaraz jednak powiedział: "Zgoda", bo złoto brzęczało zbyt miło dla jego ucha.

Chłopczyk zapłakał, gdy nieznajomy sięgnął po koszyk. Filippos zaczął liczyć pieniądze i gdy podniósł wzrok, obok już nikogo nie było.

Przez pewien czas upadły rycerz podróżował od miasta do miasta, odwiedzając szulernie i burdele, wiodąc wesołe życie. Po kilku miesiącach przybył do portowego miasta Carcassonne, gdzie pewna kurwa i jej alfons poderżnęli mu gardło skuszeni jego pełnym trzosem. Wtedy przekonał się, że czart nie kłamał i istotnie nie kupił jego duszy... on sam mu ją oddał.

 

 

3.

 

Rynek w octameryjskim mieście Bourges tętnił życiem. Przestrzeń placu wyznaczoną przez pierścień reprezentacyjnych kamienic patrycjuszowskich, zbudowanych z cegły i krytych czerwoną dachówką, wypełniali ludzie krążący pomiędzy kramami, na których piętrzyły się bele sukna, pieczywo, mięso i wędliny, owoce i jaja, ciżmy i nakrycia głowy. Sprzedawcy głośno zachwalali swój towar, kupujący równie głośno komentowali jego cenę i jakość. Gwar ludzkich głosów mieszał się z meczeniem kóz, beczeniem owiec, rykiem krów, które okoliczni chłopi prowadzili na miejski targ.

Przez ludzką ciżbę przeciskała się mała, wychudzona dziewczynka. Odziana była w podarte łachmany, a bose stopy miała równie czarne jak błoto, po którym stąpała. Była głodna. Uczucie to towarzyszyło jej właściwie przez cały czas, a jej głównym zajęciem było zdobywanie czegoś do jedzenia. Ostatnio zjadła zgniłą rzepę, którą dzień wcześniej wygrzebała wśród odpadków. Ostrożnie zbliżała się do straganu, z którego kusiły czerwone jabłka, soczyste arbuzy, słodkie gruszki i lśniące fioletowe śliwki. Starała się nie zwrócić na siebie przedwcześnie uwagi sprzedawcy, wyczulonego na takich jak ona uliczników, którzy zawsze próbowali coś ukraść. Chociaż burczenie w brzuchu popychało ją do działania, cierpliwie czekała na właściwy moment. W końcu, gdy przebierający w owocach klient odwrócił uwagę handlarza, błyskawicznie ściągnęła z lady dojrzałe jabłko, które natychmiast ukryła w rękawie.

- Oddawaj, ty mała zdziro! - rozległ się gniewny okrzyk, rozwiewając jej nadzieję na spokojny posiłek. Zanurkowała między nogami rozjuszonego sprzedawcy, który rozłożył szeroko ramiona, próbując ją złapać. Rzuciła się do ucieczki, ścigana jego wołaniem: - Złodziejka! Łapaj złodzieja!

Z kocią zwinnością i gracją wymykała się dłoniom, które usiłowały ją schwytać. Niespodziewanie koło niej zrobiło się jakby luźniej. Zdołała wydostać się z tłumu. Obejrzała się za siebie, żeby się upewnić, czy kolejny raz udało jej się uciec. I wtedy poczuła na plecach uderzenie kija. Straciła równowagę, zatoczyła się i przewróciła na ziemię. Przesłaniając słońce, pochyliła się nad nią wysoka postać w habicie. Mnich chwycił ją za kark jak szczenię i uniósł do góry, nie zważając na to, że dziewczynka wściekle wierzga i usiłuje go kopnąć.

- Jak cię zwą, dziecko? - spytał spokojnie, lecz tonem nie znoszącym sprzeciwu.

- Michelle - wyjąkała, patrząc z przerażeniem w twarz młodzieńca o czarnych kręconych włosach, orlim nosie i oczach jak nocne niebo. Dopiero teraz spostrzegła, że jej prześladowca nosi czerwony habit inkwizytorów, o których dzieci biedaków, z którymi włóczyła się po Bourges, opowiadały przerażające historie.

- Gdzie twoi rodzice? - indagował ją dalej. Ocenił, że może mieć najwyżej dziesięć lat.

- Nie wiem - odparła zgodnie z prawdą. Matka Michelle była ubogą praczką i właściwie się nią nie interesowała, ojca dziewczynka nie znała, być może był to jeden z żebraków, z którymi jej rodzicielka czasem się pokładała. Dla lepiej urodzonych i sytuowanych jej warstwa była po prostu ludzką magmą niewartą większej uwagi, zaludniającą zakamarki miast jak szczury i karaluchy. Wychowywała się samopas na ulicy, narażona na wszystkie związane z tym niebezpieczeństwa, których dzięki wrodzonemu sprytowi zdołała jak dotąd uniknąć.

- Dobrze, że wasza wielebność ją złapał. - Głośno sapiąc, przyczłapał do nich właściciel okradzionego straganu. - Ta mała ulicznica nie pierwszy raz sprawia mi kłopot. Mam dobrą pamięć do takich urwisów.

- Jestem brat Aleksandros z Ordo Sanctae Prudentiae. Jaką krzywdę wyrządziło ci to dziecko, mój dobry człowieku? - spytał na pozór uprzejmie inkwizytor, lecz w jego głosie nie było ani odrobiny sympatii.

- Kradnie owoce z mojego straganu. - Mężczyzna oskarżycielsko wskazał palcem na Michelle.

Po twarzy dziewczynki pociekły łzy wielkie jak groch. Była pewna, że handlarz porządnie wygarbuje jej skórę, a może nawet każe zakuć ją w dyby.

Kiedy Aleksandros spojrzał w jej mokre od łez duże niebieskie oczy, wydało mu się, że dostrzegł w nich odbicie błękitu najwyższych kręgów niebios. Zdumiał się, jak to możliwe, że taka perła znalazła się w tym ludzkim bagnie. Zrozumiał, że musi ocalić to śliczne, choć zaniedbane dziecko przed losem złodziejki i ulicznicy. Myśl ta przeszyła go jak błyskawica, co natychmiast uznał za działanie palca Opatrzności. Nie wiedział jeszcze w jaki sposób, ale był pewien, że decyzja, którą właśnie podjął, przyniesie z czasem korzyść jego zakonowi i będzie z pożytkiem dla dzieła bożego w świecie doczesnym.

- Zabieram tę dziewczynkę - oznajmił.

- Jak to? A kto pokryje moje straty? - gorączkował się kramarz.

Aleksandros przeszył go lodowatym spojrzeniem i wycedził przez zęby:

- Zgłoś swoją szkodę w świętym trybunale. Na pewno zostanie ci wypłacona stosowna rekompensata.

Handlarz zamilkł i spuścił wzrok.

- Nic takiego się nie stało - zaczął zapewniać, nerwowo oblizując tłuste wargi. - To tylko głupie jabłko. - Nie był aż tak szalony, żeby z własnej woli przekroczyć progi trybunału inkwizycji i domagać się pieniędzy od budzących lęk mnichów.

- W takim razie zostań z Bogiem - rzekł Aleksandros i lekko popchnął dziewczynkę. - Idziemy.

Nikt więcej nie odważył się zaprotestować, kiedy opuszczali rynek.

Michelle była zupełnie zdezorientowana tak nieoczekiwanym przebiegiem wypadków. Nie wiedziała, czego właściwie od niej chce ten szczupły zakonnik o smutnych oczach, ale instynktownie czuła, że może mu zaufać. W końcu obronił ją przed gniewem kramarza. Ledwie się nieco uspokoiła, znów odezwał się głód, wydobyła więc z rękawa ukryte tam jabłko i odgryzła duży kawałek, rozkoszując się miękkim miąższem i słodkim sokiem. Inkwizytor uśmiechnął się lekko i łagodnie, jakby chciał rozproszyć jej obawy.

- Nie martw się. Zaopiekuję się tobą - zapewnił.

Opuścili Bourges i wędrowali razem przez kilka dni gościńcem wiodącym na południe. Początkowo dziewczynka była czujna jak dzikie zwierzątko schwytane w sidła. W gospodzie, do której zaszli, Michelle, chyba po raz pierwszy w życiu, mogła wreszcie najeść się do syta i lody między nimi zostały przełamane. Była to jedna z najprostszych sztuczek znanych Aleksandrosowi, dzięki którym zdobywał ludzkie zaufanie. Choć prymitywna, okazała się jednak skuteczna. Zakonnik nie mówił wiele, właściwie to tylko kilkakroć zapytał Michelle o jej dotychczasowe życie, ale dziewczynka czuła, że otwierają się przed nią zupełnie nowe perspektywy. Nie potrafiłaby powiedzieć jakie, instynkt przetrwania podpowiadał jej jednak, że nowy opiekun ma autorytet i siłę, dzięki którym może ją ustrzec przed dotychczasowym złym losem.

W końcu dotarli do celu - położonego na wzgórzu klasztoru otoczonego wysokim szarym murem. Kiedy podeszli do niego, otwarła się furta w murze i wyszła z niej kobieta w białym habicie. Miała surowe oblicze, jednak uśmiechnęła się życzliwie do Michelle, która przywarła do nogi inkwizytora, wyraźnie dając do zrozumienia, że nie chce rozstawać się z mnichem.

- Musisz tu teraz zostać - wyjaśnił Aleksandros. - Jednak pamiętaj, że nigdy o tobie nie zapomnę i za jakiś czas wrócę po ciebie. Obiecuję.

- Będę pamiętać - przyrzekła Michelle, pewna, że młody zakonnik dotrzyma słowa.

 

 

 

Rozdział 1

 

 

1.

 

Łamignat przedzierał się przez gęste poszycie prastarego lasu porastającego wzgórza Tytanii. Skromna chata ukryta w leśnych ostępach była jego kryjówką i domem przez ostatnie dziesięć lat. Jego i Isaakiosa. W te zapomniane przez Boga i ludzi dzikie i niegościnne strony nie zapuszczali się żadni podróżni, nie było w pobliżu żadnych ważnych szlaków, żadne liczące się królestwo nie miało tu swoich interesów. Nieco dalej na wschód były już tylko nieprzebyte przepaście Uskoku, ostateczna granica cywilizacji. Większość ludzi uważała, że to kraniec świata.

Ich najbliższymi sąsiadami byli drwale i węglarze. Ludzie ci zamieszkiwali osadę, na którą składało się kilka solidnych chat z grubo ciosanych bali. Wobec potężnego wojownika czuli należny respekt i nie wtrącali się w jego sprawy. Z upływem lat przyzwyczaili się do dziwnego sąsiada i jego małego podopiecznego. W zamian za bezkonfliktowe sąsiedztwo Łamignat podrzucał im czasem zwierzynę, którą upolował. "Sąsiedztwo" było zresztą określeniem znacznie przesadzonym, kolonię drwali od kryjówki Łamignata dzielił bowiem co najmniej dzień szybkiego marszu zarośniętymi, zdradliwymi ścieżkami.

Isaakios opuścił kryjówkę, nie uprzedziwszy o tym opiekuna. W ciągu tych dziesięciu lat zdarzało się to tylko sporadycznie. Prawie nie wyściubiali nosa z dzikiej kniei. Kilka razy zaszli do najbliższego miasta, Archechu, głównie po to, żeby się spotkać z wysłannikiem Mentora, ich tajemniczego opiekuna, i kupić niezbędne rzeczy lub podreperować oręż. Chodziło także o to, by Isaakios spędzał trochę czasu wśród ludzi. Im chłopak był starszy, tym mniej chętnie wracał do leśnej głuszy. Poza tymi sporadycznymi wypadami utrzymywali kontakty tylko z drwalami. Łamignat miał pewne obawy, że za nagłym zniknięciem Isaakiosa kryje się coś złego, jednak było to bardzo mało prawdopodobne, gdyż nawet Mentor nie wiedział, gdzie jest ich kryjówka. Centurion nie wierzył też w nagłą ucieczkę podopiecznego. Isaakios nigdy by tak nie postąpił wobec niego. Jedynie drwale mogli komuś powiedzieć o dziwnej dwójce mieszkającej w lesie, podejrzewał jednak, że przyczyna nieobecności młodzieńca jest prozaiczna, i trop, który podjął, zdawał się to potwierdzać.

Łamignat dotarł do niewielkiej polany nad wesoło szemrzącym strumieniem. Poruszał się skrycie i ostrożnie, ale wkrótce się upewnił, że to zbyteczne. Spostrzegł Isaakiosa, a raczej jego pośladki pomiędzy muskularnymi udami opartej o pień drzewa hożej córki jednego z węglarzy. Młodzieniec kochał się z nią z entuzjazmem drwala rąbiącego młodą sosnę, duże cycki dziewczyny kołysały się miarowo, a z jej rozchylonych ust dobywał się przeciągły jęk rozkoszy.

- Chłopak jest już za duży, żeby trzymać go w tej dziczy... - mruknął do siebie Łamignat.

Nie zdradził swojej obecności i dyskretnie się wycofawszy, ruszył w drogę powrotną. Był pewien, że za kilka godzin Isaakios wróci do domu z jakąś zmyśloną wymówką.

Tak też się stało. Isaakios zjawił się z wyzywającym uśmieszkiem na twarzy i dumą w oczach. Wyrósł na silnego i zręcznego młodzieńca o zgrabnej, proporcjonalnej sylwetce. Jego twarz mogła uchodzić za przystojną, chociaż poza ciemną oprawą oczu i czarnymi kędziorami lśniących włosów nie odziedziczył urody po matce. Miał dość ostre rysy i bystre spojrzenie. Sprawiał wrażenie zdecydowanego i widać było, że nie pozwoli, by Łamignat go złajał. Stary centurion nie zamierzał jednak tego dnia strofować podopiecznego.

- Dobrze, że jesteś, panie - rzucił na powitanie, nie dając po sobie poznać, że był świadkiem miłosnej schadzki. - Chciałem porozmawiać o czymś, nad czym przemyśliwałem już od jakiegoś czasu - zaczął. - Minęło wiele lat, odkąd znalazłeś się pod moją opieką. Starałem się przekazać ci wszystko, co umiem, a także podtrzymywać pamięć o tym, kim jesteś i jakie jest twoje dziedzictwo. Również czcigodny Aristofanes nie szczędził wysiłków, żeby podzielić się z tobą światłem wiedzy, zanim Wszechmogący Theos powołał go do siebie. - Wspomniał tu zmarłego w minionym roku, po osiągnięciu sędziwego wieku osiemdziesięciu trzech lat, preceptora Isaakiosa, który dobrowolnie towarzyszył im na wygnaniu.

Młodzieniec słuchał go z otwartymi ustami, z wyrazem zdumienia na twarzy, nie pamiętał już bowiem, kiedy ostatnio słyszał z ust centuriona tak oficjalną przemowę.

- Nie jesteś już dzieckiem - ciągnął Łamignat - jesteś mężczyzną i czas, by przynajmniej niektóre rzeczy wróciły na swoje miejsce. Myślę, że zbliża się moment, kiedy przejmiesz ster nawy swojego żywota. Ja zaś przysięgam jak dotychczas bronić cię do ostatniego tchnienia, a także, jeśli okażesz taką wolę, służyć ci radą. - To mówiąc, centurion padł na twarz przed Isaakiosem, jak przystoi człowiekowi jego rangi wobec cesarza.

Przez chwilę Isaakios nie wiedział, co powiedzieć. Miał ledwie sześć lat, gdy Łamignat wyprowadził go tamtej strasznej nocy z pałacu cesarskiego. Dramatyczne wydarzenia na zawsze zapadły mu w pamięci. Zapamiętał też słowa matki, które wyszeptała mu na ucho przy pożegnaniu. Jak się okazało, było to rozstanie na zawsze. Na krótko znalazł schronienie w kurii chrysopolitańskiej u patriarchy Iacobosa, wkrótce został jednak oddany "pod opiekę" Nikeforosa Skalarosa. Wtedy Łamignat uratował mu życie, dokonawszy zuchwałego abordażu statku wiozącego go do miejsca zesłania, które jak przypuszczał, miało być miejscem cichej egzekucji. Nikt nigdy nie dowiedział się o prawdziwym losie Isaakiosa, tylko prosty lud jeszcze przez wiele lat powtarzał sobie pełną fantastycznych szczegółów opowieść o "zaginionym cesarzewiczu". Z czasem Isaakios dowiedział się, że za tym ratunkiem stał tajemniczy człowiek, który kazał się nazywać Mentorem. Sądząc po zaangażowanych środkach, musiał być bardzo bogaty i wpływowy. Jak się zdaje, nawet Łamignat nie znał jego tożsamości. Wierny centurion pełnił funkcję piastuna młodego bazyleusa, nie ukrywając przed nim jego prawdziwego pochodzenia, ale też nie zezwalając, żeby podrostek komenderował doświadczonym wojownikiem. Isaakios przez długi czas traktował taki stan rzeczy jako naturalny. Ostatnio jednak robił się coraz bardziej krnąbrny i z nie skrywaną niechęcią podporządkowywał się rygorom narzucanym przez Łamignata.

- Wstań - powiedział zakłopotany Isaakios. - Po tych wszystkich latach, gdy byłeś mi rodziną, nie powinieneś padać przede mną plackiem. Poza tym chciałeś mi służyć radą, cóż więc radzisz?

- Zbliża się termin spotkania z wysłannikiem Mentora. Jutro udamy się do Archechu, gdzie kupimy niezbędny ekwipunek i zaczekamy na posłańca. - Twarz Isaakiosa pojaśniała na te słowa, gdyż wobec życia, jakie wiedli, nawet wizyta w tym prowincjonalnym miasteczku stanowiła atrakcję. - Wiele się ostatnio dzieje w szerokim świecie. Być może niedługo będziesz mógł się upomnieć o swoje dziedzictwo.

Isaakios nie ukrywał radości. Życie w głuszy z każdym miesiącem ciążyło mu coraz bardziej. Świadomość istnienia wspaniałego cesarstwa, którego był dziedzicem, i rozdźwięk pomiędzy tym, kim był, a tym, jak przyszło mu żyć, stanowiły sprzeczność, z którą nie potrafił się już dłużej godzić.

- Co masz na myśli? Czyżbyś wiedział więcej, niż dotąd mówiłeś? - dopytywał się niecierpliwie.

- Gdy byliśmy ostatnio w Archechu, Mentor przekazał mi, że zbliża się godzina twego powrotu do cesarstwa, lecz poprosił mnie też o kilka miesięcy zwłoki - wyjaśnił centurion. - Nic ci nie mówiłem, bo byłem pewny, że nie zdołałbym wtedy zatrzymać cię w naszym leśnym schronieniu.

- I miałeś całkowitą rację - rzucił cesarzewicz, marszcząc czoło. - Wiesz coś więcej o zamysłach Mentora? - dopytywał ze świeżo rozbudzoną nadzieją.

- Niestety. - Łamignat wzruszył ramionami. - Nasz protektor był jak zawsze niezwykle tajemniczy i jego wysłannik nie znał żadnych szczegółów.

- No cóż - westchnął rozczarowany Isaakios - może tym razem dowiemy się więcej.

Łamignat zakrzątnął się wokół paleniska, doglądając bulgoczącej w kociołku potrawki z królika, którego upolował, wracając z poszukiwań Isaakiosa. Młodzieniec pomógł w przygotowaniach do kolacji, piekąc podpłomyki.

- Nie będzie ci żal wdzięków cycatej Zaramandu? - spytał kpiarsko Łamignat, kiedy gliniana misa z parującą potrawką znalazła się na stole z nie heblowanych desek. - Gdyby się okazało, że już nie wrócimy do naszego azylu - dorzucił, widząc zdziwione spojrzenie podopiecznego.

- Więc wiesz o nas? - żachnął się Isaakios, wydymając wargi. - Ona nic dla mnie nie znaczy. Po prostu chciałem zakosztować kobiety.

Jedli drewnianymi łyżkami ze wspólnej miski, przegryzając rozgotowane królicze mięso podpłomykami.

- Jest jeszcze jedno... - powiedział Łamignat po posiłku, otarłszy usta wierzchem dłoni.

Wstał od stołu, przyklęknął w rogu izby i opukał klepki podłogi. Następnie podważył sztyletem jedną deskę i ze znajdującej się tam skrytki wyjął niewielkie zawiniątko, które podał młodzieńcowi ze słowami:

- Przechowywałem to do czasu, aż uznam, że jesteś już wystarczająco dorosły. To jeden z niewielu dowodów twojego dziedzictwa.

Isaakios z szacunkiem przyjął dar i otworzył paczuszkę. W środku znajdował się złoty sygnet z wygrawerowanym arkadyjskim orłem oraz napisem: "Odważę się na każde przedsięwzięcie". Była to dewiza i rodowy pierścień dynastii Bazylidów.

- O! Nie wiedziałem, że coś tu jeszcze jest - zdziwił się Łamignat, kiedy chciał zamknąć schowek w podłodze. - To jakiś manuskrypt. Pewnie należał do Aristofanesa. Ciekawe, dlaczego go tutaj schował? - Pospiesznie przerzucił plik zapisanych kartek prowizorycznie oprawionych w korę. - Nie jestem biegły w czytaniu. Może rzucisz na niego okiem, panie?

- Później go przejrzę - odpowiedział młodzieniec zaabsorbowany rodzinną pamiątką. Oglądał sygnet ze wszystkich stron, podziwiając misterną robotę złotnika.

- Przyjmij jeszcze jedną radę. Nie noś go na razie zbyt otwarcie - powiedział centurion, gdy cesarzewicz przymierzył sygnet.

- Pasuje jak ulał - szepnął zachwycony Isaakios.

 

 

2.

 

Archech było niewielką mieściną wciśniętą między skraj puszczy a podnóża gór Taurus. Przycupnęło na stokach ufortyfikowanego wzgórza zwieńczonego zamkiem księcia. Ze względu na bliskość i obfitość budulca budynki w mieście były zbudowane mocno i porządnie. Dominowały drewniane konstrukcje na kamiennych fundamentach, u zamożniejszych zdobione marmurem i gipsowymi frontonami. Na zachód doliną niewielkiej rzeki Teleg prowadził gościniec do cesarstwa, na północ trakt wił się wśród charakterystycznych dla krajobrazu Tytanii wzgórz usianych kasztelami lokalnych książąt i pomniejszych wielmożów, prowadząc do nadmorskiego Kutaisi.

Zatrzymali się w gospodzie o bezpretensjonalnej nazwie U Zachariasza, prowadzonej przez małego grubasa o takim właśnie imieniu. Był to piętrowy budynek z kamienia. Główne drzwi prowadziły do wspólnej sali z paleniskiem. Zapełniały ją proste stoły i takież ławy oraz zydle. Na zapleczu mieszkał gospodarz z domownikami, na piętrze zaś było kilka pokoi gościnnych. Jedną z takich kwater zajęli Isaakios i Łamignat. Za całe wyposażenie służyły dwa sienniki, dwa małe stołki, skrzynia na odzież, na której można było położyć deskę pełniącą funkcję blatu, a także kamienna misa z wodą do mycia. Przez małe okienko można było wyjrzeć na wewnętrzny dziedziniec, gdzie znajdowała się drewniana stajnia, a właściwie wiata dla koni. Obok stała latryna. Pokój z wyżywieniem kosztował denara za dzień. Za kilka miedzianych follisów dodatkowo można było zamówić gorącą kąpiel i lampkę z zapasem oliwy.

Wyposażenie gospody przedstawiało się skromnie, ale było w niej stosunkowo czysto, a jedzenie podawano smaczne. Zatrzymywali się tutaj nieliczni w Archechu podróżni, a także wpadali na kilka głębszych miejscowi drobni rzemieślnicy. Wśród nich Łamignat szybko wyłowił kaletnika, u którego zamówił solidną kurtkę z utwardzanej skóry. Po naszyciu metalowych płytek powstała z niej zbroja dla Isaakiosa. Sam Łamignat wciąż miał swoją gwardyjską kolczugę, którą regularnie nacierał sadłem, tak że była w doskonałym stanie. Rozpytał też karczmarza o możliwość zakupu koni. Okazało się, że nie jest to takie proste, bo w górzystej Tytanii podróżowano głównie pieszo i niewiele było tu koni na sprzedaż. Szczęśliwie jednak w Archechu zatrzymał się handlarz z Wielkiego Chanatu, który pędził tabun tych zwierząt dla jednego z lokalnych władyków. Zamówienie okazało się mniejsze od spodziewanego, pozostała nadwyżka i kupiec z zadowoleniem przyjął ofertę Łamignata, który kupił konia dla siebie i Isaakiosa oraz luzaka. Były to zwierzęta niezbyt rosłe, ale szybkie i wytrzymałe, hodowane na stepach nad Morzem Syren. Nadawały się zarówno do jazdy wierzchem, jak i pod juki.

Tymczasem wysłannik Mentora nie zjawiał się, mimo że umówiony termin spotkania już minął. Podróżowanie w tych czasach nie było jednak ani łatwe, ani bezpieczne, toteż zdecydowali, że poczekają nań jeszcze kilka dni.

Przez ten czas Isaakios włóczył się po mieście, nastawiając ucha na wieści. Wciąż rozprawiano o zakończonej w minionym roku wojnie między Cesarstwem Arkadyjskim i Arianą, jego odwiecznym rywalem na Wschodzie. Ariańskie wojska prowadzone przez szalonego maga Vasudevę, który zwerbował wiele barbarzyńskich plemion, zostały w końcu z trudem odparte, a sam Vasudeva zginął - niektórzy twierdzili, że porwały go demony, którym oddawał cześć. Ariana pogrążyła się w chaosie, jednak we wschodnich prowincjach cesarstwa, jak Aiakidyka czy Koloneia, najbardziej doświadczonych przez wojnę, wciąż grasowały bandy barbarzyńców i maruderów, a miejscowa ludność, jeśli nie zginęła, to uciekła w bezpieczniejsze regiony. Na szczęście wojna ominęła tym razem Tytanię, podobnie jak zaraza, która przez pięć lat pustoszyła cesarstwo i położone dalej na zachodzie królestwa. W samym Chrysopolis mór zabrał podobno sto tysięcy dusz, w tym patriarchę Iacobosa, który pozostał w mieście, nie chcąc opuszczać swych owieczek. Wielu zaczęło przypominać proroctwa o końcu świata, który miały zwiastować wojna, zaraza i głód, oraz o liczbie Bestii - 666 - a był to przecież rok 630 od przyjścia Zbawiciela. Nawet wioskowi kaznodzieje potrafili połączyć te dwa fakty i ponoć kolegium kardynałów, które miało wybrać nowego patriarchę, także radziło w tej sprawie.

Dla Isaakiosa jednak nie wynikało z tego wszystkiego nic konkretnego - była to wielka polityka i nie miał pojęcia, jak miałby do niej wkroczyć i jaką odegrać rolę. Żywił jedynie przekonanie, że musi zrobić co tylko możliwe, żeby odzyskać swoje dziedzictwo. Zdawał sobie sprawę, że nie może po prostu pojawić się w Chrysopolis i zgłosić roszczenia do tronu. Zostałby natychmiast zabity, o ile ktokolwiek dałby mu wiarę. Przecież najwyżej kilka osób wiedziało, że w ogóle jest on wśród żywych. Powoli narastało w nim zniecierpliwienie, był już zniechęcony czekaniem na kuriera Mentora i setny raz przemyśliwał, jak go nakłonić do uchylenia rąbka tajemnicy. Wierzył, że jego dobrodziej ma plan, który pozwoli mu odzyskać tron. Dziesięć lat mieszkał na odludziu praktycznie odcięty od świata i teraz szkoda mu było każdego mijającego dnia. Jego serce wyrywało się w szeroki świat.

Siedział w karczmie we wspólnej sali, przyglądając się stałym bywalcom: pomocnikom kupieckim i czeladnikom, popijającym wino i rozmawiających przyciszonymi głosami. Tematyka rozmów obracała się wokół wysokich cen, słabych zbiorów i zrzędliwych pryncypałów. Isaakios z nudów zaczął przeglądać manuskrypt Aristofanesa. Strony zapełniały szczegółowe opisy miejscowej fauny i flory, często wzbogacone rysunkami, spostrzeżenia na temat miejscowych obyczajów, noszonych strojów, wpływów arkadyjskich w tutejszej architekturze i tym podobnych rzeczy. Przez dziesięć lat wygnania stary nauczyciel stworzył prawdziwy almanach Tytanii, wszystko to jednak mało interesowało Isaakiosa, który miał już serdecznie dosyć tego zaścianka. Zawsze wolał rycerskie romanse i opowieści o herosach, którymi raczył go Łamignat, niż uczone wywody Aristofanesa. Niedbale przerzucał karty pergaminu luźno włożone w okładki, gdy jego uwagę przyciągnęło omówienie jakiejś legendy czy opowieści powtarzanej przez ludzi mieszkających w tych stronach:

 

...powiadają też o zaginionej fortecy Uskoku, w której nagromadzono wielkie skarby. Z górą sto lat temu opanowało ją podobno nie nazwane zło. Groza zaległa wonczas nad całą okolicą, a z tych, którzy wyprawili się w tamte strony, nikt nie powrócił. Ja utożsamiałbym ową fortecę z zamkiem Kazbeg, który strzegł jednego z trzech znanych przejść prowadzących przez Uskok (jak wiadomo, pozostałe dwa to Most Tytanów w Carmanii i przełęcz między Kirkesion a Zachbarem). Była to ważna placówka na Jedwabnym Szlaku, opuszczona i prawdopodobnie zniszczona w czasie najazdów Barangiów. Niektórzy kojarzą Kazbeg ze świętym Maurikiosem, jednym z towarzyszy świętego Hipolitosa, założyciela zakonu Rycerzy Kościoła. Maurikios, jak podają Żywoty świętych Kościoła Soteriańskiego, ślubował Soterowi, że nie spocznie, póki nie zatknie sztandaru prawdziwej wiary po wschodniej stronie Uskoku. Chorągiew tę podobno pobłogosławił sam awatar Theosa. Świątobliwemu rycerzowi udało się przeprawić przez Uskok, Kazbeg zaś miał być wzniesioną przez niego fortecą. Zamek został później włączony do domeny władców Derbentu, a pobłogosławiony przez Sotera święty sztandar zaginął w pomroce dziejów...

 

Historia ta zaintrygowała Isaakiosa. Pomyślał, że nie zaszkodzi wypytać miejscowych. Młodzieniec podszedł do grupy mężczyzn siedzących w kącie.

- Witajcie, zacni panowie - odezwał się. - Jestem Isaakios i bawię tu przejazdem. Czy mógłbym się do was przysiąść?

Odpowiedziały mu zdziwione spojrzenia.

- Zauważyliśmy, że przesiadujesz w karczmie i zbijasz bąki. - Handlarz winem pociągnął łyk z kubka i lekko czknął, pozostali zachichotali. - Siadaj, chłopcze, czym chata bogata. - Wykonał zapraszający gest ręką.

Isaakios zauważył, że mężczyźni są już lekko wstawieni, byli więc w odpowiednim nastroju do snucia dziwnych opowieści.

- Oczekuję tu na umówione spotkanie i istotnie mam trochę wolnego czasu. Dzięki temu jednak obija mi się o uszy to i owo. Dla przykładu ostatnio słyszałem o zaginionej fortecy Uskoku. Bajał mi o tym pewien starzec. Dziwi mnie, że ludzie powtarzają takie androny. Myślałem, że może słuch mnie zawiódł albo zasnąłem, gdy ów człek snuł opowieść, i może coś mi się przyśniło.

- Dobrze słyszałeś i wszystko to najszczersza prawda - odrzekł handlarz winem, nachylając się konfidencjonalnie do młodzieńca. Jego oddech świadczył, że nadużywa trunku, który sprzedawał. - Forteca istnieje i są w niej wielkie skarby. Stała po drugiej stronie Uskoku, po drodze do miasta Derbent.

- Skąd niby to wszystko wiesz? - zapytał Isaakios, żeby sprawdzić wiarygodność rozmówcy.

- Kiedyś mój pryncypał... a jest on poważnym kupcem... wspominał z partnerami od interesów, jak to było za życia naszych pradziadów, gdy jeszcze handlowano z Derbentem. Kazbeg chronił karawany ciągnące do Derbentu, które przeprawiały się przez Uskok, gdzie zaczynał się Jedwabny Szlak do krajów żółtych ludzi. Oczywiście nie robił tego za darmo, stąd jego bogactwo. Wszystko skończyło się po najeździe Barangiów. Wiadomo, że hordy koczowników nie zdobyły fortecy, ale całą okolicę spowiły złe czary, niosące niewypowiedzianą grozę. Od tej pory nikt już nie przeprawiał się przez Uskok.

Pozostali biesiadnicy zgodnie skinęli głowami, potwierdzając jego słowa.

- Od tej pory, czyli od kiedy? - odezwał się Isaakios.

- Nie wiem dokładnie, ale co najmniej od stu lat. Sam nigdy nie opuszczałem Archechu dalej niż o dzień drogi. Z tu obecnych tylko Erwand bywał w Kutaisi, a droga do Derbentu wiodła dużo dalej na północ przez zniszczone królestwo Chaldii.

- Nie rób chłopcu wody z mózgu - wtrącił przechodzący obok gospodarz. - To stara historia, którą opowiadała mi jeszcze babka. Handel ustał, bo ryzyko i koszty przeważyły nad zyskami.

- Może i tak, ale dlaczego Chaldia do dziś leży w gruzach, a szlak stał się tak niebezpieczny, że zarzucono lukratywny handel? Musi chodzić o coś więcej niż haracz dla Barangiów - powiedział z miną mędrca Erwand.

To, co Isaakios usłyszał, wystarczyło, by rozpalić jego wyobraźnię - już się widział w roli bohatera wypędzającego zło, czymkolwiek by ono było, ze starodawnej fortecy. Szybko jednak ochłonął. Miał ważniejsze rzeczy do zrobienia. W końcu czekało na niego cesarstwo! Pożegnał się szybko i poszedł na górę.

W pokoju Łamignat ostrzył swój miecz. Co chwila przerywał, uważnie oglądał krawędź głowni, sprawdzał palcem, czy jest ostra, i nie dość zadowolony, przeciągał po niej kamieniem polerskim. To były nawyki starego wojownika. Gdy nie miał co robić, czyścił i naprawiał swój rynsztunek.

- Wysłannik Mentora jeszcze się nie zjawił? - zagaił Isaakios, chociaż znał odpowiedź na to pytanie.

- Niestety nie - potwierdził Łamignat i wsunął miecz do pochwy.

- Czas podjąć jakąś decyzję - oświadczył cesarzewicz, siadając naprzeciw centuriona. - Być może posłaniec nigdy nie przybędzie, jego statek mógł zatonąć, mogli napaść go zbójcy, mogło go spotkać sto innych złych przygód...

- Albo pojawi się tu za kilka dni - przerwał mu Łamignat.

- Na wypadek gdyby się jednak pojawił, zostawimy wiadomość u karczmarza - kontynuował nie zrażony Isaakios. - Wyruszymy do Kutaisi. Tam można zdobyć miejsce na statku do któregoś z portów cesarstwa. Jak przedstawia się stan naszej kiesy?

- Wystarczy na drogę do Kutaisi, ale niewiele więcej - ocenił z zafrasowaną miną Łamignat. - Jak chcesz opłacić dalszą podróż? I przede wszystkim, co zamierzasz robić, gdy przybędziesz na miejsce? Mentor jest naszym jedynym kontaktem, ale tak się składa, że nie wiemy, gdzie go szukać. To on musi znaleźć nas.

- Jadąc do Kutaisi, i tak zmierzamy we właściwym kierunku. Może Opatrzność podsunie nam w drodze jakąś radę. Nie będziemy tu przecież czekać, aż skończą się nam pieniądze. - Isaakios z młodzieńczą beztroską wierzył, że powiedzie się wszystko, czego się podejmie. - Wolę zrobić cokolwiek, byle nie siedzieć w tej zapyziałej dziurze.

 

 

3.

 

Opuścili Archech już następnego dnia. Drogi nie naprawiano przynajmniej od dwustu lat i spomiędzy kamiennych płyt gęsto wyzierała trawa. Trakt opadał stopniowo w stronę morza, miejscami przypominając zwykłą ścieżkę. Pomiędzy wzgórza wciskały się skromne poletka, na których głównie uprawiano zboża, a liczne stoki zajmowały winnice. Niemal każde dogodne wzniesienie zajmowała forteczka lub kasztel z przycupniętą poniżej osadą złożoną z glinianych domów, obowiązkowo otoczoną obronnym wałem.

Za niewielkim cytrusowym gajem, w miejscu, gdzie droga pięła się serpentyną po stromym wzgórzu, uniemożliwiając podróżnym wyminięcie, czekała grupa uzbrojonych mężczyzn. Stali przy wbitej w ziemię żerdzi z okrągłą tarczą przedstawiającą wspiętego czerwonego jednorożca. Nie było jasne, czy Isaakiosa i Łamignata dostrzeżono z pobliskiego kasztelu i wysłano komitet powitalny, czy też był to stały posterunek.

- Hola, stójcie! - zawołał dowódca oddziału, okryty zbroją z zachodzących na siebie żelaznych łusek. Twarz częściowo skrywał hełm, widać było jednak oczy i potężne wąsiska nad wąskimi ustami. - Każdy, kto chce tędy przejechać, musi zapłacić panu tych ziem.

- Nie mamy pieniędzy - odpowiedział Isaakios.

- Zawsze możecie zawrócić i poszukać innej drogi. - Mężczyzna wykrzywił usta w szyderczym uśmiechu, a jego ludzie głośno zarechotali.

- Moim zdaniem to powszechnie dostępna droga. A ty zachowujesz się jak zwykły rabuś - rzekł hardo Isaakios, patrząc nań oskarżycielsko z wysokości siodła.

- Wsadź sobie w zadek swoje zdanie. I żaden włóczęga nie będzie mnie nazywał rabusiem! - zawołał zbrojny, kładąc dłoń na rękojeści kindżału. - Płaćcie albo zawracajcie.

Jeszcze kilka dni wcześniej Isaakios pewnie by ustąpił, teraz jednak myślał o sobie jak o prawowitym władcy wielkiego mocarstwa i nie zamierzał pozwolić, by zbrojni jakiegoś watażki czynili mu impertynencje, toteż odpowiedział krótko i zdecydowanie:

- Nie!

W czasie tej krótkiej wymiany zdań Łamignat zlustrował stojących w luźnej grupie wojów. Oprócz dowódcy było ich sześciu, wszyscy pieszo, uzbrojeni w bułaty i kindżały, dla ochrony nosili kurty z grubej skóry. Miejsce spotkania pozwalało tylko zawrócić lub jechać naprzód, a wymiana zdań z wąsatym dowódcą i prowokujące zachowanie Isaakiosa prowadziły nieuchronnie w stronę konfrontacji. Łamignat nie czekał dłużej - należało działać, póki zawalidrogi nie przejęły inicjatywy. Dobywając miecza, natarł wierzchowcem na najbliższej stojących. Dwóch od razu przewrócił na ziemię, jednak nie szkolone do takich manewrów zwierzę spłoszyło się i stanęło dęba. Łamignat zaklął, z trudem prostując się w siodle, na szczęście wierzchowiec przypadkiem powiększył też zamieszanie wśród przeciwników. Setnik opanował konia i szybkim uderzeniem rozpłatał czaszkę jednego ze zbrojnych, nim zdążył on dobyć broni. Ruszył ku następnym przeciwnikom. Walcząc konno, miał nad nimi naturalną przewagę.

Isaakios i dowódca oddziału byli jednako zaskoczeni rozwojem wypadków. Pierwszy otrząsnął się wąsacz i Isaakios w ostatniej chwili sparował jego cięcie, wymierzone w udo. Ćwiczył szermierkę od najmłodszych lat, nigdy jednak nie walczył z przeciwnikiem, który chciał go naprawdę zabić. Uniósł się w strzemionach i zadawał wściekłe ciosy, nie mógł jednak przełamać obrony doświadczonego szermierza.

Isaakios dopiero teraz mógł się naocznie przekonać, jak wytrawnym wojownikiem jest centurion. Kolejni przeciwnicy padali jak rażeni gromem, gdy tylko znaleźli się w zasięgu jego miecza. Nie żyło już trzech z sześciu, dwaj przewróceni na początku podnieśli się i zaczęli uciekać, jeden stawiał jeszcze rozpaczliwy opór, po chwili jednak spróbował dać nogę. Łamignat, który nie zamierzał mu na to pozwolić, potężnym ciosem odrąbał mu ramię wraz z barkiem.

W tym czasie dowódca posterunku uzyskał przewagę nad Isaakiosem, zadawszy cięcie w bok jego wierzchowcowi. Sama rana była niegroźna, koń jednak ostro wierzgnął z bólu, co wystarczyło, by młodzieniec wyleciał z siodła. Przeturlał się w bok i zdołał szybko się podnieść, teraz jednak szanse się wyrównały, a doświadczenie premiowało jego przeciwnika.

Wąsacz jednak zrozumiał, że jest w beznadziejnej sytuacji. Ostatni dwaj z jego ludzi, którzy pozostali przy życiu, zniknęli wśród drzew. Kątem oka widział, że straszliwy kompan młodzika zawraca konia w jego stronę, blokując mu drogę ucieczki do zbawczego gaju. Isaakios dostrzegł wahanie w ciemnych oczach przeciwnika i krzyknął: - Poddaj się! - on jednak nie liczył na łaskę. Odepchnął Isaakiosa i widząc w tym ostatnią szansę ratunku, dał szczupaka w dół stromego kamienistego zbocza, licząc na to, że konni nie zaryzykują pościgu w takim terenie. Stoczył się ze trzydzieści łokci w dół i tylko trochę by się przy tym potłukł, gdyby nie to, że zgubił hełm i uderzył głową w duży głaz. Krew i szary mózg trysnęły na jasny kamień.

Isaakios rozejrzał się po miejscu potyczki. Pot zalewał mu oczy, w żyłach wciąż burzyła się krew, dyszał ciężko, a serce biło jak oszalałe. Pobojowisko przypominało krwawą jatkę: porąbane ciała zastygłe w nienaturalnych pozach w kałużach krwi. Jego klinga pozostała jednak czysta, wszyscy padli z rąk centuriona. Łamignat podjechał do Isaakiosa, prowadząc za uzdę jego spłoszonego wierzchowca.

- Nie wiem, czy możemy spodziewać się pościgu - rzekł - ale lepiej nie zostawajmy tu ani chwili dłużej.

- Zaczekaj! - odkrzyknął Isaakios i zsunął się po zboczu. W przeciwieństwie do nieszczęśnika leżącego poniżej nie rzucił się w dół na oślep. Schodził ostrożnie, tylko ostatnie kilka kroków zjechał na lawinie drobnych kamieni, z trudem utrzymując równowagę. Unikając spojrzenia otwartych oczu zabitego, szybko obszukał zwłoki i znalazł to, na co liczył: sakiewkę pełną monet. Przywłaszczył też sobie jego hełm. Gdyby poprzedni właściciel zawiązał rzemyki pod brodą, pewnie uszedłby z życiem, pomyślał, oglądając znalezisko. Następnie, chwytając się ostrych krzaków, szybko wspiął się z powrotem na drogę.

- Myślę, że ten człowiek naprawdę pobierał myto - powiedział, pokazując sakiewkę. W środku było kilkanaście złotych solidów i srebrnych denarów. - Mówiłem, że Opatrzność zadba o nas. Nie my pierwsi chcieliśmy dziś tędy przejechać. W dodatku, sądząc po utargu, wcześniej musiała tu być spora karawana.

- Nie ciesz się tak, panie. Równie dobrze to my moglibyśmy teraz leżeć martwi - powiedział z wyrzutem Łamignat.

- To ty wszcząłeś bitkę - odrzekł nie zrażony cesarzewicz.

- Tak, ale nie popisałeś się dyplomacją i starcie było już nieuniknione.

Młodzieniec prychnął nonszalancko.

- I tak nie mogliśmy zapłacić - odrzekł - nie znamy też żadnego objazdu. Nie pobiera się myta od zwykłych podróżnych. Powinni zadowolić się zdzieraniem z kupców.

- Takie są miejscowe obyczaje.

- Możliwe, ale stało się. Oni nie żyją, a my tak - uciął dyskusję Isaakios. - I zdobyliśmy pieniądze - dodał.

W ciągu tego krótkiego czasu, jaki minął, odkąd opuścili leśną kryjówkę, stosunki między Łamignatem a Isaakiosem zdecydowanie się zmieniły: centurion mógł co prawda otwarcie wyrażać swoje zdanie, ale decyzje podejmował Isaakios i dotychczasowy opiekun młodzieńca ich nie kwestionował. Isaakios przewodził i czuł się w tej roli zupełnie swobodnie, jakby całe życie na to czekał, jakby zbudził się w nim uśpiony instynkt władcy. Łamignat wcześniej też tylko wykonywał rozkazy - Laonikosa, potem Mentora - a ponieważ zawsze uważał Isaakiosa za prawowitego cesarza, teraz, gdy chłopak stał się mężczyzną, centurion od razu uznał jego autorytet i wrócił do roli wykonawcy woli swojego pana. Jego oddanie zwiększały niemal ojcowskie uczucia, jakie do niego żywił.

Przypuszczenia Isaakiosa potwierdziły się i następnego dnia istotnie dogonili sznur kupieckich wozów pod silną eskortą najemników. Po wymianie pozdrowień i krótkich negocjacjach pozwolono im dołączyć do karawany. Isaakios przedstawił się jako wędrowny rycerz z Carmanii. Z kraju tego pochodziło wielu zubożałych rycerzy lub młodszych synów baronów, którzy gotowi byli oddać swój miecz każdemu, kto zapewniłby im utrzymanie. Ruben, dowódca eskorty, wziął to tłumaczenie za dobrą monetę i nie zadawał więcej pytań.

Następnego dnia poszczęściło im się jeszcze lepiej. Drogą od Kutaisi szedł samotny wędrowiec. Łamignat, rozpoznawszy w nim wysłannika Mentora, na którego daremnie czekali w Archechu, natychmiast do niego podjechał.

- Niech będzie pochwalony Soter Przenajświętszy! - powitał go.

- I ja go chwalę na wieki wieków - ostrożnie odpowiedział wędrowiec na to przyjazne, choć niespodziewane powitanie. - Gdzieś już słyszałem twój głos, panie.

- Nie mylisz się, Hippiasie - odrzekł Łamignat, zdejmując hełm. - Spóźniłeś się na nasze spotkanie.

Oblicze Hippiasa rozjaśniło się w uśmiechu. Kursował do Archechu już kilkakrotnie, znał więc Łamignata oraz Isaakiosa. Hippias nie był oczywiście zwykłym sługą, na pierwszy rzut oka przeczyła temu jego postawa oraz strój i ekwipunek, jaki wybrał na tę podróż. Był raczej kimś od specjalnych poruczeń, kto umiał sobie radzić w niebezpieczeństwie i zachować dyskrecję. Dużo młodszy od Łamignata, nie tak barczysty i o głowę niższy, miał jednak o ładnych parę lat więcej niż Isaakios. Kruczoczarne włosy i równo przycięta krótka broda nadawały mu wygląd typowego Arkadyjczyka, jedynie błękitne oczy sugerowały domieszkę innej krwi. Podróżny płaszcz skrywał pochwę z mieczem, na głowie wysłaniec miał kapalin - hełm z szerokim rondem wyglądający niczym kapelusz.

- Jak zwykle popłynąłem statkiem bezpośrednio do Kutaisi - rzekł Hippias. - Niestety pogoda okazała się niesprzyjająca. Po zejściu na ląd wyruszyłem natychmiast, ryzykując samotną wędrówkę. Obawiałem się, że możecie wrócić do swojej kryjówki, ale nie spodziewałem się spotkać was w drodze do Kutaisi.

- Później się rozmówimy - rzekł Łamignat, widząc, że podjeżdża do nich Ruben.

- Znasz tego człowieka? - spytał ostro dowódca najemników.

- Tak i proszę, żebyś pozwolił mu z nami jechać. Oczekiwaliśmy go w Archechu, los jednak sprawił, że musieliśmy wyruszyć, nie czekając na niego.

Ruben przyjrzał się Hippiasowi i zdecydował:

- Niech więc tak będzie. Stanowicie jednak dziwną kompanię i będę miał na was oko. Nie jesteście tutejsi i wasz nowy towarzysz też przybył z daleka.

Później, gdy karawana zatrzymała się na popas przy niewielkim strumieniu, Łamignat, Isaakios i Hippias znaleźli ustronne miejsce w cieniu głazów na wierzchołku małego pagórka, gdzie mogli swobodnie porozmawiać.

- Co słychać w wielkim świecie? - spytał zawsze głodny nowych informacji Isaakios. - Bo tutaj ludzie rozprawiają tylko o cenach wełny i fermentacji wina.

- W Chrysopolis jest podobnie - roześmiał się Hippias, który z natury był wesołkiem. - Tylko że tam gadają o cenach jedwabiu i czy w spichrzach nie zabraknie zboża dla biedaków. Poza tym Niebiescy jak co roku pokonali na hipodromie Zielonych, a dziwki sprzedają ze swoimi wdziękami wciąż te same choroby. A poważnie: ostatnio wiele się słyszy o rzekomym proroctwie, które głosi nadejście srogich plag. Ponoć już pojawiły się znaki. Jednak różni różnie o tym gadają i nikt, może z wyjątkiem samego patriarchy i kardynałów, nie wie nic pewnego. Sam nie zgłębiałem tego tematu. Niech radzą nad tym mędrcy i ojcowie Kościoła, jeśli istotnie coś jest na rzeczy. Co ma być, to będzie, niech się dzieje wola nieba. Dla nas ważne jest coś innego. Szykuje się nowa wojna na wschodzie i Nikeforos zebrał wielką armię. Kiedy wyjeżdżałem, szykował się do wymarszu, teraz posuwa się pewnie z wojskiem w stronę Lebantu.

- Rozumiem, że Mentor podjął w związku z tym jakieś działania? - dopytywał się podekscytowany Isaakios.

- Może i tak - przyznał ostrożnie Hippias. - Ale jestem tylko posłańcem i Mentor nie wtajemnicza mnie w swoje zamysły. Powinniście jednak znaleźć się bliżej centrum wydarzeń. Dlatego też mój pan przygotował dla was nową kryjówkę.

- Niezupełnie takiej odpowiedzi oczekiwałem - powiedział wyraźnie zawiedziony Isaakios. - Liczyłem na więcej konkretów.

- Mam was zabrać do tej kryjówki. Mentor zadbał, żebyście mieli tam o wiele więcej wygód niż w dotychczasowej.

Isaakios jednak nie dał się tak łatwo zbyć.

- Właśnie... Mentor - z namaszczeniem przeciągnął głoski imienia tajemniczego dobroczyńcy. - Bardzo mnie ciekawi, kto kryje się za tym mianem. Możesz nam wyjawić jego prawdziwe imię? Może to mnie przekona, żebym zastosował się do jego rad.

- Tego niestety nie mogę uczynić - odparł Hippias, spuszczając wzrok.

- Więc powiem ci, co możesz - rzekł gwałtownie Isaakios, poirytowany ciągłymi tajemnicami. Rozmawiając z Hippiasem, miał wrażenie, że niemal w każdej kwestii zderza się z niewidzialnym murem. - Możesz przekazać swojemu panu, że nie zamierzam być dłużej pionkiem w jego rozgrywce i odtąd, jeśli chce na mnie liczyć, powinien uzgadniać ze mną wszystkie swoje posunięcia. Inaczej możemy rozstać się w Kutaisi na zawsze...

- Mój pan nie będzie z tego zadowolony. Tak odpłacasz mu za to, że latami cię utrzymywał? - Hippias, przyzwyczajony do biernej postawy wygnańców, widział w Isaakiosie raczej rozwydrzonego wyrostka niż sukcesora tronu cesarstwa.

- Utrzymywały nas głównie silne ręce Łamignata - odparował cesarzewicz. - Zresztą jestem pewien, że Mentor, kimkolwiek jest, nie pomagał mi z dobroci serca. W przeciwieństwie do ciebie nie jestem jego sługą, żebym musiał go słuchać, a sam niczego mu nie obiecywałem. - Isaakios patrzył prosto w oczy Hippiasa, próbując narzucić mu swoją wolę. - Jak rzekłem, nasze drogi mogą się rozejść. Idź w pokoju, poradzę sobie bez Mentora.

Napięcie wyczuwalnie wzrosło i wyglądało na to, że w rozmowie nastąpił niebezpieczny impas. Niezręczną ciszę przerwał spokojny głos Łamignata:

- Cokolwiek postanowicie, zróbcie to szybko, bo wkrótce będziemy mieli niezbyt przyjazne towarzystwo. - Centurion, który nigdy nie tracił czujności, i tym razem bacznie obserwował okolicę. Dzięki temu w porę wypatrzył kolumnę zbrojnych szybko zbliżającą się do miejsca postoju karawany. Na powiewających w oddali proporcach rozpoznał czerwonego jednorożca.

 

 

4.

 

Isaakios kołysał się w siodle w rytm podskoków końskiego grzbietu. Okryte winoroślą wzgórza i porośnięte buczyną doliny stopniowo ustępowały miejsca trawiastej równinie, która z każdą milą stawała się coraz bardziej jałowa, często przecinana licznymi jarami i płytkimi wąwozami. Niebo zasnute skłębionymi chmurami przeszyła samotna błyskawica, jednak na ziemię nie spadła ani jedna kropla deszczu.

Wymknęli się pogoni dosłownie w ostatniej chwili. Na szczęście Ruben nie próbował ich zatrzymywać, kiedy odłączali się od karawany, lecz byli pewni, że rozpytany nie omieszkał wydać ich ścigającym. Od tej pory mieli pościg stale na karku. Isaakios ufał w zdolności Łamignata i wierzył, że centurion zastosuje takie fortele i poprowadzi ich takimi ścieżkami, że w końcu zgubią prześladowców. Uciekali coraz dalej na północ, na pustkowia, i już samo to powinno w końcu skłonić ścigających, żeby dali za wygraną.

Cesarzewicz musiał przyznać w duchu, że stali się kimś w rodzaju banitów i że w tych okolicznościach nie uda im się dotrzeć do Kutaisi. Odrzucał jednak myśl, że to on sam, nalegając na opuszczenie Archechu, a następnie prowokując walkę ze zbrojnymi pobierającymi myto, spowodował, że znaleźli się w tym niegodnym pozazdroszczenia, krzyżującym ich plany położeniu. Wolał widzieć w tym splocie wydarzeń znak przeznaczenia. W miarę jak oddalali się od brzegu Morza Syren, a zbliżali do Uskoku, coraz chętniej wracał myślami do opisanej w almanachu Aristofanesa historii zamku Kazbeg, która jeszcze w Archechu podziałała na jego wyobraźnię. Czyż to nie sama Opatrzność kierowała go w tę stronę, żeby mógł się zmierzyć ze złem, które zawładnęło tą nieszczęsną krainą?

Kiedy nieco zwolnili i można było swobodnie rozmawiać, zbliżył się do Łamignata.

- Bywaliśmy w tych okolicach przez ostatnie dziesięć lat... - odezwał się z niewinną miną.

- Tak, mój panie. A o co chodzi? - Centurion zluzował wodze i spojrzał nań pytająco.

- Ja byłem dzieckiem i nikt ze mną nie mówił o takich sprawach, ale ty na pewno słyszałeś o zaginionej fortecy Uskoku - rzekł młodzieniec, zrównując tempo jazdy z Łamignatem.

- Owszem, i mogłem się domyślić, że jeśli będziesz przesiadywał po karczmach, prędzej czy później i ty usłyszysz tę historię.

- Również Aristofanes wspomina o tym w swoich zapiskach. Czy to prawda?

- Może tak, a może nie. Prawdą jest, że Chaldia upadła po najeździe koczowniczych Barangiów i już się nie podniosła z ruin. Jakiś czas później rzeczywiście został przerwany szlak handlowy do Derbentu. Czy to dlatego, że po zagładzie Chaldii droga stała się po prostu zbyt niebezpieczna, czy też kryje się za tym coś więcej, tego nie wiem. Uchodźcy rzekomo mówili o tym, że niebo zasnuł cień i z góry spadały języki ognia, ale przerażeni uciekający ludzie widzą różne rzeczy, a plotka rośnie z przebytą odległością.

- Racja, ale krąży ona tak długo i uporczywie, że może w niej być ziarno prawdy.

- Nie wykluczam, że jakieś licho zalęgło się w opuszczonym zamczysku. Takie peryferyjne krainy spustoszone wojną lub innym kataklizmem często przyciągają najgorsze kreatury: złe duchy, nekromantów i różnej maści renegatów.

- Zamierzam to sprawdzić - stanowczo oświadczył Isaakios.

- Chcesz udać się na Uskok? - zdumiał się Łamignat. - A co z Mentorem?

- Poczeka - stwierdził obojętnie cesarzewicz. - Za dużo w nas zainwestował, żeby teraz spisać nas na straty. Poza tym, gdy się już oderwiemy od pogoni, lepiej byśmy przez jakiś czas nie pokazywali się w Tytanii. Nie wiemy nawet, któremu z rodów nadepnęliśmy na odcisk i jak daleko sięgają jego wpływy.

- Mielibyśmy wyprawić się tam we trzech? Jak to sobie wyobrażasz, panie? I co chcesz przez to osiągnąć? To uganianie się za mirażem.

- A czy odzyskanie cesarstwa przez naszą trójkę będzie łatwiejsze? Wybacz, zapomniałem o Mentorze, którego zastępy z pewnością już oblegają dla mnie Chrysopolis - zakpił Isaakios. - Wyjaśnienie tej tajemnicy pozwoli mi osiągnąć rozgłos i zdobyć reputację. Pomyśl, pierwsza wyprawa do Derbentu od ponad wieku. Kupcy hojnie mnie wynagrodzą, a bardowie będą opiewać nasze czyny. Jeśli istotnie jest tam skarb, to uzyskamy środki do dalszych działań. Nim zgłoszę roszczenia do tronu, muszę już sobą coś reprezentować. Grając o najwyższą stawkę, trzeba wchodzić do gry z mocnymi kartami. A gdyby tak odnalazła się tam chorągiew świętego Maurikiosa? Pod takim sztandarem z pewnością zgromadziłbym zacny hufiec, a mój prestiż wzrósłby niepomiernie.

Łamignat nie wyglądał na przekonanego. W głębi ducha uważał ten pomysł za dziecinny, lecz przecież uznał Isaakiosa za swojego pana i oddał się na jego rozkazy. Wyglądało na to, że chłopak bezwzględnie to teraz wykorzystuje.

Widząc, że Łamignat mimo wątpliwości nie będzie więcej oponował, Isaakios zwrócił się do Hippiasa, który co prawda nie słyszał całej tej rozmowy, ale i tak zorientował się w zamiarach cesarzewicza.

- Wracając do poprzedniej pogawędki, którą brutalnie nam przerwano - rzekł. - Cóż postanowiłeś? Będziesz nam towarzyszył?

- Uważam, że twój pomysł to czyste szaleństwo - odparł Hippias, zerkając błagalnie na Łamignata, który jednak bezradnie rozłożył ręce. - Ale jak rozumiem, ten temat jest już poza dyskusją?

Isaakios skinął głową.

- Miejscowi i tak już uważają, że należę do waszej bandy. - Hippias uśmiechnął się kwaśno. - Nie mam więc wielkiego wyboru. Poza tym najlepiej wypełnię wolę mego pana, towarzysząc wam i mając na was oko. Nie wyjawię ci jednak tożsamości Mentora, dopóki nie uznam, że to absolutnie konieczne. Musisz zrozumieć, że tak jest lepiej dla jego i twojego bezpieczeństwa.

- Niech więc tymczasem tak będzie - zgodził się Isaakios.