Kroniki Archeo. Zaginiony klucz do Asgardu. Tom 6 - Agnieszka Stelmaszyk

-
Proszę czekać

Na nie­mal pu­stym pe­ro­nie ko­pen­ha­skie­go me­tra roz­le­gło się echo po­śpiesz­nych kro­ków. Chri­stian Bjer­re­ga­ard ro­zej­rzał się ner­wo­wo. Od­kąd za­gi­nął pro­fe­sor Ra­gnar Storm, jego dok­to­rant wciąż miał po­czu­cie, że ktoś go śle­dzi. Ba, po ostat­nich wy­da­rze­niach Chri­stian był już tego pe­wien.

Przy koń­cu pe­ro­nu sta­ła ko­bie­ta i czy­ta­ła po­ran­ną pra­sę. Wy­glą­da­ła zu­peł­nie zwy­czaj­nie i nie wy­da­ła się Chri­stia­no­wi po­dej­rza­na. Mło­dy męż­czy­zna nie­dba­łym ru­chem ręki od­gar­nął z czo­ła ja­sną grzyw­kę, któ­ra opa­dła mu aż na ru­da­we brwi i zie­lo­ne oczy. Nie­wiel­ki ku­cyk z tyłu gło­wy spra­wiał, że Chri­stian przy­po­mi­nał nie­co na­sto­lat­ka, choć tak na­praw­dę był o wie­le star­szy. Roz­piął nie­bie­ską wia­trów­kę i po­lu­zo­wał so­bie koł­nie­rzyk ko­szu­li. Ze zde­ner­wo­wa­nia było mu dusz­no i go­rą­co.

Na dwor­co­wym ze­ga­rze wy­świe­tli­ła się go­dzi­na szó­sta i na sta­cję punk­tu­al­nie wje­cha­ła ko­lej­ka. Za­trzy­ma­ła się do­kład­nie przed prze­zro­czy­sty­mi roz­su­wa­ny­mi drzwia­mi, któ­re wraz ze szkla­nym ekra­nem od­dzie­la­ły pe­ron od to­ro­wi­ska. Bjer­re­ga­ard przy­ci­snął ak­tów­kę moc­niej do sie­bie i wsiadł do ko­lej­ki. Jego my­śli upar­cie krą­ży­ły wo­kół no­te­su, któ­ry wła­śnie od­na­lazł w taj­nej skryt­ce. Chri­stian nie zdo­łał jesz­cze przej­rzeć jego za­war­to­ści, ale już pierw­szy rzut oka wy­star­czył, żeby stwier­dzić, że za­wie­ra ja­kieś taj­ne za­pi­ski pro­fe­so­ra i nie­zro­zu­mia­łe szy­fry. Czy sta­no­wią one klucz do roz­wią­za­nia za­gad­ki, nad któ­rą Storm ostat­nio pra­co­wał? I czy wy­ja­śnią oko­licz­no­ści jego znik­nię­cia?

Chri­stian nie mógł się do­cze­kać, kie­dy w koń­cu w spo­ko­ju obej­rzy no­tat­ki Stor­ma. Naj­pierw jed­nak cze­ka­ło go jesz­cze jed­no za­da­nie do wy­ko­na­nia: mu­siał spo­tkać się z bra­tem pro­fe­so­ra.

Hans Chri­stian An­der­sen

uro­dził się 2 kwiet­nia 1805 roku w bied­nej dziel­ni­cy Oden­se w Da­nii. Jego oj­ciec, Hans An­der­sen był szew­cem, a mat­ka, Anne Ma­rie z domu An­ders­dat­ter - pracz­ką. To bab­ka wpro­wa­dzi­ła ma­łe­go Han­sa Chri­stia­na w świat nie­zwy­kłych opo­wie­ści i ba­śni. Przy­szły baj­ko­pi­sarz pra­gnął jed­nak zo­stać ak­to­rem.

We wrze­śniu 1819 roku wy­je­chał w tym celu do Ko­pen­ha­gi. Uczęsz­czał tam do szko­ły ba­le­to­wej, pró­bo­wał grać w te­atrze, ale z mi­zer­nym skut­kiem. Wresz­cie za­czął pi­sać sztu­ki te­atral­ne. Jed­ną z nich G,Mi­łość na Wie­ży Mi­ko­ła­ja") za­de­biu­to­wał w 1829 roku. Jego sztu­ki nie za­wsze jed­nak zbie­ra­ły po­chleb­ne re­cen­zje. Czę­sto były od­rzu­ca­ne, po­nie­waż za­wie­ra­ły mnó­stwo błę­dów. An­der­sen nie po­sia­dał grun­tow­ne­go wy­kształ­ce­nia, ale dzię­ki wy­trwa­ło­ści uzy­skał sty­pen­dium kró­lew­skie, któ­re umoż­li­wi­ło mu kon­ty­nu­ację na­uki. Ukoń­czył rów­nież stu­dia. Przez wie­le lat wspo­ma­gał go Jo­nas Col­lins. Kie­dy sy­tu­acja Han­sa Chri­stia­na się po­pra­wi­ła, po­świę­cił się pra­cy twór­czej i roz­po­czął po­dró­że po ca­łej Eu­ro­pie.

An­der­sen nie miał ła­twe­go cha­rak­te­ru.

Był nad­wraż­li­wy, za­kom­plek­sio­ny, mie­wał sta­ny lę­ko­we i czę­sto cier­piał na de­pre­sję. Czuł się osa­mot­nio­ny i nie­zro­zu­mia­ny. Oba­wiał się, że po­pad­nie w obłęd tak jak jego dzia­dek.

Au­tor wy­dał kil­ka to­mi­ków wier­szy, opo­wia­dań i po­wie­ści. Sła­wę jed­nak przy­nio­sły mu ba­śnie dla dzie­ci. Pierw­szy ich zbiór wy­dał w 1835 roku. Za­chę­co­ny po­wo­dze­niem, kon­ty­nu­ował ich pi­sa­nie aż do roku 1872.

Zmarł 4 sierp­nia 1875 roku w Ro­li­ghed koło Ko­pen­ha­gi.

Dla­cze­go jed­nak męż­czy­zna za­żą­dał spo­tka­nia o tak wcze­snej po­rze? Chri­stian za­sta­na­wiał się nad tym dłu­go. Tym bar­dziej, że wszyst­ko wy­da­wa­ło mu się po­dej­rza­ne. Za­czy­na­jąc od tego, że nig­dy wcze­śniej nie sły­szał o tym, aby pro­fe­sor Storm w ogó­le miał bra­ta. Zda­wał so­bie spra­wę, że to mo­gła być pu­łap­ka, a on wła­śnie w nią brnął, na do­da­tek z taj­nym no­te­sem pro­fe­so­ra w tecz­ce! To mo­gło się źle skoń­czyć. Na­wet gdy wy­siadł z me­tra, wciąż jesz­cze się wa­hał, czy po­wi­nien udać się na spo­tka­nie. Z dru­giej stro­ny, je­śli rze­czy­wi­ście Storm miał bra­ta, to może wie on coś, co po­zwo­li od­na­leźć pro­fe­so­ra.

Chri­stian szedł na­brze­żem Lan­ge­li­nie, aż wresz­cie za­trzy­mał się przy po­są­gu Ma­łej Sy­ren­ki, wy­glą­da­ją­cej jak­by do­pie­ro co wy­szła z ba­śni Han­sa Chri­stia­na An­der­se­na i przy­cup­nę­ła tyl­ko na chwi­lę na ka­mie­niu w pierw­szych pro­mie­niach słoń­ca. O tej go­dzi­nie po­są­gu nie ota­czał jesz­cze tłum tu­ry­stów, ale Sy­ren­ka nie była osa­mot­nio­na. Spo­glą­dał na nią dość ni­ski, krę­py męż­czy­zna. Gdy się od­wró­cił, Chri­stian zdu­miał się. Męż­czy­zna wca­le nie był po­dob­ny do pro­fe­so­ra Stor­ma! Sta­no­wił jego zu­peł­ne prze­ci­wień­stwo. Ra­gnar był wy­so­ki i dość szczu­pły, o do­stoj­nej fi­zjo­no­mii. Jego brat miał przy­sa­dzi­stą syl­wet­kę, wy­sta­ją­cy brzuch, dłuż­sze, krę­co­ne czar­ne wło­sy i gę­stą bro­dę, a w niej dwa za­ple­cio­ne war­ko­czy­ki.

Mała Sy­ren­ka

bo­ha­ter­ka pięk­nej ba­śni Han­sa Chri­stia­na An­der­se­na. Po raz pierw­szy opo­wieść ta uka­za­ła się w 1837 roku. Ty­tu­ło­wa bo­ha­ter­ka za­ko­cha­ła się w księ­ciu, któ­re­mu ura­to­wa­ła ży­cie. Sy­ren­ka z mi­ło­ści do księ­cia wy­rze­kła się nie­śmier­tel­no­ści. Ksią­żę jed­nak nie od­wza­jem­nił jej uczu­cia i oże­nił się z inną wy­bran­ką. Na na­brze­żu por­tu w Ko­pen­ha­dze znaj­du­je się po­mnik Ma­łej Sy­ren­ki dłu­ta rzeź­bia­rza Edvar­da Erik­se­na.

Przy­po­mi­nał Chri­stia­no­wi kra­sno­lu­da, któ­ry wy­szedł z pod­ziem­nych pie­czar na po­wierzch­nię zie­mi. "Jak on jest bra­tem pro­fe­so­ra, to ja je­stem egip­ską tan­cer­ką!" - prych­nął w my­ślach Bjer­re­ga­ard. Po­sta­no­wił mieć się na bacz­no­ści.

Moc­niej za­ci­snął dłoń na uchwy­cie swo­jej ak­tów­ki i po­czuł, jak pot spły­wa mu po kar­ku.

- Wi­tam! - rzekł krót­ko.

Sta­rał się być sta­now­czy, choć głos lek­ko mu za­drżał.

- Cie­szę się, że przy­szedł pan na to spo­tka­nie. Na­zy­wam się Per Storm - przed­sta­wił się męż­czy­zna. - Jak już wspo­mi­na­łem w na­szej krót­kiej roz­mo­wie te­le­fo­nicz­nej, je­stem bra­tem Ra­gna­ra.

Chri­stian po­ki­wał gło­wą na znak, że o tym pa­mię­ta.

- Niech pana nie dzi­wi brak po­do­bień­stwa mię­dzy nami - Per uśmiech­nął się, od­ga­du­jąc my­śli swo­je­go roz­mów­cy. - Nie je­ste­śmy bio­lo­gicz­nym ro­dzeń­stwem, zo­sta­łem ad­op­to­wa­ny przez ro­dzi­ców Ra­gna­ra, ale wy­cho­wy­wa­li­śmy się ra­zem i w zgo­dzie, jak naj­praw­dziw­si bra­cia.

- Pro­fe­sor nic o panu nie wspo­mi­nał - od­wa­żył się wtrą­cić Chri­stian. - Aż do tej pory w ogó­le nie wie­dzia­łem o pana ist­nie­niu.

- Po­wiedz­my, że kie­dyś, już w do­ro­słym ży­ciu, po­róż­ni­ła nas pew­na spra­wa i kon­takt mię­dzy nami się urwał - Per chrząk­nął nie­co za­kło­po­ta­ny - Te­raz jed­nak, gdy do­wie­dzia­łem się o za­gi­nię­ciu Ra­gna­ra, po­sta­no­wi­łem przy­je­chać do Ko­pen­ha­gi.

- Dla­cze­go chciał się pan spo­tkać aku­rat ze mną? - Chri­stian pa­trzył prze­ni­kli­wie w bro­da­tą twarz Pera.

- Po­nie­waż pra­gnę po­móc mo­je­mu bra­tu i go od­na­leźć. Już daw­no po­win­ni­śmy się po­go­dzić. Ra­gnar prze­czu­wał, że coś mu za­gra­ża. Wiem o tym z li­stu, któ­ry do mnie wy­słał.

- Li­stu? - Chri­stian zmarsz­czył brwi.

Mu­siał przy­znać, że hi­sto­ryj­ka o ad­op­to­wa­nym bra­cie wy­da­wa­ła się prze­ko­nu­ją­ca i mo­gła wy­ja­śnić wie­le wąt­pli­wo­ści. Czy była jed­nak praw­dzi­wa?

Per Storm wes­tchnął głę­bo­ko i za­głę­bił pal­ce w gę­stej bro­dzie.

- Do­sta­łem go już ja­kiś czas temu, ale, że tak po­wiem - za­wie­sił na mo­ment głos - nie spie­szy­łem się z jego otwar­ciem. Do­pie­ro gdy w me­diach po­ja­wi­ła się in­for­ma­cja o za­gi­nię­ciu mo­je­go bra­ta, przy­po­mnia­łem so­bie o tam­tym li­ście i w koń­cu go prze­czy­ta­łem.

- Czy było w nim coś szcze­gól­ne­go? - Chri­stian za­cie­ka­wił się.

- Tak. Ża­łu­ję, że nie zaj­rza­łem do nie­go wcze­śniej! Być może mógł­bym za­po­biec temu, co się wy­da­rzy­ło. Ra­gnar na­pi­sał, że po wie­lu la­tach ba­dań wpadł na trop pew­nej nie­zwy­kłej za­gad­ki pro­wa­dzą­cej do skar­bu. Spra­wa mu­sia­ła być po­waż­na, sko­ro po­ja­wi­ło się u nie­go kli­ku męż­czyzn, któ­rzy pró­bo­wa­li wy­do­być z nie­go wię­cej in­for­ma­cji. Za­gro­zi­li, że je­śli nie prze­ka­że im wska­zó­wek do skar­bu, spo­tka go coś złe­go.

Ra­gnar pró­bo­wał grać na zwło­kę. Nie chciał po­wie­rzyć im tej ta­jem­ni­cy. Prze­wi­dział, że coś się wy­da­rzy. Na­pi­sał mi, co mam zro­bić - je­śli przy­tra­fi mu się coś złe­go, mia­łem skon­tak­to­wać się z pa­nem, bo tyl­ko panu moż­na za­ufać. Nie po­wi­nie­nem roz­ma­wiać z ni­kim in­nym i mam być bar­dzo ostroż­ny, po­nie­waż w spra­wę za­mie­sza­ne są oso­by na­wet na wy­so­kich sta­no­wi­skach. Po­dob­no panu z ko­lei prze­ka­zał in­for­ma­cję o tym, gdzie scho­wał swój no­tes z za­pi­ska­mi. To na tym no­te­sie za­le­ża­ło tym prze­stęp­com. Ra­gnar spryt­nie go ukrył. Ma go pan?

Chri­stian Bjer­re­ga­ard za­drżał.

Wciąż nie ufał Pe­ro­wi. Nie mógł zdra­dzić, że ma ten no­tes i to przy so­bie!

- W pew­nym sen­sie wiem, gdzie go zna­leźć - od­rzekł po­kręt­nie.

- To bar­dzo do­brze - Per ucie­szył się. - Pro­szę ni­ko­mu go nie od­da­wać! Są­dzę, że póki nie mają tego no­te­su, mój brat bę­dzie żył. Ro­zu­mie pan? - w oczach Pera za­krę­ci­ły się łzy.

Chri­stian przy­tak­nął ru­chem gło­wy.

- Gdy znaj­dzie pan ten no­tes, pro­szę się ze mną skon­tak­to­wać - Per po­dał kart­kę z za­pi­sa­nym nu­me­rem te­le­fo­nu.

Za­raz po­tem pa­no­wie po­że­gna­li się i ro­ze­szli w prze­ciw­ne stro­ny. Na uli­cy po­ja­wi­li się ko­lej­ni prze­chod­nie. Chri­stian za­sta­na­wiał się, czy któ­ryś z nich przy­pad­kiem go nie śle­dzi. Od­wró­cił się i spoj­rzał za Pe­rem, któ­ry po­szedł na­brze­żem da­lej na pół­noc, w kie­run­ku daw­nej dziel­ni­cy por­to­wej, z któ­rej wy­ra­sta­ły te­raz no­wo­cze­sne bu­dyn­ki. Jego dzi­wacz­nej po­sta­ci nig­dzie już jed­nak nie było.

- Hm... - mruk­nął Chri­stian.

Za­my­ślo­ny wszedł pro­sto na jezd­nię i nie zdą­żył na­wet dojść do koń­ca przej­ścia dla pie­szych, gdy zza za­krę­tu z pi­skiem opon wy­je­chał sa­mo­chód.

Chri­stian za­marł.

W ostat­niej se­kun­dzie jego umysł za­czął zno­wu pra­co­wać.

Bjer­re­ga­ard wy­ko­nał unik, lecz było już za póź­no.

Po­czuł prze­szy­wa­ją­cy ból w udzie i za­raz po­tem jego cia­ło ni­czym szma­cia­na ku­kła bez­wład­nie prze­le­cia­ło przez pół uli­cy.

Roz­legł się krzyk prze­ra­żo­nych prze­chod­niów, a spraw­ca wy­pad­ku od­je­chał.

Chri­stian Bjer­re­ga­ard le­żał na chod­ni­ku i nie da­wał oznak ży­cia. W dło­ni nadal kur­czo­wo za­ci­skał rącz­kę swo­jej ak­tów­ki.

Kie­dy Ania z Bart­kiem opu­ści­li sta­no­wi­sko ar­che­olo­gicz­ne, na któ­rym pra­co­wa­li ich ro­dzi­ce, było jesz­cze wcze­sne po­po­łu­dnie. Po­nie­waż roz­po­czę­ły się wła­śnie wa­ka­cje, mo­gli to­wa­rzy­szyć ro­dzi­com w ich pra­cy. Pro­fe­sor Adam Ostrow­ski i jego żona Be­ata pro­wa­dzi­li ba­da­nia na wy­spie Wo­lin. Urlop pla­no­wa­li spę­dzić ra­zem z dzieć­mi na Born­hol­mie, gdzie mie­li rów­nież po­ja­wić się Gard­ne­ro­wie - ich przy­ja­cie­le z An­glii. Ania z Bart­kiem z nie­cier­pli­wo­ścią od­li­cza­li dni do tej wy­ciecz­ki. Na ra­zie mu­sie­li zor­ga­ni­zo­wać so­bie czas w inny spo­sób. Wy­bra­li się więc do skan­se­nu, w któ­rym moż­na było prze­ko­nać się, jak wy­glą­da­ło ży­cie wi­kin­gów, któ­rzy nie­gdyś zbu­do­wa­li na wy­spie wła­sny gród.

Póź­niej ro­dzeń­stwo wy­bra­ło się na dłu­gi spa­cer nad rze­ką Dziw­ną. Wresz­cie, nie­co zmę­cze­ni, usie­dli nad brze­giem rze­ki. Ania wy­cią­gnę­ła swój szki­cow­nik i ołów­kiem kre­śli­ła nie­wiel­ki ry­su­nek. Bar­tek za to pi­sał sms-a do Mary Jane. Na­gle po­de­szła do nich nie­zna­jo­ma dziew­czyn­ka, któ­rej to­wa­rzy­szył dość duży, brą­zo­wy kun­de­lek.

Fe­sti­wal Sło­wian i Wi­kin­gów

W Wo­li­nie co­rocz­nie od­by­wa się Fe­sti­wal Sło­wian i Wi­kin­gów. Jest to mię­dzy­na­ro­do­wa im­pre­za, na któ­rej spo­ty­ka­ją się mi­ło­śni­cy wcze­sne­go śre­dnio­wie­cza.

- Cześć! To wy je­ste­ście tymi dzieć­mi ar­che­olo­gów? - za­py­ta­ła bez zbęd­nych wstę­pów.

- Tak, a dla­cze­go py­tasz? - Bar­tek spoj­rzał na nie­zna­jo­mą nie­uf­nie. Mu­sia­ła być mniej wię­cej w wie­ku jego sio­stry Mia­ła tyl­ko o wie­le dłuż­sze i ciem­niej­sze wło­sy, ja­sną cerę i brą­zo­we, by­stre oczy. Była ubra­na w zie­lo­ną bluz­kę i je­an­sy.

- Szu­ka­cie tego skar­bu? - za­py­ta­ła pod­eks­cy­to­wa­na.

Ania zmarsz­czy­ła brwi.

- Ja­kie­go skar­bu?

Nie ro­zu­mia­ła, o co dziew­czyn­ce cho­dzi.

- No wła­śnie nie wiem - od­par­ła, dra­piąc się po no­sie. - Ale ro­ze­szła się plot­ka, że ar­che­olo­dzy wpa­dli na trop wiel­kie­go skar­bu wi­kin­gów.

- Mu­szę cię roz­cza­ro­wać, ale nic o tym nie wie­my - Bar­tek roz­ło­żył ręce. - Jak się wabi twój pies? - zmie­nił te­mat.

Kun­de­lek wy­glą­dał na przy­jaź­nie na­sta­wio­ne­go. Za­mer­dał ogo­nem, jak­by był go­tów do za­ba­wy.

Wi­kin­go­wie

Oj­czy­zną wi­kin­gów była Skan­dy­na­wia. Wy­ru­sza­li na wi­king, czy­li na łu­pież­czą wy­pra­wę. Sło­wo "wi­king" w ję­zy­ku nor­dyc­kim ozna­cza "pi­rac­two".

Dla­te­go wi­kin­go­wie na­zy­wa­ni są też "pi­ra­ta­mi pół­no­cy". Swo­imi szyb­ki­mi, lek­ki­mi ło­dzia­mi wy­pusz­cza­li się poza krań­ce świa­ta zna­ne­go wów­czas Eu­ro­pej­czy­kom. Wi­kin­go­wie do­tar­li do Bi­zan­cjum i do Ame­ry­ki na dłu­go przed Krzysz­to­fem Ko­lum­bem. Leif Erics­son do­tarł tam praw­do­po­dob­nie 500 lat wcze­śniej przed ko­lo­ni­za­to­ra­mi z Eu­ro­py. Eks­pan­sja wi­kin­gów sta­ła się moż­li­wa dzię­ki ża­glom.

Kie­dy do­dat­ko­wo uży­wa­li wio­seł, ich atak sta­wał się nie­zwy­kle szyb­ki i sku­tecz­ny. Dłu­gie ło­dzie wi­kin­gów mo­gły roz­wi­jać pręd­kość po­wy­żej 10 wę­złów i po­tra­fi­ły po­ja­wiać się znie­nac­ka na od­le­głych wy­brze­żach. Wi­kin­go­wie wpły­wa­li w do­li­ny rzecz­ne, a na­wet cią­gnę­li swo­je lek­kie ło­dzie po lą­dzie, uży­wa­jąc ro­lek z drew­nia­nych kłód. Dzio­by stat­ków mia­ły nie­zwy­kle pięk­ną syl­wet­kę i były wy­gię­te w kształt ła­bę­dziej szyi. Umiesz­cza­no na nich gło­wy smo­ków lub dra­pież­nych pta­ków.

- To Brok - od­par­ła. - A ja je­stem He­len­ka Bur­dziń­ska - przed­sta­wi­ła się. - Je­śli chcesz, mo­żesz go po­gła­skać, nie gry­zie - He­len­ka zwró­ci­ła się do Ani, po któ­rej mi­nie do­my­śla­ła się, że dziew­czyn­ka ma wiel­ką ocho­tę na za­ba­wę z psem.

Ania od razu zbli­ży­ła się do psia­ka i ostroż­nie po­gła­ska­ła go po grzbie­cie.

- Dla­cze­go my­ślisz, że nasi ro­dzi­ce szu­ka­ją tego skar­bu i skąd w ogó­le wzię­ła się taka plot­ka? - spy­ta­ła, cią­gle głasz­cząc Bro­ka.

- Ostat­nio moż­na tu spo­tkać dziw­nych lu­dzi, Duń­czy­ków albo Nor­we­gów, któ­rzy krą­żą po wy­spie z róż­nym sprzę­tem - wy­ja­śni­ła He­len­ka.

- Może to ja­cyś na­ukow­cy albo wiel­bi­cie­le wi­kin­gów - pod­po­wie­dział Bar­tek. - Ich obec­ność nie musi za­raz ozna­czać, że szu­ka­ją nie wia­do­mo ja­kie­go skar­bu.

- Też tak my­śla­łam, do­pó­ki nie zo­ba­czy­łam cze­goś bar­dzo po­dej­rza­ne­go - dziew­czyn­ka oświad­czy­ła z ta­jem­ni­czą miną.

- To zna­czy? - Ania za­cie­ka­wio­na spoj­rza­ła na He­len­kę. Scho­wa­ła ołó­wek i szki­cow­nik do tor­by prze­wie­szo­nej przez ra­mię i cze­ka­ła na od­po­wiedź.

- To było w maju, ale do dziś się za­sta­na­wiam, co tam­ci lu­dzie wy­ko­pa­li - za­czę­ła He­len­ka.

- Wy­ko­pa­li? - Ania do­py­ty­wa­ła.

- No tak. Tam­tej nocy bar­dzo ja­sno świe­cił księ­życ w peł­ni i wca­le nie mo­głam spać. O świ­cie wsta­łam, ubra­łam się i wzię­łam Bro­ka. Wy­szli­śmy na dłu­gi spa­cer i przy­bie­gli­śmy na Srebr­ne Wzgó­rze.

- Spo­tka­łaś ko­goś na tym spa­ce­rze? - spy­ta­ła do­myśl­nie Ania.

- Na wzgó­rzu usły­sza­łam ja­kieś roz­mo­wy. Zdzi­wi­łam się, że tak wcze­śnie rano ktoś już tam był. Przy­cza­ili­śmy się z Bro­kiem za pa­gór­kiem i za­czę­li­śmy ob­ser­wo­wać z ukry­cia. Było tam dwóch męż­czyzn i jed­na ko­bie­ta. Oni ko­pa­li coś bar­dzo głę­bo­ko, a ona nimi dy­ry­go­wa­ła. Wy­da­ło mi się to dziw­ne, tym bar­dziej, że roz­ma­wia­li w ob­cym ję­zy­ku. Nie sły­sza­łam do­kład­nie, ale to był chy­ba duń­ski, a może nor­we­ski. W każ­dym bądź ra­zie na pew­no to byli Skan­dy­na­wo­wie. Prze­stra­szy­łam się, że nas zo­ba­czą. Na szczę­ście Brok jest grzecz­nym psem i sie­dział cał­kiem ci­chut­ko. Kto wie, mo­gli nam prze­cież zro­bić coś złe­go...

- Po­wie­dzia­łaś o tym ko­muś? - spy­tał Bar­tek.

- Wo­la­łam ni­ko­mu nie mó­wić.

- Po co tam ko­pa­li? - Te­mat co­raz bar­dziej cie­ka­wił Anię.

- Wi­dzia­łam, że wy­cią­gnę­li ja­kiś ka­mień. To mnie jesz­cze bar­dziej zdzi­wi­ło. My­śla­łam, że zna­leź­li ja­kieś zło­to, ale to był zwy­czaj­ny, duży ka­mień. Jed­nak ta ko­bie­ta cie­szy­ła się tak, jak­by co naj­mniej zna­la­zła egip­ski gro­bo­wiec - He­len­ka do tej pory nie prze­sta­ła się dzi­wić.

Bar­tek za­sta­na­wiał się.

- A może to był ka­mień ru­nicz­ny?

- Taki z ru­na­mi? - za­py­ta­ła He­len­ka. - Być może były na nim runy, ale znaj­do­wa­łam się za da­le­ko, żeby doj­rzeć ta­kie szcze­gó­ły Wo­la­łam się nie na­ra­żać.

- I słusz­nie! - rzekł Bar­tek.

- Ale to jesz­cze nie ko­niec, kil­ka dni póź­niej spo­tka­łam ich tak­że na Wzgó­rzu Wi­siel­ców, tam rów­nież coś wy­ko­pa­li - He­len­ka do­sko­na­le pa­mię­ta­ła to zda­rze­nie. - To była mała skrzy­necz­ka, jak­by re­li­kwiarz albo coś po­dob­ne­go - dziew­czyn­ka nie była w sta­nie okre­ślić, czym tak na­praw­dę był przed­miot, któ­ry wy­ko­pa­ła ta sama eki­pa, co na Srebr­nym Wzgó­rzu.

- Re­li­kwiarz? Cie­ka­we, co się w nim znaj­do­wa­ło. Hm... Ci lu­dzie ra­czej nie byli ar­che­olo­ga­mi - stwier­dzi­ła po na­my­śle Ania. - Pa­mię­tasz, w któ­rym miej­scu wy­ko­pa­li ten przed­miot? Mo­żesz nas tam za­pro­wa­dzić?

- No pew­nie, chodź­cie - po­wie­dzia­ła He­len­ka i ra­zem z Bro­kiem cała trój­ka po­śpie­szy­ła w stro­nę Wzgó­rza Wi­siel­ców.

Runy

to ro­dzaj se­kret­ne­go pi­sma.

Al­fa­bet ru­nicz­ny był uży­wa­ny przez miesz­kań­ców Skan­dy­na­wii od III wie­ku n.e. Wy­ry­te na ka­mie­niach ru­nicz­nych in­skryp­cje mają naj­czę­ściej cha­rak­ter re­li­gij­ny lub są ro­dza­jem epi­ta­fium ku czci po­le­głych wi­kin­gów.

Kie­dy do­tar­li we wska­za­ne miej­sce, Ania po­czu­ła się tro­chę nie­swo­jo. Nie dość, że już sama na­zwa wzgó­rza przy­pra­wia­ła o gę­sią skór­kę, to jesz­cze oka­za­ło się, że jest to sta­re cmen­ta­rzy­sko kur­ha­no­we. Nie­któ­re kop­ce mo­gły po­cho­dzić jesz­cze z IX wie­ku.

- Ten re­li­kwiarz - He­len­ka na­wią­za­ła do głów­ne­go wąt­ku roz­mo­wy - wy­do­by­li mniej wię­cej stąd - wska­za­ła nie­wiel­kie za­głę­bie­nie, tuż obok jed­ne­go z kop­ców i ja­śniej­szy pia­sek, za­ro­śnię­ty już jed­nak tra­wą.

- Dziw­ne, że nie roz­ko­pa­li kur­ha­nu - mruk­nę­ła Ania.

- Mu­sie­li mieć pew­ność, że coś znaj­dą do­kład­nie w tym miej­scu - po­wie­dział Bar­tek.

- Wi­dzia­łaś jesz­cze kie­dyś tam­tych lu­dzi? - Ania zwró­ci­ła się do He­len­ki.

Kur­han

ro­dzaj mo­gi­ły naj­czę­ściej w kształ­cie wy­so­kie­go kop­ca. We­wnątrz kur­ha­nu znaj­du­je się ko­mo­ra gro­bo­wa. Po­miesz­cze­nia gro­bo­we mają kon­struk­cję ka­mien­ną lub drew­nia­ną, mogą też być wy­ku­te w ska­le.

- Może i w Wo­li­nie byli, ale nie za­uwa­ży­łam ich. Za to ostat­nio cza­sem krę­ci się w oko­li­cy paru in­nych typ­ków.

- To by świad­czy­ło o tym, że nadal cze­goś szu­ka­ją - wtrą­cił Bar­tek.

- Na pew­no cho­dzi o skarb! Je­śli chce­cie, mo­że­my tę spra­wę ra­zem zba­dać. Brok nam po­mo­że! - He­len­ka po­gła­ska­ła psa. - Jest świet­nym tro­pi­cie­lem.

- Pies tro­pi­ciel z pew­no­ścią się nam przy­da - uśmiech­nę­ła się Ania.

Spra­wa moc­no ją za­in­try­go­wa­ła. W gło­wie po­wo­li ukła­da­ła plan ko­lej­ne­go ar­che­olo­gicz­ne­go śledz­twa.

- Za­py­ta­my na­szych ro­dzi­ców, czy coś wie­dzą o wy­ko­pa­li­skach w tym miej­scu, ewen­tu­al­nie o na­ukow­cach, któ­rzy mo­gli­by tu­taj ko­pać.

- Świet­nie! - ucie­szy­ła się He­len­ka. - W ta­kim ra­zie spo­tkaj­my się wie­czo­rem. Te­raz mu­szę już wra­cać do domu. Uprze­dzę tatę, że po­tem nie bę­dzie mnie dłu­żej i że będę z wami. Nie chcę, żeby się mar­twił.

- Ja­sne, spo­tka­my się przed skan­se­nem, może być? - Ania za­pro­po­no­wa­ła.

- Okej - He­len­ka ski­nę­ła gło­wą.

Brok za­szcze­kał na po­że­gna­nie i ra­zem ze swo­ją pa­nią po­bie­gli do domu.

Bar­tek z Anią tym­cza­sem po­dą­ży­li w stro­nę wy­ko­pa­lisk, żeby po­roz­ma­wiać z ro­dzi­ca­mi. Chło­piec od­wró­cił się jesz­cze na mo­ment i po­pa­trzył w kie­run­ku od­da­la­ją­cej się He­len­ki. Przez chwi­lę za­sta­na­wiał się, skąd dziew­czyn­ka wzię­ła się tu­taj tak na­gle, i to z tak re­we­la­cyj­ną hi­sto­rią. Może ktoś ją przy­słał spe­cjal­nie? Chło­piec, na­uczo­ny do­świad­cze­niem, by­wał nie­uf­ny wo­bec ob­cych. Ale prze­cież cza­sa­mi zda­rza­ją się nie­zwy­kłe zbie­gi oko­licz­no­ści. Cze­mu to spo­tka­nie nie mia­ło­by być jed­nym z nich?

Chwi­lę póź­niej jego my­śli za­czę­ły już krą­żyć wo­kół no­wej za­gad­ki.

- Może Skan­dy­na­wo­wie pro­wa­dzą tu ba­da­nia, a tyl­ko miej­sco­wym wy­da­je się to po­dej­rza­ne? - za­sta­na­wiał się Bar­tek na głos. - Nie od razu musi prze­cież cho­dzić o skarb.

- Bart­ku, wiesz do­brze, że to, co opo­wie­dzia­ła nam He­len­ka, nie pa­su­je do nor­mal­nych ba­dań ar­che­olo­gicz­nych. W tym kry­je się ja­kaś za­gad­ka! - Ania była o tym świę­cie prze­ko­na­na.

- Mam wie­ści! - He­len­ka przy­bie­gła zdy­sza­na na miej­sce spo­tka­nia. Przed nią na smy­czy biegł Brok, wy­raź­nie za­do­wo­lo­ny z przy­jem­nej, w jego mnie­ma­niu, za­ba­wy.

Anię zdzi­wił ten po­śpiech.

- Coś się sta­ło?

- Nie uwie­rzy­cie, kogo wi­dzia­łem! - wy­sa­pa­ła He­len­ka.

- Ko­goś słyn­ne­go? - zga­dy­wał Bar­tek. - Ja­kie­goś ak­to­ra, pio­sen­ka­rza?

Dziew­czyn­ka krę­ci­ła prze­czą­co gło­wą.

- Wi­dzia­łam ko­bie­tę, któ­ra wte­dy wy­do­by­ła tam­ten ka­mień ru­nicz­ny i re­li­kwiarz! Ona zno­wu tu jest! Aku­rat, gdy do­pie­ro co o niej roz­ma­wia­li­śmy.

Brok za­szcze­kał, jak­by chciał za­świad­czyć, że jego pani mówi praw­dę.

- Gdzie ją wi­dzia­łaś?

- Sie­dzia­ła w ka­wiar­nia­nym ogród­ku. Prze­cho­dzi­łam obok z Bro­kiem i wte­dy ją za­uwa­ży­łam - He­len­ka od­po­wie­dzia­ła Bart­ko­wi.

- Je­steś pew­na, że to była wła­śnie ona? - do­py­ty­wa­ła Ania.

- Na sto pro­cent!

- Cie­ka­we, po co tu zno­wu przy­je­cha­ła?

Ro­dzeń­stwo Ostrow­skich wy­mie­ni­ło spoj­rze­nia.

- Prze­pro­wa­dzi­li­śmy już z Bro­kiem małe śledz­two - po­chwa­li­ła się He­len­ka. - Kie­dy prze­cho­dzi­łam obok ogród­ka, usły­sza­łam, jak mó­wi­ła po pol­sku, ale z ta­kim dziw­nym ak­cen­tem. Roz­ma­wi­ła z fa­ce­tem, któ­ry sie­dział przy sto­li­ku. Mó­wi­ła coś o za­to­pio­nym gro­dzie. Śle­dzi­li­śmy ją z Bro­kiem i wi­dzie­li­śmy, jak wcho­dzi do ho­te­lu, pew­nie tam się za­trzy­ma­ła. Zno­wu cze­goś tu­taj szu­ka! Zna pol­ski i ma pol­skich wspól­ni­ków!

Bar­tek z Anią spoj­rze­li po so­bie. Spra­wa za­ta­cza­ła naj­wy­raź­niej co­raz szer­sze krę­gi.

- Zna­cie tę le­gen­dę o za­to­pio­nym mie­ście? - He­len­ka spy­ta­ła.

- Ja­sne - po­twier­dził Bar­tek. - Po­dob­no mo­rze po­chło­nę­ło całą bar­dzo bo­ga­tą osa­dę. Le­gen­da mówi, że domy w tej osa­dzie były zbu­do­wa­ne z mar­mu­ru i krysz­ta­łu, a da­chy po­kry­te były zło­tem.

- A wie­cie, co po­dob­no za­to­nę­ło jesz­cze? - dziew­czyn­ka po­pa­trzy­ła chy­trze.

- Nie mamy po­ję­cia - Ania wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

- Mó­wią, że na dno po­szła pew­na łódź wi­kin­gów.

- To nie by­ło­by nic nad­zwy­czaj­ne­go - wtrą­cił Bar­tek. - Na pew­no było ich tu­taj mnó­stwo. Mo­gło się zda­rzyć, że któ­raś za­to­nę­ła.

Thor

W skan­dy­naw­skiej mi­to­lo­gii Thor był bo­giem pio­ru­nów, uzbro­jo­nym w Młot, Pas i Że­la­zne Rę­ka­wi­ce. Ucho­dził też za opie­ku­na ro­dzi­ny, uro­dza­jów i trzo­dy. Był pier­wo­rod­nym sy­nem Ody­na.

- Tak, ale na tej ło­dzi był po­dob­no mi­tycz­ny młot Tho­ra! - He­len­ka od dziec­ka zna­ła tę hi­sto­rię.

- E, młot Tho­ra to tyl­ko ele­ment skan­dy­naw­skiej mi­to­lo­gii.

- Bar­tek, nie prze­ry­waj! - Ania uci­szy­ła bra­ta. - Dla­cze­go uwa­żasz, że szu­ka­ją wła­śnie tego mło­ta? - zwró­ci­ła się do He­len­ki.

- Sami po­my­śl­cie, je­że­li taki młot ist­niał na­praw­dę, jaką mu­siał być bro­nią!

- Ra­czej szu­ka­ją zło­ta, skar­bów - Bar­tek scep­tycz­nie oce­nił te do­my­sły. - Wi­kin­go­wie lu­bi­li za­ko­py­wać swój ma­ją­tek.

- A może ten młot jest wła­śnie cały ze zło­ta? To i tak był­by wy­star­cza­ją­cy po­wód, żeby chcieć go od­na­leźć!

- Hela ma ra­cję - Ania przy­tak­nę­ła.

- Chodź­my, wiem, gdzie ta ko­bie­ta te­raz jest. Po­szła nad rze­kę. Je­że­li bę­dzie­my ją śle­dzić, może do­wie­my się, co knu­je - He­len­ka ko­niecz­nie chcia­ła roz­wi­kłać za­gad­kę.

Bar­tek z Anią po­dą­ży­li za dziew­czyn­ką.

- To nie­spra­wie­dli­we, ty masz ho­lo­wa­nie! - za­śmiał się Bar­tek, po­nie­waż Brok cią­gnął He­len­kę na smy­czy i rwał do przo­du, jak­by po­czuł sma­ko­wi­ty obiad.

- Tak, Brok wy­ra­bia mi nie­złą kon­dy­cję - dziew­czyn­ka za­śmia­ła się.

Skar­by wi­kin­gów

od­kry­wa­ne są w Pol­sce naj­czę­ściej w gro­bach i osa­dach. Ale moż­na je też zna­leźć gdzieś zu­peł­nie na od­lu­dziu. Wi­kin­go­wie czę­sto ukry­wa­li swo­je cen­ne pre­cjo­za. Były to zwy­kle mo­ne­ty, broń, amu­le­ty i pięk­nie zdo­bio­na srebr­na bi­żu­te­ria.

- Też by mi się przy­dał - za­sa­pa­ła Ania, daw­no tak szyb­ko nie bie­gła.

Kie­dy wresz­cie do­tar­li nad rze­kę, już z od­da­li do­strze­gli syl­wet­kę wy­so­kiej ko­bie­ty. Mia­ła na so­bie luź­ną ko­szu­lę w kra­tę, wy­god­ne szor­ty i tra­per­ki. Przy­ja­cie­le, za­cho­wu­jąc duży od­stęp, po­dą­ża­li za nią, kry­jąc się wśród szu­wa­rów. Nie­zna­jo­ma za­trzy­ma­ła się nad sa­mym brze­giem Dziw­ny i wy­cią­gnę­ła z tor­by mapę. Dłu­go na nią spo­glą­da­ła, jak­by coś ana­li­zo­wa­ła. Po­tem, cho­dząc w tę i we wtę, roz­glą­da­ła się wo­kół.

- Co ona robi? - za­sta­na­wia­ła się He­len­ka. - Po co jej ta mapa?

- Może po­rów­nu­je daw­ną li­nię brze­go­wą rze­ki z tą obec­ną. W epo­ce wi­kin­gów rze­ka prze­pły­wa­ła tro­chę in­a­czej - szep­nął Bar­tek, uważ­nie ob­ser­wu­jąc po­czy­na­nia ko­bie­ty. - Dziw­na mia­ła sze­ro­kie ko­ry­to i wie­le roz­ga­łę­zień. Dziś pra­wie nie ma po nich śla­du, bo te­re­ny te zo­sta­ły osu­szo­ne.

- Och, gdy­by uda­ło nam się zo­ba­czyć, co jest na tej ma­pie - wes­tchnę­ła Ania. - Wte­dy wszyst­ko sta­ło­by się ja­sne.

He­len­ka ło­bu­zer­sko łyp­nę­ła okiem na Bro­ka.

- Chy­ba wiem, jak mo­że­my się o tym prze­ko­nać.

Szep­nę­ła coś psu na ucho i obo­je wy­co­fa­li się z kry­jów­ki.

Okrą­ży­li nie­wiel­ki pa­gó­rek i na­gle uka­za­li się po jego dru­giej stro­nie. Spusz­czo­ny ze smy­czy Brok biegł jak sza­lo­ny wprost na ko­bie­tę. He­len­ka go­ni­ła za nim, wo­ła­jąc jego imię, jak­by pies wy­rwał się i ucie­kał.

- Brok! Stój! Wra­caj, do nogi! - wy­krzy­ki­wa­ła ko­men­dy, ale pies ani my­ślał ich po­słu­chać.

Ko­bie­ta unio­sła wzrok znad mapy i z prze­ra­że­niem pa­trzy­ła na zbli­ża­ją­cą się be­stię. Brok wy­glą­dał na­praw­dę groź­nie, a bie­gną­ca za nim szczu­pła dziew­czyn­ka naj­wy­raź­niej w ogó­le nie pa­no­wa­ła nad psem. Nie­zna­jo­ma ro­zej­rza­ła się bez­rad­nie, jak­by się za­sta­na­wia­ła, w któ­rym kie­run­ku ucie­kać, gdy Brok sko­czył na nią przed­ni­mi ła­pa­mi i prze­wró­cił na zie­mię. Mapa wy­pa­dła jej z rąk i po­fru­nę­ła kil­ka kro­ków da­lej.

- Och, bar­dzo pa­nią prze­pra­szam. Brok jest ła­god­ny jak ba­ra­nek i nie gry­zie. Uciekł mi - tłu­ma­czy­ła He­len­ka wrzesz­czą­cej ze stra­chu ko­bie­cie. Prze­sta­ła krzy­czeć do­pie­ro, gdy zo­rien­to­wa­ła się, że pies nie od­gryzł jej ani ka­wa­ląt­ka cia­ła, tyl­ko bar­dzo ją ob­śli­nił, li­żąc po twa­rzy Prych­nę­ła z obrzy­dze­niem, wy­cie­ra­jąc po­licz­ki z glu­to­wa­tej śli­ny Bro­ka.

- Po­mo­gę pani! - He­len­ka szyb­kim ru­chem pod­nio­sła mapę.