Rozdział IUltimatum
- Aniu, podaj mi rękę! - Mary Jane ze wszystkich sił starała się pomóc przyjaciółce. - Jeszcze troszkę. Proszę, postaraj się!
- Nie mogę, nie dosięgam...
Ania Ostrowska zawisła na poszarpanej ścianie klifu. Zbliżał się przypływ i fale coraz wścieklej uderzały w skały. Wąska półka, na której stała dziewczynka, nie na długo dawała stopom oparcie.
- Spadnę! - jęknęła Ania, czując, że z każdą sekundą siły ją opuszczają, a zdrętwiałe palce, którymi wpijała się w niewielkie szczeliny, nie były w stanie dłużej jej utrzymać. Spojrzała w dół na kotłującą się kipiel.
- Patrz na mnie, w górę! - prosiła Mary Jane, wyciągając rękę.
"Gdzie jest Bartek? Gdzie Jim i Martin?" Rozglądała się bezradnie. Chłopcy przepadli właśnie teraz, gdy potrzebowały ratunku. A jeśli oni też znaleźli się w tarapatach? Mieli tylko sprawdzić jaskinię. Dlaczego jeszcze nie wrócili?
Mary Jane się odwróciła. Gdzieś w oddali zaszczekał pies.
Ale czy to na pewno pies? A może znowu ten...
Serce dziewczynki zamarło.
- Aniu, pośpiesz się! - krzyknęła i wychyliła się najdalej, jak mogła, by dosięgnąć dłoni przyjaciółki.
Kolana Ani zdarte były do krwi, a prawy łokieć ćmił tak dotkliwym bólem, że nie potrafiła podciągnąć się wyżej na rękach. Tak niewiele już brakowało, tylko parę centymetrów. Lecz dla Ani ta wspinaczka była jak wyprawa na Mount Everest.
- Postaraj się, dasz radę! - zachęcała Mary Jane.
Strach, który czaił się w jej oczach, sprawił, że Ania spróbowała wykrzesać z siebie trochę energii.
Mary Jane znowu coś usłyszała, tak samo jak w chwili, gdy przyjaciółka osunęła się w przepaść... Ania poczuła dreszcz grozy. Nie było chwili do stracenia. Stanęła na czubkach palców i wyciągnęła rękę. Dłoń przyjaciółki zacisnęła się na jej przedramieniu. Spod butów posypały się kamyki, ale Ania nie spoglądała już w dół. Wiedziała, że jeśli to zrobi, strach zupełnie ją sparaliżuje.
Jeszcze odrobina wysiłku i z trudem łapiąc oddech, Ania stanęła na szczycie klifu.
- Moja ręka - syknęła, oglądając lekko otarty łokieć.
- Musimy uciekać. - Mary Jane rozglądała się nerwowo.
Dziwne dźwięki znowu się powtórzyły. Tym razem naprawdę brzmiały zupełnie jak szczekanie psa. Dziewczynki rzuciły się do ucieczki, ale drogę zabiegł im dość duży brązowy kundelek. Tuż za nim pojawiła się starsza pani w zielonym dresie, która szła szybkim krokiem, przebierając przy tym kijkami do nordic walking.
- Dobry Boże! - Kobieta stanęła jak wryta na widok dwóch obszarpanych istot przed sobą. - Co wam się stało? Skąd się tu wzięłyście? - Starsza pani rozejrzała się nieufnie. - Zizu, do nogi! - zawołała do psa, lecz ten nie wykazał się instynktem obronnym. Przyjaźnie zamerdał ogonem i polizał nawet Anię po ręce. - Nie jesteście chyba jakimiś bandytkami? - Kobieta mocniej chwyciła kijki.
Codziennie tędy maszerowała, ale jeszcze nigdy nie przytrafiło jej się nic tak niespodziewanego. Te dziewczynki były solidnie poturbowane, a wzrok miały wystraszony, jakby stało się coś okropnego. Nie, one na pewno nie chciały zrobić pani Isabelle krzywdy. To je musiało spotkać coś strasznego.
- Gdzie są wasi rodzice? - zapytała, a sądząc, że może nie są Francuzkami, powtórzyła pytania po angielsku. - Rozumiecie, co mówię?
Ania potaknęła skinieniem głowy, a Mary Jane odpowiedziała:
- Moja przyjaciółka spadła ze wzgórza.
- Mon Dieu! - Starsza pani chwyciła się za serce. - Jak to się stało? - Uniosła brwi zdumiona.
- Podeszłam za blisko urwiska, poślizgnęłam się i spadłam - odpowiedziała Ania, mając nadzieję, że jej wyjaśnienie zabrzmiało wiarygodnie. - Zatrzymałam się na tej niewielkiej półce skalnej - wskazała ręką - a Mary Jane mnie uratowała - zakończyła Ania, choć ta krótka relacja była tylko po części zgodna z prawdą.
Uniosła głowę. Znowu zdawało jej się, że wrogi cień przemknął po niebie.
Pani Isabelle wychyliła się ostrożnie, aby zerknąć w dół.
- Miałyście wielkie szczęście - szepnęła, zaglądając w gardziel przepaści, którą morze zagarniało zachłannie. Spienione jęzory fal sięgały już półki skalnej, na której jeszcze chwilę wcześniej Ania walczyła o życie. - Wprost niewiarygodne szczęście.
Starsza pani z troską popatrzyła na dziewczynki.
Ania nie mogła przecież powiedzieć jej całej prawdy, ta kobieta i tak by nie uwierzyła. Zresztą nie miały z Mary Jane czasu na wyjaśnienia, musiały odnaleźć Bartka, Jima i Martina. Im również coś musiało się przytrafić. Każda minuta była wprost bezcenna, odkąd przybyli do Cherbourg w Dolnej Normandii. Ultimatum przecież brzmiało wyraźnie: albo rozgryzą szyfr, albo...
Normandia:
kraina w północnej Francji nad kanałem La Manche. Nazwa tego regionu wywodzi się od Normanów, którzy w IX wieku żeglowali w górę Sekwany. Z czasem najeźdźcy zaczęli się osiedlać na tych ziemiach i założyli swoją stolicę w Rouen. Charakterystyczne dla tego regionu są piękne zielone pastwiska, lasy i sady jabłoniowe. Przyjeżdżali tutaj dziewiętnastowieczni impresjoniści - w Giverny znajduje się słynny ogród Moneta. W 1944 roku na plażach w Normandii wylądowały wojska aliantów. Pamiątki po tym zdarzeniu znajdują się tam do dziś.
Rozdział IITajemniczy pochówek
Karl Kastner otarł ręcznikiem spocone czoło. Chwilę odsapnął i po raz kolejny wbił łopatę w ziemię. Najcięższą pracę wykonała już koparka, ale Karl lubił być dokładny i w kilku miejscach postanowił osobiście poprawić maszynę, nim zaczną wylewać fundamenty pod pensjonat, który zamierzał zbudować. Potem już nic nie da się poprawić. Odrzucił na bok skibę ziemi i aż krzyknął.
Cofnął się odruchowo, ale po chwili zaintrygowany podszedł bliżej, aby przyjrzeć się temu, co właśnie odkopał.
Wśród brązowej, wilgotnej ziemi bielały czyjeś kości.
- Czaszka! - Rozpoznał wypukły kształt i na wszelki wypadek wykonał znak krzyża. - Czyżby ktoś został tu pochowany? - zastanawiał się na głos.
W pobliżu jednak nigdy nie było żadnego cmentarza. Karl budował swój pensjonat w urokliwym miejscu, na niewielkim wzniesieniu w łagodnym zakolu Dunaju, w jednej z południowych dzielnic Ratyzbony.
Odłożył łopatę, ukucnął i dłonią zaczął delikatnie rozgarniać piasek. Już po chwili ukazała się żuchwa. Gdy dotknął jej palcem, wyleciał z niej kształtny ząb. Karl przestraszył się i znowu się przeżegnał. Czaszka musiała być bardzo stara. Wiedziony coraz większą ciekawością odgrzebał jeszcze kilka garści ziemi, a wtedy pokazały się inne kości ludzkiego szkieletu odzianego w resztki tkaniny. Z odzienia pozostały właściwie tylko niewielkie skrawki, ale materiał, z którego niegdyś wykonano szatę, musiał być piękny - ocenił Karl.
Ratyzbona:
powstała w miejscu starej osady celtyckiej Radasbony. Później znajdował się tam obóz rzymskich legionistów. Na terenie Starego Miasta można zobaczyć kamienne pozostałości rzymskich budowli.
- Kim jesteś? - wyszeptał.
Szkielet nie mógł mu jednak odpowiedzieć.
Kastner zastanawiał się właśnie, co powinien zrobić ze swoim znaleziskiem, gdy nagle gruda piasku, w której spoczywała czaszka, osunęła się i w ciepłym promieniu słońca coś zalśniło.
Rozgarnął ziemię, starając się nie naruszyć zbytnio znaleziska, koniecznie jednak chciał się dowiedzieć, co tak lśni. Poczuł w dłoniach coś twardego i chłodnego, tym razem to na pewno nie była kość.
- Mein Gott! - wyszeptał, gdy zobaczył piękny złoty diadem.
Pierwszy raz w życiu Karl znalazł prawdziwy skarb.
Kim była osoba nosząca ten diadem na głowie?
Karl nie był archeologiem, ale intuicja podpowiadała mu, że została tu pochowana kobieta. Dostrzegł zarys reszty szkieletu, ale kości były w fatalnym stanie. Jako laik w tej dziedzinie wolał ich już nie ruszać. Lecz zwykła ludzka ciekawość i odnaleziony złoty diadem sprawiły, że zaczął się rozglądać i przeczesywać palcami grudki ziemi. Po kilku minutach natrafił na szklane i bursztynowe paciorki oraz pierścionki. A więc się nie mylił, szczątki należały do kobiety, i to chyba dość zamożnej, sądząc po liczbie ozdób.
Wykopalisko było tak niezwykłe, że Karl postanowił zawiadomić o nim archeologów. Co prawda budowa jego pensjonatu zapewne się opóźni, gdy tylko opowie o tym pochówku, ale czuł, że właśnie tak powinien postąpić.
Zabrał złoty diadem i trochę szklanych i bursztynowych paciorków, zawinął to wszystko w ręcznik, a potem dół, w którym spoczywał szkielet, zakrył deskami i odpowiednio zabezpieczył go przed ciekawskimi oraz deszczem.
Jeszcze tego samego dnia zawiadomił urząd konserwatorski w Ratyzbonie i przekazał mu odkryte przez siebie skarby.
W sobotni ranek na budowie Karla pojawiło się dwóch mężczyzn o surowych i nieprzyjemnych twarzach. Wyglądali, jakby należeli do tajnej policji.
Karl Kastner poczuł niepokój. Tego dnia pracował sam na budowie.
Mężczyźni przedstawili się krótko.
- Anton Ebeling - rzekł ten w okularach o złoconych oprawkach. Ubrany był w spodnie i koszulę w ciemnozielonym kolorze.
- Peter Wanke - powiedział mężczyzna w dżinsach i granatowej sztruksowej marynarce. - Proszę pokazać nam grób. Jesteśmy z urzędu konserwatorskiego.
Karl odsunął zabezpieczenie z desek, a Anton i Peter zajrzeli do wnętrza. Wymienili ze sobą znaczące spojrzenia.
- Oprócz diademu i ozdób znalazł pan coś jeszcze? - zapytał Peter.
Karlowi nie spodobał się surowy ton jego głosu.
- Niczego więcej nie znalazłem, nie kopałem, nie chciałem zbytnio uszkodzić znaleziska.
- I tak je pan naruszył - zbeształ Bawarczyka Anton.
Karl poczuł się dotknięty.
- Nie jestem archeologiem, buduję pensjonat, skąd mogłem wiedzieć, że będzie pod nim grobowiec? Niczego nie ukradłem, jeśli o to mnie podejrzewacie - powiedział z wyrzutem.
- Nie podejrzewamy pana. - Peter złagodził ton. - Wiemy, że jest pan uczciwym obywatelem. To po prostu bardzo ważne znalezisko. Sądzimy, że została tu pochowana celtycka księżniczka, a jej grób może liczyć dwa tysiące lat. Szukaliśmy go już od dawna. Niewykluczone, że całe wzgórze, na którym chce pan postawić pensjonat, powstało ze zniwelowanych kurhanów.
- Buduję pensjonat w sąsiedztwie cmentarzyska? - Karlowi ciarki przeszły po plecach.
Peter Wanke rozłożył ręce.
- Na to wygląda.
- Na razie natrafił pan na jeden grób, i to chyba ten najważniejszy - dodał Anton. - Proszę niczego już tu nie ruszać, teraz my zajmiemy się badaniami.
- Kiedy będę mógł kontynuować budowę pensjonatu? - zapytał zatroskany Karl.
Każde opóźnienie w budowie oznaczało spore straty.
- Trudno powiedzieć, postaramy się wykonać wszelkie prace jak najszybciej.
Celtowie:
nazywani także Gallami, to ludy pochodzenia indoeuropejskiego. W II tysiącleciu p.n.e. zamieszkiwali tereny południowych Niemiec. Potem opanowali Wyspy Brytyjskie, Francję oraz Półwysep Iberyjski. Dotarli również do Polski. Z czasem plemiona celtyckie uległy romanizacji, przejęły język oraz kulturę Rzymian. Jednym z najsłynniejszych Celtów był wódz plemienia Arwernów - Wercyngetoryks, który dowodził powstaniem przeciwko Rzymowi. Został jednak pokonany przez Juliusza Cezara. Wierzenia religijne Celtów związane były z kultem sił przyrody. Byli świetnymi rzemieślnikami i zdolnymi artystami.
Kurhan:
mogiła, w której umieszczano ciała zmarłych. Pomieszczenia grobowe miały konstrukcję drewnianą lub kamienną. Nad komorą grobową usypywano najczęściej okrągły, stożkowaty kopiec.
- Proszę nam tylko obiecać, że nie będzie pan tu na razie zaglądał! - rzekł z naciskiem Peter.
- Ale dlaczego? Nie mogę nawet przypatrywać się pracy archeologów? Nie będę w niczym przeszkadzał. - Karl był bardzo ciekawy znaleziska. Pierwszy raz miałby okazję przyglądać się pracy specjalistów. - Zresztą to moja działka - podkreślił urażony wykluczeniem z badań.
- Rozumiem, że to pana działka, ale sprawa jest ściśle tajna. - Anton zacisnął wąskie usta. - Lepiej, żeby pan się do tego nie mieszał. - W jego głosie zabrzmiała groźba.
"Dziwne - pomyślał Karl, czując się w obecności tych mężczyzn nieswojo. - O co im chodzi? Co jeszcze kryje się w tym grobowcu?" - zastanawiał się, lecz głośno odpowiedział:
- Dobrze, będę trzymał się od tego z daleka, jeśli to takie ważne dla panów - obiecał.
Nie miał jednak najmniejszego zamiaru dotrzymać słowa. To przecież była jego ziemia i nikt nie mógł mu zabronić przebywania na terenie działki, a już tym bardziej ci tajemniczy mężczyźni, którzy wcale nie wyglądali na archeologów.
Karl Kastner postanowił być czujny.
Rozdział IIIEliksir
Późnym popołudniem prawnik John Bradford w dzielnicy Gangnam-gu zmierzał na rozmowę ze swoim klientem. John reprezentował firmę Redson & Brown, której siedziba znajdowała się w Nowym Jorku. Zerknął na zegarek i przyspieszył kroku. Nie pierwszy raz przyjechał do Seulu. Jego kancelaria prawnicza obsługiwała kilka ważnych koreańskich firm. Zwykle John podchodził do takich spraw z zawodową rutyną, lecz tym razem czuł pewną obawę. Człowiek, z którym miał się spotkać, był zupełnie nowym klientem kancelarii Redson & Brown, a od tej sprawy miała w dużej mierze zależeć przyszła kariera Johna. Jeśli poprowadzi ją dobrze, awansuje i wreszcie zostanie starszym partnerem, a to oznaczało i większe pieniądze, i większy prestiż. Na brak gotówki i tak nie narzekał, o czym świadczył jego garnitur z metką Dolce & Gabbany, markowe buty, idealnie dobrany krawat i złoty zegarek. Ale gdyby zarabiał znacznie więcej, mógłby pozwolić sobie na dodatkowe luksusy, jego potrzeby przecież wciąż rosły.
Myśląc o tym, zmierzał zatłoczoną ulicą wprost do hotelu Parnas, w którym umówił się z klientem. Wcześniej jechał taksówką, lecz ulica była tak zakorkowana, że resztę drogi postanowił przebyć pieszo, byleby nie spóźnić się na to strategiczne spotkanie. Ucierpiały co prawda na tym jego buty, ale gdy wchodził do hotelu, taksówka nadal tkwiła w korku z pół kilometra dalej.
Jeszcze raz sprawdził godzinę, a upewniwszy się, że jest minutę przed czasem, odetchnął z ulgą. Konsjerż zaprowadził go do apartamentu klienta. John nie widział go wcześniej, sprawę tę zlecono mu zaledwie kilkanaście godzin temu. Miał niewiele czasu, aby dotrzeć do Korei Południowej. Sądził, że jego klient jest Koreańczykiem, dlatego zdumiał się, gdy przywitał go wysoki, szczupły Amerykanin.
- Dzień dobry, Alan Godwin - przedstawił się mężczyzna.
Po wymianie uprzejmości Godwin wskazał Johnowi wygodny fotel.
- Proszę, niech pan siada, mamy do omówienia kilka ważnych spraw. Przejdźmy od razu do rzeczy, ponieważ mam niewiele czasu.
- Rozumiem. - John skinął głową.
Ustawił teczkę obok fotela. Czuł się nieco speszony, ponieważ tak naprawdę nie wiedział dokładnie, jaką sprawą ma się zająć - klient nie sprecyzował tego wcześniej. Godwin był gotów jednak zapłacić kancelarii krocie.
Niepokój, który John poczuł już wcześniej, powrócił. Miał tylko nadzieję, że nie chodzi tu o jakieś ciemne sprawki, bo bardzo tego nie lubił.
- Jakiej porady pan ode mnie oczekuje? - zapytał.
Alan uśmiechnął się półgębkiem.
- Nie potrzebuję porady. - Rozparł się wygodnie za szerokim biurkiem.
John napiął się czujnie.
- Nie? Zatem jakiego rodzaju pomoc mogę panu zapewnić?
- Zastanawia się pan pewnie, co robię w Korei. - Godwin zmrużył oczy, patrząc na Johna.
- Zapewne prowadzi pan tutaj interesy - odparł prawnik krótko.
- Właśnie. I szukam pewnej rzeczy... - Uśmiechnął się tajemniczo.
- Słucham? - John poruszył się niespokojnie, przeczucie podpowiadało mu, że jego awans będzie zależał od tego dziwnego człowieka.
- Szukam eliksiru.
- Eliksiru? - John w pierwszej chwili nie zrozumiał. Przez moment sądził, że to kryptonim jakiejś sprawy, w kancelarii też przecież nadawano różnym przypadkom dziwaczne nazwy.
- Niech pan nie robi takiej zdziwionej miny - powiedział Godwin, patrząc z ukosa na prawnika. - Bo uznam, że nie nadaje się pan do tej pracy i zatrudnię kogoś innego. Czy mam napisać do pańskich przełożonych, że pan rezygnuje? - Wyciągnął z kieszeni marynarki telefon, jakby zamierzał od razu go użyć.
Bradford poczuł suchość w gardle. Godwin był obecnie kluczowym klientem, pieniądze, jakie był gotów zapłacić kancelarii, sprawiły, że wyraźnie zalecono Johnowi, by wywiązał się należycie z obowiązków i nie nawalił.
"Twój awans zależy od tego, jak sobie poradzisz" - John przypomniał sobie słowa przełożonego, Marvina Gladstone'a.
- Ależ w porządku - odparł. - Postaram się zrozumieć wszystkie aspekty tej sprawy, aby w pełni służyć panu pomocą - zapewnił szybko. - Prawną - dodał na wszelki wypadek.
"O co może mu chodzić z tym eliksirem? Może uciekł z wariatkowa i potrzebuje pomocy prawnika, bo zarząd jego spółki chce go odsunąć od interesu?" - zastanawiał się tymczasem.
Jeszcze nigdy nie pracował z wariatem, choć wielu klientów było lekko stukniętych, jeśli spojrzeć na to uczciwie.
- A może chodzi o jakiś kosmetyk? - Olśniło go nagle.
- Widzę, że główkuje pan, to dobrze. - Godwin uśmiechnął się z satysfakcją, obserwując twarz prawnika. - Ale nie zgadł pan. - Po krótkiej pauzie dodał: - Prowadzę wiele interesów, a moja firma zajmuje się między innymi poszukiwaniem pewnych cennych rzeczy. Nieźle na tym zarabiamy.
John skinął głową, słuchając uważnie. Wolał już nie robić żadnych uwag ani nie zadawać zbędnych pytań, żeby się nie ośmieszać. Lepiej, aby klient sam wyjaśnił, czym tak naprawdę się zajmuje.
Godwin tymczasem ciągnął dalej:
- Poszukiwania, które obecnie prowadzę, to interesujące, ale i wyczerpujące zajęcie. Praca dwadzieścia cztery godziny na dobę.
- Domyślam się - wtrącił John, aby wykazać, że uważnie słucha.
- I wiąże się z nią wiele problemów prawnych - dodał Alan.
John wreszcie pojął, po co został wynajęty.
- Chodzi o przeszkody prawne? - próbował znowu zgadnąć.
- Dokładnie tak. - Godwin zadowolony stuknął długopisem o biurko. - Wiele prawnych kruczków komplikuje nam poszukiwania albo utrudnia zdobywanie informacji. Dobry prawnik usunie nam te kłody spod nóg. I tu właśnie otwiera się szerokie pole dla pańskiej kariery, Johnie.
Prawnik zamarł.
Zachował kamienną twarz, lecz poczuł, że robi mu się niedobrze. Może ze zmęczenia i dlatego że nie zdążył zjeść obiadu. A może poczuł się niepewnie, bo nie prowadził jeszcze tak dziwacznej sprawy, o której praktycznie nic nie wiedział. Po dłuższym namyśle stwierdził jednak, że nie może sobie pozwolić na odmowę - obojętnie czego szukał jego klient, musi mu w tym pomóc.
- Od czego zaczynamy? - Sięgnął po teczkę, otworzył ją i wyciągnął przybory do pisania.
- Zaraz się pan dowie...
Rozdział IVJaskinia grozy
Gdy Mary Jane wraz z Anią wreszcie dotarły do jaskini, pojęły, dlaczego Bartek, Jim i Martin nie przybyli im z pomocą.
- Hej! Gdzie jesteście? - nawoływała Ania drżącym głosem. - Nie ma ich tu.
Jaskinia była dość wąska i niezbyt długa, nie można było się w niej ukryć.
- Może to nie ta jaskinia? - Mary Jane się zawahała, omiatając wnętrze pieczary światłem latarki. - Albo jest jakieś inne wejście?
- Słyszałaś? - przerwała jej Ania.
Dziewczynki przystanęły. Teraz i Mary Jane wyraźnie usłyszała jakby zduszone głosy.
- Spójrz, tutaj jest przejście.
Za załomem skały, ukryty przed wzrokiem osoby wchodzącej, znajdował się korytarz łączący dwie jaskinie. Sąsiednia pieczara była znacznie większa, a pośrodku niej stała duża drewniana skrzynia. To właśnie z niej dobiegały głosy chłopców.
- Na pomoc! Ratunku! Jest tam ktoś? - krzyczeli, łomocząc w drewniane deski.
- Bartek! Co wy tam robicie? - Ania szarpnęła za skobel zamykający wieko skrzyni.
Specjalne wzmocnienia sprawiły, że chłopcy, mimo że silni, nie byli w stanie samodzielnie się wydostać.
Dziewczynki podniosły wieko.
- Uff, dzięki! - Jim odetchnął pełną piersią.
- Kto was tu zamknął? - Mary Jane z czułością przygarnęła rozczochranych braci.
- A wam co się stało? - Bartek wygramolił się ze skrzyni i dopiero teraz dostrzegł, w jakim stanie jest jego siostra.
- Spadłam z klifu - odparła Ania. - To monstrum...
Głos uwiązł jej w gardle.
- Widziałaś je? - Martin przełknął głośno ślinę.
- Jak ciebie tutaj - odparła Ania ponuro.
- Myślicie, że TO jest prawdziwe? - zająknął się Martin. - I skąd TO wie, że jesteśmy tutaj?
Mary Jane wzruszyła ramionami.
- Zaatakowało nas, gdy szłyśmy brzegiem klifu do latarni.
- Powiedzmy sobie wprost, to coś wyglądało jak... - Ania urwała.
- Ciii! - Bartek położył palec na ustach.
Usłyszał niewyraźne dźwięki, jakby szczekanie psa.
- To pani Isabelle spaceruje po plaży ze swoim pupilem - wyjaśniła Mary Jane. - Lepiej, żeby nas nie zobaczyła, bo musiałybyśmy się jej znowu tłumaczyć. Z trudem powstrzymałyśmy ją przed wezwaniem policji i pogotowia. Kto was tu zamknął? - ponowiła pytanie.
- Było ich trzech - odpowiedział Jim. - Natknęliśmy się na nich, gdy weszliśmy do jaskini.
- Może to ci, którzy wysłali ultimatum? - zastanawiała się głośno Mary Jane. - Zastawili na nas pułapkę?
- Nie mam pojęcia, kim byli. - Bartek pokręcił głową. - A wy znalazłyście coś w latarni?
- Nawet do niej nie doszłyśmy. - Ania wskazała swoje poranione kolana.
- Musimy koniecznie sprawdzić latarnię. - Bartek skierował się do wyjścia z jaskini.
- Jeżeli eliksir był w skrzyni, a oni go wcześniej zabrali - Ania przytrzymała rękę brata - to co będzie dalej? Nie jesteśmy w stanie go odzyskać. Co z panną Ofelią?
- Musimy wrócić, zanim przyjadą rodzice. - Bartek spojrzał po przyjaciołach. Wszyscy wyglądali okropnie. - Trzeba będzie się ogarnąć. - Mrugnął do nich okiem.
Bartek wyjrzał ostrożnie z jaskini, a ponieważ nikogo na plaży nie dostrzegł, machnął na resztę grupy.
- Droga wolna!
Gdy przyjaciele powrócili do przytulnego wynajmowanego domu stojącego samotnie niedaleko klifów, dorosłych jeszcze nie było. Ania zaczęła się martwić - czyżby ich też spotkało coś złego? A Kasztelan? Wciąż nie było od niego nowych wiadomości. Pozostał w Paryżu, na wypadek gdyby pojawił się nowy trop w tej historii, ale na razie sprawa utknęła w martwym punkcie.