Kroniki Archeo. Oko węża. Tom 10 - Agnieszka Stelmaszyk

-
Proszę czekać
?

Co za przykra sprawa! - Dieter Ragnitz westchnął, odrywając wzrok od gazety. Był to mężczyzna w średnim wieku, o skroniach przyprószonych siwizną, ubrany w granatową marynarkę i beżowe spodnie. W pensjonacie Ludwigs spędzał urlop. Lubił tam przyjeżdżać, by odpocząć od zgiełku Berlina, w którym mieszkał na co dzień.

- Co się stało? - zapytał Bartek, zaciekawiony reakcją pana Dietera.

Zaprzyjaźnił się z nim tego samego dnia, w którym Ostrowscy wynajęli uroczy domek w zacisznej okolicy na obrzeżach Füssen, niewielkiego miasta w samym sercu bawarskich Alp.

Zarówno Ostrowscy, jak i pan Ragnitz lubili zachodzić do kafejki, w której podawano lokalne przysmaki. Mężczyzna okazał się wesołym gawędziarzem i z przyjemnością opowiadał o wszystkich okolicznych atrakcjach i zabytkach, które warto zobaczyć. Znał również wiele ciekawych historii i anegdot, dlatego Bartek i Ania natychmiast znaleźli z nim wspólny język.

Pan Ragnitz świetnie mówił po angielsku, więc bez problemu mogli się z nim komunikować.

- Co pan przeczytał? - spytała Ania, wskazując monachijską gazetę "Süddeutsche Zeitung", w którą wpatrywał się pan Dieter.

- Och, przepraszam... - Mężczyzna ocknął się z zamyślenia.

Z lekkim zakłopotaniem popatrzył na Bartka, pałaszującego porcję lodów, i Anię, która w swojej Kronice Archeo rysowała zieloną alpejską łąkę, pełną pachnących kwiatów. Taki bowiem pejzaż, z majestatycznymi szczytami gór rysującymi się na tle błękitnego nieba, podziwiała z kawiarnianego tarasu.

- Nad jeziorem Starnberger znaleziono dwa ciała - odpowiedział pan Dieter, po czym umilkł. Zerknął na Anię i Bartka.

Nie chciał tych młodych ludzi szokować takimi sprawami, więc odbiegł od tematu.

- Jak wam się podoba Bawaria? - zapytał.

- Pięknie tu! - odparła Ania, zmieniając pastelową kredkę. Jednak zaintrygowana wzmianką z artykułu, chciała wiedzieć więcej. - Co się tam wydarzyło? Nad jeziorem Starnberger? Ktoś się utopił? - dodała z lekkim przestrachem.

- Na szczęście to nic tragicznego - odparł z westchnieniem ulgi pan Dieter, doczytawszy relację do końca. - Ta prasa coraz bardziej schodzi na psy! - mruknął. - Umieszczają w gazetach krzykliwe tytuły, by przyciągnąć uwagę. Ach! - zirytował się. - Człowiek zdąży się zmartwić, zdenerwować, przeczytawszy taki news, a potem okazuje się, że to jakaś głupota. Tytuł sugerował, że z jeziora wyłowiono topielców, i dopiero dalej jest wyjaśnione, że to nie były ludzkie ciała.

- A czyje? - zapytał Bartek, zerkając na gazetę.

Spodziewał się jakichś rewelacji o przybyszach z kosmosu albo innych równie idiotycznych wieści rodem z brukowca, ale pan Dieter czytał przecież całkiem poważną prasę.

Wreszcie mężczyzna rozwiał jego wątpliwości.

- Tak naprawdę to nie były ciała, lecz kukły. Wyjątkowo marny żart! - ocenił zniesmaczony.

- Żart? - zdziwiła się Ania.

- Nie wiem, jak to inaczej nazwać i co chciał osiągnąć autor tego kiepskiego dowcipu. Bądź co bądź, to król!

- Jaki król? - Zdumiony Bartek uniósł brwi.

- Już wyjaśniam. - Pan Ragnitz położył gazetę na stole i pokazał zdjęcie zrobione nad jeziorem Starnberger.

Na jego powierzchni unosiły się dwa ciała. Rzeczywiście wyglądało to makabrycznie, ale z treści artykułu wynikało, że ktoś wykonał ludzkie kukły i wrzucił je do wody.

- Jedną upodobnił do króla Bawarii - kontynuował niemiecki znajomy. - Do Ludwika II Wittelsbacha - uściślił.

- Nazywanego Bajkowym Królem? - upewniła się Ania.

- Właśnie tego.

- Jutro będziemy zwiedzać jego zamek. - Ania wskazała leżącą na stole ulotkę z wizerunkiem wspaniałego zamku Neuschwanstein.

- Mieliśmy również jechać nad jezioro Starnberger - przypomniał Bartek. - Po tym jak pan polecił nam to miejsce.

- Tak, ale w tej sytuacji nie wiem, czy to dobry pomysł. Jeśli znowu ktoś wywinie taki głupi numer, może was przestraszyć. Ba, sam bym się nie czuł komfortowo! - mówił pan Dieter, posapując z niezadowoleniem.

- Nie jesteśmy już małymi dziećmi! - zaprotestowała Ania. - Nie boimy się. Zwłaszcza zwykłych kukieł. Ale dlaczego ktoś upodobnił jedną do króla?

Pan Ragnitz zamyślił się, a po chwili rzekł:

- Nie wiem, dlaczego jakiś łobuz to zrobił. Bo to musiał być łobuz. Chciał chyba nawiązać do wydarzeń sprzed lat.

Mężczyzna na chwilę umilkł, a potem opowiedział Ani i Bartkowi smutną historię z ostatnich lat życia bawarskiego króla.

- Otóż - podjął opowieść - w podobnych do opisywanych w gazecie okolicznościach znaleziono zwłoki Ludwika Bawarskiego i jego lekarza. To bardzo romantyczna i jednocześnie tragiczna historia - podkreślił pan Ragnitz. - Ludwik był marzycielem. Interesował się sztuką, historią, lecz nie zajmował się za bardzo sprawami królestwa. Całkowicie poświęcił się budowie pałaców i zamków, nie bacząc na związane z tym konsekwencje, przede wszystkim finansowe. Nie słuchał swoich ministrów. Tymczasem wznoszone z wielkim rozmachem budowle pochłaniały krocie. Członkowie rodziny Wittelsbachów nie mogli spokojnie patrzeć, jak król trwoni rodzinną fortunę gromadzoną od pokoleń. Premier starał się namówić Ludwika do oszczędności, ale on zareagował na to bardzo gwałtownie i przedstawił jeszcze bardziej kosztowne plany. Sytuacja stała się niezwykle napięta i poważna.

Pan Dieter na moment umilkł, by zaczerpnąć tchu, a potem relacjonował dalej.

- Wkrótce zawiązał się spisek mający na celu odsunięcie króla od władzy. Przystąpił do niego wuj Ludwika, książę Luitpold, którego skuszono obietnicą funkcji regenta. Pozbawienie monarchy tronu nie było łatwe, dlatego spiskowcy postanowili udowodnić, że Ludwik jest chory psychicznie i jako niepoczytalny nie może sprawować rządów. Lekarz, który zgodził się wziąć udział w tym przedsięwzięciu, doktor Bernhard von Gudden, zajmował się w przeszłości bratem Ludwika, który rzeczywiście miał problemy psychiczne. Doktor miał postawić diagnozę. Nie była ona jednak zbyt rzetelna, ponieważ nie badał króla osobiście, lecz oparł się na zeznaniach licznych świadków z otoczenia Ludwika.

- Nie zbadał pacjenta? - zdziwił się Bartek.

- Spiskowcy nie chcieli, by król się zorientował, że zamierzają pozbawić go tronu. Oficjalne badanie od razu wzbudziłoby podejrzenia Ludwika - wyjaśnił pan Dieter. - A monarcha miał asa w rękawie i gdyby tylko się domyślił, co się święci, wykonałby ruch obronny.

- Co mógłby zrobić? - zaciekawiła się Ania.

- Skorzystałby ze swoich uprawnień - odparł pan Ragnitz. - Jednym z nich była możliwość rozwiązania rządu. Często odwoływał ministrów, gdy tylko któryś mu się naraził. Dlatego doktor Gudden swoją diagnozę oparł na zeznaniach dworzan.

- Czy wszystkie te relacje były wiarygodne? - dopytał Bartek.

- Można się tylko domyślać, że nie wszystkie. Tym bardziej że czasem zachowanie Ludwika było naprawdę dziwaczne. W trakcie zeznań ktoś na przykład twierdził, że służący usługujący przy stole nie mogą patrzeć na jedzenie ani na Ludwika albo że zamiast pukać do drzwi, służba musi w nie skrobać. Takie żądania musiały wydawać się jego otoczeniu dziwne i łatwo było przekonać wszystkich o niepoczytalności. Gdy Gudden postawił właśnie taką diagnozę, aresztowano króla i zamknięto go w zamku Berg nad jeziorem Starnberger. Dla Ludwika to był wielki wstrząs.

- To tam znaleziono teraz kukły? - Ania chciała się upewnić, czy dobrze kojarzy fakty.

- Tak. Ale słuchajcie dalej.

Pan Ragnitz usadowił się wygodniej na krześle i przeszedł do sedna sprawy.

- Parę dni po uwięzieniu Ludwika rozegrał się ostatni, najbardziej dramatyczny akt tej historii. Pewnego dnia król i jego lekarz wybrali się na spacer leśną ścieżką niedaleko jeziora. Gdy minęło kilka godzin, a obaj mężczyźni nie wrócili do zamku, zorientowano się, że coś jest nie tak. Zaczęto ich szukać. Tymczasem rozpętała się burza i poszukiwania prowadzono w bardzo trudnych warunkach: wiał silny wiatr i padał rzęsisty deszcz. Wreszcie któryś z poszukiwaczy zszedł ze ścieżki i skręcił w stronę jeziora. Tam znalazł płaszcz króla. Kilka metrów dalej w płytkiej przybrzeżnej wodzie unosiły się dwa ciała. Były to zwłoki Ludwika i jego lekarza. A teraz dokładnie w tym samym miejscu znaleziono dwie kukły - zakończył, wzdychając, pan Ragnitz.

- Czy ta druga przypominała doktora Guddena? - zapytał Bartek.

- Wszystko na to wskazuje - odrzekł pan Dieter. - Ktoś dokładnie odtworzył to zdarzenie. Nie wiem tylko, dlaczego to zrobił i jaki miał w tym cel. Czy chodziło mu tylko o tanią sensację? Lub news do gazety?

- Albo liczbę polubień na Instagramie? - dodała Ania z kwaśnym uśmiechem.

- Tak, świat schodzi na psy - powtórzył swoje ulubione powiedzonko pan Ragnitz.

Po tym, jak poznali szczegóły smutnej historii Bajkowego Króla i okoliczności jego śmierci, opisane w gazecie zdarzenie z poprzedniego dnia zaniepokoiło Anię i Bartka.

Czy na pewno był to tylko kiepski żart?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
?

Kiedy mężczyzna się ocknął, złowił uchem niepokojący szelest wśród bambusów. Zaraz potem dostrzegł tajemniczy cień przemykający chyłkiem między zaroślami i usłyszał cichy pomruk...

Ze zdumieniem rozejrzał się wokół. W pierwszej chwili pomyślał, że to jakiś zły sen. Nie miał pojęcia, co robi pośrodku dżungli i dlaczego leży na ziemi.

Dopiero po dłuższej chwili do jego świadomości dotarło straszne wspomnienie. Chciał się podnieść, ale wtedy przeszył go dotkliwy ból w lewym boku. Zrozumiał, że jest ranny - krew wciąż sączyła się z miejsca, gdzie został ugodzony sztyletem.

Między bambusami znowu przemknął złowrogi cień, tym razem znacznie bliżej. Mężczyzna poczuł ostrą woń dzikiego zwierzęcia i ujrzał wpatrzone w siebie żółte ślepia.

- Tygrys! - wyszeptał przerażony.

Rozejrzał się gorączkowo, ale nie znalazł przy sobie broni. Widocznie zgubił strzelbę w trakcie szaleńczej ucieczki.

Oddychał gwałtownie, czując narastający strach. Bezbronny i ranny nie miał najmniejszych szans w starciu z drapieżnikiem. A więc tak skończy się jego przygoda? Tego właśnie chciał?

Gorzkie myśli pełne żalu przemykały mu przez głowę. Miał z tej wyprawy wrócić z cennym łupem, lecz plany pokrzyżowało wojownicze plemię. Nie docenił strażników złotej pagody. Sądził, że to będzie kilkunastu dzikusów, których łatwo da się przechytrzyć i bez problemu będzie można odebrać im skarb. Tymczasem walczyli o niego zaciekle, raniąc najdzielniejszych uczestników wyprawy. "Pewnie nikt nie ocalał" - pomyślał mężczyzna.

Tymczasem tygrys pomrukiwał coraz groźniej i uderzał ogonem o ziemię. Niechybny znak, że zaraz zaatakuje...

Nagle stało się coś nieoczekiwanego.

Drapieżnik wydał z siebie przeciągły, wściekły ryk, po czym odwrócił się i pozostawiając za sobą lekki odór, odszedł w las.

Mężczyzna wstrzymał oddech. Nie mógł pojąć, co się właściwie stało. Czy zwierzę naprawdę odeszło? Czy nie czai się gdzieś w gąszczu zieleni?

A może coś je wystraszyło? Lecz co mogło wystraszyć tygrysa?! Coś jeszcze groźniejszego... Inna bestia?

Przyciskając rękę do krwawiącej rany, mężczyzna wstał. Zachwiał się, ale utrzymał równowagę i zrobił kilka kroków. Musiał poszukać schronienia, jakiejś kryjówki, gdzie odpocznie, dopóki nie poczuje się lepiej i nie wzmocni się na tyle, że będzie mógł kontynuować ucieczkę.

Obejrzał ranę i ocenił, że nie jest tak źle. Nie była zbyt głęboka, więc przy odrobinie szczęścia powinna się szybko zasklepić. Potrzebował tylko ziela, które przyśpieszyłoby gojenie, i odrobiny wytchnienia.

Utykając, dotarł do niewielkiej groty. Stwierdził, że jest w niej bezpiecznie, więc postanowił przeczekać tam noc, bo z wolna zapadał już zmierzch.

Chętnie rozpaliłby ognisko, ale bał się, że tamci mogliby je zauważyć. Strażnicy pagody zapewne krążyli gdzieś w pobliżu. Czy tygrys ich wyczuł i dlatego zrezygnował z ataku? Jeśli tak, to znajdowali się blisko i musieli być bardzo groźni, skoro nawet dzikie zwierzęta unikały ich towarzystwa.

- Ale i tak tu wrócę! - mruknął mężczyzna, zaciskając pięść.

Żądza posiadania skarbu, który znajdował się w pagodzie, była silniejsza niż strach.

Blady promień księżyca na moment oświetlił wejście do groty. Mężczyzna przysunął się do kręgu światła i wyciągnął z kieszeni pomiętą mapę. Przyjrzał się jej uważnie, po czym sięgnął po patyk i maczając go we własnej krwi, dokonał kilku zasadniczych poprawek.

Wcześniej otrzymał niezbyt precyzyjne wskazówki, dlatego zbyt długo błądził po dżungli. Uczestnicy ekspedycji stracili przez to mnóstwo sił i być może z tego powodu zostali pokonani.

Mężczyzna postanowił, że następnym razem lepiej się przygotuje. Musi tylko dobrze oznaczyć pewne miejsca, tropy, by po dłuższym czasie udało mu się trafić tutaj ponownie.

Kręte ścieżki w dżungli prędko zarastają, dlatego do złotej pagody nigdy wcześniej nie dotarł żaden Europejczyk. Nikt z białych ludzi nie poznał jej sekretów ani nie wykradł pilnie strzeżonego skarbu.

Ale wkrótce miało się to zmienić.

Już niedługo...