Rozdział pierwszy Scheda
Rozdział pierwszy
Scheda
Są tacy ludzie, których w życiu prześladuje wieczny pech. Cokolwiek by
robili, aby oszukać wredny los, i tak zawsze wpadną z deszczu pod rynnę,
wstaną z łóżka lewą nogą i to do nich właśnie nieszczęścia przychodzą
parami, a nawet trójkami, jeśli wierzyć Anglosasom.
Są też tacy, którym szczęście dopisuje zuchwale i wbrew wszystkiemu,
nawet wtedy, gdy zgodnie z wszystkimi prawami rządzącymi wszechświatem
dopisywać nie powinno. Słońce zaświeci im nawet zza najcięższej chmury,
zawsze spadną na cztery łapy, a wyjątkowo pomyślne okoliczności znajdą
do nich drogę, choćby musiały wcześniej chodzić bardzo pokrętnymi
ścieżkami.
Wygląda na to, że obecnie zaliczam się właśnie do tej grupy
szczęśliwców.
Nie było tak zawsze. Wcześniej wiodłam żywot całkiem zwyczajnej kobiety,
której los zamiast pomyślnych okoliczności podrzucał raczej pod nogi
kłody. Kiedy jakoś udawało mi się owe kłody przeskoczyć, dostawałam w nagrodę drobny podaruneczek, który w masie szarego życia był osamotniony
niczym rodzynek w oszczędnościowej babce wielkanocnej. A potem nastąpił
nieoczekiwany zwrot akcji.
W owym czasie dowcipny Amorek szalał po całym kontynencie europejskim i jak już ustrzelił mnie znienacka nad urzędniczym biurkiem w północnej
Polsce, wycelował swój łuk w stronę Wysp Brytyjskich i trafił tam -
prosto w serce! - zatwardziałego angielskiego kawalera - Rossa Hudsona.
Rosiek, bo tak go wkrótce zaczęłam nazywać, wyglądał niczym udomowiony
wiking: duży, łysy i brodaty, który tylko czeka na to, aby podbić i zniewolić słowiańską dziewoję. Dałam mu się zniewolić dość ochoczo,
aczkolwiek jeśli chodzi o podbijanie, to już nie mamy pewności, kto
kogo. Mam wrażenie, że jednak dokonałam tego ja, a stało się to w dniu,
gdy mój wiking padł na kolana i oznajmił, że beze mnie nie ma dla niego
życia, a następnie oświadczył się po polsku również mojemu tacie, bo
ktoś życzliwy powiedział mu, że taki u nas zwyczaj.
Wkrótce zamieszkaliśmy w Anglii i żyło nam się nader przyjemnie z naszymi już odchowanymi miło dziećmi i kilkoma czworonogami. Mieliśmy
świadomość, że złapaliśmy Pana Boga za nogi i najprawdopodobniej
wyczerpaliśmy życiowy limit cudownych zrządzeń losu. Tymczasem życie
szykowało już kolejną niespodziankę i niebawem na mojej drodze stanął
leciwy Szkot, niegdyś dzielny pilot, Adair MacKey, który stwierdził, że
wyglądam całkiem jak jego zaginiona przed laty ukochana - Eve Adrienne.
Kropka w kropkę. Przedstawił mnie zatem swojej starej przyjaciółce -
Deidre MacLeod, seniorce szkockiego klanu, a ta, opierając się jedynie
na moim nieprawdopodobnym podobieństwie do swej ukochanej kuzynki,
postanowiła natychmiast wcielić mnie do rodziny, a nawet uposażyć!
Oczywiście nie traktowałam tych zapowiedzi poważnie. Byłam przekonana,
że największym kapitałem, który zbiłam na tej historii, było
zaprzyjaźnienie się z parą dziarskich staruszków, których szczerze
pokochała również cała moja rodzina.
Na początku stycznia zadzwoniła do mnie Deidre, i nie było w tym nic
dziwnego, bo starałyśmy się rozmawiać przynajmniej raz w tygodniu.
Spodziewałam się zabawnych historyjek na temat wnuków i prawnuków
starszej pani, którzy spędzili u niej połowę grudnia. Akurat usiedliśmy
do obiadu i ledwie zdążyłam przełknąć kęs zapiekanki pasterskiej, kiedy
starsza pani wypowiedziała zdanie, które sprawiło, że kawałek marchewki
utknął mi w przełyku.
- Moja droga Adrienne, telefonuję, aby cię poinformować, że decyzją
całej rodziny zostanie ci przekazana stara posiadłość MacLeodów w Dunvegan, położona po sąsiedzku z moim domem. Ze względu na mój
zaawansowany wiek sugerowałabym, abyście tu przyjechali jak
najspieszniej. Chciałabym niezwłocznie uczynić cię formalnie
właścicielką dworu. Nie ma czasu do stracenia!
Kiedy już przestałam się krztusić, pochwaliłam, że to naprawdę dobry
żart i cieszę się, że w nowym roku dobry humor im dopisuje. Wtedy Deidre
strasznie się na mnie zdenerwowała i nawet odłożyła słuchawkę bez
uprzedzenia. Musiałam po chwili oddzwonić i wylewnie przeprosić, bo
ponoć przeze mnie zaczęło boleć ją serce, a w tak kruchym, jak
powiedziała, stanie podobne przypadki często kończą się śmiertelnie.
Zaszantażowani ryzykiem nagłego zgonu starszej pani postanowiliśmy
spełnić jej fanaberię i pojechać na wyspę Skye w przerwie wielkanocnej.
Po drodze zgarnęliśmy Adaira z jego domu pod Edynburgiem.
- Adairze, czy ty widziałeś ten dwór? - maglowałam staruszka w samochodzie, bo chciałam się jakoś psychicznie na ten obraz nastawić.
W wyniku niezwykłej łaskawości genów stary MacKey zachował prostą
sylwetkę, szatański uśmiech, mocny głos, a smoliste oczy wciąż patrzyły
bystro i wnikliwie.
- Owszem - odparł krótko, po czym z pobłażliwym uśmiechem pokręcił
leciutko gładko ogoloną głową, jakby chciał mi powiedzieć, że i tak nic
z niego nie wyduszę.
- Mama twierdzi, że to zapewne jakaś podupadła ruina, której i tak nikt
nie chce - poinformował Adaś, podnosząc na chwilę głowę znad tabletu.
Teraz ja pokręciłam głową z pobłażliwą miną. Mój syn miał w zwyczaju
wtrącać się w konwersację w najmniej odpowiednim momencie. Nie wiem, jak
to robił, że słyszał wszystko, nawet ze słuchawkami na uszach. Rosiek
twierdził, że Adaś ma słuch jak nietoperz.
Jeśli zaś chodzi o moje wyobrażenia o tajemniczym dworku, który Deidre
nazywała szumnie Leśną Sadybą, to rzeczywiście nie miałam zbyt wielkich
oczekiwań. Mówiąc szczerze, w ogóle nie miałam żadnych oczekiwań co do
majątku MacLeodów. Nieduży domek z przepięknym ogrodem, w którym
mieszkaliśmy w Anglii, zaspokajał w zupełności wszystkie moje
pragnienia. Wspólnie z Rośkiem uznaliśmy, że Deidre zdecydowała się
przekazać nam jakiś zrujnowany dworek na wszelki wypadek, gdyby mi się
jednak kiedyś zachciało dochodzić swych praw do majątku, a tym sposobem
dziedzictwo reszty krewniaków, tych bardziej uprzywilejowanych, nie
uległoby znacznemu uszczerbkowi.
Kiedy więc po przyjeździe do Dunvegan Peter, osobisty kierowca Deidre,
zaparkował na podjeździe wspaniałej posiadłości, zgodnie opadły nam
szczęki. To już nawet nie chodziło o tę imponującą budowlę z szarego
kamienia, ale o całe otoczenie! Genialny architekt zdołał wcisnąć dom
pomiędzy las, urwisty brzeg zatoki i rozległe pastwiska, a dla
zwiększenia stopnia malowniczości dorzucił jeszcze duży ogród.
Popatrzyliśmy na siebie w milczeniu. Joanna, nasza córka, miała wciąż
otwarte ze zdumienia usta. Bez wcześniejszego porozumienia klapnęliśmy
we czwórkę na ogrodową ławkę, aby z tej pozycji lepiej przypatrzyć się
budynkowi przed nami, który mógłby z powodzeniem uchodzić za miniaturę
średniowiecznego zamku. W duchu musiałam przyznać, że uchodziłby pewnie
tym bardziej, gdyby miał basztę, fosę, zwodzony most czy chociażby
krużganek. Nasz dwór wprawdzie takimi detalami architektonicznymi nie
mógł się pochwalić, ale nadal wyglądał bardzo dostojnie. Trochę jak
zamek Draculi z adaptacji filmowej powieści grozy Brama Stokera: z wieloma łukowatymi wnękami okiennymi, z których wprawdzie tylko niektóre
pyszniły się witrażowym szkłem, za to wszystkie co do jednej zwieńczone
były liściastymi ornamentami. Wyglądało to bardzo elegancko i średniowiecznie w stylu. Najbardziej imponująco prezentowało się jednak
sześć wieżyczek! Dwie większe umieszczone były na obu końcach budynku,
tak jakby miały zapewnić jak najlepszy widok na całą okolicę. Mniejsze
okalały z czterech stron wybrzuszoną, trochę cofniętą w stronę ogrodu,
środkową część dworu. Był też taras otoczony kamienną ażurową balustradą
i rozszerzające się ku dołowi schody, prowadzące do ogrodu.
Peter czekał cierpliwie, aż się ogarniemy, po czym oprowadził nas po
wnętrzu okazałego domostwa. Miałam wrażenie, że zwiedzam plan filmowy,
kunsztownie odzwierciedlający dawne czasy. Meble, portrety, lustra,
dywany, żyrandole... Wszystko to nie pozwalało domknąć się naszym biednym
szczękom. Szalę przepełniła bajecznie urządzona łazienka na piętrze, w której każda kobieta czułaby się jak królewna lub przynajmniej gwiazda
Hollywoodu.
Niedowierzanie wzrastało we mnie do nieakceptowalnych rozmiarów.
Obawiałam się, że za chwilę mózg odmówi mi współpracy, a ja zacznę się
przechadzać po tych przepięknych pomieszczeniach, mamrocząc coś w stylu:
"kuku! kuku!". Nie pozostało mi więc nic innego jak przeprosić grzecznie
Petera, który uprzejmie pozostał na korytarzu, i naradzić się z rodziną
w łazience.
- To jest niemożliwe - powiedziała Joanna, z grubsza podsumowując
przemyślenia całej naszej czwórki. Jej mocno podkreślone brwi znalazły
się wręcz w połowie czoła. - Takie rzeczy nie przydarzają się normalnym
ludziom.
- Kto ci powiedział, że jesteśmy normalni? - spytał Adaś, szturchając
siostrę zawadiacko.
- A ja myślę, że nikt o zdrowych zmysłach nie oddawałby rodowej
posiadłości w tak oszałamiająco dobrym stanie w obce ręce -
powiedziałam, opierając się o umywalkę. - W tym musi być jakiś haczyk.
- No wiesz? Jakie obce ręce?! - oburzył się Rosio, przerywając na moment
uważne studiowanie ram okiennych, co stanowiło jego zboczenie zawodowe.
- Zgodnie z opinią Deidre jesteś spokrewniona z Eve Adrienne, a zatem z resztą MacLeodów też.
- Zapomniałeś dodać, że Deidre wywodzi to wyłącznie z mojego fizycznego
podobieństwa do ukochanej kuzynki, której postać jest dla wszystkich
wysoce tajemnicza, ponieważ zaginęła bez śladu wiele lat temu! -
Kącikiem ust dmuchnęłam w czoło, by odgarnąć z oka niesforny kosmyk
włosów. - A co, jeśli to zwykły przypadek? To podobieństwo? Takie rzeczy
się przecież zdarzają.
- Mamo, nie dramatyzuj! - upomniał mnie syn. - Test etniczny DNA wykazał
przecież niezbicie, że część twoich... to znaczy naszych przodków wywodzi
się ze Szkocji.
- Ale nie wiadomo, czy akurat od MacLeodów! - upierałam się dalej. -
Czasem czuję się jak uzurpator, chociaż Bóg mi świadkiem, że naprawdę po
nic nie wyciągam ręki!
- Może i nie wyciągasz - zgodził się mój małżonek - ale Deidre chce ci w tę rękę coś koniecznie wcisnąć. Na przykład akt własności Leśnej Sadyby.
Kiedy masz spotkanie z notariuszem?
- Jutro.
- W takim razie najbliższą noc spędzimy tutaj - postanowił Rosiek. -
Jestem pewien, że Deidre nie będzie miała nic przeciwko temu. Przyjrzymy
się wszystkiemu dokładnie, a potem dokonamy świadomej decyzji. Dobry
pomysł?
- Bardzo dobry! - ucieszyłam się, klaskając dłońmi. - Zostaniemy tu we
czwórkę i potem wspólnie postanowimy, co robić dalej.
- Nie wiem... - wyraziła wątpliwość Joanna, zagryzając wargę.
- Czego nie wiesz? - zainteresował się jej ojciec.
- Nie wiem, czy mam ochotę tu spędzić dzisiejszą noc - wyjaśniła. -
Przecież umówiliśmy się już z Adairem na wieczorne przeglądanie starych
albumów.
- To obejrzymy je sobie następnego wieczoru, wielkie rzeczy! -
uspokoiłam ją. - Przecież od razu nie wyjeżdżamy. Zostaniemy w Dunvegan
kilka dni.
- Ale... - nie poddawała się nasza osiemnastoletnia córka, patrząc na nas
z pewnym zażenowaniem. - Przecież w takim starym dworze musi straszyć...
- Jak amen w pacierzu! - poparł ją Adam. - Jeśli chcecie usłyszeć moje
zdanie, to tutaj właśnie jest ten haczyk. Ten dwór jest z pewnością
nawiedzony. Dlatego nikt go nie chce.
- Co? - Wzdrygnęłam się na samą myśl.
Podobnie uczyniła Joanna.
- Naoglądaliście się za dużo horrorów - orzekł Rosiek. - Ja takich
rzeczy nie robię, bo potem o zmierzchu boję się własnego cienia.
- Może i tak - odparła na to wojowniczo jego córka - ale jeśli tu
faktycznie straszy, to sobie to sprawdzajcie bez mojego udziału. Ja śpię
dziś u Deidre.
- Ja też! - zdecydował jej brat. - Zresztą rodzice muszą chronić swoje
bezbronne dzieci przed różnymi zagrożeniami, to leży w zakresie ich
obowiązków. Zanim każecie nam tu spać, musicie najpierw sprawdzić, czy
to jest bezpieczne.
Spojrzałam krytycznie na oboje naszych "bezbronnych dzieci", z których
jedno było już prawie pełnoletnie, a drugie tego lata przerosło matkę i miało zielony pas w karate. Zacmokałam w wyrazie dezaprobaty.
Ostatecznie stanęło jednak na tym, że zostaniemy na noc we dworze tylko
we dwoje z Rośkiem. Wieczór rozpoczęliśmy od otwarcia butelki wina,
która czekała na nas wraz z trzema koleżankami na drewnianym stojaku w kuchni. Następnie metodycznie posprawdzaliśmy wszystkie pomieszczenia
pod kątem ewentualnych uszkodzeń muru, grzyba na ścianach, pomieszczeń
bez klamek i tym podobnych przypadków. Szukaliśmy usterek bardzo
wnikliwie, a zabawa była wprost proporcjonalna do ilości wypitego wina.
Poza szwankującą hydrauliką nie znaleźliśmy jednak nic, do czego by się
można przyczepić. Dwór był cichy, zadbany i tylko trochę straszny.
Straszny nie w tym sensie, że natknęliśmy się na zjawę lub usłyszeliśmy
w nocy potępioną duszę, pobrzękującą łańcuchami, ale dlatego, że
nieswojo czuliśmy się nocą w obcym domu. Nieznane sprzęty stojące w miejscach, do których nie przywykliśmy, wnęki w ścianach, których nie
zauważyliśmy za dnia, skrzypiące drzwi, cienie za oknami... Wszystko to w sposób naturalny wprawia człowieka w lekki niepokój. Tak jest zawsze,
dopóki do czegoś nie przywykniemy, nie nauczymy się kształtów nowego
otoczenia i nie poznamy dźwięków, które wydaje dom.
Skłamałabym, twierdząc, że nie miałam lekkiego stracha, przemykając w nocy przez korytarz obwieszony starymi portretami rodzinnymi do jedynej
sprawnej toalety na piętrze. Rosiek musiał czekać na mnie za drzwiami,
pomimo że cierpiałam na przypadłość pod tytułem nieśmiały pęcherz. Poza
tym spaliśmy dobrze, głęboko, a po przebudzeniu miło było się
przeciągnąć w wygodnym łóżku przy akompaniamencie śpiewów morskiego
ptactwa wyraźnie słyszanego zza okien.
- Kochane dzieci, wygląda na to, że najbliższe letnie wakacje spędzimy w Strasznym Dworku! - zakomunikowałam entuzjastycznie latoroślom, gdy
około dziesiątej rano pojawiliśmy się wraz z Rośkiem w domu Deidre.
Chętnie przyłączyliśmy się do trwającego w najlepsze śniadania. Victoria
- gosposia Deidre, a prywatnie żona Petera - co rusz przynosiła na stół
nowe przysmaki. Pożerałam wszystko oczami, zanim jeszcze zdołałam coś
wrzucić na talerz. Czerwone wino, oprócz lekkiego kaca, zawsze
wywoływało we mnie wilczy apetyt.
- Straszny Dworek? - Deidre MacLeod skrzywiła się na moje słowa, całą
sobą okazując dezaprobatę dla tego miana. Pomimo wczesnej pory jej
fryzura a la królowa angielska wyglądała nienagannie, a strój również
nie ustępował w niczym kreacjom Elżbiety II. - Kto to wymyślił?!
- Straszny Dworek?! - powtórzyła pytanie wciąż nieco zaspana Joanna z bardzo podejrzliwą miną. - Bo co? Bo tam jednak straszy???
- Ależ tam... straszy! - Zaśmiałam się niefrasobliwie, jakby mnie ta
sugestia okropnie ubawiła, po czym wepchnęłam do ust widelec pełen
jajecznicy.
- Musicie nam wybaczyć. Nazwę wymyśliliśmy, kończąc drugą butelkę wina...
- wtrącił usprawiedliwiająco mój małżonek, usiłując udobruchać Deidre. -
Rzeczywiście, Leśny Dworek brzmi dużo lepiej!
- Leśna Sadyba - sprostowała starsza pani z namaszczeniem, unosząc
cienką kreskę brwi, a Adair parsknął ubawiony, wprawiając w ruch wirowy
płatki kukurydziane, które właśnie zamierzał zalać jogurtem jagodowym.
- Ja tylko was od razu uprzedzam, że musicie mi dać pokój od strony
ogrodu. Jeśli będę miał okna z widokiem na zatokę, to od razu dostanę
choroby morskiej! - zastrzegł mój syn, dyskretnie dokarmiając naszego
psa Spajka pod stołem.
- Chciałabym pokój z widokiem na zatokę... Ale w żadnym wypadku nie chcę
być w nocy sama! - Joanna zadrżała popisowo niczym liść na wietrze. - To
już chyba wolę dzielić pokój od ogrodu z Adamsem.
- W tym przypadku łatwo o kompromis - uspokoiła Deidre z chytrym
uśmieszkiem, krojąc plasterek ananasa na drobne cząstki, a następnie
nadziewając je na maleńki widelczyk i wprowadzając z gracją do
uszminkowanych na wiśniowo ust. - W prawym skrzydle Leśnej Sadyby, tym
od strony lasu, są przecież dwa pokoje dokładnie naprzeciwko siebie,
połączone wspólną łazienką. Jedno więc będzie miało pokój z oknem na
zatokę, a drugie na ogród. Będziecie blisko, a jednak z zachowaniem
prywatności, która przecież jest tak potrzebna młodej damie.
- Tak, tak, widzieliśmy - potwierdził Rosiek, kolejny raz dokładając
sobie jajecznicy z boczkiem i całkowicie ignorując moje przestrogi na
temat cholesterolu. - Będzie trzeba zadbać o hydraulikę. Zauważyliśmy
wczoraj, że tylko jedna toaleta na górze działa bez zarzutu.
- Och, o to nie musicie się martwić, kochani. - Starsza pani machnęła
ręką. - Obiecuję wam, że wszystko będzie zapięte na ostatni guzik przed
wakacjami. Przecież nie zostawię was z tym bałaganem... Jak by to o mnie
świadczyło!
- Deidre, nie przesadzaj! Z tego co się zorientowaliśmy, tylko ta
hydraulika nawaliła. Poza tym dom wydaje się w doskonałym stanie. -
Pokiwałam głową z uznaniem. - Że już nie wspomnę o ogrodzie!
- To prawda - przyznała Deidre. - Dom przeszedł gruntowny remont dwa
lata temu, przed ślubem Minny. To właśnie tam odbyła się uroczystość.
Część gości miała nawet we dworze swoje kwatery.
- Minna...? - Zawiesiłam głos pytająco, bo jeszcze nigdy w naszych
rozmowach nie przewinął się nikt taki.
- Och! - Starsza pani pstryknęła palcami, jakby tym gestem chciała
przywołać natychmiast wszelkie wymagane informacje. - Minna to moja
najmłodsza bratanica. Aczkolwiek słowo "najmłodsza" da wam złudne
wyobrażenie, hi, hi. Już ma zdrowo po pięćdziesiątce. Mieszka na stałe w Londynie... - Deidre powiedziała to tonem, jakim ujawnia się wstydliwą
przypadłość. - Dom został odświeżony od piwnic aż po dach, bo przecież
moja bratanica chciała się pochwalić rodową posiadłością swoim
snobistycznym przyjaciołom z City.
Ton i mina seniorki klanu MacLeod wyraźnie zdradzały brak szczególnej
sympatii wobec krewniaczki.
- A kto dba o ogród i ten cudowny trawnik? Czy ktoś na stałe mieszka w tym małym domku na tyłach ogrodu? - dopytywałam z zainteresowaniem, bo
poprzedniego wieczoru na nikogo takiego się nie natknęliśmy. Podczas
spaceru po okolicy mieliśmy tylko okazję powitać sąsiadów po lewej
stronie, których konie pasły się na rozległych pastwiskach wzdłuż obu
stron drogi dojazdowej do dworku.
- Owszem - przytaknęła Deidre, delikatnym gestem przykładając do kącików
ust lnianą serwetkę. - Małżeństwo naszych ogrodników: Lorna i Hamish.
Poznacie ich następnym razem, bo w zeszłym tygodniu wyjechali na urlop
do córki, do Toskanii. Ich siostrzeniec dogląda wszystkiego z doskoku.
Ładne mi z doskoku, zaśmiałam się w duchu. Jak tylko zobaczyłam
elegancki trawnik okalający ogród i dom, od razu pomyślałam o swojej
przyjaciółce Angie, którą nieustająco zachwycały przystrzyżone w pasy
trawniki przy uniwersytetach w Cambridge i Oksfordzie.
- Nasi sąsiedzi... - wtrącił Rosiek, patrząc na mnie pytająco - Jak się
nazywali...?
- Aila i Michael MacBainowie - podpowiedziałam, bardzo z siebie dumna,
że zapamiętałam. Całkiem niedawno odkryłam u siebie niepokojącą cechę,
że w momencie, gdy ktoś mi się przedstawiał, kompletnie się wyłączałam.
Obecnie bardzo nad sobą pracowałam.
- O właśnie! - podjął mój mąż, który z kolei był niebywale roztargniony
i nawet jeśli usłyszał imiona naszych sąsiadów, to od razu je zapomniał.
- MacBainowie wydawali się bardzo zadowoleni, że dworek jednak pozostaje
"w rodzinie", jak się wyrazili. Ponoć krążyły pogłoski, że posiadłość
miała być sprzedana?
Deidre jakby zatkało, ale szybko się otrząsnęła i machnęła lekceważąco
dłonią.
- Plotki! - odrzekła z mocą. - Kto przy zdrowych zmysłach chciałby się
pozbywać dworu, który jest w rodzinie od wieków? Głupota i niedorzeczność! Adairze, no powiedz sam?!
Stary MacKey wzruszył ramionami i bardzo starannie zaczął składać swoją
serwetkę.
- Mnie do tego nie mieszaj, moja droga - odpowiedział w końcu,
puszczając do mnie oko, co się starszej pani niespecjalnie spodobało.
- No właśnie... Głupota i niedorzeczność - powtórzyłam przeciągle. - Tym
bardziej zastanawia mnie, droga Deidre, dlaczego przekazałaś dwór akurat
nam.
- Ależ... dziecko! - Staruszka uśmiechnęła się niedowierzająco, jakbym
zaszokowała ją pytaniem, na które odpowiedź była taka oczywista. -
Musiałaś dostać coś, co kojarzy się z naszą kochaną Eve Adrienne,
przecież to jasne. W związku z tym, że rodzinny dom Evie został
sprzedany, jak sama wiesz, zdecydowaliśmy wszyscy, że otrzymasz rodzinny
dom jej ojca, Adriana.
Cała sprawa nie była dla mnie tak oczywista jak dla naszej gospodyni, a nawet szczerze mówiąc, pomysł wciąż wydawał mi się irracjonalny. Nikt
nie dążył do tego, żeby formalnie udowodnić moje pokrewieństwo z klanem
MacLeodów, wystarczyło im tylko moje bezdyskusyjne zewnętrzne
podobieństwo do Eve Adrienne. Coś w tym wszystkim nie grało.
- Wszyscy, to znaczy kto? - przycisnęłam, bo naprawdę chciałam się w końcu dowiedzieć czegoś konkretnego. Po nocy spędzonej we dworze sprawa
wydawała mi się jeszcze bardziej enigmatyczna niż przedtem.
- No jak to kto?! - obruszyła się starsza pani, godnie prostując się na
wysokim krześle, które wyglądem bardzo przypominało skromny tron, i znacząco wysuwając do góry podbródek. - Wszyscy!... Wszyscy
zainteresowani.
- Znaczy twoje dzieci... Dzieci twojego brata Aidana... - podpowiadałam
zachęcająco.
- I mój kuzyn Basil - uzupełniła krótko Deidre. - Leśna Sadyba należała
niegdyś do moich dziadków. Tam wychowała się moja mama i wujowie: Adrian
i Edward. Jak wiesz, Adrian zginął w czasie wojny i według naszej wiedzy
miał tylko jedną córkę - Eve Adrienne. Wuj Edward spłodził tylko jednego
potomka, czyli mojego kuzyna Basila. Ten z kolei jest bezdzietnym
kawalerem, dziękować Bogu! Mój brat Aidan opuścił ziemski padół pięć lat
temu, więc decyzja odnośnie do Leśnej Sadyby należała do mnie, Basila,
moich dwóch córek oraz trojga bratanków. Spotkaliśmy się wszyscy tutaj w okresie świąt Bożego Narodzenia i jeszcze przed końcem roku doszliśmy do
konsensusu. - Staruszka spojrzała na mnie zmrużonymi w wąskie szparki
oczami. - Czy zakończyłaś już przesłuchanie, moje dziecko?
- Ale przecież oni nawet nie mieli okazji mnie poznać! - wybuchnęłam,
ignorując złośliwy ton mojej rozmówczyni, bo wciąż nie mogłam sobie
całej tej sytuacji wyobrazić. - Tak żeście sobie debatowali... na sucho?
- Wcale nie było na sucho. - Seniorka MacLeod zachichotała. -
Opróżniliśmy spory zapas mojej piwniczki.
- Och! Chodzi mi o to, że... Ech!
Jak grochem o ścianę. Machnęłam ręką w geście bezsilności, bo poczułam,
że z emocji zaczynam się czerwienić.
- Wiem, o co ci chodzi, dziecko - spoważniała natychmiast Deidre,
przybierając ton i wygląd urażonej księżnej. - Gdybyście przyjechali
tutaj na święta, tak jak wielokrotnie sugerowałam, tobyś we wszystkim
uczestniczyła. A że nie przyjechaliście, to... No cóż, zgłaszaj pretensje
do samej siebie, moja droga.
Starsza pani w tym miejscu wyszczerzyła zęby, a Adair kaszlnął znacząco.
Wiele razy napomykał mi o tym, że Deidre wprost nie cierpi, gdy coś nie
idzie po jej myśli. Ponoć była bardzo rozczarowana tym, że nie
porzuciliśmy własnych rodzin w święta Bożego Narodzenia i nie stawiliśmy
się w Dunvegan na dorocznym zlocie MacLeodów.
- Nie wiem natomiast - kontynuowała seniorka rodu z obrażoną miną -
czemu tak trudno ci uwierzyć, Adrienne, że jestem w tej rodzinie dość
szanowaną osobą. Moje słowo wystarczyło, aby przekonać resztę, że
przekazanie ci Leśnej Sadyby jest słusznym posunięciem.
- I nikt nie protestował! - Zaśmiałam się ironicznie. - Wszyscy z zadowoleniem przyklasnęli pomysłowi, aby rodową posiadłość MacLeodów
przekazać obcej babie...!
Kiedy moje słowa wybrzmiały do końca, Deidre nieco się zapowietrzyła, a Adair zachichotał. Uniósł na chwilę obie dłonie i spuścił głowę, jakby z góry przepraszał za to, co zaraz powie.
- Kochana przyjaciółko - powiedział, zwracając się do Deidre. - Teraz
już mogę ci wyznać, że w czasie świąt zadzwoniła do mnie jedna z twoich
córek i... No cóż, powiedzmy, że chciała się upewnić, że wszystko w porządku z twoją głową.
- Co?! - oburzyła się Deidre. - Która???
- Powiedziałem jej - ciągnął Adair, całkowicie ignorując dociekliwe
pytanie starszej pani - że ta historia z Adrienne to prawda i że jesteś
bezdyskusyjnie zdrowa na umyśle.
- No też coś! Bezczelne smarkule! - prychała ze złością Deidre, nerwowo
przechadzając się po jadalni, co było dość zabawne, bo na miano smarkul
mogły zasłużyć prawnuczki Deidre, ale nie jej własne córki.
- Najistotniejsze jednak w tym wszystkim jest to - stary Szkot upajał
się przez chwilę wzburzeniem przyjaciółki, ale szybko uznał, że jednak
należy zażegnać konflikt na linii Szwajcaria-Australia, gdzie mieszkały
córki krewkiej staruszki - że problem został rozwiązany, wątpliwości
rozwiane, a twoje dzieci mogły w następstwie ze spokojem duszy w pełni
poprzeć twój plan dotyczący Strasznego... yyyy...! Leśnego... Leśnego Dworku!
- Sadyby! - sprostował Adaś z udanym oburzeniem.
Wszyscy zaczęliśmy się śmiać, nastrój trochę zelżał, a ja odstąpiłam od
dalszego maglowania Deidre, widząc, że moje przesłuchanie mocno ją
zeźliło. Wciąż systematycznie odgrażała się obu swoim córkom, bo
słusznie podejrzewała, że rozmowę z Adairem ukartowały wspólnie.
Na piętnastą byliśmy umówieni z notariuszem w Portree.
Wystarczyło pobieżne zerknięcie na dokument, abym poczuła się mocno
skołowana. Angielski język prawniczy jest trudny do przełknięcia,
niemniej postanowiłam zapoznać się dokładnie z tym, co nabywam.
Zamknęłam się w małym pokoiku, udostępnionym mi przez pracownicę biura,
obłożyłam trzema tomami słowników, w tym jednym branżowym, które to
tomiska przezornie przytargałam z domu, podczas gdy Deidre i reszta
towarzystwa poszli na kawę i lody do pobliskiej kawiarni.
Po prawie trzech godzinach izolacji otarłam pot z czoła, wypiłam
duszkiem całkiem wystygłą kawę, pozbierałam z biurka papierki po
czekoladowych cukierkach, które pomagały mi w myśleniu, i uznałam, że
chyba wszystko w porządku.
Jedynym niestandardowym zapisem było zobowiązanie mnie do zachowania
dworu w rodzinie, jako że posiadłość ta była od szesnastego wieku
dziedziczona przez kolejnych potomków MacLeodów i tak właśnie miało
pozostać. W związku z tym, że jedynie Adaś był moim biologicznym
potomkiem, właśnie do niego miał trafić dwór w dalszej przyszłości,
ewentualnie mogliśmy go odsprzedać komuś z klanu.
Temat ten ciągnął się przez dobre pół strony, przez co zrozumiałam, że
jasność w tej kwestii była kluczowa. Załączono także klauzulę, że jeśli
po formalnym przejęciu własności dworu z jakichś przyczyn uznam, że nie
chcę lub nie mogę pozostać jego właścicielką, mam możliwość zrzeczenia
się posiadłości w okresie sześciu miesięcy bez żadnych konsekwencji i niedogodności ze strony zarządcy nieruchomości, czyli nie kogo innego
jak Deidre MacLeod. Tak właśnie to zostało ujęte: "bez żadnych
konsekwencji i niedogodności". Ha! zaśmiałam się w duchu. Już to widzę!
Mogłam sobie wyobrazić, jak niepocieszona byłaby starsza pani, jeśli jej
wielki plan spaliłby na panewce.
Należało jednak uczciwie stwierdzić, że Deidre okazała się bardzo
wspaniałomyślna: przez owe pierwsze sześć miesięcy zobowiązała się do
finansowania wszelkich koniecznych napraw, rachunków za wodę, prąd i gaz, a nawet pensji ogrodnika. Zgodnie z umową dopiero po tym okresie
będę musiała dokonać własnych ustaleń z pracownikami, ponieważ ich umowa
z Deidre wygaśnie, o czym już zostali formalnie powiadomieni.
Wyglądało na to, że starsza pani pomyślała o wszystkim. Drżącą ręką
złożyłam podpis na dokumentach, przekształcając się niniejszym z beztroskiego gołodupca w posiadaczkę ziemską.
- Kochani, podejdźmy do sprawy spokojnie i na luzie. Niczym przecież nie
ryzykujemy, a mamy szansę na wielką przygodę! - przekonywałam
entuzjastycznie rodzinę kilka godzin później, podczas kolejnej wizyty we
dworze, kiedy to już na spokojnie chcieliśmy zapoznać dzieci z domem i okolicą. Z wyrazu twarzy Rośka i dzieciaków wynikało, że mieli bardzo
mieszane uczucia. - Mamy sześć miesięcy, podczas których albo pokochamy
Straszny Dworek i go zatrzymamy na zawsze, albo wręcz przeciwnie - jeśli
nam się tu nie spodoba, oddamy posiadłość bez żalu.
Rozdział drugi Niespodzianki
Rozdział drugi
Niespodzianki
Maj tego roku nieoczekiwanie uradował mieszkańców Wysp Brytyjskich
ciepłymi dniami i całkiem sporą dawką słońca. Każdą wolną chwilę
spędzałam więc w ogrodzie, starając się, aby już niedługo rozkwitł
różnobarwnym kwieciem.
Na punkcie ogrodu miałam prawdziwego hysia i każdy mógł to potwierdzić.
Regularnie wizytowałam dwa lokalne sklepy ogrodnicze, biegałam między
regałami jak szatan, wyławiałam łakomym okiem prawdziwe florystyczne
perełki, wydawałam na nie fortunę, a potem targałam je do domu pieszo, w związku z ciągłym brakiem prawa jazdy. Sama śmiałam się z siebie, że jak
tak dalej pójdzie, to będę mieć mięśnie jak Pudzian. Musiałam w dodatku
nieść siaty z sadzonkami w wyjątkowo dziwacznych pozach, żeby się
roślinki nie połamały w trakcie transportu.
Pewnie że byłoby łatwiej podjechać do ogrodniczego samochodem, ale Rośka
na takie zakupy przezornie nie namawiałam, bo dostałby niechybnie
zawału, patrząc na moje szaleństwo i rozrzutność. Czego oczy nie widzą,
tego sercu nie żal, jak słusznie głosi mądrość ludowa. Biegałam więc
sama po nowe sadzonki, kosze i donice, Rosiek żył w błogiej
nieświadomości, a nasz ogród i patio piękniały w oczach.
Właśnie... ogród kwitł w wiosennym słońcu, a ja wewnętrznie usychałam jak
jesienny liść. Wszystko to z powodu wiszącego nade mną drugiego egzaminu
praktycznego z jazdy. Pierwszy oblałam z hukiem prawie rok temu, jeżdżąc
po rondzie slalomem i cudem tylko nie doprowadzając do gigantycznej
kolizji. Musiałam przyznać sama przed sobą, że nastawiłam się na kilka
kolejnych podejść, zanim w końcu zdobędę upragnione prawko. Wszystko
przez moje roztargnienie i nerwowość za kierownicą.
Bardzo chciałabym uplasować się gdzieś pomiędzy czterema podejściami
Madzi (co stanowiło dotychczasowy rekord wśród Dziewuch, a więc moich
czterech najbliższych przyjaciółek), a sześćdziesiątką mojej sąsiadki,
pani Fisher, która w tym właśnie wieku zdobyła swoje pierwsze prawo
jazdy. Ponoć urządzono z tej okazji monumentalną fetę. Certyfikat
świadczący o zdanym egzaminie wręczył jej sam burmistrz Higham Ferrers,
a potem wszystko opisano w lokalnej gazecie. Znając swoje możliwości,
miałam szansę pobić jej rekord.
- Czy ktoś tam jest?! - usłyszałam rozpaczliwy i ponaglający głos,
najprawdopodobniej należący do mojego własnego dziecka, które zapewne
chciało dostać się do domu po szkole. Zupełnie straciłam poczucie czasu
w tych chwaściorach za garażem, które akurat dziś, dzień przed
egzaminem, postanowiłam absolutnie koniecznie wykarczować.
- Już idę! - wrzasnęłam w odpowiedzi, wynurzając się spod ogromnego
krzewu dzikiej jeżyny, której kolce przypominały małe sztylety.
Droga z boku domu zarosła bujnie pokrzywami, których nawet nie
zamierzałam tknąć do czasu, aż Rosiek zadeklaruje wyłożenie ścieżki
kostką brukową. Pokrzywy działały na intruzów lepiej niż ogrodzenie z drutu kolczastego. Nikt nie miał ochoty przedzierać się przez wysoki na
ponad metr gąszcz, żeby dostać się do domu od tyłu.
Otworzyłam drzwi Adamsowi, a ten, patrząc na mnie, cofnął się o dwa
kroki z niepewną miną.
- Co? - spytałam podejrzliwie.
- Wszystko w porządku? - odpowiedział pytaniem syn z wyraźną troską w głosie, więc natychmiast zawróciłam do lustra.
Niepokój dziecka był rzeczywiście uzasadniony. Wyglądałam jak żeńska
wersja czarodzieja Radagasta z Władcy Pierścieni, czyli niezbyt
schludnie. Włos wzburzony, we włosach liście, a nawet... Fuj! Zdechłe
muchy i pająki. Twarz umorusana i czerwona jak piwonia.
- Ojej, no... Pielę! - wyjaśniłam, starając się wyjąć wszystkie zdechłe
owady z rozczochranych włosów.
- Sama?
- Sama. A z kim?
- Bo ja słyszałem męski głos - odpowiedział Adam tonem detektywa,
zapuszczając żurawia do ogrodu.
- Ach! - Zaśmiałam się w nagłym olśnieniu. - To był Krzysztof Gosztyła!
- Hę? - Adam w napięciu skanował wzrokiem ogród niczym komandos.
- Audiobooka słuchałam. Relaksuję się, rozumiesz, przed jutrzejszym
egzaminem z jazdy.
- A ponoć cały dzień miałaś studiować kodeks drogowy - mruknął pod nosem
syn, rzucając szkolny plecak pod schody.
- Zmiana planów. Postanowiłam wyprzeć ze świadomości wszystko, co jest
związane z jutrzejszym egzaminem. Byłabym wdzięczna, gdybyś się
dostosował.
- W porządku - zgodził się, wzruszając ramionami. - Rozumiem. Egzaminu
nie ma. To znaczy kto nie ma, ten nie ma. Ja na przykład mam jutro test
z matmy... Mogę wafelka?
Chociaż myśl o egzaminie co jakiś czas dobijała się do mojej
świadomości, wywołując nieprzyjemne załamanie w żołądku i drżenie
kończyn, to jednak konsekwentnie tę niechcianą myśl odpychałam.
Byłam całkiem niezła, jeśli chodzi o wypieranie nieprzyjemnych myśli z głowy. Moja kuzynka Lusia twierdziła nawet, że byłam mistrzynią
wyparcia. Doszła do takiego wniosku kilka lat temu, kiedy pewnego dnia
wpadła do mojego rodzinnego domu na kawę i pochwaliła się nowymi
okularami.
- Jak chcesz, to przymierz - powiedziała wtedy, ściągając na chwilę
swoje szkła w modnych oprawkach i podając mi je. - Powiem ci, wcale mi
się nie wydawało, że tak kiepsko widzę, dopóki okulista nie wyprowadził
mnie z błędu.
- Ja mam bardzo dobry wzrok - odrzekłam z przekonaniem, udając, że nie
widzę wyciągniętej ku mnie dłoni.
- Mówię ci, przymierz. Wcale nie mam dużej wady, ale w tych szkłach
widzę po prostu doskonale - przekonywała kuzynka, a widząc mój opór,
sama nałożyła mi okulary na nos.
Wyjrzałam przez okno na aleję kasztanową przed domem rodziców i skupiłam
wzrok na starodawnej latarni.
- Ojej! - wykrzyknęłam w szczerym zachwycie. - Jak wszystko dobrze
widać! Spójrz na te zdobne metalowe zawijasy oplatające klosz lampy...! A te liście na kasztanowcu... jakie wyraźne...! Zaraz, zaraz... Czy ja widzę na
nich krople deszczu?!
- Ha! Mówiłam ci! - parsknęła Lusia z satysfakcją.
Przez chwilę zabawiałam się, koncentrując wzrok na tym samym szczególe
za oknem, raz w okularach, a raz bez.
- Niezwykłe - przyznałam.
- Wcale nie takie niezwykłe - odpowiedziała kuzynka. - Po prostu musisz
się wybrać do okulisty.
Uśmiechnęłam się pobłażliwie, zdjęłam okulary, chwilę nimi pomachałam,
zmrużyłam oczy i zadałam pytanie, którego zapewne nie powstydziłby się
nawet ekspert w tropieniu teorii spiskowych, Antoni Macierewicz:
- Tylko ciekawe, który obraz jest prawdziwy...?
Pamiętam, że Lusia załamała wtedy ręce i potrząsnęła głową z rezygnacją.
- Muszę ci przyznać, moja droga Ado, że jeśli chodzi o sztukę wyparcia,
to jesteś jedynie o jeden szczebelek niżej niż moja własna matka, która
jednakże jest w tej dziedzinie arcymistrzynią. Maleńki szczebelek... Nie
wiem, czy powinnaś się cieszyć, czy też nad sobą użalić.
Oto jeden z krążących po rodzinie przykładów. Podobno ciocia Mirabela
strasznie chrapie, ale zawsze temu stanowczo zaprzecza, więc pewnej nocy
jej mąż, a mój wuj Albin, postanowił ją nagrać na dyktafon, który
przypadkowo pozostawił poprzedniego wieczoru na stoliku obok łóżka.
Nagrał dobre pięć minut, a że ciotka tej nocy chrapała niczym drwal, to
tak się przy tym ubawił, że bez problemu usnął. Rano odtworzył nagranie
małżonce, a ona powiedziała kategorycznie, że to nie jest jej chrapanie.
Co wiecej, zasugerowała, że to wuj sam siebie przebudził swym chrapaniem
w nocy, następnie się nagrał, jak chrapał, a teraz bezczelnie szkaluje
jej imię.
Po wykarczowaniu nieużytku za garażem zamiotłam patio. Następnie
pojechałam rowerem do sklepu ogrodniczego i kupiłam preparat, który
według zapewnień producenta skutecznie odstraszał ślimaki.
Byłam w stanie zimnej wojny z tymi oślizgłymi skurczybykami, które pod
osłoną nocy zjadały młodziutkie krzaczki dalii, lilie i aksamitki.
Miałam przy tym spory dylemat - nadal odstraszać czy jednak zacząć
eliminować szkodniki na amen, a ta druga możliwość była nadzwyczaj
kusząca. Sól na nie nie działała, podobnie miedziane opaski na donice i korytka, które rzekomo są nie do przejścia dla tych śluzowatych kreatur.
Widocznie te moje były nadzwyczaj odporne. W końcu jednak względy
humanitarne kolejny raz wzięły górę i wybrałam odstraszający granulat,
dając tym łajzom ostatnią szansę na załatwienie sprawy w sposób
nieostateczny.
Po powrocie do domu nakarmiłam wygłodniałą rodzinę i zwierzynę, a następnie zmyłam naczynia, wyprasowałam i złożyłam pranie, a wszystkie
te czynności wykonywałam, słuchając jednocześnie audiobooka: bardzo
mocno skupiając się na fabule.
Tylko zdawkowo poinformowałam o swoich poczynaniach przyjaciółki na
naszym grupowym czacie na Messengerze, nie puszczając pary z ust na
temat jutrzejszego egzaminu, o którym Dziewuchy wiedziały tylko tyle, że
miał się odbyć "wkrótce". Wyszłam z założenia, że o czym się nie mówi,
tego nie ma. Wieczorem obejrzałam z Rośkiem serial kryminalny na BBC, a następnie już w łóżku czytałam tak długo, aż padłam.
*
Ada: Dziewuchy! Zdałam!!! Zdałam!!!
Ana: Ale co???
Ada: O Jezu, zdałam! Zdałam!!! Wciąż nie wierzę!
Madzia: Hurra! Hurra! Ale co? Co? Czyżby egzamin na prawko???
Ada: TAK! TAK! O matko! Jak ja to zrobiłam?!
Kasia: Brawo! Mistrzyni! Zawsze w Ciebie wierzyłam.
Angie: Ale przecież miałaś zdawać w piątek? A dziś jest dopiero
czwartek!
Ana: No właśnie. Jestem pewna, że pisałaś o piątku. Dlatego nie
załapałam od razu.
Ada: Bo ja Wam napisałam, że egzamin jest pod koniec tygodnia... Same
sobie dopowiedziałyście, że w piątek. To już nie moja wina. A ja wcale
nie bujałam. Tylko chciałam zdjąć z siebie odrobinę stresu. Jakbyście mi
wszystkie słały wczoraj słowa wsparcia, to ja bym wiecznie myślała o tym
cholernym egzaminie i nie mogłabym się zrelaksować... O rany! Zostałam
kierowcą!!! Legalnie! Wierzycie???
Kasia: Zuch! Jestem bardzo dumna! To teraz opowiadaj, jak było.
Ada: Dziewuchy, wszystko zrobiłam inaczej niż na poprzednim teście.
Przede wszystkim prawie nikt nie wiedział dokładnie, kiedy był egzamin.
Zero czytania podręcznika, powtarzania, nic! Nawet trampki założyłam
inne. I mam nową szczęśliwą koszulkę. Ma ona wprawdzie trochę
niestosowny napis, szczególnie jak na egzamin (PIEPRZYĆ ZASADY!), więc
zakryłam go czarną kamizelką, którą... (I to jest kolejna niespodzianka,
moje drogie dziewczęta!) jestem w stanie zapiąć na wszystkie guziczki!
Wciąż się ciut z tyłu wznosi, ale... Oznacza to niezaprzeczalnie, że
ćwiczenia na ujędrnianie brzucha pomagają! La la la la... A co u Was? Bo
ja tu tak tylko o sobie...
Kasia: Nie jestem w stanie dziś przyćmić Twojego fenomenu.
Ana: Ani ja. Siedzę właśnie nad jakimiś gównianymi korektami. A, no
i Valeria się wprowadziła wczoraj. Tyle o mnie.
Angie: Siedzę u dentystki, nic spektakularnego.
Madzia: A ja właśnie idę po Suzie do szkoły... Ana, czy ja dobrze
widzę? I Ty tak cicho siedzisz?!
Angie: VALERIA CO ZROBIŁA??!
Ana: No, wprowadziła się. I chuj. Nie wiem, co z tego wyniknie.
Niech się dzieje wola nieba. Chociaż powiem Wam, wczoraj śniło mi się,
że robiłam kupę. A kupa to przecież dobry znak.
Ada: O ile narobi na człowieka gołąb! Chociaż mnie osobiście jako
dobry znak jawi się raczej czterolistna koniczyna, słoń z podniesioną
trąbą albo końska podkowa, ale co ja tam wiem.
Angie: Ja też mam wątpliwości. Wydaje mi się, że kupa oznacza
jakieś męskie pragnienia... Aż zajrzę do sennika.
Ana: Co by nie było: kupa to kupa. Wysranie się przynosi ulgę.
Innymi słowy: kupa to wysranie czegoś, co w życiu przeszkadzało. A mnie
uwierało, że nie jesteśmy w pełni razem.
Ada: Wymowne, muszę przyznać. Bardzo, bardzo... wymowne.
Madzia: Normalnie aż usiadłam! Aniu, no to... powodzenia! Rozumiem,
że wszystkie grzeszki Valerii zostały niniejszym wymazane z kartoteki?
Ana: No cóż, można powiedzieć, że się zrehabilitowała. Było,
minęło. Wybaczyłam jej.
Ada: Dziewuchy, przecież my to musimy koniecznie obgadać! Planujcie
sobie urlopy na sierpień. Zapraszam Was na wakacje na wyspę Skye.
Angie: Ale serio?! Ekstra!
Ada: Serio, serio. To może być niepowtarzalna okazja. Pamiętacie
przecież, że w przypadku Strasznego Dworku wciąż obowiązuje
zasada: kochaj albo rzuć. A zegar tyka...
Ana: No i tak sobie właśnie pomyślałyśmy z Valerią! Albo bądźmy
razem, albo sobie nie zawracajmy dupy. Czy dup...? Więc się wprowadziła.
Ada: No to niech Wam to wyjdzie na zdrowie! A tymczasem ja, jako
młody kierowca, jadę z rodziną świętować. Mowy nie ma, żebym w takim
pięknym dniu gotowała obiad! A, czy już Wam mówiłam, że w tym uniesieniu
kupiłam bilety dla mnie i Adaśka do Polski??? Kasia i Angie - za dwa
tygodnie będę z Wami jadła naleśniki w "Manekinie". Tylko nie mówcie nic
mojej mamie, jak na nią przypadkiem wpadniecie, bo to ma być
niespodzianka!
*
Dwa tygodnie później przechadzałam się uliczkami toruńskiej Starówki i gęba mi się śmiała od ucha do ucha, mimo że niedawno wyszłam od dentysty
i wciąż miałam nieco zdrętwiałą szczękę.
Kręciłam się w pobliżu Osiołka przy skrzyżowaniu ulic Szerokiej z Żeglarską, gdzie umówiłam się z przyjaciółkami, co chwilę niecierpliwie
zerkając na zegar na ratuszowej wieży. Spotkania na żywo to była nie
lada gratka. Na co dzień musiałyśmy się zadowolić tekstami na
Messengerze.
Pierwsza pojawiła się Kaśka i od razu wpadłyśmy sobie w objęcia.
Wyglądało na to, że przyszła tu wprost z oficjalnego spotkania, bo wciąż
miała na sobie szarą garsonkę i buty na obcasach, do których z zasady
odczuwała pewną niechęć. Może i noga prezentowała się ładniej i bardziej
elegancko na pewnym podwyższeniu, ale za jaką cenę?! Wielbicielce
wygodnego obuwia sportowego cena ta wydawała się często zbyt wysoka i nieproporcjonalna do zysków.
Angie dołączyła do nas po piętnastu minutach, zaczerwieniona na twarzy
od pospiesznego marszu i z rozwianą fryzurą.
- Wybaczcie! Interesy! - usprawiedliwiła się po krótkim powitaniu nasza
bizneswoman, poprawiając na nosie okulary. - A to co?! - spytała w następnej chwili, oskarżycielsko celując palcem w mój brzuch.
- Yyyy... - wymamrotałam, całkowicie zbita z pantałyku.
Nie do końca wiedziałam, o co jej chodzi. Nie musiałam jednak długo
czekać na rozwiązanie zagadki.
- Brzuch ci wywalił, jakbyś była w ciąży! - poinformowała mnie radośnie,
a mnie zatkało.
- Gdzie idziemy na kolację? Do "Manekina"? - spytała Kaśka, ratując
sytuację.
- A ja nie wiem. Dostosuję się - obiecała skwapliwie Angie. - Może być
"Manekin"... Aczkolwiek ja chyba nie będę nic jadła, bo zanim się wybrałam
na kawę z kontrahentem, zjadłam w domu potężny obiad. Wyobraźcie sobie,
robiłam dziś po raz pierwszy tartę ze szpinakiem. Rodzina w kulinarnym
zachwycie! Adzik, czy to właśnie ta kamizelka, która już rzekomo się
dopinała? Kasiu, przyjechałaś autem? Będę mogła się z tobą zabrać do
domu? Bo mój samochód u mechanika... Jakieś czujniki cofania wymieniają.
Mówię wam, stale coś. Oszaleć można.
Przyjaciółka trajkotała jak nakręcona, gdy dziarskim krokiem
zmierzałyśmy w stronę ulicy Wysokiej, gdzie znajdowała się nasza
ulubiona naleśnikarnia. Zadawała dziesiątki pytań, wcale przy tym nie
oczekując odpowiedzi, o czym przekonałam się, próbując co jakiś czas
bezskutecznie wtrącić zdanie. Na domiar złego Angie co chwila rzucała
okiem w stronę mojego brzucha i niedopiętej kamizelki.
- Proszę mi nie dokuczać, bo to żadna ciąża, tylko co najwyżej kapusta,
którą zjadłam przed wyjściem do dentysty - powiedziałam godnie, starając
się nie okazać urazy, choć w środku już się we mnie trochę gotowało. -
Być może trochę mnie wzdęło...
- Być może?! Och, biedaczko! - wykrzyknęła Angie ze szczerym
współczuciem. - Chcesz powiedzieć, że to cię tak sadzi...?! Ale byłaś już
szczuplejsza, no nie? Przyznaj się. Byłaś! - drążyła, w najmniejszym
nawet stopniu niezrażona moją miną.
- Jeśli chodzi o kamizelkę, to zwyczajowo powinna mieć jeden guzik od
dołu rozpięty - zagadała Kasia koncyliacyjnie. - A jak są rozpięte dwa,
jak u Ady, to znaczy ewidentnie, że mama kulinarnie dogadza dziecku i tylko się z tego cieszyć. W końcu nie ma jak u mamy! Siadamy w środku
czy na zewnątrz?
- Ach, mnie wszystko jedno. Decydujcie, dziewczyny! - rzekła okularnica
ugodowo. - Ja się dostosuję. Mówiłam wam przecież, że wcale nie jestem
głodna.
- To może w środku? - zaproponowałam, wspinając się po schodkach
prowadzących do znajomego i lubianego wnętrza. Ledwie jednak znalazłyśmy
się w lokalu, Angie znacząco zmarszczyła nos.
- Nie, nie, dziewczyny... Tu się przecież nie da wysiedzieć! Piekielna
duchota bije od tych patelni. Chodźmy na zewnątrz... Co by pan polecił,
jeśli chodzi o zimne drinki? - spytała kelnera, gdy tylko znalazłyśmy
odpowiedni stolik. Patrzyła przy tym na młodzieńca bardzo przenikliwie,
aż dziw, że jej oczy nie przewierciły na wylot szkieł okularów.
- Serdecznie polecam specjalność naszego baru: mojito. Drink idealny
przy tej pogodzie - odpowiedział pewnie chłopak.
- Taa, jasne... - mruknęła. - Z całą pewnością ta wasza specjalność, jak
pan to określił, nawet nie stała w pobliżu prawdziwego mojito! Poproszę
jakieś dobre piwo beczkowe. - Po tym, jak oberwało się kelnerowi, Angie
przeniosła wzrok na mnie. Aż się wzdrygnęłam wewnętrznie, ale
szczęśliwie przeszłyśmy na bardziej neutralny grunt. - Jak tam, Ado,
niespodzianka się udała? Jak mama zareagowała na twój widok? Musiała być
przeszczęśliwa, co?
- Ach - rozpogodziłam się natychmiast i opowiedziałam dziewczynom z detalami, jak mama, nie oczekując o tej porze żadnych gości, wyjrzała
nieufnie przez judasza i zobaczywszy w ciemnym korytarzu zarys dwóch
postaci, od razu się nastroszyła, myśląc, że to świadkowie Jehowy znów
chcą ją nawracać. Uchyliła więc drzwi i ukazała nam się w tej szparze
wielce niezadowolona. Patrzyła na nas dobre kilkanaście sekund, zanim do
niej dotarło, że oto stoi przed nią córka i ukochany wnuczek.
Kolacja upłynęła w przyjemnej atmosferze, pewnie dlatego, że mój brzuch,
będący dziś z niewiadomych względów solą w oku przyjaciółki, nie był
widoczny zza stołu. Angie miała prawdziwe szczęście, bo nie dość, że ją
lubiłam, to jeszcze odczuwałam dużą sympatię do własnej osoby i stać
mnie było na to, aby docinki przyjaciółki traktować z przymrużeniem oka.
Ostatecznie od kilku miesięcy wytrwale ćwiczyłam i pływałam, starając
się jak najlepiej dbać o swoje ciało. Nawet mniejsza porcja jadu
wymierzona w kogoś o nieco słabszej konstrukcji psychicznej mogłaby
skutkować chęcią podcięcia sobie żył dowolnym tępym narzędziem.
Po kolacji postanowiłyśmy trochę pospacerować, do czego zachęcał ciepły
majowy wieczór, ale nie zaszłyśmy daleko. Widząc wygodne rattanowe
fotele wokół okrągłych stoliczków przed pierwszą napotkaną kawiarnią, od
razu postanowiłyśmy na nich usiąść.
Wykorzystując moment, gdy Angie udała się do toalety, zastanawiałyśmy
się z Kaśką, czy poza kawą uda nam się wepchnąć w siebie jeszcze jakieś
lody. Po krótkiej chwili zdecydowałyśmy, że damy radę.
- Adzik, czy nasze wakacyjne plany są wciąż w mocy? - spytała Kaśka, gdy
dostała swoją kawę. Pogoda ducha wręcz tryskała z jej oblicza i samą
swoją obecnością oczyszczała atmosferę niczym tężnie w Ciechocinku.
- Tak, oczywiście! - potwierdziłam z żarem. - Wstępny harmonogram został
już ustalony. W pierwszej turze na wyspę Skye jadą z nami Williamsowie.
Znasz przecież Harriet. Już się pali do tego, aby być tam pierwsza przed
wszystkimi i wraz ze mną przygotować pokoje na przyjęcie gości. Daję
słowo, ta kobieta ma w sobie tyle pary, że spokojnie uruchomiłaby
lokomotywę.
- Harriet mnie fascynuje - wyznała Angie, dołączając do nas i przywołując kelnerkę, która akurat kręciła się między stolikami. - Ja
poproszę piwo. Duże. Żadnych soczków i, broń Boże, żadnej słomki!
Uprzedzam z góry, bo mnie to niezwykle irytuje.
- Oczywiście. Żadnych słomek. Czy coś jeszcze? - Kelnerka uśmiechnęła
się miło. Pomimo początku sezonu już zdawała się uodporniona na
dziwaczne komentarze klientów. - Może skusi się pani na jakiś deser?
- Tylko piwo, dziękuję. Ile można jeść? - Bizneswoman przewróciła
oczami. - Gdzie to wszystko pomieścić?! Ludzie! A wracając do Harriet...
To jest taki typ, że tylko o niej książki pisać. Ja bym ją na przykład
widziała jako główną bohaterkę mrocznego kryminału. Wy nie?
- Ale w roli ofiary czy mordercy? - spytałam, chichocząc, bo mnie się
ten pomysł nadzwyczaj spodobał.
- Mordercy, rzecz jasna. Harriet nie nadaje się na ofiarę. Widzę ją jako
bohaterkę zbrodni z namiętności.
- Dobra byłaby też w roli detektywa. Zwróćcie uwagę na to, że Harriet
potrafi być w kilku miejscach jednocześnie - dopowiedziała Kasia,
zacierając ręce na widok nadzwyczaj apetycznych pucharków lodów, które
właśnie nam podano. Obdarzyłam deser takim samym błyskiem w oku. Oprócz
setki innych rzeczy głęboka miłość do dobrego jedzenia była zdecydowanie
tym, co nas z Kaśką łączyło.
- Chyba jednak będę się upierać przy roli morderczyni - rzekła Angie, z lubością sącząc zimny browar. - Posłuchajcie, jak to wspaniale brzmi:
Harriet - samotny mściciel.
- Harriet upajająca się zemstą niczym obłokiem ulubionych perfum... -
puściła wodze wyobraźni Kasia.
- Tylko jak ją nazwiemy na potrzeby literatury kryminalnej? -
zastanawiałam się, wodząc dookoła oczami w poszukiwaniu inspiracji. -
Wiem! - wykrzyknęłam entuzjastycznie, kiedy mój wzrok spoczął na
skrzynkach z kwiatami, zawieszonych na pobliskim płotku: - Czarna
Petunia! Powabna jak kwiat, ale o duszy mrocznej niczym czeluści kopalni
węgla kamiennego...
Zainspirowane ideą Czarnej Petunii przez następne pół godziny
dyskutowałyśmy na temat ulubionych literackich postaci kobiecych, do
których nam najbliżej charakterologicznie.
- Powiem wam, że ja chyba mogłabym się z łatwością utożsamić z Joanną
Chyłką, bohaterką prawniczych powieści Remigiusza Mroza. Nawet pod
względem upodobań kulinarnych. Chyłka też jest mięsożercą i podobnie jak
ja uważa, że lodówka nie powinna służyć do hodowli pnącz i wodorostów -
oznajmiła Kasia. - Adzik wie, bo właśnie czyta audiobooka.
- Chyba słucha! - sprostowała Angie, dopijając piwo.
- Audiobooki się czyta uszami - wyjaśniłam uprzejmie, skrupulatnie
ściągając łyżeczką resztki bitej śmietany ze ścianki pucharka.
- Dziewczyny, przyznam wam się do czegoś - powiedziała nagle Angie
głośnym szeptem, rozglądając się za kelnerką, żeby zamówić kolejne piwo.
- Od trzech tygodni nie jem słodyczy. Zero. Nawet mnie nie kusi. I schudłam już prawie cztery kilo!
Na te słowa rozjaśniłam się jak zorza. Zagadka rozwiązana! Alleluja!
Angie nie stała się wredna bez powodu! Wystarczy tylko, że znów zacznie
przyjmować cukier, i wszystko wróci do normy! Znowu będzie miłą osobą,
która wspiera przyjaciółkę, zamiast jej wbijać sztylety między żebra z częstotliwością większą niż skróty wiadomości w TVN24. Pamiętałam
doskonale z autopsji, że po zakończeniu trzynastodniowej diety
kopenhaskiej musiałam kupić kilku osobom kwiaty na przeprosiny, bo byłam
wtedy naprawdę nie do zniesienia i wiecznie zła jak osa.
- Czytałam ostatnio świetny artykuł - kontynuowała konspiracyjnym tonem,
zupełnie nieświadoma mojego odkrycia. - Naukowcy przeprowadzili badania
na szczurach i okazało się, że cukier uzależnia osiem razy bardziej niż
kokaina! Stymuluje on produkcję serotoniny i... czegoś jeszcze.
Zapomniałam teraz czego. W każdym razie ta serotonina poprawia nastrój i kiedy poziom cukru spada, nastrój też nam siada. Więc powstaje zaklęte
koło: przyjmujemy cukier, żeby znów poczuć się dobrze. W następstwie
tyjemy. Bardziej świadome jednostki odrzucają cukier. - Miałam wrażenie,
że w tym miejscu okularnica ledwo powstrzymała się, aby nie wskazać na
siebie palcem. - Nie wszyscy jednak są tak silni i dają radę na dłuższą
metę oprzeć się nałogowi. Wtedy wpadają w depresję i znów sięgają po coś
słodkiego na pociechę.
- Tak! - Uśmiechnęłam się rozanielona. - Tak! Znaczy to, że bez cukru
nie jesteśmy szczęśliwi. Ba! Mamy syndrom odstawienia! Jesteśmy
rozdrażnieni i mamy nastrój do dupy. I odgrywamy się na innych za to, że
jedzą cukier. Genialne!
Kaśka zaczęła całkiem jawnie chichotać, bo podążała za moim tokiem
myślenia jak po sznurku. Angie natomiast nie zwracała na mnie uwagi i dalej drążyła temat białej śmierci.
- Tak więc szczury, które zdążyły przyzwyczaić się przez kilka tygodni
do dużych dawek cukru i nagle zostały go pozbawione, zachowywały się jak
narkomani na głodzie. Podobno kiedyś też przeprowadzono podobny
eksperyment na myszach. Wyobraźcie sobie, że gotowe były wytrzymać
bolesne elektrowstrząsy, aby tylko dostać potem porcję czekolady!
- Przerażające! - Kasia pokręciła głową z podejrzanie poważną miną.
- Prawda? - podchwyciła wojująca z cukrem przyjaciółka. - A dajcie
spokój, ja nie chcę być zniewolona! Dopamina! Przypomniało mi się.
Dopamina to ten drugi neuroprzekaźnik poprawiający nastrój.
- Zgadza się - przyznałam, nagryzając maleńkie ciasteczko, które podano
mi wraz z kawą. - Od czasu, gdy okazało się, że Rosiek ma fatalne wyniki
krwi, też bardzo ograniczył spożycie soli i cukru.
- Ale ciebie to, widzę, kompletnie nie rusza? - wycedziła Angie przez
zęby, zaraz po tym jak wytrąbiła kolejne piwo, w którym zawartość słodu
najwyraźniej jej nie przeszkadzała.
Tego już było za wiele. Ciastko utknęło mi w gardle, a moje wewnętrzne
rozwścieczone ja zerwało się z rattanowego fotela, a następnie rozerwało
Angie na małe, krwawe kawałeczki niczym mściwa Czarna Petunia. Tymczasem
moje uzewnętrznione i ekstremalnie tolerancyjne ja zrobiło kilka
głębokich wdechów, po czym wyszło do toalety.
Spoglądałam na siebie w pomazanym lustrze wychodka, ciężko wzdychając.
Chyba miałam już dość. Czas wracać do mamy. Zjem sobie na noc śledzia w oleju, zagryzę go pajdą chleba ze smalcem, wciągnę jakiegoś gołąbka, o ile Adams już wszystkich nie pożarł, a na deser skonsumuję kawałek
sernika. Tak! Zrobię to dla Ojczyzny, dla świata, ba, dla ludzkości
całej! Nie chcę być chuda, niedocukrzona i wredna.
Rozdział trzeci Plany, strategie i wyładowania nieatmosferyczne
Rozdział trzeci
Plany, strategie
i wyładowania
nieatmosferyczne
Doświadczenia ostatnich kilku dni dowodziły niezbicie, że nic nie
wnerwia mojego męża bardziej niż prace remontowe we własnym domu. Oto
bowiem przyszła kolej na wykończenie łazienki, której remont Rosiek
zaczął prawie dziesięć lat temu. Od tego czasu moda zmieniła się kilka
razy i teraz trzeba było dostosować to, co już było na ścianach, do
tego, czego byśmy aktualnie chcieli.
Łatwo nie było. Małżonek prychał, pufał, miotał się, klął jak szewc i wyglądał jak wcielenie bożka wszystkich rozeźlonych. Nietrudno zgadnąć,
że w tej postaci nie był wymarzonym towarzystwem. Całe szczęście miałam
co robić, siedziałam więc w Narnii, jak nazywaliśmy nasz ogród zimowy,
oddzielona od reszty domu solidnymi szklanymi drzwiami, i robiłam
rozliczenie wydatków firmy za zeszły miesiąc.
Spajkuś leżał w ogrodzie, pod krzakiem różowej hortensji, i tylko czasem
łypnął złym okiem na królika, który właśnie miał wychodne i brykał po
świeżo skoszonej trawie. Pies w porze wiosenno-letniej był nadzwyczaj
wyluzowany. Rzadko co go ruszało - ani króliki, ani pszczoły brzęczące
mu nad uchem, ani mrówki maszerujące rządkiem wokół jego nosa. Jedynie
żółwica Molly i koty sąsiadów wzniecały w nim żywsze emocje.
Około piętnastej, kiedy byłam gotowa do wysłania księgowemu płodów swych
wysiłków, okazało się, że internet nie działa. Jakby tego było mało,
przestała współpracować drukarka. Po kilku próbach zreanimowania
ustrojstwa zaczęła we mnie wzbierać fala wściekłości i poczułam, że za
chwileczkę wybuchnę. Wyszłam więc na patio celem przewietrzenia
strapionej głowy i jak tak sobie stałam, to zaczynałam trochę żałować,
że nie palę papierosów, bo jeśli wierzyć palaczom, to może by mi trochę
nerwów zeszło wraz z wydmuchiwanym dymem. W zamian zjadłam cukierka.
Kątem oka zauważyłam, jak nasza wiekowa sąsiadka, pani Fisher, prawie
zgięta wpół, sprawdzała stan swojego trawnika wzdłuż płotu. Dwa dni temu
Rosiek zlitował się nad jej synem Gordonem, który niedawno złamał rękę,
i skosił u nich trawę. Swoją drogą, pomimo dziewięćdziesiątki na karku,
sąsiadka wciąż była całkiem żwawa, o czym świadczyły jej przedziwne
wygibasy, które akurat miałam wątpliwą przyjemność obserwować.
- Dzień dobry, pani Fisher! - odezwałam się pogodnie, ściągając
jednocześnie z linki wysuszone skarpetki. - Jak samopoczucie?
- No właśnie! - rzekła sąsiadka z wielką mocą i... jakby pretensją? -
Kiedy w końcu twój mąż przyjdzie zabrać stąd swoją trawę?!
- Jaką trawę? - spytałam lekko zbaraniała, po czym nagle z głębi domu
dobiegł mnie mocno poirytowany głos małżonka.
- Adaaaa!!! - darł się Rosiek, przy czym słowo "poirytowany" na
określenie tonu, który właśnie usłyszałam, należało uznać za wyjątkowo
grubymi nićmi szyty eufemizm.
- Przepraszam, muszę lecieć! - powiedziałam więc spiesznie do pani
Fisher, a ta w odpowiedzi pokręciła głową wielce rozczarowana moją
osobą.
Rosiek wyglądał jak ktoś, kogo ze złości właśnie zalała krew i to w sensie dosłownym, więc w pierwszej chwili patrzyłam na niego w osłupieniu. Łysa głowa ociekała mu czerwonymi smugami aż do skroni,
podczas gdy on sam wciąż majstrował pod sufitem.
- Co się stało?! Przecież to trzeba jakoś zdezynfekować...! Złaź z tej
drabiny!
- Kiedy nie mogę, bo muszę tu trzymać, żeby mi się nie przesunęło!
Wkręty mi z rąk wypadły, więc cię wołam jak idiota... A ty mnie całkiem
ignorujesz! - warczał mój mąż.
Zebrałam więc wkręty z podłogi, podałam mu, a kiedy umocował do sufitu
to, co było do umocowania, spytałam znów, co mu się stało w głowę.
- Uderzyłem się w ten cholerny bojler! - wysyczał Rosiek, obdarzając
urządzenie morderczym spojrzeniem. - Pod sufitem gorąco, krew mi oczy
zalewa, pot po dupie cieknie... A jeszcze ciebie dowołać się nie mogłem!
- Przepraszam - mruknęłam bez cienia skruchy i przystąpiłam do
dezynfekowania skaleczenia. - W ogrodzie byłam. Pranie ściągałam. Wtedy
pani Fisher naskoczyła na mnie z pytaniem, kiedy zamierzasz przyjść po
swoją trawę. Czy ty coś wiesz?
- Nawet mi nie przypominaj o tym babiszonie! - warknął Rosio, wciąż
siedząc na krawędzi wanny i spoglądając w mój dekolt. - Zaczepiła mnie
wczoraj przed domem i spytała, kiedy zabiorę swoją trawę. Więc jej
powiedziałem, że to nie moja trawa, tylko ich. Ja ją tylko skosiłem i jeszcze zapakowałem w worek, a nawet położyłem obok kosza na odpadki
organiczne.
- No wiesz...? - Kręciłam głową z niedowierzaniem, aczkolwiek ciut
rozbawiona. Pani Fisher była do tego zdolna, rzecz pewna.
- Ona na to, że skoro skosiłem trawę w ich ogrodzie, to teraz jest to
moja trawa i mój problem.
Parsknęłam w odpowiedzi, zauważając jednocześnie, że spoglądanie na mój
biust z bliskiej odległości działa na Rośka wręcz terapeutycznie. Dzięki
temu był w stanie wypowiadać się na wyjątkowo drażliwy temat pani Fisher
z niezwykłym jak na niego spokojem. Czytałam gdzieś, że jeśli kobieta na
chwilę odsłoni piersi w czasie największej nawet kłótni ze swoim
partnerem, to on automatycznie schodzi z tonu i jest duża szansa na
natychmiastowe zażegnanie awantury.
- Jeśli jeszcze raz mnie o to zapyta, to przysięgam, że wepchnę jej to
siano w tyłek i jeszcze zatkam pompką do roweru! A tobie jak idzie z rozliczeniem?
- Rozliczenie zrobione. Internet się wprawdzie zawiesił, ale jak
zresetowałam router, to wszystko poszło w końcu do księgowego... Za to
teraz mam problem z drukarką! Francy jednej cartridge z tuszem się nie
podoba i nie chce mi nic wydrukować! Ech, chyba zostawię to drukowanie
na później, a w zamian wyżyję się na odkurzaczu...
Jak powiedziałam, tak zrobiłam. Podczas sprzątania w Narnii odkryłam, że
w rogu parapetu, zaraz za lodówką, spaceruje sobie w najlepsze dość
liczna grupa skrzydlatych mrówek. Pognałam więc do szafki po specjalny
proszek, obsypałam nim szczodrze parapet, a czekając na jego zabójczy
efekt, włączyłam odkurzacz i zabrałam się za usuwanie psiej sierści z czerwonej sofy. Nagle odkurzacz ucichł znacznie, jakby był tylko na
częściowych obrotach, a potem warknął. W przeczuciu najgorszego szybko
odłączyłam go od sieci.
- Co tak śmierdzi?! - spytał Rosiek, materializując się znienacka obok
mnie z wiertarką w ręce.
- Chyba się właśnie silnik spalił... - wyjęczałam, padając bez sił na
sofę. Miałam ochotę się rozpłakać. - Mnie też zaraz szlag trafi,
zobaczysz. Dokładnie jak ten odkurzacz. Nic mi dziś nie idzie!!!
- Nie martw się, kochanie. Kupimy nowy - powiedział Rosiek kojąco. -
Idź, usiądź w ogrodzie i się zrelaksuj... Taki dzień, że wszystko idzie
jak po grudzie. Ja już też przerwałem robotę, bo mam dość. Zaraz
poszukam w necie jakiegoś przyzwoitego dysona...
Spojrzałam na niego podejrzliwie, bo zrobił się nagle tak wyluzowany,
jakby sobie coś cichcem zapalił. Odprowadzałam go wzrokiem, gdy
tanecznym krokiem oddalał się do saloniku, zapewne po to, żeby zasiąść w ulubionym fotelu naprzeciwko telewizora.
Też starałam się zrelaksować, ale mi za cholerę nie szło. Musiałam
wyłączyć audiobooka, bo myśli były tak rozbiegane, że umysł nie dawał
rady zrozumieć dialogów. Jeśli w tej sytuacji nie pomogą Dziewuchy, to
ja już nie wiem, co pomoże! Postanowiłam zrobić kawę i pokonwersować z przyjaciółkami w ramach terapii. Przedtem zajrzałam na chwilę do
saloniku i zauważyłam, że Rosiek przysypia nad swoim iPadem. Zapewne
poszukiwania odkurzacza na eBayu śmiertelnie go znużyły. Zrobiłam więc
kawę latte tylko dla siebie i uruchomiłam Messengera.
Angie: Szlag! Właśnie byłam na inspekcji w warzywniku i, niestety,
nie wszystko mi wzeszło. Cały rządek fasoli pusty!
Ana: Pewnie nasiona były do niczego.
Angie: No cóż, część nasion była z poprzedniego roku, przyznaję.
Ale czy to powód??? Mówią, że organizmy żywe mogą przetrwać całe lata w wiecznej zmarzlinie, czy w jakichś morzach kwasu solnego na księżycu
Jowisza, a moje nasionka nie przetrwały nawet jednej zimy w szopce?! No
proszę was!
Kasia: Pewnie masz tam warunki hiperekstremalne, Angie.
Ana: Powiem Wam, mnie też nosi. Cały dzień użerałam się w robocie z debilami, wróciłam do domu i dostałam okres! A planowałyśmy z Valerią
popływać wieczorem w morzu! Jeszcze na dokładkę zauważyłam, że te kurwy,
mszyce, pożarły żywcem drzewko cytrynowe! Zrobiłam oprysk z mydła i tak
czyszczę liść po liściu... Mam ochotę komuś przypierdolić.
Kasia: No dobra. To i ja się wygadam - właśnie straciłam fortunę na
wymianę progów w aucie. Niemniej miałam miłe poczucie spełnienia, bo już
im się dawno należało. Radość nie trwała jednak długo, bo w drodze z warsztatu do domu wysiadła klimatyzacja!!! W taki upał! Dodatkowo
podczas dramatycznej próby ugotowania obiadu dla siebie i mojej
szanownej rodzicielki zorientowałam się, że piekarnik wcale się nie
nagrzewa!!! Co jeszcze? Pytam się ja?!
Ada: Dziewczyny, to chyba wszystkie mamy taki szalony dzień! U mnie
dziś też nic nie idzie.
Kasia: Zen, dziewczęta. Zen!
Ana: Dzień na zen. Kurwa.
Angie: No pięknie! Zamiast papryką posypałam mięso cynamonem!
Myślicie, że jak rodzinie nie powiem, to się sami zorientują?
Kasia: Zależy, czy szczodrą ręką podsypałaś mięcho. Ale ja bym szła
w zaparte. Niech to oni myślą, że coś z nimi nie tak. Ty już dziś dość
przeszłaś.
Angie: Racja, Kasiu! A u Ciebie co w końcu będzie na obiad?
Kasia: W związku z zepsutym piekarnikiem i chwilowym brakiem szans
na pieczoną szynkę w miodzie naszła mnie wena na harce kulinarne i serwuję dziś kaszę gryczaną w formie nafaszerowanych nią pieczarek.
Ada: Ja nie mam głowy do gotowania. Rosiek ma jeszcze pomidorową z wczoraj, podam mu do tego koktajl z krewetek, żeby się dopchał.
Przynajmniej się pozbędę tych śmierdzieli z lodówki. Krewetek znaczy. A dzieciorom usmażę naleśniki. Truskawki na deser, nie będą fikać.
Angie: A propos truskawek, dziewuchy! W zeszły weekend zrobiłam
taki pyszny deser, że nawet teściowa rozpływała się w zachwytach. Takie
jakby truskawkowe tiramisu... Sama wzięłam dokładkę, przyznaję się bez
bicia.
Ada: Angie... czy to oznacza, że znów przyjmujesz cukier???
Angie: Wstyd się przyznać, kurczę blaszka, ale tak... przyjmuję. Od
jakiegoś tygodnia.
Ada: Alleluja!
Angie: Ech, powiedziałam sobie, a co ja, kurna, jestem? Męczennica?
W dodatku Michu mi strasznie przysrywał, że na głodzie jestem
niesamowicie wręcz upierdliwa i wredna. No, wiecie co?! Takie słowa od
własnego męża?
Ada: Hm...
Angie: Więc jeśli byłam kiedykolwiek wredna wobec Was, to
najgoręcej przepraszam. Można to usprawiedliwić okolicznościami.
Ada: Dziewuchy, nie uwierzycie, kto właśnie pojawił się na moim
podwórku! Piąta, brakująca do kompletu, Dziewucha! Ciekawe, jaka jest
jej historia...
Madzia, która od ponad roku mieszkała ze mną prawie po sąsiedzku,
wyglądała jak urodziwa, nieduża, za to wyjątkowo żądna krwi Furia. Kiedy
wyszłam ją powitać, wciąż starała się oprzeć swój rower o taczkę Rośka.
W związku z tym, że jednoślad był wyjątkowo krnąbrny i nieustawny, Ruda
cisnęła go w końcu na stertę worków jutowych.
- Matko! Czy ty chcesz mi powiedzieć, że przyjechałaś ze Stanwick
rowerem? - zawołałam, łapiąc się za głowę.
- Grrrrrr!!! - Przyjaciółka parła prosto na mnie, aż musiałam uskoczyć w przejściu, żeby mogła wejść do środka.
- Nawet nie wiedziałam, że masz rower!
- A tak! - wysapała Madzia już w kuchni, siadając z impetem na
drewnianej skrzyni na pranie, po czym dodała zjadliwie: - Liam mi
zamówił. Taka, rozumiesz, niespodzianka...
- Świetnie!
- A ty widziałaś, jak on wygląda? Ten rower?!
- No jak? Bardzo fajnie wygląda.
- Ale on jest RÓŻOWY, do diaska! Wściekle neonowo różowy! Nawet moja
Suzie ma ładniejszy! Zielony. Jak normalny człowiek, a nie jakaś
cholerna Barbie... - Madzia westchnęła ciężko, a następnie spytała
znienacka: - Aduś, masz może jakieś wino?
- Pewnie, że mam! Zawsze. - Uśmiechnęłam się słodko i dałam nura w czeluści witrynki z alkoholami. - Tylko nie mów, że to ten różowy pojazd
tak cię zeźlił. Ostatecznie pięknie dowiózł cię na miejsce.
- I to w trzydzieści trzy minuty! - podkreśliła Madzia z pewną dumą,
pukając w szkiełko zegarka. - Przyjechałam rowerem, bo nie miałam innego
wyjścia. Liam zabrał Suzie do kina autem. Zaraz po tym, jak mi oznajmił,
że już jutro znowu będę miała na głowie cały jego zespół! Odbiera ich o siódmej rano z lotniska!!! I co na to powiesz??? - Ruda przesunęła
znacząco wzrok z butelki wina, którą dzierżyłam w dłoni, na swój pusty
kieliszek. - Lej do pełna, Aduś. Napisałam Liamowi, żeby mnie odebrał
wieczorem... Mnie i rower.
- I nic ci wcześniej nie wspomniał, że to planują? - wystękałam, z trudem wciskając korek w szyjkę butelki, po tym jak już napełniłam
kieliszki.
- Bo wiedział, że się nie zgodzę! Szubrawiec! Więc mnie postawił przed
faktem dokonanym. Zdrajca! Znów będę miała dom wariatów! - To rzekłszy,
wychyliła jednym haustem całe wino i z impetem odstawiła kieliszek na
kuchenny blat. - Ja na twoim miejscu bym się nie kłopotała tym korkiem...
- A co? Czyżby znów jakiś duży koncert mieli? - zainteresowałam się.
Liam był Irlandczykiem, podobnie jak cały jego zespół rockowy, w którym
grał na klawiszach. Przeprowadził się do Anglii na życzenie ukochanej
żony, aby była bliżej mnie, ale niestety, wszystko w życiu ma swoją
cenę. Teraz Madzia musiała znosić pod swoim dachem obecność kumpli męża
częściej, niżby sobie tego życzyła.
- Nie, tym razem pracują nad nowym materiałem na płytę, bo ktoś załatwił
im studio nagraniowe na... sierpień. Więc teraz chłopaki przyjeżdżają
tutaj z Irlandii, a potem Liam bierze urlop i jedzie z nimi do Dublina.
- Aaaa... - Kiwnęłam głową ze zrozumieniem.
- Słyszałaś, co powiedziałam?! - Ruda zdenerwowała się, niebezpiecznie
balansując na krawędzi skrzyni. - Mają załatwione studio na sierpień!!!
- Ach! - zreflektowałam się. - To niedobrze.
- Na sierpień! - powtórzyła Madzia z goryczą. - Tym samym zrujnował
nasze wspólne wakacje.
- Ale ty i Suzie wciąż przyjeżdżacie do Strasznego Dworku! - bardziej
zakomunikowałam, niż zapytałam, z bardzo surową miną.
- Oooo, ja sobie tego nie odmówię, kochana, choćby nie wiem co! Tylko
nie wiem, jak my to zrobimy organizacyjnie... Przecież jest jeszcze pies!
I w jedną stronę to żaden problem, mogę jechać po prostu za wami na
Skye, ale z powrotem? Zostanę tam jakieś dwa tygodnie, póki nas nie
wywalicie, i co? Samotna podróż do domu. A jak ja sobie poradzę sama z Suzie i Malutkim?! To dobre dziewięć godzin jazdy! Wyobrażasz sobie tę
dwójkę siedzącą grzecznie na tylnym siedzeniu? Bo ja nie!
Malutki był całkiem sporych rozmiarów golden retrieverem, którego Madzia
dostała w prezencie od męża w zeszłą Gwiazdkę jako szczeniaczka. Teraz
młody miał już dziewięć miesięcy i ważył tyle, co mały samochód.
Dodatkowo na pewno miał ADHD, o które Madzia często posądzała również
swoją pięcioletnią córkę.
- Oj tam, najwyżej zostaniecie z nami cały miesiąc. Tym sposobem
pojedziemy razem i wrócimy razem - odpowiedziałam niefrasobliwie,
powtórnie napełniając kieliszki.
- Taaaak? - Ruda w końcu nieco się rozjaśniła. - Ale macie tam dość
miejsca? Nie będę nikomu zajmować łóżka? Och, mówię ci, Aduś, miałam
dziś ochotę zdjąć strzelbę ze ściany, naładować ją śrutem i strzelić
Liamowi w oba kolana za ten numer, który mi wykręcił! Dlatego musiałam
przyjechać do ciebie i się rozładować.
- Bardzo słusznie uczyniłaś, kochana, bardzo słusznie - zapewniłam
gorąco. - Wiele kobiet nie siedziałoby teraz w więzieniach za zbrodnie w afekcie na własnych mężach, gdyby w porę wsiadły na rower i pojechały
napić się wina z przyjaciółką! A teraz idź sobie chwilę pogadaj z Rośkiem, bo ja muszę usmażyć dzieciakom naleśniki.
- FUCK, FUCK, FUCK!!! - Dobiegł nas spanikowany głos.
Wpadłyśmy z Madzią do saloniku jak dwa pioruny kuliste i ujrzałyśmy
pobladłego nad swoim iPadem Rośka.
- Kochanie... - odezwał się mąż ze skruszoną miną - chyba musiałem
przysnąć z tabletem w ręku i niechcący kupiłem na eBayu ciężarówkę...
*
Całe szczęście właściciel ciężarówki miał poczucie humoru i anulował
transakcję po tym, jak Rosiek do niego zadzwonił i mu wszystko
wytłumaczył. Nasz majątek nie powiększył się zatem o ośmiotonową scanię.
Madzia pomagała mi dzielnie w wieczornym podlewaniu kwiatów w ogrodzie,
aczkolwiek wypełniona wodą po brzegi konewka nieco ją znosiła w różne
strony.
- Ty, Aduś, a co to tam pływa w tych małych puszeczkach wkopanych w rabatę? - zapytała w pewnym momencie.
- Ślimaki pływają. - Wyszczerzyłam zęby w uśmiechu.
- Co?! A jak one tam wpadły?
- Wpadły, bo zostały zwabione piwskiem, moja droga - odpowiedziałam,
wyciągając z ziemi pojemniczek i opróżniając jego zawartość w kompostowniku, choć trochę mnie kusiło, aby je wywalić przez płot do
pani Fisher. - W sumie dobrze, że pytasz, bo muszę im wymienić browar. W tym już pływają ze trzy dni i jak widzisz, pojemnik pełen. Już się pewno
tam żadna kreatura nie zmieści. A to właśnie wieczorem i w nocy jest
największa impreza.
- Chcesz powiedzieć, że topisz ślimaki w piwie?! - Ruda odchyliła głowę
do tyłu i zaśmiała się łobuzersko, dokładnie tak, jak czyniła to jej
córka.
- Nie było wyjścia! - Rozłożyłam ręce w geście bezradności. - Po kilku
tygodniach bezskutecznego odstraszania i kilkakrotnej wymianie sadzonek
na rabacie walka z tymi skurczybykami weszła w zabójczą fazę.
Przeczytałam gdzieś, że ślimaki lubią piwo. Postanowiłam sprawdzić i okazało się, że faktycznie działa. Zamiast zasadzić się na młodziutki
krzaczek dalii pędzą do pojemniczka z browarem... Cóż. Przynajmniej
umierają szczęśliwe.
- Taaaa... Na pewno. - Madzia zachichotała.
- Z pewnością wolą to niż nafaszerować się zabójczą chemią, którą
oferują w sklepach ogrodniczych - rzekłam z przekonaniem.
- Z pewnością to one by wolały nafaszerować się twoją dalią, hi, hi.
- Ale tak dobrze to nie ma - odparłam, napełniając na nowo pojemniczki
piwem. - Wierz mi, próbowałam różnych mniej inwazyjnych metod, ale nic
nie działało. Więc je teraz upijam...
- Rosiek się nie wkurza, że mu browar z lodówki podbierasz? - dochodziła
dalej Madzia, po raz kolejny nawracając z pełną konewką.
- Trochę... - przyznałam. - Ale to już nie będzie długo trwało. Jak te
roślinki podrosną, to ślimaki stracą zainteresowanie, bo one lubią tylko
takie młodziutkie listeczki i łodyżki, takie z nich cwaniaki. -
Uśmiechnęłam się pobłażliwie, ale zaraz potem spoważniałam, bo targnęła
mną bardzo nieprzyjemna myśl. - Ty! Humanitarna śmierć to jedno, ale
jeszcze tego brakowało, żeby się wieść rozniosła i wszystkie ślimaki z okolicy zaczęły ściągać do Hudsonów na piwo!
*
W połowie lipca w końcu pochyliłyśmy się z Harriet nad planem dworku,
który opracowaliśmy z Rośkiem podczas kwietniowej wizyty na wyspie Skye,
w celu teoretycznego ulokowania wszystkich gości w Leśnej Sadybie. Nie
wiem, jak to możliwe, ale podczas miesięcy letnich Harriet była nawet
bardziej zapracowana niż normalnie i w domu niemal nie bywała, więc żeby
się z nią zobaczyć, musiałam przyjechać na farmę swoim niebieskim,
kanciastym autkiem.
Ośmioletnie farmerskie dziecko o imieniu Daisy beztrosko skakało sobie
na trampolinie, bardzo ubawione widokiem podskakującego w rytm jej
skoków labradora o imieniu Rollo, który najwyraźniej został posadzony na
owej trampolinie za karę. Zaparkowałam pod bramą i zauważyłam
rozwścieczoną Harriet, wymachującą w jego stronę dwoma zaduszonymi
indykami. Nieszczęsne ofiary Rolla majtały w powietrzu zwiędłymi
szyjami, a mord w oczach farmerki natychmiast przypomniał mi o pomyśle
obsadzenia Harriet w roli zimnokrwistej zabójczyni. Chociaż może raczej
powinnam powiedzieć: pełnokrwistej. Farmerka zawsze biegała po farmie z prędkością strusia pędziwiatra i wcale jej w tym nie przeszkadzały
wysokie do kolan kalosze i zazwyczaj dzierżone w dłoniach widły.
A propos strusia: niedawno Williamsowie wzbogacili swój inwentarz o młodego emu, którego nazwali Crazy Mike i chyba rzeczywiście trudno
byłoby o trafniejsze imię dla tego sympatycznego, upierzonego szajbusa.
Rosiek dostał na jego punkcie prawdziwego fioła, aż zaczęłam poważnie
się obawiać, czy i sobie nie sprawi takiego pupilka.
- A więc tak: na parterze w lewym skrzydle znajduje się ogromna kuchnia,
a obok niej przestronna jadalnia. Kaśka będzie miała raj! Pośrodku jest
hall z wyjściem do ogrodu. Z kolei w prawym skrzydle znajduje się mały
gabinecik, a oprócz tego spory salon z biblioteką. W życiu nie widziałaś
tak wielkiego kominka! Normalnie jak w filmach! - nawijałam
podekscytowana, w myślach już przebywając w Strasznym Dworku. - Dół nas
zresztą średnio interesuje, bo jeśli ktoś tam będzie spał, to tylko
awaryjnie, i tylko wtedy, jeśli damy dupy z planowaniem.
- Jak damy dupy, to będzie twoja wina, bo goście mnożą się jak króliki!
Można się w tym wszystkim pogubić - odpowiedziała Harriet, odrzucając
włosy na plecy bardzo kobiecym i kokieteryjnym gestem, który nieco się
kłócił z jej wizerunkiem twardej, farmerskiej baby w ubłoconych
kaloszach.
- Za to na górze mamy osiem sypialni - kontynuowałam, otwierając butelkę
wody mineralnej.
Lato na Wyspach wyjątkowo nas rozpieszczało tego roku. Była szansa, że i na wyspie Skye nie będziemy wiecznie moknąć i marznąć w porywistym
wietrze. Wciągnęłam Dunvegan w aplikację pogodową w swoim telefonie i moje ostatnie obserwacje wskazywały na to, że różnica w temperaturze nie
była zbyt wielka. Padało tam wprawdzie trochę więcej niż u nas, ale na
mapie pogody widać było dość często żółciutkie słoneczka.
- Osiem sypialni... - powtórzyła przeciągle Harriet. - A gości ilu?
- Przecież wszyscy naraz się nie zjadą! - odpowiedziałam, ignorując
sarkazm w jej głosie. - Wśród tych ośmiu dostępnych sypialni dwie są
połączone wspólną łazienką i moje dzieciaki już się tam niejako
wprowadziły... Ale to nawet dobrze się składa, bo Daisy będzie mogła w trakcie waszego pobytu stacjonować z naszą Joanną...
- Stacjonować...! Ha, ha, ha! - przerwała mi Harriet, niezwykle ubawiona.
- Czy ty kiedykolwiek widziałaś moją córkę stacjonarną?
Rozejrzałam się, szukając wzrokiem małej łobuziary, i dostrzegłam ją
biegającą na bosaka i bez koszulki wokół zagrody, podczas gdy przed nią
umykał czarny baran.
- Kiedyś nam w końcu padnie - rzekłam z czułym uśmiechem. - A kiedy to
już nastąpi, zawleczemy ją do pokoju Joanny. Alex natomiast będzie spał
w pokoju Adamsa. O właśnie! Zapomniałam zapytać: czy April Rose też
jedzie z nami?
- Chyba oszalałaś! - Harriet wymownie puknęła się w czoło. - To mają być
dla nas wakacje, a nie misja szpiegowska! Mam tego dosyć na co dzień!
Dziewczyna Alexa, April Rose, wywodziła się z bardzo tradycyjnej rodziny
cygańskiej, a jej krewki ojciec już nie raz doprowadził Williamsów do
załamania nerwowego, wyrażając swą głęboką niechęć do związku swojej
córki z nieromskim chłopakiem. Aby więc młodzi mogli się spotykać, stale
ktoś musiał ich pilnować, żeby nigdy nie zostali sam na sam i żeby im
się przypadkiem nie zachciało figlować.
- No też właśnie miałam spytać, gdzie jest Alex... - rzuciłam lekkim
tonem.
Harriet tymczasem najpierw zbladła, a następnie poczerwieniała, po czym
zerwała się na równe nogi.
- Słodki Jezu! - wrzasnęła i popędziła ku stajniom.
Za nią ruszyła Daisy, z czego najbardziej ucieszył się czarny baran, a za nimi dwoma ruszyły w radosną pogoń psy: Rollo i Jake. Siedziałam
jeszcze przez moment na ogrodowym krzesełku i zastanawiałam się, co
robić, ale ostatecznie pognałam za przyjaciółką. Dotarłam tam akurat
wtedy, gdy Harriet z pasją rugała siedemnastoletniego syna, który
wyglądał na bardzo zaabsorbowanego przerzucaniem siana, a ciemnowłosa
April Rose z ogromnym namaszczeniem czesała końską grzywę.
- Och, mamo! - oburzył się Alex z cwaniackim, mocno podpadającym
uśmieszkiem. - Co ty myślałaś, że my tu robimy? Wstydź się!
- Ja ci mówiłam setki razy, że macie mi nie znikać z pola widzenia!
Jeszcze tego brakowało, żeby podczas mojej straży coś się wydarzyło! -
Zaczerwieniona z nerwów Harriet odgrażała się synowi pięścią, po czym
nagle skupiła wzrok na dziewczynie, podbiegła do niej i triumfalnie
wyciągnęła z jej włosów źdźbło siana. - HA!
- Tak że tego... - mruknęłam do siebie po polsku, obserwując, jak
rozjuszona matka wypycha zakochaną parę ze stajni i nakazuje im
oczyszczenie stawu z przywianych tam liści i innego badziewia.
Staw znajdował się jakieś dziesięć metrów od naszego stolika, więc cały
czas było ich widać jak na dłoni. Farmerka ze świstem wypuściła
powietrze i wysyczała:
- Wykończą mnie kiedyś, smarkacze... I ty jeszcze pytasz, czy April Rose
jedzie z nami!
- Przepraszam, już więcej nie będę. - Uderzyłam się ze skruchą w pierś.
- Na czym to stanęłyśmy... Aha! Daisy z Joanną, Alex z Adamsem, ty z Mattem sąsiednie drzwi zaraz obok chłopaków, a my z Rośkiem zaraz obok
dziewczynek... Madzia i Suzie będą przez cały pobyt zajmowały sypialnię
koło nas. Czyli mamy obsadzonych pięć sypialni. Ja chyba sobie muszę
jakoś te pokoje ponazywać w głowie... W każdym razie zostają trzy do
rozdysponowania.
- Okej. Kto przyjeżdża następny? - zadała rzeczowe pytanie Harriet, nie
spuszczając oka z Alexa, który w wyrazie frustracji zamierzał chyba
wrzucić siostrę do stawu. Daisy wiła się i wrzeszczała jak opętana.
- Potem... - Zmarszczyłam czoło, wysilając umysł. - Potem... przyjeżdża
Kaśka z moją mamą, swoją mamą i ich psem Piranią. Trzy dni po nas, jeśli
się nie mylę. Moja mamuśka zajmuje szóstą sypialnię, tę, co ma tylko
jedno pojedyncze łóżko, a Kaśka z rodzicielką siódmą. Zostaje jedna
wolna sypialnia, która przypadnie Ance i Valerii, które zgodnie z planem
mają zjawić się na Skye dzień po toruniankach.
- No dobra. Czyli mamy komplet na pierwszy tydzień! - Harriet zabębniła
paznokciami o blat stolika. - Potem my się zmywamy, więc zwolni się
jedna sypialnia. Kto przyjeżdża następny?
- Angie, Michał i ich syn Piotrek. Małżonkowie będą mieli wspólny pokój,
a Piotrek zajmie miejsce Alexa w sypialni Adamsa. Taki skład zostaje
całe dwa tygodnie. A nie! Zaraz... Marta przyjeżdża jakoś w trzeci tydzień
razem z Pauliną...
- Paulina przyjeżdża sama?
- Tak, bo jej chłopaki wyjeżdżają wtedy na jakiś obóz.
- I gdzie je położysz? - zapytała Harriet z niejaką satysfakcją,
podpierając się pod boki.
- No jak to? - Podrapałam się po głowie w wyrazie konsternacji. -
Przecież miałyśmy to wszystko obgadane i pięknie zaplanowane...
- Daisy, zostaw tę krowę! - zawołała farmerka w stronę młodszego
dziecka, osłaniając oczy dłonią przed słońcem. - Krowa to nie pies, nie
będzie za tobą chodzić na smyczy, na litość boską! Alex, czy ty za to
mógłbyś nieco zintensyfikować pracę kończyn? Tyle roboty, a ty sobie
stoisz jak jakiś wazon!
- Dobrze! - Nagle mnie olśniło i uśmiechnęłam się triumfalnie sama do
siebie. - Przecież Ana jedzie z Valerią na tygodniową romantyczną
objazdówkę po Szkocji i wrócą do dworku dopiero czwartego tygodnia. Więc
będzie wolny pokój, ta-dam! A na początku czwartego tygodnia Angie
wraca do Polski, bo jeszcze mają zaplanowaną rodzinną wycieczkę do
Barcelony, gdzie dołączy do nich córka i zięć. W ich miejsce przyjedzie
moja cioteczna siostrzyca Marla ze swoją familią! A że nasza Joanna
zabiera się do Anglii z Marti i Pauliną, żeby z kolei pojechać na
wakacje ze swoją mamą, to w jej pokoju ulokujemy moje siostrzenice, a Igor dołączy do chłopaków... Nie, zaraz, jakich chłopaków? Tam już wtedy
będzie tylko Adams... Zresztą bierzemy ze sobą na wszelki wypadek dwa
materace. Wszystko gra! Jesteśmy genialne.
- Oby tylko tak genialnie się wszystko ułożyło w praktyce jak w teorii
- ostudziła nieco mój samozachwyt Harriet, a jej głos był nieco
zduszony, bo właśnie zasadziła się na jakiegoś nieposłusznego
chwaściora. - Z moich doświadczeń wynika, że to różnie bywa.
Zapracowanie mojej towarzyszki zaczynało mnie już trochę uwierać, więc
zastanowiłam się, czy i ja nie mam czegoś pilnego do zrobienia w domu.
Zerknęłam na zegarek i poderwałam się z ławki jak oparzona.
- To już ta godzina?! Muszę pędzić, bo Rossa dziś nie ma, więc to ja
muszę zawieźć Adaśka do bazy na trening kadetów!
*
- Dobry wieczór, moja droga! - Usłyszałam w słuchawce podekscytowany
głos teścia.
- Witaj, Tony - powitałam go równie entuzjastycznie, przełączając
telefon w tryb głośnomówiący, abym mogła kontynuować obieranie warzyw.
Tony dzwonił do mnie często i ja te pogawędki bardzo lubiłam. Wiedziałam
jednak, że to, z czym dzwoni do mnie starszy pan, jest pewnie jakąś
błahostką, bo w poważniejszych sprawach zwracał się do Rośka. - Wszystko
w porządku?
- Jesteś w domu?
- Tak.
- W takim razie włącz komputer! Dobrze?
- Dobrze - zgodziłam się na odczepnego, wciąż skrobiąc marchewkę.
- Już? - zapytał Tony ponaglająco. - Więc teraz wpisz tak...
Ha-te-te-pe-es... Dwukropek... Podwójny ukośnik... Nadążasz?
- Tak, tak - potwierdziłam miło, zabierając się za pietruszkę.
- Wuwuwu... - Tu nastąpił ciąg liter, którego nawet nie zaczęłam
rejestrować. - Masz?
- Yhmmm... - wymamrotałam, schylając się do szafki po garnek. Planowałam
zrobić już dziś wieczorem farsz do ryby po grecku, którą zamierzałam
podać rodzinie na obiad następnego dnia.
- Co widzisz? - zapytał starszy pan podchwytliwie.
- Yyyyy, Tony... Chyba mam jakąś awarię, bo nic nie widzę!
- No nie! - Rozczarowanie w głosie teścia było wyraźnie słyszalne, więc
szybko dodałam:
- Ale obejrzę to sobie później, obiecuję. A co to właściwie jest? -
spytałam z żywym zainteresowaniem, starając się zrobić przyjemność
seniorowi.
- Powtórka wczorajszego programu na kanale czwartym. Obejrzyj
koniecznie!
- O, a o czym ten program? - spytałam, jednocześnie wsypując Spajkowi do
miski suchą karmę.
- O kotach - odpowiedział tajemniczo mój teść.
- O kotach?! - Mój głos zapewne nie wyrażał zbytniego zachwytu tematem,
więc Tony spiesznie uzupełnił:
- Ale nie o takich zwykłych kotach...
- Nie? A jakich?
W słuchawce nastąpiła pełna napięcia cisza, a potem usłyszałam nabożny
szept:
- Dzikich...
- Aaaaa... - odpowiedziałam w tej samej tonacji.
- Wszyscy zdrowi? - Tony nagle porzucił temat kotów. - Jak się ma wasza
wnuczka? Widzieliście ją ostatnio?
- Och, Tony, nawet nie zaczynaj ze mną tego tematu! - Zazgrzytałam
zębami. - Wyobraź sobie, że udało nam się zerknąć na nią w zeszłą
niedzielę podczas lunchu. Dosłownie: zerknąć! Wcale się nią nie
nacieszyliśmy, bo w restauracji było też całe stado innych członków
rodziny z obu stron, a każdy chciał chociaż na chwilę potrzymać Poppy w ramionach. Krążyła więc między ludźmi niczym puchar przechodni. Co
gorsza, w najbliższym czasie wcale nie będzie lepiej - dodałam, wielce
niezadowolona. - Odkąd firma Erica dostała ten duży kontrakt na przegląd
budynków pod kątem bezpieczeństwa pożarowego, będzie tak jeździł po
całym kraju, a Emma i Poppy będą jeździć za nim.
- No cóż! Pocieszające jest zatem to, że macie jeszcze dwójkę małolatów
w domu! - rzekł Tony pogodnie.
- No, mamy... Chociaż nie wiadomo, jak długo to jeszcze potrwa. Joanna ma
już prawie osiemnaście lat i właśnie nam powiedziała, że chce robić
prawo jazdy. A Adams przemawia złamanym basem... Ojej! Adam...! Muszę
pędzić, Tony. Mój syn dziesięć minut temu skończył próbę orkiestry i pewnie czeka teraz na mnie pod budynkiem szwadronu i jęczy!
*
Ada: Nie wiem, jak to jest, ale Rośka nigdy nie ma, kiedy jest
potrzebny! Jestem tak przyzwyczajona do tego, że to on wieczorem odbiera
Adamsa z zajęć kadetów, że całkiem mi z głowy wyleciało, że to ja muszę
po niego dziś jechać. Moje dziecko stało więc na ulicy niczym wazon, jak
to obrazowo określa Harriet, i jego mina wyraźnie wskazywała na głęboką
dezaprobatę z powodu mojego małego spóźnienia. Tak mnie to zdenerwowało,
że prawie mu kazałam biec za samochodem! No, w dupie się poprzewracało!
Nawet nie padał deszcz! Że poczekał przez chwilę na dworze podczas
lipcowego dnia, też mi wyczyn! W końcu mu pozwoliłam wsiąść do auta, ale
musiał dostać za swoje, więc otrzymał kazanie na temat tego, że jest
niewdzięczny, bo przecież go karmię, poję, opieram, ubieram, leczę,
podrzucam intelektualną strawę, umożliwiam wszechstronny rozwój, jak
również w pocie czoła gotuję farsz do jego ulubionej ryby po grecku! A on śmie się jeszcze dąsać z powodu piętnastominutowego spóźnienia!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki