Kronika Lechii - Angel Voxword

Kup ebooka

50.48 zł
41.90 zł (50,48 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zanim pojawiły się pierwsze królewskie korony, zanim kamienne grody wzniosły swoje wały ku niebu, zanim kronikarze zaczęli zapisywać dzieje ludzkich rodów - istniała pamięć przekazywana ustami starszych, pieśnią wieszczów i szeptem kapłanów. W czasach, gdy świat ludzi był jeszcze blisko świata bogów, gdy święte gaje były świątyniami, a rzeki i góry uważano za miejsca naznaczone boską obecnością, narodziła się Lechia - córka bogów i wybranka pradawnej kapłanki Roda-Światowida. Z jej narodzinami związana była obietnica: że nadejdzie czas, gdy rozproszone rody i plemiona odnajdą wspólną drogę, a ziemia między morzem a wielkimi rzekami stanie się domem jednego ludu. Lechia nie była jedynie imieniem kobiety ani nazwą krainy. Była symbolem więzi między niebem a ziemią, między dziedzictwem przodków a przyszłością ich potomków. Jej los został spleciony z losem Samona - wielkiego wodza, prawodawcy i ojca Słowian, którego imię przetrwało w najstarszych podaniach. Jako jedna z jego żon stała się matką przymierza, które miało połączyć rody żyjące między Bałtykiem, górami i wschodnimi rubieżami. Z tego przymierza wyrosło siedem wielkich plemion Lechii - siedem ludów, siedem tradycji i siedem straży powierzonych przez bogów.

Pierwsi byli Polanie, strażnicy żyznych pól i ogniska jedności. To oni mieli w przyszłości stać się sercem zjednoczonej ziemi lechickiej, a ich grody przechowywały pamięć o pierwszych władcach. Na południu żyli Wiślanie, potomkowie ludzi Wielkiej Rzeki, strzegący dawnych grodów, świętych wzgórz i tajemnic przekazywanych przez pokolenia. Ich ziemia była krainą mądrości, gdzie woda niosła wspomnienia dawnych czasów. Pośród bezkresnych puszcz i rozległych równin mieszkali Mazowszanie - lud lasów, łowców i wojowników. Ich zadaniem było strzec pierwotnej siły natury i miejsc, gdzie według podań przemawiały duchy przodków. Nad wielką wodą żyli Pomorzanie, dzieci morza i bursztynu. Znali szlaki prowadzące ku dalekim krainom, a ich łodzie przemierzały fale, niosąc sławę Lechii poza granice rodzinnej ziemi. U stóp świętej góry Ślęży trwali Ślężanie - strażnicy dawnych obrzędów i miejsc mocy. W ich pieśniach zachowały się opowieści o czasach, gdy kapłani stawali między światem ludzi a światem bogów. Na wschodnich krańcach Lechii czuwali Lędzianie, strażnicy granic i pierwszego światła wschodzącego nad ziemią przodków. Ich imię miało przetrwać w pamięci sąsiednich ludów jako określenie mieszkańców tej ziemi. A wśród jezior i mgieł krainy Gopła żyli Goplanie - lud związany z wodą, tajemnicą i dawnymi przepowiedniami. W ich opowieściach przechowały się legendy o pierwszych rodach, których losy miały na zawsze zmienić dzieje Lechii. Siedem plemion, siedem dróg, siedem darów otrzymanych od bogów. Każde inne, lecz połączone wspólnym pochodzeniem i wspólną pamięcią.

Ta księga jest zbiorem ich legend, klechd i podań - opowieści o bohaterach, kapłanach, wojownikach i tych, którzy żyli na granicy świata znanego i tajemniczego. Niech więc zostaną przywołane dawne imiona, niech przemówią miejsca, które pamiętają pierwsze kroki przodków, i niech zabrzmią pieśni tych, których głosy ucichły przed wiekami. Naród, który zachowuje swoje opowieści, zachowuje również swoją duszę. A pierwsza opowieść zaczyna się tam, gdzie zaczęła się Lechia.

Legenda początku Lechii

W czasach, gdy ludzie jeszcze częściej wsłuchiwali się w głos bogów niż w szczęk oręża, przy Świętym Gaju mieszkała Lechia - córka bogów i córka kapłanki Roda-Światowida. Nie posiadała własnego rodu, którym mogłaby władać, ani ziemi, którą mogłaby nazwać swoją. Jej dziedzictwem nie były pola, grody ani skarby, lecz tajemnica przekazana przez matkę - strażniczkę dawnych praw. Kapłanka od lat strzegła świętego miejsca, gdzie według podań bogowie przemawiali przez znaki natury. To tam Lechia nauczyła się rozumieć mowę gwiazd, szum drzew i szept przodków. Pewnej nocy, gdy księżyc stanął wysoko nad świętym gajem, wydarzył się znak niezwykły. Wszystkie ognie przy świętych ołtarzach zapłonęły jednocześnie, choć nikt ich nie rozpalał. Kapłanka Roda upadła na kolana i ujrzała wizję.

Zobaczyła daleką krainę nad wielką rzeką. Widziała ludzi rozproszonych między wieloma plemionami, widziała wojowników walczących nie o chwałę, lecz o przetrwanie. A pośród nich ujrzała człowieka, który miał zjednoczyć tych, których inni chcieli podzielić. Gdy wizja minęła, powiedziała do córki:

- Czas nadszedł. Musisz wyruszyć ku południu. Tam odnajdziesz męża wybranego przez los. Przekażesz mu słowa przepowiedni, bo jego czyny otworzą drogę dla przyszłych pokoleń.

Lechia zapytała:

- Jak rozpoznam tego, którego szukam?

Matka odpowiedziała:

- Poznasz go po tym, że nie będzie pragnął panować nad ludźmi, lecz ich jednoczyć.

Lechia opuściła więc dom z błogosławieństwem matki i starszyzny. Nie prowadziła jej armia ani orszak. Nie miała bogactw ani znaków królewskich. Szła sama, niosąc jedynie pamięć kapłanów i słowa przepowiedni. Przemierzała lasy, doliny i ziemie wielu ludów. Pytała o człowieka, który potrafił połączyć zwaśnione rody. A im dalej szła, tym częściej słyszała jedno imię: Samon.

Mówiono o nim, iż przybył z dalekich stron, lecz stał się przyjacielem Słowian. Że nie zdobywał ludzi strachem, ale zyskiwał ich zaufanie. W czasach niezgody potrafił stworzyć wspólnotę.

Kiedy Lechia przybyła do Panonii, ujrzała Samona pośród zgromadzonych plemion, które przedstawiały mu swoje najpiękniejsze córki. Junaczka nie przemówiła do niego jak poddana do władcy, lecz jak posłanka bogów do człowieka, którego czekało wielkie zadanie. Powiedziała:

- Samonie, przychodzę ze świętego gaju, gdzie przechowywane są najstarsze wspomnienia świata. Nie niosę ci złota ani wojska. Niosę słowa przepowiedni.

Samon odpowiedział:

- Powiedz więc, co zostało zapisane w znakach od bogów.

Lechia rzekła:

- Przyjdzie czas, gdy z wielu rodów powstanie jeden wielki lud. Jego początki nie będą w mieczu ani w bogactwie, lecz w pamięci przodków. Z twojego przymierza zrodzi się ten, który stanie się pierwszym korzeniem nowego rodu.

Samon zapytał:

- Kim będzie ten, który ma nadejść?

Lechia odpowiedziała:

- Będzie nosił imię pamiętane do kresu czasu. Nie będzie tylko synem człowieka. Będzie początkiem pamięci wielu pokoleń.

Od tego dnia Samon i Lechia szli wspólną drogą. Ojciec Słowian uczynił boginię jedną ze swych żon. On niósł doświadczenie wodza i jednoczyciela ludów. Ona niosła dziedzictwo Świętego Gaju i słowa przepowiedni. A kiedy narodził się ich syn, starsi powiedzieli:

- Oto narodził się pierwszy korzeń drzewa, którego gałęzie sięgną wielu krain. I nadano mu imię: Lech a przydomek Prarodny nadały mu jego dzieci. Nie miał być jedynie synem swoich rodziców. Miał być początkiem nowego rodu.

Polanie - Strażnicy Złotych Pól

Kraina: Wielkopolska, okolice Gniezna i Poznania

Znak: Orzeł nad kłosem zboża

Żywioł: Ziemia

Polanie byli ludem rozległych równin, żyznych pól i świętych gajów rozciągających się w sercu Lechii. Ich ziemie obfitowały w zboże, lasy i rzeki, dzięki czemu należały do najbogatszych krain słowiańskiego świata. Wśród wszystkich plemion słynęli z pracowitości, wytrwałości oraz zdolności jednoczenia rodów pod wspólnym sztandarem. Według legendy, gdy Lechia powierzała swoim dzieciom straż nad poszczególnymi krainami, Polanie otrzymali najważniejsze zadanie - ochronę Świętej Ziemi Przodków. To właśnie tutaj miały spoczywać korzenie pierwszych rodów Lechitów oraz kamienie pamięci pozostawione przez dawnych bohaterów. Bogowie obdarzyli ich siłą Ziemi, dzięki której potrafili budować potężne grody i przetrwać najcięższe próby. Orzeł nad kłosem zboża był symbolem ich przeznaczenia. Orzeł oznaczał władzę, czujność i opiekę nad całym ludem, zaś kłos przypominał o dostatku oraz więzi z ziemią. Wierzono, że gdy biały orzeł krąży nad polami, bogowie błogosławią plonom i przyszłym władcom. Polanie budowali potężne warownie, które z czasem stały się sercem rodzącego się państwa. Ich książęta jednoczyli sąsiednie plemiona, a mędrcy przechowywali pamięć o dawnych prawach i obyczajach. Z ich rodu wywodziła się dynastia Piastów, której przeznaczeniem było zjednoczenie ziem lechickich pod jednym berłem.

Cechy plemienia:

- Wytrwałość i przywiązanie do ziemi

- Umiejętność jednoczenia rodów i plemion

- Potężne grody i silna organizacja

- Szacunek dla tradycji przodków

- Rozwinięte rolnictwo i gospodarność

Dar Żywiołu Ziemi: Polanie potrafili wyczuwać siłę ukrytą w ziemi, przewidywać urodzaj lub nieurodzaj oraz odnajdywać miejsca sprzyjające budowie grodów. W legendach mówiono, że sama ziemia przemawia do nich poprzez drżenie korzeni i szum dojrzewających zbóż.

Święte Zwierzę: Orzeł Biały - królewski strażnik niebios i symbol boskiego przeznaczenia. Według podań prowadził wybranych wodzów ku miejscom, gdzie miały powstać grody przyszłego królestwa.

Motto: "Z ziemi przodków wyrasta siła narodu."

Pieśń o Gnieźnie

Przeminęło wiele lat od czasu, gdy Lech Prarodny zjednoczył siedem plemion Lechii, a jego najstarszy syn Polan umocnił władzę nad ludem Polan. Obaj spoczęli już w kurhanach swoich przodków na Ostrowie Lednickim, gdzie każdego roku podczas Dziadów żercy i lud składali im dary oraz wspominali ich czyny. Ostrów Lednicki pozostawał najświętszym miejscem Polan. Tu znajdowały się kurhany dawnych książąt, święty gaj Roda-Światowida i wiekowe dęby pamiętające pierwsze wiece Lecha Prarodnego. Jednak z każdym rokiem lud Polan stawał się liczniejszy. Na wyspie brakowało miejsca na nowe domy, warsztaty i spichlerze. Coraz więcej rodzin budowało swoje osady na stałym lądzie, a książęca drużyna nie mieściła się już wewnątrz dawnych wałów. Władzę sprawował wówczas Lech, syn Polana.

Był wnukiem Lecha Prarodnego i od dzieciństwa wychowywano go w przekonaniu, że największym obowiązkiem władcy nie jest zdobywanie nowych ziem, lecz troska o tych, którzy już na nich żyją. Pewnego wieczoru stanął na drewnianym pomoście Ostrowa Lednickiego. Długo patrzył na brzegi jeziora. Obok niego stanął najwyższy żerca Polan, Wojsław.

- Od wielu dni nosisz ciężar w sercu, książę.

Lech skinął głową.

- Gród mojego dziada był wielki. Gród mojego ojca był silny. Lecz dla naszych dzieci okaże się zbyt mały.

Wojsław spojrzał na wyspę.

- Myślisz o nowym grodzie?

- Myślę o przyszłości Polan. Jeżeli pozostaniemy tutaj, sami ograniczymy własny rozwój. Jeżeli odejdziemy zbyt daleko, zapomnimy o miejscu, z którego wyrośliśmy. Musimy znaleźć drogę pośrodku.

Kilka dni później Lech zwołał wiec wszystkich rodów Polan. Na placu zgromadzili się starsi, wojowie, cieśle, kowale, bartnicy, rybacy i gospodarze.

Lech przemówił:

- Trzeba nam nowego grodu. Ostrów Lednicki pozostanie grodem naszych przodków. Tutaj spoczywają Lech Prarodny i Polan. Tego miejsca nigdy nie opuści pamięć naszego ludu. Ale nasze dzieci potrzebują przestrzeni do życia. Dlatego chcę wznieść nowy gród.

Na wiecu rozległy się różne głosy. Jedni popierali księcia. Inni obawiali się opuszczenia dawnej siedziby. Najstarszy cieśla Żelisław powiedział:

- Nowy gród powinien być blisko Ostrowa, tak, abyśmy zawsze mogli wracać do miejsca naszych ojców.

Wojsław przytaknął:

- Nie szukajmy dalekich krain. Szukajmy miejsca, które wskaże nam sama ziemia.

Wiec zgodził się.

Nazajutrz o świcie Lech przeprawił się przez jezioro. Towarzyszyli mu Wojsław, wojewoda Siemirad oraz kilku zwiadowców. Nie jechali daleko. Od godzin oglądali okoliczne wzgórza i doliny, rozważając, gdzie najlepiej będzie wznieść nową stolicę Polan. Po kilku godzinach dotarli na wysokie wzgórze.

Rozciągał się z niego widok na okoliczne pola, jeziora i drogi prowadzące ku wszystkim osadom Polan. Lech zatrzymał konia. Zsiadł, dotknął ziemi a następnie rzekł:

- To miejsce ma dobrą straż nad całą okolicą. - Wojsław skinął głową. - A ziemia jest żyzna.

Nagle nad ich głowami rozległ się donośny krzyk. Wysoko nad wzgórzem szybował wielki biały orzeł. Ptak zatoczył krąg. Potem drugi. I trzeci. W końcu opadł na najwyższy dąb. Między jego konarami znajdowało się ogromne gniazdo. W tej samej chwili zachodzące słońce rozświetliło niebo czerwonym blaskiem. Białe pióra orła zalśniły niczym srebro. Ptak wzbił się w górę. Wyglądał na czerwonym tle jak boży posłaniec. Nikt nie wypowiedział ani słowa. Lech podszedł do starego dębu. Położył dłoń na jego pniu.

- Ptak Roda wybrał za nas i przypomniał że każde pokolenie potrzebuje własnego gniazda. - spojrzał ku Ostrowowi Lednickiemu, którego zarys widniał w oddali. - Stąd nie utracimy więzi z grodem naszych przodków. A zarazem damy naszym dzieciom miejsce do wzrastania.

Wojsław dodał:

- To wzgórze czekało na Polan.

Po powrocie zwołano drugi wiec. Lech opowiedział o wzgórzu i orlim gnieździe.

Starszyzna długo obradowała. Wreszcie wszyscy zgodzili się jednomyślnie. Na wiosnę rozpoczęła się budowa. Dzień po dniu rosły wały, bramy i drewniane domy.

Kowale wykuwali zawiasy i okucia. Cieśle wznosili wieże. Gospodarze zakładali pierwsze zagrody. Kobiety sadziły lipy i dęby przy nowych drogach. Kiedy ukończono główną bramę, Lech stanął na wale. Przed nim zgromadził się cały lud Polan.

- Jak nazwiemy ten gród? - zapytał.

Zapadła cisza. Wojsław wskazał dłonią na dąb wróżebny, który jako jedyny ostał się na wzgórzu a następnie przemówił:

- Niech nosi imię gniazda orła, który wskazał nam to miejsce. Niech będzie zwał się Gnieznem, nowym gniazdem Polan.

Lud odpowiedział jednym głosem:

- Gniezno! Gniezno! Gniezno!

Najwyższy żerca uniósł dębową laskę.

- Tak jak Lech Prarodny dał początek naszemu rodowi, tak ty dałeś Polanom nowe gniazdo. Od tej chwili będziesz nosił przydomek Gnieznowic.

Tłum powtórzył:

- Lech Gnieznowic! Lech Gnieznowic!

A biały orzeł wzbił się ponad nowy gród i zatoczył szeroki krąg nad wałami, jakby przyjmował Gniezno pod swoją opiekę.

Od tej chwili Ostrów Lednicki pozostał świętym grodem przodków, a Gniezno rozpoczęło dzieje jako nowa stolica Polan - zrodzona nie z wojny, lecz z mądrości, jedności i troski o przyszłe pokolenia. Minęło siedem lat od dnia, gdy Lech Gnieznowic ukończył budowę Gniezna. Nowy gród tętnił życiem. Na targ przybywali kupcy z odległych osad Polan, kowale wykuwali miecze i lemiesze, a z wieży strażniczej można było dostrzec dymy unoszące się nad Ostrowem Lednickim. Mieszkali tam starcy, którzy nie chcieli przynieść się do Gniezna, oraz kapłani, służący w świątyni Roda, oraz strzegąc kurhanów. Każdej wiosny i każdej jesieni mieszkańcy Gniezna przeprawiali się przez jezioro, aby podczas Dziadów złożyć dary na kurhanach Lecha Prarodnego i Polana.

Pewnego letniego poranka strażnik z zachodniej wieży zadął w róg. Jego głos niósł się daleko ponad polami. Lech Gnieznowic natychmiast wyszedł na wały.

- Co się stało?

- Książę... od północy nadciągają obcy.

Na horyzoncie pojawili się jeźdźcy w rogatych hełmach. Kupcy opowiadali o wojownikach z dalekiej północy, którzy napadali na nadmorskie osady. Teraz dotarli również na ziemie Polan. Lech zwołał drużynę.

- Ilu ich jest?

- Więcej, niż zdołaliśmy policzyć.

Książę zamyślił się. Po chwili spojrzał na wojewodę Siemirada.

- To Wikingowie? - zapytał niepewnie.

- Na to wychodzi. Spełniły się dawne wieszczby.

Na sali zapadła cisza. Wszyscy wiedzieli, że dawny gród nie posiada już licznej załogi. Lech podjął decyzję bez wahania:

- Nie pozwolimy zginąć ludziom. Nie będą atakować pustych wałów. Wyślijcie wozy. Niech wszyscy mieszkańcy wyspy natychmiast przybędą do Gniezna.

- A święty gaj?

- Gaju nie można zabrać. Drzewa nie są wartością dla tych najeźdźców. Ale można ocalić tych, którzy będą o nim pamiętać.

Do zmroku przewieziono resztę mieszkańców Ostrowa. Żercy wynieśli święte przedmioty oraz ogień płonący nieprzerwanie od pokoleń. Jako ostatni odchodzili strażnicy, uprzednio niszcząc pomosty. Lech stał na wzgórzu Gniezna i patrzył przez jezioro. Wtedy pierwsze płomienie objęły drewniane zabudowania starego grodu. Wikingowie atakowali, lecz nie wiedzieli że nikogo już tam nie ma. Ich zwiadowcy nie zdążyli o tym donieść, ponieważ zostali zabici. Ogień szybko wspinał się po ścianach chat. Noc rozjaśniła się czerwonym blaskiem. Milczał cały lud Polan. Niektórzy płakali. Inni zaciskali pięści.

Lech powiedział tylko jedno zdanie:

- Płonie drewno. Nie płonie nasza pamięć. Weźmiemy ich z zaskoczenia.

Wojowie kniazia ruszyli do boju. Walka trwała w blasku ognia aż do rana. O świcie resztka pokonanych Wikingów uciekła z pola bitwy. Nie zatrzymali się. Nie zdobyli skarbów ani niewolników. Pozostawili po sobie jedynie zwęglone wały i domostwa dawnego grodu. Kilka dni później Lech przeprawił się na wyspę. Towarzyszyli mu żercy oraz starszyzna. Długo chodzili po pogorzelisku. Wreszcie Wojsław zatrzymał się przy spalonym pomoście prowadzącym do świętego gaju. Ku jego i zdumieniu pozostałych potężne dęby ocalały.

Lech ukląkł a po chwili rzekł:

- To miejsce nie chce już być twierdzą.

Chce pozostać miejscem pamięci.

Żerca dopowiedział:

- Tak jak kurhany naszych przodków.

Lech wstał.

- Nie odbudujemy tutaj grodu. Niech Gniezno pozostanie stolicą Polan. Ostrów Lednicki stanie się odtąd najświętszym miejscem naszego ludu. Tutaj będą odbywać się wiece. Tutaj będziemy wspominać przodków. Tu też będą przybywać wszystkie rody Polan, aby oddawać cześć bogom. Jeszcze tego samego roku rozpoczęto budowę wielkiej świątyni Roda-Światowida. Stanęła na miejscu dawnego książęcego dworu. Jej cztery bramy zwrócono ku czterem stronom świata. Odbudowano pomost na wyspę ze świętym gajem, gdzie ciągle rósł święty dąb Roda-Światowida, którego nie odważył się tknąć żaden cieśla. Co roku podczas święta Stada mieszkańcy wszystkich osad Polan przybywali na Ostrów Lednicki. Najpierw odwiedzali kurhany Lecha Prarodnego i Polana. Potem składali przysięgę jedności. Na końcu udawali się do świętego gaju, prosząc bogów mądrość dla książąt, odwagę dla wojowników i zgodę dla całego ludu. Lech Gnieznowic często powtarzał swojemu synowi Wizymirowi:

- Pamiętaj. Stolicę można przenieść. Wały można odbudować. Ale naród, który utraci pamięć o swoich początkach, sam skazuje się na zagładę. Dlatego Gniezno będzie sercem Polan. A Ostrów Lednicki pozostanie ich sumieniem.

Goplanie - Dziedzice Jeziornej Krainy

Kraina: Kujawy, okolice jeziora Gopło

Znak: Biały koń nad wodą

Żywioł: Mgła i jeziora

Goplanie byli ludem związanym z wodą, mgłą i tajemnicami ukrytymi pośród jezior Kujaw. Ich ziemie otaczały rozległe wody Gopła, które według dawnych podań stanowiło serce ich krainy oraz zwierciadło odbijające wolę bogów. Tam, gdzie inni widzieli jedynie jeziora i mokradła, Goplanie dostrzegali świętą przestrzeń pełną duchów, znaków i pradawnej mądrości. W legendach Lechii uchodzili za strażników wodnych tajemnic oraz opiekunów przejść pomiędzy światem ludzi a krainą duchów. Mówiono, że mgły unoszące się nad Gopłem nie były zwyczajnym zjawiskiem, lecz zasłoną skrywającą wiedzę dostępną jedynie kapłanom i wybrańcom bogów. Z Goplanami wiązano także opowieści o Popielu, Mysiej Wieży i wydarzeniach poprzedzających narodziny polskiej państwowości. Według podań ich kapłani odczytywali wolę bogów z fal jeziora, a wodzowie zasięgali rad podczas obrzędów odbywanych na świętych wyspach. Ich osady budowano nad brzegami wód, a łodzie były równie ważne jak konie czy broń. Goplanie słynęli z umiejętności żeglugi po jeziorach i znajomości wodnych szlaków, które pozwalały im szybko przemieszczać się między grodami. W czasie wojny jeziora stawały się ich sprzymierzeńcem, chroniąc osady i utrudniając dostęp nieprzyjaciołom.

Cechy plemienia:

- Silna więź z wodą i jej duchami

- Znajomość jeziornych szlaków i żeglugi

- Mądrość kapłanów oraz wróżbiarstwo

- Cierpliwość i rozwaga w działaniu

- Ochrona świętych wysp i miejsc kultu

Dar Żywiołu Mgły i Jezior: Goplanie mieli zdolność odczytywania znaków ukrytych na powierzchni wody i we mgle. Wierzono, że potrafili przewidywać nadchodzące wydarzenia, odnajdywać drogę nawet podczas najgęstszej mgły oraz dostrzegać to, co pozostawało niewidoczne dla innych ludzi.

Święte Zwierzę: Biały Koń - święty posłaniec jeziornych duchów i symbol czystości, wolności oraz królewskiej godności. Według legend pojawiał się nad brzegami Gopła w chwilach przełomowych dla losów plemienia, prowadząc wybranych ku przeznaczeniu.

Motto: "Woda pamięta przeszłość, a mgła odsłania przyszłość."

Pieśń o Kruszwicy

Minęło wiele pokoleń od dnia, w którym Goplana wynurzyła się z wód Gopła i wskazała Gopliwoja jako pierwszego kniazia ludu jezior. Czasy wielkich cudów ustąpiły miejsca codziennemu trudowi, lecz pamięć o Strażniczce Jeziora i Koronie Kniazia Wód trwała w pieśniach bajarzy oraz opowieściach snutych przy wieczornych ogniskach. Nad brzegami Gopła powstawały nowe osady. Rybacy wypływali o świcie na połów, rolnicy uprawiali żyzne ziemie, bartnicy zaglądali do leśnych barci, a rzemieślnicy wyrabiali narzędzia, z których słynęły okolice jeziora. Każdego roku przybywało także kupców z odległych krain. Jedni wieźli bursztyn znad morskich wybrzeży. Inni przyprowadzali konie z dalekich równin.

Jeszcze inni przywozili tkaniny, pachnidła, futra i różne drogocenne wyroby. Najcenniejszym ze wszystkich towarów pozostawała jednak sól. Nazywano ją białym bursztynem. Bez niej nie można było przechować mięsa ani ryb przez długie miesiące. Dzięki temu ludzie mogli przetrwać zimę, a kupcy przemierzali setki mil, aby zdobyć choćby kilka worków cennego minerału. Przez ziemie Goplan prowadził wielki Szlak Bursztynowy, co dawało duże możliwości.

Na jego drogach mieszały się języki wielu ludów, skrzypiały wozy obładowane towarami, a w gospodach zawierano przyjaźnie, sojusze i umowy handlowe.

Bogowie patrzyli z zadowoleniem na rozwój krainy. Prowe czuwał, aby prawo było jednakowe dla wszystkich. Radogost przypominał o gościnności i uczciwości.

Mokosz każdego roku błogosławiła polom, aby rodziły obfite plony. Lecz wraz z bogactwem do ludzkich serc coraz łatwiej zakradały się pycha i chciwość. A tam, gdzie człowiek zaczyna kochać złoto bardziej niż bliźniego, to Nyja i Licho odnajdują drogę do jego duszy. I właśnie w tych czasach pojawił się kupiec, którego imię dziś zaginęło, bo lud zapamiętał nie jego, lecz przestrogę płynącą z jego losu. Był człowiekiem niezwykle przedsiębiorczym oraz odważnym. Potrafił dostrzec zysk tam, gdzie inni widzieli jedynie ciężką pracę.

Z czasem uwierzył jednak, że bogactwo może zastąpić honor, a złoto jest więcej warte niż ludzkie życie.

Kupiec szybko zrozumiał, że kto panuje nad handlem solą, ten posiada ogromny wpływ na życie ludzi. Z każdym rokiem sprowadzał jej coraz więcej. Zawierał nowe umowy. Budował kolejne magazyny. Aż w końcu niemal cały handel solą nad Gopłem znalazł się w jego rękach. Widząc rosnące bogactwo, postanowił wznieść budowlę, jakiej nikt wcześniej nie oglądał. Na wysokim brzegu jeziora wybrał rozległy teren. Tam cieśle przez wiele miesięcy obrabiali potężne dębowe bale. Powstał ogromny spichlerz, zdolny pomieścić setki jak nie tysiące worków soli. Kupiec nie poprzestał jednak na tym. Rozkazał usypać wysoki wał ziemny. Przed nim wykopano szeroką fosę. Na narożach stanęły drewniane wieże strażnicze, z których strażnicy mogli dostrzec każdego kto zbliżał się do skarbca kupca.

Ciężką bramę okuto żelazem, a wokół warowni ustawiono mocną palisadę. Gdy budowa dobiegła końca, przybyli kupcy zatrzymywali wozy i z podziwem oglądali niezwykłą budowlę.

- To jeszcze spichlerz czy już gród? - pytali jedni drugich.

- Twierdza Soli. - odpowiedział pewnego dnia stary przewoźnik i nazwa ta szybko rozeszła się po całej okolicy.

Kupiec z dumą spoglądał na swoje dzieło. Każdego ranka wspinał się na wieżę i patrzył na jezioro, łodzie rybaków oraz karawany zmierzające ku jego bramie. Z czasem zaczął wierzyć, że wszystko, co osiągnął, zawdzięcza wyłącznie sobie. Coraz rzadziej dziękował bogom za pomyślne wyprawy.

Coraz rzadziej wspominał ludzi, którzy pomagali mu budować jego dostatek. W jego sercu zakiełkowała pycha. A gdy po kilku latach słabsze zbiory sprawiły, że sól stała się jeszcze cenniejsza, kupiec po raz pierwszy świadomie podniósł jej cenę.

- Ludzie i tak przyjdą. - powiedział do swoich sług. - Bez soli nie zdołają przetrwać zimy.

Słudzy spojrzeli po sobie z niepokojem, lecz nie odważyli się zaprotestować. Tego wieczoru nad Gopłem zgromadziły się ciężkie chmury. Nie przyniosły jednak deszczu. Bogowie milczeli. Jakby czekali, czy człowiek sam zawróci z drogi, którą właśnie obrał. Niedługo potem nad ziemiami Goplan nastał jeszcze ciężki rok. Wiosenne deszcze nie przyszły na czas. Słońce wypaliło młode zboża, a pola pokryły się spękaną ziemią. W lasach było mniej zwierzyny niż zwykle, a rybacy wracali z coraz skromniejszym połowem. Ludzie z niepokojem spoglądali ku nadchodzącej przyszłości.

Wiedzieli, że bez soli nie zdołają zakonserwować mięsa ani ryb. To, co udało się zdobyć latem, mogło zepsuć się jeszcze przed pierwszym śniegiem. Dlatego dzień po dniu pod bramę Twierdzy Soli przybywali mieszkańcy okolicznych osad. Jedni przynosili zboże.

Inni skóry. Jeszcze inni miód lub własnoręcznie wykonane narzędzia. Kupiec jednak z każdym tygodniem podnosił cenę.

- Jeśli sól stała się aż tak potrzebna, to musi być więcej warta. - powtarzał swoim strażnikom. - Kto nie potrafi zapłacić, niech odejdzie.

Coraz częściej ludzie odchodzili ze spuszczonymi głowami. Pewnego chłodnego poranka przed bramą stanęła ubogo ubrana staruszka. Podtrzymywała się prostym drewnianym kijem, a na plecach niosła niewielki kosz z kilkoma bochenkami chleba i pękiem ziół. Strażnicy spojrzeli na nią z politowaniem.

- Po co przyszłaś, matko?

- Potrzebuję garści soli. - odpowiedziała cicho. - W mojej osadzie dzieci głodują. Chcę ocalić żywność, którą jeszcze zdołaliśmy zdobyć.

Strażnicy zaprowadzili ją przed kupca.

Staruszka skłoniła głowę i rzekła:

- Panie, nie mam srebra ani bursztynu. Weź ten chleb i zioła. Daj mi choć tyle soli, ile zmieści się w moich dłoniach.

Kupiec spojrzał na jej skromne dary i roześmiał się.

- Za tyle nie kupisz nawet garści piasku, a cóż dopiero soli.

- Nie proszę dla siebie. - odparła spokojnie. - Proszę dla tych, którzy sami przyjść już nie mogą.

Kupiec odwrócił się plecami i powiedział:

- Odejdź. W moim spichlerzu nie ma miejsca na litość. Kto nie potrafi zapłacić, nie otrzyma nic.

Staruszka westchnęła:

- Dobrze więc. Niech twoje serce zostanie osądzone przez tych, którzy widzą więcej niż ludzkie oczy.

Powoli odwróciła się i odeszła. Nikt nie zauważył, że gdy przekroczyła bramę warowni, jej pochylona sylwetka wyprostowała się, stare odzienie rozjaśniało, a wyschnięta laska zazieleniła się niczym młode drzewo. Nie była zwykłą kobietą. Była Mokoszą - opiekunką ziemi, urodzaju i uzdrowienia.

Jeszcze tego samego wieczoru stanęła w Wyraju przed tronem boga bogów, Rodem. Zgromadzili się również Świętowit, Perun, Strzybóg oraz inni bogowie. Mokosz opowiedziała o ludzkiej chciwości. O dzieciach skazanych na głód. O człowieku, który z daru ziemi uczynił narzędzie ucisku. Rod długo milczał. Wreszcie podniósł dłoń i rzekł:

- Sól jest darem bogów, nie własnością pychy. Kto wykorzystuje nieszczęście ludu dla własnego zysku, ten występuje przeciw sprawiedliwości.

Świętowit skinął głową na znak zgody.

- Wyrok jest słuszny.

Perun mocniej zacisnął dłoń na toporze.

- Jeśli pozwolisz, to wykonam wyrok na tym śmiertelniku.

Strzybóg rozpostarł ramiona.

- Moje wichry poniosą sprawiedliwość nad brzegi Gopła.

Mokosz spojrzała jeszcze raz ku ziemi ludzi.

- Niech zginie pycha, lecz niech ocaleją niewinni.

Bóg bogów powstał ze swojego miejsca.

Jego głos zabrzmiał niczym uderzenie kamiennego dzwonu.

- Tak postanawiam: o świcie sprawiedliwość zstąpi na Twierdzę Soli. Wyroki nasze muszą być zgodne z prawem które ustanowiliśmy na początku czasów. Prowe, Perunie, Strzybogu i Mokoszo wykonajcie mijają wolę.

Nazajutrz o świcie nad Gopłem zapanowała niezwykła cisza. Ptaki umilkły. Ryby skryły się w głębinach.

Nawet trzciny przestały kołysać się na wietrze. Najstarsi rybacy spojrzeli ku niebu i z niepokojem pokiwali głowami.

- Takiej ciszy nie pamiętamy. - mówili. - Bogowie przygotowują wielki znak.

Na dalekim horyzoncie pojawiła się ciemna chmura. Rosła z każdą chwilą, aż przesłoniła całe niebo. Nagle ziemię przeszył pierwszy grzmot. Nie był podobny do żadnego, jaki słyszeli ludzie.

Brzmiał tak, jakby sam Perun uderzył swoim toporem w sklepienie świata.

W tej samej chwili zerwał się wiatr.

Strzybóg wypuścił z dłoni wichry tak potężne, że drzewa uginały się do ziemi.

Nad Twierdzą Soli powstała ogromna trąba powietrzna. Wirowała z przeraźliwym hukiem. Zrywała dachy spichlerzy. Łamała wieże strażnicze niczym suche gałęzie. Rozrzucała worki z solą po całym dziedzińcu. Kupiec wybiegł przed swój dom i zaczął krzyczeć:

- Zamknąć bramy! Ratować sól! Ratować mój majątek!

Lecz nikt nie był już w stanie zapanować nad żywiołem. Wtedy z nieba spadł ulewny deszcz. Nie były to zwykłe krople.

Lały się z taką siłą, jakby sama Perperuna otworzyła wszystkie niebiańskie źródła. Biała sól zaczęła topnieć. Worki pękały. Po dziedzińcu płynęły słone strumienie. To, co kupiec gromadził przez całe życie, rozpływało się na jego oczach.

- Nie! To moje! To wszystko moje! - krzyczał z rozpaczą w głosie.

W tej samej chwili niebo rozdarła błyskawica. Perun wymierzył sprawiedliwość. Piorun uderzył prosto w kupca. Światło było tak oślepiające, że strażnicy i służba musieli zasłonić oczy.

Gdy błysk zgasł, nieuczciwy kupiec nie żył. Ziemia zadrżała. Pękła dokładnie w miejscu, gdzie padł. Rozwarła się na krótką chwilę i pochłonęła jego doczesne szczątki. Po czym zamknęła się ponownie, jakby człowiek ten nigdy nie chodził po świecie. Ludzie zamilkli.

Każdy zrozumiał, że bogowie wydali swój wyrok. Gdy burza ucichła, od strony jeziora nadciągnął kniaź Goplan wraz ze swoją drużyną. Przez długi czas oglądał zniszczoną warownię. Nie kazał jednak jej burzyć.

- Pycha jednego człowieka przeminęła. - powiedział. - Lecz dzieło ludzkich rąk może jeszcze służyć dobremu celowi.

Polecił otworzyć warownię. Pozostałą sól rozdano mieszkańcom okolicznych osad, aby nikt nie zaznał głodu podczas nadchodzącej zimy. Następnie kniaź zwrócił się do starszyzny rodów:

- Od dziś miejsce to nie będzie należało do jednego człowieka. Będzie należało do całego ludu Goplan.

Na miejscu dawnej Twierdzy Soli rozpoczęto wielką przebudowę. Wzmocniono wały. Poszerzono fosę.

Wzniesiono nowe bramy, dom kniazia, pracownie rzemieślników i targowisko.

Powstała świątynia, w której oddawano cześć Prowe za sprawiedliwe prawa. Przy bramie grodu ustawiono także kamienny słup z wyrytym znakiem Prowe, aby każdy kupiec pamiętał, że handel bez uczciwości prowadzi do zguby. Nowy gród nazwano Kruszwica od kruszcu soli, która tu była. Od tej pory stała się stolicą Goplan oraz strażnikiem handlu na Szlaku Bursztynowym. A gdy nad Gopłem pojawiała się burza i błyskawice rozświetlały niebo nad Kruszwicą, starzy ludzie szeptali do swoich wnuków:

- Pamiętajcie... bogowie długo są cierpliwi, lecz gdy człowiek uczyni chciwość swoim panem, sprawiedliwość zawsze odnajdzie drogę do jego serca.

Pieśń o Lichu i Kaliszu

Na południowych rubieżach Lechii, tam gdzie przez wieki krzyżowały się kupieckie drogi Szlaku Bursztynowego, stał stary gród Kalisz. Od świtu do zmierzchu rozbrzmiewał stukot kół wozów, nawoływania kupców i śmiech dzieci bawiących się na targowisku. Do miasta przybywali ludzie z odległych krain, niosąc bursztyn, sól, futra, miód, żelazo oraz ozdoby.

Kalisz był bogaty. Lecz bogactwo zawsze przyciągało nie tylko ludzi. Najstarsi bajarze mówili, że raz na kilka lat, gdy jesienne mgły spowijały gród, po ulicach przechadzała się stara, jednooka kobieta. Pojawiała się tam, gdzie ludzie zapominali o braterstwie oraz o tym iż bogactwo pochodzi od bogów. Szeptała do uszu chciwych kupców. Podsycała zazdrość między braćmi. Budziła lęk w sercach dzieci. A nocami zsyłała sny tak straszne, że nawet najdzielniejsi wojowie budzili się z krzykiem. Była to Licho. Nie potrzebowała miecza ani ognia. Jej orężem był strach. Mówiono, że nie można jej pokonać siłą. Im bardziej człowiek z nią walczył, tym większą władzę zyskiwała nad jego sercem.

Kapłani wiedzieli jednak o dawnej przepowiedni przekazywanej od pokoleń.

Głosiła ona, że nadejdzie dzień, gdy narodzi się dziecko na granicy dnia i nocy. Jeśli zachowa czyste serce i nie ulegnie ani pysze, ani nienawiści, będzie mogło stanąć przed Lichem bez lęku.

A wtedy moc bogini osłabnie. Przez długie lata nikt nie wierzył, że przepowiednia kiedykolwiek się spełni.

Lecz pewnego jesiennego wieczoru, dokładnie w chwili, gdy ostatni promień słońca gasł za horyzontem, a pierwsza gwiazda rozbłysła na niebie, w Kaliszu przyszedł na świat chłopiec. Najstarsza kapłanka spojrzała na niebo i wyszeptała:

- Granica dnia i nocy... Bogowie dali znak.

Chłopcu nadano imię Mirosław, co znaczyło "ten, który niesie sławę pokojowi". Urodził się dokładnie w chwili, gdy dzień ustępował miejsca nocy. Ostatni promień słońca zgasł nad murami Kalisza w tej samej chwili, gdy na niebie zabłysła pierwsza gwiazda. Niemowlę zostało oddane kapłankom Dzidziley, zgodnie z przepowiednią. Najstarsza kapłanka świątyni długo patrzyła na niemowlę.

- Takie dzieci rodzą się raz na wiele pokoleń. - powiedziała cicho. - Ich serca widzą więcej niż oczy.

Chłopiec od najmłodszych lat różnił się od swoich rówieśników. Nigdy nie wyśmiewał słabszych. Nigdy nie odwracał wzroku od cierpiących. Gdy znajdował ranne zwierzę, opatrywał je.

Kiedy widział głodnego, dzielił się własnym posiłkiem. Największą radość sprawiało mu jednak słuchanie starych bajarzy i nauka świętych pieśni ku czci bogów. Jeden z jego opiekunów, kapłan bogini Żywie, często mu powtarzał:

- Człowiek może pokonać każdego wroga mieczem, lecz tylko czyste serce zwycięży lęk.

Mirosław zapamiętał te słowa i starał się żyć boskim prawem.

Lata mijały. Chłopiec wyrósł na wysokiego i spokojnego młodzieńca. Choć potrafił władać włócznią, znacznie częściej wybierał laskę pielgrzyma niż broń wojownika. Pewnej zimy Licho znów nawiedziło Kalisz. Najpierw pojawiły się koszmary. Ludzie budzili się z krzykiem. Kupcy zaczęli oskarżać się wzajemnie o kradzieże. Sąsiedzi przestawali sobie ufać. Matki bały się wypuszczać dzieci z domów. Na targowisku coraz częściej dochodziło do kłótni. Wystarczało jedno nieostrożne słowo, by wybuchła bójka.

- To wróciło Licho... - szeptali mieszkańcy.

Nawet wojowie bali się zapadającego zmroku. Tylko Mirosław pozostawał spokojny. Każdego wieczoru odwiedzał domy ludzi, modlił się z nimi, pocieszał dzieci i przypominał, że lęk rośnie wtedy, gdy człowiek karmi go własnym sercem.

Pewnej nocy przyśniła mu się stara kapłanka, która przed laty przepowiedziała jego narodziny. Powiedziała tylko jedno zdanie:

- Nie szukaj Licha... spraw, aby to ono odnalazło ciebie.

Młody kapłan obudził się przed świtem.

Zrozumiał, że nadszedł czas spełnienia przepowiedni. Nie wiedział jeszcze, że następnej nocy stanie twarzą w twarz z boginią lęku, od której od pokoleń drżał cały Kalisz. Następnego wieczoru Mirosław opuścił świątynię, nie zabierając ani miecza, ani włóczni. Miał przy sobie jedynie dębową laskę kapłańską, gałązkę jałowca oraz niewielką lampę z płomieniem zapalonym od świętego ognia. Najstarszy kapłan zatrzymał go u bramy.

- Dokąd idziesz, synu? - zapytał z niepokojem.

- Tam, gdzie od pokoleń nikt nie odważył się pójść. - odrzekł z pokorą oraz odwagą.

- A jeśli Licho odbierze ci rozum?

Mirosław uśmiechnął się spokojnie.

- Nie można odebrać tego, co spoczywa w rękach bogów. - uśmiechnął się.

Kapłan pobłogosławił go znakiem Roda.

- Niech Prowe prowadzi cię ku prawdzie, a Żywie zachowa twoje serce od rozpaczy. - dodał na koniec.

Młody kapłan udał się poza wały Kalisza, na wzgórze, gdzie według starych podań Licho najczęściej ukazywało się ludziom.

Noc była cicha. Mgła unosiła się nad ziemią. Nagle płomień lampy zadrżał. Z mgły wyłoniła się wysoka postać starej kobiety. Jej plecy były zgarbione. Siwe włosy opadały aż do ziemi. Miała tylko jedno oko pośrodku czoła.

- A więc przyszedłeś... - odezwała się ochrypłym głosem.

- Przyszedłem. - odparł.

- Nie boisz się mnie? - okrążyła chłopaka.

- Boję się tylko utraty dobra we własnym sercu.

Licho roześmiało się. Śmiech zabrzmiał jak skrzypienie starych drzew podczas wichury.

- Wszyscy tak mówią. - uśmiechnęła się złowieszczo a jej oko zaczęło opalizować. - Potem uciekają.

Wyciągnęło rękę. W jednej chwili przed Mirosławem pojawiły się obrazy. Zobaczył płonący Kalisz. Martwych przyjaciół. Płaczące dzieci. Własnych rodziców wołających go z zaświatów o pomoc. Lecz to nie zrobiło na nim wrażenia. Potem ujrzał siebie jako potężnego kapłana, przed którym klękają tłumy. Na jego głowie lśniła złota korona.

- Wystarczy jedno słowo. - wyszeptała bogoni. - Oddaj mi swoje serce, a dam ci władzę większą niż mają kniaziowie.

Mirosław zamknął oczy. Po chwili odpowiedział spokojnie:

- Serce, które można sprzedać za władzę, nigdy nie było czyste.

Wszystkie obrazy zniknęły. Licho cofnęło się o krok. Po raz pierwszy od wielu pokoleń ktoś nie uległ ani lękowi, ani pokusie. Jednookie oko bogini rozbłysło gniewem.

- Nie pokonasz mnie! - zasyczała. - Jestem boginią!

- Nie przyszedłem cię pokonać. - odparł Mirosław. - Przyszedłem zakończyć twoje panowanie nad tym grodem.

W tej chwili nad wzgórzem rozbłysła pierwsza zorza. Granica między nocą a dniem powróciła - dokładnie taka sama, w jakiej przed laty narodził się młody kapłan. Licho zrozumiała, że przepowiednia zaczyna się wypełniać.

Zawyła z gniewu i rzuciła się do ucieczki.

Nie biegła jak człowiek. Sunęła nad ziemią niczym gęsta mgła. Mirosław ruszył za nim. Przez lasy oraz mokradła.

Przez doliny i pagórki. Gdzie tylko przebiegało Licho, tam gasły ogniska, usychały kwiaty, a ludzi ogarniał niewytłumaczalny lęk. Pościg trwał cały dzień i całą noc. Młody kapłan nie ustawał. Prowadziła go troska o ludzi.

Nad ranem Licho dotarła na samotne wzgórze pośród lasów. Zatrzymała się.

Po raz pierwszy wyglądała na zmęczoną.

W tej chwili Mirosław usłyszał głos, który nie należał do żadnego człowieka. Był to głos Welesa, pana magii, przysięgi i Nawi.

- Nie próbuj zniszczyć Licha. - przemówił pan zaświatów w sercu młodzieńca. - Lęk jest częścią świata. Można go jedynie zamknąć tam, gdzie nie będzie szkodził ludziom.

Mirosław ukląkł. Podniósł z ziemi pierwszy głaz. Potem drugi i trzeci. Przez cały dzień oraz całą noc układał wokół wzgórza wielki kamienny krąg. Gdy położył ostatni głaz, wyrył na nim święte znaki Welesa oraz Prowego. Kamienie rozbłysły bladym światłem.

Licho ocknęło sie a nastepnie rzuciło się ku granicy kręgu, lecz niewidzialna moc odrzuciła je z powrotem. Bogini krzyknęła z gniewem:

- Nie zatrzymasz mnie na zawsze!

- Nie na zawsze. - odpowiedział spokojnie Mirosław. - Tak długo, jak ludzie będą pamiętać, że lęku nie zwycięża się przemocą, lecz odwagą i czystym sercem.

Od tej pory Licho pozostało uwięzione na wzgórzu. Aby nigdy więcej nie zwróciło swego gniewu przeciw ludziom, kapłani wznieśli na jego szczycie kontynę poświęconą bogini, aby moc Licha była tu osłabiana modłami i ofiarami. Raz w roku ludzie przybywali tam z całej okolicy.

Przynosili dary pojednania, prosząc, aby bogini pozostała na swoim miejscu i nie nawiedzała więcej ludzkich domów.