Norwegia, rok 1581
Kiedy dżuma zaatakowała miasto, ludzie umierali niczym płomienie świec zdmuchiwane przez wiatr. Śmierć czaiła się wszędzie, zaglądała do każdego domu, nie omijała bogatych i biednych, bo choć różnice klasowe istniały, to granice pomiędzy nimi mocno się zatarły. W ten dziwny, naznaczony ponurym mrokiem i zapachem czającej się w pobliżu śmierci czas - wszyscy stali się równi. Ludzie w końcu zapominali o bogactwie, gdyż nawet ono nie potrafiło uchronić przed nadchodzącym najgorszym...
W ten mroźny, zimowy dzień tylko z jednego komina unosił się dym, lecz w tę stronę ludzie woleli raczej nie spoglądać... jakby w tej części lasu nie było żadnego domu, bo chociaż stał daleko, to jednak budził wstręt i obawę przed jego jedyną mieszkanką...
Osłabieni chorobą, niezdolni do jakichkolwiek wysiłków ludzie rzadko kiedy wstawali z łóżek. Ci, co czuli się zdrowi, jeszcze na siłach, byli zupełnie zdjęci strachem, leżeli więc na swoich posłaniach i nie wychylali nosów z domostw, które stały zamknięte, pogrążone w ciszy i spokoju. Jakby wtedy dżuma mogła ich nie zauważyć i przejść obok - jakby w ten sposób można było ją oszukać.
Dżuma zaś okazywała się znacznie bystrzejsza, niż sądzili. Zamknięte drzwi nie stanowiły dla niej żadnej przeszkody w drodze do zaatakowania człowieka.
Kiedy zaraza panowała wokół już następny miesiąc, w ludziach pozostawało coraz mniej życia i wiary w jutro. Coraz więcej osób umierało, aż w końcu mało gdzie dało się usłyszeć śmiechy dzieci i wesołe głosy dorosłych. Ustała praca i jakiekolwiek życie. Najpierw odchodziły dzieci, umierali słabi, starzy i biedni, ci bowiem byli najbardziej bezbronni i narażeni na atak niewidzialnego stwora czającego się w powietrzu. Wychudzone biedą ciała nie potrafiły przeciwstawić się sile zarazy. Później przyszła kolej i na tych silniejszych, bogatych...
*
Gdzieś tam w lesie tuż przy małej starej chacie ciemny cień poruszał się niezdarnie. Z komina nieustannie sączył się cieniutki dym...
*
W jednym z domów pozostała przy życiu już tylko jedna kobieta. Trzymała w ręku dopiero co narodzone dziecko...
Wegetowała od tygodni, brakowało jej jedzenia, a po uciążliwym porodzie nie miała już pokarmu. Jej piersi zwiotczały i stały się suche - po urodzeniu małej nawet kropla mleka z nich nie pociekła, choć ugniatała je aż do łez z bólu. Dziecko wyczuwało czające się zło i dlatego pozostawało ciche w ramionach młodej cierpiącej matki. Powoli ginęło na jej oczach.
Niegdyś niebieskie oczy kobiety - teraz były szare i puste w środku, pozbawione nadziei i skrywające ogromny smutek.
- Wybacz mi - szeptała. - Wybacz.
I chociaż ani jej, ani córeczki zaraza jeszcze nie zaatakowała, to jednak wycieńczony głodem organizm nie miał siły bronić się przed śmiercią, zimnem i chłodem wdzierającymi się najmniejszymi szczelinami wszędzie, gdzie tylko się dało, do każdego kąta.
Naraz kobieta, choć wzrok przysłaniała jej szara mgła, zauważyła przez okno dym unoszący się z daleka, z głębi ciemnego lasu. Smużka czerni snuła się powoli w górę, jakby sennie i leniwie. Przeżegnałaby się, gdyby tylko miała więcej siły - wiedziała bowiem, skąd dym pochodzi i mimowolnie wstrząsnęła nią odraza - lecz nie zdołała. Organizm odmawiał posłuszeństwa. Była więźniem własnego ciała.
- Spójrz w inną stronę - mówiła do siebie - więcej tam nie patrz.
Lecz nie potrafiła się przemóc, aby tam nie patrzeć. Dym ten oznaczał jedno - ciepło, a ciepło to życie. Jakże pragnęła podarować swemu dziecku odrobinę ciepła, ale w tej chwili nie była w stanie uczynić nic. Wszyscy pomarli i tylko ona jedna z całej rodziny przeżyła. Nieustannie miała w pamięci martwe, blade twarze. Teraz czekała, kiedy i na nią przyjdzie czas...
Minęła cała doba, zanim zauważyła, że dziecko już jedynie ledwo słyszalnie oddycha. Było takie ciche, takie spokojne. Kiedy dotknęła małej rączki, przeraziła się nie na żarty - ciałko dziecka było lodowato zimne. Po twarzy kobiety nie płynęły już łzy. Nie miała sił na jakąkolwiek reakcję. Dusza jednak płakała rozdzierająco.
Gdy chwyciły pierwsze skurcze, kobieta upadła pod stół i boleśnie zraniła się w głowę. Na pewien czas straciła przytomność. Obudził ją dopiero kolejny skurcz, a dziecko przychodziło już na świat. Świadomość, że dom jest pełen trupów, i ciemność zapadająca nad światem przeraziły ją.
Z bólu zagryzała wargi, aż poczuła smak krwi, resztkami sił trzymała się nóg stołu, aby nie krzyczeć. W drugiej izbie leżeli martwi członkowie rodziny, więc krzyk w domu, gdzie śmierć zebrała swe żniwo, wydawał jej się nie na miejscu, byłby profanacją tych, którzy jeszcze niedawno prowadzili tu spokojne, ustatkowane i w miarę szczęśliwe życie.
Po długich minutach ciągnących się niemiłosiernie niczym godziny - w bólu i wraz z pierwszym i jedynym krzykiem wydała na świat dziecko.
Bała się. Nie o siebie, ale o tę małą istotkę spoczywającą w jej ramionach, słabą i zimną, oddychającą z trudem.
Ciało Ingrid trawiła gorączka. Ciepło rozchodziło się po całym ciele. Złe ciepło. Gdyby tak nie nadeszła ta przeklęta zaraza. Gdyby...
Wspomniała swą rodzinę, kiedy jeszcze wszyscy żyli, zanim przyszła dżuma, kiedy jeszcze wszystko wyglądało inaczej, a życie stało przed nią otworem i nieokiełznane marzenia roiły się w głowie.
Teraz marzenia prysnęły, pozostał zaś strach przed śmiercią. Strach, że pozostawi swoje dziecko na pastwę losu lub, co gorsze, umrze po ujrzeniu śmierci dziecka, któremu zaledwie wczoraj dała życie. Nie może być nic gorszego niż przymus przypatrywania się dopiero co urodzonemu, konającemu we własnych ramionach dziecku.
Właściwie powinna nie chcieć tego dziecka, zważywszy na jego ojca i sytuację, w jakiej zostało poczęte, lecz nie potrafiła. Ojcem małej był kat, o którym mówiono, że jest synem zła opętanym przez szatana i jego najlepszym pomocnikiem. Bo to on sprowadzał złemu najwięcej dusz z tego ludzkiego padołu. Nikt nie wiedział, jaki kat jest przystojny, bo nikt nie widział nigdy jego twarzy skrywanej pod czerwonym kapturem. Żył na uboczu, z dala od ludzi, więc ten, kto natknął się na niego przypadkiem, uciekał, ile sił w nogach.
Ingrid wiedziała, jak on wygląda, i nie był to straszny widok - wręcz przeciwnie.
Pokochała go od tamtego czasu, kiedy po raz pierwszy zobaczyła go nad jeziorem, tak przystojnego, samotnego. Oddała się mu wtedy i nigdy tego nie żałowała, choć zatrzymała to zdarzenie w sekrecie, chowając w najgłębszych zakamarkach swej młodej duszy, by tam, w skrytości, móc pielęgnować piękne wspomnienie i rozwijać jedyne w swoim rodzaju uczucie.
Gdzie się podział teraz? Czy nie zamierza do niej przyjść pod osłoną nocy? Czy to aby nie było z jej strony szaleństwem - oczekiwać go każdego dnia? Tak bardzo jednak pragnęła wierzyć w niego i w to, co jej obiecał...
Dzisiejszej nocy po raz pierwszy zapłonęło ognisko nieopodal chaty, w której leżała wychudzona kobieta z nowo narodzonym dzieckiem. Zaraza panosząca się wokół sprawiła, że ludzkie zwłoki piętrzyły się wszędzie, palono je więc z obawy przed rozniesieniem się jeszcze większej epidemii. Nie było tylu ludzi, żeby w zmarzniętej ziemi wykopać odpowiednią liczbę grobów, dlatego postanowiono wrzucać ciała wprost do ognia. Ten jako jedyny był zdolny oczyścić miasto z zarazy i takiego ogromu martwych ciał.
Nawet po domu rozchodził się odór śmierci, wiele dni bowiem już leżeli tam nieżywi członkowie rodziny Ingrid.
Wstała ostatkiem sił. Zakręciło jej się w głowie, tak długo leżała nieprzytomna. Musiała uważać, aby nie upaść. Zdrętwiałe nogi nie chciały słuchać, wymęczone porodem ciało pulsowało bólem. Miała wrażenie, jakby cała chata się na nią zapadła - tak fatalnie się czuła. Była skostniała i wyczerpana. Dziewczynka leżała jak martwa, nie poruszała się. Kobieta przyłożyła ucho do ciałka dziecka i posłuchała bicia serca. Biło, lecz bardzo cicho i powoli, jakby zaraz miało przestać.
- Pozwól jej żyć, Boże. Uratuj moje dziecko - błagała.
Zatoczyła się. W głowie jej pociemniało i runęła na ziemię. Co dziwne, nie odczuła przy upadku żadnego bólu. Zmusiła się więc i podniosła jeszcze raz.
Utrzymując się na czworakach, otuliła maleństwo grubą derką, następnie dodatkowym wełnianym kocem, po czym z trudem włożyła płaszcz, który wisiał na drzwiach. Przed wyjściem rozejrzała się po izbie. Grymas bólu rozlał jej się po twarzy. Tyle pięknych wspomnień i tyle cierpienia jednocześnie. Wiedziała, że widzi to miejsce po raz ostatni. Już tu nie wróci. Ludzie tuż przed śmiercią przeczuwają zbliżający się koniec - mawiała babka. I miała rację, bo teraz takie właśnie odczucie pojawiło się w umyśle Ingrid. A więc nadchodzi najgorsze...
Minęła wieczność, zanim z opatulonym dziecięciem w ramionach wyszła na skąpaną w śniegu i mrozie ulicę. Mieszkała poza obrębem miasta, zatem nie musiała się obawiać, że zostanie zatrzymana przez strażnika pilnującego bramy. Miał za zadanie kontrolować przychodzących i wychodzących, jednak prawda była taka, że obecnie nikt nie mógł do miasta wejść, tak samo jak nikt nie mógł go opuścić.
Jej dom znajdował się za wzgórzem, niedaleko owej bramy. Kiedyś okolice te należały do miasta, ale z czasem bramę przeniesiono, wtedy tutejsi mieszkańcy zostali poproszeni o przeprowadzenie się - lecz któż by się na to zdecydował? Nikt.
Teraz spojrzała na popioły po ognisku nieopodal swej chaty, w oddali zaś widziała wielkie języki ognia wędrujące wraz z chmarami dymu w górę białego nieba. Musiała powstrzymać się całą siłą woli, aby nie obrać tamtego kierunku. Nie, ona musi iść w przeciwną stronę. Będzie dobrze. Da sobie radę. Wytrzyma. A może nie... Myśl o dziecku, po prostu myśl o dziecku, musisz mu pomóc - myślała.
Powoli szła naprzód, krok za krokiem, bacząc na pokrytą lodem ziemię. Nogi bolały, a stopy w letnich trzewikach sztywniały coraz bardziej. Poruszanie się sprawiało wiele trudności. Mróz szczypał w policzki, nie czuła nosa, a dłonie trzymające dziecko nie były w stanie wykonać najmniejszego gestu - jak się zacisnęły na zawiniątku, tak już pozostały.
Wiał zimny wiatr. Dzięki Bogu nie padał śnieg, inaczej byłaby stracona. Z czasem jednak na jej czerwony, zmarznięty nos spłynął z nieba pierwszy płatek...
Po chwili śnieg rozpadał się na dobre i wraz z wiatrem wdzierał się niemalże w każdy zaułek, przesłaniając pole widzenia. Powoli traciła orientację w terenie, a mgła przed oczyma jeszcze bardziej zakłócała jej widoczność.
Raptem rozległ się krzyk. Zatrzymała się, lecz nie była zdolna spojrzeć za siebie, by sprawdzić, kto tak krzyczał.
Ruszyła więc dalej - nie mogła się zatrzymywać, nie powinna. Pamiętaj o dziecku. Pamiętaj o dziecku... - powtarzała w myślach. Co rusz opierała się o drzewa, mając nadzieję, że może na moment pomogą jej odetchnąć, nie upaść, dodadzą trochę wigoru. Opierała siną twarz o zmarzniętą korę, oddychając jak po szaleńczym biegu, a para wydobywała się z otwartych ust, co oznaczało, że wciąż żyje. Jak daleko? Jak długo jeszcze? Czy odmawiające posłuszeństwa nogi wytrzymają jeszcze i poniosą ją dalej, czy zabraknie jej sił, by kontynuować drogę?
Coś ciemnego przebiegło tuż przed nią. Przestraszona, nie wiedziała, co począć. Znowu jakieś przywidzenia - pomyślała. Szaleństwo! Ojciec mawiał, że jest tak samo szalona jak jej babka i matka. Były opętane przez złego - tak powiadał. Lecz przecież to nie mogła być prawda. Wierzyła w Boga, w każdą niedzielę chodziła do kościoła i starała się nie grzeszyć ani myślą, ani też uczynkiem. Tylko raz stało się coś, co podłamało jej wiarę, a odpowiedzialny za to był on. Kat. Kochanek i ojciec jej dziecka. Ten akt miłości w jej myślach nie należał jednak do złego, ponieważ była to najpiękniejsza chwila w jej życiu. Coś, co pozwoliło jej uwierzyć w lepsze jutro. Miłość potrafi bowiem wyzwolić w człowieku te najpiękniejsze myśli, dobrą wiarę oraz nadzieję. Tak stało się w jej przypadku.
Powoli przedzierała się dalej, starając się nie słyszeć głosów udręczonych dusz. Nagle niezwykła zjawa stanęła tuż przed nią, zagradzając przejście... Długie, szponiaste palce wyciągały się w jej stronę, próbując dotknąć dziecka.
- Odejdź - szepnęła.
Ale zjawa nadal przed nią stała, a nawet zbliżała się coraz bardziej. Ingrid ponownie oparła się o drzewo, musiała bardzo uważać, by nie stracić równowagi.
- W imię Boga, nakazuję ci odejść w spokoju! W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego...
Zjawa zniknęła natychmiast z ostrym krzykiem.
Co się ze mną dzieje? - zastanawiała się Ingrid. - Umarłam albo właśnie umieram.
Lecz nie umarła. Wiedziała, że musi coś zrobić, nie może się poddać. Dziecko zasługuje na życie. Ono musi żyć! To dziecko wyjątkowe! Zrodzone w bólach, ale poczęte z wielkiej miłości. Uratuje je nawet za cenę własnego życia!
Gdzieś tam w wysokich górach - daleko, cały dzień drogi stąd - w lodowej dolinie żyły wyrzutki społeczeństwa. Mordercy, zbiegli więźniowie, oszuści i inni wyjęci spod prawa. Mieszkali tam również ci, którym lepiej nie wchodzić w drogę, ponieważ umieli więcej niż zwykli ludzie. Od dawien dawna takie krążyły legendy. Kiedyś pragnęła dostać się do tej doliny, słyszała przecież, że zamieszkują ją wiedźmy i czarodzieje, a oni by jej pomogli pozbyć się spoczywającego na niej ciężaru. Może wtedy zakończyłyby się cierpienia i niechciane głosy nareszcie zamilkły? Może właśnie tam przebywał ktoś, kto zrozumiałby ją, okazał pomoc i także dał zrozumienie? Czasami miała tego wszystkiego dosyć. Czasami chciała z tym wszystkim skończyć. Teraz było już za późno. Musiała uratować swoją córeczkę. A czas naglił...
Przedzierała się pośród zawieruchy niemal cały dzień. Nie czuła już zupełnie nóg, rąk, nie potrafiła otworzyć ust i zastanawiała się, jak to możliwe, że potrafi nadal poruszać zmarzniętymi nogami - jak to możliwe, że jeszcze idzie. Silna wola jednak była w niej wielka, więc parła naprzód.
Przesuwała się wolniutko, od drzewa do drzewa - byle dalej, byle tylko iść...
Śnieg nie przestawał sypać, wiatr nie ustawał. W końcu znalazła się w głębokim lesie, zapadała już ciemność, a ona nie wiedziała, którędy wędrować. Zgubiła się... Czy jej serce jeszcze biło? Czy tliła się w niej iskierka życia, czy tylko śni, bo znalazła się już poza życiem?
Las pogrążał się w ciemności. Zaspy śniegu okazywały się zdradzieckie, raz za razem w nie wpadała. Zatrzymała się i wsparła o korpus drzewa. Ledwo oddychała. Z trudem otworzyła oczy. Przed nią znowu stała postać. Nie wiedziała, czy to kobieta, czy mężczyzna. Twarz z ciemnymi oczodołami wpatrywała się w Ingrid, koścista czaszka bez włosów kiwała się w prawo i w lewo, a łachmany, w jakie postać była odziana, powiewały na wietrze. Czuła, jak coś ją przyciąga do tej istoty. Powoli zaczynała tracić resztki sił - życie z niej uchodziło. Z trudem przełknęła ślinę. Z ogromnym wysiłkiem uchyliła usta, z których dobył się tylko szept nieprzypominający jej naturalnego głosu.
- Sprowadź Zorinę...
Tylko tyle udało jej się wypowiedzieć, po czym osunęła się na ziemię i zapadła w puszystym śniegu. Postać w mig zniknęła, a płatki przedostające się przez łyse konary drzew spokojnie opadały na jej leżące bezwładnie ciało...
*
Późną nocą niewyraźny cień otulony w ciemny płaszcz zakradał się pod drzwi jednego z domów poza miastem. Spieszył się, nie chcąc zostać zauważonym. W domu było ciemno, od razu też - kiedy tylko otworzył drzwi - poczuł odór śmierci. Zobaczył ciemną plamę na klepisku oraz martwe ciała domowników. Dotknął ziemi, następnie zbliżył palce do nosa: krew. Krew mogła oznaczać najgorsze...
Przyjrzał się każdej bladej martwej twarzy z osobna. Za każdym razem, kiedy stwierdzał, że nie jest to jej twarz, dziękował Stwórcy. Cała rodzina nie żyła, dżuma zebrała wielkie żniwo. Ale kobiety tutaj nie było.
Opuścił chatę równie szybko, jak do niej dotarł, i zniknął w oddali, niezauważony przez nikogo, padał bowiem gęsty śnieg.
*
Ingrid otworzyła oczy. W kominku trzaskały drwa obejmowane jęzorami ognia, miły zapach płonącego drewna dochodził do jej nozdrzy. Przyjemne ciepło rozlewało się po całym ciele. Coś w pobliżu bulgotało, wydzielając nieznaną jej dotąd woń, a słaby blask ognia rzucał cienie na drewniane ściany chaty.
- Wreszcie się obudziłaś!
Drgnęła na odgłos skrzypiącego głosu. Gdzie ja jestem - pomyślała - czyj to głos i co się stało? Odwróciła głowę i znieruchomiała. Tuż obok była wiedźma, jakiej nigdy jeszcze nie widziała na oczy. Ohydna stara jędza krzątała się po izbie, mrucząc coś do siebie. Teraz zaś przystanęła i oparłszy pokryte mnóstwem zmarszczek dłonie o skurczone biodra, spoglądała na kobietę leżącą na miękkim sienniku. Pomimo że wyglądała szpetnie i odrażająco - tylu zmarszczek Ingrid nie widziała dotychczas u żadnego człowieka - to jednak była schludnie ubrana, a w oczach nie czaił się złowrogi błysk, lecz wręcz przeciwnie: można by powiedzieć, że jej oczy jaśniały ciepłem i spokojem.
- Jak długo tu jestem?
- Mija trzecia doba. Już myślałam, że po tobie - powiedziała stara. - Kiedy cię znalazłam, nie wyglądałaś najlepiej.
- Co... co z dzieckiem?
- Dziewuszka żyje. Żyje i powiem nawet, że jeszcze nigdy nie widziałam, aby jakieś dziecko tyle jadło. Pochłania jedzenie, jakby go nigdy nie miała dosyć. - Pokręciła głową. - Uczepiła się życia ta mała. Oj, uczepiła!
Ingrid jęknęła. Trzy dni! Jak mogłam spać tak długo? - zastanowiła się. - I co właściwie się wydarzyło? Popadła w zamyślenie. Powoli zaczęły napływać do jej głowy blade wspomnienia. Zaraza. Głód. Śmierć. Poród w bólach. Strach o dziecko. I zjawy szamoczące się nieopodal... Jęknęła po raz drugi.
- Co ci jest? - zapytała wiedźma, zbliżając się. - Jęczysz i jęczysz.
- Nie... nic... Wszystko w porządku. - Uniosła się trochę na rękach.
Natychmiast zakręciło jej się w głowie, więc musiała położyć się z powrotem.
- Daj mi dziecko, chcę ją zobaczyć - poprosiła.
Musiała spojrzeć na córeczkę za wszelką cenę, inaczej się nie uspokoi.
Stara przyniosła dziecko i ostrożnie ułożyła obok. Mała spała, serduszko wyraźnie biło, a oddech był miarowy.
- Czy nic jej nie dolega? - upewniła się jeszcze.
- Przecież mówiłam - usłyszała w odpowiedzi. - To mały głodomór. Ssie mleko z gałganka tak, że prawie siłą jej go muszę z ust wyjmować.
Ingrid uśmiechnęła się lekko, sama poczuła ssanie w żołądku. Z radością przyjęłaby poczęstunek i najadła się do syta.
- Przyszłaś w samą porę - dosłyszała z drugiego końca izby. - Dziecko inaczej by nie przeżyło, a i tobie nie pozostało wiele czasu na tym świecie.
Tak - pomyślała, leżąc i tuląc w swych ramionach niemowlę. Tak, z pewnością skończyłoby się źle.
- Gdyby coś nie kazało mi tu przyjść... A ty wiesz, o czym mówię, to doprawdy już by było po nas.
Wiedźma podeszła do siennika z parującą miską dopiero co przyrządzonej kaszy.
- Kim jesteś?
- Ingrid Thorensdatter, mieszkam za miastem. Cała moja rodzina pomarła, zostałam sama...
- Nie o to pytam, nierozumna dziewucho. - Stara machnęła niecierpliwie ręką. - Pytam, kim jesteś.
- Wybaczcie, nie rozumiem...
- Kim jesteś? Od razu widziałam, że z tobą jest coś nie tak. Posiadasz dziwną siłę...
Zapadła cisza. Ingrid nie wiedziała, co ma jej odpowiedzieć, do tego nagle zaschło jej w gardle i ssanie w żołądku natarczywie dawało o sobie znać.
- Zresztą... - Stara znowu machnęła. - Na wszystko przyjdzie czas.
Przyjrzała się uważnie kobiecie leżącej na sienniku. Zdawało się, że jej wzrok przeszywa na wylot. Jakby chciała wejrzeć w moje serce - przyszło na myśli Ingrid. Przełknęła ślinę.
- Dasz radę się podnieść?
Ingrid była tak osłabiona, że okazało się to prawie niemożliwe. Z pomocą starej usiadła jednak w końcu i z apetytem zabrała się do ciepłej kaszy. Jeszcze nigdy w życiu kasza nie smakowała jej tak bardzo, jak teraz. To prawdziwie królewskie jedzenie - stwierdziła w myślach. Tak przyjemnie było czuć strawę w żołądku rozgrzewającą ciało od środka. Błogi spokój rozlał się po całym ciele młodej kobiety.
W czasie posiłku patrzyła, jak stara wyciąga z pieca świeże podpłomyki. Ich zapach poniósł się po całej izbie, ale Ingrid była już syta - zjadła całą miskę. Czas głodu sprawił jednakże swoje, żarliwie więc patrzyła na takie ilości jedzenia. Jak to możliwe, że ludzie głodują, a ta wiedźma ma pokarmu w nadmiarze?
- To od ludzi.
Spojrzała na starą układającą powoli podpłomyki na stole tak, aby wystygły.
- Co macie na myśli, mówiąc, że od ludzi? - zapytała Ingrid.
- Dostaję jedzenie w zamian za pomoc. To dlatego mam co jeść. Inaczej i ze mną byłoby krucho tej zimy.
Ingrid zalała się rumieńcem. Stara odpowiedziała jej na pytanie, którego ona przecież nawet nie zadała. Pomyślała tylko i... Czy to możliwe, Boże, że ona czyta w myślach? Czy to może być prawda? Jeżeli tak, to ona, Ingrid, musi wystrzegać się złego o niej myślenia.
- Wybaczcie, nie chciałam... - szepnęła.
- Chciałaś, chciałaś - odpowiedziała tamta. - Wiem, że zadawałaś sobie takie pytanie, ponieważ twój wzrok wyraźnie mi to powiedział. Tylko głodny człowiek, taki, co zaznał braku jedzenia, tak się patrzy i od razu zastanawia, skąd tu tyle pyszności.
Ingrid pochyliła głowę. Przynajmniej wyjaśniło się, że nie czyta w moich myślach - uspokoiła się nieco.
- Dziękuję za strawę. Jeszcze nigdy nie jadłam tak dobrej kaszy.
Stara kobieta przyczłapała do niej.
- A teraz się połóż i odpocznij. Potrzebujesz snu, aby twój organizm doszedł do siebie po takim czasie głodu i wymęczenia. Poród wyraźnie cię osłabił.
Ledwo przyłożyła głowę do siennika, już spała. Tak przyjemnie ciepło było w domu i takie to wspaniałe uczucie - nie odczuwać głodu. O, jak dobrze...
*
Otulona w czarny płaszcz sylwetka przemykała pomiędzy domami. Mróz siekał po twarzy, należało więc prędko załatwić sprawę, by móc w spokoju zasiąść w przytulnym domu, w pobliżu ciepłego pieca.
Otworzył drzwi, których nie zamknięto wcześniej na klucz. Tak jak się tego spodziewał - wszyscy już nie żyli. A więc informacja, którą wczoraj otrzymał, była prawdziwa.
Pastor spojrzał w leżącą na podłodze kobietę. Jego serce przeszył niespodziewany ból. Przynajmniej pochowa ich w poświęconej ziemi. Pogładził twarz martwej, choć nie powinien był tego robić. Dżuma to niebezpieczna choroba. Wstał więc i wyszedł, po czym zamknął za sobą drzwi.
Ból pomieszany z nienawiścią nie pozwolił mu zmrużyć tej nocy oka.
Następnego dnia cała wymarła rodzina została przeniesiona na rozkaz pastora do starej opuszczonej szopy na skraju miasta. Kiedy mrozy zelżą, zostaną złożeni w ziemi, jak na ludzi przystało. Dwójka młodzieńców wypełniająca jego rozkazy została sowicie wynagrodzona w zamian za milczenie.
Szopkę zamknięto, po jakimś czasie wniesiono do niej pod osłoną nocy cztery w pośpiechu zbite trumny, w których następnie spoczęły ciała zmarłych. Tutaj nic im nie groziło, mróz zatrzyma rozkład ciał, a kiedy przyjdą roztopy, pastor każe wykopać cztery doły.
Dom, który pozostawili pusty, postanowił przekazać innej rodzinie. Jedno pytanie tylko nie dawało mu spokoju: co się stało z najstarszą córką? Gdzie ona się teraz podziewa?
Prawdopodobnie nie żyła już od dawna...
*
Przebudziła się nocą. Coś wyrwało ją ze snu. Przez chwilę leżała bez ruchu, nasłuchując.
Dopiero po jakimś czasie usłyszała to ponownie. Ktoś oddychał, i to całkiem niedaleko niej.
Spojrzała obok, córeczka spała spokojnie i cichutko, a stara przecież chrapała w drugiej izbie. Więc kto tu jest?
Powoli wstała, tak aby nie zbudzić małej. Rozejrzała się po ciemnym wnętrzu.
Długo trwało, zanim się zorientowała, z którego miejsca dochodzi to ciche sapanie. Coś czaiło się w jednym z kątów. Odruchowo dotknęła dziecka, czy aby jest na swoim miejscu, a potem skierowała się w stronę tamtego kąta. Drżała. Zanim zrobiła parę kroków, pot już perlił się na jej skroniach. Ze strachu zapomniała na moment oddychać. Kręciło jej się w głowie, przez trzy dni przecież nie wstawała na nogi. Starała się opanować uczucie lęku.
W końcu stanęła naprzeciw czegoś, nie wiedząc, co czynić i czy aby lepiej nie zbudzić starej. Może należało to przepędzić, lecz w jednej chwili postanowiła postawić się zjawie, kimkolwiek była.
- Kim jesteś? - zapytała szeptem.
Cisza. Żadnej odpowiedzi. Odczekała chwilę i ponowiła pytanie, a kiedy kolejny raz usłyszała jedynie sapanie, zadała drugie:
- Czego chcesz?
Wtedy coś jakby się poruszyło. Ingrid zrobiła krok do przodu. W tej samej chwili z kąta coś zaczynało się pomału wyłaniać. Wtedy skrzypnęły drzwi pokoju, w którym spała stara, i to właśnie ona stanęła w progu.
- Co tu się dzieje? - Miała skrzekliwy głos, aż skóra cierpła. - Czegóż chodzisz nocą po domu i straszysz? Coś ci dolega?
- Nie... - Ingrid zmieszała się i zarumieniła. Dzięki Bogu, że nie było tu światła, inaczej stara od razu by zauważyła. - Coś mnie obudziło, siedziało w kącie i sapało... Podeszłam i zapytałam, kim jest. Odpowiedziała mi tylko głucha cisza.
- Od razu wiedziałam, że jesteś inna niż wszyscy - szepnęła na to stara. - Już sposób, w jaki po mnie posłałaś, dał mi wiele do myślenia.
- Nie rozumiem...
- Ależ rozumiesz. - Pokiwała głową. - Rozumiesz i nie zaprzeczaj.
Wtedy Ingrid postanowiła zwierzyć się kobiecie. Usiadła na stołku przy wygasłym palenisku.
- Boję się... Czasami widzę coś, czego poza mną nie dostrzega nikt. Słyszę głosy, jęki, wołania...
- Czy często to się dzieje?
Stara także usiadła przed kominkiem.
- W przeszłości zdarzało się rzadko, lecz dopiero po urodzeniu dziecka tak naprawdę zaczęło dziać się coś więcej. Jakby to spadło na mnie...
- Dziecko uwolniło w końcu siłę - przerwała jej stara. - Ona drzemała w tobie, czekając na odpowiedni czas... - Pokiwała głową jakby sama do siebie. - Czasami tak jest.
- Co to oznacza?
- Masz dar. Jeszcze nie wiem jaki, lecz z pewnością jesteś wybrana. Jak już zauważyłaś, nie wszyscy widzą to, co ty. Właściwie nie ma wielu takich ludzi. - Stara zastanawiała się przez chwilę, mrucząc coś pod nosem. - Tak, ty na pewno zostałaś wybrana.
Ingrid siedziała cicho, obejmując się ramionami - nie z zimna, ponieważ w domu było dostatecznie ciepło, ale z ogarniającego ją strachu.
- Musisz uważać - dopowiedziała wiedźma. - Jeżeli ktoś się dowie, możesz mieć problemy. Wielkie problemy.
- Myślisz, że mogliby...
- Nic nie myślę! Ja wiem! Jeżeli ktoś się dowie, że widzisz więcej niż normalny człowiek, spłoniesz na stosie uznana za czarownicę! W niebezpiecznych czasach żyjemy.
Ingrid ze strachu zakryła usta dłonią. To nie może być prawda! Nie jest żadną czarownicą! Czarownica właśnie siedziała naprzeciw niej.
- Więc co mam robić? - zapytała bezradnie.
- Przyjdzie czas, znajdziemy odpowiedź i zaradzimy wszystkiemu. Jutro wieczorem postaram się zobaczyć, jaka przyszłość cię czeka i co można by zrobić, aby ustrzec się zła. A teraz idź spać, potrzebujesz przecież sił, żeby wyzdrowieć. Nie powinnaś łazić po nocach jak ci, co za tobą tu przychodzą.
Ingrid posłusznie wróciła na siennik, przytuliła małą, lecz zasnąć nie potrafiła. Wiele myśli kłębiło jej się w głowie, strach czaił się wokół, bezsilność przerażała bardziej niż myśl o głodzie i śmierci całej rodziny. W pewnym momencie ciszę panującą w domu przeciął bardzo cichy szept. Młoda kobieta modliła się do Boga, prosząc o wsparcie i siłę. Z modlitwą na ustach zasnęła w końcu, a wtedy za oknami powoli wstawał szary świt...
*
Rano przebudziła się z uczuciem przyjemnego ciepła i ładnego, acz nieznanego zapachu roznoszącego się po izbie.
- Wreszcie się obudziłaś - zaskrzeczała stara. - Jużem myślała, żeś zasnęła na wieki.
Podała jej świeżo zaparzoną ziołową herbatę. Ingrid postanowiła odczekać chwilę, żeby napój przestygł. W międzyczasie nakarmiła małą mlekiem, które teraz płynęło z jej piersi tak jak powinno, gdyby głód nie osłabił jej organizmu. Kiedy była nieprzytomna w chacie wiedźmy Zoriny, ta podawała jej jakieś własnoręcznie przygotowane napary, i kto wie, jakie sztuczki do całego leczenia wykorzystała - Ingrid wolała o tym nawet nie myśleć.
Wbrew temu, co wydarzyło się nocą, czuła się wyspana i wypoczęta. Pewnie za niedługo będzie musiała opuścić chatę starej i wrócić do swego domu. Tam jednak nie czekało ją nic, na co mogłaby się cieszyć. Dom zionął pustką po bliskich, a w każdym kącie czaiła się historia ich życia, wszystkie wspomnienia, zapach śmierci, nicość.
Po nakarmieniu małej ułożyła ją delikatnie na sienniku. Dziecko zasnęło od razu. Dzięki Bogu przeżyło. Musiała dopytać się starej, czy na pewno nic maleństwu nie dolega. Co prawda ani nie płakało, ani też nie dawało innych oznak, że coś je boli, ale gdy Ingrid przysłuchiwała się córce uważniej, słyszała rzężenie w płucach. Takie przynajmniej odnosiła wrażenie.
Podeszła do starej krzątającej się przy palenisku i zapytała:
- Powiedzcie: czy z małą wszystko będzie w porządku?
- Wyjdzie z tego biedactwo. Ale o mało jej nie straciłaś... - Zamyśliła się na chwilę. - Wydaje mi się jednak, że coś trzyma ją przy życiu. Jest silna, inne dzieci w tym stanie już dawno odeszłyby z tego świata.
- Tak ciężko jej się oddycha...
- Tak, ale to normalne po tym, co ją spotkało. Jeżeli do jutra wytrzyma, to będziesz mogła być całkiem o nią spokojna.
Ingrid stała jeszcze przez chwilę obok Zoriny, a następnie wróciła dopić ciepłą herbatę, po której od razu poczuła się lepiej. Jakby cały ciężar ze mnie spadł, jakby nagle nie było problemów, zarazy, śmierci - pomyślała.
- Dziękuję, żeś nas tu przyjęła - powiedziała z wdzięcznością. - Bez waszej pomocy... - rozpłakała się na wspomnienie niedawnego przeżycia.
Na to stara Zorina zostawiła swoją pracę i podeszła do płaczącej kobiety.
- Wszystko się przecież jakoś ułożyło. - Dłoń pokryta siatką zmarszczek i brązowymi plamkami spoczęła na głowie Ingrid. - Dziecko żyje i ty, widzę, też dochodzisz do siebie. Płaczesz, a to dobry znak.
- Boję się wracać do domu - wyszeptała Ingrid. - W kątach czają się cienie, pustka i samotność... Wszystko będzie mi ich przypominać... Nie wiem, jak rozpocząć nowe życie.
- Coś na to poradzimy. - Zorina pokiwała głową. - Nie martw się, na pewno znajdziemy jakiś sposób i wszystko będzie dobrze... Już ja coś wymyślę albo nie nazywam się Zorina...
*
Wieczorem, tak jak obiecała, podeszła do Ingrid, mówiąc:
- Chodź, zobaczymy, co w tobie siedzi.
Dziewczyna przestraszyła się lekko, jednak poszła za starą posłusznie, sama ciekawa, czego się za chwilę dowie.
Usiadła na stołku przy palenisku i patrzyła, jak Zorina szepcze coś do siebie, robi dziwne ruchy rękami, rzuca w ogień sypki proszek i zioła.
Od razu też w izbie zapachniało, dym wzbijał się w górę, a rozpalone do czerwoności polana mieniły się różnymi barwami.
- Dziwne... - usłyszała szept starej. - Dziwne... hm...
Odczekała jeszcze chwilę, siedząc w pełnym skupieniu i napięciu. Wtedy zaś stara chrząknęła, machnęła ręką, jakby chciała coś od siebie odgonić, po czym wstała z klęczek.
- Co się stało? - Zaciekawiona Ingrid przyglądała się starej natężonym wzrokiem.
- Nic, nic... - padła odpowiedź. - Tylko...
- Co? Co zobaczyłaś?
- Masz w sobie dziwną siłę, dziewczyno. Nie wiem, co to jest, i nie wiem, czy to dobra siła, czy na opak, ale...
- Tak?
- Musisz się wystrzegać szubienicy! - Zorina przyjrzała jej się uważnie. - Widzę wyraźnie na twojej drodze przeszkodę. To szubienica lub coś, co ją bardzo przypomina, musisz być ostrożna i się jej zdecydowanie wystrzegać, omijać. To nie wróży niczego dobrego!
- Ale co to oznacza?
- To, że czas powoli sklepia ze sobą jej poszczególne części. Tak jak człowiek z kawałków drzewa potrafi postawić szubienicę, tak czas przygotowuje dla ciebie ścieżkę prowadzącą cię wprost do niej.
- Czy potrafisz przewidzieć, jaki los mnie czeka?
- Potrafię, stara Zorina potrafi wiele. Ale nie wszystko ci mogę powiedzieć. Pamiętaj tylko, że los zawsze można odwrócić, by móc uniknąć zła. Jedynie trzeba wiedzieć jak. Siła tkwiąca w tobie uspokaja mnie jednak. Poradzisz sobie, jeżeli nie będziesz na tyle głupia, by nie dostrzec swojej szansy. Z głupotą nie da się walczyć.
Zorina zamyśliła się i już nic więcej nie powiedziała.
Długo potem Ingrid nie potrafiła zasnąć, to, co powiedziała stara nie dawało jej spokoju. Co to za szubienica? - pytała siebie. Lecz żadnej logicznej odpowiedzi nie umiała znaleźć. Po jakimś czasie mała zaczęła niespokojnie się kręcić, więc przytuliła ją do siebie, napawając się przyjemnym zapachem dziecka, i powoli obie zapadły w głęboki, dobry sen.
*
Upływały dni. Śnieg prószył nieustannie, aż zasypał całkowicie dojście do chaty starej Zoriny. Chatka w cichym lesie została odcięta od świata.
Powoli Ingrid dochodziła do siebie, dzień spędzała razem ze starą w jej chacie, pomagając przy pracach domowych. Tych zaś nie było wiele. Najważniejsze każdego dnia to rozpalić ogień, ugotować strawę, nieco tylko uprzątnąć...
Tak mijały dni. Z czasem Ingrid pomagała Zorinie przygotowywać różne ziołowe mikstury, z których później robiły maści i proszki na dolegliwości oraz boleści. Jedynie w taki czas jak ten, zimowy, nikt nie przychodził do chatki. Kiedy tylko jednak pogoda się poprawi, przyjdą z pewnością - tego Zorina była pewna.
Zadowolona Ingrid uczyła się nazw wszystkich zielsk znajdujących się w chacie, dowiadywała się, które ziele pomaga na jaką chorobę, które zioła można łączyć, a których mieszać nigdy się nie powinno. Nauka przebiegała szybko i sprawnie, głowa młodej kobiety była bowiem przygotowana na naukę właśnie dzięki młodości - Ingrid miała dopiero siedemnaście lat - choć także dzięki chęci.
Mała z czasem również powróciła do zdrowia, już nie było słychać w jej oddechu rzężenia i obie kobiety odetchnęły z ulgą. Wyglądało na to, że wszystko dobrze się ułoży.
Mijały długie dni, które jednak coraz częściej wypełniały się pracą. Pomiędzy dwiema kobietami nawiązała się nić porozumienia. Wkrótce zaś Zorina rzekła:
- Mów do mnie po imieniu, tak będzie wygodniej.
Ingrid uśmiechnęła się, skinęła głową, po czym powróciła do przerwanej pracy.
Mimo zasypanego dojścia do chaty z rzadka w nocy budziło je walenie w drzwi - w nagłych wypadkach ludzie przybywali z prośbą o pomoc. Tych, którzy natychmiastowej pomocy potrzebowali, nie zrażała wędrówka przez zaśnieżony las, ponieważ wola życia okazywała się silniejsza od jakiegokolwiek strachu - nawet tego przed czarownicą.
- Nie rozumiem: oni się ciebie boją, a jednak tu przychodzą - zauważyła Ingrid.
- Ty też się bałaś, a jednak przyszłaś.
- Masz rację...
- Widzisz więc, że nawet jeśli się mnie boją, to strach przed śmiercią i wyniszczającą chorobą jest o wiele większy.
Ingrid popatrzyła na Zorinę. Ta właśnie upiekła kilka podpłomyków, w izbie więc przyjemnie pachniało. W kominku się paliło, czasami strzelały polana i iskry wyskakiwały wysoko w górę, jak i tym razem.
- Słyszałam o tobie wiele złych rzeczy - powiedziała. - To dlatego się bałam. Byłam przeświadczona, że jesteś wiedźmą i masz konszachty z... z samym diabłem.
Zorina kiwnęła głową.
- Wielu tak uważa, to prawda, lecz to nie strach przed złym ich odstrasza, ale strach przed nieznanym. Nie wiedzą, czego się po mnie spodziewać i jak się zachować, boją się, że jeśli cokolwiek uczynią, rzucę na nich urok - zarechotała.
- Chcesz powiedzieć, że tego nie potrafisz?
- Tego nie powiedziałam. Umiem to i owo. - Uśmiechnęła się pod nosem. - I kiedy potrzebuję, robię z tego użytek, lecz jedynie w wymagających tego przypadkach.
- Czy...
- Nie, w twoim przypadku nie musiałam tego robić. Sama masz w sobie wystarczająco siły, aby pokonać chorobę i odgonić śmierć.
Ingrid nic już na to nie odparła, tylko wzięła się do robienia kolejnej maści.
- Tyle tego! - odezwała się po chwili, wskazując na medykamenty poukładane w licznych koszykach.
- Do lata nie pozostanie z tego ani jedna sztuka, wierz mi. Ludzie ciągle chorują i nawet to, co zrobimy, z trudem nam wystarczy.
Ingrid spodobało się, że Zorina powiedziała: nam. Wskazywało to, że uważała ją za kogoś o wiele bliższego, niż jej okazywała.
Młoda mama czuła się tu niezwykle dobrze. Miała jedzenie i opiekę. Ciepło pozwalało przeżyć tę zimę w spokoju, a praca, jaką wykonywała, by odwdzięczyć się za gościnę i pomoc, zadowalała ją. Była z siebie dumna, że tak szybko idzie jej nauka. Zapamiętać nazwy wszystkich lekarstw, maści i proszków, a także ziół potrzebnych do ich wyrobu, było bowiem wyczynem właściwie ponadludzkim. Tak to odbierała w tej chwili.
Zastanawiała się, jak Zorina radzi sobie z zapamiętywaniem i dlaczego nie notuje przepisów, przecież to wiele by ułatwiło.
Ingrid potrafiła pisać i czytać, nauczyła ją tego matka, choć nigdy nie zastanawiała się, skąd u rodzicielki ta umiejętność. Sztuka ta przynależała przecież wyłącznie ludziom wykształconym, bogatym i o wyższym statusie społecznym, niż miała jej rodzina - zwykli biedacy.
Kiedy zwróciła Zorinie uwagę, że mogłyby spisać wszystko, co umożliwiłoby Ingrid lepsze zapamiętanie jej nauk, stara ze zdziwieniem uniosła głowę.
- Potrafisz pisać?
- Tak, umiem też czytać. Słabo, ale daję sobie radę, kiedy trzeba.
- Kto cię tego nauczył? - Zorina była wyraźnie zaskoczona.
- Matka. Posiadałyśmy w domu nawet dwie książki. Matka bardzo ładnie czytała... - Ingrid przeniosła się pamięcią do przeszłości.
- Od razu wiedziałam, że to nie tylko w tobie coś siedzi. Twoja matka... - Machnęła ręką. - A zresztą nieważne! Pisz, jeśli chcesz, ale będziesz musiała zdobyć potrzebne do tego przyrządy, tutaj nic takiego nie znajdziesz.
Myśl o robieniu notatek zakiełkowała w głowie Ingrid.
*
Dziecko nie płakało, ciągle syte, większość dnia leżało cichutko lub smacznie spało otulone derką w - i tak ciepłej już - izbie.
Z czasem najsroższe mrozy ustąpiły i do chaty Zoriny zaczęli coraz liczniej przybywać potrzebujący pomocy. Wydeptali więc w śniegu ścieżkę ciągnącą się daleko w las.
Ingrid przyglądała się różnym objawom i poznawała choroby, najczęściej były to przeziębienia, odmrożenia, połamane kości i ciężkie zapalenia płuc. Częściej chorowano bowiem teraz, kiedy mróz puszczał.
Przysłuchiwała się zatem rozmowom wiedźmy z pacjentami i patrzyła, które lekarstwa podaje się w danym przypadku.
- Tutaj już nic nie zdziałamy - mówiła czasami Zorina. - Nie ma żadnej nadziei. Choroba za bardzo się rozprzestrzeniła i poczyniła wiele szkód.
- Jednak wyglądał na to, że jakaś nadzieja...
- Dla niego nie ma już takiego słowa jak "nadzieja".
- Jak to poznałaś? - pytała Ingrid.
- Wystarczy spojrzeć im w oczy. One ukazują wszystko. Ci, co mają umrzeć, mają puste, szare oczy, bez życia. Choroba wyraźnie rysuje się na ich twarzach. Ciało przemawia, potrzeba się tylko odpowiednio w nie wsłuchać...
- Jesteś wspaniałą znachorką. - Ingrid była pod wrażeniem umiejętności Zoriny.
Stara roześmiała się skrzekliwie.
- Powiedz to tym, co tu przychodzą. Nawet ci z największymi obrażeniami i najcięższą chorobą uciekają stąd, jakby ich gonił sam diabeł.
Miała rację, to Ingrid musiała przyznać. Ludzie okazywali wielkie zdziwienie na widok tak młodej dziewczyny w domu czarownicy.
- Proszę, nie mówcie nikomu, że tu byłam... - powiedziała do Ingrid pewnego razu kobieta, wyczekawszy chwili, kiedy Zorina zniknęła w drugiej izbie.
Mówiąc to, wyciągnęła kawałek sera. Ingrid go nie przyjęła, ale zapewniła, że nie zależy jej przecież na rozpowiadaniu takich informacji, więc kobieta nie musi się o to bać. Dziwiła się jednak zmienności ludzkich zachowań. Człowiek potrafił zmieniać twarze niczym maski, a to ją najbardziej przerażało. Przychodzili, kłaniając się, a odchodzili, złorzecząc za plecami.
Mijał czas, dni zamieniały się w tygodnie, te zaś w miesiące. Bywało więc i tak, że kiedy Zorina gdzieś wychodziła, to Ingrid właśnie leczyła chorych, pomagając, jak umiała najlepiej, a przez te długie miesiące nauczyła się naprawdę wiele. Jeśli przypadek jakiś przerastał jej możliwości, co się zdarzało, nakazywała, by odczekano na pojawienie się znachorki, jak sama teraz w myślach nazywała Zorinę.
Wszyscy zachodzący tutaj po pomoc znikali od razu po jej otrzymaniu. Żadna choroba nie była w stanie zatrzymać ich w chacie Zoriny na dłużej niż to konieczne. Bali się, żegnali, a będąc w środku, przez cały czas szeptali modlitwy - w nadziei, aby nie dotknęła ich ręka zła czy też kara Boska, że odważyli się tu przyjść. Ingrid dziwiła się temu, przecież Zorina nie była zła, nikomu nie wadziła, o nikim nie wypowiadała się źle, wszystkim starała się pomagać. W dodatku była samotna. Mieszkanie na takim odludziu, daleko w lesie, mając za towarzystwo jedynie zwierzęta i ptaki, odciskało i na niej swoje piętno. Wygląd i wiek budziły w ludziach trwogę. Nikt wszak nie żyje tak długo - jedynie wiedźma mająca konszachty z diabłem mogła tego dokonać. Krzątała się po izbie, co chwila mieszając w misach. Była w ciągłym ruchu, jej uczennica rzadko kiedy widywała ją w spoczynku.
- Zorino... ile ty masz lat? - odważyła się zapytać kiedyś Ingrid.
- Właściwie sama już nie wiem. Już dawno temu przestałam je liczyć. - Wiedźma się zamyśliła. - Właściwie, kiedy tak pomyślę, to... tak... - zamruczała pod nosem. - Rachować jeszcze potrafię, oj, potrafię...
Na moment zaległa cisza, stara też przystanęła, aż wreszcie wyrzuciła z siebie:
- Dziewięćdziesiąt osiem!
Ingrid poczuła się naraz młoda niczym małe dziecko. Tyle lat! Toż to ludzie tyle nie żyją! Powiedziała o tym Zorinie, ta zaś roześmiała się swoim zwykłym skrzypiącym głosem.
- A to ci dopiero! Stara! - Śmiała się. Dopiero po chwili znów nastała cisza, a wtedy spoważniała, mówiąc: - Znam kogoś o wiele starszego.
- Chcesz powiedzieć, że jest ktoś, kto ma więcej lat od ciebie? Nikogo takiego nie znam, nie słyszałam nawet o takim przypadku.
- Poznałam kiedyś pewną osobę... i to niejedną...
- Ale...
Stara Zorina skinąwszy głową, dała znak, aby Ingrid poszła za nią.
- Usiądź - poprosiła.
Kiedy już usiadły, spojrzała na nią i rzekła:
- Słyszałaś pewnie o złej dolinie?
Ingrid pospiesznie pokiwała. Któż by nie słyszał! Wiele legend i opowieści krążyło o niej.
- Słyszałam jakieś historie. Ale nikt nie wie, czy oni istnieją...
- Istnieją! Kiedyś odbyłam podróż do doliny. Dojście tam jest dla zwykłego człowieka właściwie niemożliwe. Trzeba znać specjalne tajemne przejście, dobrze strzeżone przez ich strażników.
- A ty znałaś to przejście?
- Wiele lat temu poznałam pewną kobietę. Krążyłam wokół doliny w poszukiwaniu specjalnych roślin. Dużo słyszałam o ziołach tam wyrosłych, powiada się, że mają niezwykłą moc. Niestety, nikt nie wie dlaczego. Ich siła przewyższa te pospolite rośliny rosnące niemalże wszędzie jak chwasty. Więc pewnego razu szukałam tam wyjątkowych ziół, a wtedy niezauważenie dotarłam daleko poza obręb ludzkiego wzroku. Wtedy też coś nagle poruszyło się niedaleko mnie. Odwróciłam się pospiesznie. Spojrzałam w oczy najprawdziwszej wiedźmie, jaką kiedykolwiek w życiu widziałam. Była tak pokurczona, tak brudna i brzydka, jak nikt na świecie. A śmierdziała jak najgorsze paskudztwo. Fuj! Zaraz też obok niej pojawił się taki sam stwór jak i ona, tak samo pokrzywiony i zapaskudzony. Najgorsze ze wszystkiego były ich żółte oczy. Kocie oczy. Patrzyły na mnie złowrogo, z taką złością i nieprzyjaźnią, jakiej jeszcze nigdy nie zażyłam. Wtedy stary wyciągnął szponiastą dłoń w moim kierunku i poczułam, jak uginają się pode mną kolana. Powoli coś chwyciło mnie za gardło, jakby chciało udusić. Już sił mi ubywało, z zaskoczenia nie mogłam nawet wypowiedzieć swoich tajemnych formułek, które, obawiam się, i tak by nie poskutkowały w tym przypadku. I kiedy już myślałam, że skonam, nagle usłyszałam: Zaprzestań tego!. Skądś pojawiła się kolejna kobieta, ta jednak nie była tak odrażająca jak ci dwoje tuż obok, ziejący do mnie ogromną nienawiścią. Ona jest jedną z nas, czy nie widzisz, głupcze?!, krzyknęła kobieta. Ja w tym czasie powoli dochodziłam do siebie. Cóż za siła! Nawet sobie nie wyobrażasz, co się w tamtym momencie ze mną działo! Nigdy bym się tego nie spodziewała, a najmniej wtedy, tam... Nie powinna się tu pałętać, drgnęłam na dźwięk głosu starej, kiedy wpatrzona we mnie zwracała się do przybyłej kobiety. Ta nowa zaprosiła mnie do doliny, otrzymałam zioła w zamian za to, abym nigdy więcej tam nie wracała. Uniosłam się dumą i powiedziałam: Przecież żyją tu zwyczajni ludzie, dlaczego więc ja nie mogę spokojnie tu przychodzić?. Ta czarownica jest nieobliczalna, to dlatego nie powinnaś się tu kręcić. Widzisz, zanim przyszłaś, oboje byli... nie byli sobą. To nie ich ciała widziałaś, a iluzję, która jednak jest tak samo niebezpieczna, jakby stali przed tobą żywi. Zaprotestowałam, bo byłam pewna, że widziałam żywych ludzi. Oni nigdy nie opuścili jeszcze doliny. Tutaj się urodzili i tu umrą. Nie mam z nimi zbyt dobrego kontaktu, ale z pewnością nigdy nie stanęłabym im na drodze. Dziad zrobi wszystko, co ona mu tylko każe, zabije każdego, a jego czary z wiekiem nabrały takiej siły... Nie, to akurat nie powinno cię już interesować, odpowiedziała mi tamta. Chciałam jeszcze wiedzieć, ile oni mają lat. Więcej niż normalni ludzie, wiek cały to za mało, odparła. Wtedy też usiadła, jakby rażona ostrzem, i pobladła. Była również stara i nie dopatrzyłam się w niej urody, a kocie oczy ścisnęły się w nagłym bezruchu. Stanie się nieszczęście... wielkie niebezpieczeństwo nadciąga nie tylko na nas. Również na cały kraj. Zapłoną ogniska... już zapłonęły!, powiedziała. Byłam przerażona, pierwszy raz w życiu się bałam. Jej oczy same nabrały złego blasku, a ręce zacisnęły się na stole. Odejdź już i nie wracaj, następnym razem ci nie pomogę. Nie chcę z nimi zadzierać, już i tak mam dosyć problemów, dodała jeszcze... Odeszłam więc, a było to wiele lat temu i od tamtej pory noga moja tam nie postała. Nigdy jeszcze nie czułam takiego zła, nigdy.
- Dlaczego ci to odradzała? - zaciekawiła się Ingrid.
- Kiedy tam byłam, zobaczyłam, jak tych dwoje otaczają cienie, które szybko zniknęły, gdy mnie zauważyły. Z początku myślałam, że to przywidzenie, ale dopiero potem... Nie chcę zresztą już o tym mówić.
- Nie wiedziałam, że można żyć tak długo...
- Bo i nie można. Oni nie są zwyczajnymi ludźmi.
- To dlatego zapłonęli taką niechęcią, pewnie zobaczyłaś coś, czego nie powinnaś... - Ingrid zamyśliła się. - A co to mówiła ta kobieta? Jakie nieszczęście?
- Z początku nie wiedziałam, to było dawno temu... Kiedy jednak dżuma rozprzestrzeniała się z dnia na dzień, wspomniałam jej słowa. Domyśliłam się wszystkiego. Teraz zaś nadchodzą ciężkie chwile. Tacy jak ja nie będą mieli łatwo, w złych czasach bowiem żyjemy.
Ingrid poczuła zimno przechodzące po plecach. Dolina wyrzutków i zła. To brzmi jak jakaś niezwykła saga...
Zima trwała długo. Las pięknie okryty białym puchem przypominał czysty obłok. Konary drzew pokryte śniegiem sprawiały miłe dla oka wrażenie i często Ingrid wyglądała przez małe okienko, podziwiając naturę i zwierzęta kręcące się tuż obok chaty.
Kiedy zaś śnieg i mróz ustąpiły już zupełnie, wychodziła czasami, aby nazbierać drewna, które później kobiety suszyły w kącie tuż przy piecu.
Czasami nocą, gdy leżała z dzieckiem na wygodnym sienniku, kiedy w kominku powoli dogasało, nachodziły ją różne myśli. Wiele dumała o swojej rodzinie, o domu. Jak szybko życie może ulec radykalnej zmianie! Jesteśmy szczęśliwi, mamy wszystko, czego pragniemy - dom, rodzinę, ciepło - a nim się obejrzymy, już nie ma nic. Wszystko znika i pozostajemy tylko my. Samotne łzy płynęły po jej twarzy.
Zawsze starała się płakać po cichu tak, aby nie zbudzić małej i Zoriny. Zorina tyle pracowała w ciągu dnia, że nocami powinna odpoczywać.
Zawsze w takich chwilach nachodziły ją też myśli o kacie. Czy szukał jej? Czy próbował ją odnaleźć? Czy martwił się o nią i o dziecko? A może po prostu zapomniał? Może ucieszył się na wieść, że zniknęła lub umarła, bo nie będzie musiał ponosić odpowiedzialności za dziecko... Tęsknota za nim była wielka - tak wielka, iż Ingrid jednej nocy wystraszyła się z płaczu i bólu, że pęknie jej serce. Że nie wytrzyma. A jednak nazajutrz wstała silna i pewna siebie, jakby nocne koszmary i myśli jej nie nawiedzały.
Patrzyła w oczy dziecka, uśmiechając się. W małej widziała wyraźnie zarys twarzy ojca. Oczy też były jego, ciemne jak kawałki węgla, które kiedyś udało jej się zobaczyć. Mała była tak ładna jak ojciec i z pewnością wyrośnie na piękną kobietę. Była dumna z córki, dając jej tyle miłości, ile tylko zdołała. Samo dziecko również w ten trudny czas stanowiło dla matki rodzaj ostoi, dawało jej siłę do przetrwania i nadzieję na przyszłość.
Obu kobietom żyło się dobrze. Zorina była zadowolona z Ingrid. Ta zaś była jej wdzięczna za możliwość pozostania pod jej opiekuńczymi skrzydłami.
Jednego dnia Zorina zniknęła gdzieś na cały dzień, a kiedy wróciła, zawołała Ingird do siebie.
- To dla ciebie. - Kiedy to mówiła, dziwnie szkliły jej się oczy, była to bowiem wyjątkowa chwila.
Wyciągnęła z koszyka pióro z atramentem oraz poszarzały, choć czysty zeszyt oprawiony w skórę. Ingrid stała wprost naprzeciw niej, a na widok podarunku również do jej oczu napłynęły łzy.
- Teraz będziesz mogła wszystko zapisywać, czego się nauczysz. Ja już długo żyć nie będę, więc chociaż to po mnie pozostanie.
Ingrid wzięła do rąk tak cenne przedmioty i dziękując, uciekła na koniec izby, wybuchając szlochem. Nic więcej nie trzeba było mówić, kobiety zrozumiały się bardzo dobrze. Od tego dnia Ingrid zapisywała wszystko, co, jak sądziła, pozwoli jej w przyszłości wykorzystywać umiejętności tej starej czarownicy.
*
Zima odchodziła na dobre, zostały tylko ostatnie roztopy. Coraz częściej świeciło słońce. Ingrid już dawno porzuciła pomysł powrotu do domu - nie chciała oglądać starych kątów opuszczonych przez całą rodzinę. Bała się tam wracać, bała się bolesnych wspomnień. Mała rosła jak na drożdżach. Obie kobiety zamieszkujące chatę w lesie były zadowolone i uśmiechnięte.
Kiedy w końcu dni się wydłużyły, słońce coraz śmielej wychylało zza chmur. Stopniał już cały śnieg. Drzewa z dnia na dzień pięknie się zieleniły i nadzieja wstępowała do serca młodej matki. Czuła się tak, jakby sama rozkwitała niczym leśny kwiat.
- Powinnam się wybrać do miasta - powiedziała pewnego razu Zorina.
Przygotowywała się do tego cały dzień. Krzątała się po izbie, mruczała pod nosem, kiwała głową i kilkakrotnie znikała na chwilę w lesie.
Wstał świt. Wtedy jednak Zorina nie mogła wstać. Po raz pierwszy w życiu ciało odmówiło jej posłuszeństwa. Leżała więc i czekała, dopóki miną bóle przeszywające jej stare, trawiące gorączką ciało.
Ingrid od razu zauważyła, że coś jest nie tak, Zorina przecież każdego dnia kręciła się po chacie już od wczesnego świtu. Postawiła wodę, aby zagotowała się nad dopiero co rozpalonym ogniem, i weszła do izby starej.
- Coś ci dolega? - zapytała, siadając na skraju jej posłania.
- Do wszystkich czartów! - jęknęła ta w odpowiedzi. - Po raz pierwszy w życiu połamało mnie dzisiaj jak sto diabłów.
- Zaraz zaparzę jakieś zioła. Od razu temu zaradzimy.
Ingrid strapiona przyjrzała się leżącej. Była blada jak jeszcze nigdy. Zmarszczki rysowały się tego ranka mocno na jej twarzy, ukazując widoczną i rozsianą jakby pajęczą sieć. Jest stara - pomyślała, po czym wyszła zaparzyć herbatę na wzmocnienie i przeciw gorączce.
- Jestem stara - stwierdziła Zorina, widząc podchodzącą do łóżka kobietę z parującą herbatą. - Jestem stara...
- Jesteś, jesteś, ale to nic nie znaczy. Przecież znasz o wiele starszych od siebie, sama tak mówiłaś.
- Ale oni to zupełnie co innego...
- Też mi coś! - prychnęła Ingrid. - Są tak samo ludźmi jak i ty.
Zorina spojrzała na stojącą przy łóżku, jej oczy zajarzyły się na chwilę.
- Nie lekceważ ich siły. To nie są zwykli ludzie. W ich żyłach płynie zła, silna krew.
Ingrid obiecała ich nie lekceważyć, a następnie zaproponowała, że uda się dziś do miasta. Nie mogła przecież pozwolić, aby Zorina udała się tam sama w takim stanie. Powinna jej pomóc, jak tylko potrafi. Jest młoda, ma więcej siły, dlatego droga nie zmęczy jej tak, jak zmęczyłaby starą kobietę.
- Naprawdę byś mogła? - Na twarzy Zoriny pojawił się niewyraźny uśmiech. - Wtedy nie musiałabym...
- Pójdę. Kupię, co trzeba, i rozejrzę się po mieście, minęło wiele miesięcy, odkąd tam byłam. Najwyższy czas stanąć na nogi, nie mogę wiecznie chować głowy w piasek i udawać, że nic się nie stało. Powinnam zobaczyć dom...
Tak też uczyniła. Małą, wraz z mlekiem ściągniętym z piersi, pozostawiła z Zoriną, zabrała koszyk na towary, a także pieniądze. Zorina odkładała każdą sumkę, jaką dostawała od ludzi przybywających po pomoc. Co prawda nie było tego wiele, ale zawsze wystarczało na zakupienie najpotrzebniejszych rzeczy.
- Uważaj na siebie. - Zorina przytrzymała na chwilę jej dłoń. - Uważaj.
Droga przez las okazała się bardzo długa. Ingrid z trudem potrafiła uwierzyć w to, że była w stanie przejść taki kawał drogi przez zasypany śniegiem las, w dodatku z noworodkiem na rękach, głodna i zmęczona. Po jakimś czasie jednak las przerzedził się nieco i w końcu kobieta wydostała się z jego szarości, i znalazła na wprost wejścia do miasta. Dziwnie się czuła, po paru długich miesiącach wchodząc między ludzi. Przywykła do samotności i do mieszkania z dala od ludzkich siedzib i miasta. Kto by pomyślał, że tak to się skończy - przyszło jej do głowy. Gdyby jeszcze parę miesięcy temu ktoś jej przepowiedział, iż zamieszka podczas tej srogiej zimy ze starą wiedźmą w głębi lasu, popatrzyłaby tylko na kogoś takiego z politowaniem lub roześmiała mu się prosto w twarz. Los jednak potrafił nieźle wirować i zmieniać się tak, jak na to miał ochotę. Los... jakie to dziwne słowo - wywierające wpływ na każdego człowieka...
*
Weszła do miasta. Nic się nie zmieniło, tylko obecnie w przeciwieństwie do widoku zapamiętanego sprzed miesięcy skupisko zabudowań wyglądało na zamieszkałe przez ludzi, a nie przez zjawy i krążącą wokół dżumę, tułającą się wzdłuż ścian w poszukiwaniu ofiar. Pospiesznie dokonała zakupów, a następnie postanowiła zobaczyć, co stało się z jej domem.
Powoli doszła za miasto, do miejsca, w którym spędziła całe swoje dzieciństwo... Niepewnie zbliżyła się do drzwi, pamiętając, że gdy opuszczała domostwo, nie zamknęła drzwi na klucz, obawiała się więc teraz, co też za widok się jej ukaże. Tymczasem jednak drzwi okazały się zamknięte. Zapukała ostrożnie. Nikt nie odpowiedział. Postawiła pakunki na ziemi i zajrzała do środka przez najbliższe okno. Wydawało się, że w środku wszystko po staremu, jedynie parę nowych rzeczy zauważyła - dwa stołki i ogromną kolorową misę stojącą na nowym stole.
- Czego tu chcesz? - usłyszała tuż za sobą.
Drgnęła. Poczuła się, jakby ją przyłapano na podglądaniu.
Nie znała tej kobiety. Nigdy wcześniej jej też nie widziała.
- To jest mój dom... - odparła niemalże niedosłyszalnie.
- Twój dom? A co to niby za żarty sobie ze mnie stroisz? Dobrze wiem, kto tu mieszka, ty z pewnością nie.
- Mieszkałam... mieszkałam tu, zanim zaczęła się dżuma.
Kobieta na słowo "dżuma" odskoczyła jak uderzona obuchem w głowę, zasłaniając się przy tym rękami.
- W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego! Nie wymawiaj tego słowa, dziewczyno.
Ingrid postanowiła ją zignorować.
- Czy ktoś tu teraz mieszka?
- Mieszka, oj, mieszka. Przeniosłam się tu, gdy choroba zabrała moich bliskich. Dom stał opuszczony, myślałam, że wszyscy pomarli...
- Prawda. - Pokiwała głową Ingrid. - Nigdy wcześniej was tu nie zauważyłam. Sama pozostawiłam dom, opuściłam go...
W oczach Ingrid pojawiły się łzy.
- Biedaczko. - Kobieta podeszła do niej znacznie bliżej. - Widzę, żeś wiele wycierpiała. Co się stało? Czy...
- Nikt nie przeżył. Jedynie ja zostałam. Sama.
- Wielu z nas to spotkało, wielu. Niełatwo teraz żyć. Człowieka tęsknoty ogarniają, a to nie jest dobrze, oj, nie jest, to ja bardzo dobrze wiem. Nie powinnaś się zamartwiać wspomnieniami, trzeba żyć dalej.
Ingrid wiedziała o tym doskonale, lecz cóż miała na to poradzić. W tej chwili czuła się niczym mała, zagubiona dziewczyna. Bez rodziny, bez nikogo na świecie. Miała tylko siebie. I córeczkę. Była jej słońcem pośród takich dni jak ten. Lecz nawet teraz nie mogła przytulić do siebie ciałka małej, by móc poczuć jej zapach, taki delikatny. Zapach dziecka, niewinności, czystości.
- Pójdź ze mną, ogrzejesz się i posilisz nieco.
Ingrid z wdzięcznością przyjęła zaproszenie i jak się później okazało, mogła nawet przenocować. Kobieta była dobrym człowiekiem, dało się to wyczuć z daleka, w jej oczach czaił się przyjemny, ciepły blask. Ingrid opowiedziała jej o sobie, przemilczała jednak niektóre fakty, bo na cóż je poznawać obcej kobiecie.
- Więc opuściłam dom i nie zamierzam już do niego wracać. Zbyt wiele bólu w nim zażyłam, bym mogła spokojnie tu zamieszkać. Dom zresztą należy do plebanii, od dawna pastor tę część przejął na własność. I chociaż znajduje się w sporej odległości od niej, wiem, że nadal jej częścią pozostanie.
- A gdzie ty się podziejesz?
- Coś znajdę... Zawsze się coś znajdzie.
Późną nocą udały się na spoczynek. Ingrid wstała nadzwyczaj wcześnie, wyspana i rześka. Pani domu krzątała się już po kuchni i właśnie rozpalała ogień.
- Już nie śpisz, gołąbeczko? Okryj się, w taki czas łatwo się przeziębić.
Okryła się szalem i zasiadła do stołu, wyglądając przez okno. Po chwili na stole pojawiła się ciepła herbata i wczorajszy chleb. Ingrid poczęstowała się, po czym podziękowała i oświadczyła, iż powinna wyjść jak najszybciej, bo droga tego dnia przed nią długa jeszcze.
- Jestem wam ogromnie wdzięczna za okazaną mi pomoc. Pozwoliłyście mi, droga gospodyni, zatrzymać się na noc i posilić. Jeżeli mogłabym się jakoś odwdzięczyć...
- Dotrzesz do swoich, a będzie to wystarczające podziękowanie dla mnie.
Wyruszyła więc o świcie z pakunkami, najedzona, w żołądku czując jeszcze przyjemne ciepło herbaty. Dzień dopiero co wstawał, rosa opadła na trawy, musiała więc wybierać starannie drogę, aby trzewiki nie przemokły, wtedy to podróż stałaby się uciążliwsza, nie mówiąc już o otarciach skóry.
Słońce wyjrzało już zza szczytów dalekich wzgórz, robiło się coraz jaśniej. Wstawał piękny dzień.
Właśnie wychodziła zza rogu, kiedy jej uszu dobiegł dziwny odgłos. Tłum! Ludzie! Wielu ludzi! Zatrzymała się, nasłuchując. Dzisiejszego ranka zebrali się ludzie, z pewnością była ku temu okazja. Jeszcze nigdy o tej porze nie odbywało się żadne spotkanie, musiało więc wydarzyć się coś ważnego. Już miała odchodzić, co ją interesuje zbiorowisko łaknących wrażeń ludzisków, kiedy usłyszała krzyk. Kobiecy krzyk pełen nienawiści i bólu. Zawróciła więc i skierowała się w stronę kościoła, bo stamtąd najwyraźniej docierał gwar.
Kiedy zajrzała na plac, zatrzymała się. Zdziwiła się, jak wielkie tłumy się tu zgromadziły. A jeszcze niedawno ulice świeciły pustkami...
Wprost przed nią wznosił się kościół z małą wieżyczką. Pod nim, na placu, stali ludzie. Na ustawionym podeście zaś stał on, kat we własnej osobie. Właśnie wtedy jego ręce opuściły się w rozmachu, a głowa krzyczącej jeszcze przed chwilą kobiety poturlała się w stronę tłumu. W szybkim tempie zabrano ciało i ułożono na stosie, który zapłonął od razu po przyłożeniu do niego pochodni.
Ingrid stała zapatrzona w kata.
Po jej ciele przebiegł dreszcz, a oczy zalśniły. Musi się do niego jakimś sposobem przedostać. Musi z nim porozmawiać, zapytać, jak się ma, czy jest zdrowy. Opowiedzieć mu o ich wspaniałej córeczce czekającą na nią w głębokim lesie.
Przecisnęła się przez zbiorowisko, by móc dotrzeć do kata, lecz zanim udało jej się tam dojść, jego już nie było. Rozejrzała się wokół - ani śladu. W końcu zaczęła chodzić tam i z powrotem. Pobiegła za kościół, wtedy w oddali mignął jej zarys jego kaptura. Właśnie opuszczał plebanię. Pewnie sam pastor wydał osąd na kobietę, której ciało płonęło teraz na stosie. Musiał odebrać pieniądze i nie zostawało mu nic innego, jak zniknąć. Ludzie nie lubili takich jak on. Niektórzy nienawidzili kata, opluwali go, robiąc ręką znaki krzyża. Był przecież wysłannikiem samego szatana, niegodzien współczucia. Takich jak on powinno się odtrącać. Nikt nie rozumiał, a może nie chciał zrozumieć, jak taki kat myśli, czuje. A czuje tak samo jak oni, ci łaknący krwi ludzie, może kochać i cierpieć potrafi. Nikt nie wie i nawet nie próbuje dociec, dlaczego wybrał taki właśnie kunszt, a może życie samo zmusiło go do takiego działania. Prawdą było, że kat to często nieszczęśliwy człowiek, traktowany jak wyrzutek społeczeństwa, zdany na siebie i odtrącony do życia w samotności.
Ingrid biegła, ile sił w płucach. Niesione pakunki naraz stały się ciężkie i utrudniały bieg, lecz nie myślała o tym. Po prostu musiała go znów zobaczyć. Poruszała się z ogromnym trudem. Do oczu napłynęły jej łzy bezsilności i rozpaczy. Co, jeśli nie uda jej się go dogonić? Ludzie i chaty już dawno zaniknęły jej sprzed oczu. Oddalała się coraz bardziej od miasta.
Dostrzegła go wreszcie za zakrętem, już znacznie bliżej. Szedł zdecydowanym, szybkim krokiem. Szedł, nie oglądając się za siebie.
- Bjorn! - wykrzyknęła. Płuca rozsadzał jej ból, z trudem oddychała.
Kat raptownie się odwrócił. Miał ciemny wzrok, oczy jakby skrywała mgła. Przyjrzał się jej, a kiedy już dobiegła i zrzuciła z siebie pakunki, zdołała wyszeptać jeszcze:
- Bjorn... - I upadła przed nim na kolana.
- Ingrid! Na Boga, Ingrid, co ty tu robisz? - W jego głosie słychać było niedowierzanie. - Myślałem, że... że nie żyjesz!
Padł na kolana tuż obok niej, ujął w dłonie jej twarz i przyjrzał jej się uważnie, zaglądając głęboko w oczy. Mgła w jego wzroku naraz ustąpiła i oczy na powrót stały się jasne i wyraziste jak wtedy, kiedy się w nie tak często wpatrywała. To były jego oczy. Oczy jej Bjorna. Kata. Wyrzutka, którego ona kochała, dla którego biło jej serce.
Kaptur zsunięty z głowy opadł na ziemię. Jego ręce były spracowane, szorstkie, ale takie znajome. Tak dawno temu mnie dotykały - pomyślała i jej twarz pojaśniała. Wtuliła się w niego, a on objął ją szerokimi ramionami. Był takim wysokim i silnym mężczyzną, jakiego jeszcze nigdy Ingrid nie spotkała, patrząc zaś w jego piękne oczy, nie dziwiła się, iż od razu go pokochała.
- Bjorn... - powtarzała raz po raz. Jej ciałem szarpał szloch. - Bjorn...
Długo tak stali w objęciach, oboje klęcząc i przytulając się nawzajem. Znajdowali się daleko poza ludzkimi siedzibami, nikt więc ich nie mógł zobaczyć, nikt też nie mógł im przeszkodzić. W końcu Ingrid uspokoiła się na tyle, by mogli spokojnie porozmawiać.
- Co się z tobą działo? - zapytał pierwszy. - Próbowałem cię odszukać, kiedy zaraza zaczęła się panoszyć po mieście. Jednego dnia przyszedłem, ciebie już nie było. Zastałem pusty dom z... - ucichł raptem, nie dokończył zdania. Ona przecież wiedziała, co musiał zastać w domu, który opuściła. - Sam byłem w takim stanie, że myślałem, że to koniec ze mną... Jednak złego nie ima się śmierć tak szybko... - Uśmiechnął się smutno.
- Co ty opowiadasz? Jakiego złego? Nigdy nie spotkałam jeszcze człowieka o tak dobrym sercu jak twoje!
- Niektórzy myślą inaczej...
- Nie obchodzi mnie to! Wiesz, co czuję do ciebie...
- Pewnie to samo, co ja do ciebie. - Uśmiechnął się, tym razem promiennie.
Kiedy tak się uśmiechał, jego twarz jaśniała i stawał się jeszcze przystojniejszy niż zwykle. Lubiła go takim, szkoda tylko, że radość tak rzadko gościła na jego obliczu.
- Próbowałem cię odnaleźć - kontynuował. - Za każdym razem, kiedy patrzyłem w twarze zmarłych, bałem się, że to ciebie zobaczę. Kiedy cię jednak nie znalazłem, popytałem ludzi, choć niewiele się dowiedziałem. Straciłem nadzieję, bo nikt nic nie wiedział, a ty jakby zapadłaś się pod ziemię.
- Pamiętam, jak po naszym ostatnim spotkaniu musiałeś wyjechać. Byłam brzemienna, myślałam, że kiedy wrócisz, zostaniemy już na zawsze razem. Czekałam. Ty się nie pojawiałeś...
- Zrozum, nie chciałem przyprawiać cię o cierpienie! Wtedy myślałem, że nie powinienem narzucać na ciebie takiego ciężaru. Powinnaś mieć lepsze życie, jakąś szansę. Nie zasługiwałaś na życie ze mną w cieniu poniżenia i oskarżenia o zło, jakiego się przecież nie dopuszczam.
- Czy nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo cierpiałam? Jak tęskniłam każdego dnia? Tyle długich miesięcy wypatrywałam twojego cienia, tyle czasu spędziłam nad naszym jeziorem...
- Wybacz, lecz miałem nadzieję, że zapomnisz o mnie i będziesz kiedyś wiodła spokojne życie. Sam zaś tęskniłem równie mocno. Nocami podchodziłem na tyle blisko, by móc przypatrywać się tobie. Widziałem cię nieraz. Tylko siłą woli, jakiej nauczyło mnie życie, powstrzymywałem się od podejścia do drzwi. Miałem ochotę porwać cię w ramiona, zabrać ze sobą. Nie zrobiłem tego jednak, ponieważ nie chciałem zadawać ci cierpienia.
- Czy nie zdawałeś sobie sprawy, że właśnie swym tajemniczym zniknięciem zadawałeś mi największy ból?
- Wybacz mi, Ingrid - wyszeptał, gładząc ją po twarzy.
Siedzieli tak, bez ustanku wpatrując się w siebie wzajemnie, jego ręce nadal trzymały jej twarz w objęciach. Ranek jeszcze się nie skończył, więc było dosyć zimno. Ingrid poczęła drżeć, Bjorn to zauważył, podniósł ją i powiedział:
- Chodź, nie możemy tu tak siedzieć, zimno jeszcze, możesz się rozchorować.
- Dokąd pójdziemy?
- Do domu. Mojego domu.
Wziął jej pakunki i ruszyli razem. Przez całą drogę już się nie odzywali. Wreszcie pojawił się w oddali zarys jego skromnej chaty stojącej daleko na uboczu. Ingrid zrobiło się przykro.
- Mieszkasz tak daleko od ludzi... - zauważyła.
- Tak, bo nikt nie chce mieć w pobliżu swego domostwa kogoś takiego jak ja.
- Kogo dziś osądzano?
- Kobietę uznaną za czarownicę. Bluźniła też przeciw Kościołowi, nie było dla niej ratunku.
- Czy naprawdę była czarownicą?
- Nie mnie to osądzać...
- Ale...
- Czasami giną niewinni ludzie. Ja na to nic nie poradzę. Nie mogę się nimi interesować, choć często widzę w ich oczach niewinność. Ludzie jednak łakną zobaczyć śmierć, wierzą w zabobony. Najczęściej to zemsta nimi kieruje. Tylko tak, oskarżając, mogą pozbyć się jakiegoś wroga, nieprzyjaciela czy sąsiada...
- A ta? Dlaczego stos przygotowano na placu kościelnym?
- Ponieważ wyrzekła się wiary. Należała do czarownic najgorszego gatunku. Jej prochy, o ile coś z nich zostanie, zanim ludzie pozbierają najpotrzebniejsze resztki, zostaną zakopane daleko, w miejscu przeznaczonym dla takich jak ona.
- To potworne. - Ingrid się wzdrygnęła.
- Tak, ale niczego na to nie poradzimy.
W końcu doszli do chaty kata, weszli do środka i Ingrid mogła spokojnie usiąść. W środku znajdował się kominek, w którym płonął ogień, polana strzelały i pachniało świerkiem. Woda lekko gotowała się w kociołku nad paleniskiem, wokół było czysto i schludnie. Ingrid nigdy nie powiedziałaby, że w tym oto domu mieszka jedynie samotny kat, odtrącony przez ludzi młody i samotny mężczyzna.
- Zaparzę herbatę albo kawę, jeśli chcesz.
- Kawę? Tylko raz w życiu piłam kawę, już zapomniałam, jak smakuje.
- Otrzymałem ją w zamian za pomoc pewnej bogatej kobiecie... ale tej historii raczej nie będę opowiadał.
Zaparzył więc dwa kubki mocnej kawy. W domu od razu pięknie zapachniało. Jaka przyjemna woń - przemknęło przez głowę dziewczynie.
- Co z dzieckiem? - zapytał po chwili, kiedy już siedzieli razem, przytuleni.
- Żyje. Mamy wspaniałą córeczkę. Jest podobna do ciebie. - Uśmiechnęła się.
- Gdzie teraz jest? Chcę ją zobaczyć! - Na jego twarzy malowało się prawdziwe szczęście.
- Podczas zimy, gdy nie było już innego wyjścia, opuściłam dom i wraz z dzieckiem powędrowałam do chaty czarownicy Zoriny. Mała była w złym stanie, więc nie miałam innej możliwości. Drugiego dnia po narodzinach czuła się źle. Traciłam ją. Zrobiłam więc to, co uznałam za konieczne. Wiele słyszałam o starej. Ta zaś pomogła mi, uratowała nie tylko małą, ale mnie również, dała nam dach na głową. Od wielu miesięcy uczy mnie zielarstwa.
- Słyszałem o Zorinie, nie wiedziałem tylko, że ona jeszcze żyje.
- Żyje. Zaprzyjaźniłyśmy się. To dobra, poczciwa kobieta.
- Uważaj tylko, abyś nikomu zbytnio o tym nie rozpowiadała. Na Zorinie wiele razy ludzkie języki nie pozostawiły suchej nitki, a kiedy się dowiedzą, że jesteś jej uczennicą, mogą cię uznać za taką jak ona.
- Ona przecież nikomu nie zrobiła krzywdy!
- Nie, ale też ludzie się jej obawiają. Wielu z nich pomogła, więc na razie trzymają się od niej z daleka. Jednak czasami ludzka głupota może uderzyć z całkiem innej strony, w jej słaby punkt, którym możesz się okazać ty.
- Przerażasz mnie. Gdyby nie ona, pewnie dziś by mnie tu nie było, a nasza córka...
- Jestem wdzięczny Zorinie za to, że zajęła się tobą. Jestem jej wdzięczny za uratowanie waszego życia. Już dawno straciłem nadzieję na odnalezienie was, a tu nagle los darowuje mi cię na nowo...
Nastała chwila ciszy. Przerwała ją Ingrid.
- Co się z nami stanie? Czy... czy istnieje jakaś możliwość, abyśmy byli kiedyś razem?
- Bardzo bym tego pragnął. Boję się jednak, że nie dam wam nic innego, jak tylko nienawiść otoczenia i pogardę.
- Może... poczekamy do lata, kiedy podróżowanie okaże się lepsze i łagodniejsze dla małej, wtedy przyjdziemy do ciebie. To jeszcze parę miesięcy ale...
- Tak, to jeszcze parę miesięcy. Będziesz mogła zastanowić się nad tym, czy naprawdę tego chcesz i czy warto.
- Wiem, że warto. Najchętniej już teraz wróciłabym po dziecko i zamieszkała z tobą.
- Życie to jednak będzie ciężkie. Jestem katem i...
Na to ona wtuliła się w niego jeszcze mocniej.
- Przecież ja wiem, kim jesteś.
Poczuła zapach jego ciała, ten sam, jaki czuła wiele miesięcy temu, daleko stąd na polanie, gdzie oddała mu się po raz pierwszy. On oddychał ciężko i szybko, wyraźnie podniecony. Jego oddech delikatnie ogrzewał jej szyję, przyprawiając ją o drżenie całego ciała.
Powoli ich usta złączyły się i już nie mogli się od siebie oderwać. Smakowali się nawzajem, łaknęli całym ciałem. Ręce błądziły zgłodniałe, zdejmując z ciał ubrania. Powoli zatracali się w sobie.
- Jesteś taka piękna... - mruczał do niej, całując jej szyję.
Ingrid tylko wdychała jego zapach. Z jej ust dobywały się jęki rozkoszy, kiedy jego język błądził po każdym zakamarku jej spragnionego, płonącego pożądaniem ciała. Jego ręce były silne, a dłonie wielkie i gorące. Już kiedyś poznała ich dotyk, którego do dziś nie zapomniała, choć tyle długich miesięcy upłynęło. Parodniowy zarost pozostawiał na jej skórze czerwone ślady. Nie przeszkadzało jej to, tylko jeszcze bardziej przyprawiało o miłe doznania. Wiła się pod nim, a kiedy w końcu położył się na niej, duży i silny, ciężki, jęknęła, wpijając paznokcie w skórę jego pleców. Był dobrze zbudowany, jego mięśnie jakby tańczyły. Ona, taka krucha i delikatna, leżąca pod nim, poddawała się każdemu dotykowi. Uniósł jej nogi, rozszerzył uda i wniknął w nią delikatnie, spokojnie. Oboje krzyknęli, tak silne wrażenie na nich spłynęło. Poruszał się w niej powoli, jakby bał się ją skrzywdzić. W końcu jego ruchy stały się szybsze, dziksze, nieokiełznane i już nie mógł się powstrzymać, nie mógł zwolnić. Słyszał, jak jęczy pod nim, jak wije się i krzyczy, zaciskając usta, wczepia w niego swe palce, a wreszcie zagryza z całych sił wargi, które co chwilę całował. Ogarnęła go dzika gorączka ciała. Musiał ją czym prędzej ugasić.
Nagle ona poczęła drżeć jeszcze bardziej, wygięła się w łuk, szybki oddech przeszedł w euforyczny i spazmatyczny krzyk. Widząc to, sam nie wytrzymał, dogonił ją i poczuł, że za moment wleje swoją miłość w jej ciepłe ciało, na które napierał, aż do najgłębszego zakątka jej tajemnicy.
Położył się na plecach, podniósł ją, aby ułożyła się na nim i wszedł w nią, chciał być jak najbliżej niej, czuć ją jak najściślej. Gładził ją po pośladkach, szyi, poruszał się w niej leniwie, ze spokojem i słodyczą, rozkoszując się tą przyjemną chwilą. Spocone ciała powoli dochodziły do siebie.
- To było wspaniałe... nieziemskie... - odezwał się pierwszy, ocierając pot perlący się na czole. - Jak wtedy, nad jeziorem...
- Należymy do siebie, czułam to od samego początku, od tamtego dnia, kiedy... - Zarumieniła się. - Kiedy to stało się po raz pierwszy.
- Myślałem, że cię utraciłem na zawsze...
- A ja, że się już więcej nie spotkamy...
- Umierałem z tęsknoty, samotny tu... bez ciebie.
- Umierałam każdego dnia, myślałam o tobie co dzień, nocami przez ciebie nie mogłam spać.
- Teraz jesteśmy razem...
- Razem będziemy... jeśli mnie zechcesz.
- Czy zechcę? Niczego bardziej nie pragnę, jak właśnie tego.
- Wprost nie mogę uwierzyć, że jesteśmy tu razem...
- Nie mogłem uwierzyć, kiedy cię zobaczyłem...
Nagle spoważniał.
- Czy jesteś pewna, że chcesz ze mną być?
- Jestem tego pewna, jak niczego w życiu. Kocham cię. Mamy dziecko. Jesteśmy ze sobą już od dawna związani.
- Kocham cię... jakie to piękne słowa...
Oboje zasnęli spleceni w uścisku, złączeni tak ciasno, jak tylko dwa ciała mogą. Obudzili się, gdy nastawało już południe, ogień w palenisku przygasł, więc trzeba go było rozpalić na nowo. Zimna kawa stała na stole, jednak i tak Ingrid wypiła ją ze smakiem.
- Powinnam już ruszyć w dalszą drogę.
- Pójdę z tobą - powiedział natychmiast.
- To daleka droga... - Na twarzy Ingrid pojawiła się nadzieja, rumieniec i niepewność.
- Odprowadzę cię, nie powinnaś sama chodzić po lesie, może być niebezpiecznie.
Zgodziła się. Powoli zjedli skromny obiad i ruszyli w drogę. Kat niósł wszystkie jej pakunki, nie musiała więc niczego dźwigać, a do tego trzymał ją za rękę. Ingrid jeszcze nigdy nie była szczęśliwsza. Czuła się szczęśliwą kobietą, połówką idącego obok mężczyzny. Byli jak dwie pasujące do siebie części.
Zagłębili się w las i przez dwie godziny szli wydeptaną ścieżką prowadzącą wprost do domu Zoriny. Miał wielką ochotę kochać się z nią kolejny raz, ale bał się ją skrzywdzić, widział, jak czasem krzywiła się z bólu, krocząc tuż obok niego. Na jej ciele pozostało wiele siniaków od jego mocnych uścisków, sama zaś idąc, odczuwała ból. Jej twarz wykrzywiał grymas świadczący o tym, że nie wszystko jest w porządku.
- Czy coś jest nie tak? - Przypatrzył się jej.
- Nie - odparła.
- Widzę, że coś cię boli.
Zarumieniła się. Mam dziwną skłonność do czerwienienia się przy nim - pomyślała.
- To tylko... Minęło wiele miesięcy, od kiedy byliśmy razem.
- Wybacz, jeśli byłem zbyt niedelikatny...
- Och, było cudownie... - Uśmiechnęła się i spojrzała na jego krocze, które wyraźnie dawało do zrozumienia, w jakim stanie jest teraz i o czym myśli Bjorn.
- Bjorn, ty...
- Nic na to nie mogę poradzić...
Szli dalej i w końcu dotarli do chaty starej Zoriny. Ingrid pobiegła naprzód, wpadła przez drzwi i wykrzyknęła:
- Wróciłam!
- Na Boga, ale żem się przestraszyła, dziewucho jedna! - rozległ się ze środka piskliwy głos starej. Wyraźnie słychać w nim było wesołe nuty.
- Jak się macie? Przyprowadziłam gościa.
Bjorn stał przed chatą i czekał, nie wszedłby do chaty bez zaproszenia, zbyt wiele zła doświadczył od ludzi nie tylko jako kat, lecz także będąc młodym chłopcem. Wszyscy się wyśmiewali z małego Bjorna i nie chcieli się z nim bawić, bo jego ojciec był katem. Dziewczyny z niego kpiły, a chłopaki próbowali na nim swojej siły.
- Syn kata! Syn szatana! - wołano wszędzie. - Psi syn, czarci pomiot!
Czy naprawdę tak było? Z czasem w to uwierzył, zaczął kryć się i stronić od podłych ludzi. Łzy wyschły i poczuł, jak jego serce obrasta pancerzem przypominającym kamienną skałę, której nikt nie rozbije. Bo czy dziecko może być oskarżane przez takich samych, równych sobie ludzi? Tak być nie powinno. A jednak stało się to jego dniem powszednim. Kiedy dorósł, z chęcią został katem - jak jego ojciec. Dopiero wtedy w oczach tych ludzi, oprócz pogardy, zobaczył także strach, i to mu odpowiadało. Z dumą nosił topór i nie wahał się demonstrować jego siły przed tłumem. To była jego praca, taka sama jak inne, pozwalająca zarobić na chleb. Ktoś też przecież musiał taką pracę wykonywać.
- Któż to z tobą przyszedł? - zaciekawiła się Zorina. Wyszła przed chatę. - Kat? - Zmrużyła oczy, ale nie była bardzo zdziwiona.
Bjorna wcale nie zdumiało, że stara od razu go rozpoznała. Widocznie nie była zwykłą staruszką, a chodzące o niej słuchy miały w sobie coś z prawdy.
- Witajcie. - Skłonił lekko głowę. - Odprowadziłem Ingrid, nie chciałem, aby coś jej się przytrafiło, las bywa czasami niebezpieczny.
Zorina drgnęła, słysząc jego głos. Coś w tym głosie zwróciło jej uwagę, jakaś nuta - taka inna, z domieszką... czułości? Gdy wymawiał imię Ingrid, jego oczy nabrały ciepła, a twarz straciła na chwilę swój chłodny wyraz, ukazując zakochanego mężczyznę.
Stali tak chwilę, dopóki Ingrid nie wyszła z uśmiechem przed dom i nie zaprosiła wszystkich do środka.
- Cóż tak stoicie? Zorino, pozwolisz, abym zaprosiła Bjorna na kubek twojej pysznej herbaty?
- Pozwolę, pozwolę. A niby czemu bym miała nie pozwolić?
Weszli do środka. Bjorn poukładał w jednym kącie wszystkie pakunki i usiadł na wskazanym miejscu przy stole. Zorina już przygotowywała swój pyszny napój. Ingrid znikła na chwilę w drugiej izdebce. Po chwili wyszła z niej, niosąc małą. Bjorn drgnął, spojrzawszy na buzię córki. Zobaczył w niej odbicie własnej twarzy.
- To twoje dziecko, Bjornie. Owoc naszej miłości - szepnęła, czule trzymając dziecko na rękach. Powoli ułożyła je w jego ramionach.
- Jest taka mała... - wyszeptał, ledwo co mógł mówić, wrażenie było zbyt wielkie. - Taka... piękna! I podobna do mnie.
- Każdego dnia wpatruję się w nią i widzę właśnie ciebie. To jej widok pozwalał mi przetrwać długie chwile bez ciebie.
Bjorn trzymał małą w swych wielkich dłoniach - mieściły ją właściwie całą. Była tak krucha i delikatna, że leżała w nich doskonale. Zaledwie wczoraj nie pomyślałby, że spotka jeszcze Ingrid, a co dopiero dziecko. A tu, proszę, dziś się dowiedział, że został ojcem. W dodatku ojcem tak pięknego maleństwa. Był pewien, że nie ma na świecie ładniejszego owocu miłości niż ten spoczywający teraz w jego wielkich ramionach.
- Ma takie małe rączki. - Był wyraźnie wzruszony.
Kiedy już ochłonął, Ingrid zabrała małą i przystawiła ją do piersi. Dziecko łapczywie zaczęło ssać. Piersi miała nabrzmiałe od mleka. Wylewało się z nich od rana, zaznaczając mokre ślady na jej ubraniu. Teraz zaznała ulgi zarówno matka, jak i córka.
Zorina ustawiła herbatę na stole i zniknęła w drugiej izdebce, by zostawić ich samych, a samej w spokoju uprzątnąć nowe zapasy. Ingrid zauważyła, że wiedźma porusza się z trudem, a więc jeszcze całkiem nie wyzdrowiała.
Kat patrzył na powoli ssące pierś dziecko. Mleko ciurkiem spływało po bródce małej, a różowy sutek przykuwał jego uwagę, sprawiając, że czuł pożądanie równie mocno, jak dzisiejszego ranka.
Ingrid spojrzała na Bjorna. Spostrzegła jego wzrok wbity w jej pierś i zarumieniła się. Przypomniała sobie scenę, która odbyła się rankiem, i naraz zapragnęła na powrót znaleźć się w czułych, silnych objęciach kochanka.
- To taki piękny widok - stwierdził, nadal się w nią wpatrując, niezwykle poruszony tym widokiem.
Zapragnął, aby oboje, kobieta i dziecko, znaleźli się w jego skromnej chacie. Aby kobieta ta została jego żoną. Po raz pierwszy zapragnął wieść normalne, spokojne życie przeciętnego człowieka.
Po jakimś czasie mała zaspokoiła na tyle swój głód, że od razu zasnęła. Ułożyli ją razem na sienniku i ponownie usiedli do stołu.
Na zewnątrz powoli zapadał zmrok. Niebo było jeszcze dość jasne, ale tu w lesie noc nadciągała wcześniej, gdyż korony drzew zasłaniały większość promieni słonecznych.
- Powinienem już iść - zaczął niepewnie.
- Tak...
Dopili herbatę i wstali. Podszedł do drzwi, nie otworzył ich jednak. Odwrócił się do niej i chwycił za wiotkie ręce.
- Czy powinienem wierzyć... czy myślisz, że my...
- Tak.
Nie potrzebowali więcej słów - oboje doskonale wiedzieli, co zostało wysłowione. Oszczędne zdania tylko ich utwierdziły w tym, jak dobrze się rozumieją. Miesiące długie minęły, lecz między nimi nic się nie zmieniło. Nadal pozostali tacy sami, z tym wyjątkiem, że teraz ich miłość wypełniła się tym małym życiem śpiącym teraz na sienniku.
Wziął ją w objęcia, trzymał tak długo, jakby nie chciał wypuścić z rąk, jakby bał się, że okaże się tylko chwilą, zjawą, która zaraz zniknie bez śladu.
Serca ich biły swym szybkim rytmem, ciała rozgrzane bliskością domagały się czegoś więcej, ale nie było czasu na nic, miejsce też temu nie odpowiadało.
W końcu wyszedł. Stała na progu i patrzyła, jak znika w ciemniejącym lesie. Z ciężkim sercem weszła w końcu do środka. Zamknęła drzwi.
W tym samym momencie otworzyły się drzwi izdebki i wyłoniła się Zorina.
- Niełatwe z nim będziesz miała życie, oj, niełatwe.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - zaniepokoiła się Ingrid.
- Taka miłość sprowadza wiele nieszczęścia. Pamiętaj, kim on jest. Z takim jak on życie nikogo nie będzie rozpieszczało.
- Nie oczekuję tego. Wystarczy mi dom i rodzina. Czyż to nie jest największe szczęście?
- Jak dla kogo...
Stara zaparzyła sobie jakieś zioła, zapachniało w całej izbie. Usiadła z westchnieniem i wpatrzyła się w okno. Spoglądała na las. Nagle chwycił ją atak kaszlu.
- Jesteś jeszcze chora - powiedziała Ingrid z przejęciem.
- Ech, przejdzie. Stara już jestem, każda niemoc ciała każe więc dłużej czekać na wyzdrowienie.
Kiedy już wszystko było uprzątnięte, Ingrid zauważyła, że ogień w palenisku przygasa, podeszła więc, by dorzucić parę drew, a wtedy tuż obok jej stóp potoczył się żarzący kawałek drewna. Zorina wstrzymała dech. Podeszła dość szybko i wepchnęła kawałeczek z powrotem do ognia.
- To zły znak - powiedziała. - Stanie się coś złego...
Przestraszona Ingrid usiadła przy stole, wyrzucając sobie, na cóż u licha podeszła do tego paleniska.
- Nie czuję się dobrze, pójdę się już położyć. Rano przygotujemy odpowiednie medykamenty - rzekła wiedźma.
Ingrid także położyła się wcześniej. Przytuliła do siebie małą i tak leżała w przyjemnym cieple, czując wspaniały zapach swojego dziecka.
Sen jednak nie nadchodził. Przez większość nocy myśli kobiety krążyły wokół kata. Wspominała wyprawę do miasta. Zanim tam wyruszyła, nawet nie przypuszczała, jaki obrót przyjmie jej wyprawa. A tu otrzymała od życia więcej niż by chciała, więcej niż w ostatnich miesiącach pozwalała sobie oczekiwać i pragnąć.
Pamiętała, jak zobaczyła go kiedyś po raz pierwszy. Stało się to pewnego dnia w Trondheim, gdzie kat przed chwilą wykonywał wyrok na złodzieju. Na placu zebrały się tłumy, jak zwykle przy takiej okazji.
Ingrid przechodziła tamtędy przypadkiem, kiedy już było po wszystkim. Ludzie nie zdążyli jeszcze się rozejść, ale kat odszedł.
Poszła nad pobliskie jezioro, tam zaś stwierdziła z przestrachem, że patrzy na nią z daleka nieznany jej mężczyzna. Miał najpiękniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widziała, był wysoki i szczupły, ale o szerokich ramionach i silnej postawie. Z początku nie wiedziała, czy powinna uciekać, czy nie. Została. On niepewnie podszedł bliżej. To, co miał ze sobą, zostawił za drzewami. Zbliżył się do wody. Uklęknął i począł obmywać sobie twarz. Przyglądała mu się z ciekawością, nie potrafiąc oderwać od niego wzroku. Usiadła na pniu jakiegoś drzewa i po prostu czekała. W końcu podszedł do niej, kiedy twarz nabrała rześkości i spływały po niej krople wody.
- Niebezpiecznie jest, by taka młoda kobieta przebywała z daleka od ludzi. Nie słyszałaś, pani, o czarownicach z doliny? Schronienie znalazło tam wielu morderców i wyrzutków społeczeństwa.
- Przyszłam tylko na chwilę. Zamierzam zaraz wracać. Lubię to miejsce. Taki tu spokój i cisza, woda mnie uspokaja, szum drzew także.
- Przychodzę tu czasami... po pracy. Doceniam przyrodę jak wy, pani.
- Nigdy jednak was tu nie spotkałam...
- Z pewnością mnie znacie. Znają mnie przecież wszyscy... - Uśmiechnął się smutno.
Kiedy odchodził w stronę swoich pozostawionych rzeczy, odwróciła się, by spojrzeć za nim ostatni raz. Chciała krzyknąć: nie odchodź, porozmawiajmy jeszcze! Ale nie mogła wydusić z siebie żadnego słowa. To nie wypadało. Zamiast tego zauważyła lśniący topór w jego ręce. Zadrżała. Kat! Czy ten młody, wspaniały mężczyzna był tym katem, który pozbawiał ludzi życia? Który zabijał, palił, łamał kości i torturował, kiedy było trzeba? Nie potrafiła w to uwierzyć.
Postanowiła zapytać go przy następnej możliwej okazji, a ta nadarzyła się dosyć szybko, ponieważ od tamtego spotkania Ingrid chodziła jak najczęściej nad swoje jezioro. Zanim zobaczyli się ponownie, zdążyła tam przyjść aż sześć razy. Na siódmy dzień siedziała w tym samym miejscu, rozglądając się wokół wyczekująco. Przyszedł tak samo, jak tydzień temu. Jakiż ten tydzień zdawał się długi, jak bardzo dłużyły się jej dni. Nocami nie potrafiła spać. W snach zawsze pojawiał się nieznajomy mężczyzna.
- Znowu się spotykamy - zauważył z uśmiechem.
Był jednak dosyć powściągliwy, czuła wyraźną rezerwę bijącą od niego. Coś było w nim nie tak, jakby się obawiał lub nie chciał zbytnio spoufalać.
- Chodziłam tu codziennie, odkąd się spotkaliśmy. Ja... miałam nadzieję was spotkać jeszcze tutaj, przyznaję...
On nic na to nie odpowiedział, spojrzał jedynie w jej jasne oczy, ale zaraz też odwrócił wzrok. Nie wiedziała, jakie myśli krążą w jego głowie.
- Czy jest coś ważnego, o co chciałabyś mnie zapytać?
- Jesteś katem?
- Tak.
- Widziałam tamtego dnia topór. Nie mogłam uwierzyć, że...
- Tak?
- Jesteście, panie, takim młodym i ... przystojnym. - Znów rumieniec wykwitł na jej policzkach. Czy powinna wypowiadać na głos takie rzeczy? Zdecydowanie nie. Nie wypadało kobiecie mówić o skrywanych uczuciach, jak również nieznajomego zapewniać o jego atrakcyjności. - Wybaczcie, nie chciałam... nie powinnam... - Odwróciła twarz w drugą stronę.
Bjorn przyjrzał jej się jeszcze raz, uważniej. Jeszcze nigdy w życiu żadna kobieta nie zwracała się do niego w ten sposób. Był wyrzutkiem, nikt nie chciał mieć z nim do czynienia. A teraz siedzi tutaj naprzeciw młodej, pięknej nieznajomej i rozmawia z nią. Ona rozmawia z nim! Czy nikt jej nie mówił, że zadaje się z katem, synem diabła, że nie powinna tego robić, a jeśli tylko dojdzie do ludzkich uszu, co czyni, zostanie tak samo jak on poniżona, wyśmiana, może nawet wygnana? Będą ją wytykać palcami, opluwać i co najgorsze - rodzina wyrzeknie się jej, nie chcąc mieć z nią nic wspólnego.
Czas mijał. Spotykali się w największej tajemnicy coraz częściej, aż wreszcie jednego dnia stało się nieuniknione - połączyli się, nie potrafiąc poskromić swoich uczuć. Siła ich miłości była zbyt wielka. Tęsknota zżerała ich powoli, a serca płonęły żarem i biły głośno.
Przeżyli piękne lato. Potem rozpanoszyła się zima.
Kiedy zaś okazało się, że Ingrid jest w ciąży, on musiał wyjechać daleko do innej miejscowości, gdzie akurat zabrakło kata, a była praca do zrobienia. Tej zawsze miał pod dostatkiem. I zawsze podróżował pieszo, nikt bowiem nie chciał go zabrać na swój wóz, a na konia nie miał pieniędzy.
Wtedy też dżuma zaatakowała. Ludzie kradli, zabijali, niszczyli. Kat miał wiele obowiązków związanych ze swoim fachem. Mijały miesiące. Przez ten czas rodzina nie wyrzekła się Ingrid, nastały bowiem ciężkie dni i nawet psa nie powinno się wyrzucać, choć gdy się dowiedzieli, że ojcem dziecka, które nosiła pod sercem, jest kat, żegnali się, prosząc Boga o przebaczenie. Musiał minąć odpowiedni czas, zanim zaakceptowali jej wybór.
Później wszyscy oczekiwali jedynie wizyty kata, a ten, choć i bywał w Trondheim, nie pojawił się w ich domu. Ingrid na myśl o tym krwawiło serce. Czyżby kat okazał się niegodnym i pozbawionym skrupułów człowiekiem? Czy zapewniał ją o swej miłości, by dostać to, czego chciał, a kiedy się to stało, odszedł i zapomniał?
Dopiero teraz Ingrid dowiedziała się prawdy i dzięki temu było jej tak dobrze, tak wielki spokój spłynął na nią, gdy leżała, tuląc do siebie małą.
Z początku choroba czaiła się po kątach. Tygodniami rozrastała się i powoli zbierała swe żniwo w postaci ludzkich żywotów. Umierali po kolei - matka, ojciec, brat... Umierali sąsiedzi. W pierwszej kolejności małe dzieci i starcy. Przyszła wielka zima, nastały mrozy i ciemność szarego nieba nie opuszczała pogrążonego w niej świata. Zapłonęły pierwsze ogniska, zostało zakazane przekraczanie bram miasta. A co najważniejsze w tym wszystkim: nie umierali jedynie biedni i żebracy. Umierali również ci z wyższych sfer. Dżuma nie wyróżniała ludzi, nie dawała się przekupić pieniędzmi i bogactwem. Brała każdego, kogo zechciała.
Ingrid pozostała sama pośród martwych ciał. Tam urodziła dziecko i zrozumiała, że nadchodzi jej czas. Kat nie przybywał, nie miała nikogo, kto mógłby jej pomóc, więc pewnego dnia postanowiła sama odnaleźć jedyną szansę na przeżycie - wyruszyła do lasu na poszukiwanie Zoriny. Kata nie zapomniała, przeciwnie, każdego dnia był w jej myślach i każdego też dnia wierzyła, że nadejdzie taka chwila, gdy znowu będą razem.
Teraz leżała na sienniku i czuła na szyi spokojny oddech swej córeczki, a przyjemne ciepło rozlewało jej się po ciele. On powiedział, jak to parę razy był niedaleko, wypatrywał jej w tajemnicy, lecz brakowało mu odwagi, by podejść. Szukał jej po swym powrocie. Nie zapomniał o niej.
Dopiero późną nocą zasnęła szczęśliwa i tak spokojna, jak dawno już nie była. Czy tak wygląda szczęście? Z pewnością tak, ale czuła, że mogło być jeszcze lepiej. Szczęście jest piękne i wierzyła, że z czasem go zazna o wiele więcej. Będzie robiła wszystko, aby było obecne w ich wspólnym życiu.
*
Rankiem Zorina znowu źle się poczuła. Ingrid nalegała, aby została w pościeli cały dzień.
- Ja się wszystkim zajmę.
Z początku stara protestowała, lecz widać było wyraźnie, jak źle się czuje, dlatego w końcu dała się namówić naleganiom Ingrid.
Przez cały dzień Ingrid sporządziła wiele maści, a jeszcze więcej ziół zostało odpowiednio przygotowanych na kolejne mikstury.
Po południu pojawiła się stara kobiecina. Za nią jeszcze paru innych ludzi proszących o pomoc. Przynieśli w zamian jedzenie, pieniędzy nie mieli. Nie miało to wielkiego znaczenia. Ingrid przyjmowała wszystko, co jej dawali. Mała cały dzień spokojnie leżała. W izbie było cicho, jakby dziecka w ogóle tu nie było. Raz za razem matka podchodziła do małej, by sprawdzić, czy aby na pewno wszystko w porządku, a kiedy tylko przekonała się o tym, od razu wracała do swoich obowiązków. Ugotowała smaczny, choć ubogi obiad, pomogła Zorinie przy jedzeniu i oporządziła dla niej kilka gatunków ziół wzmacniających.
Wieczorem usiadła obok niej.
- Opowiedz mi o mieście. Czy ludzie żyją już normalnie po dżumie?
- Powoli życie zaczyna się układać. Ciała umarłych pogrzebano lub spalono, puste domy zostały zamieszkane przez inne rodziny. Właściwie odniosłam wrażenie, że szybko o zarazie zapomnieli, kiedy stałam na placu przed kościołem, patrząc na egzekucję kobiety.
- Czemu była winna?
- Temu, co wszystkie jej poprzedniczki. Na końcu, torturowana, wyparła się Boga. Zbiorowisko było ogromne. Nigdy tych ludzi nie zrozumiem. Nigdy.
- Świat się kiedyś musi zmienić, moja Ingrid. Oni nie pojmują, kim jest prawdziwa czarownica, oskarżają więc o wszystko niewinne kobiety, a prawdziwe czarownice nigdy nie zostają schwytane, ponieważ nie są głupie, widzą i wiedzą więcej niż pozostali.
Kobieta zamyśliła się na chwilę. Ingrid przyjrzała się jej twarzy. Widziała głębokie linie, niczym wyżłobione koryta rzek sunące po ludzkim obliczu. Zorina była taka stara, jej oczy świadczyły o tym, jak dużo widziała i przeżyła, i jak wiele wie. Dziewczyna była poruszona widokiem staruszki.
- W życiu widziałam tylko dwie prawdziwe czarownice - kontynuowała po chwili stara. - Sama o sobie chciałabym powiedzieć, że nią jestem, posiadam zdolności, to prawda, lecz nie jestem aż tak silna jak tamte. Czasami zazdrościłam im tej siły, dziś niczego nie zazdroszczę.
- Ja marzyłam o miłości i znalazłam ją w ramionach Bjorna. - Ingrid uśmiechnęła się nieśmiało.
- Tak, tak, młoda jesteś i życie przed tobą. Widzę, że siła drzemie w tobie ogromna, jest większa niż moja. Lecz nie będziesz miała łatwego życia, o nie. Ci, co stoją obok ciebie, są silni i nieraz będziesz wystawiana przez nich na wielkie ryzyko. Jak uczepią się ciebie, nie dają się odtrącić i pozostawić. Zaczną przybywać z daleka i łaknąć siły. To niebezpieczne. Właśnie dlatego przez całe życie będziesz błąkać się po dwóch światach. Omijaj śmierć z daleka, bo czai się wszędzie. Masz siłę, by odwrócić od niej twarz, lecz uciec jej nikt nie zdoła. Ciężkie życie, ciężkie...
Ingrid nie była pewna, jak ma rozumieć słowa starej. Czy była na tyle chora, że bredziła? Jednak coś mówiło młodej kobiecie, że to nie brednie, a najprawdziwsza prawda.
- Zostałaś bez domu - odezwała się ponownie Zorina. - Tutaj możesz zamieszkać, jak długo zechcesz. Jestem już stara, przyda mi się do pomocy ktoś taki jak ty. Jesteś dobrym człowiekiem, Ingrid, nie pozwól, aby ktoś zniszczył w tobie dobro i wiarę. Musisz być silna i nigdy się nie poddawać. Ja sama wiele przeszłam, nikt też, choć próbowano, nie przyczynił się do mojego upadku. Nigdy się nie ugięłam, choć wiatr często szarpał mną z każdej możliwej strony. Wierzę, że kiedy nadejdzie czas, wspomnisz moje słowa i będą ci otuchą w trudnych chwilach.
- Dziękuję za pomoc, nigdy nie przestanę ci być wdzięczna za to, co dla mnie zrobiłaś. Uratowałaś życie moje i mojego dziecka, a tego się nie zapomina. Zostanę tu jeszcze jakiś czas, chciałabym, aby sprawy pomiędzy mną a Bjornem się wyklarowały. Dopiero wtedy odejdę, jeśli on tego będzie pragnął i przygarnie nas do siebie.
- Trudne jest życie nałożnicy kata...
- Jestem zdecydowana. On albo nikt inny. Jestem młoda, silna, dam sobie radę, a wiem, że i Bjorn zadba o wszystko. Nikt nas nie skrzywdzi, bo żadne nikomu na to nie pozwoli.
- Ingrid... bądź ostrożna. Widziałam twoje życie i kładzie się na nim cieniem nieznany mi mrok. Dokądkolwiek pójdziesz, cień podąży za tobą.
- O czym ty mówisz?
- Nie wiem, co to jest. Coś się obok ciebie stale kręci, czeka. A życie z katem będzie takie trudne... kiedyś...
- Tak?
- Kiedyś sama zostałam nałożnicą kata - wyznała Zorina, czym niebywale zaskoczyła Ingrid.
- Nie wiedziałam!
- Bo nigdy o tym nie mówiłam.
- To znaczy, że nie zawsze mieszkałaś w tej chacie, w oddaleniu od ludzi i w samotności?
- Nie. Postanowiłam o tym dopiero wtedy, kiedy sytuacja mnie do tego zmusiła. Ale teraz nie mam siły na opowiadanie, jestem zmęczona jakoś, innym razem...
Ingrid skinęła głową i pozostawiła ją samą, upewniwszy się najpierw, czy czegoś jej nie potrzeba. Po cichu zamknęła drzwi i usiadła przy oknie.
Ciemna noc nastała wokół, blady księżyc świecił na niebie. Ma taką zimną, srebrną barwę, jakby pokrywał go śnieg - pomyślała. W pewnym momencie jakiś cień poruszył się za oknem i zniknął między drzewami. Poderwała się i przywarła twarzą do okna. Nikogo nie zobaczyła. Pewnie coś jej się przywidziało. W końcu i ona położyła się spać.
*
Od czasu kiedy ostatni raz Ingrid widziała Bjorna - minął tydzień. Pewnej nocy wydarzyło się coś niepokojącego. Ingrid i Zorina zostały wyrwane ze snu. Ktoś uderzał w drzwi tak mocno, że o mało ich nie wyważył.
Zerwały się rychło i obie otwarły drzwi.
- Spokojnie - zaskrzeczała Zorina. - Chyba samego szatana dziś tu przywiało. Kto widział tak walić w drzwi o tej porze, niemądre ludziska!
Otworzywszy, przekonały się, że to nie szatan, ale dwaj mężczyźni niosący ze sobą na prowizorycznych noszach zrobionych z desek nieprzytomną osobę. Wdarli się do chaty razem z zimnym wiatrem, jaki szalał jeszcze na dworze tej nocy. Ingrid zdusiła w sobie jęk, zobaczywszy, jak wraz z nimi do chaty wchodzi ktoś jeszcze. Rozejrzała się pospiesznie po przybyłych, nikt niczego nie zauważył. Obok niej przeszła lekko, jakby płynęła w powietrzu, mara okropna z bladą twarzą i pustymi oczodołami. Nie wiedziała, czy jej się to przywidziało, czy też działo się naprawdę. Może jeszcze się nie obudziła. Spojrzała jednak na izbę, mara stała nad głową umierającego.
- On umiera - zwróciła się cicho do znachorki. - Nie zdołasz mu pomóc. Dla niego nie ma już ratunku.
- Pomóż mu - powiedział ten wyższy i bardziej pewny siebie niż jego kamrat. - On nie może umrzeć. Ma rodzinę, dzieci do wykarmienia, żona spodziewa się lada dzień dzieciaka. Potrzebuje wyzdrowieć.
Zorina już przygotowywała napój, rozpięła jego koszulę. Ciało było zimne. Serce ledwo jeszcze biło. Miał dziwnie zapadniętą klatkę piersiową.
Spojrzała znacząco na Ingrid, zachowując jednak swoje myśli dla siebie.
- Co mu się stało?
- Rano przywaliło go drzewo - odpowiedział mężczyzna.
- Rano? I dopiero teraz z nim przychodzicie? - W głosie Zoriny słychać było narastającą złość. - Masz rację - zwróciła się do Ingrid. - Nic tu nie pomożemy. Dam mu specjalną maść na obolałe miejsca i wywar. Powinien pić, ile tylko zdoła, więcej dla niego nie zrobimy. On umiera, zanieście go do domu.
- Musisz go uratować, przeklęta wiedźmo! - ryknął ten, który odezwał się przed chwilą. - On nie może umrzeć! Czyś nic nie słyszała, com ci przed chwilą mówił?
Obie kobiety spojrzały po sobie. Mała zaczęła płakać, obudzona nieoczekiwanym krzykiem. Ingrid podeszła do niej i utuliła. Po chwili dziewczynka uciszyła się nieco, czując matkę przy sobie.
- Odejdźcie stąd. Ten człowiek umiera, a jedyne, co mu potrzeba, to rodzina.
Rozległ się ogłuszający trzask. Ręka stojącego człowieka uderzyła w stół.
- Przeklęte wiedźmy! Jeżeli coś mu się stanie... - Mężczyzna zacisnął pięści tak mocno, że aż pobielały. Jego oczy pałały żądzą zemsty.
Przestraszona Ingrid wycofała się lekko, lecz spostrzegła tuż za sobą zjawę o pustych oczodołach. Właśnie wyciągała rękę w stronę dziecka. Po izbie rozniósł się krzyk.
- Co się dzieje? - zapytała Zorina.
Jej wzrok mówił wyraźnie, że wie, o co chodzi, może z początku nie dawała lub nie chciała dać tego po sobie poznać.
- On musi stąd odejść! Widzę śmierć w jego pobliżu. Zabierzcie go w imię Boga i odejdźcie, kiedy jest czas. Nic dla was nie możemy zrobić.
Obaj mężczyźni drgnęli, słysząc wymawiane głośno z sykiem imię Boga.
- Przeklęta! Jesteś opętana przez szatana. Prędzej, Sven, zabierajmy go z tej diabelskiej chaty. Nic tu po nas.
Zorina tymczasem zasiadła przed kominkiem i wrzuciła do niego garść ziół. Ogień rozbłysnął, a z jej ust popłynęła cicha pieśń. Zjawa jakby drgnęła, odsunęła się od Ingrid i ruszyła za wychodzącymi.
- Zabierzcie to ze sobą. - Ingrid wsunęła jednemu w dłoń pospiesznie zapakowane zioła.
- Jeszcze nas popamiętacie! - zagroził. - Jeżeli on umrze, a te twoje diabelskie wywary nie pomogą, to słono tego pożałujecie, szarlatanki!
Ingrid czym prędzej zamknęła drzwi. Opadła bez sił na najbliższy stołek. Wcześniej dokładnie zaryglowała wejście, na wypadek gdyby tamci chcieli się wrócić. Nigdy nic nie wiadomo.
- Co oni sobie wyobrażają, na Boga? - wyszeptała. - Przychodzą tu, grożą... Jak śmią coś takiego robić! - Była cała roztrzęsiona.
- Powinnaś stąd odejść.
Nastała cisza. Młoda kobieta podniosła głowę.
- Odejść? Czyżbym się przesłyszała?
Zorina skinęła głową.
- Widzę coś bardzo złego. Gdzieś niedaleko nas czai się niebezpieczeństwo. Obawiam się, że ich wizyta nie pozostanie zapomniana.
- Ależ nigdzie się nie wybieram! Jeżeli coś nam zagraża, pozostanę razem z tobą. Nie chcesz mi powiedzieć, że za wszystko, czego doświadczyłam z twojej strony, odpłacę ucieczką i przelęknę się jakiegoś bezmyślnego gadania.
- Ucieszyłaś mnie, Ingrid, lecz nie bądź głupia. Masz dziecko i winna jesteś je ochraniać, a nie narażać na poważne kłopoty i zemstę złych ludzi.
- Nie odejdę! Idę natomiast spać.
Leżąc, nie potrafiła przestać rozmyślać o słowach starej. Miała rację, owszem. Jakże ją tu jednak pozostawić samotną i bezbronną w pustym lesie? Nie, zdecydowanie nie. Nawet nie ma o czym mówić.
Rankiem wstała dosyć późno. Zorina już zaparzała herbatę, jakby wiedziała, kiedy dziewczyna się obudzi.
Obie spędziły cały dzień na opracowywaniu nowych receptur oraz kończeniu prawie już gotowych maści. Nie rozmawiały ze sobą, wielu ludzi przyszło jak co dzień po pomoc. Udzielały jej więc i oddychały z ulgą, kiedy okazywały się to zwykłe przypadki przeziębień, gorączki, bólu czy złamań. Wieczorem położyły się dosyć wcześnie. Myśli każdej z nich wędrowały wokół swoich spraw, nie chciały sobie przeszkadzać.
Nocą zerwała się burza. Wiatr gwizdał w kominie, a liście nieprzyjemnie szumiały. Drzewa jęczały, uginając się pod wpływem deszczu padającego z czarnego nieba przesłoniętego nabrzmiałymi chmurami. W izbie było ciemno. Błyskawica rozcięła noc, głośny grzmot przetoczył się nieopodal. Ingrid się przebudziła. Tuż nad nią zamajaczył niewyraźny cień. Zadrżała. Nie poruszyła się, a tylko leżała niespokojnie, czekając na to, co się wydarzy. Nie działo się nic. Kolejna błyskawica. I znowu jej blask odbił się w oknie, lecz tym razem oświetlił zjawę. Była to ta sama mara, która wczoraj pojawiła się wraz z dwoma mężczyznami niosącymi umierającego. W zjawie zaszła jednak jakaś dziwna zmiana, nie wydawała się już groźna, a jedynie... ciekawa?
Naraz do umysłu Ingrid napłynęły myśli zjawy. Leżała bez ruchu, nie wiedząc, co się dzieje i skąd też szepty w jej głowie, dopiero po chwili zrozumiała, że słowa te skierowane są do niej.
- Kim jesteś? - spytała zjawa.
Dlaczego pyta, kim jestem? Powoli odprężyła się, zrozumiawszy, że nic jej ze strony zjawy nie grozi. Nie odpowiedziała, nie wiedziała, jak ma się do niej zwrócić, czy aby to nie sen. Może widzi coś, co tak naprawdę jest tylko wytworem jej wyobraźni?
- Czego chcesz? - wyszeptała.
- Kim jesteś? - padło kolejny raz to samo pytanie.
Wtedy duch zbliżył się do niej i spojrzał głęboko w oczy. Strach zacisnął na nowo jej serce. Grzmiało. Dziwne to, mała tak ślicznie śpi. Nawet się nie poruszyła. Poczuła chłód bijący od postaci, wdzierający się do jej ciała. Dostrzegła w jego pustych, martwych oczach blask tamtego umierającego mężczyzny i jęknęła.
- On nie żyje - stwierdziła. Nie wiedziała, skąd ta myśl, raczej była to swego rodzaju pewność.
Postać stała i wpatrywała się w Ingrid, następnie przyjrzała się małej. Potem wyciągnęła dłoń. Ingrid jęknęła, przyciągając dziecko do siebie.
- Odejdź! Zostaw nas!
Wtem otwarły się drzwi izby. W progu stanęła Zorina. Wyciągnęła rękę wewnętrzną stroną do zjawy i poczęła wymawiać w nieznanym języku jakieś magiczne formułki. Zjawa skurczyła się, zabrała od dziecka wyciągniętą rękę i powoli cofała się w stronę okna.
Ingrid patrzyła, jak Zorina stoi na wprost postaci i szeptem wymawia słowa. Jakby ze sobą rozmawiali. Wreszcie zjawa zniknęła z cichym westchnieniem.
Pozostały w chacie same.
Ingrid oddychała krótko, nagle wyczerpana.
- Zorino, czegóż on chciał, na Boga? Myślałam...
- Przyszedł powiedzieć ci o śmierci tamtego.
- Ale kim on jest? Czego chciał?
- Chciał cię ostrzec, lecz kiedy przyszedł i zobaczył małą, nie mógł się powstrzymać przed dotknięciem.
Ingrid pobladła.
- Zorino, proszę, nie rozumiem nic z tego, co mówisz.
- To duch, zjawa, upiór, nazwij to, jak chcesz. Kiedyś był człowiekiem. Po śmierci nie wrócił do światła, jak powinien. Nie wiem, co uczynił i dlaczego tak się stało. Teraz błąka się po świecie. Wyczuwa, kiedy ludzie znajdują się na progu śmierci, dlatego krąży wokół nich, mając nadzieję dostać się wraz z czyjąś duszą do światła.
- Widziałam go, kiedy szłam do ciebie. W lesie... - Dopiero teraz dotarło do Ingrid, że jednak już go widziała. - Stanął przede mną... co jednak robił przy mnie tamtego dnia?
- Wyczuł śmierć. Byłaś zdecydowanie bliżej progu do tamtego świata, niż zdajesz sobie z tego sprawę.
- Posłałam go po ciebie w ostatnim odruchu siły. Sama nie wiem, czemu to zrobiłam...
- I przyszedł. To dlatego cię znalazłam. Inaczej dawno byś tam zamarzła razem z małą, a lisy i wilki rozerwałyby twoje ciało na kawałki. Resztą zajęłyby się kruki i robactwo.
- Jeżeli jednak czekała nas śmierć, dlaczego poszedł za tobą? Czy gdybym wtedy umarła, nie miałby szansy na światło, jak to określasz?
- Ty nie jesteś zwykłym człowiekiem, Ingrid. Posiadasz w sobie siłę, już ci o tym mówiłam. On to wyczuł, dlatego ci pomógł.
- Co jednak z dzieckiem? Dlaczego tak chciał ją dotknąć?
- Dzieci mają w sobie siłę, której oni nie mogą się oprzeć. Ich chęć życia, które już minęło, jest tak wielka, że dotykając małej, zyskałby odrobinę jej energii. Nic by jej nie mógł zrobić, nie obawiaj się. On jedynie nie potrafi się temu oprzeć. Dzieci są niewinne, a życie rozwijające się w ich młodych ciałkach jest dla nich wielką pokusą. Z jednej strony chcą iść do światła, z drugiej życie ciągnie ich z powrotem na ziemię.
Przez chwilę milczały. Potem Ingrid rzekła:
- Przyszedł powiedzieć, że tamten człowiek umarł. Po co to zrobił?
- Nie wiem. Nigdy nie stykałam się z takimi jak on. Mam za mało siły, która w tobie drzemie aż w nadmiarze. Zastanowiłam się jednak nad tym i doszłam do pewnego wniosku. Otóż on jakimś sposobem wie, że możesz mu pomóc.
- Jak?
- Nie wiem. Odpowiedzi musisz szukać w sobie, ja ci jej nie udzielę. Gdyby jednak nie istniała żadna możliwość, nie przyszedłby za tobą. Masz dar. Do tego widzisz go i jesteś w stanie z nim rozmawiać. Zwykły człowiek nie może tego dokonać.
- Nie chcę tego daru. Chcę żyć w spokoju pomiędzy ludźmi, a nie umarłymi.
- Podczas narodzin otrzymujemy różne przywileje. Twoim jest widzenie umarłych i czy ci się to podoba, czy nie, niczego nie zmienisz. Cokolwiek uczynisz, nie pozbędziesz się tego. Naucz się z tym żyć. Nie masz innego wyjścia. Zdarza się często, że dar taki przemienia się w przekleństwo, nie staraj się do tego dążyć.
- To zakrawa na szaleństwo...
- To jest życie, moja droga. Zacznij się przyzwyczajać.
Po chwili wróciły do swoich łóżek. Zasnąć jednak nie było ławo. Nie spały wiele tej nocy. Ich myśli krążyły wokół całego zajścia. Ingrid miała problem ze zrozumieniem, co właściwie ono oznacza i jak poradzi sobie z tym darem w dalszym życiu. Zorina zaś myślała o czymś całkiem innym - Zorina bowiem czuła...
*
Rankiem nadal szalała burza. Kiedy Ingrid wstała, ze zdziwieniem zauważyła zimny kominek. To jeszcze nigdy się nie zdarzyło, by Zorina nie rozpaliła o świcie. Czym prędzej dziewczyna zabrała się do tej czynności, a gdy ogień przyjemnie trzaskał i po chacie rozniósł się przyjemny zapach drewna, nastawiła wodę na herbatę. Nakarmiła małą, przytulając dziecko do siebie. Tak bardzo kochała to kruche życie. Za małą oddałaby wszystko, a jeżeli coś miałoby jej się stać, nie wiedziała, jak by to przeżyła, córeczka bowiem ogromnie przypominała jej Bjorna. Ingrid nadziwić się nie mogła, jak bardzo upodabniają się dzieci do swych rodziców. Wpatrywała się w małe usteczka ssące jej pierś. Tyle nadziei powstało w niej wraz z narodzinami dziecka, tyle radości. Dziecko wniosło w jej szare życie istotną zmianę i była pewna, że to zmiana na lepsze. Wiele zawdzięczała tej oto istotce, tak delikatnej i bezbronnej. Bez niej Ingrid już nie wyobrażała sobie życia.
Zorina nadal nie wychodziła ze swej izby, nie dochodził stamtąd najmniejszy szmer, nic. Ingrid ułożyła małą na sienniku, która syta już, zasnęła. Podeszła więc cicho do drzwi izby Zoriny. Otworzyła je powoli. Kobieta leżała na swym starym posłaniu. Wnet otworzyła oczy.
- Ingrid... przepraszam, nie dam rady jeszcze wstać. Źle się czuję, bardzo źle.
Ingrid zmartwiła się, głęboka bruzda przecięła jej czoło. Nie podobało jej się zachowanie opiekunki i towarzyszki. Jeszcze parę miesięcy temu nic nie wskazywało na zbliżającą się chorobę. Nie było żadnych oznak. Prawda zaś była taka, że Ingrid po prostu wierzyła w jej długowieczność. Tak jak wielu innych ludzi przybywających tu i proszących o pomoc.
- Nie martw się niczym, Zorino. Odpoczywaj tak długo, jak tego będziesz potrzebować. Rozpaliłam już ogień i nastawiłam wodę na herbatę. Podam ci tę twoją specjalną mieszankę ziołową, po której zawsze czułam się lepiej.
Po chwili herbata stała tuż przy posłaniu Zoriny.
- Czy coś cię boli? - zadała pytanie Ingrid.
Martwił ją stan chorej. Jeszcze nigdy jej takiej nie widziała. Krew jakby całkowicie odpłynęła z twarzy, zmarszczki wyżłobiły się na skórze jeszcze wyraźniej. Pot perlił jej się na czole, aczkolwiek w izbie nie było jeszcze dostatecznie ciepło. Policzki były jakby bardziej zapadłe, wklęsłe...
- Czy boli... - Próbowała się roześmiać, ale nie udało jej się to. - Kiedy się jest w takim wieku, nie ma dnia, ażeby coś człowieka nie bolało.
Przebudziła się mała, więc Ingrid pozostawiła chorą i poszła zająć się dzieckiem. Nakarmiła ją jeszcze raz i dla pewności ubrała cieplej. Przez zimę udało jej się uszyć ze swej ciepłej halki parę ubranek dla małej, inaczej nie miałaby jej w co odziać. Zorina także podarowała jej jedno ze swych starych ubrań. Tym sposobem miała ich pod dostatkiem.
Mała była tak piękna. Dziwiła się, jak to możliwe. Czy dziecko może być tak ładne? Ojciec był przystojny, więc to po nim pewnie odziedziczyła swoją urodę, lecz także Ingrid jako jej matka widziała ją w innych barwach. Nieważne, jak ją widzi, ważne, jak bardzo ją kocha i ile dla niej znaczy to małe zawiniątko, syte i spokojne, patrzące na nią niebieskimi oczami. To oczy Bjorna - przemknęło jej przez głowę. Mają równie niebieską barwę. Ojciec i córka byli jak dwie krople wody.
Dzień minął spokojnie, pomimo nieprzyjemnej pogody panującej za oknem. Wczesnym wieczorem zerwał się deszcz, burza rozszalała się na nowo. Ingrid wpatrywała się przed siebie, robota czekała, ale ona popadła w stan chwilowego jakby otępienia. Z zamyślenia wyrwało ją wołanie dochodzące z izdebki Zoriny. Kiedy weszła, od razu wiedziała, że coś jest nie tak. Dziwne wzburzenie malowało się na starej twarzy wiedźmy.
- Ingrid. Usiądź obok, musisz się o czymś dowiedzieć.
Usiadła więc. Drżąca ręka odszukała jej dłoń, by zacisnąć się na niej lekko.
- Musisz zabrać dziecko i odejść stąd. Nadciąga niebezpieczeństwo!
- Odejść? W taką noc? Przecież w taką pogodę nikt się nie wybierze do lasu... - Wpatrzyła się w Zorinę, a zrozumiawszy powagę sytuacji, dodała: - Jakie niebezpieczeństwo?
- Już nadciąga. Pamiętasz, mówiłaś, że tamten mężczyzna, ten umierający, któremu nie zdołałyśmy pomóc... - Odczekała chwilę, by spokojnie móc mówić. - Ingrid, pamiętaj, nie ma takiej siły, aby odgonić śmierć od umierającego. Kiedy przychodzi, nie odejdzie, zanim nie zabierze tego, po którego przyszła. Ona nigdy nie odchodzi z pustymi rękami! Jest nieprzekupna, niezniszczalna!
- Wiem, Zorino. Wtedy, kiedy przyszli, widziałam i czułam, że on już długo nie pożyje. Dlatego kazałam im odejść. Śmierć... bałam się, że coś się stanie dziecku...
- Pamiętasz... - kontynuowała chora. - Powiedziałaś, że on nie żyje.
- Tak. Tej nocy zjawił się duch, wtedy wiedziałam, że umarł, czułam to, widziałam w jego bezdennych oczach. Nie wiem, jakim sposobem i jak, po prostu to do mnie dotarło.
- On umarł. Ale jego kompani poprzysięgli nam zemstę. Teraz idą tutaj, aby się z nami rozprawić.
- Mój Boże... - Na twarzy Ingrid pojawiło się zaskoczenie połączone z niedowierzaniem. Oczy starej zalśniły złowieszczo. - Nie myślałam, że będą w stanie nam cokolwiek zrobić, zaszkodzić...
- Właśnie się do tego szykują. Ingrid, zabierz małą, koszyk z ziołami i maści, które razem sporządziłyśmy. Będą ci potrzebne, zabierz jedzenie, a kiedy już będziesz gotowa, przyjdź do mnie. I nie zapomnij zeszytu ze swoimi zapiskami. Nie mogą ich znaleźć, sama też nie chcę, by wpadły w niepowołane ręce. Wiedza, którą spisałaś, jest niebezpieczna. Zresztą, jak sama wiesz, sama dopisałam tam wiele rzeczy, o których ludzie nie powinni mieć pojęcia.
- Nie mogę przecież odejść i cię zostawić. Co z tobą?
- Nie myśl o mnie. Ja jestem starą kobietą. Dziecko jednak jest ważne. Musi żyć, pamiętaj.
- Ale... - Z oczu Ingrid popłynęły łzy.
- Głupia, nie ma czasu! Nie ulewaj łez, jeszcze nie umieram. Idź, zrób, co ci każę. Pospiesz się i wróć, kiedy będziesz gotowa do drogi.
Odeszła. Podczas ubierania małej drżały jej ręce. Zabrała kosz. Po chwili znalazły się w nim zioła, maści i jedzenie. Wszystko zakryła chustą. Ubrała siebie i zdecydowanym krokiem weszła do ciemnej izby.
Na widok starej kobiety leżącej na łożu zabolało ją serce. Łzy na powrót zagościły w oczach.
- Przygotowałam wszystko. Jestem gotowa do drogi.
- Zeszyt. Weź zeszyt i zapisz w nim to, co ci powiem. To wiedza tajemna, nie dla zwykłych ludzi. Jedynie w pilnej potrzebie, kiedy będzie szło o życie, możesz ją wykorzystać, inaczej zła moc obróci się przeciwko tobie.
Ingrid przygotowała się do pisania, więc Zorina mówiła dalej:
- To, co teraz powiem, musi być przez ciebie niezwykle dobrze strzeżone. Nierozumny człowiek bowiem sprowadzi tym nieszczęście nie tylko na siebie, ale na wielu innych ludzi. Otóż... - Nabrała powietrza w płuca i zniżyła głos. - Za pomocą tych formułek przywołasz demony. To istoty na wpół ludzkie, na wpół zaś boskie. Musisz uważać, są bowiem nieprzyjazne ludziom, nie da się ich oszukać, są nieczyste od chwili stworzenia. Nigdy nie wzywaj żadnego, o ile nie będziesz całkowicie pewna swego. Nie wdawaj się z nimi w konszachty, to istoty całkiem innego gatunku niż dusze wędrujące przy tobie. Nie ufaj im. I pamiętaj o jednym: zawsze sprowadź je z powrotem tam, skąd przybyły. Pisz...
I Ingrid pisała słowa dla niej niezrozumiałe, lecz same w sobie zawierające nieokreślony strach. Formułek było wiele, starannie jednak pisała jedną po drugiej, uważając, by o niczym nie zapomnieć, nie pominąć. Ręka jej drżała, czuła się bowiem tak, jakby czyniła coś złego.
- Zeszyt ukryj w miejscu niewidocznym dla oka. Nikomu go nie pokazuj, nie wspominaj o nim. Jeżeli kiedyś go znajdą, uznana zostaniesz za czarownicę i jeszcze sprowadzisz na świat zło. Dlatego tak ważne jest, aby nikt o nim nie wiedział. Nawet kat.
Następnie Ingrid dowiedziała się, jak chronić się przed demonami, a później Zorina podniosła się z trudem i usiadła. Poruszyła się, wkładając rękę pod swoje posłanie.
- Pomóż mi - powiedziała, kiedy nie potrafiła sobie z tym poradzić.
Ingrid podniosła siennik i pomogła wyjąć spod niego małą szkatułkę.
- W tej szkatułce zebrałam swoje oszczędności, a także parę cennych rzeczy. Weź ją. Będąc w potrzebie, nie zawahaj się użyć. Znajdziesz tam też spisane moje stare receptury, strzeż je jak oka w głowie, nie wszystkie po sporządzeniu leczą, dlatego nie powinno dostać się to nigdy w niepowołane ręce.
Łzy spływały jedna za drugą na drżącą rękę Zoriny. To nie dzieje się naprawdę. To mi się tylko śni. Sen to jednak nie był, a prawdziwa rzeczywistość, i dobrze o tym wiedziała.
- Dziękuję - tylko tyle zdołała powiedzieć. - Mam nadzieję, że nigdy nie będę zmuszona wykorzystać tej wiedzy dla siebie. Czy...
- Przyjdzie dzień, kiedy się spotkamy, dziś jednak widzimy się po raz ostatni, odejdź więc i nie rozpaczaj. Patrz przed siebie, nie pozwól nikomu sobą rządzić, sama wybieraj kierunek, w jakim podążysz. Chroń swoje dziecko, jest ono bowiem podobne tobie.
Ingrid skinęła głową. Rozumiała, że oto dzieje się coś niesamowitego. Kończy się kolejny etap jej życia. Czy potrafi stąd odejść, zapomnieć i dalej żyć? Bez Zoriny nie byłoby mnie tu dzisiaj - pomyślała. Tak bardzo chciała jej pomóc. Wiedziała, że nie ma ku temu najmniejszej możliwości.
- Jestem ci wdzięczna, żeś się tu pojawiła. Przez te miesiące stałaś się mi córką. Wierzę, że wiedza, którą nosiłam w sobie, będzie przekazana dalej i nie zaginie wraz z moim odejściem. Żegnaj.
Z wielkim trudem kobieta wstała, odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia. Wtedy jednak zatrzymała się, zawróciła i padła na siennik, łkając. Ostatni raz przytuliła do siebie stare ciało Zoriny, na jej policzku złożyła wilgotny pocałunek i wybiegła w noc wraz z zawiniątkiem i koszem, który wcześniej przygotowała.
*
Po odejściu Ingrid Zorina opadła na posłanie. Zbierała siły. Potem z trudem wygramoliła się z legowiska i na kolanach doszła do palącego się spokojnie ognia. Spojrzała w żarzące się resztki drewna i z jej ust popłynął cichy śpiew. Wiedziała, co robi. Chciała ochronić Ingrid przed atakiem obcych, dlatego zmusiła się do wymówienia takich formułek, jakich nieczęsto używała przez całe swoje długie życie. Pomimo tego nie spodobało jej się to, co zobaczyła. Wielkie zło czaiło się w pobliżu Ingrid, temu zaś ona nie mogła zaradzić. Płomienie buchnęły z przygasającego paleniska. Teraz dopiero, kiedy skończyła, uzyskała spokój. Wiedziała, że jeśli wszystko pójdzie po jej myśli, dziewczynie uda się uciec daleko.
Spod sukni wyciągnęła z kieszonki małą buteleczkę. Odkręciła i wypiła zawartość. To zakończy ból krążący niczym wąż po ciele, zakończy wszystko. Osłabiona i wyczerpana, zasnęła tak tuż przy palenisku. Powoli ubranie nagrzane od ciepła zajęło się ogniem, Zorina zasnęła na wieki, nie czując palących języków powoli liżących jej ciało.
*
Kiedy zbuntowani, podchmieleni chłopi nadeszli uzbrojeni w widły, noże, kosy i siekiery, już z daleka zauważyli płonącą chatę. Dym unosił się wysoko, tworząc ponad drzewami ciemną chmurę.
- Co u diabła... - warknął jeden.
Dobiegli bliżej. Nie mogli podejść wystarczająco blisko, w obawie, aby płomienie również ich nie dosięgnęły.
- Przyszedł na wiedźmy właściwy czas - stwierdził kolejny z nich.
- Bóg widział, co tu się wyprawiało i sam postanowił wymierzyć sprawiedliwość...
Pozostali kiwali głowami. Nareszcie czarownice dostały to, na co zasługiwały. Odetchnęli z ulgą. Oddalili się wreszcie od chaty i wrócili do swych domów.
Ranek dnia następnego zastał chatę doszczętnie spaloną i tylko zgliszcza, które pozostały, mówiły o tym, że kiedyś w tym właśnie miejscu było coś więcej aniżeli leśne runo...
*
Ingrid uciekała. Biegła przez las w wielkim pośpiechu. Już całkiem zapadła ciemność. Obrała drogę wskazaną jej przez Zorinę, po zwykłym starym szlaku ciągnęło bowiem niebezpieczeństwo.
Z początku łzy zalewały jej twarz. Droga była trudna, ciążyło jej dziecko i pełny kosz. Po zimie i wczorajszym deszczu ziemia była jeszcze dosyć mokra, co chwila stopy zapadały się więc w grząskim runie. Jak długo powinna iść? Czy poradzi sobie z dotarciem dzisiejszej nocy do ludzi? Nie bała się lasu, strachem napełniała ją jednak pałająca żądzą zemsty grupka zbliżających się ludzi.
Parła więc do przodu, a strach dodawał jej sił. Wierzyła bowiem Zorinie, nieraz była świadkiem jej siły. Oczywiście nie mogła wybaczyć sobie, że ją opuściła, nie pomogła i nie została przy niej aż do końca, lecz powinnością jej było uratować dziecko, któremu dała życie wraz z Bjornem. Jako matka miała za zadanie czuwać nad nim i nigdy nie dopuścić, aby małej coś się stało. Więc opuściła chatę tylko dlatego, dla takiego argumentu, jakim posłużyła się sama Zorina. Postanowiła sobie jednak, że wróci i pomoże staruszce. Może w ten sposób odwdzięczy jej się za to, czego od niej doświadczyła. Tak, odszuka Bjorna i poprosi go, aby wybrali się do lasu z pomocą. Powinni ją zabrać z tej chaty, ludzie, którzy tam przychodzili, okazywali się podli, niewdzięczni i odwracali głowy. Wielu szukało pomocy wiedźmy, a każdy się tego wypierał.
Po jakimś czasie musiała przystanąć. Usiadła przy drzewie, opuściła kosz i dziecko ułożyła sobie na kolanach.
Oddychała ciężko. Ciało płonęło od wysiłku, ręce drżały, krew pulsowała jak szalona.
Po chwili doszła do siebie. Dała sobie jeszcze trochę czasu na odpoczynek, a wtedy ruszyła dalej. Minuty przelały się w godziny, straciła całkowicie rachubę czasu. Dzięki Bogu zima już minęła, nie groziło im więc zamarznięcie w środku ponurego lasu.
W końcu jednak las zaczął się przerzedzać. Z ciężkim sercem dotarła do miejsca, w którym spotykała się z Bjornem. Jezioro stało spokojne, nieporuszone. Pomimo nocy ćwierkały jeszcze ptaki. Teraz muszę iść do domu Bjorna, nigdzie indziej bowiem nie znajdę schronienia - pomyślała.
*
Bjorn westchnął, słysząc nie wiadomo które już tego dnia pukanie do drzwi. Słabe i ciche, jakby się ktoś obawiał głośniej zastukać. Już miał nadzieję na spokojną jedną noc, widocznie nie było mu to dane. Wstał i podszedł do drzwi.
Otworzywszy je, stanął w bezruchu.
- Ingrid?!
Od razu też na jego twarzy pojawił się uśmiech pomieszany z niedowierzaniem.
- Bjorn, wybacz, że przychodzę o tej porze. Stało się coś strasznego, musiałam uciekać z domu.
Wziął jej kosz z ręki, wprowadzając kobietę do środka.
- Chodź, ogrzej się przy ogniu. Zaraz zaparzę ci ciepłej herbaty. Jak się czujesz? I co się właściwie stało? Opowiadaj.
Więc Ingrid opowiedziała po kolei, jak nocą przyniesiono umierającego człowieka, dla którego nie było już ratunku. Jak poprzysięgnięto im zemstę. O przeczuciu i pewności, że mężczyzna zmarł.
- Zorina wiedziała o ich przyjściu. Nakazała mi zabrać dziecko i uciekać. Bjorn, musimy tam pójść wczesnym rankiem i zabrać ją z chaty.
- Pójdziemy. Ona zasługuje na naszą pomoc. Uratowała wam życie, nie każdy człowiek zaś w tych czasach jest do tego zdolny. Pomożemy jej, ale teraz napij się ciepłej herbaty, to cię rozgrzeje, poczujesz się znacznie lepiej.
Ciepły napój miał zdecydowanie dobry wpływ na zmęczoną kobietę. Rozluźniła się i wreszcie po wielu godzinach drogi mogła spokojnie zamknąć oczy.
- Bjorn... - szepnęła.
On jakby ją zrozumiał, bo odpowiedział:
- Nie bój się, zamieszkasz u mnie. Tu nic ci nie zagrozi.
Kiedy zasnęła wraz z dzieckiem, wziął ich delikatnie na ręce i zaniósł na swoje posłanie. Tam okrył derkami. Przysiadł obok i wpatrzył się w cicho i spokojnie oddychające, śpiące postacie. Całkowicie mu zaufały. Jako jedyne nie okazały strachu. Przyszły do niego po pomoc, a on postara się dać z siebie wszystko. Ogarnęło go tak ciepłe uczucie, jak jeszcze nigdy. Serce napełniło się miłością.
Przesiedział tak do późna w nocy, aż wreszcie i do niego przyszedł sen. Zasnął tak, półleżąc przy posłaniu.
*
Rankiem Bjorn wstał wcześnie. Pomimo krótkiego snu czuł się wypoczęty i rześki. Postanowił wyruszyć do chaty Zoriny sam, nie chciał narażać Ingrid i dziecka na wędrówkę przez las, już dosyć się nachodziła i namęczyła. Posiadł niewielką wiedzę w pisaniu, naskrobał więc na kartce starego papieru, co zamierza: Poszedłem po Zorinę. Czekaj.
Po cichu ułożył kartkę tuż obok śpiącej kobiety i wyszedł na jaśniejący powoli już dzień. Ranek był bardzo wczesny, słońce dopiero co wychodziło zza gór, nadal jednak panowała ciemność. Bjorn ruszył szybkim krokiem. Był wysokim, postawnym mężczyzną, co pozwalało mu kroczyć w o wiele rychlejszym tempie, niż gdyby tę samą drogę przemierzał wraz z kobietą. Dlatego też dojście do chaty nie zabrało mu wiele czasu. Wstał już całkiem jasny, przyjemny dzień, kiedy zatrzymał się przed zgliszczami pozostałymi po chacie. Gdzieniegdzie nadal unosiły się smużki dymu. Nie zastanawiając się długo, odwrócił się i odszedł. Tutaj nie było już nic do zrobienia.
*
Ingrid przebudziła się z przeczuciem, że coś jest nie w porządku. Najpierw sprawdziła, czy dziecku nic nie dolega, nakarmiła małą, po czym wstała. Tuż obok leżał kawałek żółtego papieru, podniosła go i przeczytała, co napisał Bjorn. Była mu wdzięczna za taką pomoc, wszystko ją bolało po wczorajszej ucieczce, ciało nie było bowiem przyzwyczajone do takiego jednorazowego wysiłku.
Rozpaliła ogień, rozejrzała się po chacie. Było tu przestronniej niż u Zoriny, znajdowało się tu także więcej mebli, więcej nawet niż w jej dawnym rodzinnym domu. Zaparzyła sobie specjalną ziołową herbatę. Powinna pomóc i dodać jej sił, maścią posmarowała zbolałe mięśnie. Na stole zobaczyła bochenek chleba, postanowiła jednak nie jeść, a poczekać cierpliwie na powrót ukochanego. Ten zaś zjawił się w samo południe. Rozejrzał się po wnętrzu, wydało mu się, że coś się zmieniło. Było ciepło, a przecież nie rozpalał ognia, Ingrid zdążyła uprzątnąć porozrzucane gdzieniegdzie rzeczy. Dom zmienił się w tak krótkiej chwili nie do poznania.
Spojrzała na niego - wyraz jego oczu świadczył wyraźnie o tym, co zaszło w głębi lasu.
- Co się stało? Czy... - Nie była w stanie dokończyć pytania.
- Chata spłonęła, pozostały tylko zgliszcza. Przykro mi.
Ingrid zapłakała. Po chwili otuliły ją silne ramiona Bjorna i dopiero wtedy się uspokoiła.
- Nie wiedziałam, że umiesz pisać. - Popatrzyła na niego zdziwiona.
- Nie wiele więcej niż to, co udało mi się naskrobać. Do tego potrafię podpisać się, choć przyznam się, że pisanie nie jest moją najmocniejszą stroną.
Zjedli razem chleb oraz suchą kiełbasę przyniesioną wczorajszego wieczora w koszyku. Smakowało wyśmienicie. Po południu kat opuścił swoje małe domostwo, czekała na niego praca.
Wrócił dopiero na drugi dzień nad ranem. W izbie unosiła się woń jedzenia, Bjorn poczuł, jak bardzo jest głodny.
Ingrid karmiła małą. Dziewczynka piła mleko, ssąc różowy sutek matki. Podszedł bliżej, podniecony, a równocześnie zauroczony tym widokiem. Oto on, kat i wyrzutek społeczeństwa skazany na pogardę, patrzy na swoją córkę i kobietę tak piękną, jakiej nigdy dotąd jeszcze nie widział. Duma i radość wprost z niego emanowały. To więcej, niż kiedykolwiek mógł marzyć. Właściwie starał się nigdy nie marzyć o tak wielkim szczęściu. Los jednak jest nieprzewidywalny, potrafi zaskoczyć człowieka nie tylko od tej złej strony. Los bywa też czasami łaskawy dla takich jak on.
Zarumieniona kobieta patrzyła na niego z błyszczącymi oczyma. Jest taki przystojny i dobry - myślała. Kochała go całym sercem. Nie wyobrażała sobie życia bez niego. Żałowała, że rodzina nie dożyła tego dnia, by zobaczyć, jak bardzo Ingrid jest szczęśliwa. Oczywiście nie zapomniała Zoriny i jedynie ta sprawa kładła się cieniem na jej myślach, lecz kiedy Bjorn tak patrzył na nią, a w jego oczach pojawiała się czułość, nie było od niej szczęśliwszej kobiety na ziemi.
- Długo cię nie było... - szepnęła, malutka powoli bowiem zasypiała.
- Często mi się to zdarza. Muszę wyruszać daleko, czasami o wiele dalej, niż powinienem. Taka jest moja praca.
- Powinnam się przyzwyczajać.
- Powinnaś... myślisz, że... To znaczy, czy chcesz powiedzieć, że zamierzasz tu pozostać?
- Myślałam o tym... - Ingrid ułożyła dziecko wygodnie na posłaniu, okrywając je derką. W izbie było ciepło, jednak i tak mała musiała mieć cieplejsze okrycie, była zbyt krucha jeszcze i zbyt delikatna.
Stanęli na wprost siebie.
- Nie zamierzałam odejść...
- Ingrid, ja nigdy nie zapewnię ci takiego życia, jak normalny, przeciętny człowiek.
- Dobrze mi z tobą. Dobrze mi w twych objęciach i nigdy nie zamierzałam wieść normalnego, przeciętnego życia.
- Żaden ksiądz nie udzieli nam ślubu, wiedząc, kim jestem.
- Nie potrzebujemy zawierać związku przed ludźmi, wystarczy nam nasza ufność i miłość.
- Więc... ty naprawdę mnie kochasz, Ingrid?
- Czy kocham? Tak! Kocham, uwielbiam, miłuję... nigdy nie spotkałam nikogo podobnego tobie.
- Boję się, że to sen.
- To nie sen, to prawda, która nigdy się nie zmieni.
- Kiedy cię poznałem, nie mogłem zapomnieć blasku twoich oczu. Śniłaś mi się nocami, całowałem twoje ciało...
- Gdzie? - szepnęła bezwstydnie, wtulając się w jego ramiona.
- Byłaś naga... całowałem twój brzuch, nogi, usta...
- Więc pokaż mi to. Bjorn, pokaż mi, jak mnie wtedy chciałeś całować...
Ciche słowa zamieniły się w wilgotne, gorące pocałunki. Kiedy poczuła jego pełne wargi na swoich, a później na twarzy i całym ciele, przenikał ją dreszcz szczęśliwej nieprzytomności. Jakby po każdym pocałunku zapadała się w niego, jakby ich dusze zlewały się ze sobą. To było zjednoczenie, splątanie dwóch dusz, a jednocześnie niecierpliwe, palące płomienie ogarniające ciało. Płomienie, których nie dało się ugasić, bo za każdym razem pojawiały się znowu i rozpalały.
Gorące, wielkie dłonie Bjorna wędrując po jej ciele, sprawiały jej wiele przyjemności.
Otworzyła się przed nim niczym kwiat do słońca. Kiedy w nią wszedł, krzyknęła cicho, spoglądając mu w pociemniałe oczy. Spokojnie parł naprzód. Po chwili wdzierał się w nią niczym dziki zwierz, lecz zważał na to, aby ją zbytnio nie skrzywdzić, choć było to prawie ponad jego siły.
Ingrid nie protestowała. Poddawała się i sprawiało jej to przyjemność. Jęczała, palce zaciskały się na jego plecach i wbijały w skórę. Brakowało jej tchu, kiedy tak ją przyciskał do ziemi. Jego pożądanie zaś było tak wielkie, że kiedy w niej eksplodował, poczuła mrowienie w całym ciele i kolejny raz odpłynęła na wyżyny szczęścia. Czuła wlewające się w nią gorące nasienie. Opadł na nią bez sił, dysząc zupełnie wyczerpany i zlany potem.
Potem zsunął się z niej i opadł na podłogę. Ingrid wtuliła się w niego. Może będziemy mieli kolejne dziecko - przemknęło jej przez głowę. Stworzą wielką rodzinę.
Ręka Bjorna odszukała jej jędrną pierś, po której spływało mleko. Wziął ją delikatnie do ręki i ugniatał. Robił to bardzo delikatnie. Wreszcie nachylił się i zlizał cieknące mleko, by po chwili zamknąć usta na sutku i kosztować go, nasycać się nim do woli.
- Przepraszam... - odezwał się zachrypłym głosem. - Nie mogę przestać cię dotykać.
Uśmiechnęła się. Gładziła go dłonią po włosach. Bjorn przyciągnął ją do siebie i tak objęci, oboje zasnęli.
*
Nastały dni pełne spokoju i szczęścia. W domu kata pojaśniało, każdego dnia Ingrid wstawała pierwsza, rozpalała ogień, sprzątała chatę i przygotowywała jedzenie. Z czasem przyzwyczaiła się do tego, że niekiedy przez dzień lub dwa Bjorna nie ma w domu. Za każdym razem tęsknie wyczekiwała go w oknie. Mała rosła. Oboje zgodni byli w tym, że trzeba ją ochrzcić.
- Jutro pójdę do pastora i zapytam go o to.
- Może się nie zgodzić...
- Z jakiego powodu?
- Żyjemy razem, w grzechu... Jestem katem...
- Dziecko jednak jest niewinną istotą.
Bjorn już nie oponował. Nie bardzo jednak wierzył w powodzenie sprawy - zbyt wiele goryczy zaznał ze strony pastora, zbyt wiele zła i odrzucenia przeżył w życiu.
Ingrid szła pośpiesznie przez miasto. Minęła bramę już dawno, a teraz powoli zbliżała się do kościoła. Czasami ludzie odwracali głowy, widząc ją idącą z dzieckiem na rękach. Oni już z pewnością wiedzą, z kim mieszkam - myślała. Uniosła głowę, prąc dumnie do przodu. Kobiety stały w rogach ulic, szepcząc coś do siebie, pokazując ją palcami i kiwając znacząco głowami. Tak, będzie o czym gadać, Ingrid była tego pewna. Nic nie rozchodzi się prędzej niż plotki.
W końcu doszła do kościoła. Poszła schodami w górę. Jak się okazało, drzwi były zamknięte. Tego się też spodziewała. Będzie musiała zajść od tyłu - na plebanię, do królestwa pastora. Żałowała, iż nie wzięła ze sobą koszyka, do którego mogłaby włożyć małą. Mała znacznie ciążyła na rękach. Dziecko rosło, każdego dnia przybierało na wadze. Jeszcze parę miesięcy, a zacznie chodzić, minęło już pół roku, od kiedy się urodziła. Ingrid zastanawiała się, kiedy ten czas tak umknął. Niedawno przecież mieszkała w chacie Zoriny, a teraz wiedzie zupełnie nowe życie.
Doszła już do schodów prowadzących do tylnego wejścia. Wiedziała o innym jeszcze wejściu - przeznaczonym dla ludzi niskiego stanu, służby i takich jak ona. Ingrid miała swoją dumę i z pewnością nie przestąpi tego progu!
Zapukała więc tutaj, dumnie unosząc głowę. W drzwiach ukazała się twarz tłustej gospodyni.
- Czego? - zapytała bez ogródek, spoglądając nieprzyjaźnie.
- Chcę mówić z pastorem - powiedziała Ingrid niepewnie, ale głośno i wyraźnie.
- Wejście jest z drugiej strony! - rzuciła nieprzyjemnie, po czym zatrzasnęła drzwi.
Oniemiała Ingrid stała przed drzwiami, o mało przed chwilą ta okropna kobieta nie rozbiła jej nosa! Nie pozbędzie się mnie tak łatwo! Już ja jej pokażę! - zdenerwowała się dziewczyna. Zapukała kolejny raz. Kiedy nikt nie odpowiedział, zaczęła więc bić w drzwi o wiele mocniej, niż zamierzała. Z niechęcią je otwarto. Kobiety zmierzyły się wzrokiem. Ingrid nie była żadną obdartuską, żebraczką czy złodziejką. Była matką dziecka, które zamierzała ochrzcić w kościele. Dlatego nie zamierzała się poddawać.
- Powiedziałam: wejście dla ciebie jest tam. - Wskazała tłustym palcem drugie drzwi.
- Nie odejdę, dopóki nie spotkam się z pastorem. Tu, nigdzie indziej - odparowała Ingrid, teraz już poważnie rozzłoszczona.
Drzwi ponownie trzasnęły, oblana tłuszczem, zaczerwieniona twarz zniknęła. Ingrid nie poddając się, mocno pukała dalej.
Po paru minutach stanął przed nią pastor we własnej osobie.
- Słucham? - Zmierzył ją od stóp do głów, a na jego twarzy pojawił się wyraz niesmaku oraz... zdziwienia?
Ingrid zauważyła jego rękę trzymającą klamkę lekko uchylonych drzwi, jakby na wszelki wypadek mógł się zaraz za nimi schować. Coś nie dawało jej spokoju. Za plecami pastora poruszył się jakiś cień. Pospiesznie zerknęła w tamtą stronę. Oczy utkwiła w jednym punkcie. Zjawa pojawiła się natychmiast, jakby płynęła. Zniknęła w powietrzu. Coś się dzieje w tym domu - pomyślała dziewczyna. Coś niedobrego.
- Przyszłam prosić o udzielenie chrztu dla mojego dziecka.
- Chrzty odbywają się raz w miesiącu. Dla mieszkańców miasta. - Starał się mówić z uśmiechem na twarzy, ale nie udawało mu się to. Widziała pastora nie pierwszy raz i teraz wydał jej się zmieniony na twarzy. Nigdy z nim też nie rozmawiała. Rodzice zabraniali jej spoglądać na kogoś takiego jak on, nie godziło się przecież. - Przyjdź pierwszego dnia nowego tygodnia, wtedy załatwimy sprawę.
Przypatrzyła mu się. Był to człowiek o surowym spojrzeniu i czarnych jak smoła włosach oraz silnej posturze. Kiedyś musiał być przystojny, teraz wyraz jego zaciętego, nieprzyjemnego oblicza, zaciśniętych ust oraz oceniającego wzroku sprawił, że wyglądał o wiele starzej, niż powinien. Ten człowiek nie jest szczęśliwy - pomyślała. Świadczyło o tym jego zachowanie, jak i zmęczenie bijące z oczu i z całej postawy.
- Pastor potrzebuje pomocy - stwierdziła Ingrid, niewiele się namyślając.
Zastygł w bezruchu, jego ręka zacisnęła się mocniej na klamce. Teraz przyjrzał się dziewczynie uważniej.
- Co ty mówisz? Odejdź lepiej, kobieto, marnujemy tylko czas - syknął.
- Widzę śmierć w twoim domu. Przechadza się w środku i czeka.
- Kim jesteś? - zapytał, spoglądając jej w oczy. Dobrze wiedział, że pytanie nie dotyczy jej pochodzenia.
- Jestem Ingrid... - Zastanowiła się chwilę, po czym dodała: - Nałożnica kata.
Zbladł.
- Słyszałem o tobie - odparł on na to.
Zdało się, jakoby z jego oczu zniknął zły blask, chłód jednak czaił się w nich nadal.
- Potrafię leczyć, to znaczy... znam się na ziołach... Czy ktoś w domu niedomaga?
- Parasz się magią? Skąd ty...
Ingrid przerwała mu:
- Diabelskie sztuczki? Zapewniam, że nie. Czasami zdarza się, że wiem takie rzeczy jak ta.
Nie chciała mu mówić o zjawie widzianej przed chwilą za jego plecami.
Pastor rozmyślał, a w końcu wydusił z siebie:
- Mam chorą córkę. Od tygodni nie wstaje z łóżka, więdnie niczym niepodlewany kwiat.
- Nie wiem, czy potrafię jej pomóc. Ale mogę się jej przyjrzeć.
- Wejdź więc.
Otworzył szeroko drzwi, Ingrid weszła.
Plebania była urządzona skromnie, ale według Ingrid i tak ze zbytnim przepychem. Pastor jednak mógł sobie nań pozwolić. Zamknęły się drzwi. Wtedy zza rogu wyszła stara gospodyni. Zobaczywszy Ingrid, wzdrygnęła się, przyłożyła rękę do wielkiej piersi i wysapała:
- A cóż ona tu robi?
- Doro, zostaw nas samych. Później ci wytłumaczę.
Odeszła od razu, bez zbędnego gadania.
- Chodź za mną - zwrócił się pastor do Ingrid.
Skierowali się do prowadzących w górę schodów. Weszli na piętro. Przeszli korytarzem przez całą długość domu, aż do ostatnich drzwi.
- Ona jest bardzo chora. Potrzebuje ciszy i spokoju.
Ingrid skinęła głową, kolejne drzwi zostały przed nią otwarte na oścież i weszli do ciemnego pokoju. Zasłonki w oknach nie przepuszczały najmniejszego nawet światła. Na środku stało ogromne łoże, po jego bokach dwie drewniane szafki, na jednej z nich misa i dzban z wodą, dalej krzesło i stół z bukietem kwiatów. Na ścianie wisiał obraz przedstawiający króla Chrystiana III. Król ten należący do dynastii oldenburskiej, władający Norwegią i Danią, zmarł już dawno, teraz na tronie zasiadał jego syn, Fryderyk II.
- Maria zawsze marzyła, by zobaczyć króla Chrystiana - powiedział pastor, widząc, że Ingrid wpatruje się w portret władcy. - Jej matka była oddana królowi Chrystianowi, obraz ten pozostał tu po jej śmierci. Mała nie chciała się z nim rozstawać.
- Z pewnością przypomina jej matkę... - zauważyła Ingrid, a pastor pokiwał ledwo zauważalnie głową.
Powoli wzrok przyzwyczajał się do ciemności. Na łożu leżała mała dziewczynka, może dziesięcioletnia. Jej długie białe włosy okalały jej twarz, rozsypane na poduszce. Dręczona chorobą - spała. Była blada, miała wyraźnie zarysowane cienie pod oczami. Skóra zrobiła się matowa i niemalże przejrzysta. Musiała tak leżeć od wielu tygodni. Ingrid podeszła do łóżka, ostrożnie położyła małą na jego skraju i przystąpiła do chorej. Dotknęła czoła, było gorące i mokre od potu. Delikatnie odsunęła parę przylegających do niego kosmyków.
- Ile ma lat?
- Dziewięć - szepnął ojciec i usiadł na drugim brzegu łóżka. - Jej matka umarła dwa lata temu. Nigdy nie otrząsnęła się po jej stracie, wreszcie zachorowała. Z początku nie odzywała się do nikogo, zamknęła się w sobie, żyjąc we własnym świecie. Każdego ranka chodziła na grób matki, do której była bardzo przywiązana, aż w końcu zapadła na tę chorobę.
Zanim skończył mówić, Ingrid drgnęła, widząc ruch obok łóżka. Odwróciła się szybko, by dojrzeć marę pochylającą się nad jej dzieckiem. Natychmiast poderwała się, wzięła dziecko na ręce, przytulając do siebie. Modlitwa popłynęła cicho z jej ust.
- Niech pastor ochrzci małą. Czają się tu dusze pragnące zaszkodzić mojej córce, krążą wokół łoża i nie dają spokoju.
Rzeczywiście, teraz pojawiły się dwie kolejne zjawy, jedna podobna drugiej. Pastor dostrzegł przerażenie malujące się na twarzy Ingrid, więc żwawym krokiem pobiegł po wodę święconą i kropidło, którym skropił ściany, łóżko i wszystko dokoła. Podszedł do Ingrid.
- Jakie imię będzie nosić mała?
- Maria. Maria, córka Bjorna.
- Ja ciebie chrzczę, Mario, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.
Dusze umęczone, jęczące zniknęły równie szybko, jak się pojawiły. Wtedy dopiero Ingrid na powrót uspokojona, położyła dziecko i podeszła do chorej dziewczynki, uprzednio dziękując za ochrzczenie małej. Co prawda nie tak to sobie wyobraziła, ale na cóż więcej mogła liczyć?
Odchyliła cienką pierzynę. Powoli zbadała ciało córki pastora.
- Nie ma żadnych oznak ciężkiej choroby. Co jednak oznaczają te rany? Mam wrażenie, że...
- Każdego dnia odwiedzają nas lekarze, puszczają krew.
- Zaniechajcie tego, na Boga! Dziewczynka jest zbyt osłabiona, by upuszczać jej krwi! Ona nie potrzebuje takich lekarzy, prędzej doprowadzą do tego, że zabraknie jej sił i nie będzie nadziei, jeśli jeszcze jakaś jest.
Mary nie zniknęły. Ingrid nadal widziała krążące po pokoju dusze przyglądające się ludziom. Musiała skupić się na własnych myślach, co nie było łatwe w tej sytuacji.
- Proszę mi uwierzyć, duchy pojawiają się tylko wtedy, gdy czują zbliżającą się śmierć. Należy się spieszyć.
- Co mam począć? - Pastor zasłonił rękami twarz, nie mogąc powstrzymać płaczu.
Przez cały czas trzymał córkę za drżącą rękę, Ingrid obawiała się, czy i jego aby czasem nie należało leczyć.
To wprost niepojęte, jak ten człowiek się zmienił - zauważyła. Przed chwilą był chłodny i opanowany, nieprzyjazny. Teraz siedzi tu i płacze, a jego miłość czuć w całym pokoju. Miłość, ból i bezradność.
- Czy istnieje jakaś nadzieja?
- Myślę, że wiem, co dziewczynce dolega - odparła niepewnie. - Potrzebuję swoje zioła. Wrócę więc do domu i przyjdę pod osłoną nocy. Nie chciałabym, aby ktoś widywał nałożnicę kata przemykającą na plebanię. Pastor pewnie też nie.
Przyjął to z wdzięcznością i spokojem. Jemu również to odpowiadało.
Na dole zatrzymał ją na chwilę, zobaczyła w jego oczach nadzieję i prośbę.
- Wrócę... - zapewniła, a mała Maria została wpisana do uroczystej księgi.
Dziękując za to pastorowi, Ingrid odeszła.
Od pierwszej chwili śledziły ją oczy ludzi.
Miasto jednak było na tyle wielkie, że nie przeszkadzało jej to w najmniejszym stopniu.
Wiedziała, kim oni są: przybiegają ze spuszczoną głową, kiedy potrzebują pomocy, a gdy już ją otrzymają, zapominają, odwracają się plecami. Stać ich jedynie na oskarżenia, pomawiania i wytykanie palcami.
Osiągnęła to, co zamierzała - ochrzciła córkę. Co prawda nie tak to sobie wyobrażała, ale najważniejsze, że chrzest się odbył. Teraz cienie nie będą miały nad nią takiej władzy, nie zaatakują dziecka, bo chronić je będzie przyjęty chrzest. Jednak Ingrid nie była tego tak pewna, choć taką miała nadzieję.
Idąc, przypomniała sobie dzień, kiedy zauważyła dzieci biegające wokół domu Bjorna. Wyszła przed dom, widząc wychylone zza drzew płowe głowy.
- Nałożnica kata! - usłyszała.
- Szarlatanka!
Przeraziła się, słysząc dziecięce głosy obrzucające ją wyzwiskami. Czym prędzej wróciła do domu. Dzieci nie wiedzą, co mówią. Pewnie usłyszały coś od rodziców czy w mieście, a teraz bawią się, nie pojmując, co czynią i nie zdając sobie sprawy z tego, że w tej chwili krzywdzą słowami niewinnego człowieka. O wszystkim opowiedziała Bjornowi wieczorem przy kolacji.
- Wybacz mi, to z pewnością moja wina. Mnie także nachodzą czasami. Dla nich to rodzaj zabawy. Nie rozumieją nic z tego, co mówią.
- Zdziwiłam się jednak, gdy ujrzałam je przed domem. Nie spodziewałam się czegoś takiego...
- Życie nałożnicy kata i szarlatanki, jak cię określają, nie jest łatwe. Po prostu staraj się o tym nie myśleć. Wyrzuć gniew i strach z głowy.
Zapomniała. Wspomnienia mają jednak to do siebie, że potrafią wracać.
W domu zastała Bjorna, opowiedziała mu o tym, co zaszło na plebanii.
- Będę musiała tam pójść. Obiecałam, że postaram się pomóc córce pastora.
- Co jej dolega?
- Myślę, że po śmierci matki mała straciła sens życia. Każdego dnia chodziła na cmentarz, groby stały się jej towarzyszami. Bjorn... jeżeli te zjawy istnieją naprawdę, jeżeli naprawdę je widzę, to myślę, że najwięcej ich znajduje się właśnie w takich miejscach, gdzie przebywają ludzie zdjęci słabością. Ta dziewczynka musiała przyciągnąć ich swoją rozpaczą i brakiem chęci do życia, dlatego osaczyły ją, czując jakąś możliwość.
Bjorn milczał. Ufał Ingrid, lecz trudno mu było uwierzyć w to, co usłyszał.
- Nie wiem, czego dokładnie te zjawy od niej chcą, czego oczekują, ale ta dziewczynka nie chce żyć, a one to wykorzystują.
- Czy istnieje dla niej szansa?
- Myślę, że tak. Jednak nie jestem pewna. Te istoty niewidzialne dla ludzi wysysały z niej całą siłę przez długie miesiące. Do tego przeklęci balwierze nie robili nic, jak tylko puszczali jej krew. Też mi sztuka leczenia!
- Ingrid...
- Tak?
- Uważaj na siebie. Pastor nie ma dobrego zdania o takich ludziach jak ty. Codziennie płoną stosy z czarownicami. Kobiety niewinne, podobne tobie, giną przez zawiść i głupotę ludzką. Zostają poddawane torturom, próbom wody i najróżniejszym innym bezdusznościom. Pastor zaś mękom tym przewodzi.
- Zauważyłam, jaki on jest. Żal mi jego córki. Bjorn, kiedy siedziałam tam, w ciemnym pokoju, on ukazał inną twarz. Myślałam, że nie jest zdolny do jakichkolwiek uczuć, on zaś cierpi tak samo jak jego dziecko.
- Dla dziecka może jest dobry. Dla ludzi nie.
- Ochrzcił Marię...
- Ale w jakiej sytuacji! Przecież nawet nie chciano ci otworzyć drzwi. Nie powinnaś była nalegać na wejście przednimi, to mogło cię drogo kosztować.
- A jednak weszłam tymi drzwiami i ochrzciłam Marię. Teraz mu pomogę uzdrowić córkę. Ona straciła matkę, zasługuje na życie.
Bjorn był bardzo zmartwiony.
- Bądź ostrożna.
*
Późnym wieczorem kobieca postać ubrana w czarną pelerynę opuściła dom kata i z koszykiem w ręce przemierzała ulice Trondheim dosyć szybkim krokiem. Zmierzch zapadł już dawno, tym lepiej dla Ingrid. Większość ludzi już dawno pozamykała się w domach, miała więc wrażenie, jakoby tylko ona tego wieczoru krążyła po mieście. Dotarłszy do plebanii, cicho zapukała. W jednym z okien paliła się lampa naftowa. Ingrid była wyczekiwana.
Otworzył jej sam pastor.
- Czekałem cały dzień. Nie wierzyłem, że przyjdziesz.
- Obiecałam przyjść, nie rzucam słów na wiatr.
Od razu przeszli do pokoju dziecka. I tym razem było tak samo ciemno, jak wtedy rano, nie zauważyła jednak żadnej duszy.
Zajęła się dziewczynką, podała jej przygotowane za dnia zioła na wzmocnienie. Była to specjalna mieszanka ziela krwawnika, piołunu, świetlika, bluszczyka, dziurawca, macierzanki, kwiatu stokrotki, liści czarnej porzeczki, owocu dzikiej róży, maliny i pokrzywy. Dodatkowo dodała jeszcze do napoju ziele serdecznika, aby wzmocnić serce małej, tak na wszelki wypadek. Umyła jej ciało, nasmarowała pachnącymi maściami i wonnymi olejkami. Po izbie poniosły się nieznane wcześniej pastorowi wonie. Dziewczynka leżała nieprzytomna, trudno było stwierdzić, czy z powodu ubytku krwi i sił, czy choroba postąpiła aż tak daleko.
- Proszę mnie teraz uważnie wysłuchać. Z nastaniem świtu wyniesiecie córkę z tego pomieszczenia, w izbie zaś pootwieracie okna i przewietrzycie wszystko, co się da. Wymienicie pościel, wszystko ma być czyste i pachnące. Okna odsłonicie, wszystkie zasłony mają zostać usunięte. Do pokoju ma wpadać tyle światła, ile tylko będzie możliwe. Zanim małą tu przyniesiecie, powinno się ją wykąpać w ciepłej wodzie i nasmarować tymi oto olejkami. Przyjdę znowu wieczorem.
- Ingrid, czy jest jakaś nadzieja?
- Może i jest, nic nie obiecuję. Domyślam się, co dolega dziecku i postaramy się temu zaradzić. Do tego czasu nie zapraszajcie żadnych balwierzy, nikogo. Dziewczynka powinna mieć spokój. Proszę z nią rozmawiać, ona z pewnością słyszy pana głos. Musi mieć światło, ponieważ ma widzieć życie, a nie ponurą ciemność niczym w grobowcu.
- Zrobię wszystko. Wszystko - zapewniał żarliwie pastor.
Uspokojona Ingrid kiwnęła głową.
- To dobrze. Możecie mnie odprowadzić do drzwi, muszę wracać do domu.
Odprowadził ją więc na dół i pożegnali się w milczeniu. Ingrid po chwili zniknęła w ciemności. Pastor długo jeszcze stał za zamkniętymi drzwiami, a jego myśli kołowały w szaleńczym tempie w umęczonym umyśle. Nigdy by nie pomyślał, że to właśnie czarownica pojawi się tu któregoś dnia i będzie starała się pomóc jego córeczce. Ludzkie losy są tak bardzo zagmatwane i poplątane - pomyślał. Och, Ingrid, gdybyś tylko wiedziała, jak bardzo...
*
Następnej nocy Ingrid znowu odwiedziła plebanię, aż wreszcie stało się to częścią jej rozkładu nie dnia, a raczej nocy. Czasami - kiedy Bjorna nie było w domu - zabierała ze sobą małą Marię. Zawsze odbywało się to pod osłoną nocy.
Córka pastora co prawda wyglądała znacznie lepiej, gorączka niestety nie ustępowała. Dziewczynka majaczyła i nie rozpoznawała ojca. Podawanie leków stało się łatwiejsze, przyjmowała je w większym spokoju niż na początku. Po dwóch tygodniach Ingrid stwierdziła, że wszystko, czego próbowała, niestety nie dość pomaga. Ogarniała ją coraz większa bezradność.
Pewnej nocy przebudziła się ze snu, czując nieodpartą chęć wyjścia na świeże powietrze. Noc była pogodna i cicha, było też znacznie cieplej niż zazwyczaj. Właściwie to powinien spaść deszcz, było nieprzyjemnie duszno. Stała, oddychając nocnym powietrzem, kiedy w pobliżu coś się poruszyło. Wyobraziła to sobie, czy ktoś stoi nieopodal? Odruchowo przybliżyła się do wejścia, na wszelki wypadek, gdyby w ciemnościach czaił się ktoś obcy. Ludzie życzyli jej źle, więc lepiej mieć się na baczności. Nie wyszła na zewnątrz bez powodu. Miało to związek z czymś czającym się w ciemnościach. Odpowiedź przyszła szybciej, niż dziewczyna się spodziewała. Nagle, tuż obok, pojawiła się przejrzysta zjawa. Ingrid usłyszała głos, jakby szept lub tchnienie wiatru zakołysało się wokół jej uszu.
- Wiem, jak możesz pomóc dziewczynce.
Zadrżała. Spojrzała w oczy czemuś, co nie żyło od wielu lat, a jednak nadal krążyło po świecie. Wykrzywione usta, pełna zmarszczek, blada twarz. Pustka w oczach. Ingrid uświadomiła sobie, że nawet nie odczuwa już strachu.
Zapytała od razu:
- Jak?
- Jest sposób. Jest, ale musisz przysiąc, że jeśli ci go zdradzę, pomożesz mi się stąd wydostać.
- Obiecuję!
- Wiem, co się dzieje z tą dziewczynką. Nie zostało jej już wiele czasu na tym świecie. Otóż... - Mara zawiesiła głos.
- Mów! Nie zwlekaj! - niecierpliwiła się Ingrid.
- Niedaleko stąd jest jezioro. Rośnie tam stary dąb, tam właśnie znajduje się mój grób. Zostałem zabity, moje ciało zakopano w tej niepoświęconej ziemi. Od tamtego dnia nie mogę stąd odejść. Błąkam się po nędznym świecie bez rezultatu i możliwości na ratunek. Czy pomożesz mi?
- W jaki sposób? - zadała pytanie, jednocześnie zastanawiając się, czy rozmowa z takimi jak on jest bezpieczna.
- Odnajdź moje ciało, pochowaj je w poświęconej ziemi, inaczej nie spocznę i nie zaznam spokoju wiecznego. Ten, który mnie zabił, już odpokutował, ja jednak nie potrafię stąd odejść. Moja chęć zemsty była silniejsza, dlatego tu pozostałem.
- Zrobię to - przytaknęła.
Już się nie bała, wiedziała, że nie miał złych zamiarów i że jej nie skrzywdzi.
- Wokół tej dziewczynki krążą mnie podobni. Są źli. Nie będzie łatwo się ich pozbyć. Jeżeli zawładną ciałem człowieka, nie chcą opuścić go dopóty, dopóki nie doprowadzą do śmierci. Tu śmierć jest już blisko.
- Wyświęciliśmy pokój, wszystkie kąty, i samą dziewczynkę...
- Woda święcona nie na wszystkich działa w ten sam sposób. Ci są na nią odporni, większość czasu po śmierci spędzili na cmentarzu, a więc na ziemi poświęconej.
- Co mam więc czynić? - zaniepokoiła się Ingrid.
Była prawie pewna, że nie ma żadnej nadziei.
- Ty potrafisz ich odesłać z powrotem tam, gdzie ich miejsce. Czuję w tobie siłę, jakiej nie posiada zwyczajny człowiek. Powiem ci, co masz zrobić, kiedy przyjdziesz do dziewczynki. Ale pamiętaj o tym, co mi obiecałaś.
- Nie zapomnę. Nie obawiaj się.
- Wystarczy, że powiesz te oto słowa... - I szepnął jej wprost do ucha formułki, które powinna sobie zapamiętać, a następnie zdradził, jak powinna się do rytuału przygotować. - Wiem, że to, czego się dowiedziałaś, może teraz stać się bronią przeciwko mnie, lecz ufam ci.
- Jesteś pewien, że to pomoże?
- Jestem pewien tego, co powiedziałem. Nie pytaj mnie, skąd to wiem. Są rzeczy, których nie można zdradzać, nawet po śmierci.
- Jutro postaram się zadziałać w twojej sprawie. Od razu też z rana wybiorę się na plebanię. Oby tylko to pomogło.
Zjawa zniknęła - pozostawiła Ingrid samą. Kobieta usiadła spokojnie na progu, objąwszy ramionami kolana. Na niebie lśniły gwiazdy, pewnie jutro czeka nas piękna pogoda - pomyślała. Powoli w myślach powtarzała formułki przekazane przez ducha. Dopiero po wielu długich minutach wróciła do chaty, gdzie zapisała na wszelki wypadek zapamiętane słowa, po czym ułożyła się w łóżku. Przytuliła się do ciepłego ciała Bjorna i zasnęła.
*
Rankiem opowiedziała o wszystkim Bjornowi. Siedział zdziwiony, próbując to jakoś pojąć, następnie powiedział:
- Nie podoba mi się to. To się zaczyna robić co najmniej dziwne. Jeżeli ludzie się dowiedzą o twoich zdolnościach, nie okażą zrozumienia.
- Ten, który przyszedł do mnie dzisiejszej nocy... Bjorn, on potrzebuje pomocy. Nie wiem, jak to się stało, że naraz zaczęłam widzieć zjawy, a co za tym idzie, nawiązywać z nimi kontakt. Zorina powiedziała, że wyzwoliło się to bardziej po urodzeniu Marii. Miałam w sobie tę siłę od zawsze.
Ingrid wiedziała, o czym mówił Bjorn. Miał rację i obawiał się o nią, co bardzo jej się podobało. Nie mogła jednak już tego pozostawić, obiecała swą pomoc nie tylko pastorowi, ale także temu, który wczoraj nawiązał z nią kontakt.
- Bjorn, on potrzebuje pomocy, dlatego przyszedł. Nad jeziorem, tam, gdzie się spotkaliśmy pierwszy raz, leżą jego szczątki. Chce spocząć w poświęconej ziemi, musimy mu pomóc, inaczej nie odzyska spokoju i będzie błąkał się po tym świecie nie wiadomo jak długo.
- Pójdziemy tam więc razem i odnajdziemy go. Myślę, że będzie trudno się czegokolwiek doszukać, lecz spróbujemy.
- Tymczasem odwiedzę pastora na plebanii i zobaczymy, co z tego, co mówiła zjawa, jest prawdą, a co nie. Jeżeli dziewczynka wyzdrowieje, to będę wiedziała na przyszłość, jak pomagać innym. Bjorn, gdybyś ją zobaczył! Jest taka słaba, wychudzona, leży zamknięta w swoim świecie. Wyobraziłam sobie, że gdyby to z naszą Marią coś się stało, także chcielibyśmy jej pomóc. A pastor to teraz przede wszystkim ojciec bojący się o dziecko i pragnący dla niego jak najlepiej.
Kat wpatrzył się w zmienione, połyskujące od łez oczy. Ona ma słuszność, należy pomóc temu nieszczęśliwemu dziecku.
- Idź. Idź i dokonaj rzeczy dla innych niemożliwej, lecz, na Boga, uważaj na siebie.
Omotała głowę i szyję szalem, i wyszła z chaty na zalany słońcem dzień.
Nie zdążyła nawet zapukać do drzwi plebanii, bo same rozwarły się szeroko i ukazała się w nich tłusta gosposia pastora.
- Że też nie macie wstydu pokazywać się tu o poranku - wysyczała jadowicie.
Wyglądało na to, że z największą ochotą zatrzasnęłaby te drzwi przed nosem kobiety. Ta zaś zmroziła ją wzrokiem i powiedziała:
- Nie oceniajcie ludzi po odzieniu. Jesteście nieszczęśliwą może, dlatego staracie się być złą. Przykro mi bardzo. A wstydzić się swojego zachowania powinnaś ty. Nie ja.
Gospodyni zamarła i poczerwieniała. Wyglądała jak prosię, które przed chwilą dowiedziało się, iż ma być zakąską na dzisiejszą kolację. Małe szare oczka nie wiedziały, co ze sobą zrobić, podbródek się trząsł z niemego rozdrażnienia.
Ingrid przeszła obok, kiedy mimo wszystko w drzwiach zrobiło się luźniej. Już chciała skierować się schodami na górę, gdy wtem zawróciła, słowa same popłynęły z jej ust, nie miała nad nimi żadnej władzy:
- Przyjdzie taki czas i zabraknie ci chleba, a wtedy zaznasz odrzucenia i zrozumiesz swój błąd. Będziesz i ty niesprawiedliwie przez tobie podobnych osądzana.
Dopiero wtedy pokonała schody i znikła w ciemności przejścia prowadzącego do pokoju małej Marii.
Zanim weszła do środka, zatrzymała się na chwilę i odetchnęła parę razy, aby uspokoić drżenie rąk. Nigdy nie była taka opryskliwa w stosunku do żadnego człowieka. Kochała zwierzęta, ludziom pomagała i współczuła, kiedy los im stawiał przeszkody na drodze. Teraz czara się przelała, Ingrid postanowiła płacić taką samą monetą. Nie było jej z tym dobrze, nauczy się tego jednak. Na wszystko trzeba czasu.
Weszła do pokoju. Dziewczynka spała. Podeszła do niej, usiadła na łóżku i pogładziła ją po twarzy. Biedne dziecko. Ileż się nacierpiała po śmierci matki. Musiała być do niej ogromnie przywiązana, skoro tak bardzo przeżyła jej odejście. Kobieta ta z pewnością była dobrą i kochającą.
- Najwyższy czas cię obudzić z tego odrętwienia - powiedziała na głos. W tej samej chwili otwarły się drzwi i stanął w nich pastor.
- Ingrid, co się stało? - Był przestraszony.
- Nie rozumiem.
- Gosposia płacze w kuchni. Mówi, że zachowałaś się niewłaściwie, że...
- Tak?
- Że rzuciłaś na nią klątwę, przekleństwo. Biedaczka jest cała roztrzęsiona, nie wiem, jak ją mam uspokoić.
Ingrid przez chwilę wpatrywała się w mówiącego, potem wybuchnęła śmiechem. Z koszyka wyciągnęła odpowiednie zioła. Podając je pastorowi, rzekła:
- Należało jej się. Nieraz o niej słyszałam, jeszcze kiedy mieszkałam w domu rodzinnym. Traktuje ludzi z wyższością, a tak być nie powinno. Nie rzuciłam żadnej klątwy, nie jestem czarownicą, jeżeli zaś tak myśli, to bardzo dobrze, przyda jej się trochę więcej szacunku do człowieka. Proszę jej to zaparzyć, niech wypije i się na chwilę położy, to z pewnością pomoże.
Pastor podziękował i odwrócił się, by wyjść. W tej samej chwili Ingrid rzuciła:
- Nie przychodźcie tu, proszę, przez jakiś czas. Potrzebuję pobyć z dziewczynką sama. Nie wiem, ile czasu mi to zajmie, lecz kiedy będę gotowa, przyjdę na dół.
- Czy...
- Proszę o nic nie pytać.
Skinął głową. Na jego twarzy odbijał się strach, ale również zaufanie. Wiedział, iż ta kobieta pragnie jego córce jedynie pomóc.
Kiedy wyszedł, Ingrid dokładnie zasłoniła wszystkie okna, jedno z nich zaś zostawiła otwarte. Ci, co zawładnęli ciałem małej Marii, po wygnaniu powinni się stąd czym prędzej wydostać.
W pokoju zaległa ciemność. Rozebrała Marię do naga, obmyła jej ciało i nasmarowała specjalnymi olejkami. Zapaliła trzy świece. Jedną umieściła nad głową dziewczynki, dwie pozostałe ustawiła u nóg. Sama zaś wyciągnęła z koszyka mały srebrny nóż.
Ręce Ingrid drżały, gdy ostrze noża dosięgło jej skóry na dłoni i wreszcie przecięło. Nie bolało, widok krwi też nie był dla niej zatrważający. Dobrze - pomyślała. Na razie wszystko przebiegało sprawnie. Ciepła krew powoli skapywała na ciało dziecka. W końcu Ingrid stwierdziła, że jest jej już dostatecznie dużo. Odciągnęła więc rękę i czym prędzej zawiązała na niej kawałek szmatki.
Teraz nadeszła kolej na ostatnią część rytuału. Ingrid bała się, że nie zapamiętała wszystkiego tak, jak powinna była. Zeszyt zostawiła w domu. A co będzie, jeśli coś pójdzie nie tak? Jeżeli zapomni o jakimś słowie i okaże się, że robiła to wszystko na próżno? Oczywiście może się tak stać. Wierzyła jednak, że się uda. Musi się udać!
Powoli palcem zaczęła kreślić figury na ciele dziecka. Z jej ust wypłynęła formułka usłyszana od zjawy:
- Opuście ciało, demony.
Odejdźcie w dobrej wierze.
Niech was przygarnie niebo.
Raczcie z Bogiem zawrzeć przymierze.
Opuście szpony wasze
Duszy tej się trzymające.
Niech skończy się ból ciała
I wrócą siły duszy konającej.
Wasz czas minął na świecie,
To ciało nie należy do was.
Jak Bóg nakazał, odejść nastał czas.
Miała ją powtarzać raz po raz, do czasu, aż pentagram i inne figury nie zostaną odpowiednio namalowane. Kiedy zaś już to uczyniła, przerwała cichy szept i nakazała mocnym głosem:
- Opuść to ciało, jeżeli nie należy do ciebie!
Ciałem dziewczynki poczęły wstrząsać konwulsje. Drżała, rzucała się na łóżku, Ingrid musiała ją przytrzymać w obawie, że pościel zapali się od świec.
W tym samym momencie oczy Marii otwarły się szeroko, a z ust wydostał się słaby krzyk. Ingrid zobaczyła, jak jej ciało opuszcza dusza, zjawa na wpół niewidoczna. Dusza przez chwilę kręciła się wokół dziecka, jakby na powrót pragnęła wejść w jego ciało. Wtedy Ingrid na pentagramie widniejącym na brzuchu dziewczynki uczyniła krwawy znak krzyża.
- To ciało nie należy dla ciebie. Odejdź tam, skąd przybyłaś.
Duch krzyknął potwornie. Ingrid miała wrażenie, jak gdyby ten krzyk rozległ się tylko w jej głowie. Dusza zmarłej kobiety poczęła krążyć po pokoju w wirującym tańcu, kipiąca złem. Atmosfera stała się niezwykle napięta i gęsta. Zapachy krwi i świec wymieszały się, tworząc woń nieprzyjemną i ciężką, która mdliła Ingrid. Ale nie mogła się teraz poddać. Zło musi zostać wypędzone z tego drobnego ciała. Wreszcie rozległ się ostatni krzyk i zjawa zniknęła, a razem z nią nasączona złem atmosfera. Świece zgasły same.
Ingrid oddychała ciężko, urywanie, jak i mała Maria leżąca na łóżku. Odsłoniła w końcu okna, by do pokoju mogło przedostać się światło dnia. Wróciła do dziecka. Uspokajało się powoli. To dobrze - pomyślała Ingrid. - Teraz potrzebny ci czas na odpoczynek, zbyt wiele już wycierpiałaś.
Jednym ruchem zawróciła do okna i otworzyła je szerzej w celu pozbycia się zapachu dymiących świec. Następnie umyła małą, ubrała i ułożyła delikatnie w pościeli.
- Śpij. Śpij i wracaj do świata żywych...
Potem zapakowała do koszyka świece i mały nóż oraz olejki, po czym ruszyła do wyjścia. W drzwiach przystanęła i odwróciła się jeszcze ostatni raz. Dziewczynka miała wypogodzoną, jakby inną twarz. Spała spokojnie. Daj Boże, aby to wszystko pomogło. Teraz Ingrid postanowiła pozostawić sprawy w Jego rękach, bo ona swoje już zrobiła. Zeszła po schodach. Na dole zastała maszerującego tam i z powrotem pastora. Zdenerwowanie, strach i ból wyraźnie rysowały się na jego pobladłej, zapadłej twarzy.
- Maria potrzebuje teraz spokoju i opieki. Proszę się za nią modlić i czuwać przy niej. Gdyby zaszła jakaś zmiana, wezwijcie mnie, jakakolwiek będzie to pora. Wiecie, gdzie mnie szukać.
- Czy będzie z nią wszystko dobrze?
- Jestem tego niemalże pewna. Czas pokaże. Żegnajcie.
Odeszła, nawet się nie odwracając. Była zbyt wyczerpana, a poza tym miała jeszcze jedną sprawę do załatwienia.
*
- Udało się? - spytał Bjorn, widząc ją wchodzącą do chaty.
Jego twarz była pełna napięcia i oczekiwania pomieszanego z obawą, że jednak zaszło coś nieprzewidzianego.
Ingrid przetarła ręką czoło.
- Postąpiłam według wskazówek otrzymanych nocą. Jej ciało rzeczywiście zamieszkiwał duch kobiety. Nie było to przyjemne doświadczenie, o nie. Teraz miejmy nadzieję, że wszystko ułoży się tak, jak powinno, i dziewczynka wróci do zdrowia.
Bjorn odetchnął z ulgą. Obawiał się najgorszego. Dotychczas nawet sam przed sobą nie chciał się do tego przyznać. Teraz spokojnie podszedł do kobiety, przytulił jej ciało do siebie i pocałował w usta.
- Jak mała? - zapytała, wtulając się w niego jeszcze mocniej.
- Jeszcze mi się trudno przyzwyczaja do takiej delikatnej istotki...
- Bjorn, jestem taka szczęśliwa. Czy nie żałujesz dnia, w którym mnie tu przyjąłeś wraz z małą?
- Nie żałuję, ten dzień bowiem był dla mnie jednym z najszczęśliwszych, jakie pamiętam.
Oboje posilili się nieco i przygotowali do ostatniego zadania, jakie ich czekało tego dnia. Zabrali dziecko, a także kosz z jedzeniem i łopatę.
Wyruszyli dokładnie w południe. Dzień był gorący i prawie bezwietrzny.
Powoli zagłębili się w las i obrali ścieżkę prowadzącą do jeziora. Byli spoceni i zmęczeni od prażącego słońca. Bjorn oczywiście znosił wędrówkę lepiej od Ingrid, on też dzierżył przez całą drogę i córkę, i łopatę, by nieco ulżyć kobiecie. Czasami ścieżka znacznie się zwężała. Wtedy Ingrid wysuwała się naprzód i maszerowała zdecydowanie, za nią podążał Bjorn. Jego oczy śledziły jej ruchy, talię, biodra kołyszące się z każdym krokiem niby w rytm jakiejś muzyki. Wciąż miała wąską kibić, choć po urodzeniu Marii lekko zaokrągliły jej się twarz i biodra, piersi też stały się pełniejsze, lecz to jedynie dodawało jej kobiecości, powabu i piękna. Gdyby urodziła się na królewskim dworze, z pewnością okryłaby się sławą, nie potrafiąc opędzić się od zalotników. Los jednak przyniósł ją na świat w ubogiej rodzinie. Była niczym róża wyrosła między ostami. Poczuł dumę na myśl, że jedynie on wie, jak pachnie ten kwiat, dla innych niedostępny. A zapach ów nie dawał się porównać z niczym na świecie, ta róża była bowiem wyjątkowa.
Ingrid odwróciła głowę, a spostrzegłszy, gdzie jest utkwiony jego wzrok, zarumieniła się, roześmiała i dalej podążała przed siebie krokiem pewniejszym i swobodnym. Tego dnia, kiedy tak ładnie świeciło słońce, czuła się niczym ptak, jakby była zdolna rozwinąć skrzydła i latać. Gdyby ktoś nieznany zauważył ich z oddali, nie rozpoznałby kata i jego nałożnicy, ale dwoje młodych ludzi z dzieckiem, zadowolonych z życia i cieszących się słoneczną pogodą.
- Już widzę jezioro! - zawołała Ingrid.
Przyspieszyła, pomimo iż pot zalewał jej oczy. Bjorn również przyspieszył.
Usiedli na skraju zielonego jeziora, dokładnie tam, gdzie się poznali.
- To nasze miejsce - powiedział Bjorn, całując ją delikatnie w szyję.
- Hm... zawsze będzie nasze. - Roześmiała się.
Rozłożyli derkę, kosz z jedzeniem i piciem ustawili tuż obok. Małą Marię położyli wygodnie w cieniu, a sami postanowili zjeść i chwilę odpocząć.
- Może popływamy? - zaproponował Bjorn.
- Nie powinniśmy...
- Woda jest ciepła, jesteśmy tu całkiem sami.
- Jednak przyszliśmy tutaj w innym celu.
- Cel poczeka. Myślę, że tak bardzo mu się nie spieszy.
Złapał ją za pełną pierś, powoli wyszukał jej sterczący sutek i zaczął go delikatnie pocierać palcami. Jęknęła od razu. Wiedział, że wystarczy tylko ten jeden dotyk, a kobieta leżąca tuż obok będzie mu całkowicie oddana. To go podnieciło. Jednym ruchem znalazł się na niej, przyciskając ją do ziemi. Najpierw całowali się zapamiętale, potem niecierpliwie zdjął z niej ubranie. Leżała pod nim całkiem naga, otwarta, przygotowana na chwilę, której już nie mogła się doczekać. Wsunął w nią palce. Poczuł, jak bardzo jest wilgotna. Jej dotyk i nagość, podczas gdy on był całkiem ubrany, podniecała go. Podniósł się, odsunął lekko i spojrzał na nią w całej swej krasie, rozchylił jej nogi jeszcze bardziej. Słońce oświetlało ją swoimi promykami, piersi podnosiły się i opadały w szybkim tempie. Zsunął spodnie. Wszedł w nią powoli. Z ust obojga wydarł się syk, jęk pieszczotliwy, pobudzający zmysły. W tym samym momencie kobieta pod nim wygięła się, krzyknęła. Zaczęła drżeć, wić się, aż w końcu splotła na jego plecach nogi i opadła z jękiem bez sił. Widząc, jak reagowała, również on po paru potężnych, prężnych ruchach osiągnął spełnienie.
Leżeli tak splątani w miłosnym uścisku, w cieple, wokoło nich rosły drzewa, a przed nimi ścieliła się tafla jeziora. Dziecko spało spokojnie, a ptaki śpiewały w znanym tylko sobie języku. Wiele minut zabrało im wydostanie się z miłosnego upojenia. Wtedy również Bjorn zdjął z siebie ubrania i razem, nadzy, wskoczyli do wody. Ingrid wyszła na chwilę z jeziora, by sprawdzić, czy mała dalej śpi, a kiedy stwierdziła, że tak, wróciła do kąpieli, gdzie czekał jej Bjorn. Uchwycił ją na ręce, rozciągnął nogi i nasadził na siebie. Kochali się po raz drugi w wodzie, a kiedy ułożyli się na ciepłej derce, wydawało im się, że są najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Serce Ingrid biło głośno. Bjorn całował ją delikatnie, nie mogąc się na nią napatrzeć.
- Kocham cię, Ingrid - szepnął, spoglądając na nią z czułością. - Za tak wiele chciałbym ci podziękować...
- Ja ciebie też kocham, Bjorn. I to ja dziękuję za wszystko, co dla nas robisz, za każdy dzień i noc spędzoną razem. Dziękuję za opiekę, czułość, dom... Za ciebie.
W ich oczach stanęły łzy. Oboje byli wdzięczni, że los pozwolił im się spotkać.
- Kiedy zmarli rodzice... - podjęła Ingrid po chwili. - Wtedy, gdy umierali... nie chciałam żyć. Zastanawiałam się, jaki sens ma to wszystko. Teraz wiem.
- Całe życie byłem przez ludzi odtrącany. Nienawidziłem ich za to, jacy są, nie widziałem sensu życia. Postanowiłem na zawsze zostać sam. Wtedy poznałem ciebie. Zrozumiałem, o co chodzi w życiu. Nieważne, jak cię traktują inni, z tym należy nauczyć się żyć. Ważne, by mieć kogoś przy sobie, bo wtedy można dźwigać ciężary na swych ramionach, nawet te znacznie przewyższające nasze możliwości.
- Bjorn, będę z tobą dźwigała każdy trud. Zawsze będę przy tobie! - zapewniała go żarliwie.
- Dziękuję, żeś mi dała siebie. Jesteś wszystkim, co mam.
Spojrzała na dziecko i łobuzersko przymrużyła oczy.
- Maria oczywiście też - dodał. - Jesteśmy jednością. Rodziną.
Pocałowała go w przypływie nagłej radości. Czasami życie potrafiło być piękne...
*
Szukali już godzinę, powoli zapadał zmierzch, a nie odnaleźli żadnego ciała. Obeszli wokół już prawie całe jezioro, zaglądali do każdego zakamarka, wszędzie, gdzie tylko się dało. Przyglądali się brzegowi jeziora, kopcom, nie znaleźli niczego. Ingrid usiadła zrozpaczona.
- Nigdy go nie znajdziemy - powiedziała zawiedziona.
- Musi tu gdzieś być. - Bjorn nie przestawał szukać.
Ona jednak była już zmęczona, najpierw wizyta u córki pastora, potem długa droga nad jezioro. Wreszcie spędziła większość czasu na poszukiwaniach jakiegoś dawno pogrzebanego ciała. Wieczór nadchodził, a oni nie odnaleźli niczego.
- Może powinniśmy pójść do domu? Przyjdziemy tu innym razem - spytała Bjorna.
Zanim zdążył odpowiedzieć, nieopodal - w miejscu, które przed chwilą minęli - pojawił się cień. Przypatrzyła mu się uważnie. Od razu znikł, nie pozostawił po sobie najmniejszego śladu. Wydawało jej się jednak, że widziała, jak palcem wskazuje na miejsce w ziemi, gdzie akurat stał.
- Bjorn! Myślę, że wiem, gdzie on jest. Chodź!
Pobiegli wzdłuż brzegu jeziora, zatrzymali się tuż obok wielkiego drzewa.
- Gdzieś tutaj - stwierdziła z pewnością. - Kop tutaj, może jednak coś znajdziemy.
Łopata zagłębiła się w grząską ziemię blisko pnia rosnącego tu drzewa. Wystarczyło trzy razy ruszyć łopatą w ziemi i już pojawiła się pierwsza kość.
- Jest! - szepnęła Ingrid. - O mój Boże, on mówił prawdę!
Na ciele Bjorna pojawiła się gęsia skórka, co nieczęsto mu się zdarzało. Był przyzwyczajony do śmierci i martwych, lecz dopiero teraz zyskał całkowitą pewność, że Ingrid naprawdę widzi więcej. Nie tylko widzi. Ona z nimi rozmawia - pomyślał. Z umarłymi.
Przynieśli ze sobą worek, Bjorn zabrał go na wypadek, gdyby naprawdę potrzebowali coś przenieść. Teraz się przydał. Po chwili tuż obok leżała czaszka i sterta kości ludzkich. Zapakowali wszystko do worka. Wtedy dopiero ruszyli z powrotem do domu.
Wrócili, kiedy już całkiem zapadła ciemność. Był to piękny dzień, który obojgu przyniósł radość, a Bjornowi pewność co do niezwykłej umiejętności Ingrid. Worek pozostawili w małej szopie przy domu. Spokojni i zmęczeni ułożyli się do snu.
Gdy Ingrid leżała w pościeli, w której otulały ją silne ręce Bjorna, czuła się bezpiecznie i wygodnie.
Wsłuchiwali się w ciszę i oddech swojego dziecka. Bjorn powiedział:
- Ingrid... zastanawiałem się... - Zamilkł.
- Tak? - Odwróciła twarz w jego stronę, by móc w ciemności dojrzeć jego oczy.
- Myślałem, czy aby stąd nie wyjechać. Zabralibyśmy dziecko, za uzbierane pieniądze kupiłbym mały wóz z koniem i wyruszylibyśmy daleko stąd.
- Myślisz... Moglibyśmy porzucić wszystko i tak po prostu odjechać? - W jednej chwili stała się całkowicie rozbudzona.
- Tylko się tak zastanawiałem...
- Och, nawet o tym nie myślałam. Teraz jednak... masz rację, to byłoby dobre rozwiązanie. Lecz, Bjorn, kochany, nie wiedzielibyśmy, co nas tam czeka, czy znajdziemy jakiś skrawek ziemi, jak nas ludzie przyjmą...
- Nikt się nie dowie, że jestem katem... wyjedziemy daleko, jak najdalej. Może...
- Tak?
- Może wtedy... zostałabyś moją żoną? - Słowa te zostały przez niego właściwie wyszeptane, jakby w obawie, aby nikt ich nie usłyszał, jakby przeznaczone były tylko dla kobiety leżącej obok niego.
W oczach Ingrid stanęły łzy.
- Bjorn... Bjorn...
- Dlaczego płaczesz? - zmartwił się.
- Jestem szczęśliwa, to dlatego.
- Nie płacz... - Wycierał jej łzy swoją dłonią. - Nie płacz... - Ale i jego oczy zwilgotniały.
- To zdaje się niemożliwe, prawda? - zapytała.
- Teraz tak. Przyjdzie jednak taki dzień, że będziemy mogli wyjechać i nic nas tu nie zatrzyma.
- Dlaczego chcesz opuścić to miejsce? Ciąży ci praca kata?
- Często rozważam o nas. Nie chcę, byś była pogardzana przez ludzi, wytykana palcami i opluwana. Nie zasługujesz na to. Chcę ci dać spokojne życie. Potrafię robić wiele rzeczy, mogę zostać pomocnikiem kowala. Gdy byłem małym chłopcem, chciałem zostać właśnie kowalem.
- Masz silne ręce. Nadawałbyś się do takiej pracy. - Uśmiechnęła się przez łzy.
- Mam też córkę, nie chcę, żeby była nazywana dzieckiem kata, wyrzutka i diabła, wyśmiewana i poniżana. Nie chcę, żeby miała dzieciństwo podobne mojemu. Wyobraziłem sobie naszą córkę w pięknym domu, z dobrym mężem u boku. Jedyne, co tu jej mogę dać, to ludzką pogardę. Któż zechce sobie wziąć za żonę odrzuconą ze społeczeństwa córkę kata?
- Och, Bjorn... może kiedyś wyjedziemy, jeśli tylko zdołamy uzbierać dostateczną ilość pieniędzy.
- Będę robił wszystko, co w mojej mocy - zapewnił.
I ja też - pomyślała. I ja też.
Zapewnili się o swojej miłości i zasnęli.
*
Rankiem Ingrid ledwo co zdążyła rozpalić ogień, a ktoś zaczął łomotać do drzwi niczym oszalały.
Pospiesznie narzuciła na siebie szal, okrywając nim również głowę, i otwarła na oścież.
Na zewnątrz tuż przed progiem stał mężczyzna odziany na czarno, dalej stał jego powóz.
- Pani Ingrid? - zapytał.
- Tak - odpowiedziała, nadal zastanawiając się, o co chodzi.
- Zostałem przysłany przez pastora. Prosi, aby natychmiast się pani do niego udała.
Krew zastygła jej w żyłach. Stało się coś złego. Maria - na pewno to o nią chodzi. Obawiała się tego, po wypędzeniu ducha dziewczynka nie wyglądała najlepiej. A więc stało się najgorsze...
- Czy powiedział, o co chodzi? Po co ten cały pośpiech?
Ciekawa była, co jej teraz odpowie, musiała dowiedzieć się prawdy. Strach w niej coraz bardziej narastał.
- Sprawa jest pilna. Mam nie tracić czasu na gadanie. Pastor nakazuje pani przyjechać. Natychmiast!
Nie namyślała się długo - jeżeli sprawa pilna, znaczy to, że trzeba się spieszyć.
- Zaraz będę gotowa.
Mężczyzna skinął głową, odszedł w stronę powozu. Bjorna nie było już w domu, wyruszył do egzekucji mającej odbyć się dziś w południe. Musiała więc zabrać dziecko. Nie jadła jeszcze, dziecko także nie, ale mogła małą nakarmić podczas jazdy, a o siebie zadba potem.
Pospiesznie, czując, jak mocno bije jej serce, wsiadła do powozu. Ruszyli w stronę plebanii. Powóz jechał jak szalony, woźnica raz po raz ciął batem powietrze, by zwierzę gnało. Po paru ciągnących się niczym godziny minutach zatrzymali się przed wejściem na plebanię. Drzwi już otwierał pastor we własnej osobie. Zbiegł po schodach, krzycząc:
- Cud! Cud! Moja córka wyzdrowiała!
Chwycił zmieszaną Ingrid za ręce i spojrzał jej w oczy. Ta jeszcze nie bardzo rozumiała, co się dzieje. Czy on mówi, że jest dobrze? Nie przesłyszała się?
- Ingrid, dokonałaś wielkiego czynu: przywróciłaś życie mojemu dziecku! - Dopiero po chwili dotarł do niej sens tej wypowiedzi. Opadła z niej cała nerwowość. - Zapraszam. Wchodź wraz z dzieckiem, posilicie się. Maria pyta o ciebie od bladego świtu.
Weszli do środka.
Zaprowadzono ją wprost do jadalni, gdzie czekał zastawiony suto stół. Gospodyni krzątała się nieopodal, lecz nawet nie podniosła wzroku na przybyłą.
- Siadaj, proszę. Częstuj się. Dziś bowiem mamy wielkie święto.
Ingrid po raz pierwszy w życiu widziała tyle jedzenia na stole. Były tam wędzone szynki i kiełbasy, placki, świeży pachnący chleb, dopiero co wyciągnięty z pieca, masło, konfitury, sery, wino, owoce...
Po chwili doszedł do niej szept tłustej kucharki, szemrała coś do siebie, co brzmiało jak: "świat jeszcze tego nie widział, żeby taka...". Ingrid jednak się tym nie przejmowała. Radość zagościła w jej sercu, rozlewając się przyjemnym ciepłem po ciele. Ta dziewczynka zasługiwała na życie.
Najadła się do syta. Wtedy pastor zaprowadził ją do pokoju na górze. Otwarto drzwi. Ingrid weszła. Maria leżała z otwartymi oczyma, wpatrując się w kobietę z dzieckiem na ręku. Patrzyła wielkimi oczami i z nieśmiałym uśmiechem na twarzy.
- Dzień dobry, Mario - przywitała się Ingrid.
- Dzień dobry - odpowiedziała ta szeptem.
Ingrid podeszła bliżej i spokojnie usiadła obok. Dziewczynka była blada, miała podkrążone oczy, w których jednak czaił się nowy blask, jakiego wczoraj tam jeszcze nie było. To blask życia - pomyślała Ingrid i w tym momencie duma ogrzała ponownie jej serce.
Posiedziała przez chwilę przy dziewczynce, a ona opowiadała. Wiedziała i czuła, jak ktoś się o nią stara. Kiedy wczoraj się przebudziła późną nocą, chciała Ingrid widzieć. Jednak pastor nie chciał budzić znachorki. Ingrid bardzo się cieszyła. Chorą opuścił zły duch zabierający jej chęci do życia.
- Za niedługo będziesz zupełnie zdrowa - powiedziała do niej. - Musisz żyć, ojciec mocno cię kocha i bardzo mu było ciebie brak, kiedy tu leżałaś, zmagając się z niemocą.
Maria kiwała głową.
- Chcę być już zdrowa - szepnęła.
Łzy nabiegły do oczu Ingrid, postanowiła nie płakać przy dziewczynce, więc wyszła, zapewniwszy ją o kolejnych odwiedzinach. Dopiero za drzwiami dała upust łzom radości. Pastor także miał czerwone, podpuchnięte oczy.
Wyglądał tak, jakby chciał jej coś powiedzieć, zdradzić jakąś tajemnicę. W ostatnim momencie rozmyślił się jednak, jego oczy przesłonił cień, co zmieniło na chwilę wyraz szczęścia na twarzy. Zaraz jednak otrząsnął się i powiedział stłumionym głosem:
- Ingrid, zawdzięczam ci wiele... pójdź ze mną do pokoju, proszę.
Poszła więc za nim. Tam wyciągnął sakiewkę pełną złotych monet. Wręczył jej, mówiąc:
- Oto podziękowanie dla ciebie. Uczyniłaś mnie na powrót szczęśliwym człowiekiem.
Jednocześnie pomyślał: kto by powiedział, że to życie tak dziwnie się ułoży? Dawał jej pieniądze nie dlatego, iż wróciła mu dziecko, ale dlatego, żeby uciszyć wyrzuty sumienia względem niej. Bo pastor znał wielką tajemnicę, której Ingrid nawet się nie domyślała...
- Nie mogę przyjąć tych pieniędzy. - Wpatrzyła się w worek, a potem spojrzała na niego. - Nie robiłam tego dla zarobku, ale dla dziewczynki. Każdy powinien żyć i każdy zasługuje na to, by być zdrowym.
- Masz rację, oczywiście, że masz rację. Dlatego pozwól, że ci coś wyjaśnię. Te oto pieniądze otrzymałem kiedyś od swojej żony. Przyrzekłem jej, że jeżeli kiedyś coś się stanie z Marią, nie pożałuję grosza dla osoby ratującej jej życie. Ona bardzo kochała małą, nigdy się z nią nie rozstawała. Dlatego proszę, weź to nie jako zapłatę ode mnie, ale jako podziękowanie od mojej zmarłej żony.
Po dłuższej chwili wahania wzięła pieniądze i włożyła je do koszyka. Czuła się niezwykle dziwnie, przyjmując tyle pieniędzy od pastora, nigdy jeszcze bowiem takiej sumy nie widziała na oczy.
Podziękowaniom nie było końca. Pastor na przemian to płakał, to śmiał się. Widać i w niego wstąpiło nowe życie - pomyślała. Jego twarz odmłodniała, w oczach pojawił się ten sam blask, który Ingrid wcześniej zauważyła u jego córki.
Powóz odwiózł ją z powrotem do domu, gdzie otępiała usiadła na stołku, wyjęła pieniądze i wysypała je na środek stołu. Ogromny worek nie mieścił jej się w ręce, pieniędzy było tak wiele, że bała się ich dotknąć. Teraz zaś uświadomiła sobie, co wczorajszej nocy mówił Bjorn. Wyjadą, zaczną nowe życie daleko stąd... Płacz wstrząsnął jej ciałem, złożyła dłonie na stole, oparła na nich głowę i rozszlochała się. To było niespodziewane szczęście, możliwości, dar od losu. Pieniądze potrafiły w jednej chwili odmienić wszystko.
*
Na plebanii pastor siedział naprzeciw swej córki. Ściskał jej rączkę w dłoni, szczęśliwy jak nigdy, modląc się w duchu. Przez okna wpadało wiele światła, według instrukcji Ingrid, ciepło biło z kominka, a jednocześnie lekko uchylone okno wpuszczało do środka trochę świeżego powietrza. Mała spała, oddychając spokojnie. Więc wszystko będzie dobrze. Dzięki Ci, dobry Boże.
Po cichu wyszedł z pokoju i skierował się do drugiej izby. Musiał spocząć na chwilę w ulubionym wygodnym fotelu. Tam złożył ręce jak do modlitwy. Ta jednak nie przychodziła. Wiedział, że powinien powiedzieć Ingrid o pewnej sprawie. Nawet przez chwilę chciał to zrobić, Bóg mu świadkiem, że chciał. Ale w tamtej chwili wspomniał na przeszłość, na zadane mu cierpienie, które na długie lata uczyniło z niego człowieka nieszczęśliwego. Wtedy wiedział, że nie może jej powiedzieć nic. Gdy wręczał jej pieniądze, czuł się jak Judasz. Zasłużyła na nie, to prawda. Ale on nie płacił za uzdrowienie córki, płacił za uciszenie głosu swojego sumienia...
*
Kiedy Bjorn wrócił do domu, powoli kończył się dzień. Słońce zachodziło i już tylko prześwity promieni można było dojrzeć pomiędzy koronami drzew. Zostawił topór z tyłu domu, po czym wszedł do środka. Od razu zauważył zmianę zaszłą w Ingrid.
- Witaj. - Uściskała go mocniej niż zazwyczaj. - Tak się cieszę, że jesteś już w domu.
- Czy coś się stało? - Przypatrzył jej się uważnie.
Skinęła głową, uśmiechnęła się tajemniczo, a potem zaprosiła go do stołu.
- Jak ci minął dzień?
- Załatwiłem sprawę. Rankiem pochowałem szkielet na cmentarzu, w poświęconej ziemi, w nieuczęszczanym miejscu, więc nikt też nie powinien domyślić się, że ktoś kopał tam niedawno dziurę. Myślę, że powinno mu się spodobać. - Mrugnął do niej.
- Wiem, Bjorn, że mu się podobało. Rankiem przebudziłam się, a on stał obok. Przyszedł mi podziękować, wreszcie osiągnie spokój, tak powiedział.
- Coś się jednak wydarzyło? - zapytał zaciekawiony.
- Uhm.
- Powiedz, nie trzymaj mnie w niepewności - nalegał. - Jeśli to zła nowina, nie powinnaś zwlekać nawet przez chwilę.
- Rankiem miałam również drugiego gościa. - Uśmiechnęła się, widząc, jak Bjorn zmrużył oczy i przestał jeść, od razu napięty jak struna, czekający na najgorsze. - Woźnica pastora przyjechał zabrać mnie na plebanię.
- Po twych oczach widzę, że z córką pastora wszystko jest dobrze. - Odetchnął z ulgą.
- Bjorn, lepiej. O wiele lepiej. Ona dochodzi do siebie, pastor płacze z radości. Zostałam przyjęta jak prawdziwa dama.
- No, no - zażartował Bjorn. - Jeszcze się przyzwyczaisz.
Roześmiała się.
- Ale to nie wszystko. W zamian otrzymałam to. - Wyciągnęła z małej szafki wielki worek otrzymany przed wyjściem z plebanii. - Trzymaj - dodała. - Zobacz, co jest w środku.
Bjorn otworzył sakiewkę i zamarł. Nie spodziewał się aż tylu pieniędzy.
- Bjorn, oto nasza szansa - powiedziała. - Teraz możemy spełnić twoje plany!
On stał tylko i patrzył z niedowierzaniem.
- Przez wiele lat zbieram pieniądze, ale nigdy jeszcze nie widziałem ich tak wiele.
- Wykorzystamy je jak najlepiej. Może w końcu spełni się to, czego dla nas zapragnąłeś.
Przygarnął ją do siebie. Stali tak długo, nie wypuszczając się z objęć.
- Teraz nasze życie się zmieni.
- Jestem tego pewna.
*
Maria, córka pastora, bardzo szybko doszła do siebie. Już po tygodniu wstała z łóżka i zrobiła pierwsze kroki. Do miesiąca biegała po całej plebanii z zaróżowionymi policzkami i rozwianymi włosami. Stała się jakby nową osobą, spragnioną życia, ludzi, ojca i wszystkiego, co się działo wokół. W końcu odeszły w zapomnienie tamte nieprzyjemne chwile, kiedy leżała bez chęci życia, a teraz cała plebania zaczęła tętnić nowym życiem. Gospodyni dziękowała Bogu za wyleczenie jej małej dziewuszki. Ludzie nie mogli się nadziwić, chwalili Pana na wysokościach. To cud, mówiono. Mała była już jednym krokiem na tamtym świecie, a jednak udało jej się pokonać chorobę. To Bóg czuwał nad małą - powiadano wszędzie.
Ludzie nie domyślali się, jaka jest prawda...
Jedynie pastor i jego kucharka wiedzieli, komu powinni dziękować za przywrócenie do życia Marii, i że Bóg nie umoczył w tym nawet małego palca...
*
Wydarzyło się to pewnego dnia. Ingrid wybrała się na targ, który każdego dnia zapełniony był setkami ludzi. Tam można było znaleźć wszystko, czego się potrzebowało, kupić świeże warzywa, mięso, zwierzęta... Ranek był ponury, zanosiło się na burzę. Niebo w oddali ciemniało. Nabrzmiałe chmury osadzone nisko nad ziemią zbliżały się coraz bardziej. Ingrid wyszła pospiesznie z domu. Małą zabrała ze sobą, nie odważyłaby się zostawić jej samej w chacie. Zabrała więc koszyk i ruszyła przed siebie. Pomimo zbliżającej się burzy - ludzi na targu było co niemiara. Każdy coś kupował, rozlegały się krzyki, odgłosy uderzania, krojenia, nawoływania. Każdy chciał sprzedać jak najwięcej swego towaru, więc prześcigali się w zdobywaniu klientów. Ingrid zakupiła najpotrzebniejsze rzeczy - masło, chleb, kawałek suszonego mięsa i parę jajek. Dodatkowo wrzuciła do koszyka pęczek świeżej marchwi i trochę cebuli. Kupiła też kawałek materiału dla dziecka. Mała rosła, potrzebne jej były nowe ubranka.
Wtedy ktoś krzyknął:
- To ona! Popatrz, Sven, to ta czarownica!
W jednej chwili zatrzymała się, odwróciła i spojrzała na mówiącego. Zamarła. To ten sam człowiek, który tamtej nocy przyszedł wraz z koleżką, niosąc umierającego do chaty Zoriny. Poczuła, jak krew uderza jej do głowy i serce o mało nie wyskoczyło jej z piersi.
- Myślałem, że spłonęła razem ze starą! - krzyknął drugi.
- Widocznie się jakoś wydostała z płonącej chaty, przeklęta.
Zbliżyli się do niej. Stali nad nią niczym dwie olbrzymie góry, silni, agresywni, lekko podpici. Dochodził od nich zapach piwa, pewnie ledwo co opuścili gospodę.
- Zostawcie mnie w spokoju!
- Dobrze wiemy, kim jesteś... - zabełkotał ten pierwszy.
- Czarownica! Powinnaś spłonąć w tej chacie razem ze starą jędzą.
- Nie pomogłaś wtedy Fredrikowi. Rzuciłaś na niego czar swoim złym okiem.
Ingrid stała oniemiała. Wiedziała dobrze, kogo ma przed sobą - ludzi, którzy za wszelką cenę chcą jej zrobić krzywdę.
- On umierał! Nie było dla niego nadziei!
- Umarł, boś mu nie pomogła, wiedźmo. Słyszałem, jak mruczysz pod nosem coś o śmierci...
- Zostawcie mnie w spokoju. Pomieszało się wam coś w pijanych głowach.
Odwróciła się na pięcie, chcąc odejść. W tym samym momencie pijany mężczyzna chwycił ją za ramię i szarpnął. Koszyk z zakupionym towarem upadł na ziemię i wszystko się z niego wysypało. O mało co, a nie upuściłaby Marii, którą trzymała na rękach.
- Jeszcze popamiętasz swojego ostrego języka, babo szatańska. Odpokutujesz za to, co zrobiłaś...
W ich stronę poczęli zbliżać się ludzie zaciekawieni nagłym rozruchem. Zauważywszy to, ten nazwany Svenem szturchnął koleżkę w ramię.
- Chodź, zostaw ją. Już niedługo dostanie, na co zasłużyła. Jeszcze ci pokażemy, na co nas stać. Popamiętasz...
Odeszli, odwracając się jeszcze i grożąc jej pięściami. Natychmiast z drżeniem rąk pozbierała zakupy i pobiegła, choć wcale nie miała na to sił, w stronę domu. Nogi uginały się pod nią, odmawiając posłuszeństwa, drżała na całym ciele.
Dopiero w chacie usiadła za drzwiami i rozpłakała się, chowając twarz w dłoniach. Jej ciałem szarpał głośny szloch. W takim właśnie stanie zastał ją Bjorn.
- Na Boga, co się stało? - Przyskoczył do niej natychmiast. - Ingrid?
- Nic mi nie jest.
- Co się stało? - Schwycił ją mocniej i potrząsnął. Strach malował się na jego twarzy.
- Byłam na targu... Wracałam właśnie z powrotem, kiedy zauważyłam dwójkę ludzi. Podeszli do mnie... byli to ci sami, co zabili Zorinę.
- Coś ci zrobili? Zabiję ich, jeśli...
- Nie, Bjorn. Nic się nie stało, nie to, co myślisz, ale...
- Powiedz!
- Nazwali mnie czarownicą, oskarżyli o czary, o to, że... że to przeze mnie umarł ten człowiek.
- Co jeszcze powiedzieli? - Bjorn wyraźnie zbladł i skamieniał.
- Powiedzieli, że popamiętam tego... - Rozpłakała się. - Och, Bjorn. Chciałam mu pomóc, ale nawet Zorina wiedziała, że to przypadek beznadziejny. Ja... tamtej nocy widziałam w pobliżu śmierć, musiałam więc o tym napomknąć przez nieuwagę...
- Musimy mieć nadzieję, że to tylko puste groźby z ich strony. Teraz zapomnij o tym, wszystko będzie dobrze.
Zaprowadził ją do pościeli, a sam przygotował tego dnia jedzenie. Ingrid była mu za to bardzo wdzięczna, miała bowiem głowę pełną najróżniejszych najczarniejszych myśli.
Po tygodniu zapomniała o całej sprawie. Skończyło się. Teraz pozostawało jej tylko wystrzegać się tych ludzi. Odtąd stanie się uważniejsza - tak postanowiła.
- Widzisz, wszystko będzie dobrze - uspokajał Bjorn.
Minął kolejny tydzień. Tego dnia wieczorem mocno załomotano do drzwi. Ingrid otworzyła, po czym stanęła jak wryta. Oto stał przed nią pastor we własnej osobie i zbiorowisko wielu ludzi. Ledwo otworzyła, a w jej stronę posypał się grad kamieni. Ludzie rzucali w jej kierunku wyzwiska, pluli, okrzykując ją czarownicą, wiedźmą i służką diabła. Chcieli z siekierami dostać się do jej domu, gdzie mogliby doszukać się oznak jej winy, lecz pastor wyciągnął rękę w ich kierunku, powstrzymując motłoch. Podszedł bliżej.
- Ingrid?
Skinęła głową. Zrozumiała, o co chodzi, a widok trzech znajomych mężczyzn bardzo ją zaniepokoił.
- Musisz jechać z nami.
- Nie rozumiem...
- Zostałaś oskarżona o czary, dlatego przyjechali cię zabrać. Zostaniesz osadzona w więzieniu, osądzona i następnie, jeśli będzie ci uznana wina, zostaniesz spalona na stosie lub w najlepszym wypadku czeka cię szubienica.
Przed oczyma jej pociemniało. Zatoczyła się i byłaby upadła, gdyby nie pastor. Jej najgorsze myśli, obawy nagle stały się prawdą.
- Nie rozumiem... - powiedziała niepewnie, cicho, jakby do siebie.
Wtem dotarła do niej cała prawda. Pomyślała, że chyba śni. To nie może dziać się naprawdę. To koszmar, straszny sen, z którego zaraz się obudzi. Bjorn...
- Ingrid? - zapytał pastor. - Wszystko w porządku?
Kiedy nie odpowiedziała, a tylko wpatrywała się w niego oszołomiona, dodał:
- Poprosiłem ich o rozmowę z tobą, zazwyczaj się tego nie robi, od razu wtrącają do więzienia. Mam nad nimi trochę władzy, więc... sama rozumiesz...
Ingrid kiwnęła głową. Ale nie rozumiała. W tej chwili nie rozumiała niczego.
- Posłuchaj, zaraz cię zabiorą. Nie mogę im tego zabronić, nie mam aż takiej władzy. Zaopiekuję się twoim dzieckiem do czasu, zanim sytuacja się nie wyjaśni. Będę się starał o wolność dla ciebie, nie zalęknę się kłamać w twoim imieniu, bądź pewna.
- Bjorn...
- Poczekam tu dopóki nie wróci, powiem mu, co się stało. Razem coś wymyślimy. Tymczasem nie opieraj się, bo mają swoje sposoby, aby zmusić cię do posłuszeństwa. To szaleni ludzie.
Kolejny raz skinęła głową, nie była w stanie mówić. Szok, jaki przeżyła na ich widok, i oskarżenie przeważyły wszystko.
Pastor odstąpił od niej, robiąc nad nią znak krzyża.
- Niech cię Bóg ma w swojej opiece.
W końcu ludzie dostali się do chaty, powybijali okna i siekierą rozwalili drzwi. Znaleźli dostateczny dowód: suszone zioła i maści, a na stole martwą kurę, z której zamierzała ugotować wywar. Ludziom to wystarczyło, aby uznać w większości jej winę.
Oby tylko nie znaleźli zeszytu - prosiła w duchu Ingrid. Wtedy byłaby skończona.
Została zabrana i wtrącona do więzienia.
*
Bjorn patrzył, jak tego dnia w szybkim tempie stawiano szubienicę. Tuż obok stał stos przygotowany dla ofiary. Szubienica zaś była prawie gotowa.
- Dobra robota. Szubienica jak malowana.
Od samego rana okolice obiegła plotka o kolejnej schwytanej czarownicy. Wiele mówiono o jej złym oku: samym tylko spojrzeniem potrafi zaczarować człowieka, czyli to jedna z rodzaju tych gorszych czarownic. Tylko nieliczne posiadały taką moc. Dlatego na tę przygotowywano się szybko i na wszelki wypadek postawiono i stos, i szubienicę.
Bjorn westchnął. Wiedział, kim były tak zwane czarownice. Zwykłe, samotne, często stare kobiety. Jedne z brodawkami na twarzy, inne bardzo stare, czasami to znów młode i zbyt piękne. Kobiety bogate lub znachorki, jak Ingrid. Najczęściej kobiety będące matkami i te, które naraziły się sąsiadce, a czasem kobiety chore umysłowo... On sam zaś doprowadza je do szubienic czy stosów, aby dokonało się ich życie. Tym razem jednak działo się coś więcej, ludzie byli zdecydowanie bardziej podnieceni niż zazwyczaj. Ta bowiem była wysłanniczką samego szatana, pomocnicą diabła z jego własnym okiem. Z pewnością latała na sabat, by tam oddawać się cielesnym rozkoszom ze Złym. Należało więc się odpowiednio zabezpieczyć.
Wieczorem, zmęczony po długim dniu pracy, wreszcie dotarł do domu. Zdziwił się na widok pastora oczekującego w progu.
- Mam złą wiadomość - powiedział Bjornowi. - Ingrid została zabrana. Oskarżono ją o czary.
Pod Bjornem ugięły się kolana.
- Mój Boże... - Jego twarz poszarzała, przybierając kamienny wyraz. - Boże... - powtarzał tylko.
- Postaram się pomóc, ale... sam wiesz, że tu nie ma żadnej nadziei. Wiem, że ma zostać spalona. Nie ma dla niej szansy. Oskarżenie jest zbyt silne. Mają wielu zwolenników. A tłum domaga się krwi.
- Ona jest niewinna... - szepnął kat, załamany, klęcząc na nierównej suchej ziemi. - Jest niewinna...
- Mogę zabrać waszą córkę do siebie w wielkiej tajemnicy, aby nikt się nie dowiedział. Ingrid wyświadczyła mi wielką przysługę, uzdrowiwszy moją córkę, teraz kolej na mnie. Jednak to, kim jestem, ogranicza mnie w większym stopniu, niż myślałem.
- Co mam począć?
Kat drżał na całym ciele. W jednym momencie, w tej oto chwili całe życie zaplanowane z Ingrid rozwiało się, jakby było tylko zwykłym marzeniem, złudnym snem. Jakby nigdy go nie było.
- Wezwać innego kata, inaczej będziesz musiał zgładzić ją swoimi rękami...
*
Bjorn nie wiedział, co czynić. Kiedy pastor odszedł, opadł bez sił i nie był w stanie nic zrobić. Rodziła się w nim złość. Wiedział tylko jedno - nie może jej utracić, ponieważ wtedy jego życie straci sens i sam przestanie walczyć z otaczającym go światem, podda się, ogarnie go pustka i żal.
Nastał ciemny wieczór. Przez głowę kata przepływały straszne wizje. Widział narzędzia tortur używane do zmuszenia czarownicy, aby przyznała się do winy. Były to tak zwane hiszpańskie łaskotki - ofiarę kładziono na ławie, następnie wałkiem najeżonym kolcami przejeżdżano po jej plecach i posypywano je solą. Było też krzesło inkwizytorskie, czyli krzesło z kolcami - sadzano na nim czarownicę, gdyż uważano, że w ten sposób osłabi się jej moc. Czasami podgrzewano krzesło lub na łonie układano kobiecie kamień. Była i żelazna dziewica - skrzynia podobna do sarkofagu. Jej wnętrze było wyścielone kolcami, które kaleczyły każdy organ w środku, ale tortura ta nie zabijała ofiary od razu, żyła przez jakiś czas jeszcze, mając możliwość przyznania się do winy. Torturowało się te kobiety także podtapianiem. Do ust związanej wkładano rurkę, przez którą wlewano wodę. Szczypce służyły do wyrywania kawałków ciała. Zgniatacz kciuków był imadłem, w którym miażdżono kciuki... Poddawano kobiety także próbie: wrzucano kobietę do wody i jeśli tonęła, była niewinna, jeśli unosiła się zaś na wodzie - winna. Próba łez odznaczała się tym, że jeśli ofiara zapłakała, uznawano ją za winną. W próbie wagi oceniano masę ciała kobiety - jeżeli okazywała się lżejsza, niż zakładano, także uznawano ją za winną.
Bjorn miał mętlik w głowie. Co począć, jak pomóc jedynej osobie, na której mu kiedykolwiek zależało? Z pewnością zostanie uznana za winną, nie ma innej możliwości. Rzadko kiedy czarownica wymknęła się śmierci. Czy będzie zmuszony stać się jej oprawcą? Jej katem? Wspomniał dzieciństwo. Ciągle sam, poniżany, odpychany, bity, opluwany... Zapłakał.
Mijały długie chwile. Cisza zalegające w chacie była dla niego ciszą przed burzą, wiedział, że za chwilę zagrzmi niebo, ciskając błyskawicami. Czekał na jakikolwiek znak z nieba, a nawet piekła, skądkolwiek, byleby coś się wydarzyło. Nic się jednak nie działo. Jego pierś unosiła się w oddechu i opadała, unosiła i znów opadała...
Nagle w głowie zajaśniało mu światło. Stało się coś, czego nigdy dotychczas nie doświadczył - w serce wlała się nieznana siła i mocne przekonanie o tym, co powinien zrobić. Jest przecież silny, potrafi i może uratować kobietę, matkę swojego dziecka, kochankę i w przyszłości żonę. Nie pozwoli jej zgnić w więziennych lochach, a co więcej: nie pozwoli na to, aby jej ciało oszpecono i zniekształcono, pozostawiając ślady do końca życia. Pójdzie tam więc i uwolni ją, bo nie ma innego wyjścia. Musi zaryzykować, w przeciwnym razie życie nie będzie miało dla niego sensu.
W jednej chwili postanowił, co uczyni. Wieczorem zakradnie się do więzienia, wiedział bardzo dobrze, gdzie przetrzymywano czarownice. Pójdzie tam więc i uwolni ją pod pretekstem wypróbowania na niej tortur. Nie wszyscy bowiem wiedzieli, że jest jego nałożnicą, ci pilnujący wejścia zaś mogli nie mieć o tym zielonego pojęcia.
Nie pozwoli jej skrzywdzić. I skończy ze swoją profesją raz na zawsze, nie zamierzał już więcej przyglądać się ludzkiej głupocie i niesprawiedliwości.
W tym momencie ktoś zapukał do drzwi.
*
Ingrid leżała związana w ciemnym lochu. Do ścian były przymocowane kajdany na krótkim łańcuchu. Obok leżały dwie najwyraźniej nieprzytomne kobiety, nagie i brudne, ze ściętymi włosami i śladami licznych ran na ciele. Zimno, smród pomieszczenia i niepewność sprawiły, że zapłakała. Pewnie czeka na swoją kolej, teraz i ją będą torturować, aby przyznała się do winy. Jacy ci ludzie są głupi - pomyślała Ingrid. Nie potrafiła zrozumieć, co tak naprawdę nimi kierowało. Nadal była w szoku spowodowanym dzisiejszym zajściem, ciągle też chciała wierzyć, że to sen, że za chwilę się z niego obudzi we własnym łóżku. Ale to nie był sen. Ból w nadgarstkach oraz chłód pomieszczenia uświadamiał jej, że to się dzieje naprawdę. Zastanawiała się, co począł Bjorn, czy pastor dotrzymał obietnicy i przekazał mu, co się z nią stało...?
- Bjorn, Bjorn... - szeptała w ciemnościach ze łzami w oczach.
Kiedyś czytała urywki Biblii. Pamiętała matkę mówiącą jej, że każdy człowiek jest wolny, ma prawo do życia i nikt nie może bezkarnie go gnębić czy też zabijać. Kiedyś w to wierzyła. Teraz wyglądało to zupełnie inaczej. Była wolnym człowiekiem, szła przez ciężkie życie trudną drogą, nikomu nic nie uczyniła, niczemu nie zawiniła.
Teraz siedzi tutaj, na zimnych kamieniach, opluta, z pogwałconym człowieczeństwem. Czuła się jak namiastka człowieka, zwierzę zamknięte w klatce, przeznaczone na sprzedaż i zabicie. Nikt nie pytał jej o zdanie, po prostu zabrano ją siłą, bezpodstawnie osądzono i zamknięto tutaj. A co z wolnością?
- Mamo... - rozległ się w więziennej niszy jej kolejny płaczliwy szept. - Mamo, tak mi źle. Czemu cię tu nie ma...
Gdy była mała, zawsze z każdym problemem biegła do mamy. Ta potrafiła poradzić i wszystko rozumiała. Matka przytuliła, pogładziła, ucałowała i wytłumaczyła... Dziś mamy już nie było i nie mogła zwrócić się do niej o pomoc. Jedynie kto jej pozostał, to Bjorn i Maria. Dla nich pragnęła żyć. Obawiała się, że źli ludzie za niedługo wszystko jej odbiorą.
Czy tak ma wyglądać jej koniec życia?
Upokorzona, dręczona i poniżona do czasu, kiedy zapłonie stos i zakończy tę całą farsę?
Ingrid zapłakała.
*
Przebudził ją odgłos otwieranych krat. Otworzyła oczy. Przed nią stał pastor oraz jakiś człowiek, którego nigdy przedtem nie widziała. Czarna toga świadczyła, że jest kimś ważnym.
- Ingrid? - odezwał się pastor. - Przyszedłem, żeby cię wyspowiadać. Ten człowiek to sędzia, przyszedł zadać ci parę pytań... - Uchwycił ją za rękę i spojrzał wymownie w oczy.
Zrozumiała, co chce jej powiedzieć. Nie ufaj mu, niczego nie potwierdzaj.
Nastała chwila pełna ciszy, przerwana zaraz nieprzyjemnym barytonem sędziego. Na jego głos Ingrid wzdrygnęła się. Zrobiło się jej niedobrze.
- W imieniu prawa pytam cię, kobieto - przystąpił do rzeczy sędzia. - W jaki sposób zostałaś czarownicą? Czy przez przyuczenie, z własnej chęci, a może z pokuszenia?
Zrozpaczona spojrzała w oczy pastora, ten nieznacznie pokiwał głową, by dodać jej otuchy, by wiedziała, co ma uczynić. Zebrała w sobie całą siłę, by jej głos zabrzmiał mocno, głośno.
- Nie jestem czarownicą.
To nie wytrąciło sędziego z odgrywania swej roli. Widocznie robił to już nieraz.
- Czy czcisz swojego pana, samego szatana?
- Nie!
- Czy uczestniczyłaś w sabatach?
- Nie!
- Czy jadłaś ludzkie mięso?
- Nie.
- Czy rzucałaś na ludzi uroki w postaci chorób, opętań, śmierci, oraz czy wpływałaś na pogodę oraz swoim złym okiem zabijałaś lub kaleczyłaś zwierzęta?
Ingrid była porażona. Nie spodziewała się takich pytań i dreszcze przebiegły jej przez ciało. Zimny pot oblewał jej plecy, zaczęła się trząść. Mężczyzna w todze kontynuował:
- Czy porywałaś i zjadałaś dzieci?
Nie odpowiedziała, nie była w stanie wykrztusić z siebie słowa. Pytania te były więcej niż obrzydliwe.
- Czy niszczyłaś święte miejsca i w jakikolwiek sposób jej zbezczeszczałaś?
Pastor wpatrywał się w Ingrid, widział, jak zatrwożyły ją te pytania.
On wiedział, że nawet kiedy tego nie potwierdza i nie odpowiada, są to oskarżenia w formie pytań, które jutro zostaną jej zarzucone. Mężczyzna w todze czytał tymczasem kolejne zarzuty, co chwila zaznaczając coś w swej księdze.
W końcu jednak pytania ustały, sędzia wyszedł i pozostawił pastora samego z kobietą, aby mógł udzielić jej ostatniej spowiedzi. Jeżeli przyzna się podczas rozmowy z nim, będzie musiał złożyć podpis w owej księdze świadczącej przeciwko niej.
- Co... co z moją Marią? - wydusiła z siebie od razu.
- Zaopiekowałem się nią - szepnął, rozglądając się wokół. - Nie martw się, jest bezpieczna. Poinformowałem twojego... towarzysza o zaistniałej sytuacji. Ciężko to przeżył. Lecz nie lękaj się, moje dziecko, musisz mieć w sobie nadzieję.
- Nie wydostanę się stąd, prawda?
- Wierz, wiara czyni cuda - odpowiedział na zadane mu pytanie.
- Wiem, że się stąd nie wydostanę. Proszę mnie nie okłamywać. Proszę mi powiedzieć prawdę. Muszę ją znać, jakakolwiek by była. - Po jej policzkach spływały wielkie łzy.
Pastor spojrzał na nią uważnie, zrobiło mu się jej żal. Postanowił nie oszukiwać jej, zbyt wiele jej zawdzięczał, nawet pomimo skrywanej w głębi serca tajemnicy.
- Kiedy cię pojmano, zjawiło się wielu ludzi świadczących przeciw tobie. W twoim domu znaleziono suszone rośliny i maści, których zastosowania nikt nie zna. Dwaj mężczyźni oskarżają cię o złe oko, że rzuciłaś zaklęcie na ich kamrata i że widujesz rzeczy niewidoczne dla normalnego człowieka. Jesteś winna śmierci jednego człowieka. Jakaś kobieta widziała cię spoglądającą do jednego z domów przed wejściem do miasta. Podobno rzucałaś czar na mieszkających tam ludzi. Widziała bowiem, jak szepczesz magiczne formułki...
- Och, to straszne! Chyba nie uwierzą im w takie gadanie? To był mój dom. Tamtego dnia spojrzałam w jego okna, chciałam zobaczyć, czy ktoś tam jest. Może moja zmarła matka? Ojciec? Może po prostu chciałam, aby oni żyli i dżuma okazała się po prostu tylko złym snem?
Pastor zmieszał się na chwilę, słysząc wypowiadane przez nią słowa. Wnet jednak się zmobilizował.
- Oni im wierzą, Ingrid. Pewna kobieta widziała, jak sprawiłaś na targu, że twój koszyk wywrócił się do góry nogami, po czym wysypało się z niego wszystko uprzednio przez ciebie zakupione.
- Przecież to nieprawda!
- To są zarzuty i trudno będzie przekonać kogokolwiek o twojej niewinności...
- A więc to znaczy... to znaczy, że nie ma nadziei?
Pastor spuścił wzrok i pokręcił głową.
- Kiedy?
- Jutro z samego rana. Jesteś dla nich zbyt niebezpieczna, nie będą cię tu trzymali więcej niż tę jedną noc.
Już miał wychodzić. Odwrócił się jednak i rzekł:
- Nie miałem ci tego mówić...
- O co chodzi?
- Jutro o świcie. Przyjdą po ciebie i... Będą cię torturować.
- Jestem niewinna!
- Mają sposoby, abyś przyznała się bez względu na to, czy jesteś winna, czy też nie.
Podszedł do niej.
- Jeżeli chcesz, przyjdę o świcie z nimi. Podam ci jakieś środki, które znieczulą ból, tylko powiedz... tylko powiedz jakie... - Jego głos drżał.
To był podstęp, ale zauważył, że ona domyśliła się tego, kiedy tak wpatrywała się w jego rozbiegane oczy. Spojrzała na drzwi, za którymi przed chwilą zniknął sędzia.
Wiedziała też, że nie połknie żadnych środków. Będzie się patrzyła swym oprawcom prosto w oczy, a jeśli jest życie po śmierci, już ona postara się, aby nigdy o niej nie zapomniano!
- Dziękuję. Jednak nie będzie mi to potrzebne. Jestem niewinna i cokolwiek będzie się działo, nigdy nie usłyszą z moich ust przyznania się do winy.
- Dziecko - powiedział on - nie wiesz, co mówisz.
I odszedł. Krata zajęczała przeraźliwie, kiedy ją zamykał. Szczęk klucza w zamku był jak wyrocznia, już na zawsze zapisze się w jej pamięci. Ingrid zupełnie straciła nadzieję.
*
- Czego chcecie? - warknął Bjorn, podchodząc i otwierając drzwi na oścież.
W progu stał pastor.
- Musiałem przyjść. Czekałem, dopóki nie zapadnie noc.
- Przynosicie jakieś wieści? - W oczach kata zalśniła nadzieja.
- Niestety, sytuacja jest poważna. Jutro o świcie po nią przyjdą. Od razu poprowadzą na tortury. Wybrałem się na ochotnika tutaj, aby ci przekazać, że także masz się jutro stawić. Ty bowiem zostałeś wyznaczony... masz sprawić, żeby przyznała się do winy.
- Nigdy! - wykrzyknął.
- Jeżeli się nie stawisz, przyjdą po ciebie i zostaniesz powieszony jako jej pomocnik. Musisz tam przyjść.
- Pastorze, wiecie, że tego nie uczynię. Powiedzcie: istnieje jakaś szansa na jej ocalenie?
Mężczyzna zastanawiał się przez chwilę.
W końcu powiedział:
- Może istnieje sposób. Ale, na Boga, ja ci w nim nie mogę pomóc... Rób, co musisz. Zaopiekuję się waszym dzieckiem, a kiedy ją uwolnisz, spotkamy się i zwrócę wam córkę...
Pastor opisał miejsce na skraju miasta - stamtąd odbiorą swoją pociechę, a potem razem wyruszą w dalszą drogę...
*
Ingrid usłyszała cichy jęk dochodzący od strony jednej z kobiet leżących tuż obok. Kobiecy jęk przemienił się w cichy płacz.
Kobieta w jednej chwili zaczęła się wić po podłodze, a jej ciałem wstrząsały drgawki. Potem uspokoiła się. Oczy otwarły się nagle i spojrzenie padło wprost na Ingrid.
- Kim jesteś? - zapytała tamta, przestraszona, głosem tak ochrypłym, że Ingrid przeszły ciarki.
- Nazywam się Ingrid, zostałam dziś wtrącona do więzienia. Oskarżono mnie o czary.
- Mnie też. Nie ma ratunku. Dziś myślałam, że skonam od ciągłego bólu, nawet prosiłam o śmierć, ale umrzeć nie można na własne życzenie.
- Kim jesteś? Czy ciebie też oskarżono o czary?
- Tak. Jestem Alina, córka krawca. Jakiś czas temu miałam wyjść za przystojnego i bogatego człowieka. Kochałam go i myślałam, że do końca będziemy razem. Ale pomiędzy nami pojawiła się kobieta. Zła i nikczemna, doprowadziła do rozpadu naszego związku. Porzucił mnie dla niej. Ona go kochała od dziecięcych lat. Pewnej nocy przyszli po mnie i od tamtego czasu już tu pozostałam. Minęły dwa dni dopiero, a dla mnie to jakbym życie dawno miała za sobą.
- Tak mi przykro - powiedziała Ingrid, próbując dojrzeć w ciemnościach twarz kobiety. Na jej ciele widniało wiele ran od dotkliwego pobicia.
- Miałam przed sobą całe życie. Nikomu nigdy nie ubliżyłam, a teraz skonam utopiona w jeziorze.
- Skąd wiesz?
- Słyszałam, jak mówili, że próba wody będzie dla mnie najodpowiedniejsza. Jeżeli będę niewinna, to utonę, jeżeli zaś będę walczyć o życie... - Zapłakała.
- Ludzka nikczemność nie zna granic - wyszeptała Ingrid. - Nie kat jest zabójcą ale ten, z którego ust wypłynęły oskarżenia przeciw tobie...
Nagle kobieta zaczęła kolejny raz trząść się niczym w malignie. Wyciągnęła poranioną dłoń. Uchwyciła rękę Ingrid.
- Czy możesz mi coś przyrzec?
- Myślę, że nie na wiele się to zda. Dla mnie też nie ma nadziei...
- Lecz obiecaj mi, proszę. Czy uczynisz to dla mnie?
- Obiecuję. - Nie chciała jej zbytnio męczyć, dlaczego więc miałaby nie obiecać czegoś, jeśli miało jej to w czymś pomóc.
- Jeżeli uda ci się stąd wydostać... Jeżeli wyjdziesz żywa i nie uznają cię za wiedźmę... Pomścij się za mnie na tej, przez którą się tu znalazłam, przez którą konam w lochu ze straconymi nadziejami.
Biedna kobieta - pomyślała Ingrid. Miała życie przed sobą, a tymczasem gaśnie w oczach, niczym koniec dopalającego się knota.
- Obiecujesz?
- Obiecuję. Gdzie ją znajdę?
- Oni teraz wyjechali. Opuścili miasto, nie wiem gdzie. Jeżeli będziesz mogła, to odszukasz ich z pewnością. Ona... - urwała na chwilę, musiała nabrać sił. - To córka pastora z sąsiedniej parafii. Była tam znana, bardzo znana... Nazywa się Davana.
Biedna Alina, taka młoda, a już na progu śmierci - pomyślała Ingrid z żalem, pomimo iż znajdowała się w tej samej sytuacji, co kobieta.
Ingrid miała bardzo czułe serce.
- Znam jej tajemnicę... - dosłyszała Ingrid, więc mocniej nastawiła uszu. - Wmówiła Svenovi, że spodziewa się jego dziecka. Mnie zaś powiedziała prawdę, kto jest ojcem i to wielki wstyd... Nie wierzyłam z początku, ale teraz jestem pewna, że mówiła prawdę. Już wtedy wiedziała, że się mnie pozbędzie. Biedny Sven...
- Biedny, a jednak odjechał z nią i pozostawił cię tutaj samą?
- Nie wie, co czyni, omotała go...
- Powinien teraz stać obok ciebie, dowieść, że oskarżenia wobec ciebie są fałszywe, a tymczasem zapomniał o tobie.
- Nie wie, co czyni... nie wie, co czyni...
Alina zamknęła oczy. Oddychała powoli, z trudem. Zza ucha sączyła się krew. W końcu otworzyła oczy.
- Jej tajemnica to... - I tu wyszeptała z trudem tajemnicę owej córki pastora.
Ingrid przerażona zakryła usta dłonią. Tego się nie spodziewała. Wierzyła, że to prawda, dziewczyna sama by sobie tego nie wymyśliła w takiej sytuacji, w jakiej się znalazła. Bo i po co miałaby kłamać?
- Sprawiedliwości musi stać się zadość...
Ingrid pokiwała głową.
- Tak się też stanie...
Zazgrzytały otwierane kraty. Wszedł człowiek, pochwycił przestraszoną Ingrid i przycisnął ją do ściany. Brutalnie chwycił jej ręce i poprawił wiązanie kajdan tak, by zupełnie nie mogła ruszyć się ze swojego miejsca. Zniknął równie szybko, jak się pojawił. Ingrid opadła na zimną kamienną posadzkę. Czuła nieuchronnie zbliżający się koniec.
*
Bjorn ubrał swój roboczy strój. Nałożył na siebie czerwony kaptur z powodzeniem zakrywający twarz, wziął topór i nie zastanawiając się wiele, ruszył przed siebie. Był sam, pastor dawno odszedł, on czekał tylko na odpowiednią okazję. Teraz szedł krokiem pewnym, zdecydowanym, przygotowany na wszystko. Nie zależało mu na swoim życiu. Zależało mu na sprawiedliwości. Nikt nie pozbawi go tego, czego odmawiano mu przez całe życie: miłości, czułości i troski o drugiego człowieka. Nikomu na to nie pozwoli!
Była późna noc, świecił blady księżyc, czasami przesłaniany przez ciemne chmury. Kat wyglądał złowieszczo i dostojnie, mógł budzić podziw, jak i przerażenie. Szybko dotarł do miasta, bez zbędnych pytań od razu przepuszczono go przez bramę. Ktoś taki jak on mógł po nocach poruszać się po mieście bez problemów. Już z oddali zobaczył szubienicę. Podszedł do niej żwawym krokiem i zamierzył się ogromnym toporem. Błysnęła stal i ostrze przebiło na pół kawał drzewa. Zadał kolejny cios. I jeszcze jeden. Każdy zadawany był miarowo i celnie, tak jak się tego nauczył, a siła i precyzja zamachnięć pozwalała szybko rąbać drewno na kawałki.
Zerwał się wiatr. Z początku wiało tylko troszkę, lecz kiedy z szubienicy zostały już tylko części, rozszalało się na dobre.
Kat nie zważał na nic. Taka pogoda była mu nawet na rękę, ludzie będą siedzieć w domach. On zaś spokojnie robił, co do niego należało.
Teraz skierował się w stronę więzienia. Szedł po Ingrid i miał zamiar wyprowadzić ją stamtąd nawet za cenę czyjegoś życia.
Przed wejściem do więzienia zapalił wiszącą na zewnątrz lampkę, miał to być znak, na który umówił się uprzednio z pastorem. Miał tylko nadzieję, że wszystko przebiegnie po jego myśli, nie chciał bowiem zabijać niepotrzebnie, a wiedział, że nic go przed tym nie powstrzyma.
W końcu zebrał w sobie całą odwagę. Załomotał w drzwi. Pojawił się w nich młody chłopak będący tej nocy na służbie.
- Wpuść mnie. Przyszedłem w pewnej sprawie, a ta nie może czekać do rana.
- Mam zakaz...
- Nie obchodzą mnie twoje zakazy. Natychmiast otwórz drzwi!
Chłopak odsunął się, by zrobić miejsce do przejścia. Bjorn wszedł do środka żwawym krokiem. Wiedział, dokąd ma pójść, gdzie jest kolejna straż i klucze do lochów. Zszedł schodami. Wszędzie panowałaby ciemność, gdyby nie zapalone pochodnie zawieszone na ścianach. Na stopniu, gdzie schody skręcały w prawo, zatrzymał się. Spokojnie wychylił głowę i spojrzał przed siebie. Strażnik siedział wraz ze swym koleżką. Grali w karty. Na małym stoliku zrobionym z beczki stało wino i dwa opróżnione kubki. Musiał poczekać, dopóki jeden z nich nie odejdzie, wtedy zareaguje. Mijały minuty długie jak godziny, czas dłużył się niemiłosiernie. Powoli tracił cierpliwość. W końcu jednak jeden z nich wstał i odszedł na stronę. Bjorn przystąpił natychmiast do rzeczy. Wyszedł z cienia i zamierzył się na siedzącego tyłem strażnika. Ten, uderzony trzonem mocnego topora, runął na ziemię, zamroczony. Kat skierował się w stronę drugiego strażnika. Zauważył go stojącego w kącie i oddającego mocz. Podszedł do niego blisko, chwycił za włosy uderzył jego głową o kamienny mur. Strażnik upadł bezwładnie. Zawrócił do schodów, zabrał klucze i ruszył kolejnymi schodami w dół. Było tu przeraźliwie zimno i na samą myśl, co musiała znosić jego ukochana, narastał w nim jeszcze większy gniew.
- Ingrid?! - zawołał. - Ingrid?
Zastanawiał się, gdzie ją uwięzili. Miał tylko nadzieję, że nie przyszedł za późno i że pastor nie podał mu błędnych informacji. Chodził od jednych drzwi do drugich, łomotał w nie i nawoływał. Najgorszy był strach, że może przyszedł za późno. Wtedy usłyszał jej głos.
- Bjorn? Bjorn! Tutaj jestem!
Poszedł za jej głosem. Otworzył wejście i wziął ukochaną w ramiona. Dopiero teraz odetchnął z ulgą. Opuścił go cały strach. Był przy niej.
- Dzięki Bogu, jesteś. - Przylgnął do niej. - Nic ci nie zrobili? Czy wszystko jest dobrze?
- Jestem cała. - Rozpłakała się. - Tak się cieszę, że przyszedłeś... tak się bałam...
Uwolnił ją. Ingrid od razu rzuciła się na pomoc Alinie. Bjorn podszedł bliżej.
- Kto to jest?
- Alina. Umarła przed chwilą... - Zarzuciła mu zbolałe ręce na ramiona. Trzęsła się cała i z zimna, i z targającego nią płaczu. Nadal nie potrafiła uwierzyć, że on tu jest.
- Jak się tu dostałeś?
- Nie pytaj teraz, musimy uciekać! Co z tamtą? - zapytał.
- Była to nieszczęśliwa kobieta.
- Chodź, musimy uciekać. - Pociągnął ją za sobą.
- A strażnicy?
- Jakiś czas sobie pośpią - szepnął, roześmiał się nerwowo i pocałował.
Następnie wziął ją za rękę i pobiegli w górę.
Pokonali pierwsze schody. Kiedy Ingrid spostrzegła leżącego nieruchomo strażnika, jęknęła.
- Nie bój się, nie zabiłem go - rzucił, po czym ruszył dalej w stronę wyjścia.
Tam natknęli się na młodzieniaszka. Zastąpił im drogę. Odważny czy głupi? - pomyślał Bjorn.
- Panie, nie możecie zabierać więźnia. To zakazane.
- Posłuchaj - mówił Bjorn spokojnie - jeśli ci życie miłe, zejdź mi natychmiast z drogi. Jednym ruchem mogę rozpłatać ci czaszkę, a wierz mi, że mam w tym niemałe doświadczenie.
Chłopak na widok unoszonego topora odskoczył w bok.
- Nie zabijajcie, panie! - krzyknął.
- Otwórz więc drzwi i idź do swoich koleżków, potrzebują pomocy.
Drzwi zostały otwarte. Dwie ciemne sylwetki szarpane silnym wiatrem pobiegły w ciemność, trzymając się za ręce...
*
Zanim dobiegli do chaty, spadły pierwsze krople deszczu. Drzewa szumiały i skrzypiały, jakby się skarżyły. Bjorn odetchnął, gdy zobaczył przed domem mały powóz zaprzęgnięty w dwa konie.
- Zabierz pieniądze, najpotrzebniejsze rzeczy. Wyruszamy.
Ingrid nie pytała dokąd, pobiegła po prostu i w pośpiechu wrzucała najpotrzebniejsze rzeczy do kosza i worków. Zabrała ubrania, derki, wszystkie pozostałe maści i zioła, sakiewkę z pieniędzmi, jedzenie. I oczywiście także zeszyt, jej największy skarb i wspomnienie chwil przeżytych u Zoriny. Wszystko razem wrzucała na przemian do dwóch worków. Nadszedł Bjorn. Zrzucił ubranie kata, nie miał też topora. Zabrał worki i cisnął je na wóz. Ingrid ułożyła na nich koszyki, wszystko nakryli derkami, na których umieścili parę ciężkich mebli, aby wiatr nie zrzucił materiałów pod spodem. Wskoczyli na przód wozu i zarzuciwszy na siebie derki, ruszyli w ciemność. Niestety pastora w umówionym miejscu nie było...
- Dokąd jedziemy? - zapytała Ingrid.
- Nie wiem, jak najdalej stąd - odpowiedział Bjorn, nie namyślając się wiele.
- Nasza córka jest u pastora...
- Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Wrócimy po nią w odpowiednim czasie...
Spojrzał po chwili na Ingrid i nie wiedział, czy ona płacze, czy może to deszcz spływa po jej policzkach. Jego też dziwnie piekły oczy.
Konie pędziły jak oszalałe, a Bjorn jeszcze ich popędzał. Bał się o przyszłość. Czy uda im się umknąć? Co stanie się z ich małą córką?
Ingrid płakała cicho nad zmarłą Aliną, opuszczoną Marią, domem, do którego była przywiązana i nad niepewną przyszłością. Przez nią Bjorn naraził się prawu, teraz również jemu zagrażało niebezpieczeństwo. Wrócę po ciebie, Mario - przysięgała w duszy. - Nie zostawię cię samej. Wrócę jak najprędzej...
Chmury opadły nisko. Burza rozszalała się na dobre. Wiatr wdzierał się pod ubranie. Liście złowieszczo szumiały. Nastała najczarniejsza pora nocy.
*
Dwie pary oczu wpatrywały się przed siebie. Dwoje ludzi uciekało, pozostawiając za sobą całe swoje dotychczasowe życie.
Czy nam się uda? - zastanawiał się Bjorn.
Czy już na zawsze zostałam napiętnowana cieniem czarownicy? - pytała się w myślach Ingrid.
Chroń, Boże, nasze dziecko - myśleli razem.
Powoli wóz znikał w oddali - coraz bardziej oddalał się od miasta...