FELICJA
Z Gretą poznałyśmy się jakieś sto lat temu. Dokładnie mówiąc, ze dwanaście. Na kursie prawa jazdy, który - gwoli ścisłości - ona zdała bez problemu za pierwszym razem, ja z kolei podchodziłam do egzaminu jeszcze trzykrotnie, zanim w końcu zdobyłam upragniony papierek. Ponieważ była tam jedyną osobą, do której w ogóle miałam ochotę się odezwać, od razu się zakumplowałyśmy. Zaraz po pierwszym wykładzie poszłyśmy razem na piwo i tak... od słowa do słowa, okazało się, że obie tkwimy w kretyńskich układach tak zwanych sercowych. Ona w małżeństwie z alkoholikiem, a ja w toksycznym związku z pewnym bałwanem, który robił ze mną, co chciał, zdradzając mnie na prawo i lewo z kim popadnie. Nieważne, stara dupa czy młoda dupa, wszystkie musiały być jego, a ja - zakochana kretynka - udawałam ślepotę w nadziei, że on się zmieni. No tak, taka sztampa. Nie zmienił się do dziś, za to dzięki Grecie miesiąc później wykopałam go z mojego mieszkania dosłownie i w przenośni. Natomiast ona sama borykała się ze swoim debilem jeszcze przez kilka lat. Cóż, mieli dziecko. Teraz to "dziecko" daje się we znaki mamusi, nie doceniając, ile z jego powodu przeszła. Do dziś pamiętam tamten wieczór: opuściłyśmy knajpę nad ranem, nieco wstawione, za to silniejsze. Jednak czasem każdy potrzebuje wsparcia. Greta miała wtedy około czterdziestki, choć myślałam, że jest w moim wieku. Nadal tak wygląda. Jak ja wyglądam - nie wiem. Nawet w lustro nie patrzę, bo po co. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Greta wróciła do swojej wsi, bo samo Kryszewo to administracyjnie wciąż niby wieś, nie miasteczko, choć ma miejski charakter i faktycznie z prawdziwą wsią nie ma już od dawna nic wspólnego. To po prostu duża, rozwojowa miejscowość gminna, położona nieopodal Gdańska, majętna, malownicza i cywilizowana, bardziej turystyczna niż rolnicza. Sorry, w ogóle nie rolnicza. Rolnika tu nie uświadczysz, jedynie jakieś niedobitki dawnego systemu, za to biznesmenów jest multum. Niemal wszyscy napływowi, bo Kryszewo stało się z biegiem lat czymś w rodzaju mieszkalnego zaplecza Trójmiasta - dla bogatych, bo grunty tu drogie. Jeden z nich został z czasem nowym mężem Grety, a ona, wspierana przez niego finansowo oraz moralnie, wykazała się talentem politycznym i - po wstąpieniu w szeregi lokalnego liberalnego stronnictwa - została ulubioną radną miejscowych. Zarówno "autochtonów", jak i "miastowych", ponieważ niejako łączy obie grupy. Wybierają ją od tamtej pory za każdym razem, wcale nie ze względu na urodę, a przynajmniej nie tylko. Jest naprawdę świetną radną, skuteczną we wszystkim, do czego się zabierze. Co do mnie, zostałam w mieście, uparcie próbując swych sił w dziennikarstwie. Raz na wozie, raz pod wozem. Podobnie w życiu osobistym. Kretynizm nie mija automatycznie wraz z wiekiem, więc wpadłam jak śliwka w kompot w kolejny toksyczny związek. Chłop tym razem się nie łajdaczył, za to okazał się niezaradnym życiowo niebieskim ptakiem, wieszającym się jak bluszcz na babie. Utrzymywałam obiboka ze swojej dziennikarskiej pensji przez ładnych parę lat, aż w końcu rozum mi wrócił i postawiłam mu ultimatum: praca (jakakolwiek!) albo won, niech spierdala w podskokach. Oczywiście gnojek wybrał to drugie, zwiał w podskokach, tym bardziej że ja właśnie straciłam swoją robotę i nie miał go już kto utrzymać. Z tego, co mi wiadomo, przykleił się jak kleszcz do innej idiotki, oby szybko przejrzała na oczy... Wracając do rzeczy, wyleciałam z posady za politykę, gdy konfiguracja uległa zmianie. Dobrej zmianie, podobno. I znów z pomocą przyszła mi Greta, bo tak się składało, że przez cały ten czas utrzymywałyśmy ze sobą regularny kontakt. Mianowicie zwerbowała mnie tutaj w charakterze redaktorki gminnej gazety, portalu oraz rzeczniczki prasowej urzędu gminy. Nie powiem, że byłam zachwycona. W życiu nie mieszkałam w takiej pipidówie, nie miałam pojęcia, co mnie tam czeka. Dość długo musiała mnie namawiać, a namawiała usilnie, bo akurat zwolnili poprzedniego rzecznika, który był podobno totalnym analfabetą. Chyba prawda, sądząc po dokonaniach. Cóż, ostatecznie zgodziłam się, bo Greta skusiła mnie warunkami, zresztą wybór miałam niewielki, w Trójmieście byłam spalona. Zgodziłam się ostatecznie na rok, na próbę. Muszę przyznać, że nawet mi się spodobało. Ta cała przyroda dookoła, dla mnie coś całkiem nowego. No i przede wszystkim święty spokój. Odpukać, bo wygląda na to, że do czasu...
Kilka miesięcy przepracowałam bez zgrzytów, gdy wylazła sprawa tych pijaczków. I niech mi nikt nie wmawia, że to normalne. W ciągu jednego miesiąca odnotowano tu więcej ofiar zamarznięć niż w pozostałych gminach województwa razem wziętych! Wszystkie te osoby były w chwili śmierci pod wpływem, żadna natomiast - z wyjątkiem jednej starej kloszardki nocującej na działkach pracowniczych leśnictwa - nie była bezdomna. A oni chcą to zamieść pod dywan. Tak jakby przemilczenie faktów było jakimś zaklęciem, które sprawia, że tych faktów nie ma. Temat i bez mojej pomocy podchwyciły już gazety regionalne, wkrótce rozniesie się to na całą Polskę. A tymczasem Greta - moja przyjaciółka, cholerna lokalna patriotka - żąda ode mnie, żebym udawała ślepą, głuchą i upośledzoną umysłowo. No to się zaczęło. Niby to nie polityka, ale coś w tym rodzaju. Ja chyba nigdy nigdzie nie zagrzeję miejsca, mam bowiem jedną przypadłość, z którą nie potrafię walczyć: lubię nie mieć sobie nic do zarzucenia, a swój zawód traktuję poważnie, nawet jeśli na co dzień zajmuję się decyzjami gminy co do odśnieżania wiejskiej drogi czy zagospodarowania placyku przed urzędem na lodowisko dla dzieci. Wydawało mi się do tej pory, że Greta to rozumie. Że mnie zna. Jednak mnie zaskoczyła. I co ja mam teraz robić, pytam się. Udawać, że to normalne, że w bogatej i szanowanej gminie zamarza jeden gość tygodniowo? Zgodzić się na ich warunki? Pisać i gadać pod dyktando? Czy użerać się i ryzykować, że stracę kolejną fuchę?...
Kryszewo, styczeń
Tego dnia Felicja wstała dość wcześnie, obudziła się bowiem z kamiennego snu. Zawsze tak głęboko spała, gdy za oknem szalała zamieć. Zaczęło sypać jeszcze wieczorem, a w nocy potężna śnieżyca pokryła kolejną warstwą śniegu senne jeszcze o tej porze miasteczko. Dziennikarka wyjrzała przez okno. Dopiero zaczynało się rozwidniać, wszystko wokół tonęło w bieli, w powietrzu ciągle wirowały zwarte, gęste płatki śniegu. Z ciekawości zerknęła na wiszący za oknem termometr: mróz nieco zelżał, teraz było tylko minus dwanaście stopni, ale do wieczora wzrośnie, jak zwykle. Zaparzyła sobie kawy, w lodówce znalazła jeszcze trochę sera, zorientowała się jednak, że nie ma ani kawałka chleba. Wczoraj zapomniała go kupić. Skończył się nawet zapas chrupkiego pieczywa. Zaklęła pod nosem. Trzeba wyjść do sklepu coś kupić. Wypiła kawę i ubrała się niechętnie. Dżinsy, polarowa bluza, na to płaszcz. Z kapturem, bo czapek nie znosiła od dziecka. Kozaki. Rękawiczki. Szalik. A niech diabli wezmą zimę cholerną... Cicho, żeby nie budzić gospodarzy, zbiegła po schodach. Na szczęście tylko sień była wspólna, do niej - w prawo, na poddasze - prowadziły kręte drewniane schody, do mieszkania właścicieli drzwi na wprost. Gdy tylko wyszła na zewnątrz, mróz szczypnął ją w policzki. Niby marne dwanaście stopni, a jednak. To pewnie od wiatru, który nadal powiewał, choć w porównaniu z nocną zawieją był już o wiele słabszy. Na ulicach pusto, tylko gdzieniegdzie przemykała się spiesznie jakaś otulona w kurtkę i czapę, zgarbiona postać. Sklepik był blisko, zaraz za rogiem. Do najbliższego supermarketu Felicja musiałaby iść spory kawałek dalej, pobłogosławiła więc w duchu drobną miejscową inicjatywę. Gdy wyszła z uliczki na plac, przystanęła i odetchnęła pełną piersią, lodowate powietrze przywróciło jej energię, drobinki śniegu osiadły na wargach i rzęsach. Uśmiechnęła się do siebie pod grubym szalikiem z polaru. Nagle poczuła coś w rodzaju szczęścia. To było coś, co odkryła dopiero tutaj: regenerująca siła natury. W oddali, zamglone w padającym śniegu, widniały słabe zarysy okolicznych wzgórz otulających kotlinę, w której nadal spało miasteczko. Spało jednak tylko z pozoru. Gdy bowiem weszła do sklepu, buchnęła w nią para z oddechów zgromadzonych tam ludzi oraz gwar podnieconych głosów. W kolejce przy ladzie zgromadziło się kilka osób, w większości starszych mężczyzn. Dyskutowali o czymś zawzięcie, dopiero na jej widok wszyscy nagle ucichli. Stanęła na końcu kolejki. Sklepowa, a zarazem właścicielka sklepiku, wysoka, ładna, miła kobieta po czterdziestce - z uśmiechem pakowała produkty do jednorazowych toreb. Od czasu do czasu zapisywała też zamówienia, posługując się legendarnym już dla całego miasteczka "etatowym" niemieckim (zapewne pochodzącym jeszcze z NRD) długopisem z napisem Ordnung muß sein, pozostawionym przez poprzednich właścicieli lokalu, a który zatrzymała sobie na szczęście, by interes dobrze kwitł. Wszystko wskazywało na to, że rekwizyt dobrze jej służy - klientów tu nigdy nie brakowało.
Mężczyźni jednak ze sklepu nie wyszli, tylko przesunęli się na bok, jakby czekali, aż Felicja kupi swoje i sobie pójdzie. Nieco zmieszana, choć starała się to zignorować, poprosiła o razowy chleb i paczkę sucharków, do tego jogurt owocowy. Skusił ją także ostry ser pleśniowy, który zobaczyła w chłodziarce. Ekspedientka wyczuła chyba niezręczną sytuację, bo wydając resztę, zagaiła:
- Słyszała już pani? Szukają tego Kowalskiego, co to zaginął przedwczoraj w nocy...
Felicja uniosła brwi.
- Jak to zaginął? - zapytała.
- No, do domu nie dotarł, w knajpie go ostatnio widziano. Sam mieszka, dopiero sąsiedzi zgłosili. A taka śnieżyca była. Policja go szuka, z psem. I ochotnicy.
- Gdzie?
- W lasach. Tu, w okolicy. Bo on w tej osadzie w lesie mieszkał. Dawniejszymi czasy sołtysem tam był, ale się rozpił i zmarnował.
- Myśli pani, że to będzie kolejny przypadek?... Sklepowa pokiwała smętnie głową.
- Wszyscy tak myślą. Bo niby gdzie zaginął? A tam często na skróty przez las wracali. Nawet teraz, w zimie, choć tam pewnie śniegu po pas. Choć pani sama w gazetce ostrzegała, żeby po bezdrożach nie chodzić w taką pogodę...
Starsi mężczyźni przysłuchiwali się tej wymianie zdań z uwagą. Podczas gdy Felicja pakowała swoje sprawunki do siatki, jeden z nich nie wytrzymał i wtrącił zachrypniętym głosem:
- Klątwa, pani! Jak nic, klątwa na tych grzeszników!
- Panie Janku! - przerwała mu właścicielka sklepu. - Jaka znowu klątwa? Co też pan opowiada?
- W gorzale diabeł siedzi, pani Renatko szanowna, ot co! - odparł z urazą.
- Klątwa? Jeśli już, to skutki bezmyślności, proszę pana, a nie żadna klątwa - dodała Felicja, szykując się do wyjścia.
- Cała ta wieś przeklęta! - upierał się dziadek. - My swoje wiedzą.
Dziennikarka zerknęła porozumiewawczo na sklepową. Od początku lubiła Renatę Dudzińską. Sklepikarka była bystra, grzeczna, rozsądna, i zawsze dobrze poinformowana. Wiadomo, jak to w sklepie. Mimo że w Kryszewie namnożyło się dużych marketów jak grzybów po deszczu, miejscowy sklepik nadal pełnił funkcję placówki pierwszego kontaktu. Wymieniły znaczące spojrzenia, po czym Felicja pożegnała się i opuściła sklep, obiecując sobie, że tym razem Grecie nie przepuści. Musiała przecież wiedzieć o zaginięciu kolejnego delikwenta...
***
- Przestań się tak unosić! Tak, już się podobno znalazł... - weszła jej w słowo Greta. Słychać było wyraźnie, że jest w nie najlepszym humorze. - Właśnie otrzymałam wiadomość. Są jeszcze na miejscu...
- Martwy, tak? Sopel lodu?
- A jak myślisz? Że żywy przetrwałby w lesie dwie noce z rzędu? Przy mrozie ponad dwadzieścia stopni i w dodatku śnieżycy? Tak, znaleźli nieboszczyka. I nie, nic wcześniej nie wiedziałam, że ten facet zaginął! Sąsiedzi zgłosili policji zaginięcie dopiero wczorajszego wieczoru, ale po ciemku i tak nie byli w stanie nic zrobić, dlatego dopiero dziś rano rozpoczęli poszukiwania. Właśnie wtedy się dowiedziałam, i przestań mnie wkurzać, bo zrobiłam wszystko, co mogłam, by potraktowali tę sprawę priorytetowo! Akurat miałam do ciebie dzwonić, bo i tak...
Felicja przerwała jej rozeźlona:
- Jestem rzecznikiem prasowym, a dowiaduję się o wszystkim w sklepie! Dzięki bardzo. Miałaś dzwonić? To dlaczego nie zrobiłaś tego od razu, co?
- Bo cię nie chciałam budzić! Była szósta rano, a ty zawsze długo śpisz! Co byś pomogła? Daj spokój. Miałam dzwonić, bo policja chce, żebyś nadała jakiś komunikat. Nie wiem, o co dokładnie chodzi, ale chyba nie mamy wyjścia...
- Czyli kolejny przypadek cudem zamarzniętego umarlaka? Który to już?
- Czy ty musisz być taka cyniczna?
- Ja?!
- Tak, ty. Wszyscy mają o tobie taką opinię: wredna, cyniczna, zimna suka. O mnie nikt tak jakoś nie mówi. Wręcz przeciwnie - dodała złośliwie Greta.
- Mam to w dupie, jak o mnie mówią. Był pijany?
- Tego jeszcze nie wiadomo, muszą wpierw zrobić sekcję. Ale owszem, gość podobno był alkoholikiem, choć to dawny sołtys - przyznała niechętnie. - Zresztą prawdopodobnie wracał z pubu. Z wnioskami jednak zaczekajmy na wyniki badań. Na razie zadzwoń do tego twojego aspiranta... jak mu tam... dowiedz się, o co chodzi z tym komunikatem. I bądź ze mną w kontakcie!
- Aspirant Zygmuś Ryba. Sorry, Zygmunt Ryba. Tak on się zwie, o czym doskonale wiesz, bo go znasz dłużej niż ja. Nie jest mój. Ale oczywiście zaraz do niego zadzwonię. Może wreszcie dowiem się czegoś konkretnego.
- Masz być ze mną w kontakcie! Nic bez porozumienia, słyszysz?
Felicja się rozłączyła. Zanim jednak zdecydowała się zadzwonić do młodego policjanta z lokalnego komisariatu, postanowiła zjeść śniadanie. Bo potem mogłaby już nie mieć okazji. O utracie apetytu nie wspominając. Zalała wrzątkiem herbatę i przygotowała sobie kanapkę, którą przełknęła na stojąco. Dopiero potem wystukała numer aspiranta. Policjant poprosił ją o zamieszczenie w gazecie i na portalu informacji o tym, że policja poszukuje potencjalnych świadków zdarzenia.
- Chodzi o to, pani Felu...
- Felicjo! - poprawiła.
- Pani Felicjo... chodzi o to, że na miejscu, przy zwłokach, nasi ludzie znaleźli ślady butów nienależących do zmarłego. Wygląda na to, że nie był sam. A przynajmniej jest taka szansa - wyjaśnił.
- Znaleźli ślady? Po takiej zawiei? - zdziwiła się dziennikarka.
- Niewyraźne, ale tak. Tam, w lesie, aż tyle śniegu nie napadało. Oczywiście, jak będziemy mieli więcej informacji, to skontaktujemy się z panią. Albo z panią Gretą, bo naciska. Lubi być zawsze na bieżąco.
- Proszę się kontaktować ze mną, okej?
- Jasne. W takim razie...
- Niech pan zaczeka! Gdzie to jest? To znaczy miejsce zdarzenia?
- Niedaleko, przy szosie na Kościerzynę. Pod Leśnym Dołem. Denat był stamtąd.
- Mogłabym tam podjechać?
- Sama? Nie dopuszczą pani. Prowadzą czynności, zabezpieczają ślady. Z pewnością nie zechcą teraz rozmawiać z prasą...
- Szkoda. A później? Jutro? Chciałabym się tam rozejrzeć, rozumie pan, będę musiała wysmarować jakiś tekst, powinnam się przecież orientować, a nawet nie wiem, jak to miejsce wygląda... Jestem tu nowa. Proszę...
Aspirant Ryba zawahał się, lecz trwało to tylko krótką chwilę.
- Jutro mogę tam z panią podjechać - zaproponował.
- Świetnie! - ucieszyła się. - W takim razie do jutra rana. A komunikat zaraz nadam. Proszę mi tylko podesłać jego treść mailem, a ja go zredaguję i wrzucam.
Nazajutrz
Po wczorajszej nawałnicy las stał cichy i obsypany śniegiem, którego jednak im głębiej wchodzili pomiędzy drzewa, tym było mniej. Felicji wydawało się, że starodrzew emanuje odwieczną powagą i spokojem, choć zdawała już sobie sprawę z tego, że to tylko spokój pozorny. Lasy żyją przecież własnym życiem. Miejsce odnalezienia zwłok wciąż oznaczone było biało-czerwoną policyjną taśmą, w niektórych miejscach uszkodzoną, co sugerowało, że pewnie gapie już tutaj trafili. Teraz jednak nie było nikogo, ani człowieka, ani zwierzęcia, nawet ptaki o tej porze roku milczały. Gdzieniegdzie tylko dało się słyszeć typowe dla lasu skrzypnięcia i trzaski.
- Brr - odezwała się półgłosem. - Wolałabym nie znaleźć się tutaj sama.
- I w dodatku nocą, prawda? - Aspirant Ryba pokiwał głową.
Był wysokim brunetem w okolicach trzydziestki, ze śladami niedokładnie ogolonego zarostu na smagłych policzkach. Przystojnym, choć Felicja nie interesowała się tak młodymi facetami. Żadnymi facetami.
- Tutaj go znaleźli, tak? - Rozejrzała się dookoła. Szosy nie było stąd widać z powodu zarośli oraz obniżenia gruntu, jednak wiedziała, że są od niej blisko. Z rzadka coś tu przejeżdżało, jednak akurat taki cud przed chwilą się zdarzył, a warkot silnika słychać było doskonale. No i nie szli długo, zaledwie parę minut, w dość głębokim śniegu.
- Tak, tutaj siedział, oparty o to drzewo - powiedział policjant i wskazał. - Tutaj też znaleziono ślady, raczej nienależące do ofiary, bo mniejsze. Teraz ich nie zobaczymy, bo widzę... - skrzywił się - że grunt został już dokładnie zadeptany. Są jednak obfotografowane i zabezpieczone. Prowadziły aż do granicy lasu, w stronę szosy, i tam znikały. Prawdopodobnie ktoś wsiadł do zaparkowanego na skraju drogi samochodu. Oczywiście o śladach opon nie ma co marzyć; coś tu jednak od czasu do czasu jeździ, w dodatku sypało nieźle, no i pług śnieżny przejeżdżał tędy parę razy.
- Ale coś dało się odczytać z tych śladów?
- Niewiele, nie były zbyt wyraźne. Za dużo sypkiego śniegu. Jednak dużo wskazuje, że mogły należeć do kobiety. Wskazuje na to nie tyle nawet rozmiar, ile jakby... ślad obcasa. Jak w damskich kozaczkach - odparł.
Felicja się zdziwiła.
- Kobieta? Mógł spacerować z kobietą? Miejmy nadzieję, że nie znajdziemy tu gdzieś następnego trupa...
- Nie, raczej nie. Nikt nie zgłosił kolejnego zaginięcia. Ta kobieta... o ile to rzeczywiście była kobieta... mogła wcale nie przebywać tu równocześnie z Kowalskim. Mogła chodzić tędy wcześniej. Lub później.
- Jeśli później, to by znaczyło, że widziała zwłoki. I nie zgłosiła tego faktu.
- Mogło tak być. - Ryba pokiwał głową. - Ludzie czasem w ten sposób reagują. Nie chcą być w nic zamieszani, ciągani po komisariatach i po sądach. Szczególnie tu, na wsi. Tutaj świadomość jest inna, a waga życia i śmierci... no, rozumie pani. Też inna - dokończył zakłopotany.
Dziennikarka skinęła głową, podciągając wyżej szalik, aż na brodę, bo mróz dalej trzymał. Ostre powietrze szczypało w gardło. Przykre doznania łagodził jednak zapach igliwia i żywicy, tak świeży, że z ochotą wciągała go nosem i ustami.
- Niech pani zakryje usta, pani Felu, bo jeszcze się pani przeziębi - zatroszczył się policjant.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.