Prolog
Ocean przesuwał się pod szponami Pełni, równie ciemny i nakrapiany
gwiazdami jak jej własne łuski.
Zawsze myślała o morzu jak o krawędzi świata. Kiedy już do niego
dotarłeś, to był koniec -?nie mogłeś iść dalej.
Teraz jednak wiedziała, że to nie jest prawda.
Fale wyrzuciły na brzeg smoka z drugiego końca oceanu... z plemienia,
którego nikt w Pyrrii nigdy nie widział. Smoka z czterema skrzydłami
zamiast dwóch. Smoka z długimi zwiniętymi czułkami, łuskami niczym
plastry klejnotów i zdolnością tkania ognistego jedwabiu.
Luna była dowodem na to, że hen, po drugiej stronie oceanu, istniał
kontynent pełen dziwnych smoków.
Smoków, które, jak twierdzi, potrzebują mojej pomocy, pomyślała.
Zadrżała. To nie może być prawda. Przecież nie mogły potrzebować akurat
jej.
To z jej winy Mroczny Prześladowca niemal zawładnął całą Pyrrią. Z jej
winy zabił tyle Lodoskrzydłych, w tym ich królową. Widziała w nim zbyt
wiele dobra, a niewystarczająco dużo zła. Było za wcześnie, by mogła
zaufać kolejnemu smokowi opowiadającemu o prześladowaniu. Chciała
wykorzystywać swoje wizje, by nieść światu pomoc... ale nie była gotowa,
by wziąć w swoje szpony los innych plemion.
Jednak Luna pragnęła, by Pełnia uratowała wszystkie Gładkoskrzydłe.
Uważała ją za drugie wcielenie Jasnowidzki, która najwyraźniej była
pierwszą ukochaną, starożytną boginią Pantali.
Tak, bez żadnego stresu.
Może nam powiedzieć, co się wydarzy! -?rozbrzmiało w umyśle Luny.
Zobaczy wszystko, co będą chciały zrobić Ososkrzydłe! Może przewidzieć
kolejny ruch królowej Osy, a wtedy Poczwarka wymyśli, jak ją
powstrzymać!
Tak było przez cały dzień. Luna miała niewiarygodnie duże mniemanie o zdolnościach Pełni i wielkie marzenia o tym, jak zdołają wszystko
zmienić.
W gruncie rzeczy była tak podekscytowana jej darem przewidywania
przyszłości, że Pełnia nie znalazła w sobie jeszcze odwagi, by
powiedzieć jej, że potrafi również czytać w myślach.
Dziwnie się czuła, słysząc wszystko, co Luna myślała o niej, o Ghiblim i Jerboi i, szczerze mówiąc, z każdą chwilą, w której jej o tym nie
mówiła, czuła się coraz bardziej niezręcznie. Gdyby miała dodatkowy
gwiezdny ogień, jakoś podrzuciłaby go Lunie, by uciszyć strumień jej
narastających oczekiwań. Niestety, żadnego nie posiadała, powiedzenie
jej więc o tym i tak by w niczym nie pomogło.
A jednak powinnam to zrobić. Ukrywanie tego jest błędem.
Pełnia westchnęła.
Ona W TEJ CHWILI widzi przyszłość! -?usłyszała jasno i wyraźnie.
Skrzywiła się i odwróciła do skaczącej nad piaskiem smoczycy. Cóż...
próbującej skakać nad piaskiem. Piasek zapadał się pod jej szponami,
niemożliwe więc było złapanie jakiegokolwiek rytmu w podskokach.
To tylko po części były myśli Luny. Pełnia czasami plątała się w nich,
gdy były zbyt bliskie jej własnych. Nie była pewna, dlaczego, ale umysł
Luny był bardziej zawiły niż u innych smoków.
-?Dlaczego jesteś tutaj sama? -?zapytała Luna, z rozmachem siadając obok
niej. Piasek rozprysł się dookoła.
-?Czasami lubię wpatrywać się w księżyce -?powiedziała, po czym
roześmiała się. -?Właściwie to moje pełne imię. Strażniczka Pełni.
-?Moje imię w starym języku oznacza księżyc, wiedziałaś o tym? -
zapytała Luna. -?Teraz to rodzaj ćmy.
Wykopała niewielki dołek w piasku przed sobą i upuściła do niego nić
ognistego jedwabiu. Blask ogrzał szpony Pełni.
-?Nie, nie wiedziałam -?odparła Pełnia, ale spodobało jej się to. Miała
wrażenie, że nieco zbliżyło ją to do smoczycy, która czasami była bardzo
emocjonalna. -?Czym jest stary język?
Luna wzruszyła ramionami.
-?Nie wiem... może to język, którym wszyscy mówili w Pantali przed
przybyciem Jasnowidzki?
-?Jasnowidzka zmieniła wasz język? -?spytała zdumiona Pełnia.
-?Chyba tak. Tak czy siak, słyszałam kiedyś historię, że to z jej powodu
wszyscy mówimy w smoczym.
To wyjaśniało, dlaczego Pantalanie i Pyrrianie rozumieli się nawzajem,
jednak Pełnia nadal była zaintrygowana. Dlaczego Jasnowidzka nie
nauczyła się ich języka?
Być może przewidziała, że pewnego dnia będą musieli się ze sobą
komunikować. A może po prostu miała na to nadzieję.
-?Czy masz właśnie wizję? -?zapytała z nadzieją Luna.
-?Nie! -?odpowiedziała Pełnia. -?Przepraszam. Nie... na razie żadnej nie
mam.
Luna opuściła skrzydła na piasek, po czym podniosła muszelkę i zaczęła
obracać ją w szponach, jakby skupienie się na niej pozwalało jej
powstrzymać płacz.
-?Naprawdę bardzo mi przykro, Luno -?powiedziała Pełnia. -?Naprawdę nie
wiem, jak doprowadzić cię z powrotem do Pantali. Nic w moich wizjach mi
tego nie wskazało.
-?Boję się o mojego młodszego brata -?powiedziała Luna, wrzucając
muszelkę do oceanu. -?I o Mieczyka. Pewnie odchodzi od zmysłów.
-?Ghibli coś wymyśli -?zapewniła ją Pełnia. -?Tak jak zawsze. -?Zawahała
się. -?Luno... nie wiem, czy mówienie ci tego to dobry pomysł, ale słyszę
w głowie proroctwo.
-?Proroctwo? -?powtórzyła Luna.
-?Zaczęło się, gdy w moich myślach zobaczyłam ciebie w chacie Jerboi. Na
początku słyszałam zaledwie kilka słów, ale z czasem, kiedy jestem
blisko ciebie, stają się coraz wyraźniejsze. Nie do końca je rozumiem. I obawiam się, że mogą cię przerazić.
-?Niełatwo mnie przestraszyć -?odparła Luna. -?Proszę, powiedz mi.
Pełnia wyczuła za sobą ruch, po czym usłyszała kilka luźnych burkliwych
myśli wygłoszonych znajomym głosem. Ghibliemu udało się wrócić. Cóż,
usłyszał to, podobnie jak dwa inne towarzyszące mu smoki.
Wzięła szpony Luny w swoje, zamknęła oczy i oczyściła umysł, by słowa
proroctwa mogły przez nią przepłynąć. Nie podobało jej się to. Uważała,
że tajemnicze, rymujące się proroctwa nie były tak przydatne jak wizje,
a ostatnie z nich doprowadziło do przerażającego miejsca. Mimo to
ostatnie również uratowało ją i jej przyjaciół, nie mogła więc ich
ignorować.
-?Zwróć oczy, skrzydła i płomień -?wyszeptała -?ku lądowi hen, za
morzem. -?Poczuła, że Luna zadrżała.
Gdzie trucizna i śmierć smoki tropi
I wolny być nikt nie może.
W ich jajach sekret się czai.
Tajemnica w księgach skrywa.
Tajemnica pogrzebana
Ocali tych, co odważą się ją odkrywać.
Otwórz serce, umysł i skrzydła
Na smoki, co z Roju zbiegną.
Ze złem się zmierz, szpony swe jednocząc,
Inaczej nie przetrwa żadne z plemion.
Zapadła cisza. Pełnia wzięła kilka głębokich wdechów.
-?Znam tajemnicę kryjącą się w księdze -?powiedziała Luna. -?Ale czym
jest ukryty w jajach sekret? A ten pogrzebany... myślę, że chodzi o ognisty jedwab. Wolny być nikt nie może, to akurat prawda. Wielkie zło.
Hmm... może Ososkrzydłe są tym złem?
-?Raaany -?powiedział Ghibli, podchodząc do nich i trącając skrzydłem
jedno ze skrzydeł Pełni. -?Czy dopiero co nie stawiliśmy czoła wielkiemu
złu? Jeśli chcecie znać moje zdanie, to według mnie to się liczy.
Stawienie czoła wielkiemu złu. Zrobione. Można to wykreślić z listy
rzeczy do zrobienia.
Pełnia otworzyła oczy i uśmiechnęła się do niego.
-?Brzmi to raczej na zupełnie nowe wielkie zło -?powiedział nerwowo ich
przyjaciel Żółw, stając obok niego. -?Czy mogę głosować na "nie" w kwestii jakiegokolwiek zła, jakie miałoby się jeszcze pojawić w naszym
życiu?
-?Cześć, Żółwiu -?przywitała go Pełnia. -?Witaj, Tsunami.
Wysoka błękitna Morskoskrzydła, założycielka Akademii na Jadeitowej
Górze, skrzywiła się z irytacją.
-?Pełnio -?powiedziała. -?Mam wrażenie, że wyraziłam się bardzo jasno na
temat tego, że nie chcę mieć już do czynienia z żadnymi proroctwami.
-?One mi się po prostu przytrafiają -?zaprotestowała Pełnia. -
Przepraszam!
-?Pełnio -?wyszeptała Luna, ukradkiem trącając ją ogonem. -?Kim są te
smoki?
-?Och... przepraszam. Oczywiście -?powiedziała Pełnia. -?Luno, to nasz
przyjaciel Żółw i jego siostra Tsunami. Pochodzą z plemienia
Morskoskrzydłych. Dziękuję, że ich przyprowadziłeś, Ghibli.
-?Cóż, pomyślałem, że może Żółw mógłby coś zrobić. Coś, co zabrałoby nas
przez ocean -?powiedział wymownie Ghibli. -?Żeby Luna mogła wrócić do
domu.
-?Och? -?Luna spojrzała na Żółwia zmrużonymi oczami. -?Coś takiego jak
mój jedwabny żagiel?
-?Ale coś takiego, czym moglibyśmy sterować -?powiedziała Pełnia.
Razem z Ghiblim zgodzili się, że nie mogli jej jeszcze powiedzieć o magii animusa. Skoro z powodu zdolności Pełni do przewidywania
przyszłości ogarnęły ją myśli o zemście i taka ekscytacja, kto wie, co
by się stało, gdyby dowiedziała się o prawdziwej magii i o tym, co mogła
ona zrobić z wrogim plemieniem.
Nie możemy jej na to pozwolić, zgodzili się z Ghiblim. Magia animusa
była zbyt niebezpieczna.
A jednak jakiś przedmiot stworzony przez animusa, który zawiódłby ją do
domu... to by nie zaszkodziło nikomu. Ghibli zaproponował, że poprosi o to
Żółwia.
-?Jasne -?powiedział Żółw. -?Zrobić coś. Tyle że jest problem. Nie mogę.
-?Och -?odparła Pełnia. -?Nie szkodzi, Żółwiu, rozumiemy. Twoja dusza...
-?Nie, nie -?przerwał jej Żółw. Wyglądał na zmartwionego. -?Nie o to
chodzi. Mówię o tym, że naprawdę próbowałem, ale... nie potrafię.
Ghibli spojrzał na Pełnię, jakby chciał powiedzieć: "To prawda. Nie mam
pojęcia, dlaczego!".
-?Luno, możesz dać nam chwilkę? -?poprosiła Pełnia.
-?Pewnie. -?Czteroskrzydła smoczyca odwróciła się i powoli ruszyła do
chatki Jerboi, kulejąc na zranionej nodze.
Wiedziałam, że nie powinnam budzić w sobie nadziei, pomyślała.
Pełnia poczuła, jak zalewa ją fala współczucia.
-?Biedna zagubiona smoczyca -?powiedziała Tsunami. -?Musi czuć się tutaj
dziwnie, otoczona przez obcych, bez możliwości powrotu do domu.
-?Żółwiu, co się stało? -?zapytała Pełnia, gdy Luna nie mogła ich już
usłyszeć.
-?Nie wiem! -?odparł Żółw, machając skrzydłami. -?Nagle nie mogę rzucać
żadnych zaklęć! Próbowałem już wszystkiego, ale nic nie działa!
-?Na trzy księżyce -?powiedziała oszołomiona i zamrugała z zaniepokojeniem.
-?A teraz coś naprawdę dziwnego... myślę, że Ukwiał też nie może -
powiedział. -?Tuż przed tym, jak Ghibli po nas przyleciał, mówiła mi o zaklęciu, które próbowała rzucić, by przywrócić Tamarynie wzrok.
Myślałem o podobnym dla Gwiezdnego Lotnika i porównywaliśmy nasze
notatki. Ale powiedziała, że jej zaklęcie nie działa, a ona nie ma
pojęcia, dlaczego.
Żółw odwrócił się do Ghibliego i spojrzał na niego surowo.
-?Podejrzewam, że Ghibli złamał magię animusów.
-?JA?! -?zawołał Ghibli. -?Co niby zrobiłem?
-?Zaklęcia duszy! -?powiedział Żółw. -?Pamiętasz, jak uważnie je z nami
układałeś? Żeby chronić nasze dusze i upewnić się, że będziemy mogli
używać magii, która nie wpływa na wolną wolę innych smoków?
-?I żadnej magii motywowanej egoizmem -?dodał Ghibli. -?Tak. Wszyscy
zgodziliśmy się, że takie zabezpieczenia będą pomocne.
-?Tyle że... myślę, że to wykluczyło wszystko -?powiedział Żółw. -?Może
wszystko, co moglibyśmy zrobić, można uznać za "motywowane egoizmem"
albo w jakiś sposób wpływające na czyjąś wolną wolę. Dlatego teraz żadne
z naszych zaklęć nie działa.
-?O rety -?westchnęła Pełnia.
-?To... nie, to... to niedorzeczne -?zaprotestował Ghibli. -?Nie złamałem
magii animusów. Nie sądzę, żebym ją złamał. To nie ma... dajcie mi
pomyśleć.
-?Próbowaliście zdjąć swoje przedmioty z zaklęciem duszy, by sprawdzić,
czy magia będzie działać bez nich? -?spytała Pełnia.
-?Ukwiał nie chciała -?odpowiedział Żółw. -?Ja zdjąłem. Spróbowałem
niewielkiego zaklęcia i nadal nic. -?Wskazał na Ghibliego. -?Złamana.
-?Skoro magia nie działała nawet bez zaklęcia duszy, to nie jest wina
zaklęcia duszy -?powiedział Ghibli. -?I dlatego to nie ja złamałem
magię.
-?Mimo to naprawdę mam wrażenie, że to ty -?odparł Żółw.
-?Może dzieje się coś jeszcze -?powiedziała zmartwiona. W jej myślach
pojawiło się wspomnienie Mrocznego Prześladowcy, który knuł i majstrował
z darami innych smoków. Wiedziała, że już go nie ma -?został zmieniony w smoczę bez żadnych mocy i pamięci o przeszłości. Jednak czasami w jej
snach nadal wprowadzał zamęt wśród jej przyjaciół. -?Co, jeśli zrobił
wam to ktoś inny?
Albo zostawił po sobie coś, co to zrobiło... jakiegoś rodzaju
zabezpieczenie. Mógł zrobić coś takiego, prawda? Wtedy, gdyby
kiedykolwiek utracił swoje moce, straciliby je również inni, tak?
-?Nie ma nikogo, kto mógłby zrobić coś takiego -?powiedział Ghibli.
Bywało, że musiał obudzić ją z tych koszmarów, wiedział więc, o czym
myślała, równie jasno, jakby sam posiadał dar czytania w myślach. -?To
tylko zakłócenie, a nie jakiś mroczny plan. Naprawimy to.
-?A co z Jerboą? -?zapytała Tsunami. -?Czy jej magia działa? Ona też
jest animusem, prawda?
-?Tak jakby. Jest animusem, który nie chce używać magi -?odparła Pełnia.
-?Nie możemy prosić jej o pomoc w tej sprawie.
-?Cóż, w porządku, nie prośmy -?zdecydowała Tsunami. -?Słuchajcie, nie
potrzebujemy mocy animusów.
-?Nie? -?Żółw przekrzywił głowę i spojrzał na nią.
Tsunami uśmiechnęła się szeroko, odsłaniając zęby.
-?Razem z przyjaciółmi rozwiązałam mnóstwo problemów bez mocy animusów,
dziękuję bardzo. Nazywa się to zaradność. I mądrość. I absolutna
bohaterskość, bez żadnych przepowiedni.
-?W porządku, Spryciulo McKrab -?odparł Żółw. -?W takim razie jak ty i twoi zaradni i bohaterscy przyjaciele rozwiązalibyście ten problem?
-?Cóż... po pierwsze, musimy zdobyć więcej informacji, prawda? -
powiedziała Tsunami. -?Chcemy tam dotrzeć, by przekonać się, czy Luna
mówi prawdę. By sprawdzić, co tak naprawdę się tam dzieje i czy
powinniśmy się w to mieszać.
-?Z tego, co widzę w jej umyśle, sądzę, że mówi prawdę -?odparła Pełnia.
-?Jednak trudno jest mi dostrzec pełny obraz sytuacji. Chciałabym, żeby
istniał jakiś sposób, żebyśmy mogli wybrać się na zwiady i ocenić, czy w jakiś sposób możemy jej pomóc.
-?Może też sprawdzić, czym jest to "wielkie zło"? -?dodał Ghibli. -?Taka
informacja byłaby super.
-?Musimy więc dostać się na drugi kontynent -?powiedziała Tsunami. -?Nie
potrzebujemy do tego magicznego powietrznego żagla.
-?Ach, uhm -?rzucił Ghibli. -?Eee, to znaczy... już o tym pomyślałem.
Właśnie dlatego przyprowadziłem konkretnie was dwoje. I żeby było jasne,
pierwszy o tym pomyślałem.
-?O czym? -?zapytał Żółw.
-?O dostaniu się na zaginiony kontynent -?powiedziała Tsunami i wskazała
skrzydłem ocean. -?Jedyne, co ty i ja musimy zrobić, to tam popłynąć.
Rozdział 1
Przez większość życia Świerszczki jej najlepszymi przyjaciółmi były
książki.
Książki akceptowały ją i dzieliły się z nią wszystkimi sekretami.
Książki nigdy nie mówiły jej, by przestała zadawać tyle pytań ani nie
oskarżały o bycie wścibską i irytującą. Książki nigdy nie powiedziały:
"Świerszczko, nie musisz tego wiedzieć. Pilnuj swojego nosa!".
W książkach wszystko miało swoje wyjaśnienie. Szczególnie lubiła
literaturę faktu: pełną konkretnych informacji, w której wszystko
musiało mieć sens. Gdy pojawiało się jakieś pytanie, w końcu dostawała
na nie odpowiedź. Każda tajemnica została w ten sposób wyjaśniona. Fakty
pasowały do siebie. Kiedy chciała coś wyjaśnić, znajdowała to, bez
żadnych szeptów, zimnych spojrzeń czy trzaskających drzwi.
Kolejną rzeczą, którą lubiła w książkach, było to, że jedna z nich
prawdopodobnie uratowała jej życie.
Była to ogromna księga o tytule Architektura Rojów, wydanie
rozszerzone -?teraz z rozdziałami o hydroponice i jedwabnych mostach! -
która, technicznie rzecz biorąc, należała do jej matki, a zatem,
technicznie rzecz biorąc, była poza zasięgiem "małych i brudnych
smoczych szponów". Właśnie dlatego dwuletnia Świerszczka ukryła się z nią w szafce, gdy wszyscy po raz pierwszy stracili rozum.
-?Dlaczego ta książka jest tak bardzo zakochana w sobie? -?mruknęła
Świerszczka. Jedyne, czego chciała się dowiedzieć, to jak dostać się z domu w Roju Cykad do Świątyni Jasnowidzki w Roju Os, najlepiej w jakiś
sprytny i naprawdę szybki sposób, dzięki któremu tego samego dnia
wróciłaby do domu i nikt by nie zauważył, że zniknęła. Chciała ją po
prostu jeszcze raz zobaczyć, choćby przez moment.
Jednak każde zdanie w tej księdze było o WIEEELE za długie, a autor
nieustannie się powtarzał. Nie wspominając już o niekończących się,
pełnych uniesienia akapitach o każdym, najmniejszym nawet wygięciu czy
oknie i szczególe, który ilustrował "wykwintną mentalną jakość" królowej
Osy i jej "wyczucie równowagi wizualnej" albo inny tego typu nonsens.
-?To nie jest księga odpowiedzi -?mruknęła, przewracając strony. -?To
księga uniżenia.
Zatrzymała się na stronie ze szczegółowym rysunkiem Roju Os. Księga była
niemal tak duża jak ona, artysta miał więc mnóstwo miejsca na
narysowanie świątyni w sercu Roju. Świerszczka oparła brodę na szponach
i z rozmarzeniem zaczęła wpatrywać się w idealne kolumny, idealną kopułę
dachu, idealną bibliotekę i ciche stawy wokół świątyni.
Po raz pierwszy odwiedziła ją kilka dni wcześniej, kiedy jej siostra,
Katyda, zabrała ją ze sobą w ramach prezentu urodzinowego. Było to
najpiękniejsze miejsce, jakie kiedykolwiek widziała. Wyobrażała sobie:
być Bibliotekarką i na stałe tam mieszkać! Być odpowiedzialną za Księgę
Jasnowidzki, najważniejszą książkę na świecie... i być jedną z dwóch
smoków, którym było dane ją przeczytać.
To była prawdziwa księga odpowiedzi. Setki lat wcześniej Jasnowidzka
spisała przepowiednie wszystkich najważniejszych wydarzeń, które miały
nastąpić po jej śmierci. Gdyby Świerszczka zdołała ją przeczytać,
wiedziałaby naprawdę wszystko! Być może w jej głowie przestałoby buczeć
od pytań. Może w końcu poczułaby, że wszystko ma sens.
Szczerze wolałaby, żeby świat bardziej przypominał książkę: "Tutaj jest
pytanie, tutaj masz odpowiedź. Tutaj kryją się tajemnice świata, a tutaj
jest wszystko, co chciałabyś o nich wiedzieć".
Gdyby jej życie było jak księga, sprawdziłaby indeks i przeszła prosto
do strony, która wyjaśniłaby jej, dlaczego rodzice cały czas się kłócili
albo dlaczego matka jej nie kochała. Przeczytałaby rozdział o tym,
dlaczego Katyda była zawsze smutna, a potem przeszłaby do tego, jak to
naprawić, by jej siostra była szczęśliwa.
To były tajemnice jej dwuletniego życia. Nie miała pojęcia, że pod
powierzchnią całego Roju krył się jeszcze większy sekret ani że ona sama
mogła być kluczem do jego rozwiązania.
Nagły wrzask z zewnątrz wyrwał Świerszczkę z zamyślenia, strasząc ją tak
bardzo, że uderzyła głową w blat szafki i niemal przewróciła niewielki
świecznik z płonącym jedwabiem, który przemyciła do środka. Chwyciła go
gwałtownie, czując falę paniki i ulgi. Gdyby podpaliła księgę matki,
równie dobrze mogłaby podpalić cały dom, żeby ukryć dowody -?tak czy
inaczej, byłaby w takich samych tarapatach.
Wrzask rozległ się ponownie i Świerszczka niemal wyskoczyła z szafki, by
sprawdzić, co się dzieje. Zanim zdążyła to zrobić, w kuchni rozległy się
kroki. Szybko zakryła skrzydłami płomień.
-?W tym Roju jest zdrajca -?rozległ się głos jej matki, który jednak
brzmiał jak zupełnie inny. -?Nie pozwólcie mu uciec.
Świerszczka wstrzymała oddech, przerażona bardziej niż kiedykolwiek
przedtem. Do kogo mówiła matka? Dlaczego brzmiała... inaczej?
W pomieszczeniu rozległ się stukot kolejnych szponów. To z pewnością
była Katyda, jedyny obecny w domu smok. Nagle oba smoki wybiegły na
zewnątrz.
Świerszczka uchyliła drzwiczki szafki i wyjrzała na zewnątrz. Kuchnia
była pusta, lecz smoczyca słyszała dochodzące z ulicy zamieszanie.
Ciekawość i strach zaczęły toczyć w niej walkę i, jak często było w jej
życiu, ciekawość zwyciężyła. Zostawiła księgę w ukryciu, wzięła lampę i wyślizgnęła się z szafki, po czym pośpieszyła na piętro, do gabinetu
matki, którego okno wychodziło na ulicę.
Była to ta sama ulica, którą latała każdego dnia: domy z drzewiny,
płytki turkusowej mozaiki lśniące w blasku ognistojedwabnych lamp, tu i tam starannie zadbane ogrody, ścieżka czarnych kamieni na ziemi
wskazujących smoczętom drogę do szkoły.
Jednakże zamiast jej uprzejmych, spokojnych sąsiadów i przechadzających
się smoków, ulica roiła się od obnażonych zębów i maszerujących szponów.
Świerszczka nigdy nie słyszała słowa "motłoch", ale kiedy lata później
je poznała, pomyślała, że bardzo pasowało do tego, co zobaczyła... choć
nie do końca. Smoki na ulicy nie były wściekłe ani nie panował wśród
nich chaos. Poruszały się w upiornej harmonii i niemal całkowitej ciszy,
otaczając jedynego smoka, który wyłamał się z ich zgodnego rytmu, i odcinając mu wszelkie drogi ucieczki.
Smok kulił się w centrum wpatrującego się w niego kręgu, przyciskając do
ciała skrzydła w czerwono-czarne pasy. Wyglądał na starego, o wiele
starszego od innych znanych Świerszczce smoków. Miał może sześćdziesiąt
lat, a może sto? Naprawdę nie wiedziała, jak odgadywać wiek dorosłych
smoków. Był jednak dość duży, a jego łuski nieco wyblakły i poruszały
się niemrawo, jakby bolały go kości.
-?Proszę, wypuśćcie mnie! -?zawołał do tłumu. Jego oczy na moment
zamigotały bielą, lecz zaraz na powrót pociemniały. -?Przysięgam, nie
jestem dla was zagrożeniem! Nie chcę być jak oni!
-?To nie wchodzi w grę -?odpowiedziały zgodnie smoki.
Nie tylko ich głosy były dziwne. Ich oczy... z ich oczami również było coś
nie tak.
Zalała ją fala strachu. Oczy wszystkich zgromadzonych w tłumie smoków
były białe niczym czyste mleczne kamyki, jak zrzucona skóra z węża czy
martwa, wyssana z krwi larwa.
Trzy z nich wystąpiły do przodu z obnażonymi szponami i podniosły ogony,
celując jadowymi kolcami w ofiarę. Ich pyski były obojętne, zimne i bezlitosne. Wszystkie wyglądały, jakby były gotowe zabić go bez litości.
A wśród nich była Katyda.
Świerszczka skuliła się pod oknem, a jej serce zabiło gwałtownie.
Co się dzieje? Co się stało z moją siostrą? Co się stało z nimi
wszystkimi?
Z ulicy dobiegł kolejny krzyk i smoczyca zmusiła się, by ponownie
wyjrzeć. Stary Ososkrzydły szedł, opierając się słabo, otoczony smokami
w bojowym szyku, z których niemal wszystkie były jej najbliższymi
przyjaciółmi. Tyle że teraz zmieniły się w coś zupełnie innego, coś
mrocznego, co nie było już smokiem. Świerszczka nie wiedziała, czy
kiedykolwiek jeszcze będzie w stanie patrzeć na nie tak samo jak
wcześniej.
Kątem oka dostrzegła przy drzwiach błysk błękitu i zdała sobie sprawę,
że w pobliżu drzwi kryje się Gładkoskrzydła, chowając się w cieniu, by
nie ściągać na siebie uwagi. Oczy smoczycy były normalne, lecz na jej
pysku malowały się strach i dezorientacja.
Świerszczka omiotła wzrokiem pobliskie domy i dostrzegła pięć innych
Gładkoskrzydłych, obserwujących całą scenę zza uchylonych drzwi i okien.
Żaden z nich nie miał białych oczu. Na pyskach niektórych malowała się
rezygnacja, jakby już wcześniej widziały coś takiego, ale przynajmniej u wszystkich widoczne były emocje. Żaden z nich nie był obojętny jak idące
niżej Ososkrzydłe.
Czyli cokolwiek się tu dzieje, dzieje się tylko Ososkrzydłym. Nie wpływa
to na Gładkoskrzydłe...
...ani na mnie.
Zaczęła się nad tym zastanawiać, o wiele bardziej woląc to od
rozmyślania nad przerażającą sceną, którą właśnie zobaczyła.
Czy to dlatego, że jestem za młoda?
To jednak nie mogło być to -?w tłumie wszędzie widziała smoczęta,
wygłaszające te same słowa, co pozostałe Ososkrzydłe. Bombardier,
najbardziej irytujący smok w jej klasie, był wśród tych, którzy
odprowadzali starego smoka. Nawet Komar, najmniejsza smoczyca w okolicy,
która wykluła się miesiąc temu, stała tam z pustym spojrzeniem i obnażonymi zębami.
Być może to coś, czego rodzice uczyli swoje dzieci, a ponieważ rodzice
Świerszczki jej nie lubili, zapomnieli (albo po prostu nie byli
zainteresowani), by ją tego nauczyć.
Może inne Ososkrzydłe uczyły się tego w szkole, w czasie, gdy ona
siedziała pod biurkiem i czytała, nie zwracając na resztę uwagi.
Może dla wszystkich pozostałych Ososkrzydłych organizowano spotkania, a jej nie zapraszano, bo zadawała zbyt wiele pytań.
Ale Katyda...
Katyda by jej powiedziała, gdyby wszystkie Ososkrzydłe robiły razem coś,
o czym Świerszczka powinna wiedzieć. Nauczyłaby ją, jak wybielać swoje
oczy, maszerować z innymi, grozić starym smokom i wyglądać absolutnie
przerażająco.
Co jednak ważniejsze, Katyda nigdy nie zrobiłaby żadnej z tych rzeczy.
Tyle że właśnie tak się stało. Widziałam ją.
Gdzieś na dole trzasnęły drzwi. Świerszczka spojrzała za okno, gdzie
Ososkrzydłe już się rozchodziły. Te odprowadzające starego smoka były
jeszcze widoczne w oddali, lecz pozostałe potrząsały głowami, ziewały i wracały do domów.
O-o. Jeśli Katyda była wśród tych, które odmaszerowały ze starym
Ososkrzydłym... to oznaczało, że smokiem, który właśnie wszedł do domu,
była matka.
Świerszczka wypadła z gabinetu i w ostatniej chwili ukryła się w najbliżej stojącej szafie. Przez szczelinę w drzwiach patrzyła, jak
matka, stąpając ciężko, przechodzi obok i w smudze żółto-czarnych łusek
wchodzi do gabinetu. Jej skrzydła drgały szybko, jak zawsze, kiedy była
zirytowana (zazwyczaj na Świerszczkę).
Ogólnie rzecz biorąc, fakt, że matka opuściła gabinet w godzinach pracy,
był naprawdę dziwny. Świerszczka i Katyda miały zakaz wydawania
jakiegokolwiek dźwięku przed południem, żeby tylko jej nie przeszkadzać.
Drzwi do gabinetu zamknęły się i Świerszczka wypuściła wstrzymywane
powietrze. Część niej miała ochotę wpaść do pomieszczenia i zadać matce
kłębiące jej się w głowie pytania. A pierwsze brzmiałoby: "Czy Katyda
wróci? Kiedy?".
No i oczywiście: "CO TO, DO ROJU, BYŁO?".
Na szczęście jakiś głębszy instynkt zdołał ją ochronić. Tym razem nie
pozwoliła ciekawości wygrać.
Zamiast tego przekradła się na najwyższe piętro, do pokoju siostry, i zwinęła się w kłębek pod jej granatowym jedwabnym kocem. Zamknęła oczy i starając się nie rozpłakać, czekała.
Była już późna noc, kiedy Katyda w końcu wróciła wyczerpana do domu.
Ojciec Świerszczki wrócił wcześniej i Świerszczka słyszała, jak rodzice
jedzą razem kolację i syczą na siebie nawzajem. Żadne z nich jej nie
szukało ani nie zawołało, by do nich dołączyła. To jednak było normalne.
Katyda była jedyną w rodzinie, która starała się organizować rodzinne
obiady. To ona zawsze pilnowała, by Świerszczka była nakarmiona i na
czas trafiła do szkoły. Za rok to właśnie ona miała zabrać ją do lekarza
po okulary.
Była jedynym smokiem, którego Świerszczka kochała.
Gdy Katyda weszła do pokoju, serce Świerszczki zabiło mocno. W jednej
chwili wyskoczyła spod koca, chwyciła siostrę za ramiona i spojrzała jej
prosto w oczy. Były normalne.
-?Auu, ostrożnie -?zganiła ją siostra, ale łagodnym tonem, po czym
odsunęła szpony Świerszczki i poruszyła ramionami, jakby były obolałe. -
Musiałam polecieć dzisiaj do Roju Os i z powrotem, bądź więc nieco
bardziej delikatna.
-?Dlaczego? -?zapytała gwałtownie Świerszczka. -?Dlaczego musiałaś? Co
zrobiliście temu staremu smokowi? Co się stało rano z waszymi oczami?
Dlaczego wszyscy zachowywali się tak okropnie i dziwnie? -?Wszystkie
pytania, które wcześniej gromadziły się w jej głowie, teraz nagle się z niej wylały, razem ze łzami. -?Co to był za głos? Dlaczego wyglądałaś
tak okropnie? Katydo, co ci się stało?
Katyda powinna powiedzieć coś pocieszającego. Powinna wzruszyć
ramionami, roześmiać się i wyjaśnić, że to tylko taka gra Ososkrzydłych,
której sama Świerszczka nauczy się w przyszłym tygodniu. Że to nic
takiego, nic ważnego.
Zamiast tego Katyda wpatrywała się w nią, a wyraz jej pyska bynajmniej
nie był uspokajający.
-?To, co stało się ze mną... nie stało się też z tobą?
-?Nie! -?zawołała Świerszczka. -?To znaczy... nie wiem, co to było, ale z pewnością nie stałam się nagle opętana ani przerażająca i upiornie
wredna, jak wszyscy, których tam widziałam. Katydo, twoje oczy były
całkiem białe! I warczałaś na tego starego smoka! Nie widziałaś, jak
bardzo się bał?
-?Ale to był rozkaz dla całego Roju -?powiedziała Katyda. -?Wysunąć
wszystkie szpony. Dotyczyło to każdego smoka w Roju. Niemożliwe, że
zostałaś pominięta. -?Na jej dobrym, pomarańczowo-żółtym pysku malowało
się zmartwienie. Świerszczka jeszcze nigdy nie widziała siostry tak
zaniepokojonej.
-?Pominięta w jakiej kwestii? -?zapytała Świerszczka.
Katyda potarła czoło i odwróciła się, by zamknąć drzwi, chociaż rodzice
prawdopodobnie i tak już spali. Poza tym zazwyczaj i tak nie zaglądali
do pokojów sióstr.
-?Nie zdarza się to często... -?powiedziała cicho -?...ale czasami królowa
Osa... kontroluje smoki. Chodzi mi o to, że nie tylko przez rozkazy i żołnierzy. Tylko o to, że dostaje się do twojego umysłu i każe robić ci...
cokolwiek zechce.
-?Co? -?zapytała Świerszczka. -?Jak? To... Co?
-?To bardzo praktyczne -?przyznała Katyda. -?Tak jak dzisiaj, gdy
pojawił się zdrajca, który od niej uciekł i próbował się ukryć w naszym
Roju. Królowa Osa potrafi przejąć kontrolę nad wszystkimi smokami naraz
i natychmiast je odnaleźć. Wtedy go złapaliśmy, a ona uwolniła niemal
wszystkich. Tylko kilkoro z nas musiało odeskortować go z powrotem do
niej.
-?Ale... ty chcesz to robić? -?zapytała Świerszczka. -?Ona może tak zrobić
w każdej chwili, z każdego miejsca? A co, jeśli jesteś zajęta? Albo
jeśli nie chcesz robić tego, czego ona chce?
Siostra pokręciła głową.
-?W takiej chwili chce się to robić -?powiedziała. -?To królowa,
Świerszczko. Gdyby stała obok ciebie i wydała rozkaz, oczywiście, że
natychmiast byś go wykonała. To praktycznie to samo, tylko że nie musi
być w wielu miejscach naraz.
To wcale nie to samo, pomyślała buntowniczo Świerszczka.
-?Czyli twoje szpony się poruszają, głos wydobywa ci się z gardła i poruszasz skrzydłami, by lecieć... i nic nie możesz na to poradzić? -
zapytała. -?Nie możesz nawet powiedzieć: "Nie, dziękuję, nie dzisiaj?".
Katyda gwałtownie machnęła skrzydłami.
-?Oczywiście, że nie! Świerszczko, z pewnością nie powiedziałabyś czegoś
takiego królowej. Bądź poważna.
Gdyby kazała mi kogoś dźgnąć, zrobiłabym to, pomyślała Świerszczka.
Gdyby kazała mi odciągnąć starego płaczącego smoka, powiedziałabym:
"Nie".
Tak myślała. Miała nadzieję.
Nie miała pewności. Między odwagą w książce a odwagą w realnym życiu
była wielka różnica i dlatego Świerszczka w jej głowie zapewne różniła
się od prawdziwej Świerszczki, która stałaby przed przerażającą królową.
-?Ale jak to działa? -?zapytała. -?W żadnej naukowej księdze nigdy o czymś takim nie czytałam.
-?Nie mam pojęcia -?odpowiedziała Katyda ze zmęczeniem w głosie.
Właśnie tak kończyła się większość ich wspólnych rozmów. Teraz jednak
Świerszczka nie zamierzała się poddać.
-?I dlaczego to na mnie nie działa? -?pytała dalej. -?Czy matka ma
rację, mówiąc, że ze mną jest coś nie tak?
-?Nie! -?zaprotestowała Katyda. -?Oczywiście, że nie. Nie wiem, dlaczego
tak jest. Ale "dlaczego" nie ma tutaj znaczenia... Ważne jest to, jak cię
ochronić, żeby nikt się nie dowiedział, że to nie ma na ciebie wpływu.
Kiedy coś takiego nastąpi, musisz być czujna. Znajdziemy ci miejsce, w którym będziesz mogła się ukryć. Dobra wiadomość jest taka, że królowa
nie robi tego zbyt często. Ochronię cię, Świerszczko, obiecuję.
-?Sądzisz, że będę miała kłopoty, jeśli królowa się o tym dowie? -
zapytała cicho Świerszczka.
-?Obawiam się, że może tak być -?przyznała Katyda, po czym objęła
siostrę skrzydłami i przytuliły się do siebie.
-?Ale... jeśli królowa przejmie kontrolę nad twoim umysłem... nie dowie się
o mnie? Teraz, kiedy ty już wiesz?
-?Nie, to tak nie działa -?powiedziała Katyda. -?Nie ma dostępu do
naszych myśli, sekretów i tego, co wiemy. Po prostu przez jakiś czas
kontroluje nasze ciała.
Świerszczka zadrżała. To brzmiało absolutnie strasznie. Poza tym
niezwykle dziwne i niepokojące było to, że sama Katyda nie uważała tego
za absolutnie straszne.
Jednakże Katyda dotrzymała słowa. Przez kolejne cztery lata chroniła ją,
a Świerszczka nauczyła się być ostrożną i ukrywać się do chwili, w której kontrola królowej mijała. Pytanie "dlaczego" nadal było dla niej
ważne i gdzie tylko mogła, szukała na nie odpowiedzi, lecz bez skutku.
Mimo to dotrzymała tajemnicy i była na tyle mądra, ostrożna i bezpieczna, na ile mogło być ciekawskie smoczę.
Do chwili, w której najpiękniejszy smok, jakiego kiedykolwiek widziała,
zeskoczył ze szkolnego muru. Wtedy cała jej ostrożność wyleciała przez
okno.
Nie potrafiła dokładnie wyjaśnić, dlaczego pomogła Błękitowi... ani
dlaczego wyjawiła mu swój sekret... albo dlaczego porzuciła
bezpieczeństwo, jakie dawał jej Rój, by w ryzykownej misji ratunkowej
przelecieć z nim przez całą sawannę. Być może odpowiedzi na wszystkie te
pytania odnajdzie na końcu swojej własnej książki.
Teraz jedyne, czemu musiała stawić czoło, to konsekwencje. Była
uciekinierką, ściganą za kradzież Księgi Jasnowidzki, i pomagała
ognistojedwabnym zbiec przed królową. Niestety okazało się, że Księga
Jasnowidzki nie zawierała odpowiedzi na wszystkie pytania wszechświata.
Co gorsza, w świątyni ujawniona została odporność Świerszczki na
kontrolę umysłu i teraz królowa wiedziała, że jest inna... że nie może nad
nią zapanować. Świerszczka już nigdy nie będzie mogła wrócić do domu.
Z drugiej strony miała teraz Błękita. I gdy siedziała przy jego lekko
jarzącym się kokonie w podziemnej jaskini Pantali, zdecydowała, że nie
żałuje niczego, co zrobiła... Może poza jednym.
Naprawdę, naprawdę, NAPRAWDĘ żałowała, że nie zabrała ze sobą książki.
Świerszczka westchnęła i rozprostowała skrzydła. Jeszcze cztery DNI
siedzenia w jaskini bez niczego do czytania? Naprawdę zaraz oszaleje.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki