Królowa Południa - Arturo Perez-Reverte

Reflow text when sidebars are open.
Zadzwonił telefon i zrozumiała, że ją zabiją. I przez tę nagłą pewność znieruchomiała, zastygła z maszynką do golenia w ręce, z mokrymi włosami przylepionymi do twarzy, pośród gorącej pary, skraplającej się na kafelkach. Bip-bip. Siedząc bez ruchu w wannie, wstrzymywała oddech, jakby bezruch i cisza mogły zmienić to, co już się stało. Bip-bip. Depilowała prawą nogę, zanurzona w pianie, i nagle jej całe ciało pokryło się gęsią skórką, jakby z kranu trysnęła właśnie zimna woda. Bip-bip. Tigres del Norte z płyty grającej w sypialni śpiewali o losach Teksańskiej Kamelii. Zdrada i przemyt, śpiewali, nigdy nie chodzą w parze. Zawsze się bała, że takie piosenki mogą być złą wróżbą, i naraz stały się ponurą rzeczywistością i groźbą. Blondyn kpił sobie z tego, ale to dzwonienie oznaczało, że ona miała rację, a nie Blondyn. Świadczyło o tym, że mylił się on w wielu innych sprawach. Bip-bip. Odłożyła maszynkę, powoli wyszła z wanny i skierowała się do sypialni, zostawiając mokre ślady na podłodze. Telefon leżał na narzucie - mały, czarny i złowrogi. Przyglądała mu się, nie dotykając go. Bip-bip. Przerażenie. Bip-bip. Sygnał wplótł się w tekst piosenki, jakby stanowił jej część. Przemytnicy, śpiewali Tigres, nigdy nie wybaczają. Blondyn mówił to samo, śmiejąc się jak zwykle, kiedy gładził jej kark, upuszczając przy tym telefon na jej spódnicę. Jeśli kiedyś zadzwoni, to będzie znaczyć, że już nie żyję. A wtedy uciekaj. Ile siły, maleńka. Uciekaj i nie zatrzymuj się, bo mnie już nie będzie, żeby ci pomóc. Jeśli jednak znajdziesz jakąś przystań, wypij kieliszek tequili za pamięć o mnie. Za wszystkie dobre chwile, maleńka. Za dobre chwile. Taki właśnie - twardy i nieodpowiedzialny - był Blondyn Dávila. Wirtuoz cessny. Król krótkiego pasa, jak nazywali go przyjaciele i nawet don Epifanio Vargas, bo potrafił podnieść na trzystu metrach samolot naładowany trawą i prochami i latać tuż nad wodą w najczarniejsze noce, z jednej strony granicy na drugą, omijając ekrany radarów meksykańskiej policji federalnej i sępy z DEA[1]. Potrafił igrać z ogniem, prowadząc własną grę za plecami szefów. Potrafił też przegrać.
Woda spływała jej po skórze, tworzyła kałużę pod stopami. Telefon ciągle dzwonił, a ona i bez odbierania wiedziała, że Blondynowi przestało dopisywać szczęście. Trzeba go posłuchać i uciekać, jednak niełatwo przyjąć do wiadomości, że zwyczajny dzwonek w jednej chwili zmienia twoje życie. W końcu chwyciła telefon, wcisnęła guzik i usłyszała:
- Wykończyli Blondyna, Tereso.
Nie rozpoznała głosu. Blondyn miał wielu przyjaciół, kilku nawet wiernych, bo uważali to za swój obowiązek, na mocy kodeksu obowiązującego od czasu, kiedy przemycali trawę i pakunki z heroiną w kołach samochodowych przez El Paso do Stanów. Mógł to być każdy z nich - może Neto Rosas albo Ramiro Vázquez. Nie rozpoznała, kto dzwoni, i do niczego nie było jej to potrzebne, bo wiadomość była jasna. Wykończyli Blondyna, powtórzył głos. Zabili też jego kuzyna. Teraz kolej na rodzinę kuzyna i na ciebie. Uciekaj, jak możesz najszybciej. Uciekaj i nie zatrzymuj się. Potem połączenie się urwało, a ona spojrzała w dół na swoje mokre stopy na podłodze i poczuła, jak drży z zimna i ze strachu, i pomyślała, że ktokolwiek dzwonił, powtórzył to samo, co zawsze mówił Blondyn. Wyobraziła sobie tę scenę w podłym barze, jak ten facet uważnie kiwa głową, pośród kłębów dymu z cygar i przy brzęku kieliszków. Blondyn naprzeciwko niego, ze skrętem w palcach, nogi skrzyżowane pod stołem, jak miał w zwyczaju, kowbojskie buty w szpic z wężowej skóry, chustka pod rozpiętym kołnierzykiem koszuli, kurtka pilota zawieszona na oparciu krzesła, jasne włosy obcięte na jeża, na ustach uśmiech cyniczny i pewny. Zrobisz to dla mnie, jeśli mnie rozwalą. Powiesz jej, żeby uciekała i nie przystawała, bo inaczej wykończą ją tak samo jak mnie.
Nagle dopadła ją panika, zupełnie inna niż zimny strach, który czuła wcześniej. Była to eksplozja chaosu i szaleństwa. Krzyknęła krótko i złapała się za głowę. Ledwie stała na nogach, więc usiadła na łóżku. Rozejrzała się wokół: biel i złocenia zagłówka, na ścianach obrazy przedstawiające śliczne pejzaże i pary przechadzające się o zachodzie słońca, porcelanowe figurki, które zbierała i ustawiała na gzymsie, bo chciała, żeby ich dom był ładny i wygodny. Zrozumiała, że to już nie jest dom, że za parę minut to miejsce stanie się pułapką. Zobaczyła siebie w wielkim lustrze na drzwiach szafy - była naga i mokra, ciemne włosy lepiły jej się do twarzy, a spomiędzy kosmyków patrzyły czarne oczy, szeroko otwarte, wytrzeszczone ze strachu. Uciekaj i nie zatrzymuj się, mówili Blondyn i ten głos, który powtarzał słowa Blondyna. No to rzuciła się do ucieczki.
Zawsze myślałem, że meksykańskie narcocorridos to tylko piosenki, a Hrabia Monte Christo to tylko powieść. Powiedziałem to Teresie Mendozie tego dnia - bo w końcu zgodziła się na rozmowę ze mną - kiedy w asyście ochroniarzy i policjantów przyjęła mnie w domu, gdzie mieszkała, w dzielnicy Chapultepec w Culiacán, w stanie Sinaloa. Wspomniałem Edmunda Dantesa, pytając, czy czytała Hrabiego Monte Christo, a ona, milcząc, zwróciła na mnie spojrzenie tak przeciągłe, że już się zacząłem obawiać, czy aby nasza rozmowa nie skończyła się w tym momencie. Potem przeniosła wzrok na deszcz, który uderzał w szyby, i czy to odblask szarego światła zza okna, czy też zamyślony uśmiech spowodował, że jej usta wykrzywiły się w dziwnym i okrutnym grymasie.
- Nie czytam książek - powiedziała.
Wiedziałem, że kłamie, tak jak to robiła nieskończenie wiele razy w ciągu tych ostatnich dwunastu lat. Ale nie chciałem sprawiać wrażenia natręta, więc zmieniłem temat. Jej długa droga na szczyt i z powrotem pełna była epizodów interesujących mnie o wiele bardziej niż lektury tej kobiety, którą wreszcie miałem przed sobą, po ośmiu miesiącach tropienia jej śladów na trzech kontynentach. Gdybym powiedział, że byłem rozczarowany, nie nazwałbym dokładnie moich odczuć. Rzeczywistość zazwyczaj jest marniejsza od legendy, ale w moim zawodzie rozczarowanie jest zawsze pojęciem względnym: rzeczywistość i legenda są zwykłym tworzywem pracy. Problem polega na tym, że obsesyjnie zajmując się całymi tygodniami i miesiącami jakąś osobą, człowiek stwarza sobie własne wyobrażenie tej postaci, dokładne i - co oczywiste - nieprawdziwe. Jest to wizja, która zagnieżdża się w głowie z taką siłą, że wprowadzenie jakiejkolwiek zmiany, choćby najdrobniejszej, okazuje się bardzo trudne, wręcz niemożliwe. Poza tym my, pisarze, potrafimy sprawić, że czytelnicy z zaskakującą łatwością przyjmują nasz punkt widzenia. Dlatego owego deszczowego poranka w Culiacán miałem świadomość, że kobieta siedząca przede mną nigdy nie będzie prawdziwą Teresą Mendozą, że jest kimś innym, kimś, kto w części wypiera Teresę Mendozę stworzoną przeze mnie, tę, której losy - niekompletne i pełne sprzeczności - odtworzyłem, wydzierając kawałek po kawałku tym, którzy ją znali, nienawidzili albo kochali.
- Dlaczego pan tu przyjechał? - zapytała.
- Brakuje mi informacji na temat pewnego epizodu z pani życia. Tego najważniejszego.
- Coś takiego! Mówi pan: pewnego epizodu?
- Właśnie.
Wzięła ze stołu paczkę farosów i zapaliła papierosa płomieniem taniej plastikowej zapalniczki, wcześniej powstrzymując ruchem dłoni człowieka siedzącego w przeciwnym kącie pokoju, który usłużnie podnosił się z krzesła, trzymając lewą rękę w kieszeni marynarki; był to mężczyzna już dojrzały, korpulentny czy wręcz gruby, o zupełnie czarnych włosach i gęstych meksykańskich wąsach.
- Tego najważniejszego?
Odłożyła papierosy i zapalniczkę na stół, rozmieszczając je w doskonałej symetrii, nie częstując mnie, co zresztą nie miało znaczenia, bo nie palę. Leżały tam jeszcze dwie paczki farosów, popielniczka i pistolet.
- Musi panu na tym rzeczywiście zależeć - dodała - jeśli teraz odważył się pan tu przyjechać.
Spojrzałem na pistolet. Sig sauer, szwajcarski. Parabellum. Dziewiątka. Szesnaście naboi w magazynku, ułożonych w szachownicę. I trzy pełne magazynki. Złote końcówki naboi były grube jak żołędzie.
- Tak - odezwałem się łagodnie. - Wydarzyło się to dwanaście lat temu. W stanie Sinaloa.
Kolejne milczące spojrzenie. Dużo o mnie wiedziała - w jej świecie można wszystko dostać za pieniądze. Poza tym trzy tygodnie wcześniej posłałem jej egzemplarz niedokończonego tekstu. Na przynętę. Niby list polecający, uzupełniający całość moich starań.
- Dlaczego miałabym panu o tym opowiedzieć?
- Bo poświęciłem pani wiele pracy.
Patrzyła na mnie przez dym papierosa, mrużąc oczy; przypominała tym indiańskie maski w Templo Mayor. Potem wstała i podeszła do barku, wróciła z butelką tequili Herradura Reposado i dwoma kieliszkami, wysokimi i wąskimi, które w Meksyku nazywają caballitos. Miała na sobie ciemne, wygodne lniane spodnie, czarną bluzkę i sandały. Żadnej biżuterii, nawet łańcuszka czy zegarka, oprócz siedmiu cienkich srebrnych bransoletek na prawej ręce. Dwa lata wcześniej - wycinki prasowe leżały w moim pokoju w hotelu San Marcos - tygodnik "Hola" zaliczył ją do dwudziestu najlepiej ubranych kobiet w Hiszpanii, było to mniej więcej w tym samym czasie, kiedy dziennik "El Mundo" informował o ostatnim śledztwie dotyczącym jej interesów na Costa del Sol i powiązaniach z przemytem narkotyków. Na zdjęciu na pierwszej stronie gazety można było dostrzec jej postać przez szybę samochodu oraz kilku ochroniarzy w ciemnych okularach, którzy jej strzegli. Jednym z nich był wąsaty grubas, teraz siedzący w przeciwległym końcu pokoju i z daleka patrzący na mnie niewidzącym wzrokiem.
- Wiele pracy - powtórzyła zamyślona i nalała tequili do kieliszków.
- Właśnie.
Wypiła mały łyk, ciągle mnie obserwując. Była niższa, niż wydawała się na zdjęciach i w telewizji, miała ruchy spokojne i pewne, jakby jeden łączył się w naturalny sposób z drugim, nie zostawiając miejsca na improwizację czy wątpliwości. A może ona już nie ma wątpliwości, pomyślałem nagle. Mimo swoich trzydziestu sześciu lat była dość atrakcyjna. Może nie tak jak na zdjęciach, które oglądałem tu i tam, po drugiej stronie Atlantyku. W archiwum policyjnym na komisariacie w Algeciras natknąłem się na jej czarno-białe fotografie z profilu i en face. Widziałem ją też na kasetach wideo; zdjęcia były niewyraźne, zawsze kończyły się wtargnięciem w kadr brutalnych goryli, którzy szybko i gwałtownie usuwali obiektywy. Ale wszędzie miała ten sam dystyngowany wygląd, była niemal zawsze ubrana na czarno, w ciemnych okularach, wsiadała do drogich samochodów albo wysiadała z nich, wychylała się, niewyraźna w grubym ziarnie teleobiektywu, z jakiegoś tarasu w Marbelli, albo opalała się na pokładzie wielkiego jachtu, białego jak śnieg. Królowa Południa. W otoczce swojej legendy pojawiała się równocześnie na stronach kroniki towarzyskiej i przeglądu kryminalnego.
Istniało jednak jeszcze jedno zdjęcie, o którym nie wiedziałem wcześniej, ale po dwóch godzinach rozmowy Teresa Mendoza nieoczekiwanie postanowiła mi je pokazać - bardzo zniszczone i podklejone od spodu przezroczystą taśmą. Położyła je na stoliku między pełną popielniczką, butelką tequili, opróżnioną głównie przez nią samą w dwóch trzecich, i sig sauerem z trzema magazynkami, leżącymi tam jak zapowiedź nieszczęścia - choć tak naprawdę był to dowód fatalistycznego pogodzenia się z losem - które miało się zdarzyć jeszcze tej samej nocy. Było to zdjęcie najdawniejsze z tych, jakie miała, a właściwie tylko jego połowa, brakowało całej lewej strony; zostało z niej tylko męskie ramię w rękawie skórzanej kurtki pilota obejmujące młodą, szczupłą brunetkę o ciemnych bujnych włosach i czarnych oczach. Dziewczyna mogła mieć niewiele ponad dwadzieścia lat, była ubrana w bardzo obcisłe spodnie i brzydką dżinsową kurtkę z kołnierzem z baraniego kożuszka, patrzyła w obiektyw z niezdecydowaną miną, jakby zamierzała uśmiechnąć się albo właśnie przestawała to robić. Dostrzegłem, że mimo przerysowanego, nieco wulgarnego makijażu spojrzenie jej ciemnych źrenic było niewinne i łagodne, podkreślało młodość pociągłej twarzy; jej oczy migdałowego kształtu, bardzo wyraziste usta i kształt nosa oraz bezczelnie zadarta broda były z pewnością odległymi i niewyraźnymi śladami indiańskiej krwi. Ta dziewczyna nie jest piękna, ale ma w sobie coś wyjątkowego, pomyślałem. Jakiś ślad dawnej doskonałości, rozmytej w kolejnych pokoleniach. Dochodziła do tego kruchość, szczera i naiwna. Gdybym nie znał jej losów, pewnie ta kruchość by mnie wzruszyła. Tak mi się wydaje.
- Trudno tu panią rozpoznać.
Taka była prawda i tak powiedziałem. Odniosłem wrażenie, że ten komentarz nie sprawił jej przykrości. Dobrą chwilę przyglądała się zdjęciu leżącemu na stole.
- Sama się nie rozpoznaję - powiedziała.
Potem schowała je z powrotem do leżącej na kanapie torby, do skórzanego portfela z jej inicjałami, i wskazała mi drzwi.
- Myślę, że to już wszystko - odezwała się.
Robiła wrażenie bardzo zmęczonej. Długa rozmowa, papierosy, butelka tequili. Miała ciemne kręgi pod oczami, które były teraz całkiem inne niż na starym zdjęciu. Wstałem, zapiąłem marynarkę, podałem jej rękę - ledwie jej dotknęła - spojrzałem jeszcze raz na pistolet. Grubas z końca pokoju był już przy mnie, obojętny, gotów, żeby mnie odprowadzić. Przyjrzałem się z ciekawością jego wspaniałym wysokim butom ze skóry iguany, brzuchowi wylewającemu się znad wyplatanego paska, groźnemu kształtowi zarysowanemu pod marynarką. Kiedy otworzył drzwi, stwierdziłem, że jego tusza jest myląca, i zauważyłem, że wszystko robi lewą ręką. Było jasne, że prawa służy mu wyłącznie jako narzędzie pracy.
- Mam nadzieję, że będzie dobrze - powiedziałem.
Jej spojrzenie podążyło za moim wzrokiem ku pistoletowi. Powoli skinęła głową, nie oznaczało to jednak potwierdzenia moich słów. Była zajęta swoimi myślami.
- Pewnie - mruknęła.
Wtedy wyszedłem. Policjanci w kamizelkach kuloodpornych i z długą bronią, którzy na początku wizyty zrewidowali mnie starannie od stóp do głów, nadal pełnili straż w westybulu i w ogrodzie, wojskowa furgonetka i dwa policyjne harleye davidsony stały zaparkowane przy okrągłej fontannie przed wejściem. Po drugiej stronie wysokiego muru, na ulicy, czekało pięciu czy sześciu dziennikarzy i operator z kamerą telewizyjną pod parasolem, utrzymywani w pewnym oddaleniu przez żołnierzy w bojowych mundurach, kordonem otaczających posiadłość. Skręciłem na prawo i w deszczu poszedłem do taksówki, która czekała na mnie przy następnej przecznicy, na skrzyżowaniu z ulicą Generała Anai. Teraz już wiedziałem wszystko, co chciałem wiedzieć, mroczne zakamarki zostały oświetlone i każdy element losów Teresy Mendozy - prawdziwych czy wymyślonych - znalazł się na swoim miejscu: od tamtego pierwszego zdjęcia, czy raczej połówki zdjęcia, aż po kobietę, która przyjęła mnie z automatyczną bronią na stole. Brakowało zakończenia, które zresztą też miałem poznać w ciągu kilku godzin. Wystarczyło, żebym usiadł i czekał, podobnie jak ona.
Minęło dwanaście lat od tamtego popołudnia, kiedy Teresa Mendoza rzuciła się do ucieczki w mieście Culiacán. Tego dnia, który zapoczątkował długą podróż tam i z powrotem, normalny świat, jaki - tak sądziła - stworzyła sobie u boku Blondyna Davili, rozsypał się jak domek z kart, słyszała nawet łoskot spadających kawałków, i nagle stwierdziła, że jest sama i że grozi jej niebezpieczeństwo. Odłożyła telefon i zaczęła chodzić po pokoju, otwierając przypadkowe szuflady, oślepiona przerażeniem: szukała torby, do której mogłaby spakować najpotrzebniejsze rzeczy. Chciałaby opłakiwać swojego mężczyznę, chciałaby krzyczeć tak, żeby zedrzeć sobie gardło, ale strach ogarniający ją falami podobnymi do ciosów paraliżował fizycznie i psychicznie. Czuła się tak, jakby najadła się grzybków z Huautli albo napaliła marychy i nagle została przeniesiona do innego, obcego ciała, nad którym w ogóle nie miała władzy. Włożyła niezdarnie, w pośpiechu, dżinsy, podkoszulek i buty, potykając się, zbiegła po schodach, jeszcze mokra pod ubraniem, z wilgotnymi włosami, ściskając niewielką torbę podróżną, do której udało jej się wrzucić parę rzeczy - jakieś podkoszulki, dżinsową kurtkę, majtki, skarpetki, portfel z dwustoma pesos i dokumentami. Na pewno zjawią się zaraz po telefonie, pamiętała słowa Blondyna. I lepiej będzie, jeśli już jej tu nie zastaną.
Wyszła na ulicę i stanęła niezdecydowana, z instynktowną ostrożnością tropionego zwierzęcia, które czuje w powietrzu zbliżające się psy myśliwskie. Przed nią rozciągało się wrogie terytorium o skomplikowanej miejskiej topografii. Kolonia Las Quintas - szerokie aleje, komfortowe domy dyskretnie ukryte pośród krzewów bugenwilli, dobre samochody zaparkowane pod oknami. Przeszłam długą drogę od nędznej dzielnicy Las Siete Gotas, pomyślała. Właścicielka apteki naprzeciwko, sprzedawca ze sklepu spożywczego na rogu, gdzie robiła zakupy przez ostatnie dwa lata, strażnik banku w niebieskim mundurze i z automatem kaliber .12 przewieszonym przez ramię - ten sam, który uśmiechał się do niej zawsze, kiedy przechodziła - wszyscy oni nagle wydali się jej niebezpieczni, jakby na nią czyhali. Już nie będziesz miała przyjaciół, mówił Blondyn z tym swoim obojętnym uśmiechem, który uwielbiała i którego czasem nienawidziła z całej duszy. Tego dnia, kiedy zadzwoni telefon i zaczniesz uciekać, będziesz sama, moja mała. A ja już ci nie pomogę.
Przycisnęła torbę, jakby chciała chronić brzuch, i ze spuszczoną głową ruszyła chodnikiem przed siebie, nie patrzyła teraz na nikogo ani na nic, starała się nie przyspieszać kroku. Słońce zaczynało zachodzić daleko nad Pacyfikiem odległym o jakieś czterdzieści kilometrów na zachód, w okolicach Altaty, a rosnące wzdłuż alei palmy, pinguicas i mangowce odcinały się na tle nieba, które już wkrótce miało zabarwić się na pomarańczowo, jak podczas każdego zachodu słońca w Culiacán. Łomot w uszach, głuche, monotonne pulsowanie nakładało się na hałas samochodów i stukot jej obcasów. Gdyby ktoś zawołał ją w tej chwili, nie usłyszałaby własnego imienia, pewnie nie usłyszałaby nawet strzału. Strzału do niej. Spodziewała się go w każdej chwili, szła z napiętymi mięśniami i wtuloną w ramiona głową, bolały ją plecy i nerki. Oto Sytuacja. Zbyt wiele razy słyszała rozmowy na ten temat, prowadzone w oparach alkoholu, pośród dymu papierosowego, by nie zdawać sobie sprawy z zagrożenia; wiedzę tę miała wypaloną w myślach, jak piętno na sztuce bydła. W tym interesie, mawiał Blondyn, trzeba umieć rozpoznać Sytuację. Ktoś podejdzie i ukłoni się. Może nawet będziesz go znała, a on się uśmiechnie. Miło. Łagodnie. Ale zauważysz coś dziwnego, coś nieokreślonego, jakbyś dostrzegła, że coś jest nie na swoim miejscu. Chwilę później będziesz martwy - Blondyn, mówiąc to, patrzył na Teresę, z wycelowanym w nią palcem, jakby to był rewolwer, przy śmiechu kumpli. - A raczej martwa. To nawet lepsze, niż gdyby cię zabrali żywą na pustynię, zaopatrzeni w palnik acetylenowy, i zaczęli ci tam z wielką cierpliwością zadawać pytania. Najgorzej nie jest wtedy, gdy znasz odpowiedzi - wówczas ulga przychodzi szybko - ale kiedy ich nie znasz. Taki szkopuł, jak mawiał Cantinflas. Duży problem. Bardzo trudno jest przekonać faceta z palnikiem, że nie wiesz rzeczy, o których on myśli, że wiesz, i on też chciałby wiedzieć.
Szlag by to! Miała nadzieję, że Blondyna spotkała szybka śmierć. Że rzucili go, razem z cessną, na pożarcie rekinom, a nie zabrali na pustynię, żeby przepytać. Kiedy się miało do czynienia z policją albo DEA, takie przepytywanie prowadziło do więzienia Almoloya albo do kryminału w Tucson. Można było negocjować, dojść do porozumienia. Zostać świadkiem koronnym albo zapewnić sobie specjalne przywileje w więzieniu. Trzeba było tylko umiejętnie rozegrać swoją kartę. Ale Blondyn z takimi ludźmi się nie zadawał. Nie był konfidentem ani szpiegiem. Oszukiwał tylko trochę, mniej dla pieniędzy, bardziej dlatego, że lubił balansować na krawędzi. My, chłopaki z San Antonio, przechwalał się, lubimy ryzykować własną skórę. A kiwanie tych facetów było, jego zdaniem, świetną rozrywką; śmiał się w duchu, kiedy mówili mu: przyłóż temu, wykończ tamtego, chłopcze, tylko pospiesz się - brali go za zwykłego zbira, któremu wystarczy rzucić na stół tysiąc pesos bez cienia szacunku; dostawał zwitki szeleszczących dolarów po powrocie z każdego przelotu, na którym szefowie zarabiali śmierdzące fortuny, a on ryzykował wolność albo i życie. Problem polegał na tym, że Blondynowi nie wystarczało robienie pewnych rzeczy, on odczuwał potrzebę, żeby o tym opowiadać. Miał długi język. Po co miałbyś przelecieć choćby najlepszą dupę, jeśli nie mógłbyś o tym opowiedzieć kolesiom? Bo jeśli zrobisz coś super, to niech o tobie piszą piosenki, niech je zaśpiewają Los Tucanes czy Los Tigres z Tijuany, a potem niech słuchają tego we wszystkich barach i przez radio w każdym samochodzie. Klasa! Stajesz się legendą, brachu. I wiele razy, kiedy byli razem w jakimś barze czy na imprezie w klubie Morocco - on z butelką piwa Pacífico w ręce, ona z nosem upudrowanym białym proszkiem - stała wtulona w jego ramię między jednym tańcem a drugim, i drżała z przerażenia, bo opowiadał kumplom takie rzeczy, które każdy rozsądny człowiek zachowuje w najgłębszej tajemnicy.
Teresa nie była wykształcona, w przeciwieństwie do Blondyna, ale wiedziała, że przyjaciele są po to, żeby odwiedzać cię w szpitalu, w więzieniu albo na cmentarzu. To znaczy, przyjaciele są przyjaciółmi, dopóki nie przestają nimi być.
Przebiegła trzy przecznice, nie oglądając się za siebie. Nie da rady. Miała zbyt wysokie obcasy i zrozumiała, że skręci sobie kostkę, jeśli dalej będzie biec. Zdjęła buty, schowała je do torby i, już bosa, skręciła na następnym rogu w prawo i doszła do ulicy Juareza. Tam zatrzymała się przed jakimś barem, żeby sprawdzić, czy nikt jej nie śledzi. Nie dostrzegła żadnych oznak niebezpieczeństwa, uznała, że powinna zastanowić się chwilę i uciszyć walenie pulsu, popchnęła drzwi, weszła do środka i usiadła przy stoliku w głębi, plecami do ściany, z widokiem na ulicę. Jak powiedziałby mocny w gębie Blondyn: żeby przeanalizować Sytuację. Albo przynajmniej spróbować. Wilgotne włosy opadły jej na twarz, odgarnęła je tylko raz, potem uznała, że woli, jak ją zasłaniają. Zamówiła sok z opuncji i przez chwilę siedziała nieruchomo, nie potrafiła ułożyć w głowie dwóch spójnych myśli, poczuła, że ma ochotę zapalić, ale zdała sobie sprawę, że w całym zamęcie zapomniała zabrać papierosy. Poprosiła o jednego kelnerkę, która podała jej też ogień, i nie zwracając uwagi na jej zdziwiony wzrok, utkwiony w bosych stopach, siedziała bez ruchu, starając się uporządkować myśli. Teraz lepiej. Papieros uspokoił ją nieco, na tyle żeby przeanalizować Sytuację pod kątem praktycznym. Musi dotrzeć do drugiego domu, tego bezpiecznego, zanim mordercy ją odnajdą, a ona sama, chcąc nie chcąc, skończy jako drugoplanowa postać w jednym z tych narcocorridos, które, jak marzył Blondyn, Los Tucanes czy Los Tigres ułożą na jego cześć. Tam były pieniądze i dokumenty, bez których, choćby uciekała bardzo szybko, nigdzie nie dotrze. Tam też był notes Blondyna - telefony, adresy, notatki, kontakty, tajne tropy prowadzące do różnych części Meksyku: Dolna Kalifornia, Sonora, Chihuahua i Coahuila, do przyjaciół i wrogów - niełatwo było odróżnić jednych od drugich - w Kolumbii, Gwatemali, Hondurasie i po drugiej stronie Río Bravo, w El Paso, Juárez, San Antonio. Musisz go spalić albo ukryć, powiedział jej. Dla własnego dobra nawet do niego nie zaglądaj, maleńka. Nawet na niego nie patrz. Dopiero kiedy znajdziesz się w prawdziwych kłopotach i nie będziesz już miała innego wyjścia, oddaj go don Epifaniowi Vargasowi w zamian za własną skórę. Jasne? Przysięgnij mi tu, że za nic w świecie nie otworzysz tego notesu. Przysięgnij na Boga i Matkę Boską. Chodź tu. Przysięgnij na to, co teraz trzymasz w ręce.
Miała niewiele czasu. Zapomniała też o zegarku, ale widziała, że zaczyna zapadać zmrok. Ulica wydawała się spokojna, słaby ruch, kilku przechodniów, nikt nie zatrzymywał się w pobliżu. Włożyła buty. Położyła na stole dziesięć pesos, powoli podniosła się i wzięła torbę. Wychodząc na ulicę, nie odważyła się spojrzeć na odbicie swojej twarzy w lustrze. Na rogu jakiś dzieciak sprzedawał napoje, papierosy i gazety, rozłożone na kartonie z nadrukiem Samsung. Kupiła paczkę farosów i zapałki, kątem oka zerknęła za siebie i poszła dalej, z wyrachowaną powolnością. Sytuacja. Na widok zaparkowanego samochodu, policjanta, mężczyzny zamiatającego chodnik zapierało jej dech ze strachu. Znów zaczęły boleć ją plecy i poczuła kwaśny smak w ustach. Przeszkadzały jej obcasy. Gdyby Blondyn ją teraz zobaczył, pomyślała, pewno by się uśmiał. I przeklinała go w duchu. Ciekawe, gdzie się śmiejesz w tej chwili, sukinsynu, teraz, kiedy wszystko spartaczyłeś. Co z twoją pewnością siebie prawdziwego macho i z tym pieprzonym popisywaniem się? Przechodząc obok kiosku z tacos, poczuła zapach spalonego mięsa i kwaśny smak w ustach stał się jeszcze ostrzejszy. Musiała zatrzymać się i szybko wejść do bramy, gdzie zwymiotowała sok z opuncji.
Culiacán poznałem wcześniej. Jeszcze zanim pojechałem tam, by spotkać się z Teresą Mendozą. Byłem tam od razu, jak tylko zacząłem interesować się jej losami, kiedy ona sama stanowiła dla mnie coś w rodzaju osobistego wyzwania - wyzwania w postaci paru zdjęć i wycinków prasowych. Byłem tam i później, już po wszystkim, kiedy poznałem to wszystko, co poznać chciałem - fakty, nazwiska, miejsca. Teraz nadszedł czas, bym to uporządkował, zostawiając puste miejsca tylko tam, gdzie to konieczne lub kiedy tak jest lepiej. Muszę też powiedzieć, że cała ta sprawa zaczęła się dużo wcześniej, w stolicy Meksyku, podczas pewnego obiadu z René Delgado, szefem dziennika "Reforma". Utrzymujemy przyjacielskie kontakty z René od czasu, kiedy jako młodzi reporterzy dzieliliśmy pokój w hotelu Intercontinental w Managui, podczas wojny z Somozą. Teraz, kiedy przyjeżdżam do Meksyku, spotykamy się, żeby liczyć sobie nawzajem zmarszczki, siwe włosy i zawiedzione marzenia. Tamtego razu, kiedy jedliśmy smażone mrówcze jaja i tacos z kurczakiem w San Angel Inn, złożył mi propozycję.
- Jesteś Hiszpanem i masz świetne kontakty. Napisz dla nas wielki reportaż o niej.
Odmówiłem ruchem głowy, uważając równocześnie, by zawartość taco nie rozsypała mi się po brodzie.
- Już nie jestem reporterem. Teraz wymyślam takie historie, które, kiedy się je zapisze, nigdy nie mają mniej niż czterysta stron.
- No to zrób to po swojemu - nalegał René. - Niech to nawet będzie jakiś twój cholerny reportaż literacki.
Skończyłem taco i zaczęliśmy rozważać wszelkie za i przeciw. Wahałem się aż do kawy i cygara Don Julián No. 1, czyli do chwili, kiedy René zagroził, że poprosi do naszego stolika orkiestrę mariachis. Choć jego pomysł nabrał zgoła innego kształtu, bo reportaż dla "Reformy" przerodził się w całkiem prywatny projekt literacki, mój przyjaciel nie wziął mi tego za złe. Przeciwnie, następnego dnia przekazał mi swoje najlepsze kontakty na wybrzeżu Pacyfiku i wśród policji federalnej, żebym mógł odsłonić ciemne lata, ten okres życia Teresy Mendozy, który nie był znany w Hiszpanii, a i w samym Meksyku od dawna nikt się nim nie interesował.
- Przynajmniej opublikujemy ci recenzję, skunksie - powiedział.
Do tej pory powszechnie wiadomo było tylko tyle, że mieszkała kiedyś w Las Siete Gotas, bardzo biednej dzielnicy Culiacán, i była córką Hiszpana i Meksykanki. Wiedziano, że naukę porzuciła jeszcze w szkole podstawowej, potem sprzedawała kapelusze na targowisku Buelna, a następnie zajmowała się wymianą pieniędzy na ulicy Juareza aż do pewnego wieczoru, w Zaduszki - wróżba, jak na ironię - kiedy los postawił na jej drodze Raimunda Dávilę Parrę, pilota opłacanego przez kartel z Juárez, znanego w środowisku jako Blondyn Dávila, z powodu jasnych włosów, niebieskich oczu i amerykańskiego wyglądu. Wszystko to jednak należało raczej do legendy narosłej wokół postaci Teresy Mendozy i wcale nie wynikało ze sprawdzonych faktów. Aby więc odsłonić tę część jej biografii, pojechałem do stolicy stanu Sinaloa leżącej na zachodnim wybrzeżu Meksyku, tam gdzie rozpoczyna się Zatoka Kalifornijska, i włóczyłem się po tamtejszych ulicach i barach. Poszedłem nawet tą samą, albo prawie tą samą drogą, którą ostatniego popołudnia - albo pierwszego, zależy, jak na to spojrzeć - przemierzyła po odebraniu telefonu i opuszczeniu domu, gdzie mieszkała z Blondynem Dávilą. Przystanąłem przed gniazdkiem, w którym osiedli na dwa lata: była to komfortowa, ale dyskretna willa o dwóch kondygnacjach, z ogrodem z tyłu, a mirtami i bugenwillami przy wejściu, położona w południowo-wschodniej części Las Quintas, dzielnicy zamieszkanej przez klasę średnią narkotykowego biznesu, przez tych, którym się wiedzie dobrze, choć nie tak dobrze, by mogli sobie pozwolić na luksusową posiadłość w dzielnicy Chapultepec. Potem wzdłuż rzędu palm i mangowców poszedłem do ulicy Juareza i zatrzymałem się naprzeciwko niewielkiego bazaru, żeby przyjrzeć się młodym dziewczynom, które z telefonem komórkowym przy uchu i kalkulatorem w ręce wymieniają pieniądze po prostu na ulicy, czy raczej piorą je, biorąc od zatrzymujących się przy nich kierowców zwitki dolarów śmierdzących żywicą z indyjskich konopi albo białym proszkiem i dając im meksykańskie pesos. Tutaj, w tym mieście, gdzie to, co nielegalne, jest konwencją towarzyską i formą życia - ...tradycją jest rodzinną, mówi tekst jednej z piosenek, że się pracuje wbrew prawu - Teresa Mendoza przez jakiś czas była jedną z takich dziewczyn, aż do dnia, kiedy terenowy czarny bronco zatrzymał się obok, a Raimundo Dávila Parra opuścił przydymioną szybę i z wysokości siedzenia kierowcy zaczął się jej przyglądać. Wtedy jej życie odmieniło się na zawsze.
Teraz ona biegła tym samym chodnikiem, gdzie znała każdą płytę, z suchością w gardle i strachem w oczach. Ominęła dziewczyny stojące grupkami albo spacerujące przed sklepem z owocami o nazwie El Canario w oczekiwaniu na klientów, równocześnie zerkając z niepokojem w stronę przystanku autobusów i mikrobusów, i kiosków z jedzeniem na bazarze, przy których niby rój mrówek kłębił się tłum kobiet z koszami i wąsatych mężczyzn w czapkach z daszkiem albo w palmowych kapeluszach. Ze straganu z płytami za sklepem jubilerskim na rogu dobiegły ją słowa i melodia piosenki Paczki po kilo. Śpiewali Dinámicos albo Los Tigres, z tej odległości nie mogła rozpoznać, ale znała to corrido. I to jak! Znała je aż za dobrze, to była ulubiona piosenka Blondyna - sukinsyn śpiewał ją zazwyczaj przy goleniu, stojąc w otwartym oknie, żeby zgorszyć sąsiadów, albo cichutko nucił jej do ucha, kiedy chciał ją rozzłościć:
Przyjaciele mego ojca
Cenią mnie i podziwiają,
Bo na dwustu, trzystu metrach
Wzniosę w niebo cessnę każdą.
Pistolety, karabiny,
to jest dla mnie chleb powszedni...
Cholerny Blondyn, niech go szlag, pomyślała i prawie to powiedziała na głos, żeby stłumić westchnienie, które cisnęło jej się na usta. Popatrzyła w prawo i lewo. Szukała jakiejś twarzy, kogoś, czyja obecność świadczyłaby o niebezpieczeństwie. Na pewno przyślą kogoś, kto ją zna, pomyślała. Kto może ją rozpoznać. I cała nadzieja w tym, że ona rozpozna go wcześniej. Jego albo ich. Bo zazwyczaj chodzą parami, żeby sobie nawzajem pomagać. Albo żeby siebie nawzajem pilnować, bo w tym interesie nie wierzy się nawet własnemu cieniowi. Trzeba rozpoznać go na czas, dostrzec zagrożenie w jego spojrzeniu. Albo w jego uśmiechu. Ktoś się do ciebie uśmiechnie, przypomniała sobie. I chwilę później będziesz martwa. Jeśli masz szczęście, dodała w duchu. Jeśli mam szczęście, będę martwa. W Sinaloa - pomyślała o pustyni i palniku acetylenowym wspomnianych przez Blondyna - to, czy się ma szczęście, czy nie, zależy od refleksu, umiejętności dodawania i odejmowania. Im więcej czasu zajmuje ci umieranie, tym masz mniej szczęścia.
Na ulicy Juareza samochody nadjeżdżały za jej plecami. Zauważyła to, kiedy minęła cmentarz Świętego Jana, i zaraz skręciła na lewo, żeby wejść w ulicę Generała Escobedo. Blondyn tłumaczył jej, że gdyby ją kiedyś śledzono, powinna wybierać te ulice, gdzie samochody będą nadjeżdżać z przodu, żeby móc się im przyjrzeć, zanim się do niej zbliżą. Od czasu do czasu oglądała się za siebie. Ulicą Generała Escobedo doszła do śródmieścia, przeszła przed gmachem magistratu i wmieszała się w tłum kłębiący się na przystankach autobusowych w pobliżu bazaru Garmendia. Tam poczuła się nieco bezpieczniej. Niebo było coraz ciemniejsze, budynki od strony zachodniej pokryły się intensywną pomarańczową barwą, reflektory z wystaw sklepowych oświetlały chodniki. Prawie nigdy nie zabija się ludzi w takich miejscach, pomyślała. Ani nie porywa. Na rogu stało dwóch policjantów z drogówki; byli w brązowych mundurach. Twarz jednego z nich wydała jej się znajoma, więc odwróciła się i zmieniła kierunek. Wielu miejscowych policjantów było na żołdzie narkobiznesu, podobnie jak to się działo w przypadku niektórych agentów policji federalnej i stanowej i wielu innych funkcjonariuszy służb państwowych o lepkich łapkach i upodobaniu do gratisowych drinków w barze; chronili najważniejszych bossów mafii, kierując się zdrową zasadą: bierz swoje i pozwól żyć innym, jeśli sam też chcesz żyć. Przed trzema miesiącami nowy szef policji chciał zmienić reguły gry. Zarobił równo siedemdziesiąt strzałów z kałacha - karabin AK 47 jest w tych kręgach najpopularniejszą bronią - przed wejściem do domu, w swoim własnym samochodzie. Ratatatata. W sklepach muzycznych były już płyty z piosenkami o tej historii. Najbardziej popularna z nich nosiła tytuł Siedemdziesiąt kulek siedem milimetrów. Zabili Ordo?eza - precyzował tekst - o szóstej nad ranem, a na tak wczesną porę to duże strzelanie. Czysty styl Sinaloa. Tamtejsi piosenkarze, jak na przykład As de la Sierra, umieszczali na afiszach i na okładkach płyt swoje zdjęcia z giwerą kaliber .45 w ręce, na tle awionetki. Chalino Sánchez, lokalny idol, który zanim zaczął śpiewać i komponować, był płatnym mordercą w mafii, został dosłownie zmasakrowany z zazdrości o kobietę albo z jakiegoś innego powodu. Żeby pisać narcocorridos, nie potrzeba mieć nadmiernej wyobraźni.
Teresa minęła rynek, sklepy z butami i odzieżą i skręciła na rogu, przed lodziarnią La Michoacana. Bezpieczne mieszkanie Blondyna, schronienie na wypadek niebezpieczeństwa, było kilkanaście metrów stąd, mieściło się na drugim piętrze niepozornego budynku mieszkalnego, przed którym stał składany stragan - w ciągu dnia sprzedawano tam owoce morza, a wieczorami tacos ze smażonym mięsem. Poza nimi dwojgiem w zasadzie nikt nie wiedział o tej kryjówce. Teresa była tam tylko raz, Blondyn też pojawiał się w nim rzadko, żeby go nie spalić. Weszła po schodach, najciszej jak mogła, włożyła do zamka klucz i przekręciła go ostrożnie. Wiedziała, że nie może tu być nikogo, mimo to starannie obejrzała mieszkanie, sprawdzając, czy wszystko jest w porządku. Nawet ta dziupla nie jest bezpieczna, mówił Blondyn. Mogli mnie widzieć, ktoś mógł coś wywęszyć, zresztą tutaj, w tym mieście, każdy zna każdego. A nawet jeśli nie wiedzą, to i tak, jeśli mnie złapią żywego, będę mógł milczeć tylko przez chwilę, a potem wyciągną ze mnie, co zechcą, i na kopach wyśpiewam im wszystkie piosenki i wszystko, czego się w życiu dowiedziałem. Staraj się nie spać tam jak kura na grzędzie, maleńka. Mam nadzieję, że wytrzymam dostatecznie długo i że zdążysz zwinąć kasę i zniknąć, zanim cię dopadną. Ale niczego ci nie obiecuję, kocie - uśmiechał się nawet przy tych słowach, sukinsyn. - Niczego nie obiecuję.
Mieszkanie miało gołe ściany, bez żadnych ozdób, a umeblowanie składało się ze stołu, czterech krzeseł i kanapy; w drugim pokoju stało wielkie łóżko, szafka nocna i telefon. Okno sypialni wychodziło na podwórze z drzewami i krzewami, wykorzystywane jako parking, w głębi widoczne były kopuły kościoła Santuario. Jedna z szaf ściennych miała podwójne dno i kiedy Teresa je rozmontowała, znalazła dwie grube paczki z plikami studolarowych banknotów. Jakieś dwadzieścia tysięcy, oceniła szybko dzięki doświadczeniu z ulicy Juareza. Leżał tam też notes Blondyna, duży zeszyt w okładkach z brązowej skóry - nawet go nie otwieraj, przypomniała sobie - woreczek z białym proszkiem, jakieś trzysta gramów, i ogromny colt Double Eagle z chromowanej stali, z płytkami z masy perłowej na rękojeści. Blondyn nie lubił broni, nigdy nie nosił przy sobie pistoletu ani rewolweru - zwisa mi, mawiał, jak cię mają dopaść, to i tak dopadną - ale tego colta trzymał na wszelki wypadek. Co mam ci mówić, sama wiesz, jak jest. Teresa też tego nie lubiła, ale jak każdy człowiek w stanie Sinaloa - mężczyzna, kobieta czy dziecko - potrafiła posługiwać się bronią. A jeśli można sobie wyobrazić przypadek niebezpieczeństwa, to wystąpił on właśnie w tej chwili. Sprawdziła, czy colt ma pełny magazynek, odciągnęła zamek, a kiedy go zwolniła, nabój kaliber .45 wskoczył do komory z dźwięcznym i groźnym trzaskiem. Drżały jej ręce, kiedy wkładała to wszystko do przyniesionej ze sobą torby. W połowie pakowania usłyszała odgłos dochodzący z rury wydechowej samochodu parkującego na ulicy. Przez chwilę stała bez ruchu i nasłuchiwała, po czym wróciła do pakowania. Razem z dolarami leżały dwa paszporty - jej i Blondyna. Do obydwu były wbite ważne wizy do Stanów. Popatrzyła na zdjęcie Blondyna: włosy na jeża, jasne amerykańskie oczy patrzące spokojnie na fotografa, cień wiecznego uśmiechu w kąciku ust. Włożyła do torby tylko swój paszport. A kiedy pochyliła głowę, poczuła, że łzy spadają jej na dłonie, i zdała sobie sprawę, że już od dobrej chwili płacze.
Rozejrzała się wokół zamglonym wzrokiem, chcąc sprawdzić, czy niczego nie zapomniała. Serce biło jej tak mocno, jakby za chwilę miało wyskoczyć z piersi. Podeszła do okna, spojrzała na ulicę tonącą w wieczornym mroku, na kiosk z tacos oświetlony żarówką i czerwonym żarem z rusztu. Zapaliła papierosa i zrobiła kilka niepewnych kroków po mieszkaniu, zaciągając się nerwowo. Musi zaraz stąd iść, ale nie ma dokąd. Wiedziała tylko, że musi zaraz wyjść. Stojąc w drzwiach sypialni, spojrzała na telefon i zaświtało jej w głowie: don Epifanio. To był dobry człowiek, ten don Epifanio. Współpracował z Amado Carrillo w złotych czasach mostów powietrznych między Kolumbią, Sinaloą i Stanami i zawsze był dobrym szefem dla Blondyna, człowiekiem słownym i odpowiedzialnym; kiedy zainwestował w inne interesy i zaczął zajmować się polityką, przestał potrzebować awionetek, a Blondyn zmienił pracodawców. Don Epifanio proponował mu inną pracę u siebie, ale Blondyn wolał latać, wszystko jedno dla kogo. Tam na górze jesteś kimś, mawiał, a tu, na ziemi - tylko wyrobnikiem. Don Epifanio nie wziął mu tego za złe, a nawet pożyczył pieniądze, żeby sobie kupił nową cessnę. Poprzednią rozbił podczas gwałtownego lądowania na górskim pasie; miał wtedy na pokładzie starannie zamaskowane trzysta kilogramów białej damy; dwie awionetki policji federalnej latały w górze, drogi były zielone od policyjnych mundurów, a wśród głosów syren i nawoływań przez megafon R 15 siały ogniem, jakby to był koniec świata. Blondyn miał złamaną rękę, ale cudem udało mu się umknąć najpierw przed prawem, a potem przed właścicielami ładunku, którym za pomocą wycinków prasowych musiał udowadniać, że wszystko zostało przejęte przez policję, że trzech z ośmiu kumpli z ekipy przyjmującej zostało zabitych, kiedy bronili lotniska, i że sypnął człowiek z Badiraguato, który był policyjną wtyką. Gaduła skończył z rękami związanymi na plecach, uduszony plastikowym workiem, podobnie jak jego ojciec, matka i siostra - mafia wszystkich traktowała równo, a uwolniony od podejrzeń Blondyn mógł sobie kupić nową cessnę dzięki pożyczce don Epifania Vargasa.
Zgasiła papierosa, otwartą torbę postawiła przy łóżku i wyjęła notes. Położyła go na narzucie i przez chwilę na niego patrzyła. Nawet tam nie zaglądaj, przypomniała sobie. Oto cholerny notes pieprzonego szpanera, który już od dobrej chwili tańcuje z kostuchą, a ona, skończona kretynka, posłusznie gapi się na okładkę. Nawet o tym nie myśl, mówił jej jakiś wewnętrzny głos. A inny podpowiadał: tylko zajrzyj. Jeśli to jest warte tyle, co twoje życie, no to zobacz, co to jest. Żeby sobie dodać odwagi, wyciągnęła paczkę z kokainą, przebiła paznokciem plastik i szczyptę proszku przytknęła do nosa, głęboko wdychając. Chwilę później, z dziwną jasnością umysłu i wyostrzonymi zmysłami, znów spojrzała na notes i w końcu go otworzyła. Don Epifanio był tam pośród innych, Teresa poczuła dreszcze, kiedy pobieżnie przeglądała te nazwiska: Chapo Guzmán, César Batman Güemes, Héctor Palma... Były tam telefony, kontakty, pośrednicy, liczby i szyfry, których sensu nie rozumiała. Czytała to wszystko, a jej puls stawał się coraz wolniejszy, aż poczuła lodowate zimno. Nawet tam nie zaglądaj! Poczuła dreszcze, wspominając te słowa. Cholera! Dobrze zrozumiała dlaczego. To wszystko wyglądało dużo gorzej, niż myślała.
I wtedy usłyszała, że otwierają się drzwi.
- Popatrz, kogo tu mamy, Pote. Co słychać?
Uśmiech Kocura Fierrosa rozbłysnął jak ostrze noża, bo był to uśmiech wilgotny i niebezpieczny, jak u zbira w amerykańskim filmie, gdzie handlarze narkotyków zawsze mają latynoski wygląd, są ciemnowłosi i okrutni i nazywają się Pedro Brzytwa i Krwawy Juanito. Kocur Fierros miał latynoski wygląd, był ciemnowłosy i tak zły, jakby wyskoczył prosto z piosenki Rubena Bladesa czy Willy'ego Colona, i właściwie nie wiadomo, czy to on z rozmysłem pielęgnował ten stereotyp, czy też Rubén Blades, Willy Colón i amerykańskie filmy inspirowały się takimi jak on postaciami.
- Dupcia Blondyna.
Oprych stał z rękami w kieszeniach, oparty o framugę drzwi. Kocie oczy, którym zawdzięczał przydomek, nie odrywały się od Teresy, kiedy mówił do swojego kompana, wykrzywiając usta w złośliwie lubieżnym grymasie.
- Ja nic nie wiem - powiedziała Teresa.
Była tak przerażona, że z trudem rozpoznała własny głos. Kocur Fierros ze zrozumieniem kiwnął głową, dwa razy.
- Jasne - powiedział.
Jego uśmiech był już całkiem wyraźny. Nie potrafiłby zliczyć mężczyzn i kobiet, którzy zapewniali go, że nic nie wiedzą, zanim ich zabił, szybko bądź powoli, zależnie od okoliczności, tam, gdzie naturalnym sposobem umierania jest zginąć tragicznie - dwadzieścia tysięcy pesos za zwykłego człowieka, sto tysięcy za policjanta albo sędziego, bezpłatnie, jeśli trzeba było pomóc koledze. Teresa wiedziała, co jest grane - znała i Kocura Fierrosa, i jego kumpla Potemkina Galveza, którego zwano Pote Gálvez albo Pinto. Obydwaj ubrani byli w kurtki, jedwabne koszule od Versacego, dżinsowe spodnie i wysokie buty ze skóry iguany, wszystko niemal identyczne, jakby zaopatrywali się w tym samym sklepie. To były zbiry Cesara Batmana Güemesa i często spotykali się z Blondynem Dávilą: koledzy z pracy, jako ochrona powietrznych transportów jeździli w góry i razem chodzili na piwo i na balangi, płacąc świeżymi pieniędzmi, które jeszcze miały zapach, jaki mieć musiały. Bywali w Don Kichocie, gdzie zabawa zaczynała się wczesnym wieczorem i trwała do samego rana. Bywali w Czarnym Lordzie i Ozyrysie, znanych w całym mieście klubach go-go, gdzie nagie kobiety brały za pięć minut tańca sto pesos, a dwieście trzydzieści - jeśli rzecz działa się w osobnym saloniku, po których wstawał ranek przy whisky Buchanan's i muzyce z północy Meksyku, kiedy kac przemijał po kolejnej działce prochu, a Huracanes, Pumas, Broncos czy jakiś inny zespół, płacony studolarowymi banknotami, śpiewał im corridos: Nos na jedną działkę, Za garść prochu, Śmierć policjanta - piosenki o ludziach, którzy albo umarli, albo wkrótce mieli umrzeć.
- Gdzie on jest? - spytała Teresa.
Kocur Fierros zachichotał głośno i złośliwie.
- Słyszysz ją, Pote? Pyta o Blondyna. Coś takiego!
Nadal opierał się o framugę. Drugi bandzior pokręcił głową. Był szeroki i gruby, nosił gęste czarne wąsy, a na twarzy miał ciemne plamy, jak łaciata krowa. Najwyraźniej nie czuł się równie swobodnie jak jego towarzysz i niecierpliwie spoglądał na zegarek. Albo może z zakłopotaniem. Podnosząc rękę, odsłonił rękojeść rewolweru zatkniętego za pas pod lnianą kurtką.
- Blondyn - powtórzył Kocur Fierros.
Wyjął ręce z kieszeni i powoli podszedł do Teresy, która nadal siedziała nieruchomo u wezgłowia łóżka. Stanął obok i przyglądał się jej uważnie.
- Sama widzisz, dziecinko - odezwał się w końcu. - Twój facet chciał być zbyt sprytny.
Teresa czuła wnętrzności skręcone strachem jak grzechotnik. Oto Sytuacja. Strach biały, zimny jak płyta nagrobna.
- Gdzie on jest? - nalegała.
To nie ona mówiła, ale jakaś nieznajoma, a wypowiedziane słowa ją też zaskoczyły. Nieostrożna nieznajoma, która nie wiedziała, że teraz trzeba milczeć. Kocur Fierros pewnie to wyczuł, bo w jego wzroku pojawiło się zdziwienie, że ktoś zadaje pytania, zamiast zaniemówić albo krzyczeć z przerażenia.
- Nie ma go. Nie żyje.
Nieznajoma dalej zachowywała się samowolnie i Teresa zdziwiła się, słysząc, jak mówi: o, wy, skurwysyny! Tak właśnie powiedziała, czy raczej usłyszała, jak mówi, i bardzo tego żałowała, zanim jeszcze ostatnia sylaba wydostała się z jej ust. Kocur Fierros spoglądał na nią z ciekawością i uwagą. Popatrz, jaka pyskata, powiedział z namysłem. Chce nam zagadać spluwy.
- Tą śliczną buźką - zakończył ze słodyczą.
Uderzył ją w twarz tak mocno, że rozciągnęła się jak długa na łóżku, a on przyglądał się jej przez chwilę, jakby oceniał ten widok. Krew pulsowała jej w skroniach, policzek palił; mimo że ogłuszona ciosem, dostrzegła, iż Kocur patrzy na paczkę z białym proszkiem, leżącą na szafce, bierze szczyptę i podnosi palce do nosa. Przejdź się gdzieś, powiedział. Ma ostry język, ale jest całkiem ładna. Potem ty, zaproponował swojemu towarzyszowi, pocierając kciukiem o palec wskazujący, ale ten pokręcił głową, znów spoglądając na zegarek. Nie ma pośpiechu, stary, powiedział Kocur Fierros. Mamy dużo czasu, gówno mnie obchodzi, która godzina. Znów patrzył na Teresę.
- To naprawdę niezła dupa - stwierdził. - I do tego wdowa.
Od drzwi Pote Gálvez zawołał swojego towarzysza. Słuchaj, Kocur, powiedział całkiem serio. Kończmy to. Fierros podniósł w górę dłoń, prosząc o ciszę, i usiadł na brzegu łóżka. Bez jaj, odezwał się znów Pote. Instrukcje są jasne. Mamy ją wykończyć, nie wypierdolić, więc daj sobie siana, nie wygłupiaj się. Ale Kocur Fierros kręcił głową, dając do zrozumienia, że jego słowa nie zrobiły na nim żadnego wrażenia.
- O co ci chodzi? - powiedział. - Zawsze miałem ochotę przelecieć tę małą.
Teresę gwałcono już wcześniej, zanim została dziewczyną Blondyna Dávili: kiedy miała piętnaście lat, napadła ją banda chłopaków z dzielnicy Las Siete Gotas, potem zrobił to facet, który dał jej pracę przy wymianie pieniędzy na ulicy Juareza. Wiedziała więc, czego się spodziewać, kiedy oprych, którego stalowy uśmiech stał się jeszcze bardziej wilgotny, odpinał jej guzik u lewisów. Nagle przestała się bać. To się nie dzieje naprawdę, pomyślała przelotnie. Śpię, a to jest koszmarny sen, jak wiele innych, do tego ten już przeżyłam wcześniej. To wszystko przytrafia się tej kobiecie, którą spotykam w snach, która jest do mnie podobna, ale to nie ja. Kiedy zechcę, mogę się obudzić, usłyszę na poduszce spokojny oddech mojego mężczyzny, obejmę go, wtulę twarz w jego ramię i stwierdzę, że to wszystko nigdy się nie zdarzyło. Mogę też umrzeć we śnie, na zawał, wylew czy coś innego. Mogę nagle umrzeć i ani sen, ani jawa nie będą miały żadnego znaczenia. Zasnę długim snem bez marzeń i koszmarów. Odpocznę na zawsze po tym, co nie zdarzyło się nigdy.
- Chodź, Kocurze - nalegał ten drugi.
W końcu zrobił parę kroków w głąb sypialni. Dajże spokój, powiedział. Blondyn był jednym z nas. To był porządny gość, przypomnij sobie El Paso, góry, granicę na Río Bravo. Razem piliśmy. A to jest jego kobieta. Mówiąc te słowa, wyciągnął zza paska rewolwer Python i wymierzył w czoło Teresy. Odsuń się, stary, żeby cię nie popryskało, skończmy to wreszcie. Ale Kocur miał inny pomysł i patrząc jednym okiem na Teresę, a drugim na swojego towarzysza, nie dawał za wygraną.
- I tak umrze - powiedział. - A to byłoby marnotrawstwo.
Odsunął lufę pythona ruchem ręki, a Pote Gálvez patrzył to na niego, to na Teresę, niezdecydowany; był gruby, miał ciemne, nieufne indiańskie oczy i szybką dłoń, na gęstych wąsach błyszczały mu krople potu, zdjął palec ze spustu rewolweru i lufę podniósł do góry, jakby chciał się nią podrapać w głowę. W tym momencie Kocur Fierros też wyjął swoją spluwę, wielką srebrną berettę, wyciągnął ją do przodu, celując w głowę towarzysza, i odezwał się ze śmiechem: albo też ją przelecisz, żebyśmy byli na remis, albo jeśli wolisz chłopaczków, dupku, to znikaj z placu, bo przecież nie będziemy przez nią ani walczyć jak rozjuszone koguty, ani dziurawić się ołowiem. Pote Gálvez popatrzył na Teresę z rezygnacją i zakłopotaniem; przez chwilę jeszcze stał, otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale nie odezwał się, zamiast tego schował pythona za pasek, powoli odszedł od łóżka i równie powoli podszedł do drzwi, nie odwracając się, podczas gdy drugi zbir, ciągle mierząc do niego z pistoletu, powiedział: a potem stawiam ci szklankę Buchanan's, stary, na pociechę, żeś wolał zachować się jak ciota. Kiedy Pote Gálvez zniknął za drzwiami, Teresa usłyszała trzask czegoś, co się łamało w drzazgi pod ciosem, może to były drzwi szafy, które Pote Gálvez przebił pięścią równocześnie mocną i bezsilną, za co z jakiegoś dziwnego powodu była mu w duchu wdzięczna. Ale nie miała czasu o tym myśleć, bo już Kocur Fierros zdejmował z niej lewisy, a raczej zdzierał je z niej w strzępach, podciągnął w górę jej podkoszulek i zaczął gwałtownie tarmosić jej piersi, lufę pistoletu wcisnął jej między uda, jakby chciał rozerwać ją od środka, a ona pozwalała na wszystko, bez jednego krzyku czy jęku, szeroko otwartymi oczami patrzyła na biały sufit pokoju, prosząc Boga, żeby wszystko skończyło się prędko, żeby Kocur Fierros szybko ją potem zabił, bo nie chciała, żeby to wszystko, co ciągle brała za senny koszmar, okazało się nagle rzeczywistym horrorem prawdziwie pieprzonego życia.
To jest zawsze ta sama historia. Tak się kończy. Nie mogło być inaczej, choć Teresa Mendoza nigdy nie przypuszczała, że Sytuacja śmierdzi potem, napalonym facetem i alkoholem, który Kocur Fierros wypił, podczas poszukiwania swojej ofiary. Niech już skończy, myślała w przebłyskach jasności umysłu. Myślała tak przez moment, a potem znów tonęła w pustce, pozbawiona jakichkolwiek uczuć czy strachu. Było za późno na strach, bo czuje się go, zanim rzecz się wydarzy, a kiedy już się dzieje, pocieszeniem jest myśl, że wszystko ma swój koniec. Naprawdę mogła się tylko bać, że koniec nastąpi zbyt późno. Ale to nie był z pewnością przypadek Kocura Fierrosa. Napierał na nią gwałtownie, z pośpiechem, żeby spuścić się i skończyć. Milczący. Przykry. Nacierał z okrucieństwem i bezwzględnie, powoli przesuwając ją na brzeg łóżka. Z rezygnacją wpatrzona w biel sufitu, z całkowitą pustką w głowie, przerywaną tylko przebłyskami świadomości, znosząc wszystko, co się z nią działo, Teresa opuściła rękę, która trafiła na torbę stojącą na podłodze po drugiej stronie łóżka.
Sytuacja może mieć dwa bieguny, stwierdziła nagle. Może być Twoja albo Kogoś Innego. To odkrycie tak bardzo ją zaskoczyło, że gdyby tylko leżący na niej mężczyzna na to pozwolił, pewnie usiadłaby na łóżku, uniosła palec w górę, zamyślona i poważna, zastanawiając się. Rozważmy starannie i taki wariant. Ale nie mogła usiąść, bo jedyną swobodną częścią jej ciała była ręka, która przypadkiem, kiedy opadła w dół, trafiła do torby i dotknęła zimnego metalu colta Double Eagle, leżącego pomiędzy plikami banknotów i ubraniem.
To się nie dzieje naprawdę, pomyślała. Albo może nic nie myślała, ograniczając się do biernego obserwowania tej drugiej Teresy Mendozy, która myślała zamiast niej. I kiedy zdała sobie sprawę z tego, co się dzieje, ona, czy też kobieta, którą obserwowała, zacisnęła palce na rękojeści pistoletu. Bezpiecznik był na lewo, tuż przy spuście i przycisku do opróżniania ładownicy. Dotknęła go kciukiem i poczuła, jak przesuwa się w dół, uwalniając iglicę. Jest naładowany, wydawało się jej, że to pamięta. Jest tam nabój, bo sama go tam włożyłam, w drugim pokoju - przypominała sobie metaliczne klik-klak - a może jednak tego nie zrobiłam i wcale nie ma tam kuli. Zastanawiała się nad tym z beznamiętnym wyrachowaniem - bezpiecznik, spust, iglica. Nabój. Taka była właściwa kolejność, jeśli to poprzednie klik-klak słyszała rzeczywiście, a nie tylko w swojej wyobraźni. W przeciwnym wypadku iglica uderzy w pustkę, a Kocur Fierros będzie miał dość czasu, żeby się zdenerwować. Co zresztą i tak już niczego nie pogorszy. Może będzie bardziej brutalny, okrutniejszy w tych ostatnich momentach. Ale nic nie będzie trwało dłużej niż pół godziny, zarówno dla niej, jak i dla tej drugiej kobiety, którą obserwowała, czy raczej dla nich obu. Tak czy inaczej, cierpienie wkrótce się skończy. O tym właśnie myślała, kiedy nagle stwierdziła, że Kocur Fierros przestał się poruszać i patrzy na nią. Wtedy podniosła rewolwer i strzeliła mu prosto w twarz.
Czuła ostry zapach dymu z prochu strzelniczego, a odgłos wystrzału jeszcze odbijał się echem wewnątrz sypialni, kiedy po raz drugi nacisnęła spust, lecz colt odskoczył tak wysoko przy pierwszym strzale, że następny pocisk odrąbał już tylko kawał gipsu ze ściany. Tymczasem Kocur Fierros leżał przy nocnym stoliku, wyglądał, jakby się dusił, zakrywał sobie dłońmi usta, a między palcami płynęły strumyki krwi, która napłynęła mu też do oczu, wytrzeszczonych ze zdziwienia, był oszołomiony, miał opalone włosy, brwi i rzęsy. Teresa nie wiedziała, czy przy tym krzyczał, bo huk wystrzałów ogłuszył ją. Podniosła się na łóżku na kolana, z podkoszulkiem zwiniętym na piersiach, goła od pasa w dół, zaciskając obie dłonie na rękojeści pistoletu, żeby celniej trafić przy trzecim strzale, i wtedy zobaczyła w drzwiach wykrzywioną ze zdziwienia twarz Pote Galveza. Patrzyła na niego, jakby był senną marą, a on, choć miał pistolet przy pasie, wyciągnął obie ręce przed siebie, tak jakby chciał się zasłonić, patrząc ze strachem na colta, z którego Teresa mierzyła teraz do niego, i jego usta pod czarnymi wąsami otwarły się, żeby wypowiedzieć bezgłośnie "nie", podobne do błagania; choć mogło być i tak, że Pote Gálvez powiedział "nie" pełnym głosem, a ona niczego nie słyszała, ciągle ogłuszona odgłosem wystrzałów. Zrozumiała po chwili, że pewnie tak właśnie było, bo mężczyzna nadal poruszał ustami, z rękami wyciągniętymi w pojednawczym geście, wymawiając słowa, których też nie mogła dosłyszeć. Teresa już miała strzelić, kiedy przypomniała sobie tamten cios pięścią w drzwi szafy i pythona wycelowanego w jej głowę, Blondyn był jednym z nas, Kocur, nie zachowuj się jak wał. To jego kobieta.
Nie strzeliła. To wspomnienie, trzask przebijanych pięścią drzwi szafy, sprawiło, że jej palec nie nacisnął spustu. Poczuła chłód na nagim brzuchu i udach, kiedy nie przestając mierzyć w Pote Galveza, cofnęła się na łóżku i lewą ręką zgarnęła ubranie, notes i kokainę do torby. Kątem oka zerknęła na Kocura Fierrosa, który nadal wił się na podłodze, pokrwawionymi dłońmi trzymając się za twarz. Przebiegła jej przez głowę myśl, żeby skierować na niego lufę i dobić go jednym strzałem, ale drugi ze zbirów nadal stał przy drzwiach z wyciągniętymi w przód rękami i z pistoletem w kaburze i wiedziała aż nadto dobrze, że jeśli przestanie do niego mierzyć, natychmiast sama zarobi kulkę. Chwyciła więc torbę, pewnie trzymając colta w prawej ręce, i powoli wstała z łóżka. Najpierw Pinto, zdecydowała, potem Kocur Fierros. Taka była właściwa kolejność, bo trzask rozpadających się drzwi szafy - za co była mu naprawdę wdzięczna - nie wystarczy, żeby zmienić bieg rzeczy. W tym momencie dostrzegła, że wzrok mężczyzny stojącego naprzeciwko odczytywał jej myśli, usta poniżej wąsów przerwały kolejne zdanie w połowie - teraz Teresa usłyszała jakiś tupot i rumor - i kiedy strzeliła po raz trzeci, Potemkin Gálvez, ze zwinnością zaskakującą przy jego tuszy, rzucił się ku drzwiom wejściowym i wybiegł na schody, wyjmując równocześnie rewolwer. Wystrzeliła jeszcze czwarty i piąty nabój, zanim zrozumiała, że to nie ma sensu, bo wkrótce zostanie bez amunicji, nie warto też było gonić zbira, bo wiedziała, że on z pewnością nie odejdzie tak po prostu, że zaraz wróci, a jej niewielka przewaga to szczęśliwy zbieg okoliczności, który właśnie się kończył. Dwa piętra, pomyślała. To wcale nie najgorsze z tego, co już robiłam. Otworzyła okno w sypialni, wyjrzała na ogród za domem, w ciemności dostrzegła niskie drzewa i krzaki. Trzeba było dobić tego sukinsyna Kocura, pomyślała zbyt późno, skacząc już w pustkę. Spadając na gałęzie i krzaki, pokaleczyła sobie twarz, stopy i uda, a kiedy dotarła na ziemię, kostki zaczęły ją boleć tak, jakby sobie połamała kości. Podniosła się, kulejąc, zaskoczona, że ciągle jeszcze żyje, i ruszyła biegiem, bosa i naga od pasa w dół, między zaparkowanymi samochodami, przez mrok ogrodu. Wreszcie zatrzymała się, bez tchu, już daleko, i przykucnęła, żeby ukryć się za na wpół zburzonym niskim murem z cegły. Poza pieczeniem pokaleczonej skóry i bólem poranionych podczas biegu stóp czuła przykre swędzenie ud i przyrodzenia, świeże wspomnienie wstrząsnęło nią dreszczem, bo ta druga Teresa Mendoza właśnie gdzieś zniknęła, i znów została sama, nie mając nikogo, kogo mogłaby obserwować z daleka. Nikogo, komu mogłaby przypisać własne odczucia i doznania. Poczuła gwałtownie, że musi się wysikać, i zrobiła to natychmiast, tak jak stała - skulona i nieruchoma w ciemności, trzęsąc się, jakby miała gorączkę. Na chwilę oświetliły ją światła samochodu: w jednej ręce trzymała torbę, a w drugiej pistolet.
Jak już wspominałem, ulicami Culiacán, w stanie Sinaloa, chodziłem na samym początku moich poszukiwań, zanim osobiście poznałem Teresę Mendozę. W Culiacán dawno temu narkobiznes przestał być prowadzony po kryjomu, stał się powszechnie występującym zjawiskiem społecznym, i trochę rozsądnie wydanych dolarów zapewniło mi życzliwość określonych, wyspecjalizowanych środowisk, bez której ciekawski, pozbawiony zaplecza obcokrajowiec kończy dość szybko w wodach Humai albo Tamazuli z kulką w głowie. W Culiacán znalazłem też dwóch przyjaciół: Julia Bernala, dyrektora miejskiego wydziału kultury, i Elmera Mendozę, pisarza, którego wspaniałe powieści Samotny zabójca i Kochanek Janis Joplin pozwoliły mi wczuć się naprawdę w atmosferę miasta. Właśnie oni, Elmer i Julio, wyjaśnili mi zawiłości tamtejszej rzeczywistości; nikt z nich nie zetknął się osobiście z Teresą Mendozą w latach, które wyznaczają początek tej historii - była wtedy nikim - ale znali Blondyna Dávilę i inne osoby, które w różnym stopniu poruszały nitkami owych wydarzeń. W ten sposób zdobyłem najważniejsze informacje dotyczące tej sprawy. W Sinaloa wszystko polega na zaufaniu: w tym twardym i skomplikowanym świecie reguły są proste i nie ma miejsca na dwuznaczności. Kiedy jesteś komuś przedstawiany, to dlatego, że ten ktoś ufa człowiekowi, który cię przedstawia, zatem ufa i tobie. Potem, jeśli coś idzie nie tak, jak powinno, ten, kto za ciebie ręczył, odpowiada swoją głową, i oczywiście twoją. Bang, bang. Cmentarze na północnym zachodzie Meksyku pełne są nagrobków ludzi, którym ktoś kiedyś zaufał.
Pewnej nocy, kiedy przy muzyce i w kłębach dymu z papierosów piliśmy piwo i tequilę w Don Kichocie, po wysłuchaniu obrzydliwych dowcipów komika Pedra Valdeza - przed nim występował brzuchomówca Enrique z Chechitem, lalką wyobrażającą osobnika uzależnionego od kokainy - Elmer Mendoza pochylił się nad stołem i wskazał przysadzistego, śniadego gościa w okularach, wchodzącego właśnie do lokalu z liczną grupą facetów, którzy zawsze paradują w bluzach i kurtkach, jakby im wszędzie było zimno, w butach ze skóry węża albo strusia, z wyplatanymi pasami po tysiąc dolarów, w kapeluszach z palmowych liści albo czapkach bejsbolowych ze znakami klubu Tomateros de Culiacán, obwieszeni grubymi złotymi łańcuchami na rękach i na szyi. Wysiedli z dwóch ram chargerów i weszli do środka, jakby wchodzili do siebie, a strażnik przy drzwiach pozdrowił ich usłużnie, pomijając stosowaną wobec reszty gości procedurę sprawdzenia, czy nie mają broni.
- To César Batman Güemes - powiedział Elmer cicho. - Słynny w narkobiznesie.
- Ma swoje corridos?
- Kilka. - Mój przyjaciel zaśmiał się w pół łyku. - To on zabił Blondyna Dávilę.
Opadła mi szczęka i gapiłem się na to towarzystwo: ciemne twarze o twardych rysach, gęste wąsy i ciężka aura niebezpieczeństwa. Było ich ośmiu, nie siedzieli tu dłużej niż kwadrans i wykończyli już zgrzewkę dwudziestu czterech puszek piwa. Teraz zamówili dwie butelki Buchanan's i dwie Rémy Martin, a tancerki po zejściu z parkietu - rzecz niesłychana w Don Kichocie - przysiadały się do nich. Ekipa ufarbowanych na blond homoseksualistów - nad ranem klub zapełniał się gejami i obie grupy mieszały się bez problemów - rzucała wymowne spojrzenia ku sąsiedniemu stolikowi. Güemes uśmiechnął się do nich szelmowsko, prawdziwy macho, zawołał kelnera i zapłacił za ich drinki. Autentyczne pokojowe współistnienie.
- Skąd wiesz?
- Ot, tak. W Culiacán wszyscy to wiedzą.
Cztery dni później, dzięki przyjaciółce Julia Bernala, której siostrzeniec działał w branży, przeprowadziłem z Cesarem Batmanem Güemesem dziwną i ciekawą rozmowę. Zostałem zaproszony na grilla do jednego z domów na zboczach San Miguel, w najwyżej położonej części miasta. Tam właśnie nowe pokolenie narkobiznesu, mniej lubiące wystawność niż ich ojcowie, którzy zeszli z gór najpierw do dzielnicy Tierra Blanca, a później zdobyli spektakularne posiadłości w dzielnicy Chapultepec - zaczynało inwestować w dyskretnie wyglądające domy, gdzie luksus przeznaczony dla rodziny i gości widoczny był dopiero po przestąpieniu progu. Ojciec tego siostrzeńca, legendarny człowiek narkobiznesu z San José de los Hornos, był jednym z tych, którzy w młodości strzelali się z policją i rywalizującymi bandami - aktualnie odsiaduje wyrok w więzieniu w Puente Grande, w Jalisco. Chłopak miał dwadzieścia osiem lat i nazywał się Ernesto Samuelson. Pięciu jego kuzynów i jednego ze starszych braci zastrzelili albo inni handlarze narkotyków, albo policja federalna, albo wojsko, a on potrafił wyciągać wnioski: skończył prawo w Stanach Zjednoczonych, prowadził interesy tylko za granicą, nigdy w Meksyku, pieniądze prał w szanowanej krajowej firmie przewozowej i w panamskich hodowlach krewetek. Mieszkał z żoną i dwójką dzieci w niepozornie wyglądającej willi, jeździł skromnym europejskim audi i trzy miesiące w roku spędzał w zwykłym mieszkaniu w Miami, z golfem w garażu. W ten sposób żyjesz dłużej, mawiał. W tym zawodzie najczęściej zabija zazdrość.
Właśnie Ernesto Samuelson przedstawił mnie Cesarowi Batmanowi Güemesowi, pod wielkim parasolem z liści palmy w swoim ogrodzie, trzymając w jednej ręce piwo, a w drugiej talerz zbyt wysmażonego mięsa. Pisze powieści i scenariusze, powiedział, i zostawił nas samych. Batman Güemes mówił spokojnie i cicho, robił długie przerwy, podczas których uważnie przyglądał się rozmówcy od stóp do głów. Nie przeczytał ani jednej książki w swoim życiu, ale uwielbiał kino. Rozmawialiśmy o Alu Pacino - Człowiek z blizną był jego ulubionym filmem, o Robercie De Niro - Chłopcy z ferajny, Kasyno - i o tym, że reżyserzy i scenarzyści z Hollywood, banda prawdziwych sukinsynów, jakoś nigdy nie pokazali żabojada ani też blondyna w roli handlarza narkotyków, wszyscy zawsze musieli nazywać się Sánchez i urodzić na południe od Río Bravo. To, że napomknął o jasnowłosych, ułatwiło mi sprawę, rzuciłem więc nazwisko Blondyna Dávili; i kiedy obserwował mnie w ciszy i skupieniu zza okularów, dodałem nazwisko Teresy Mendozy. Opisuję jej historię, zakończyłem, świadom tego, że w pewnych miejscach i przy pewnych ludziach każde kłamstwo może cię zabić w najmniej spodziewanym momencie. A Batman Güemes jest tak niebezpieczny, uprzedzano mnie, że kiedy wyjeżdżał w góry, kojoty zapalały ogniska, żeby się do nich nie zbliżał.
- To już cholerna kupa czasu - powiedział.
Dawałem mu nie więcej niż pięćdziesiąt lat. Miał bardzo ciemną skórę i nieprzeniknioną twarz o rysach wyraźnie wskazujących na pochodzenie z północy Meksyku. Potem dowiedziałem się, że nie urodził się w Sinaloa, ale w Alamos w stanie Sonora, podobnie jak María Félix, i zaczynał od samego dołu - przemycał emigrantów, trawę i prochy kartelu z Juárez we własnej ciężarówce, dopiero potem zaczął iść w górę - najpierw jako człowiek Pana Niebios, a potem jako właściciel dwóch firm: przewozowej i lotniczej, której awionetki służyły do przemytu między górami, Nevadą i Kalifornią, do czasu, kiedy Amerykanie uszczelnili przestrzeń powietrzną i wypełnili wszystkie białe plamy w systemie obserwacji radarowej. Teraz żył spokojnie, z oszczędności zainwestowanych w bezpieczne interesy, kontrolując równocześnie kilka wiosek produkujących konopie indyjskie wysoko w górach, niemal na granicy stanu Durango. Miał też pokaźne ranczo w okolicach El Salado, około czterech tysięcy sztuk bydła ras angus, do brasil i bravo. Hodował też rasowe konie wyścigowe, a także koguty bojowe, które corocznie, w październiku i listopadzie, walczyły na arenach wystawy rolniczej, co mu przynosiło worki pieniędzy.
- Teresa Mendoza - mruknął po chwili.
Pokiwał głową, wymawiając to nazwisko, jakby przypomniał sobie coś zabawnego. Wypił łyk piwa, przeżuł kawałek mięsa i znów się napił. Uważnie patrzył na mnie przez okulary, ze szczyptą przebiegłości, dając mi do zrozumienia, że nie widzi przeszkód, żeby mówić o sprawie tak odległej w czasie, a całe ryzyko zadawania pytań w Sinaloa leży po mojej stronie. O nieżyjących można opowiadać spokojnie - narcocorridos są pełne prawdziwych nazwisk i wydarzeń; niebezpieczeństwo polega na tym, że przy okazji można zahaczyć o kogoś żywego, a ten ktoś weźmie cię za gadułę i kapusia. A ja, przyjmując reguły gry, spojrzałem na złotą kotwicę - tylko odrobinę mniejszą niż kotwice na "Titanicu" - wiszącą na grubym łańcuchu, błyszczącym pod rozpiętym kołnierzykiem koszuli w kratkę, i bez ogródek zadałem mu pytanie, które miałem na końcu języka od chwili, kiedy Elmer Mendoza wymienił jego nazwisko cztery dni wcześniej w Don Kichocie. Powiedziałem to, co chciałem powiedzieć, i podniosłem wzrok, a on patrzył na mnie tak samo jak przedtem. Albo mnie polubił, pomyślałem, albo będę miał kłopoty. Po następnych kilku chwilach wypił kolejny łyk piwa, nie przestając mi się przyglądać. Musiał mnie polubić, bo w końcu uśmiechnął się - odrobinę, nie więcej. To do jakiegoś filmu czy powieści? - zapytał. Odpowiedziałem, że na razie nie wiem. Może będzie z tego i książka, i film. Zaproponował mi piwo, sam otworzył następną puszkę i opowiedział mi o zdradzie Blondyna Dávili.
Blondyn nie był zły. Odważny, słowny, przystojny. Trochę przypominał Luisa Miguela, ale był szczuplejszy i silniejszy. Rozrywkowy. Bardzo sympatyczny. Raimundo Dávila Parra wydawał wszystkie pieniądze, jakie zarabiał, albo prawie wszystkie, i był bardzo hojny dla przyjaciół. César Batman Güemes i Blondyn nieraz witali nowy dzień przy muzyce, alkoholu i kobietach, świętując udane operacje. Przez jakiś czas byli nawet blisko zaprzyjaźnieni, braders, jak się tam mawia. Blondyn był Meksykaninem ze Stanów, urodził się w San Antonio w stanie Teksas. Zaczął jako młody chłopak, szmuglował do Stanów trawę ukrytą w samochodach, nieraz jeździli razem do Tijuany, Mexicali czy Nogales, aż mu rodacy zafundowali sezon w pudle, tam na północy. Potem Blondyn uparł się, żeby latać: zrobił studia i opłacił sobie kurs lotnictwa cywilnego w dawnej szkole na bulwarze Zapaty. Jako pilot był bardzo dobry - najlepszy, przyznał Batman Güemes, kiwając głową z przekonaniem, z tych, co nie pękają, idealny do potajemnych startów i lądowań na krótkich pasach ukrytych w górach i do lotów na bardzo małej wysokości, żeby nie być widocznym na radarach Północnego Systemu Powietrznego, kontrolującego drogi przelotów między Kolumbią i Stanami Zjednoczonymi. Faktem jest, że cessna była jakby przedłużeniem jego rąk - potrafił wylądować wszędzie i zawsze i dzięki temu zyskał sławę, kasę i szacunek. Ludzie w Culiacán nazywali go, i słusznie, "królem krótkiego pasa". Nawet Chalino Sánchez, który też był jego kumplem, obiecał mu napisać corrido pod takim tytułem: Król krótkiego pasa. Ale Chalino wcześnie stracił życie - stan Sinaloa jest bardzo niezdrowy dla pewnych środowisk - i Blondyn został bez piosenki. W każdym razie, z piosenką czy bez niej, nigdy mu nie brakowało roboty. Pracował dla don Epifania Vargasa, weterana w branży, z kontaktami, człowieka surowego i poważnego, który kontrolował Północne Linie Lotnicze, prywatną firmę dysponującą samolotami Cessna, Piper Comanche i Navajo. Pracując dla Północnych Linii, Blondyn Dávila latał w potajemne rejsy z dwustoma, trzystoma kilogramami towaru, dopiero potem zaczął robić złote interesy, w okresie kiedy to Amado Carrillo zasłużył sobie na przydomek Pana Niebios, organizując największy powietrzny most w historii przemytu narkotyków na obszarze pomiędzy Kolumbią, Półwyspem Kalifornijskim, stanami Sinaloa, Sonora, Chihuahua i Jalisco. Wtedy Blondyn przeprowadził wiele operacji dywersyjnych, latał jako wabik dla naziemnych radarów i samolotów Orion, napakowanych najnowszą technologią, z mieszanymi załogami meksykańsko-amerykańskimi. Podczas tych rajdów Blondyn naprawdę świetnie się bawił, trzeba to przyznać. Zarobił majątek podczas lotów na krawędzi niemożliwego, zarówno w dzień, jak i w nocy - wykonywał niezwykłe ewolucje, starty i lądowania na pasach wielkości chustki do nosa, w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach, po to tylko, żeby odciągnąć uwagę od wielkich boeingów, caravelli i DC-8, które - kupowane do spółki przez wielu handlarzy - przewoziły podczas jednego lotu od ośmiu do dwunastu ton towaru przy współpracy policji, Ministerstwa Obrony, a nawet samego Urzędu Prezydenta Meksyku. Działo się to w szczęśliwych czasach prezydentury Carlosa Salinasa de Gortari, kiedy handlowało się narkotykami w cieniu prezydenckiej rezydencji Los Pinos; były to szczęśliwe czasy także dla Blondyna Dávili: puste awionetki, bez towaru, za który trzeba by odpowiadać, zabawa w kotka i myszkę z tymi przeciwnikami, których nie udało się kupić. Loty, w których życie zależało od orła czy reszki, i gdyby został złapany po amerykańskiej stronie, mógł zarobić długi wyrok.
W tamtych czasach César Batman Güemes, który już wyrobił sobie pozycję na rynku, zaczął dobrze prosperować w mafii z Sinaloa. Meksykańskie grupy uniezależniały się od karteli z Medellín i Cali - podnosiły ceny, każąc sobie płacić coraz większymi ilościami kokainy, i samodzielnie handlowały kolumbijskim towarem, który wcześniej tylko przewoziły. To przyczyniło się do awansu Batmana w lokalnej hierarchii, a po serii krwawych porachunków, mających ustabilizować rynek i załatwić konkurencję - pewnego poranka doliczyli się dwunastu czy piętnastu zabitych pośród swoich ludzi i przeciwników - i po wprowadzeniu na listę płac olbrzymiej liczby policjantów, wojskowych i polityków, w tym celników i amerykańskich urzędników imigracyjnych, pakunki z jego znakiem, czyli nietoperzykiem, zaczęły przejeżdżać całymi ciężarówkami przez Río Bravo. Pracował w równym stopniu w kokainie, heroinie i marihuanie. Troje zwierząt na mnie pracuje, głosi tekst jednego corrido, które zamówił, jak opowiadają, u znanego zespołu z ulicy Francisca Villi, moja papuga, mój kogut i moja koza. Mniej więcej w tym samym czasie don Epifanio Vargas, który był wówczas szefem Blondyna Dávili, zaczął specjalizować się w narkotykach z przyszłością, jak LSD czy ecstasy, miał własne laboratoria w stanach Sinaloa i Sonora, i po drugiej stronie amerykańskiej granicy. Jeśli Amerykańce chcą jeździć konno, mawiał, ja sam osiodłam im konie. W ciągu kilku lat, prawie bez strzelania i rzadko dając zajęcie grabarzom, niemalże w białych rękawiczkach, udało się Vargasowi zostać pierwszym meksykańskim magnatem pośród prekursorów nowoczesnych narkotyków, takich jak efedryna, którą importował bez problemu z Indii, Chin i Tajlandii, i jednym z najważniejszych producentów amfetaminy po obu stronach granicy. Zaczął też działać w polityce. Kiedy prowadził jawnie interesy legalne, a nielegalne pod płaszczykiem firmy farmaceutycznej z państwowym poparciem, kokaina i Północne Linie Lotnicze nie były mu już potrzebne. Sprzedał więc firmę lotniczą Batmanowi Güemesowi i w ten sposób zmienił szefa Blondyn Dávila, który - bardziej jeszcze niż zarabiać pieniądze - chciał nadal latać. W tym czasie Blondyn kupił dwupiętrowy dom w dzielnicy Las Quintas, jeździł najnowszym modelem bronco, w miejsce starego, czarnego, i mieszkał z Teresą Mendozą.
Wtedy sprawy zaczęły się komplikować. Raimuno Dávila Parra nie był człowiekiem dyskretnym. Nie zadowalała go perspektywa długiego życia, wolał żyć intensywnie i szybko. Wszystko mu równo zwisało, jak mówili ci z gór, a zgubiła go między innymi zbyt szeroko otwarta paszcza, bo to wykańcza nawet rekiny. Wygłupiał się, osioł, krzycząc o tym, co zrobił i co ma zrobić. Mawiał, że lepiej przeżyć pięć lat jak król niż pięćdziesiąt jak wół. I powolutku, krok po kroku, zaczęły docierać do Batmana Güemesa różne głosy. Blondyn chomikował swój towar przy cudzym i wykorzystywał podróże do własnych interesów. Prochy dostawał od byłego policjanta o nazwisku Guadalupe Parra, znanego też jako Lupe Chińczyk albo Chińczyk Parra, który był jego kuzynem i miał rozległe kontakty. Zazwyczaj była to kokaina rekwirowana przez policjantów stanowych, którzy brali dwadzieścia, a zgłaszali pięć, upłynniając resztę. To bardzo nieostrożne - znaczy, nie sprawa policji, tylko to, że Blondyn zaczął robić prywatne interesy - bo przecież brał dużą kasę za swoją pracę, a reguły są jasne, i własne interesy robione w Sinaloa za plecami szefów to najpewniejszy sposób, żeby napytać sobie biedy.
- Jeśli twoje życie jest pokręcone - stwierdził Batman Güemes tego wieczoru, z puszką piwa w jednej ręce i talerzem pieczonego mięsa w drugiej - to twoja praca musi być czysta.
Mówiąc w skrócie: Blondyn za bardzo oszukiwał, a i jego kuzyn nie był specjalnie utalentowany. Kłamczuch i niezdara - Chińczyk Parra był jednym z tych dupków, którzy, jeśli zamówisz ciężarówkę koki, to dostarczą ci transport pepsi. Miał długi, musiał brać prochy co pół godziny, uwielbiał wielkie auta i mieszkał z żoną i trójką dzieci w luksusowym domu w najwystawniejszej części dzielnicy Las Quintas. To oznaczało połączenie głodu z apetytem - rzeka zielonych odpływała równie szybko, jak przypływała. Kuzyni postanowili więc przeprowadzić własną, naprawdę poważną operację: znaleźli w Obregón kupców na duży transport kokainy, skonfiskowany i ukryty przez policjantów w El Salto w stanie Durango. Jak zawsze Blondyn leciał sam. Podczas przelotu do Mexicali z czternastoma beczkami smalcu, z których każda nafaszerowana była dwudziestoma kilogramami heroiny, zboczył z drogi i zabrał pięćdziesiąt kilo czystego proszku, starannie zapakowanego w plastikowe torebki. Ale ktoś o tym wiedział, a ktoś inny postanowił podciąć Blondynowi skrzydła.
- Kto taki?
- Wszystko jedno. Ktoś.
Zasadzkę, mówił dalej Batman Güemes, zastawiono na pasie startowym o szóstej po południu - precyzyjne określenie godziny byłoby bardzo przydatne do tekstu corrido, które chciał mieć Blondyn i którego świętej pamięci Chalino Sánchez nigdy nie ułożył - w pobliżu takiego miejsca w górach, które nazywają tam Diablim Grzbietem. Pas miał tylko trzysta dwanaście metrów długości i Blondyn przeleciał nad nim, nie zauważając niczego podejrzanego. Już posadził swoją cessnę 172R z klapami w największym odchyle, z piekielnym grzechotem, niemal tak pionowo, jakby lądował na spadochronie, i kiedy kołował z prędkością czterdziestu węzłów, zauważył dwa samochody i ludzi, których wcale nie powinno tam być, ukrytych pod drzewami. Zamiast użyć hamulców, wcisnął gaz, przyspieszył i uniósł drążki. Może by nawet mu się udało, niektórzy mówią, że choć naszpikowali go całymi magazynkami R15 i kałaszy, zdołał się oderwać od ziemi. Ale tyle ołowiu to wielkie obciążenie i cessna rozbiła się jakieś sto kroków za końcem pasa. Kiedy tam podbiegli, Blondyn jeszcze żył, leżał wśród poskręcanych resztek kabiny, miał zakrwawioną twarz, szczękę zgruchotaną pociskiem, a połamane kości wystawały spod skóry. Ledwo oddychał. Miał już niewiele życia przed sobą, ale instrukcje mówiły, że ma umierać powoli. Wyciągnięto towar z awionetki, a potem - jak na filmach - rzucono płonącą zapalniczkę Zippo na stuoktanową benzynę wyciekającą z uszkodzonego baku. Fluooosss. Ale prawdę mówiąc, Blondyn już niczego nie czuł.
* * *
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji