Królowa piękna z Jerozolimy - Sarit Yishai-Levi

Reflow text when sidebars are open.
Tuż przed moimi osiemnastymi urodzinami odeszła z tego świata moja matka Luna. Rok wcześniej, gdy siedzieliśmy jak zwykle całą rodziną przy obiedzie, ona podawała do stołu swoje sławne sofrito z zielonym groszkiem i białym ryżem, ale nagle przysiadła na krześle i powiedziała:
- Dyo santo[1], nie czuję nogi.
Ojciec zignorował jej słowa i swoim zwyczajem, jedząc, dalej czytał "Jedi'ot". Rozśmieszyło to Roniego, mojego młodszego brata, który połaskotał nogę matki pod stołem i rzekł:
- Mama ma nogę jak manekin.
- To nie jest śmieszne - zdenerwowała się matka. - Nie mogę stanąć na tej nodze.
Ojciec jadł dalej, ja też.
- Por Dyo[2], Dawidzie, nie mogę stanąć na tej nodze - powtórzyła. - Ona mnie nie słucha.
Teraz była już na skraju histerii. Ojciec w końcu przestał jeść i oderwał oczy od gazety.
- Spróbuj wstać - polecił.
Matka nie dała rady się podźwignąć i chwyciła za kant stołu.
- Trzeba cię zawieźć do przychodni, i to natychmiast - oznajmił ojciec.
Ale w chwili, gdy wyszli za próg, noga stała się posłuszna - matka znów ją poczuła i stanęła na niej jak gdyby nigdy nic.
- No widzisz, to nic takiego - rzekł ojciec. - Jak zwykle histeryzujesz.
- Oczywiście, histeryzuję - powiedziała matka. - Gdyby tobie się to przytrafiło, wycie syren Magen Dawid Adom[3] byłoby słychać stąd aż do Katamonu[4].
Ten epizod przeminął, jakby nigdy się nie wydarzył, a matka opowiadała o nim w kółko Rachelice i Beki, i każdemu, kto tylko chciał słuchać, aż ojciec się denerwował i mówił:
- Dość tego! Ile razy można słuchać bajki o twojej manekinowej nodze?
A potem zdarzył się drugi wypadek. Matka wróciła ze sklepu spożywczego i tuż przed wejściem do domu upadła i straciła przytomność. Tym razem karetka Magen Dawid Adom została wezwana i matkę przewieziono do szpitala Bikur Cholim. Była chora na raka i nie mogła ani stać, ani chodzić, musiała siedzieć na wózku inwalidzkim. W tym czasie moja matka zamilkła. Przeważnie milczała przy ojcu. On do niej mówił, lecz ona nie odpowiadała. Jej siostry, Rachelika i Beki, zaniedbując swoich mężów i dzieci, krzątały się wokół niej niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę. Mimo ich błagań odmawiała wychodzenia z domu, wstydziła się, że ją, Lunę, właścicielkę najpiękniejszych nóg w Jerozolimie, ludzie zobaczą na wózku inwalidzkim.
Jakkolwiek próbowałam być twarda w tamtych dniach, serce mi się krajało na widok Racheliki obierającej dla matki pomarańczę i błagającej, by zjadła uwielbiany przez nią nade wszystko owoc, oraz Beki ostrożnie i delikatnie nakładającej jej na paznokcie czerwony lakier, bo nawet teraz, gdy była chora i słaba, dbała o manicure i pedicure. I obie, Rachelika i Beki, usilnie starały się zachowywać normalnie, jakby nic strasznego się nie stało, wciąż paplały "Ko, ko, ko, jak dwie kwoki", jak powiedziałaby babcia Roza, i tylko Luna, najbardziej wygadana z nich wszystkich, milczała.
W nocy jedna z nich zostawała na dyżurze i spała z matką, która leżała teraz w salonie, na rozkładanej kanapie, zastawionej krzesłami, by chronić ją przed upadkiem.
Na nic się zdały wszystkie błagania ojca, żeby spała w łóżku w sypialni, a on będzie spał w salonie.
- Mówi, że w sypialni nie ma powietrza - powiedziała Rachelika do ojca. - Więc przynajmniej ty wyśpisz się porządnie, żebyś miał siłę do pilnowania dzieci.
Tyle że ja i Roni nie potrzebowaliśmy, żeby ojciec nas pilnował. Wykorzystywaliśmy fakt, że wszyscy są zaprzątnięci matką, i pozwoliliśmy sobie na nieograniczoną swobodę włóczenia się po ulicach. Roni wolał towarzystwo rówieśników i spędzał w ich domach całe dnie oraz wiele nocy. Ja zaś spędzałam czas z Amnonem, moim ukochanym. Rodzice Amnona mieli księgarnię w centrum miasta, jego siostra była już mężatką, więc ich wielki dom przy ulicy Ha-Maalot cały był do naszej dyspozycji. Gdyby mój ojciec wiedział, co robimy w czasie, gdy on nie mógł się zainteresować, gdzie się włóczę po lekcjach, stłukłby Amnona na kwaśne jabłko, a mnie zesłałby na czasowy pobyt do kibucu.
Kiedy pojawiałam się w domu o nienormalnej porze, matka już mnie nie wyzywała od "ulicznych dziewek", już mi nie wygrażała: "Czekaj no, czekaj, aż ojciec wróci do domu, powiem mu, o której wróciłaś". Nawet nie patrzyła w moją stronę, tylko siedziała na swoim wózku inwalidzkim, wpatrując się w powietrze lub szepcząc coś do jednej ze swoich sióstr, które jako jedyne były w stanie wydobyć z niej jakieś słowo. Ojciec przygotowywał kolację i on też właściwie o nic mnie nie wypytywał ani nie interesował się moimi poczynaniami. Zdaje się, że wszystkim odpowiadało, żebym jak najmniej przebywała w domu, żebym, nie daj Boże, nie denerwowała matki, która nawet na wózku inwalidzkim nie miała u mnie taryfy ulgowej.
Pewnego popołudnia, gdy miałam wyjść z domu i czmychnąć do Amnona, zatrzymała mnie Rachelika.
- Muszę wyskoczyć do domu - powiedziała. - Zostań z mamą, dopóki Beki nie przyjdzie.
- Ale ja mam egzamin! Muszę iść się uczyć do koleżanki.
- Zaproś koleżankę i uczcie się tutaj.
- Nie! - Głos mojej matki, który w tamtych dniach był ledwo słyszalny, poderwał nas obie. - Nikogo tu nie będziesz zapraszać. Jak chcesz, to idź, nie potrzebuję, żebyś tu zostawała i mnie pilnowała.
- Luno - powiedziała Rachelika - nie możesz zostać sama.
- Nie potrzebuję, żeby trzymała mnie za rękę. Nie potrzebuję, żeby Gawriela mnie pilnowała ani żebyś ty mnie pilnowała, albo Beki mnie pilnowała, albo żeby sam diabeł mnie pilnował, niczego nie potrzebuję, zostaw mnie w spokoju!
- Luno, nie denerwuj się. Od dwóch dni nie widziałam Moiza i dzieci, muszę wyskoczyć do domu.
- Skacz, gdzie chcesz - odparła moja matka i znów zamknęła się w sobie.
- Odpuść nam nasze winy. - Rachelika klasnęła w dłonie. Nigdy nie widziałam ciotki tak zdesperowanej, ale natychmiast się opamiętała i poleciła mi: - Zostaniesz tutaj przy swojej mamie i nie ruszysz się na krok! Wpadnę na chwilę do domu i zaraz wracam, a ty nie waż się zostawiać mamy samej ani na sekundę.
Odwróciła się i wyszła, a ja, ku swojemu przerażeniu, zostałam sama z matką. Powietrze można było kroić nożem. Moja matka z gniewną i kwaśną miną siedzi w swoim wózku inwalidzkim, a ja stoję na środku salonu jak idiotka. Gotowa byłam w tamtej chwili zrobić wszystko, byleby nie zostawać z nią sam na sam.
- Idę się uczyć do swojego pokoju - odezwałam się. - Zostawiam drzwi otwarte. Jeśli czegoś potrzebujesz, zawołaj mnie.
- Usiądź - powiedziała matka.
Co? Moja matka prosi, żebym z nią usiadła, gdy jesteśmy same w pokoju?
- Chcę cię o coś poprosić.
Byłam spięta. Matka nigdy mnie o nic nie prosiła, tylko wydawała mi polecenia.
- Proszę, żebyś nie przyprowadzała tu żadnych kolegów ani koleżanek. Dopóki nie umrę, nie chcę obcych ludzi w domu.
- Co znaczy: umrę? - Narastała we mnie panika i jedynym sposobem na odparcie wypowiedzianych przez nią słów było odpowiedzieć jej słowami, choć nie wierzyłam, że wyszły z moich ust: - Jeszcze nas wszystkich pochowasz.
- Nie martw się, Gawrielo, to ty mnie pochowasz - powiedziała cicho.
Pokój był zbyt ciasny, by pomieścić nas obie.
- Mamo, powinnaś dziękować Bogu. Niektórzy chorują na raka i natychmiast umierają. Ciebie Bóg kocha, ty mówisz, widzisz, żyjesz.
- To ma być życie? - parsknęła matka. - Niech moi wrogowie tak żyją. To się nazywa umrzeć za życia.
- To ty tak wybrałaś - odparłam. - Gdybyś chciała, mogłabyś się ubrać, umalować i wyjść z domu.
- Tak, jasne - wycedziła. - Wyjść z domu na wózku inwalidzkim.
- Twój przyjaciel, ten rudzielec, który leżał obok ciebie ranny w szpitalu Hadassah w czasie wojny, był na wózku i nie kojarzę, żeby nie wychodził z domu, a pamiętam, że zawsze się uśmiechał.
Matka spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
- Pamiętasz go? - spytała cicho.
- Oczywiście, że go pamiętam, sadzał mnie na kolanach i robił ze mną kółka na wózku inwalidzkim, jak na gokartach w lunaparku.
- Lunapark - mruknęła matka - "diabelski pociąg". - I nagle wybuchła płaczem, dając mi ręką znaki, żebym wyszła i zostawiła ją w spokoju.
Ma się rozumieć, zwiałam. I tak z trudem ogarnęłam tę niemal intymną rozmowę, którą przeprowadziłyśmy. Była to jedyna rozmowa między nami, przypominająca z grubsza rozmowę matki z córką, ale i ona skończyła się płaczem.
Zawodziła jak profesjonalna płaczka, jej głos wznosił się i opadał, a ja zatykałam uszy w swoim pokoju. Nie mogłam znieść dźwięku jej rozpaczliwego płaczu, jej przeraźliwego lamentu. Nie miałam ochoty wstać, by otoczyć ją ramionami, pocieszyć.
Wiele lat później żałowałam tej chwili. Zamiast się otworzyć, moje serce jeszcze bardziej się zatrzasnęło. Położyłam się na zimnej podłodze w swoim pokoju, zakryłam dłońmi uszy i krzyknęłam bezgłośnie do Boga: "Ucisz ją, proszę cię, Boże, ucisz ją".
A Bóg w swojej głupocie wysłuchał mnie i uciszył ją. Jeszcze tej samej nocy rozległo się wycie karetki, która z piskiem hamulców zatrzymała się pod drzwiami naszego domu. Czterech krzepkich mężczyzn wspięło się po wszystkich pięćdziesięciu czterech stopniach na ostatnie piętro, ułożyli matkę na noszach i zawieźli ją do szpitala. Na stole operacyjnym lekarze ze zgrozą odkryli, że całe ciało mojej matki zostało zżarte od środka.
- Wszystko stracone - powiedział mi ojciec. - Lekarze nie mogą nic zrobić, twoja mama umrze.
Wiele lat po jej śmierci, gdy znalazłam w sercu miejsce, żeby poznać moją matkę, żeby ją tam wpuścić, ciocia Rachelika wyjawiła mi sekret jej udręki, jej bólu, który nigdy nie przeminął, tyle że wtedy było już za późno, by naprawić to, co się zepsuło między mną a moją matką.
***
Jestem kobietą jesieni, jestem kobietą pożółkłych liści. Jakbym się urodziła w jej tylnych drzwiach, dwa kroki przed zimą.
Jako dziecko czekałam na pierwszy deszcz i na kwitnące urginie. Wybiegałam na pola, tarzałam się w mokrej trawie, przyciskając twarz do ziemi i wdychając zapach deszczu. Zbierałem żółwie i głaskałam chudymi palcami ich sztywne skorupy, ratowałam gniazda pliszek, które spadły z drzewa, zrywałam zimowity i krokusy, tropiłam ślimaki, od których roiło się na polach z pierwszym deszczem.
Znikałam na długie godziny, a matka, pewna, że jestem u dziadków, nigdy mnie nie szukała. Kiedy wracałam do domu utytłana w wilgotnej ziemi, która przyklejała się do ubrań, z wystraszonym żółwiem w ręku, patrzyła na mnie zielonymi oczami i cedziła szeptem, który był jak siarczysty policzek:
- Co za dziwadło, niepodobne do innych stworzeń. Jak? Jak to się stało, że urodziło mi się takie dziecko jak ty?
Ja też nie wiedziałam, jak to się stało, że urodziło jej się takie dziecko jak ja. Była taka szczupła i krucha, zawsze ubrana w dobrze skrojone kostiumy podkreślające jej smukłą talię, nosiła szpilki jak z kolorowych żurnali krawcowej Sary, która szyła dla niej wszystkie ubrania na wzór strojów hollywoodzkich aktorek.
Dawniej matka szyła dla siebie i dla mnie identyczne sukienki, z tego samego materiału i tego samego kroju. Ubierała mnie w sukienkę, raz po raz napominając, żebym się nie ubrudziła, na rudych lokach zawiązywała mi wstążkę z tego samego materiału co sukienka, przecierała śliną moje wyjściowe buty i tak schodziłyśmy ręka w rękę do kawiarni Atara koło naszego domu na ulicy Ben Jehudy. Ale po tym, jak parę razy ubrudziłam sukienkę i nie potraktowałam jej z należnym szacunkiem, przestała. Przestała też kupować mi białe lakierki i podkolanówki z falbankami.
- Co to za dziecko? Dzikuska! Nigdy nie będziesz damą. Czasami wydaje mi się, że urodziłaś się w dzielnicy kurdyjskiej! - mówiła i była to najgorsza rzecz, jaką mogła mi powiedzieć, bo bardziej niż jakiejkolwiek innej społeczności moja matka nienawidziła kurdyjskich Żydów.
Nie rozumiałam, dlaczego matka nienawidziła Kurdów. Nawet babcia Roza ich nie nienawidziła, a już z pewnością nie tak, jak nienawidziła Anglików. Nigdy nie słyszałam, żeby mówiła: "Niech sczeźnie imię Kurdów", ale kiedy napomykano o Anglikach, którzy byli na Ziemi Izraela w czasach przed moimi narodzinami, zawsze, ale to zawsze dopowiadała: "Niech sczeźnie imię Inglików".
Wiadomo było, że babcia Roza nienawidziła Anglików jeszcze od czasów Mandatu Brytyjskiego, odkąd jej młodszy brat Efraim zniknął na całe lata i żył w ukryciu, ponieważ działał w podziemnej organizacji Lechi[5].
Moja matka z kolei nie miała nic przeciwko Anglikom. Wprost przeciwnie, wielokrotnie słyszałam, jak mówiła, że szkoda, że opuścili nasz kraj.
- Być może gdyby Anglicy zostali, Kurdowie by nie przyjechali.
Ja akurat bardzo lubiłam Kurdów, zwłaszcza rodzinę Barzani, która mieszkała w drugiej części domu moich dziadków. Tylko cienki płot oddzielał dwa podwórka, a raz w tygodniu pani Barzani rozpalała ogień na dworze i piekła pyszne ciasto z bulgoczącym serem w środku, i dopóki matka nie zakazała mi, grożąc pobiciem na śmierć, zbliżania się do strony Barzanich, czekałam na moment, kiedy "Kurdyjka", jak nazywała ją babcia, zaprosi mnie, żebym usiadła na podłodze koło pieca i rozkoszowała się ciastem o rajskim smaku.
Pan Barzani nosił obszerną szatę "jak Arabowie na Starym Mieście", mawiała moja matka, a głowę owijał chustą, śmiał się bezzębnymi ustami i sadzał mnie na kolanach, wypowiadając słowa, których nie rozumiałam.
- Papukata, gdzie twoja matka cię kupiła, na targu Machane Jehuda? - Śmiała się pani Barzani. - No nie może być, że ona i ty jesteście z jednej rodziny.
Dopiero po latach ciocia Beki powiedziała mi, że nasza rodzina ma długie porachunki z Kurdami.
Moja ciocia Beki była późnym dzieckiem babci i dziadka Ermozów i kochała mnie, jakbym była jej młodszą siostrą. Pilnowała mnie i spędzała ze mną długie godziny, poświęcała mi o wiele więcej czasu niż moja rodzona matka. Byłam także jej alibi, kiedy spotykała się ze swoim chłopakiem, Przystojnym Elim Kohenem, który był równie piękny jak Alain Delon. Codziennie po południu Przystojny Eli Kohen zajeżdżał swoim błyszczącym czarnym motocyklem pod schody i gwizdał Na górze pod lasem krowa się pasie. Ciocia Beki wychodziła na podwórze, dawała mu znak, po czym ciągnęła mnie ze sobą, wołając do babci Rozy:
- Zabieram Gawrielę do lunaparku.
I zanim babcia zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, byłyśmy już koło schodów, gdzie czekał Przystojny Eli Kohen. Beki sadzała mnie między nim i sobą, a on jechał ulicą Agripas do King George. I za każdym razem, gdy mijaliśmy skromny budynek naprzeciw drogerii Cila, gdzie moja matka kupowała wody kolońskie i szminkę, Beki mówiła:
- Oto nasz Kneset.
Raz nawet widzieliśmy, jak Ben Gurion wychodzi z naszego Knesetu i idzie w kierunku ulicy Hillela, a Przystojny Eli Kohen pojechał za nim motocyklem i widzieliśmy, jak wchodził do hotelu Eden. To tam, powiedziała mi Beki, zatrzymuje się na nocleg, kiedy przebywa w naszym Knesecie w naszej Jerozolimie.
Gdy obejrzeliśmy Ben Guriona, Przystojny Eli Kohen zrobił nawrót i pojechał na ulicę King George.
- Eli! Jeździsz jak wariat! - krzyknęła Beki, ale on nie usłyszał i pędził dalej motocyklem, minął ulicę Ha-Maalot i zatrzymał się przy wejściu do parku miejskiego.
A tam był stały zwyczaj: mnie wysyłali, żebym pohuśtała się na huśtawce albo pozjeżdżała na zjeżdżalni, a sami całowali się do wieczora, niemal aż do zmroku. I dopiero gdy ogród opustoszał, poszły sobie wszystkie dzieci i matki, a ja zostałam sama w piaskownicy, Przystojny Eli Kohen odwoził nas do domu na swoim motocyklu i znów siedziałam wciśnięta między niego a Beki. Matka, która przychodziła po mnie, krzyczała na ciotkę Beki:
- Gdzie, do pięciu diabłów, byłaś z dzieckiem? Szukałam was po całej Jerozolimie!
A Beki jej odpowiadała:
- Gdybyś zamiast siedzieć cały dzień w kawiarni Atara, sama ją zabrała do lunaparku, to może mogłabym się pouczyć do egzaminu, który mam jutro w seminarium, więc lepiej podziękuj!
Moja matka wygładzała dobrze skrojoną spódnicę, przeczesywała dłonią staranną fryzurę, sprawdzała pomalowane czerwonym lakierem paznokcie i mamrotała pod nosem:
- Idź do wszystkich diabłów!
Potem chwytała mnie za rękę i prowadziła do domu.
Ciotka Beki zaręczyła się z Przystojnym Elim Kohenem w kawiarni Armon. Były to piękne zaręczyny ze stołami zastawionymi wszelkim dobrem i piosenkarzem, który śpiewał piosenki Israela Icchakiego. Ciotka Beki była śliczna jak Gina Lollobrigida, a Przystojny Eli Kohen równie piękny jak Alain Delon i kiedy pozowaliśmy z parą narzeczonych do rodzinnego zdjęcia, dziadek Gawriel siedział pośrodku w otoczeniu całej rodziny, a ja siedziałam na barkach ojca i widziałam wszystkich z góry. To było ostatnie zdjęcie dziadka Gawriela, bo pięć dni później umarł.
I dopiero po jego śmierci, podczas sziwy[6], kiedy moja matka co rusz mdlała od płaczu i trzeba było ją polewać wodą, żeby się ocknęła, a babcia Roza powtarzała: "Basta[7], Luno! Weź się w garść, żeby nie spadła na nas kolejna bieda!", co tia[8] Allegra, siostra dziadka Gawriela, skomentowała: "Niech Gawriel spoczywa w pokoju. Ona nie dość, że nie płacze, to jeszcze swojej córce nie daje zemdleć" - akurat wtedy Beki uznała za stosowne poinformować wszystkich, że zamierza poślubić Przystojnego Elego Kohena, i wszyscy powiedzieli: "Gratulacje, ale trzeba odczekać rok z szacunku dla Gawriela", Beki jednak oświadczyła, że nie ma mowy o czekaniu przez rok, bo jeśli będzie zwlekać, to okaże się za stara na rodzenie dzieci, na co tia Allegra rzekła: "Odpuść nam nasze winy. Gawrielu, jak ty wychowałeś swoje córki, że nie uszanują cię nawet przez rok".
Moja matka, która ocknęła się z omdlenia, wyszeptała: "Dzięki Bogu, że w końcu wychodzi za mąż, bo już myślałam, że zejdzie z tego świata jako stara panna". I wtedy podniósł się tumult, ciotka Beki ruszyła za moją matką z sapatos[9] w ręku, grożąc, że ją zakatrupi, jeśli jeszcze raz ośmieli się powiedzieć o niej, że jest starą panną, a moja matka odparła: "Co zrobić, kerida[10], to przecież fakt, w twoim wieku byłam już matką". Ciotka Beki wybiegła z domu, a ja pognałam za nią po schodach ulicy Agripas, aż dotarłyśmy do cmentarza koło szpitala Wallacha - tam usiadła na cmentarnym ogrodzeniu, posadziła mnie obok siebie i nagle wybuchła gorzkim płaczem.
- Oj, papu[11], papu, czemu odszedłeś, czemu nas opuściłeś, papu? Co my bez ciebie zrobimy? - Nagle przestała płakać, odwróciła się do mnie i mocno mnie przytuliła. - Wiesz co, Gawrielo, wszyscy mówią, że najbardziej z nas wszystkich dziadek Gawriel kochał twoją mamę, Lunę, ale ja nigdy nie czułam, żeby mnie kochał mniej. Dziadek Gawriel miał złote serce i dlatego wszyscy go wykorzystywali. A ty, moja ślicznotko, żebyś nigdy nikomu nie dała się wykorzystywać, słyszysz! Znajdziesz sobie chłopaka takiego jak mój Eli, wyjdziesz za niego i będziesz szczęśliwa, prawda, grzeczna dziewczynko? Nie rozglądaj się na prawo i lewo, jak spotkasz chłopca takiego jak Eli, to poczujesz miłość tu, w swoim sercu.
Ujęła moją dłoń i przyłożyła ją do swego ciała, nad brzuchem między dwiema ślicznymi piersiami.
- Dokładnie tutaj, Gawrielo, poczujesz miłość. Kiedy to poczujesz, będziesz wiedziała, że znalazłaś swojego Elego, i wyjdź za niego. A teraz wracajmy do domu, zanim dziadek Gawriel się pogniewa, że uciekłam z jego żałobnej imprezy.
Ostatecznie ciocia Beki odczekała rok, do zakończenia okresu żałoby, i dopiero wtedy poślubiła Przystojnego Elego Kohena w kawiarni Armon - tam, gdzie się zaręczyli. Mnie ubrano w białą sukienkę i wysłano przodem, żebym szła przed panną młodą i rozrzucała cukierki z moim kuzynem Boazem, najstarszym synem cioci Racheliki, który urodził się kilka miesięcy przede mną, a teraz został wciśnięty w elegancki garnitur i muszkę.
Matka i jej średnia siostra Rachelika wszystko robiły razem. Nawet o mojej sukience druhny i garniturze Boaza zadecydowały wspólnie. Kiedy Rachelika nie przebywała u siebie w domu na ulicy Usyszkina, była u mojej matki, a kiedy mojej matki nie było w naszym domu na ulicy Ben Jehudy, była u mojej ciotki.
Po śmierci dziadka babcia Roza została sama w dużym domu dziadków. Od czasu do czasu przychodziła w odwiedziny do nas lub odwiedzała inne córki. Zawsze przynosiła czekoladę i lukrecjowe cukierki i zawsze opowiadała fascynujące historie o czasach, kiedy pracowała w domach Inglików.
- Wystarczy już tych historii! - denerwowała się moja matka. - To żaden zaszczyt czyścić ubikacje u Anglików.
A babcia nie pozostawała jej dłużna i odpowiadała:
- Ale też żaden to wielki wstyd! Ja się nie urodziłam, tak jak ty, jako księżniczka ze srebrną łyżeczką w buzi, musiałam wyżywić mojego brata Efraima, a poza tym mnóstwa rzeczy od Inglików się nauczyłam.
- Czego, no czego się nauczyłaś od tych I-n-g-li-ków? - pytała szyderczo matka, przeciągając słowo "Inglików", ile tylko zdołała. - A poza tym ile razy trzeba ci powtarzać: Anglicy, mówi się Anglicy.
Babcia ignorowała zjadliwe uwagi matki i cicho odpowiadała:
- Nauczyłam się nakrywać do stołu, nauczyłam się ingielskiego. Mówię po ingielsku lepiej niż ty, chociaż chodziłaś do szkoły Inglików, a do dziś twój ingielski jest jak moje kłopoty.
- Ja? Ja nie znam angielskiego?! - wściekała się matka. - Czytam żurnale po angielsku, w kinie nawet nie patrzę na tłumaczenia, wszystko rozumiem!
- Dobrze, dobrze, już to słyszeliśmy o tobie, wszystko rozumiesz z wyjątkiem jednej rzeczy, najważniejszej rzeczy: szacunku i uprzejmości. Tego nie rozumiesz, królowo piękna z Jerozolimy.
Matka ostentacyjnie wychodziła z kuchni, zostawiając mnie z babcią Rozą, która brała mnie na kolana i mówiła:
- Pamiętaj, Gawrielo, nie ma takiej pracy, która człowiekowi przynosi ujmę. Jeśli, uchowaj i nie daj Boże, znajdziesz się w sytuacji, tfu-tfu-tfu, że nie będziesz miała wyboru, to nawet czyszczenie ubikacji u Inglików nie przynosi wstydu.
Uwielbiałam spędzać czas z babcią Rozą. Opowiadała najwspanialsze historie, a ja byłam wzorowym słuchaczem.
- Zanim się urodziłaś, na długo, długo przed twoim urodzeniem, Gawrielo kerida, nasza Jerozolima była jak obcy kraj. W kawiarni Europa na placu Syjońskim grała orkiestra i tańczono tango, a na tarasie King David odbywał się five o'clock, z pianistą, i pito kawę w cieniutkich porcelanowych filiżankach, a arabscy kelnerzy, niech ich szlag, nosili fraki i muszki. A jakie ciastka tam podawano! Z czekoladą, bitą śmietaną i truskawkami. Panowie przychodzili tam ubrani w białe garnitury i słomkowe kapelusze, a damy w kapeluszach i sukniach jak na tych ich wyścigach konnych w Inglii.
Tyle że moja babcia, jak dowiedziałam się po latach, nigdy w życiu nie była w kawiarni Europa ani w hotelu King David. Opowiadała mi to, co usłyszała od ludzi, u których sprzątała. Opowiadała mi o swoich marzeniach. Część z nich spełniła się wiele lat później, kiedy jej zamożny brat Nick, na którego babcia wołała Nisim, przyjeżdżał z Ameryki, aby odwiedzić Jerozolimę, i cała rodzina udawała się na taras hotelu King David, w którym się zatrzymywał, i zapraszał wszystkich na kawę i ciastka. I kiedy pianista grał, spoglądałam ukradkiem na babcię ubraną w najlepsze ubrania i widziałam w jej oczach iskierkę przyjemności i wyraz zadowolenia, które tylko z rzadka gościły na jej twarzy.
Ciężkie życie miała babcia Roza, żyła z mężczyzną, który traktował ją z szacunkiem, ale nie kochał jej tak, jak mężczyzna kocha kobietę. Przez całe życie nie zaznała prawdziwej miłości, ale nigdy się nie skarżyła, nie płakała. Nawet podczas sziwy po dziadku Gawrielu, kiedy z oczu mojej matki i jej sióstr płynęły strumienie łez, grożąc zalaniem całej Jerozolimy, nie kapnęła jej z oczu ani jedna łza, a pojedyncze chwile, gdy się uśmiechała, czy nawet głośno zaśmiała, zdarzały się jej ze mną. Babcia Roza nigdy się nie przytulała. Nie lubiła dotykać i nie lubiła być dotykana. Ale ja siadałam na jej kolanach, obejmując ją za szyję drobnymi ramionami i całując w uwiędły policzek. - Dosyć, przestań, Gawrielo, basta, zamęczasz mnie - gderała, próbowała mnie z siebie strząsnąć, ale ja to ignorowałam, chwytałam jej szorstkie ręce, oplatając nimi swoje ciało, zmuszając, by mnie przytuliła.
Po śmierci dziadka babcia przestała zapraszać rodzinę na szabatowe i świąteczne posiłki, więc tradycja hamin makaroni[12] przeniosła się do naszego domu. Po obfitym szabatowym posiłku odprowadzałam babcię do domu i zostawałam u niej, dopóki matka lub ojciec po mnie nie przyszli. Podobały mi się ciężkie drewniane komody, przeszklony kredens, w którym ustawione były we wzorowym porządku porcelanowe i kryształowe zastawy, zdjęcia ślubne matki, Racheliki oraz Beki w srebrnych ramkach. Podobało mi się duże zdjęcie dziadka i babci wiszące na ścianie: dziadek, przystojny młody mężczyzna w czarnym garniturze i białej koszuli z dobranym krawatem, białą chusteczką wystającą z kieszonki marynarki, siedzi wyprostowany na drewnianym krześle, opierając się o stół i trzymając w ręku zwiniętą gazetę. Babcia stoi obok niego, ubrana w czarną, zapiętą po szyję sukienkę, przyozdobioną złotym wisiorkiem. Krawędź sukni sięga niemal kostek, na nogach ma czarne pończochy i lśniące buty. Nie dotyka dziadka, trzyma się oparcia krzesła. Twarz dziadka jest szlachetnie wyrzeźbiona, nos, oczy, usta prawie idealne. Twarz babci jest szeroka, czarne włosy jakby przyklejone do czaszki, oczy szeroko otwarte. Nie uśmiechają się, lecz tylko patrzą w obiektyw z bezgraniczną powagą. Ile mają lat? Dziadek chyba dwadzieścia jeden? Babcia szesnaście?
Na przeciwległej ścianie wisiał duży obraz olejny przedstawiający rzekę otoczoną górami o ośnieżonych szczytach. Po rzece pływały żaglówki, a kamienne domy jakby ześlizgiwały się do wody. Dwa brzegi rzeki spinał kamienny most, a nad tym wszystkim rozciągało się czyste błękitne niebo z drobnymi pierzastymi obłoczkami.
Podobał mi się ciężki stół jadalny z koronkowym obrusem, pośrodku którego stała wielka misa zawsze pełna owoców, oraz tapicerowane krzesła wokół stołu i szeroka ciemnoczerwona kanapa ze starannie ułożonymi poduszkami wyhaftowanymi przez babcię, a także makatki na ścianach - każda z nich opowiadała jakąś baśń. A szczególnie podobała mi się drewniana szafa z rzeźbionymi lwami na szczycie. Szafa z lustrami na drzwiach znajdowała się w sypialni babci, która sypiała w innym pokoju niż dziadek. Godzinami stałam przed lustrem, wyobrażając sobie, że jestem Sandrą Dee i całuję się z Troyem Donahue, i żyję z nim długo i szczęśliwie. Bardzo podobało mi się też podwórze, częściowo osłonięte krytym dachówką dachem, latem dającym cień, i otoczone metalową siatką, oplecioną fioletowymi bugenwillami. Wzdłuż niej poustawiano doniczki geranium w pomalowanych na biało blaszanych skrzynkach. Na podwórzu stały stołki, wiklinowy fotel wymoszczony poduszkami, na którym dziadek Gawriel lubił siadać wieczorową porą, a obok niego drewniany stół, na którym babcia podawała kolację. Po śmierci dziadka fotel stał się pomnikiem pamięci i nikt już na nim nie siadał.
Podwórze było moim królestwem. Sadowiłam się na stołku, wpatrywałam się w niebo i czekałam na tęczę, bo kiedyś spytałam babcię Rozę, co to jest Bóg, a ona powiedziała mi, że Bóg jest tęczą na niebie. Kiedy nie patrzyłam w niebo, wyobrażałam sobie, że jestem aktorką filmową, tak jak aktorki z Hollywoodu, które tak podziwiała moja matka. W naszej Jerozolimie kręcono Exodus, a gwiazdor tego filmu, Paul Newman, o którym matka powiedziała, że jest piękniejszy nawet od Przystojnego Elego Kohena, zatrzymał się w hotelu King David. Każdego popołudnia matka brała mnie za rękę i szła ze mną pod drzwi King David z nadzieją ujrzenia Paula Newmana. Po tym, jak przez kilka dni nie udało jej się go zobaczyć, przeszłyśmy na drugą stronę ulicy do wieży YMCA, gdzie matka kupiła bilety za pięć groszy, i wjechałyśmy windą na szczyt wieży najwyższego budynku w Jerozolimie.
- Stamtąd - powiedziała - nikt nie będzie mógł mi zasłonić Paula Newmana.
Ale nawet stamtąd nie zdołałyśmy go wypatrzyć, bo za każdym razem gdy przybywał do King David, czarna limuzyna podwoziła go do obrotowych szklanych drzwi hotelu, a on prześlizgiwał się przez nie, nie zwracając uwagi na ludzi, którzy zbiegali się specjalnie po to, by go ujrzeć.
Ostatecznie matce udało się zobaczyć Paula Newmana, gdy wzięła udział jako statystka w zbiorowej scenie uwieczniającej moment ogłoszenia powstania Państwa Izrael, nagranej na Migrasz ha-Rusim. Tego ranka specjalnie zabrała ze sobą lornetkę zakupioną przez ojca, aby obserwować ptaki podczas naszych wycieczek po jerozolimskich wzgórzach. Mimo że w końcu zdołała dojrzeć Paula Newmana przez lornetkę, moja matka była zawiedziona.
- Widziałam go, ale on, nada[13], nie widział mnie, no cóż, jak miał cokolwiek zobaczyć na kilometr?
Moja matka była przekonana, że gdyby tylko Paul Newman zobaczył ją z bliska, nie mógłby jej się oprzeć. Nikt nie mógł się oprzeć mojej matce. Ktoś powinien był powiedzieć Paulowi Newmanowi, że moja matka jest królową piękna z Jerozolimy, ale nikt mu nie powiedział, więc matka musiała zadowolić się tym, że codziennie oglądaliśmy film Exodus, kiedy grano go w kinie Orion - dzięki woźnemu Albertowi, który leżał ranny koło niej w szpitalu podczas wojny i za darmo wpuszczał nas na ten film.
Moja matka uwielbiała aktorów filmowych, a zwłaszcza Paula Newmana i Joanne Woodward, Doris Day i Rocka Hudsona, ja zaś marzyłam, że pewnego dnia pojadę do Hollywoodu, chociaż nie wiedziałam, gdzie leżało Hollywood, i wrócę jako słynna aktorka filmowa, i wtedy matka przestanie mnie nazywać dzikuską i przestanie powtarzać, że jestem dziwadłem niepodobnym do innych stworzeń i jakim cudem urodziło jej się takie dziecko jak ja. Ale dopóki nie pojadę do Hollywoodu, będę ćwiczyć.
Przy każdej okazji, gdy podwórze dziadków było puste, udawałam, że gram w filmie. W filmie nazywałam się Natalie, tak jak Natalie Wood, i godzinami tańczyłam w ramionach Jamesa Deana, a kiedy James i ja kończyliśmy tańczyć, dygałam wdzięcznie przed urojoną publicznością. Kiedyś po skończonym tańcu usłyszałam gromkie oklaski i okrzyki "brawo, brawo!". Przystanęłam spanikowana i zobaczyłam, że całe osiedle stoi koło płotu i ogląda mój występ. Okropnie speszona, wpadłam do domu prosto do pokoju dziadka, położyłam się na jego łóżku i schowałam głowę pod poduszkę, oczy zalewały mi łzy wstydu. Babcia Roza, która była świadkiem całego przedstawienia, nie przyszła do mnie. Dopiero po długim czasie, kiedy wyszłam z pokoju, usiadła w swoim fotelu w salonie, spojrzała na mnie i powiedziała:
- Gawrielo, kerida, czego się wstydzisz? Tańczysz tak pięknie, że powinnaś powiedzieć mamie i tacie, żeby cię zapisali na lekcje baletu u Riny Nikowej.
Z całej rodziny ja byłam najbliżej babci Rozy. Dopóki żył dziadek Gawriel, jego i babci dom był centrum całej rodziny. Tam spotykaliśmy się w szabatowy wieczór na kidusz[14] i kolację, a nazajutrz rano na uevos haminados[15], które babcia wyjmowała z garnka hamin, i jedliśmy je razem z nadziewanymi serem borekitas[16] i z sütlaç[17], słodkim budyniem, na którym babcia usypywała z cynamonu gwiazdę Dawida.
Po śniadaniu w sobotę bawiliśmy się na podwórzu. Matka, Rachelika i Beki plotkowały, a mój ojciec, Moiz od Racheliki i Przystojny Eli Kohen od Beki rozmawiali o piłce nożnej i zawsze krzyczeli, ponieważ ojciec był kibicem Ha-Poel Jeruszalajim, a Eli i Moiz kibicowali Betarowi. I tak mijał czas do południa, w południe jedliśmy hamin makaroni i po ciepłym posiłku dziadek udawał się na drzemkę, więc żeby mu nie przeszkadzać, na drzemkę odsyłano także nas, dzieci. Matka, Rachelika i Beki dalej paplały, a ojciec, Moiz i Eli szli do domu ciotki Klary, siostry mojego ojca, i jej męża Jaakowa, zwanego Jackotelem, którzy mieszkali na ulicy Lincolna naprzeciwko boiska YMCA, gdzie w każde sobotnie popołudnie rozgrywano mecz drużyny piłkarskiej Betar Jeruszalajim.
- Oglądanie meczu z balkonu Klary i Jaakowa jest o niebo lepsze niż siedzenie w loży honorowej - mówił wujek Moiz.
Przydomek "Jackotel"[18] nadaliśmy Jaakowowi po tym, jak Roni, mój młodszy brat, i ja obejrzeliśmy chyba ze sto razy film Jack pogromca olbrzymów w kinie Orna, bo woźny w Orna, niejaki Icchak, też leżał ranny razem z matką w szpitalu podczas wojny.
- Jakie to szczęście, że mama omal nie umarła w czasie wojny o niepodległość - mówił Roni - w przeciwnym razie, jak byśmy weszli za darmo na film?
Kiedy dziadek umarł i babcia przestała gotować, tradycja przygotowywania hamin makaroni w sobotnie południe przeniosła się do naszego domu i po obiedzie zamiast na południową drzemkę chodziliśmy wszyscy na mecze Betaru. Już na dole widziałam, że za chwilę balkon cioci Klary i Jackotela runie razem z milionami stłoczonych na nim ludzi, krewnych i powinowatych, i dlatego miałam się na baczności, by nie przechodzić pod balkonem, lecz iść od strony muru okalającego boisko YMCA.
Ojciec nie miał innego wyjścia i musiał w każdą sobotę oglądać mecze znienawidzonego Betaru Jeruszalajim. Dopóki można było oglądać mecz z balkonu Klary i Jackotela za darmo, chodził ze wszystkimi, chociaż zawsze przeklinał tych sukinsynów i modlił się, żeby przegrali, a wszyscy krzyczeli na niego:
- Do diabła, Dawidzie, po to tu przyszedłeś? Żeby przynieść pecha drużynie?
Babcia Roza nigdy nie chodziła z nami na mecze Betaru, lecz po zjedzeniu hamin makaroni wracała do domu. Czasami ją odprowadzałam i gdy ucinała sobie południową drzemkę, buszowałam we wszystkich szufladach w poszukiwaniu skarbów, a gdy się budziła, gniewała się na mnie i beształa:
- Ile razy ci mówiłam, że nie wolno wpychać rąk w nie swoje miejsce? Czy wiesz, co się stało z kotem, który włożył łapę do nie swojej szuflady? Przytrzasnął sobie łapę i obcięli mu pazury. Chcesz mieć rękę bez palców?
W przypływie paniki chowałam ręce głęboko do kieszeni i przysięgałam, że więcej ich nie włożę do nie swoich miejsc, lecz nigdy nie dotrzymywałam przyrzeczenia.
Niekiedy po południu, gdy matka szła do kawiarni Atara albo do swoich rozlicznych zajęć, babcia przychodziła pilnować mnie i Roniego. Siadałam koło babci i namawiałam do opowiadania historii o dawnych czasach, przed moim urodzeniem, o epoce Inglików i o sklepie dziadka Gawriela na targu Machane Jehuda, i o czarnym aucie dziadka, którym jeździli nad Morze Martwe i do Tel Awiwu, oraz o czasach, gdy mieszkali w domu z windą naprzeciw synagogi Jeszurun na ulicy King George, i jak cała rodzina przychodziła obejrzeć łazienkę z dwoma kranami, jednym na ciepłą, drugim na zimną wodę, łazienkę, jaką babcia widziała tylko w domach Anglików, gdzie pracowała jako sprzątaczka.
Zadawałam mnóstwo pytań, a babcia mówiła, że chyba połknęłam radio i przyprawiam ją o ból głowy, ale widać było po niej, że sprawia jej przyjemność opowiadanie mi tego, czego być może nigdy nikomu nie opowiedziała.
Któregoś dnia babcia usiadła w fotelu dziadka pierwszy raz od jego śmierci i powiedziała do mnie:
- Gawrielo kerida, twoja babcia jest stara, widziała w życiu wiele rzeczy. Moja mama i tata zmarli w czasie cholery, która szalała w naszej Jerozolimie, i zostaliśmy sierotami. Miałam dziesięć lat, Gawrielo, tak jak ty teraz, a Efraim, pokój jego duszy, miał pięć lat, i był jedynym, który mi został: mój brat Nisim uciekł do Ameryki, zanim jeszcze Turcy, niech sczeźnie ich imię, powiesili naszego brata Rachamima przy Bramie Damasceńskiej, bo nie chciał wstąpić do ich wojska. Nie mieliśmy co jeść ani w co się ubrać, codziennie chodziłam na Machane Jehuda, jak już było zamknięte, żeby pozbierać z ziemi to, co się tam walało: pomidory, ogórki, jakiś kawałek chleba. Musiałam troszczyć się o Efraima i zaczęłam pracować jako służąca u Inglików, tam łaskawa jaśniepani dawała mi jedzenie, z którego zjadałam połowę i połowę przynosiłam Efraimowi.
I wtedy, gdy miałam szesnaście lat, nona[19] Merkada, pokój jej duszy, wydała mnie za swojego syna, pokój jego duszy, twojego dziadka Gawriela, i nagle moje życie odmieniło się na dobre. Gawriel był wielkim bogaczem i był przystojny, wszystkie dziewczęta uganiały się za Gawrielem, a Merkada z nich wszystkich wybrała mnie. Czemu akurat mnie, biedną sierotę, wybrała, dowiedziałam się dopiero po muchos anyos, po wielu latach, ale wtedy nie zadawałam pytań. Znałam Gawriela ze sklepu na targu. W każdy piątek przychodziłam po ser i oliwki, które on i senyor Refael, jego ojciec, pokój jego duszy, rozdawali biedakom. Komu by się przyśniło, że zostanie moim mężem? Że będę matką jego córek? Jakie miałam szanse, ja, sierota z dzielnicy Szam'a, niemająca ani rodziny, ani rodowodu, żeby choć zbliżyć się do rodziny Ermozów? A tu, ot tak, nie wiadomo skąd to na mnie spadło, że spośród wszystkich dziewcząt w Jerozolimie mnie wybrała swojemu synowi na narzeczoną. Ermoza? Dyo santo, myślałam, że śnię, i chociaż powiedziała mi, że mam czas do namysłu, od razu odpowiedziałam jej "tak" i moje życie odmieniło się od początku do końca. Nagle, ni stąd, ni zowąd miałam dom, nagle miałam ubrania, miałam jedzenie, miałam rodzinę. Nie żeby wszystko było różowe, wiele rzeczy było wręcz czarnych, za moje grzechy, ale dla mnie to nie miało znaczenia, najważniejsze, że nie będę musiała już sprzątać u Inglików i że Efraim wyjdzie na ludzi i będzie miał ubranie i jedzenie. Najważniejsze, że zamiast utraconej rodziny będę miała nową rodzinę: męża, dzieci, teściową, która - miałam nadzieję - będzie jak rodzona matka, szwagierki, które - miałam nadzieję - będą jak rodzone siostry, i szwagrów, którzy będą jak rodzeni bracia.
Gawrielo, mi alma[20], jestem starą kobietą i niedługo umrę, po mojej śmierci będziesz jedyną osobą, która za mną zatęskni. Moje córki, niech będą zdrowe, trochę popłaczą i będą żyć dalej. Taka jest natura człowieka, czas robi swoje, ludzie zapominają. Ale ty, kerida, ty nie zapominasz, nie tak jak twoja matka, która ma kurzą pamięć, w jednej chwili coś gada, a w drugiej nie pamięta, co nagadała. Zauważyłam to, kiedy jeszcze byłaś malutka, gębusia ci się nie zamykała, avlastina de la Palestina[21], cały czas zadawałaś pytania, chciałaś połknąć cały świat. Teraz, kerida mia, opowiem ci o twojej babci Rozie i dziadku Gawrielu, i naszej rodzinie oraz o tym, jak z wielkich bogaczy, którzy mieszkali w domu z windą i łazienką, którzy mieli najpiękniejszy sklep na targu Machane Jehuda, staliśmy się dzikusami, którym ledwo starczało pieniędzy, żeby kupić wino na kidusz w piątkowy wieczór.
Wszystko, co wiem, opowiedział mi twój dziadek Gawriel, który opowiadał dzieje rodziny zgodnie z tym, co usłyszał z ust Refaela, swojego ojca, pokój jego duszy. Po śmierci Refaela Gawriel poprzysiągł dalej opowiadać swoim synom i wnukom historię rodziny od dnia, kiedy przybyli z Toledo po tym, jak król Ferdynand i królowa Izabela, niechaj ich dusze spłoną w ogniu piekielnym, wygnali Żydów z Hiszpanii do Ziemi Izraela. A ponieważ mnie i Gawrielowi, odpuść nam nasze winy, nie zostali żadni synowie, tylko córki, Gawriel opowiadał wszystko na okrągło Lunie, Rachelice i Beki, zaklinając, by podały to dalej także swoim dzieciom. Ale nie dowierzam, że twoja matka ci cokolwiek opowie, no bo ona głowę ma w chmurach, a pamięć, vai de mi sola[22], lepiej to przemilczeć. Więc chodź, mi alma, chodź, bonika[23], usiądź na kolanach swojej starej babci i posłuchaj, co usłyszałam, co opowiadał dziadek Gawriel.
Zrobiłam więc, co kazała. Wspięłam się na jej kolana, rozsiadłam wygodnie i przymknęłam oczy, wdychając jej ciepły, znajomy zapach, mający w sobie słodycz sütlaç i wody różanej. Babcia bawiła się moimi włosami, owijając je wokół swojego kościstego palca, głęboko wzdychając i wstrzymując oddech, jak ktoś, kto zwleka z wypowiedzeniem czegoś ważnego, po czym ciągnęła swoją opowieść, jakby opowiadała ją sobie, nie mnie.
- Po wypędzeniu Żydów z Toledo głowa rodziny, senyor Awraham, pokój jego duszy, przemierzył ze swoimi rodzicami, braćmi i siostrami calusieńką drogę z Toledo aż do portu w Salonikach, gdzie załadował się na statek, który przywiózł go prosto do portu w Jafie.
- A twoja rodzina, babciu?
- Moja rodzina, mi alma, też przyjechała z Toledo do Salonik i została tam przez długie lata, dopóki mój pradziadek, pokój jego duszy, nie wyjechał na zawsze do Ziemi Izraela. Ale nie będę ci opowiadała o mojej rodzinie, Gawrielo, no bo historia rodziny idzie po ojcu, a od dnia, gdy poślubiłam twojego dziadka i dołączyłam do rodziny Ermozów, ja też zostałam Ermozą i historia rodziny Gawriela stała się także historią mojej rodziny.
Słuchaj więc uważnie i więcej mi nie przerywaj, bo jak będziesz przerywać, to nie będę pamiętać, na czym skończyłam, i nie będę wiedziała, od czego znów zacząć.
Skinęłam głową i obiecałam, że już nie będę przerywać.
- Z Jafy podróżował senyor Awraham chyba ze trzy dni, ze trzy noce do Jerozolimy, bo jego największym marzeniem było ucałować kamienie w Ścianie Płaczu. W Jerozolimie spotkał innych sefardyjczyków, takich jak on, którzy zaprowadzili go do synagogi i dali mu miejsce do spania. W Dzielnicy Żydowskiej na Starym Mieście mieszkali wtedy drobni kupcy, sklepikarze, rzemieślnicy, a także złotnicy biegli w złocie i srebrze i handlujący z Arabami. Dawno temu panowały dobre stosunki, był szacunek i dobrosąsiedztwo z Izmaelitami[24], i sefardyjczycy nosili takie szaty jak oni, a nawet mówili po arabsku, a wśród tamtych z kolei byli tacy, co znali ladino.
Ciężko było wtedy w tym kraju - Dyo santo. Kobieta rodziła ośmioro dzieci, jedno po drugim, i wszystkie marły przy porodzie albo w niemowlęctwie.
Ja też pięcioro dzieci urodziłam twojemu dziadkowi Gawrielowi, ale - oby dane im było długie życie - tylko trzy moje córki, pishkado y limon[25], pozostały przy życiu. Synowie nie ukończyli miesiąca, jak pomarli, a po urodzeniu Beki moje łono się zamknęło.
Zrobiłam wszystko, co należy zrobić, żeby dać Gawrielowi ben zachar[26]. Między zaręczynami a ślubem zostaliśmy zaproszeni ja i mój przyszły mąż, twój dziadek, na uroczystość obrzezania jakiegoś krewniaka. Podczas ceremonii pozwolono mi potrzymać noworodka w ramionach i podać go mojemu przyszłemu mężowi, który przekazał go dalej, kolejnym czcigodnym gościom, taki był zwyczaj, żeby zapewnić młodej parze narodziny synów.
I jako żywo, niechaj będzie pochwalone Imię Jego, nie minęło wiele dni po ślubie, a zaciążyłam. Jakże mi się podobało w ciąży, nawet moja teściowa Merkada, która nigdy nie ułatwiała mi życia, była dla mnie dobra. Ona i wszystkie kuzynki dogadzały mi cukierkami miodowymi, by mieć pewność, że nie urodzi się, uchowaj Boże, córka, lecz że z pomocą bożą urodzi się ben zachar.
Nie mówi się złych rzeczy o zmarłych, Gawrielo, ale moja teściowa Merkada, pokój jej duszy, kiedy tylko mogła, wbijała mi nóż i w plecy, i w serce, lecz podczas tamtej pierwszej ciąży akurat troszczyła się o to, by wszyscy otaczali mnie miłością.
Zaspokajano wszystkie moje zachcianki, zwłaszcza najdziwniejsze rzeczy, ponieważ jak powszechnie było wiadomo, jeśli nie zostałyby zaspokojone, mogło urodzić się, nie daj Boże, paskudne dziecko z plamą na skórze. A ja w środku zimy prosiłam o winogrona i sabras[27]. No więc skąd wezmą dla mnie winogrona i sabras, kiedy na dworze szaleje potop? Natomiast cytrusów miałam pod dostatkiem. Bo u nas wierzono, że cytrus, zwłaszcza jego czubek, jest sprawdzonym środkiem na ben zachar.
A kiedy nadszedł czas porodu, Gawriel pospiesznie udał się do synagogi wraz z innymi mężczyznami z rodziny, aby modlić się o dobro moje i dobro dziecka. Ja zostałam w domu z akuszerką i innymi kobietami z rodziny, z Merkadą na czele, i moje krzyki słychać było tamtej nocy z naszego domu na Starym Mieście aż po Nachalat Sziwa w Nowym Mieście, a ja parłam i parłam, i dala, dala, dala, aż dusza prawie uleciała mi z ciała, zanim jeszcze wyszło dziecko, i dopiero gdy już byłam pewna, że Pan świata zabiera mnie do siebie, urodził się na szczęście ben zachar, a Merkada otworzyła drzwi i krzyknęła: "Bien nasido", urodził się w dobrą godzinę, i wszystkie sąsiadki stojące pod drzwiami odpowiedziały: "Sano ke 'ste", niech będzie zdrowy. Akuszerka wzięła dziecko, obmyła, owinęła jego ciałko w białą bawełnianą szmatkę i położyła mi na brzuchu, i jeszcze zanim ucałowałam jego rude włoski, Merkada zabrała je ode mnie i krzyknęła do dzieci, żeby biegły prędko do synagogi, aby zawołać Gawriela, niech przyjdzie i zobaczy swojego pierworodnego.
Kiedy Gawriel przyszedł, wziął dziecko z rąk Merkady, trzymał je delikatnie jak drogocenny kryształowy puchar, który jeśli ścisnąć zbyt mocno, to zaraz rozpadnie się w drobny mak, przytulił je do serca i podziękował Panu świata. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że leżałam w pościeli jak muerta[28], a on pierwszy raz w swoim życiu pocałował mnie w czoło.
Cóż mogę ci powiedzieć, kerida mia, to była jedna z najszczęśliwszych chwil w moim życiu. Pierwszy raz od ślubu poczułam ze strony Gawriela odrobinę miłości. Nawet Merkada ze swoją kwaśną jak cytryna miną, która nigdy się do mnie nie uśmiechała i zawsze rozmawiała ze mną krótko, nigdy nie pytając o zdrowie, zwróciła się do mnie, mówiąc: "Komo 'stas, Roza? Keres una koza?", jak się miewasz, Rozo? Potrzebujesz czegoś? I jeszcze zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, poleciła swojej córce Allegrze, by przyniosła mi leche kon dvash, mleka z miodem.
Byłam szczęśliwa, Gawrielo, czułam, że pierwszy raz, odkąd dołączyłam do rodziny Ermozów, Merkada i Gawriel byli ze mnie zadowoleni. Dałam przecież Merkadzie wnuka, a Gawrielowi pierworodnego syna. Poczułam w sercu takie ciepło, jakby dumę. Poczułam, że teraz gdzieś należę, może teraz stałam się częścią rodziny.
Dziecku, które przyszło na świat, dali na imię Refael po twoim pradziadku, który zmarł tuż przed tym, jak wyszłam za Gawriela.
Jakże pokochałam Refaela od pierwszego wejrzenia! Pucowałam pokój, w którym mieszkaliśmy, aż wszystko błyszczało. Nieważne, jak bardzo byłam zmęczona po porodzie, bez przerwy szorowałam wszystko, żeby dziecko nie nabawiło się, uchowaj Boże, jakiegoś choróbska i nie umarło, nie daj Boże, jak te jemeńskie dzieciaki w Silwan, które padały jak muchy od samego brudu. Pod oknem stała kołyska Refaela, zawiesiłam nad nią tara, lampę oliwną, którą Gawriel przyniósł z synagogi, i dzień w dzień po wieczornej modlitwie zachodzili do nas uczeni w Torze, by odczytać jakiś kawałek z księgi Zohar na cześć małego Refaela.
Ale maleństwo, ile byśmy mu dogadzali, jak bardzo go kochali i jak bardzo się za niego modlili, ciągle płakało i płakało, nie miałam spokoju ani w dzień, ani w nocy. Cały dzień na rękach, nic tylko płacze, płacze, nie wiem, co robić. Sama jestem dzieckiem, może szesnaście, może siedemnaście lat, a dzieciak płacze nawet w kołysce, nawet na rękach. Szepczę mu słowa miłości: "Kerido mio, ijo mio, mi alma[29], co cię boli, Refuli, co ci dolega?", a on płacze, ja też płaczę, aż łzy mi się skończyły, ale on nie przerywa, nawet żeby złapać oddech. Merkada powiedziała, że może mam za mało mleka, że może trzeba sprowadzić kobietę do karmienia. Nie chciałam, żeby moje dziecko ssało pierś innej kobiety, nie chciałam, żeby obce ręce przytykały małe ciałko do obcych piersi. Żeby przybyło mi mleka, to chociaż nienawidzę czosnku, Merkada przymuszała mnie do jedzenia czosnku, w kółko powtarzając, że tylko czosnek skłoni malutkiego Refaela do lepszego ssania, i jak się naje, to przestanie płakać.
Najbardziej bałam się złego oka i złych duchów. Najważniejsze, żeby oszukać Lilit, najgorszego z demonów, bo wiadomo, że ona najchętniej krzywdzi małych chłopców, żeby tylko, uchowaj Boże, nie zjawiła się Lilit i go nie zabrała! Ubierałam Refaela w dziewczęce ubranka. Według naszej wiary, Gawrielo, aby zmylić demona, dziecko trzeba "odsprzedać" komuś innemu. Tak właśnie odsprzedano matkę Gawriela i dlatego nazwali ją Merkada, co znaczy "sprzedana".
Kiedy przyszedł czas na odsprzedanie małego Refaela, zwróciłam się do mojej dobrej sąsiadki, Wiktorii Siton, i powiedziałam jej: "Mam niewolnika na sprzedaż", co było znakiem odsprzedaży dziecka. Wiktoria zgodziła się odkupić niewolnika i dała mi w zamian złotą bransoletkę. Następnego dnia zebraliśmy się, obie nasze rodziny, zarżnęliśmy kozła ofiarnego i zmieniliśmy mu imię z Refaela na Merkado - "sprzedany".
- Wiktoria, moja druga babcia? - przerwałam znów babci Rozie.
- Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że syn Wiktorii, twój ojciec Dawid, ożeni się z Luną i zostaniemy krewniakami, wtedy Wiktoria Siton była naszą sąsiadką w dzielnicy Ohel Mosze, a takie były zwyczaje.
Trzy dni Wiktoria Siton trzymała małego Refaela w swoim domu, a potem urządziliśmy kolejną ceremonię sprzedaży i odkupiliśmy go od niej. Ale nic nie pomogło, Gawrielo, ani dziewczęce ubranka, w które go przebierałam, ani to, żeśmy go odsprzedali Wiktorii Siton. Te parszywe demony były od nas mądrzejsze: pewnego dnia, kiedy Refael miał prawie miesiąc, a my jeszcze nie urządziliśmy mu pidjon ha-ben[30], zsiniał jak niebieskie oko, które wisiało nad jego kołyską, by go strzec, i zanim zdążyłam podnieść krzyk i wezwać Gawriela, i zanim przyszedł Gawriel, zanim przyszła Merkada, on był już martwy. Merkada uniosła kocyk Refaela, popatrzyła Gawrielowi w oczy i powiedziała mu, że to kara od Boga. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, dlaczego twój dziadek zasługuje na taką karę od Boga, i dopiero po muchos anyos dowiedziałam się, co miała na myśli ta skwaszona stara kobieta.
Tamtej nocy, kiedy umarł mały Refael, ja też umarłam. Nie umarłam wtedy, gdy Turcy, niech sczeźnie ich imię, powiesili mojego brata Rachamima przy Bramie Damasceńskiej, nie umarłam wtedy, gdy mój ojciec, a potem moja matka pomarli w czasie zarazy, a ja zostałam sama na świecie, dziesięcioletnia dziewczynka, sierota, z pięcioletnim bratem. Nie umarłam, kiedy zrozumiałam, że mój mąż mnie nie kocha i chyba nigdy nie pokocha, a moją teściową zajmuje tylko jedna rzecz: żeby uprzykrzać mi życie. Ale kiedy Refael, mój synek, umarł, ja też umarłam i umarł także twój dziadek Gawriel, i dopiero po narodzinach twojej matki, Luny, zaczął znowu żyć.
Po urodzeniu Luny mieliśmy jeszcze jednego chłopca, który zmarł, zanim zdążyliśmy go obrzezać i nadać mu imię. Co do mnie, to nawet po narodzinach Luny radość nie wróciła już do mojego serca, nawet kiedy urodziły się Rachelika i Beki. Wiesz, kto przywrócił twojej babci radość?
- Kto? - spytałam, kierując na nią rozwarte szeroko oczy.
- Ty, mi alma - powiedziała babcia Roza i chociaż nie lubiła całowania, ucałowała mnie w głowę, a ja czułam, jak mi serce rośnie. - Rozbudziłaś radość w moim sercu. Moje córki, niech będą zdrowe, nigdy nie kochały mnie tak, jak ty kochasz, ija mia[31], i chyba ja też ich nie kochałam tak, jak matka kocha dziecko. Nie miałam miejsca w sercu, moje serce było pełne bólu i tęsknoty za synkiem Refaelem, więc dla nich nie wystarczyło miejsca. Ale ty, kerida mia, ty, mi vida, moje życie, ciebie bardzo kocham. Kiedy się urodziłaś, moje serce otworzyło się i rozszerzyło na nowo, i wstąpiła w nie radość, o której już zapomniałam, że istnieje na świecie...
- Kocham cię, babciu, kocham najbardziej na świecie. - Zacisnęłam uścisk wokół jej szerokiej talii.
- Miłość - zaśmiała się babcia Roza. - U nas w rodzinie, Gawrielo, miłość to takie słowo, którego nigdy się nie wypowiada. Od mojej matki, błogosławionej pamięci, nie słyszałam takich słów jak miłość. Całe życie przeżyła w nędzy, aż umarła od zarazy, która wybiła do nogi prawie całą Jerozolimę, a od Gawriela, pokój jego duszy, nie doczekałam się, żeby chociaż raz zaszczycił mnie powiedzeniem "kocham cię". Zresztą, co to jest miłość? Kto to wie? Moje córki przed zamążpójściem mówiły: "Kocham Dawida", "Kocham Moiza", "Kocham Elego". A ja patrzę i mówię: Miłość? Prędzej Mesjasz nadejdzie. Jakie to szczęście, szczęście z nieba zesłane, że zostały nam tylko córki, bo mężczyźni w naszej rodzinie żenią się z kobietami, których nie kochają. Mężczyznom z rodziny Ermozów, Gawrielo, nie przechodzi przez gardło słowo "miłość", nawet do siebie samych. Ale historie o miłości, które złamały serce, Gawrielo, i historie miłosne, w których nie było miłości, tego akurat jest w naszej rodzinie pod dostatkiem, tego, niech będzie pochwalone Imię Jego, Bóg nam nie poskąpił.
No cóż, haida[32], na dzisiaj wystarczy, nagadałam się już więcej, niż chciałam. Haida, wstań, niedługo przyjdzie twoja mama, żeby zabrać cię do domu, i będzie się gniewać, że nie zjadłaś kolacji. No dalej, kerida, pomóż mi pokroić jarzyny na sałatkę.
Dopiero w następny szabat, kiedy po hamin makaroni wszyscy znów poszli oglądać mecz Betaru z balkonu Klary i Jackotela, a ja poszłam do babci, ta znowu posadziła mnie na kolanach i ciągnęła historię rodziny Ermozów.
- Twój pradziadek, Refael, był bardzo zacnym człowiekiem, znawcą Tory, zagłębił się w studia nad kabałą, a nawet przemierzył całą drogę z Jerozolimy do Safedu, żeby modlić się u świętego Ha-Ariego[33]. Powiadają, że Refael poprzysiągł sobie w duchu, że wyrzeknie się ślubnego baldachimu i ceremonii zaślubin, i zamiast tego niemal zaczął składać śluby, że nie będzie płodził synów, tylko całkowicie i bez reszty odda się studiowaniu świętych ksiąg.
- No to jak to się stało, że urodził się dziadek Gawriel, skoro jego ojciec się nie ożenił?
- Pasensya[34], kerida, wszystko w swoim czasie. Słuchaj bardzo uważnie i nie wtrącaj mi się, bo jak znów się wtrynisz, to zapomnę, co miałam ci do powiedzenia, i niczego się nie dowiesz. Dyo santo - westchnęła - czemu wszystkie dziewczyny w rodzinie Ermozów mają kolce w tyłkach i brak im cierpliwości?
Babcia nie spieszyła się z dalszym ciągiem opowieści, dopiero po dłuższej chwili ściszyła głos, jakby szeptała jakiś sekret, i kontynuowała:
- Powiadają, że pewnego dnia przybył do Safedu ojciec zacnego Refaela i oznajmił mu, że znalazł dla niego narzeczoną: Riwkę Merkadę, piętnastoletnią córkę rabbiego Jochanana Toledo, pobożnego Żyda i wielkiego kupca. Refael nie mógł okazać nieposłuszeństwa ojcu, ale poprosił go o zgodę na pozostanie w Safedzie jeszcze przez trzy miesiące, do czasu ślubu, i od tamtego momentu prowadził jeszcze skromniejszy i bardziej powściągliwy tryb życia.
Powolutku upływały trzy miesiące i nadszedł czas, by Refael wrócił do Jerozolimy i poślubił pannę Riwkę Merkadę, tak jak uzgodnili to jej i jego ojciec. Ale im bardziej zbliżał się termin, tym więcej i więcej Refael oddawał się umartwieniom i postom. I wtedy, Gawrielo, zdarzyło się coś, co odmieniło życie Refaela i sprawiło, że nigdy nie było ono takie jak dawniej.
Jesteś jeszcze małą dziewczynką, Gawrielo, ale wiedz, mi alma: miłość nie tylko jest ślepa, ale potrafi też oślepić, miłość może dać wielkie szczęście, ale także sprowadzić wielkie nieszczęście. Twoja babcia, Gawrielo, nie wiedziała, czym jest uczucie miłości. Twój dziadek nigdy mnie nie kochał tak, jak mężczyzna kocha kobietę, może ja też go nie kochałam tak, jak jest napisane w Pieśni nad pieśniami, po prostu żyłam u jego boku, dałam mu córki sanas ke 'stan, niech będą zdrowe, troszczyłam się o niego i o dziewczęta i starałam się, żebyśmy wiedli dobre życie, ni mniej, ni więcej. Ale zawsze w nocy przed zaśnięciem zastanawiałam się, czym jest miłość, a ta historia, którą usłyszałam o twoim pradziadku Refaelu, ciągle chodziła mi po głowie.
Pewnego dnia, tak słyszałam, Refael zdążał którąś z uliczek w Safedzie do synagogi Josefa Karo i gdy tak szedł pogrążony w myślach, mamrocząc słowa modlitwy z półprzymkniętymi oczami, przypadkowo natknął się na młodą dziewczynę idącą z naprzeciwka. Refael przestraszył się i podniósł głowę, a wtedy jego oczy napotkały jej oczy, niebieskie jak morze i głębokie jak studnia. Dwa złote warkocze okalały jej twarz, jasna skóra była biała i nieskazitelna. Refael poczuł się tak, jakby ujrzał piękno samej Szechiny[35], więc czym prędzej zakrył oczy dłonią i poszedł w swoją stronę. Ale po tym spotkaniu przez wszystkie następne noce i dni nie mógł wyrzucić ze swoich myśli obrazu tej dziewczyny. Przychodziła do niego rano, kiedy odmawiał poranną modlitwę, i wieczorem, gdy odprawiał wieczorne modły, przychodziła do niego, gdy zanurzał się w mykwie, i przychodziła do niego, gdy kładł się spać. Nie rozumiał tego, co czuł, wiedział tylko, że jej niebieskie oczy trafiły go jak uderzenie pioruna. Dyo santo, myślał sobie, toż to grzech. To, co czuję do tej obcej kobiety, jest grzechem.
Postanowił zachować jeszcze ściślejszy post i przysiągł sobie, że będzie trzymać się z daleka od miejsc, w których przebywają kobiety, bo wiedział, że ta, przeznaczona jemu, czeka na niego w Jerozolimie, tak jak ustalili jej i jego ojciec. Ale postać aszkenazyjki, na którą natknął się w zaułkach Safedu, ścigała go jak zły duch i nie było dnia i nocy, żeby zdołał odpędzić myśli o dziewczynie o niebieskich oczach i złotych warkoczach, aż pewnego dnia przyczaił się w zaułku, gdzie pierwszy raz ją spotkał. Zobaczył, jak kobieta wychodzi z jakiegoś domu, i poszedł za nią jak szaleniec, lecz kiedy odwróciła się do niego i przeszyły go jej niebieskie oczy, znowu umknął co sił w nogach.
Tamtego dnia Refael postanowił wrócić do Jerozolimy wcześniej, przed dniem wyznaczonym mu przez ojca, żeby jak najszybciej ustawić ślubny baldachim, odprawić ceremonię zaślubin i raz na zawsze pozbyć się zmory o niebieskich oczach. Nawet nie przyszło mu do głowy, żeby pomówić z tą dziewczyną, która pochodziła ze społeczności aszkenazyjskiej, bo dobrze wiedział, że takie rzeczy są zakazane, jakby były grzechem. Rozumiesz, Gawrielo? Grzechem!
Niezupełnie rozumiałam, co to znaczy społeczność aszkenazyjska, a już na pewno, czym jest grzech. A babcia nawet nie zauważyła, że nie rozumiem. Ciągnęła opowieść, bardziej mówiąc do siebie niż do mnie, mówiła i mówiła, jakby ją dybuk opętał, kołysząc mnie na kolanach, nie czując mojego ciężaru, i opowiadała dalej, nawet gdy ja już usnęłam.
Kiedy się obudziłam, na ulicy panowała cisza, słychać było tylko szmer modlitwy z pobliskiej synagogi i wołania wiernych. Tu i ówdzie dźwięczał śmiech dzieci z jakiegoś podwórka, a ja zobaczyłam, że babcia siedzi zamyślona w fotelu dziadka.
- Dzień dobry, kerida mia - zawołała do mnie.
Mimo że był już wieczór, na stole na podwórzu czekała kolacja. Co jakiś czas, gdy nocowałam u babci, specjalnie dla mnie piekła borekitas i przyrządzała mi sütlaç z gwiazdą Dawida, dokładnie tak jak lubiłam.
- Ani słowa twojej mamie, Gawrielo, niech się nie przyzwyczaja! Niech dalej wam robi burekasy, a nie prosi, żebym to ja je piekła.
Babcia, podobnie jak reszta rodziny, nie wiedziała, że matka kupuje gotowe burekasy u Kadosza, była przekonana, że sama je piecze, a ja, ponieważ matka kazała mi przysiąc i ostrzegła, żebym nigdy nie wygadała światu, że to gotowe burekasy, milczałam jak zaklęta, nie kwapiąc się, by wyprowadzić babcię z błędu.
Babcia ostrożnie obrała jajko na twardo i pokroiła je na ćwiartki.
- Jedz, jedz, grzeczna dziewczynko, musisz urosnąć.
Usiadła w fotelu dziadka i kontynuowała opowieść od momentu, w którym zasnęłam parę godzin wcześniej.
- Rozumiesz, co się stało, Gawrielo? Refael, pokój jego duszy, zakochał się w aszkenazyjce z Safedu, a sefardyjczykom za nic w świecie nie wolno było żenić się z aszkenazyjczykami. To było dawno temu, za czasów Turków, kiedy w Ziemi Izraela żyło co najwyżej sześć tysięcy Żydów, z których prawie wszyscy mieszkali w Jerozolimie. W tamtym czasie w Ziemi Izraela byli już nie tylko Żydzi sefardyjscy, ale i Żydzi z krajów Aszkenazu. Aj waj, ależ ciężko było tym aszkenazyjczykom. Biedactwa, nie znali arabskiego, nie znali ladino, w niczym nie mogli się połapać, co, gdzie i jak. No dobrze, ale aszkenazyjczycy to też Żydzi, no nie? Więc sefardyjczycy otworzyli drzwi na oścież, pozwolili im się modlić w synagodze i aszkenazyjczycy robili wszystko tak jak sefardyjczycy, nawet zaczęli mówić po arabsku i nosić szaty jak sefardyjczycy, którzy ubierali się jak Arabowie. Robili wszystko co w ich mocy, żeby dopasować się do sefardyjczyków, no bo co tu począć, wszyscy jesteśmy Żydami, trzeba sobie pomagać. Ale żeby zaraz się żenić, o, nie daj Boże, za nic! Sefardyjczycy chcieli zachować siebie dla siebie i żenić się tylko między sobą, żeby się nie pomieszać, niech Bóg strzeże, z aszkenazyjczykami, żeby nie urodziły się dzieci pół takie, pół takie.
Vai de mi[36], Gawrielo, jaki skandal i wstyd mogła przynieść rodzinie aszkenazyjska narzeczona. Tak jak w przypadku Sary, córki Jehudy Jechezkela, która poślubiła aszkenazyjczyka Jehoszuę Jelina, i nie pomogło Jehudzie Jechezkelowi to, że w kółko powtarzał, że ojciec pana młodego jest wielkim uczonym w Torze, nic mu nie pomogło, straszny wstyd. Tak bardzo sefardyjczycy sprzeciwiali się małżeństwom z aszkenazyjczykami, że szanowny sir Moses Montefiore we własnej osobie przyznał nagrodę w wysokości stu złotych napoleonów wszystkim tym, którzy zawarli małżeństwo mieszane. A wiesz, ile to było sto złotych napoleonów, Gawrielo? Może tyle co tysiąc funtów, a może i dziesięć tysięcy funtów. Ale mimo biedy panującej w Jerozolimie i mimo że sto złotych napoleonów uchodziło za sumę, o której większość ludzi mogła tylko pomarzyć, jakoś nikt się nie kwapił, by skorzystać z okazji.
Refael, pokój niech będzie z nim, nie mógł przestać myśleć o aszkenazyjce. Jej niebieskie oczy wszędzie go prześladowały. Widzisz, Gawrielo, mi alma, chociaż zobaczył ją tylko przez mgnienie oka, głęboko zapadła mu w serce i nie odchodziła, więc zamiast studiować Torę dniem i nocą, myślał o aszkenazyjce. Jakby demon w niego wstąpił, włóczył się po zaułkach Safedu jak opętany i szukał jej rankiem po porannej modlitwie, w południe, gdy rozpalone słońce zapędzało ludzi do chłodnych kamiennych domów i uliczki pustoszały, wieczorem po popołudniowej modlitwie, gdy jego towarzysze zbierali się w bejt ha-midraszu[37]. I także późno w nocy, kiedy nawet księżyc i gwiazdy kładły się spać, on wędrował uliczkami, zaglądał przez okna do domów, otwierał bramy dziedzińców, bo może przypadkiem ją napotka. Ale aszkenazyjkę jakby ziemia pochłonęła. Nie zobaczył jej więcej ani razu i choć nie wyszła z jego serca, głęboko w duszy czuł wielką ulgę i widział w tym znak z nieba, poszedł więc i zanurzył się w mykwie świętego Ha-Ariego, oczyścił swoje ciało i w pośpiechu wrócił do Jerozolimy. Parę tygodni przed ustaleniem daty zaślubin wybrał się ze swoim ojcem do domu ojca narzeczonej, żeby pierwszy raz zobaczyć swą przyszłą żonę. Całą drogę Refael milczał jak niemowa, nie zadał ojcu ani jednego pytania o narzeczoną. A narzeczona, biedactwo, zamknęła się na cztery spusty w jednym z pokojów i dopóki matka nie uniosła kapcia i nie zagroziła jej porządnym laniem, odmawiała wyjścia i spotkania się ze swoim narzeczonym. Przez trzy dni i trzy noce, jak powiadano, nieustannie płakała ze strachu, nic nie pomagały wszystkie słowa dobroci i miłości, którymi obsypywała ją matka. Im więcej mówiła jej, jaka będzie jej rola jako gospodyni domowej, i im więcej dawała jej dokładnych wskazówek, jak powinna postępować z mężem w noc poślubną, tym bardziej dziewczyna szlochała i trzęsła się ze strachu.
Przez długi czas narzeczony Refael i jego ojciec siedzieli w pokoju gościnnym rodziny Toledo, czekając, aż przyrzeczona panna wyjdzie. I w końcu wyczerpała się cierpliwość jej ojca, przeprosił gości i wszedł do pokoju, w którym jego córka przesiadywała, rzewnie płacząc, zagroził jej tysiącem zgonów, jeśli natychmiast nie wyjdzie i nie przestanie mu przynosić wstydu, i skarcił też matkę, że zbytnio folguje dziewczynie, że pozwala jej wyprawiać takie fanaberie.
W końcu Riwka Merkada wyszła z pokoju, chowając się za plecami matki, i zerknęła na narzeczonego z okalającą twarz rudą brodą, lecz nie odważyła się zbyt długo na niego patrzeć, spuściła więc oczy i wbiła wzrok w podłogę. Spotkanie było krótkie, a Refael cieszył się w drodze powrotnej do domu, że ojciec nawet nie zapytał go o zdanie na temat narzeczonej.
W weselny ranek zeszły się w domu panny młodej matka narzeczonego, matka narzeczonej oraz krewne z obu stron i wraz z jej bliskimi przyjaciółkami otoczyły pannę i odprowadziły ją ze śpiewem i tańcem do banyo[38], obsypując ją cukierkami. Po kąpieli w mykwie matka Refaela wzięła ciasto, które przyniosła z domu, podzieliła je nad głową panny młodej i rozdała pannom przyjaciółkom, życząc im, by i one wkrótce znalazły sobie narzeczonego, czym prędzej, za dni naszych, amen. Po czym kobiety rozeszły się jedna po drugiej do swoich domów, a matka Refaela odeszła na bok na matczyną rozmowę z synem i udzieliła mu dokładnych wskazówek, jak ma postępować ze swoją młodą żoną w noc poślubną.
Kerido mio - powiedziała mu - dzisiaj przekazuję cię w ręce innej kobiety. Od dziś należysz do niej, ale nie zapominaj, że jestem twoją matką i zawsze będę ważniejsza od twojej żony. A kiedy, z pomocą bożą, urodzi ci się syn i gdy w dobrą godzinę on się będzie żenić, twoja żona a jego matka będzie ważniejsza niż jego żona. Tak to u nas jest, matka zawsze jest przed żoną, matka jest pierwszą senyorą. Twoja żona, mi alma, jest jedną z naszych, to dobra kobieta. Twój ojciec i ja wybraliśmy ją po spotkaniach z wieloma pannami. Co prawda jej ojciec i matka nadzwyczaj jej dogadzali, i dlatego od samego początku musisz pokazać, gdzie jest jej miejsce, żeby dobrze wiedziała, kto w domu rządzi! Żeby nie była u ciebie tak rozpieszczana, jak ją rozpieszczali w domu ojca. Powinna dbać, żebyś miał czysty dom, gotować ci i prać, i z pomocą bożą urodzić ci zdrowych synów, ale i ty powinieneś o nią dbać, zarabiać na nią, szanować i traktować jak królewnę. W noc poślubną, mi alma, potraktuj ją jak mężczyzna dziewczynę, ale postępuj z nią łagodnie, bardzo powoli, nie przymuszaj jej, i jeśli za pierwszym razem nie wyjdzie, spróbuj ponownie, a jeśli za drugim razem nie wyjdzie, próbuj trzeci raz. Powolutku, delikatnie i z pomocą bożą za dziewięć miesięcy od teraz będziemy świętować ceremonię obrzezania.
Refael był zakłopotany, pochylił głowę, próbując nie słuchać tego, co mówiła mu matka, ale ona mówiła i mówiła, i dopiero kiedy uniósł wzrok i spojrzał na nią przenikliwie, zamilkła.
- Jeszcze tylko jedna rzecz, kerido - rzekła, zanim stracił cierpliwość. - Tuż przed stłuczeniem kielicha przydepcz na chwilę stopę panny młodej, aby się upewnić, że będziesz w swoim domu senyorem, gospodarzem, królem.
I kiedy w dobrą godzinę nastał dzień ślubu, Refael włożył najlepsze ze swoich ubrań, które matka naszykowała mu dzień wcześniej, i poszedł na czele wielkiego korowodu do synagogi Jochanana ben Zakaja, gdzie na dziedzińcu ustawiono ślubny baldachim. Podczas ceremonii zaślubin, po przysiędze "Jeśli o tobie zapomnę, Jeruzalem, niech uschnie moja prawica" i po tym, jak matka szepnęła mu do ucha, żeby nie zapomniał o przydeptaniu stopy, zrobił tak, jak mu przykazano. Potem, kiedy stłukł kielich i wszyscy zakrzyknęli "mazal tow!"[39], i znalazł się w odosobnionym pokoju ze swoją żoną, gdy oboje stali skrępowani, nie wiedząc, co mają robić, Refael poczuł, że coś w nim pęka, i od tego momentu utracił żarliwość wiary. Do tego stopnia utracił, że w tamtej chwili postanowił przerwać posty, umartwienia i święte studia. Postanowił, że skoro niebiosa zawyrokowały, że nie zamieni ani słowa, ani nawet spojrzenia z kobietą, o której marzył całymi dniami i nocami, i zamiast niej ma poślubić inną, to założy swój dom. I kiedy chwycił nowo poślubioną żonę za podbródek, uniósł jej zaczerwienioną ze wstydu twarz i zmusił, by spojrzała mu w oczy, przysiągł sobie, że uczyni swoją żonę szczęśliwą i zrobi wszystko dla niej i dla dzieci, które im się urodzą.
W noc poślubną potraktował ją z bezgraniczną delikatnością, a ona poddała się dotknięciu jego dłoni i pozwoliła jego ciału przeniknąć jej ciało. Ale w żadnym miłosnym akcie podczas tamtej pierwszej nocy i następnych nie pocałował jej ani razu, a Riwka Merkada, której matka słowem nie napomknęła o pocałunku, nie czuła, że Refael czegoś jej pozbawia, więc leżała spokojnie, dopóki nie skończył tego, co robił, nie wstał i nie poszedł do swojego łóżka, pozwalając jej zasnąć.
- Ach... odpuść nam nasze winy - westchnęła babcia Roza. - Tak się to wszystko zaczęło.
- Co się zaczęło? - spytałam, nie rozumiejąc, co babcia miała na myśli.
- Tak się zaczęło to, że mężczyźni z rodziny Ermoza pragną innych kobiet, a nie swoich żon - odpowiedziała mi tak stłumionym szeptem, że ledwo ją dosłyszałam. - Zaczęło się od Merkady i Refaela, on pragnął innej, lecz poślubił ją, przychodził do niej w nocy, ale nie z miłości, a ona nawet nie wiedziała, że czegoś ją pozbawia. Ja też nigdy nie zaznałam przyjemności z miłosnego aktu, po prostu leżałam na plecach i czekałam, aż się skończy. Jesteś jeszcze mała i nie wiesz, co to znaczy akt miłosny. Kiedy podrośniesz, modlę się za ciebie, żebyś przełamała tę klątwę. Nie patrz tak na mnie, mi alma, teraz nie rozumiesz, o czym mówię, ale jak dorośniesz i spotkasz swoje przeznaczenie, to obiecaj mi, że zrobisz wszystko, aby poczuć miłość, że nie zaprzepaścisz jej tak, jak ja ją utraciłam. Obiecaj mi, Gawrielo, że nigdy nie wyjdziesz za mężczyznę, jeśli nie poczujesz, że on kocha cię bardziej niż ty jego, że życie ci nie ucieknie, aż nie staniesz się wyschłą starą kobietą jak ja, bo ja wyschłam i pomarszczyłam się od środka, i zestarzałam się, zanim stałam się staruszką. Miłość, Gawrielo, nawadnia człowieka, a kto nie ma miłości płynącej w ciele, usycha, zapamiętaj, co ci babcia mówi.
Moja babcia Roza nigdy więcej nie rozmawiała ze mną o miłości ani o naszej rodzinie, w której mężczyźni kochali inne kobiety, a nie kochali swoich żon. Nigdy potem nie siedziałam na jej kolanach, gdy sadowiła się w fotelu dziadka. Matka nie zostawiła mnie nigdy więcej, żebym u niej spała, a babcia już nie przychodziła do naszego domu, żeby opiekować się mną i Ronim, kiedy rodzice wychodzili do kina lub na tańce w klubie Menora. Teraz w każdy szabat ojciec jeździł białym larkiem i przywoził babcię z jej domu do naszego, a kiedy podbiegałam do niej, obejmowałam ją ramionami, tuląc się i całując jej wychudzone policzki, nie opędzała się ode mnie ze śmiechem tak jak kiedyś, mówiąc: "Basta, basta, Gawrielo, zamęczysz mnie". Nie odzywała się do mnie, po prostu patrzyła na mnie tak, jakbym była powietrzem. Zapomniała też hebrajskiego i mówiła tylko w ladino, którego nie rozumiałam, a kiedy prosiłam: "Babciu, nie rozumiem, mów do mnie po hebrajsku", matka denerwowała się: "Tylko tego mi teraz brakowało, żebyś i ty zaczęła marudzić. Zostaw babcię w spokoju i nie zawracaj jej głowy", a ojciec mówił: "Czemu czepiasz się dziecka, przecież ona nie rozumie, co się stało z Rozą". Na co matka odpowiadała: "A ty rozumiesz? Kto rozumie, co się z nią stało? Starzy ludzie chorują, ale ona jest zdrowa jak byk, po prostu zapomina. Dziwadło inne od wszystkich stworzeń z tej mojej matki".
No proszę, teraz także moja babcia, nie tylko ja, była dziwadłem i może dlatego czułam się tak, jakbyśmy zawarły ze sobą pakt dziwadeł, i im bardziej ona zamykała się w swoim świecie, tym usilniej ja chciałam do niego wniknąć. Ale moja ukochana babcia z dnia na dzień odpływała w dal, a jej twarz, którą tak kochałam, była jakby zapieczętowana, oczy jej gasły, a duże, mięciutkie ciało stało się sztywne i nieprzytulne, gdy otaczałam je ramionami, miałam wrażenie, jakbym tuliła się do ściany.
Babcia zaczęła też robić dziwne rzeczy: w pewien szabat, kiedy ojciec przywiózł ją do naszego domu i posadził przy stole, wokół którego wszyscy już czekaliśmy, żeby zjeść hamin makaroni, zdjęła sukienkę i została w samej halce. Roni gruchnął śmiechem, ja zaś zdałam sobie sprawę, że stało się coś przerażającego i okropnego, bo matka wpadła w histerię, a ojciec rzucił się, żeby okryć babcię sukienką, i po raz pierwszy od urodzenia nie kazali mi dokończyć tego, co było na talerzu, i w samym środku hamin makaroni wysłano nas, dzieci, żebyśmy poszli się pobawić na dole. Oni zostali w salonie z Racheliką, Moizem, Beki i Przystojnym Elim Kohenem i rozmawiali, rozmawiali, aż zapadła noc i zapomnieli nas zawołać na górę, więc poszliśmy bez wołania, zajrzałam do małego salonu i dostrzegłam płaczącą ciotkę Beki, płaczącą Rachelikę oraz moją matkę stojącą przy oknie z papierosem, a ojciec, Moiz i Przystojny Eli Kohen gadali jeden przez drugiego. Pośród tego wszystkiego siedziała babcia Roza, oderwana od otaczającego ją zamieszania. I słyszałam, jak Rachelika mówi, że babci nie wolno zostawiać samej, lepiej, żeby spała dziś u nas. A matka powiedziała:
- Ale gdzie będzie spać? W moim i Dawida łóżku?
Ojciec odparł:
- Ja będę spał na kanapie w salonie, a ona z tobą.
Matka na to:
- Nie gadaj bzdur, Dawidzie, jak to, mam spać ze swoją matką w jednym łóżku?
Więc weszłam do pokoju i oznajmiłam:
- Ja będę spać z babcią Rozą w moim łóżku.
A matka powiedziała:
- To dobry pomysł, żeby Gawriela spała u mojej matki w domu i jej dopilnowała.
Na co ojciec się zdenerwował:
- Upadłaś na głowę! Dziesięcioletnia dziewczynka ma jej pilnować? Co też ci do łba strzeliło?
A matka:
- Dobrze, niech więc śpi tutaj, na kanapie w salonie, ale tylko dzisiejszej nocy, jutro trzeba będzie znaleźć jakieś rozwiązanie, nie można tak tego ciągnąć.
W nocy położyli moją babcię w salonie na kanapie i okryli kocem, a gdy wszyscy poszli spać, przyszłam po ciemku i zobaczyłam, że śpi z otwartymi oczami, więc szepnęłam do niej: "babciu", ale mi nie odpowiedziała, więc pogłaskałam ją po pomarszczonej twarzy, pocałowałam i mocno się w nią wtuliłam, aż usnęłam.
Rano ojciec zastał mnie na kanapie, ale babci nie było ani na kanapie, ani nigdzie indziej w domu. Przez cały dzień nie mogli jej znaleźć, babcia zaginęła.
Dopiero późno w nocy znaleziono ją siedzącą w drzwiach sklepu, który dziadek miał na targu Machane Jehuda. Innym razem znaleźli ją błąkającą się po dzielnicy Abu Tor, próbowała przekroczyć granicę, by dostać się do dzielnicy Szam'a, w której się urodziła i która po wojnie o niepodległość znalazła się w rękach Jordańczyków. Wtedy moja ciocia Rachelika postanowiła zabrać ją do siebie do domu i nie spuszczać z oka.
- Bo jeśli jej nie wezmę do siebie, zabiorą ją do domu wariatów w Talbije.
W wigilię Jom Kipur babcia Roza zmarła we śnie.
- Zmarła dobrą śmiercią - powiedziała ciocia Rachelika.
Matka absolutnie nie pozwoliła mi iść na pogrzeb.
- Cmentarz to nie miejsce dla dzieci - oznajmiła i po raz pierwszy ojciec nie wykłócał się z nią i nie opowiedział po mojej stronie.
Roni i ja zostaliśmy sami w domu i mój brat, który wyczuwał, że jestem smutniejsza niż zwykle, nie dokuczał mi tak, jak miał w zwyczaju. Na komodzie w pokoju gościnnym w domu moich rodziców stało oprawione w piękną miedzianą ramkę zdjęcie dziadka Gawriela, babci Rozy i ich trzech córek: Luny, Racheliki i Beki. Spojrzałam na zdjęcie, uniosłam je do ust i pocałowałam moją babcię, a łzy płynące z moich oczu omal mnie nie zatopiły. Tak bardzo za nią tęskniłam i nie mogłam pogodzić się z tym, że już jej nie zobaczę i że nie opowie mi więcej o naszej rodzinie, w której mężczyźni żenili się z kobietami, których nie kochali.
Wiele miesięcy po śmierci babci Rozy wciąż chodziłam z naszego domu przy ulicy Ben Jehudy do jej domu, stawałam przy zaryglowanej bramie i czekałam na babcię - może ona tak naprawdę nie umarła, może tym razem też tylko zaginęła i niedługo znajdzie drogę, i wróci, zejdzie po pięciu stopniach na wąską uliczkę, na której końcu stał dom jej i dziadka, będzie ostrożnie stąpała po bruku, uważając, by nie uderzyć nogą o wystający kamień, żeby broń Boże nie upaść i nie rozbić sobie głowy, tak jak mnie dawniej wielokrotnie przestrzegała, a jej bujne ciało kołysało się z boku na bok, "jakby była pijana", irytowała się moja matka i mówiła do siebie, tak jak zwykła to robić przed śmiercią, "komo una loka[40]", dodawała w języku ladino, żebyśmy my, dzieci, nie rozumiały.
Fotel dziadka wciąż stał tam gdzie zawsze, a na nim haftowana poduszka, obok zaś stół, na którym tyle razy jadłam sütlaç z cynamonową gwiazdą Dawida. Podeszłam do małego kamiennego domu, przytknęłam twarz do okna i zajrzałam do środka. Wszystko było na swoim miejscu, jak za czasów, gdy dziadkowie byli stuprocentowo żywi. Nic się nie zmieniło, nikt nie tknął tego domu po tym, jak już babcia "na chwilę po coś wyszła", jak powiedziałby mój ojciec. Przycisnęłam nos do okna najmocniej jak umiałam, starając się dojrzeć zdjęcie dziadka i babci wiszące na ścianie, któremu tak lubiłam się przyglądać, ale nie zdołałam go zobaczyć.
Czyjaś ręka dotknęła mojego ramienia.
- Chaytaluch, co tu robisz, Gawrielo?
Odwróciłam się, przede mną stała znienawidzona przez moją matkę sąsiadka, pani Barzani, ubrana w tę swoją obszerną, kwiecistą suknię, z głową owiniętą chustą. Przygarnęła mnie do swego ciepłego ciała, które zaskakująco przypominało ciało mojej babci.
- Ma guzt akeh? Gdzie jest twoja mama? Jak długo tutaj stoisz? Twoja mama na pewno już pobiegła na policję.
Wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do swojego domu, posadziła na krześle, a jednemu z synów kazała pobiec po moją matkę.
Siedziałam skulona w kłębuszek na krześle, obserwując, jak sąsiadka mojej babci biega gorączkowo wte i wewte, wyjaśniając innym sąsiadkom, które weszły za nami do domu, po kurdyjsku i łamaną hebrajszczyzną, że znalazła mnie na podwórzu, gdy próbowałam dostać się do domu.
- Papukata, biedactwo - powiedziała sąsiadkom - bardzo tęskni za swoją babcią. - I jednym tchem rzuciła do mnie: - Niedługo przyjdzie twoja mama i zabierze cię do domu, a tymczasem podjedz sobie. - Po czym postawiła przede mną talerz kubbeh pływających w żółtym sosie.
Ale nie byłam głodna, tylko strasznie tęskniłam za babcią, wciąż miałam nadzieję, że za chwilę drzwi się otworzą i wejdzie do środka, przytuli mnie, zabierze na drugą stronę podwórza, posadzi na kolanach i będzie mi znów opowiadać o naszej rodzinie. Ale zamiast babci wtargnęła jak wichura moja matka i jeszcze zanim zdążyła powiedzieć "dzień dobry", wymierzyła mi dwa policzki.
- Co za dziecko! - syknęła. - Jakim prawem łazisz sama do kurdyjskiej dzielnicy?
Upokorzona tym, że spoliczkowała mnie przy pani Barzani i przy obcych ludziach, nic nie odpowiedziałam, nawet się nie rozpłakałam, tylko przyłożyłam dłoń do piekącego policzka i patrzyłam na nią.
- Uliczna dziewka! - syczała dalej po cichu, żeby nie narobić sobie większego wstydu przy pani Barzani, niż już sobie narobiła. - Poczekaj no, już ojciec ci pokaże - szeptała dalej. - Policzek ode mnie to jeszcze nic, szykuj tyłek na porządne lanie.
- Przez to dziecko omal nie dostałam ataku serca - powiedziała przepraszająco do pani Barzani.
- Usiądź, usiądź, musiałaś się nabiegać - odparła pani Barzani.
Matka odetchnęła z ulgą, schowała do kieszeni swoją słynną dumę i usiadła na krześle zaoferowanym przez sąsiadkę, prostując się, na ile się dało, i wygładzając sięgającą nad kolano spódnicę.
- Proszę, napij się, napij - błagała pani Barzani, podając matce szklankę wody, a ja zastanawiałam się, czemu moja matka nie widzi, jaką dobrą kobietą jest pani Barzani, przecież mimo że matka jej nienawidzi, ona troszczy się o nią i podaje jej szklankę wody, chociaż matka od lat nie zamieniła z nią ani słowa.
Moja matka nie tknęła wody, którą podała jej Kurdyjka, widać było po niej, że bardziej, niż troszczyła się o mnie, uwierała ją myśl, że powinna być teraz uprzejma wobec Kurdyjki, która posłała po mnie swojego syna, żeby nie musiała się o mnie martwić. Wierciła się skrępowana na krześle, widać było po niej, że wolałaby czym prędzej zwiać z kurdyjskiego domu, z drugiej strony jednak nie wypadało zachowywać się ordynarnie.
Pomimo okropnego bólu w policzku uśmiechnęłam się w głębi ducha, cieszyłam się z nieszczęścia mojej matki, cieszyłam się z jej zakłopotania. Nigdy nie zrozumiałam, dlaczego moja matka nie lubiła pani Barzani i dlaczego - tylko dlatego że jakiś Kurd okantował mojego dziadka pierdylion lat temu - winę ponoszą wszyscy Kurdowie na świecie.
Nagle zerwała się, chwyciła mnie za rękę i brutalnie szarpnęła z miejsca. Ściskała moją rękę tak mocno, że miałam ochotę wrzasnąć z bólu, ale się powstrzymałam. Wlokąc mnie do drzwi, po raz pierwszy od czasu, gdy jak wichura wdarła się do domu znienawidzonej sąsiadki, odwróciła się i powiedziała, jakby ją demon opętał:
- Dziękuję za dopilnowanie dziecka i zawiadomienie mnie.
Nie czekając na odpowiedź, wypchnęła mnie na dwór i zamknęła za nami drzwi.
Zanim dotarłyśmy do miejsca koło schodów, gdzie ojciec czekał w białym larku, zdążyła już mi nawymyślać jak szalona:
- Robisz mi na złość, tak? Bo dobrze wiesz, że ich nie znoszę, tak?
- Ale ja nie poszłam do Kurdów - usiłowałam wtrącić słowo.
- Nie poszłaś? Ja ci pokażę, co znaczy nie poszłaś - powiedziała, wpychając mnie z całej siły na tylne siedzenie larka. - Ona wyssie ze mnie duszę, ta twoja córka, ona mnie dobije - zwróciła się do ojca, udając, że mdleje na przednim siedzeniu obok niego.
Od chwili gdy wsiedliśmy do samochodu, aż do powrotu do domu ojciec nie wypowiedział nawet pół słowa, ale co chwila widziałam, jak zerka we wsteczne lusterko larka, żeby zobaczyć, co się ze mną dzieje tam, na tylnym siedzeniu.
- Tyle wstydu mi narobiła - ciągnęła matka. - Czego ona szuka w kurdyjskiej dzielnicy? I w dodatku doprowadza do sytuacji, że muszę dziękować tej Kurdyjce, że sterczę tam jak kretynka, nie wiedząc, co mam ze sobą począć, i to przed kim? - Matka dalej mówiła o mnie, jakbym była powietrzem, a nie siedziała skurczona z nosem przytkniętym do szyby larka.
- Po co zaciągnęliśmy pożyczkę i przeprowadziliśmy się na Ben Jehuda? Po co ją posłałam do przedszkola w Rechawii? Po co wysłałam ją na naukę do Dawida Benvenistiego w Bejt ha-Kerem?
Faktycznie, po co, zastanawiałam się, dlaczego muszę dojeżdżać autobusem do Bejt ha-Kerem, podczas gdy wszystkie dzieci z okolicy uczą się metr od domu w Arlosoroffie? Ale nie odważyłam się wypowiedzieć na głos swoich myśli, skurczyłam się tylko jeszcze bardziej na tylnym siedzeniu.
- Poczekaj, zobaczysz, już tata ci pokaże, jak tylko wrócimy do domu - wygrażała mi dalej. - Powiedz jej, Dawidzie, powiedz, że spuścisz jej lanie, aż jej tyłek będzie czerwony jak małpi zadek w biblijnym zoo.
- Przestań mówić za mnie. - Ojciec pierwszy raz się zdenerwował.
Matka wciąż próbowała trajkotać, ale spojrzał na nią takim wzrokiem, jakim zawsze ją uciszał, a ona wyprostowała się w fotelu, poprawiła starannie ułożoną fryzurę, wyjęła z torebki czerwoną szminkę, przekręciła lusterko i dokładnie umalowała usta, które i tak były czerwone, cedząc przez zaciśnięte wargi słowa w języku ladino, którego nie rozumiem.
Kiedy dotarliśmy do domu, odesłała mnie do mojego pokoju. Usiadłam na łóżku i czekałam. Niedługo potem wszedł ojciec, trzymając w ręku pas z groźnie wyglądającą sprzączką, ale zamiast spuścić mi lanie, jak obiecała matka, zapytał cicho:
- Czego szukałaś u Kurdów? Wiesz, że mama ci nie pozwala.
- Nie poszłam do Kurdów - szepnęłam.
- No to dokąd poszłaś? - Ojciec nie rozumiał.
- Poszłam do babci Rozy - powiedziałam, wybuchając płaczem.
- Kochanie moje! - Ojciec wypuścił pasek z rąk, uklęknął i przytulił mnie do serca. - Słodka moja, wiesz, że babcia Roza już nie wróci do swojego domu. Mieszka teraz na Har ha-Menuchot[41].
- Myślałam, że zaginęła tak jak kiedyś i że za chwilę znajdzie drogę do domu - szlochałam. - Ale ona nie przyszła, nie przyszła - zawodziłam.
Ojciec pocałował mnie i próbował uspokoić, ale fontanna łez tryskała niepowstrzymanie.
- Dyo santo, Dawidzie, prosiłam cię, żebyś dał małego klapsa dzieciakowi, a nie żebyś go zabijał. - Matka stała w drzwiach, wpatrując się ze zdumieniem w swoją płaczącą córkę i męża klęczącego na podłodze, tulącego ją do siebie.
- Tęskniła za Rozą - odpowiedział ojciec. - Poszła jej poszukać w jej domu.
Matka spojrzała na mnie, jakby nie wierząc własnym uszom. Patrzyła takim wzrokiem, jakiego wcześniej nie znałam, być może w jej spojrzeniu była nawet czułość, może wzruszenie, ale zamiast mnie objąć, czego bardzo pragnęłam, zamiast pocieszyć, tak jak pocieszał mnie ojciec, wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi.
Potem nastał dzień, kiedy postanowiono zabrać meble i sprzęty z domu babci Rozy i zwrócić mieszkanie rodzinie Barzanich, właścicielom domu. Matka powiedziała, że trzeba wszystko odsprzedać handlarzom starzyzną, bo wszystkie wartościowe rzeczy już dawno wysprzedaliśmy, kiedy potrzebowaliśmy pieniędzy, a to, co zostało, jest nic niewarte.
- Dla ciebie nic nie ma żadnej wartości - oburzyła się Beki. - Co znaczy nic niewarte? A zastawa stołowa? A szabatowe lichtarze? I żyrandol? Nic nie są warte?
- No to je sobie weź, ale całą resztę sprzedamy handlarzom starzyzną.
- Luno, uspokój się - odezwała się Rachelika, która była najbardziej ugodowa z trzech sióstr. - Gablota jest warta dużo pieniędzy, ma kryształowe lustra i obudowę z marmuru.
- No to weź gablotę, ja nie biorę do domu rupieci, i tak mam dość głupich gratów.
- No dobrze - powiedziała Rachelika - wezmę kredens.
- A ja wezmę serwis - oznajmiła Beki.
- Nie, serwis to akurat ja bym chciała. - Poderwała się moja matka.
- Mówiłaś, że to wszystko są rupiecie - zdenerwowała się Beki.
- Nie, serwis jest ze ślubu taty i mamy, dostali go od nony Merkady.
- Więc dlaczego ty miałabyś go zabrać? - Nie ustępowała Beki.
- Bo jestem najstarsza, oto dlaczego. Mam pewne przywileje.
- No patrzcie ją, zaraz pęknę! - Beki zerwała się na równe nogi i zaczęła krzyczeć: - Przed chwilą wszystko było rupieciami, ale jak tylko napomknęłam, że chciałabym serwis, ona chce go zagarnąć dla siebie. Jeśli Rachelika weźmie kredens, a ty serwis, to co zostanie dla mnie? - Była na skraju płaczu.
- Co tylko będziesz chciała - odparła moja matka. - Jeśli o mnie chodzi, możesz zabrać wszystko, fotele, kanapę, stół, zdjęcia, wszystko.
- Ja chcę szafę z lustrami i lwami - powiedziałam.
Wszystkie trzy spojrzały na mnie zdziwione.
- Co powiedziałaś? - zapytała moja matka.
- Że chcę szafę, która była w pokoju babci, z lustrami i lwami na górze.
- Nie gadaj bzdur - rzuciła matka.
- Ale ja chcę. - Tupnęłam.
- A gdzie postawisz szafę z lwami? Na mojej głowie?
- W moim pokoju.
- No dobrze, wysłuchaliśmy, co masz do powiedzenia, Gawrielo, a teraz nie wtrącaj się w sprawy dorosłych, idź się pobawić.
- Chcę szafę z lwami! - upierałam się.
- A ja chcę cadillaca z otwieranym dachem - odparła matka. - Idź na dół i nie przeszkadzaj. - Odwróciła się do mnie plecami i dalej zajmowała się dzieleniem majątku, jakby mnie nie było w pokoju.
- No dobrze, w takim razie dogadałyśmy się - obwieściła swoim siostrom. - Rachelika bierze kredens, ja serwis, a ty, Beki, weź sobie, co chcesz, z pozostałych rzeczy.
- Chcę szafę z lustrem i lwami! - powtórzyłam.
- No to zostań przy swoim chceniu! Dawidzie, powiedz swojej córce, żeby przestała zanudzać.
- O co ci chodzi z tą szafą? - spytała łagodnie Rachelika.
- Chcę mieć pamiątkę po babci - płakałam.
- Ale kochanie - powiedziała Rachelika - ona jest ogromna. Kto da radę wtaszczyć ją przez pięć pięter do waszego domu? Mama ma rację, nie macie na nią miejsca. Zabiorę cię do domu dziadków i wybierzesz sobie, co chcesz, na pamiątkę.
- Ale szafa - jęczałam. - Chcę szafę z lwami.
- Dosyć, zostaw ją, po co się nią w ogóle przejmujesz. - Matka zezłościła się na Rachelikę.
- Luno, basta! Nie widzisz, że dziecku jest smutno? Nie chodzi o szafę, tylko o tęsknotę, prawda, maleńka?
Przytaknęłam. Wolałabym, żeby to Rachelika była moją matką, pomyślałam w duchu, dobrze by było. Szkoda, że nie mogę się zamienić, żeby moja matka była matką Boaza, a Rachelika moją, przecież i tak lubi Boaza bardziej niż mnie.
Rachelika przygarnęła mnie do swojego ciepłego ciała i pocałowała w czoło. Zatopiłam się w jej wielkim ciele, a jej ręce, zapach, miękkość brzucha i obfite piersi otuliły mnie ze wszystkich stron i przez chwilę miałam wrażenie, że obejmują mnie pocieszające ramiona babci Rozy. Było mi dobrze i przyjemnie w środku wielkiego ciała mojej ukochanej cioci, uspokoiłam się.
Szafa z lwami została sprzedana handlarzowi starzyzną, razem z żyrandolem, kanapą, stołem, krzesłami, fotelami i makatkami. Matka wzięła serwis, ale zrezygnowała na rzecz Beki z lichtarzy i porcelanowych naczyń. Rachelika zabrała kredens i wielki zegar ścienny, na który nie było chętnych, ja zaś poprosiłam, żeby jeszcze raz pójść do domu dziadka i babci.
I kiedy stałam tam, podczas gdy handlarz starzyzną ładował drogie, kochane rzeczy moich dziadków na wóz zaprzężony do starego, zmęczonego konia, łzy płynęły mi bez skrępowania po policzkach. Rachelika otarła mi je i wskazując na pokaźną kupkę owiniętych starą serwetą przedmiotów, które za chwilę też miały zostać wrzucone na wóz z rupieciami, powiedziała:
- Wybierz, co chcesz.
Wybrałam więc ze sterty obraz z rzeką i górami o ośnieżonych szczytach, i domami, które zdawały się spływać do rzeki, i trzymałam go tuż przy sercu.
Kiedy handlarz starzyzną skończył uprzątać dom i przyszła kolej na szafę z lustrami i lwami, stałam z boku i patrzyłam, jak się trudzili, żeby ją wytaszczyć przez próg domu, a szafa zdawała się opierać i odmawiać wyniesienia, aż w końcu nie mieli innego wyjścia, jak tylko zdemontować drzwi. I tak stały sobie na dziedzińcu, każde skrzydło z lustrem i lwem, ja zaś, nie mogąc wytrzymać wyglądu tych drzwi, które oddzielone od siebie zdawały się tracić swoją moc i piękno, pobiegłam w kierunku schodów, a moja matka krzyknęła do Beki:
- Przytrzymaj ją. Po co ona w ogóle tutaj się kręci.
Codziennie, kiedy zegar pokazywał drugą po południu, ojciec wracał z banku do domu. Już na dole gwizdał naszą ulubioną rodzinną melodię Szoszana, Szoszana, Szoszana, żebyśmy wiedzieli, że nadchodzi, a ja wybiegałam na dach i spoglądałam przez balustradę. Zawsze trzymał w ręku zwiniętą w rulon gazetę "Jedi'ot Acharonot", którą pobierał po drodze od kioskarza obok banku. Pierwsza rzecz, jaką robił po przekroczeniu progu domu, to mył ręce, a potem zdejmował z grzbietu marynarkę i ostrożnie wieszał ją na oparciu krzesła, żeby się nie pogniotła. Kiedy ojciec wybierał się do banku, zawsze ubierał się nienagannie, nawet latem, gdy wszyscy chodzili w koszulkach z krótkim rękawem i w sandałach, ojciec nie zdejmował marynarki ani krawata i zawsze nosił pantofle, które skrupulatnie pucował.
- Człowiek musi szanować swoje miejsce pracy - mówił - żeby praca go szanowała.
Po zdjęciu marynarki odwiązywał krawat i dopiero wtedy zasiadał u szczytu stołu do obiadu, który jedliśmy razem. Tego dnia matka podała na stół makaroni z kiftikas kon kezo, kotlecikami serowymi w sosie pomidorowym. Ojciec nałożył sobie makaronu, a na wierzch porządną porcję kiftikas kon kezo z sosem, zamieszał i zjadł wszystko razem.
Matka się zirytowała.
- Czemu jesz jak dzikus, Dawidzie? Je się każdą rzecz osobno, najpierw kiftikas, potem makaroni, a do makaronu jest sos pomidorowy i sos ze słonego sera.
- Nie mów mi, jak mam jeść - odparł ojciec. - Nauczyłem się jeść makaroni, zanim ty się w ogóle dowiedziałaś, co to jest makaroni. Włosi jedzą makaron właśnie w ten sposób, tyle że kiftikas mają z mięsem i posypują je serem.
- Ja też chcę tak jak tata - odezwałam się.
- Oczywiście, że chcesz tak jak tata - syknęła matka. - Teraz twoje dziecko będzie tak samo zdziczałe jak ty.
Ojciec zignorował jej słowa i jadł dalej.
- Za mało słone - powiedział do matki.
- Bo nie jestem zakochana - odparła, a ja nie zrozumiałam, co ma na myśli.
- I pieprzu za mało - dodał ojciec. - Gotujesz jak moje kłopoty, bez smaku i bez zapachu.
- No to idź jeść do Tarabolos, skoro ci nie odpowiada.
Roni i ja staraliśmy się ignorować to, jak dalej dźgali się nawzajem nożami, od długiego czasu ich relacje były mocno napięte. Przez ścianę oddzielającą nasz pokój od sypialni rodziców słyszałam w nocy kłótnie, płacz matki, pogróżki ojca, że jeśli nadal będzie się czepiać, to on wyjdzie z domu, trzaskanie drzwiami, tłumione głosy przeplatane słowami nienawiści, ale wykrzyczanymi szeptem, żeby dzieci w drugim pokoju nie słyszały. Zatykałam uszy drobnymi dłońmi, prosząc Boga, żeby Roni spał i nie usłyszał.
Po południu, kiedy Rachelika przychodziła z dziećmi, kazano nam iść się bawić, a ona z matką zamykały się w kuchni i szeptały. Któregoś razu usłyszałam, jak matka mówi do niej:
- Gdyby nie dzieci, już dawno posłałabym go do wszystkich diabłów.
A Rachelika odpowiedziała:
- Pasensya ermanita[42], to nic wielkiego, to minie.
- To nigdy nie minie. On taki jest, ciągle ogląda się za innymi kobietami, tyle że teraz upatrzył sobie tę jedną, a ja cały czas muszę z tym żyć - odparła matka.
- Myślałam, że ci na nim nie zależy.
- Oczywiście, że mi na nim nie zależy, ale jest moim mężem i przynosi mi wstyd, to mnie denerwuje tak, że mam ochotę go zakatrupić, a najbardziej mnie denerwuje to, że kłamie, przecież wiem, że ma kogoś, a jednak mnie okłamuje.
- Dosyć, Luno, musisz wziąć się w garść, żeby ci nie zaszkodziło, i powinnaś myśleć o dzieciach, żebyś nie zniszczyła rodziny, nie daj Boże - zasugerowała Rachelika.
- Najgorsze jest to - powiedziała matka - że jeśli ktoś zniszczy rodzinę, to będzie on, ale co ja zrobię, jeśli zbrzydnę mu nie tylko ja, ale i dzieci? Jak mam wychowywać samotnie dwójkę dzieci? Tę kobietę, niech ją szlag trafi, najchętniej obdarłabym z ubrań i wyrzuciła gołą na ulicę Jafo.
A potem zaczęły mówić tak cichutko, że chociaż starałam się jak nie wiem co przytykać uszy do ściany, nie zdołałam nic usłyszeć, i choć bardzo pragnęłam domyślić się, kim jest ta kobieta, z której moja matka chce zedrzeć ubrania i wyrzucić gołą na ulicę Jafo, to nic nie rozumiałam, a już zupełnie nie rozumiałam, jak to możliwe, że mojej matce nie zależy na ojcu, i dlaczego matka się boi, że ojciec zniszczy rodzinę, i co to w ogóle znaczy zniszczyć rodzinę? Czy to tak jak zniszczyć budynek, tak jak to zrobiono ze sklepem spożywczym Ezry w Nachalat Sziwa i na jego miejscu zbudowano nowy dom?
Po obiedzie ojciec wstał od stołu i poszedł prosto do sypialni, nie pomagając matce uprzątnąć naczyń.
Matka, zupełnie jak nie ona, nie skomentowała tego ani jednym słowem, zebrała naczynia i włożyła do zlewu, otarła Roniemu buzię, która była cała upaćkana pomidorami, i zdjęła mu koszulkę również pełną czerwonych plam.
- Ty też jesteś dzikusem - skarciła go.
Kiedy go umyła, zmieniła mu koszulkę i kazała mi iść do pokoju odrabiać lekcje, sama pozmywała naczynia i poszła odpocząć na kanapie w salonie, wcześniej upominając nas, żebyśmy zachowywali się cicho i jej nie zbudzili. A ja pomyślałam, że matka już od dawna nie chodzi po obiedzie odpoczywać z ojcem w sypialni.
Kiedy zobaczyłam, że zamknęła oczy, zakradłam się do ich sypialni.
Ojciec spał jak zwykle na boku w podkoszulku i slipach, nie fatygując się, żeby się przykryć. Podeszłam do niego po cichu i przesunęłam dłonią przed jego oczami, upewniając się, że rzeczywiście śpi, i żeby, nie daj Boże, nagle się nie obudził i mnie nie zaskoczył. Z kieszeni jego spodni, starannie złożonych na oparciu krzesła przy łóżku, wystawał skórzany brązowy portfel. Ostrożnie go wyjęłam, wzięłam z niego pięciofuntowy banknot i odłożyłam portfel z powrotem na miejsce.
Ukryłam pięć funtów głęboko w tornistrze i nazajutrz, gdy wysiadłam na ostatnim przystanku autobusu numer dwanaście, który przywoził mnie do domu z Bejt ha-Kerem, zaszłam do domu towarowego Szwarc i kupiłam sobie nowy piórnik, a także nowe kredki i farbki, i jeszcze starczyło mi pieniędzy na żółtą gumę do żucia Alma i lody czekoladowo-bananowe. A kiedy zorientowałam się, że ojciec nie napomknął ani słowa o tym, że brakuje mu pięciu funtów, dalej podkradałam mu z portfela za każdym razem inną sumę, ale nigdy więcej niż pięć funtów.
Z czasem stawałam się coraz bardziej zuchwała. Zaczęłam podkradać pieniądze z portfeli nauczycielek w szkole, a z tornistrów dzieci w klasie: gumki, piórniki, naklejki i kieszonkowe, które dostawały od rodziców. Pewnego razu ukradłam tyle pieniędzy, że wystarczyło, by zabrać Roniego do lunaparku przy miejskim basenie, przejechać się na wszystkich karuzelach i kupić nam pitę z falafelem oraz napoje gazowane.
Matka i ojciec byli tak zajęci swoimi kłótniami, że nie zauważyli, co się ze mną wyprawia. Nawet gdy Roni powiedział matce, chociaż ostrzegałam go, żeby trzymał buzię na kłódkę, że zabrałam go do lunaparku, ona odparła: "Fajnie bajnie" i o nic nie spytała.
Kłótnie za ścianą w sypialni rodziców zdarzały się coraz częściej. Płacz mojej matki rozdzierał nocną ciszę, a ojciec na próżno próbował ją uciszyć. Czasami wychodził z domu, trzaskając drzwiami, i dopóki nie usłyszałam, że wraca parę godzin później, nie mogłam zasnąć. Pewnej nocy, kiedy nie mogli już dłużej wytrzymać z kłóceniem się po cichu i nawet moje palce nie zdołały ochronić uszu przed słuchaniem, Roni wślizgnął się do mojego łóżka, mocno się przytulił i rozpłakał. Przycisnęłam go do siebie, głaskałam po głowie i przykładałam usta do jego czoła, aż usnął. Rano obudziłam się przemoczona do suchej nitki, bo Roni zsikał się w moim łóżku. Matka weszła do pokoju i na widok mokrego łóżka spytała zdumiona:
- Co to jest? Zrobiłaś siku w łóżku?
Chciałam powiedzieć, że to nie ja, ale smutne oczy mojego małego braciszka powstrzymały mnie przed wskazaniem winnego, więc milczałam.
- Tylko tego mi teraz brakowało - rzuciła. - Wstydź się! Taka stara koza jak ty robi siku do łóżka.
Tego samego dnia po przerwie o godzinie dziesiątej, zaraz na początku trzeciej lekcji, zostałam wezwana do gabinetu dyrektora i wiedziałam, że stało się - przyłapali mnie.
Nogi mi się trzęsły, gdy pukałam do drzwi dyrektora. Siedział za swoim zwalistym biurkiem. Za nim na ścianie wisiał portret premiera Dawida Ben Guriona, a obok zdjęcie prezydenta Icchaka Ben Cwiego. Dyrektor w milczeniu wskazał mi krzesło, żebym usiadła naprzeciw niego. Gdy tylko usiadłam, podniosła się moja wychowawczyni Pnina Kohen i stanęła obok dyrektora, który dotknął mojego tornistra leżącego na blacie.
- To twój tornister? - zapytała Pnina Kohen.
- Tak - przytaknęłam.
- Tak co? - spytała surowo.
- Tak, proszę pani.
Następnie nauczycielka w milczeniu wysypała zawartość mojego tornistra na biurko. Długopisy, gumki, kredki, piórniki oraz stosy monet i banknotów wypadły z niego razem z moimi książkami i zeszytami. Dyrektor spojrzał na mnie i powiedział:
- Gawrielo Siton, czy możesz to wyjaśnić?
Nie mogłam i nie chciałam tłumaczyć, chciałam tylko, żeby ziemia się rozstąpiła pode mną i żebym zniknęła z tego pokoju, z tej szkoły, z tego świata na zawsze.
Wszystko, co wydarzyło się później w gabinecie dyrektora, zostało wykasowane z mojej pamięci. Dopiero w domu dowiedziałam się od ojca, że nauczycielki zaczęły się skarżyć na kradzieże i zrodziło się podejrzenie, że po szkole krąży złodziej. Nikt nie podejrzewał uczniów. Ale ponieważ uczniowie też zaczęli się uskarżać na znikanie gumek i ołówków, piórników i kieszonkowego, które dostawali od rodziców, zrozumiano, że chodzi o ucznia naszej szkoły. I gdy moja wychowawczyni zauważyła, że ja jako jedyna ze wszystkich nie skarżę się na kradzieże, i gdy dzieci zaczęły opowiadać o wycieczkach i szastaniu pieniędzmi, które urządzam po lekcjach, i że je też częstuję, od razu pojawiło się podejrzenie, że złodziejką jest Gawriela Siton. Aby upewnić się, że winna jestem ja, a nie ktoś inny, postanowiono wywabić mnie z klasy i przetrząsnąć tornister w czasie mojej nieobecności.
Tego dnia zostałam odesłana do domu, rodziców wezwano do gabinetu dyrektora, a po powrocie do domu ojciec spuścił mi lanie pasem z okropną sprzączką, ale tym razem nie na niby, żeby uspokoić matkę, lecz serio. Bił bez opamiętania, z wściekłością, aż nawet matka stanęła w mojej obronie, a Roni płakał rozpaczliwie i rzucił się na podłogę. Matka powiedziała do ojca:
- Dosyć, Dawidzie, bo zabijesz dziewczynę.
I dopiero po tym, jak z bólu zwinęłam się w kłębek na podłodze w łazience, zaprzestał i wyszedł, trzaskając drzwiami. Ale to było nic w porównaniu z prawdziwą karą, jaka mnie czekała: stanąć następnego dnia w klasie twarzą w twarz z moimi kolegami.
Od tamtego dnia zmienił się mój status. Zostałam klasowym wyrzutkiem. Wiele lat później, nie mogąc w nocy zasnąć, zamiast liczyć owce, liczyłam dzieci, które uczyły się ze mną w szkole podstawowej. Przypominałam je sobie w takiej kolejności, w jakiej siedziały w ławkach: Ita Pita, której dokuczano, bo była grubaską, Jochewed Puszczalska, bo plotki głosiły, że po szkole pozwala chłopcom obmacywać się po cyckach, London Bridge, który przyjechał do Izraela z Londynu akurat wtedy, gdy zaczęliśmy uczyć się angielskiego, a do mnie przylgnęła ksywka Gawriela Kradziejkela - a przecież wcześniej byłam królową klasy.
W domu sytuacja nadal była beznadziejna. Ojciec krążył jak wściekły tygrys w klatce, potwornie się na mnie gniewał.
- Jestem pracownikiem banku - powiedział - uczciwym do bólu, ale moja córka jest złodziejką!
Nie umiał sobie wybaczyć straszliwej klęski wychowawczej, ale przede wszystkim mnie nie umiał wybaczyć, no i oczywiście nie podjął żadnej próby dowiedzenia się, dlaczego dziecko, które ma absolutnie wszy-ściut-ko, jak podkreślała moja matka, zaczęło kraść.
Natomiast matka wcale nie pomyślała o tym, jak się pokażę w szkole, o piekle, które przeżywałam dzień w dzień, o zniewagach, jakich doznawałam, nic nie wiedziała o moim wykluczeniu i ostracyzmie, a zresztą nawet gdyby wiedziała, to wątpliwe, czy ona albo mój ojciec zrobiliby cokolwiek, by powstrzymać tę epopeję znęcania się i upokarzania, którą przeżywałam od czasu, gdy przyłapano mnie na kradzieży. Na pewno myśleli, że to właściwa kara dla kogoś, kto przyniósł taki wstyd rodzinie.
Mój ojciec i matka dalej przędli swój smutny żywot. Z biegiem czasu ich kłótnie osłabły, zastąpiły je napięte ciche dni. Na pozór wciąż wiedliśmy zwyczajne życie rodzinne: dom według modelu ojciec-matka-dwójka dzieci. A na dachu stały dziesiątki doniczek z kwiatami, które moja matka starannie pielęgnowała, tak że wyglądały jak kwitnący ogród.
Ojciec i matka nie wspominali więcej o kradzieżach. Pod koniec podstawówki, kiedy stanowczo odmówiłam dalszej nauki z kolegami z klasy w Lejada, gimnazjum przy Uniwersytecie Hebrajskim, kręcili nosem, ale nie nalegali. A kiedy poszłam i zapisałam się do gimnazjum, które uważano za znacznie mniej ambitne, nawet się nie pofatygowali, by pójść ze mną na spotkanie z dyrektorem - cały proces rejestracji i wszystkie formalności załatwiłam sama. Gdy w wieku szesnastu lat poszłam na potańcówkę do Domu Żołnierza, z której wróciłam w towarzystwie przystojnego wojskowego w białym mundurze marynarki wojennej, przystanęłam przed wejściem naszego domu i całowałam się z nim, jakby jutra miało nie być, ojciec przyszedł na dół, wyrwał mnie brutalnie z objęć chłopaka, stłukł na kwaśne jabłko, zamknął na klucz w łazience i nałożył na mnie surową karę: prosto po szkole wracać do domu, nie spotykać się z koleżankami, nie słuchać radia Ramallah, nie chodzić do kina, wejść do swojego pokoju i nie ruszać się stamtąd.
To był dzień, w którym ostatecznie zerwany został tajny sojusz, obowiązujący przez wiele lat między mną i ojcem, sojusz, który niejednokrotnie ratował mnie przed wściekłością mojej matki, który ratował mnie przed byciem niekochanym dzieckiem, nieprzytulanym i niecałowanym, sojusz, który przez całe życie, aż do tamtej pory, dawał mi pewność, że ojciec jest moim azylem, bezpiecznym miejscem, gdzie jestem bezwarunkowo akceptowana. Od śmierci babci Rozy ojciec był jedynym takim adresem. Ale skończyło się. Teraz nie było też mojego ojca. Ziarno zerwania rozsiewało się stopniowo w okresie mojego dojrzewania, począwszy od dnia, w którym ojciec przestał mnie kąpać w wannie, bo byłam już "starą kozą", przez straszliwe lanie, jakie mi spuścił za kradzież, nie próbując ustalić, dlaczego to się przydarzyło, aż do tamtego momentu, kiedy upokorzył mnie na oczach żołnierza marynarki wojennej. Mój ojciec nie potrafił przyjąć do wiadomości faktu, że stałam się kobietą i że mam swoje potrzeby, o których nie chciał myśleć albo wiedzieć.
Trzeciego dnia kary, zamiast pójść do szkoły i wrócić do domu od razu po lekcjach, ubrana w szkolny mundurek, z tornistrem na plecach, pomaszerowałam na dworzec i wsiadłam w autobus do Tel Awiwu. Z dworca centralnego poszłam bulwarem Rothschilda, aż dotarłam do domu tii Allegry, starej ciotki mojej matki.
Znałam dobrze ten bulwar, przecież spędziłam tam niejedne długie i miłe wakacje. Stałam przed domem tii Allegry, gapiąc się na prześliczny budynek Bauhausu, w którym mieszkała od lat, na zaokrąglone balkony, na wysokie drzewa i nieduże krzewy rosnące w ogródku przed wejściem. Wdychałam głęboko powietrze swobody, które rozchodziło się po moim ciele za każdym razem, gdy przyjeżdżałam do Tel Awiwu, pchnęłam drewniane drzwi z okrągłym okienkiem pośrodku przypominającym bulaj, wspięłam się po marmurowych schodach, przesuwając ręką po drewnianej balustradzie, do mieszkania tii Allegry na drugim piętrze i zadzwoniłam do drzwi.
- Kto tam? - spytała stara ciotka mojej matki przed otwarciem drzwi.
- To ja, Gawriela - powiedziałam i usłyszałam przez zamknięte drzwi, że staruszka człapie o lasce.
- Dyo santo, Gawrielo, co ty tu robisz, kerida? Nie mów mi, że dziś jest święto Sukot, a ja nie wiedziałam?
Rzuciłam się na szyję starej ciotce i zaczęłam płakać.
- Co się stało, kerida mia? Co się stało, ija? Czemu płaczesz?
- Jestem zmęczona - odpowiedziałam mojej starej ciotce. - Chce mi się spać.
Skierowała mnie do jednego z pokoi i powiedziała:
- Połóż się, kerida, a potem, kiedy wstaniesz, opowiesz mi, co tutaj robisz bez taty i mamy. Ale teraz idź, odpocznij, ja ci tymczasem ugotuję avas kon arros[43], bo na pewno obudzisz się głodna.
Nie pamiętam, ile godzin przespałam, ale gdy się obudziłam, było już ciemno, i tia Allegra siedziała w swoim głębokim fotelu stojącym pod oknem balkonu, a obok stał wózek do podawania herbaty, z drewnianą tacą, na której znajdowały się przezroczysta szklanka herbaty i talerz herbatników.
- Dzieńdoberek! - Uśmiechnęła się do mnie. - Wyspałaś się?
- Tak. - Skinęłam głową. - Byłam zmęczona.
- Idź do kuchni - powiedziała. - Zrobiłam ci coś do jedzenia. Odgrzej sobie, nogi mi już nie służą, tylko mnie rozbolały, kiedy stałam przy kuchence.
Poszłam do kuchni, nałożyłam sobie czubatą porcję białego ryżu, a na wierzch fasolę z sosem pomidorowym, wymieszałam i wróciłam do pokoju gościnnego, żeby zjeść koło cioci.
- Jak się udało avas kon arros? - zapytała. - Ostatnio nie czuję smaku w ustach i moje dzieci ciągle utyskują, że jest niesłone.
- Pyszne - powiedziałam, radośnie przełykając tę strawę pocieszenia, którą znałam od czasu, gdy przyszłam na świat.
- Zadzwoniłam do twojego taty do banku - oznajmiła tia Allegra.
- I co powiedział?
- Żebym natychmiast wsadziła cię do autobusu i odesłała z powrotem do Jerozolimy. Powiedziałam mu, że lepiej będzie, jeśli zostaniesz tu na noc, jutro rano przyjedzie mój zięć Szmulik i zawiezie cię swoim samochodem do Jerozolimy, żebyśmy mieli pewność, że wrócisz prosto do domu, a nie uciekniesz czort wie dokąd.
Milczałam. Przynajmniej kupiłam sobie jedną noc wolności.
- Co się stało, kerida? - spytała łagodnie tia Allegra. - Czemu znowu uciekłaś z domu?
- Ojciec zbił mnie na kwaśne jabłko i dał mi zakaz wychodzenia z domu przez dziesięć dni.
- Dlaczego, co narozrabiałaś?
- Całowałam się z chłopakiem z marynarki wojennej, który odprowadził mnie do domu z zabawy w Domu Żołnierza. - Wstydziłam się wspominać jej o kradzieżach.
Stara ciotka mojej matki roześmiała się.
- Vai de mi sola i dlatego tata spuścił ci lanie? A co, zapomniał już, że sam kiedyś był młody?
- A ty pamiętasz, jak byłaś młoda? - spytałam.
- Lepiej pamiętam to, co się zdarzyło, kiedy byłam młoda, niż to, co było wczoraj - westchnęła. - Pamiętam, co zgubiłam dawno temu, ale cały czas gubię dzisiejsze rzeczy.
Przypomniałam sobie, jak babcia Roza powiedziała mi kiedyś, że nic nie ginie, bo istnieje kraina wszystkich zgubionych rzeczy, i tam, jak mówiła babcia Roza, znajdują się utracone wspomnienia, zapomniane chwile, zgubione miłości. A kiedy spytałam babcię, gdzie jest ta kraina rzeczy zgubionych, odrzekła:
- Pamiętasz, kerida, że kiedyś spytałaś mnie, co to znaczy Bóg, a ja ci powiedziałam, że to tęcza na niebie? No więc tam, w krainie, gdzie jest Bóg, w Krainie Tęczy, znajdują się również wszystkie zgubione rzeczy.
- A jak można się dostać do Krainy Tęczy? - zapytałam moją ukochaną babcię.
- Kraina Tęczy, mi alma - objaśniała mi babcia - jest bardzo, bardzo daleko, potrzeba dużo cierpliwości i trzeba daleko iść, żeby się tam dostać.
- Ale gdzie jest droga do niej? - nalegałam.
- Korason[44], aby dostać się do Krainy Tęczy, musisz iść do końca naszej dzielnicy, stamtąd na pola Szejch Badr, tam, gdzie teraz budują nowy Kneset, a po długim marszu przez pola dochodzi się do małej rzeki, a wzdłuż rzeczki biegnie długa, długa ścieżka, prowadzi przez góry i doliny, i po wielu może dniach, może nocach ścieżka dociera do morza Tel Awiwu, a tam ścieżka płynie przez morze i biegnie dalej i dalej, aż do końca morza, i tam na końcu morza, gdzie słońce spotyka się z deszczem, znajduje się Kraina Tęczy, a w środku tej Krainy Tęczy znajduje się kraina rzeczy zgubionych.
Opowiedziałam tii Allegrze o krainie rzeczy zgubionych babci Rozy. Roześmiała się i powiedziała:
- Niech twoja babcia spoczywa w pokoju, nie wiedziałam, że potrafi opowiadać baśnie.
- Opowiedziała mi wiele historii - odparłam z dumą. - Opowiadała mi historie o naszej rodzinie i mężczyznach z rodziny, którzy nie kochali swoich żon.
- Odpuść nam nasze winy! Tyle ci nabajdurzyła Roza, pokój jej duszy. El Dyo ke me salva[45], czy tak się rozmawia z dzieckiem?
- Powiedziała mi, że pradziadek Refael nie kochał nony Merkady i że dziadek Gawriel nie kochał mojej babci, a ja wiem, że mój tata też nie kocha mamy.
- Pishkado y limon, ija, co ty pleciesz? Skąd wytrzasnęłaś te bzdury o tym, że twój tata nie kocha twojej mamy?
- Czy to prawda? - naciskałam staruszkę, która jakby skurczyła się w swoim fotelu i teraz wyglądała na mniejszą niż kiedykolwiek. - Czy to prawda, że mężczyźni w naszej rodzinie nie kochają swoich żon i że dziadek Gawriel nie kochał babci Rozy?
- Gawrielo Siton, dość wygadywania głupstw - skarciła mnie ciotka. - Na pewno nie zrozumiałaś swojej babci, z pewnością powiedziała ci, że Gawriel ją kochał.
- Nie! - upierałam się. - Powiedziała, że jej nie kochał. Babcia Roza mówiła mi o pradziadku Refaelu, który kochał kobietę aszkenazyjkę, ale poślubił Merkadę, i powiedziała mi jeszcze, że spośród wszystkich dziewcząt w Jerozolimie Merkada wybrała ją, biedną i osieroconą, na żonę dla dziadka Gawriela, a kiedy chciała mi opowiedzieć o tym, dlaczego Merkada ją wybrała, umarła.
- Pokój jej duszy, nie rozumiem, z jakiego powodu namąciła ci w głowie.
Tia Allegra, która gdyby babcia Roza nie umarła, byłaby na pewno w jej wieku, a może nawet ciut starsza, była zupełnie inna niż moja babcia. "Tel Awiw zrobił z niej aszkenazyjkę", mawiała babcia Roza. Ubierała się w szerokie spodnie i białą bluzkę, i zapinany na guziki sweter, a jej oczy zdobiły okrągłe okulary. Babcia Roza, nawet gdy już słabo widziała, odmawiała noszenia okularów. Tia Allegra umiała czytać i pisać, i prenumerowała gazetę "Dawar", zawsze leżącą na jej herbacianym wózku. Przez lata utrzymywała nonę Merkadę, która mieszkała u niej w domu aż do śmierci. I to ona, dobrze wiedziałam, mogła pociągnąć od miejsca, w którym przerwała babcia Roza, historię naszej rodziny.
Skończyłam jedzenie, odniosłam talerz i łyżkę do kuchni, umyłam je, zostawiłam do wyschnięcia na blacie i wróciłam do pokoju gościnnego. Stara ciotka mojej matki siedziała w swoim fotelu zamyślona. Spojrzałam na nią i zastanawiałam się, co robią ludzie, gdy się starzeją, kiedy ich nogi stają się ciężkie i nie mogą już zejść po schodach swojego domu na ulicę i nakarmić ptaków, a jeśli już schodzą, to ciężko im się doczłapać po schodach z powrotem. Co robią starzy ludzie, gdy zapada wieczór i uliczne głosy cichną, a odgłosy przejeżdżających aleją autobusów i samochodów ustępują miejsca zniewalającej ciszy i nawet ptaki, układające się do snu w koronach drzew, przestają ćwierkać. I zdałam sobie sprawę, że swoją obecnością łagodzę samotność tii Allegry, zdałam sobie sprawę, że trzeba skorzystać z okazji i nie pozwolić, by ten moment umknął i stał się kolejną utraconą chwilą w krainie zgubionych chwil, należy skłonić ją, żeby opowiedziała mi to, czego moja babcia nie zdążyła mi dopowiedzieć.
- A dlaczego dla ciebie to takie ważne? - spytała tia Allegra. - Po co budzić ze snu umarłych? Po co rozmawiać o rzeczach, których czas nie może odmienić i które tak czy owak są utracone?
- Chcę zrozumieć - powiedziałam do tii Allegry. - Chcę się dowiedzieć o naszej rodzinie i o mężczyznach, którzy nie kochali swoich żon tak, jak one ich kochały.
Tia Allegra westchnęła głęboko i jakby zapadła się w sobie. Milczała przez długi czas, a ja siedziałam naprzeciwko, patrząc na jej piękną twarz - tak bardzo przypominała mi twarz mojego dziadka: te same wysokie kości policzkowe, które nawet na starość nadawały jej szlachetny wygląd, te same zielone skośne oczy, ten sam rzeźbiony prosty nos. W świetle lampy mogłam ją sobie wyobrazić jako młodą i wyniosłą kobietę, taką jak mój dumny dziadek, młodą kobietę, która podziwiała swojego starszego brata, jej oczko w głowie i chlubę rodziny.
W napięciu przycupnęłam na skraju krzesła. Bałam się przegapić okazję. Chciałam, żeby tia Allegra powiedziała mi, dlaczego nona Merkada zmusiła mojego przystojnego dziadka do poślubienia mojej biednej, osieroconej babci z dzielnicy Szam'a, która nie miała rodziny, rodowodu ani wyglądu. Chciałam, żeby tia Allegra odsunęła przede mną kotarę zasłaniającą klątwę wiszącą nad kobietami z rodziny Ermozów, klątwę, która - choć wtedy nie mogłam tego wiedzieć - być może ciążyła również na mnie.
I wtedy, gdy byłam właściwie pewna, że staruszka okopie się w swoim milczeniu, że i tym razem nie będzie nikogo, kto dokończy opowieść mojej babci, nagle odezwała się spokojnym głosem, który rozdzierał ciszę:
- Nasza rodzina, kerida, rodzina Ermozów, to porządna rodzina, złota rodzina. Ale wydarzyło się coś i od tamtej pory nasza rodzina nie była już nigdy taka jak wcześniej. Sprawa, która odcisnęła piętno na wszystkich kobietach i wszystkich mężczyznach z naszej rodziny. Opowiem ci o mojej matce Merkadzie, która była, jak to o niej mówiła moja, pokój jej duszy, bratowa Roza, skwaśniałą staruszką. Ale żeby opowiedzieć o Merkadzie, trzeba zacząć od mojego ojca Refaela z czasów, gdy udał się do Safedu. Posłuchaj uważnie, Gawrielo, bo opowiem ci o tym tylko raz, a i tak nie jestem pewna, czy postępuję właściwie.
Miękkie światło lampy oświetliło pomarszczoną twarz tii Allegry. Zapowiada się długa noc, pomyślałam, rozsiadając się wygodnie na kanapie między poduszkami. Utkwiłam wzrok w staruszce, bardzo tęskniąc za swoją babcią. Tia Allegra nie przypominała mi jej prawie w niczym, ani w budowie ciała, które było szczupłe w porównaniu z wielkim i rozłożystym ciałem Rozy, ani w siwych włosach zebranych w kok nad karkiem, w odróżnieniu od warkocza babci zawiniętego wokół głowy, ani w miękkim swetrze otulającym jej drobne piersi, ani w cienkich łydkach wciśniętych w buty ortopedyczne, w odróżnieniu od opuchniętych łydek mojej babci, które zawsze były obute w sapatos - ani nawet w mowie ciała. Ale pod jednym względem bardzo mi ją przypominała: w sposobie mówienia, w którym nieporadny hebrajski przeplatał się z elegancką hebrajszczyzną i słowami w języku ladino, znaczenia tych ostatnich nie znałam, lecz rozumiałam bardzo dobrze, co miały wyrazić.
- Słucham - powiedziałam do tii Allegry jak zdyscyplinowana uczennica. - Zamieniam się w słuch.
- Od czego zaczynamy? - spytała tia Allegra, bardziej siebie niż mnie.
- Od tego, że Refael poznał aszkenazyjkę w Safedzie i zakochał się w niej - odparłam.
- Dyo santo, to też ci twoja babcia powiedziała? Co jeszcze opowiedziała?
- Że wstąpiła w niego jak dybuk, a on w pośpiechu wrócił do Jerozolimy i ożenił się z noną Merkadą.
- Odpuść nam nasze winy. W co ty mnie wpakowałaś, czikitika[46], naprawdę mam nadzieję, że twoja babcia, pokój jej duszy, nie przyjdzie do mnie nocą we śnie i nie ściągnie na mnie śmierci.
- Przyjdzie do ciebie nocą we śnie i powie, że słusznie postępujesz. Powie ci, że gdyby nie to, że "na chwilę po coś wyszła", sama opowiedziałaby mi historię naszej rodziny.
- No cóż - westchnęła tia Allegra - niech Bóg mi wybaczy, jeśli popełniam błąd.
[1] Boże święty (ladino) [wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki].
[2] Na Boga (ladino).
[3] Dosłownie Czerwona Gwiazda Dawida (hebr.) - izraelska państwowa służba zdrowia.
[4] Jedna z południowych dzielnic Jerozolimy.
[5] Lechi (hebr.) - żydowska radykalna organizacja podziemna, zwana też bandą Sterna. Działała w Palestynie w latach 1940-1948, stosując w walce o utworzenie państwa żydowskiego metody terrorystyczne. Jej działacze zamordowali m. in. brytyjskiego ministra lorda Moyne'a. Lechi został rozwiązany przez rząd Izraela, a jego przywódców aresztowano.
[6] Sziwa (hebr.) - siedmiodniowa ścisła żałoba po bliskim krewnym.
[7] Dość (ladino).
[8] Ciocia (ladino).
[9] Buty (ladino).
[10] Droga, kochana (ladino).
[11] Dziadek, przodek (ladino).
[12] Ciepła potrawa z makaronem podawana w szabat, odpowiednik czulentu w kuchni aszkenazyjskiej (ladino).
[13] Nic (ladino).
[14] Błogosławieństwo nad winem otwierające wieczór szabatowy (hebr.).
[15] Pieczone jajka (ladino).
[16] Borekitas (ladino), burekas (hebr.), zwane burekasami - ciasteczka z różnego rodzaju nadzieniem, popularne w kuchni sefardyjskiej.
[17] Zapiekany budyń ryżowy (turec.).
[18] Połączenie angielskiego Jack i hebrajskiego kotel (pogromca).
[19] Babcia (ladino).
[20] Moja duszo (ladino).
[21] Gaduła z Palestyny (ladino).
[22] A niech mnie (ladino).
[23] Śliczna, ładna (ladino).
[24] To jest Arabami, uważanymi za potomków Izmaela, drugiego syna patriarchy Abrahama.
[25] Dosłownie ryba i cytryna (ladino), wyrażenie używane, gdy chce się zmienić temat rozmowy uznany za niestosowny, na przykład gdy mowa o czyjejś śmierci.
[26] Syn (ladino).
[27] Owoce opuncji (ladino).
[28] Martwa (ladino).
[29] Drogi mój, synku mój, duszo moja (ladino).
[30] Dosłownie odkupienie syna (hebr.), uroczysty rytuał odprawiany w obecności kohena (mężczyzny z rodu kapłańskiego) i minjanu (dziesięciu dorosłych mężczyzn).
[31] Córko moja (ladino).
[32] Hajda, naprzód (turec.).
[33] Przydomek wielkiego kabalisty, rabbiego Izaaka Lurii.
[34] Cierpliwości (ladino).
[35] Szechina (hebr.) - boska obecność w świecie.
[36] Biada mi (ladino).
[37] Bejt ha-midrasz (hebr.) - dom nauki, w którym studiuje się Torę.
[38] Łaźnia (ladino).
[39] Szczęścia, gratulacje (hebr.).
[40] Jak wariatka (ladino).
[41] Dosłownie Góra Odpoczynku (hebr.) - wzgórze w Jerozolimie, na którym znajduje się żydowski cmentarz.
[42] Cierpliwości, siostro (ladino).
[43] Fasola z ryżem (ladino).
[44] Serce (ladino).
[45] Niech mnie Bóg wybawi (ladino).
[46] Dziewczynka (ladino).