Królowa Paryża. Niezwykłe losy Coco Chanel - Pamela Binnings-Ewen

Kup ebooka

42.90 zł
35.56 zł (30,03 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Pro­log

Paryż, place Vendôme

Jesień 1944

Nie­gdyś Paryż leżał u moich stóp, zresztą jak cała Europa. Świat nale­żał do mnie. Nawet gdy w roku tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym dzie­wią­tym w przy­pły­wie zło­ści zamknę­łam Dom Mody Cha­nel, moje naj­wspa­nial­sze per­fumy No 5 na­dal się sprze­da­wały, zanim Pierre je ukradł. Były skoń­czoną dosko­na­ło­ścią. Budo­wały moją legendę, opro­mie­niały mnie niczym bry­lan­towa gwiazda utrzy­my­wana w próżni wszech­świata czy­stą łaską nie­zna­nych mocy. Te per­fumy nosiły moje nazwi­sko, przy­no­sząc mi sławę i, aż do teraz, zapew­nia­jąc bogac­two, o jakim kie­dyś nawet nie śni­łam. Tak jak ja miały zdol­ność prze­trwa­nia - pozo­sta­wiały silny ogon, cień zapa­chu, który unosi się w powie­trzu, nawet gdy jego źró­dło znika. Rzecz w tym, że taki zapach przy­wo­łuje wspo­mnie­nia, we mnie i w innych, a nie wszyst­kie są dobre.

Robi­łam złe rze­czy. Lecz naprawdę nie mia­łam wyj­ścia... I zawsze wie­dzia­łam, czym ryzy­kuję. Choć chyba ni­gdy nie przy­pusz­cza­łam, że chwila roz­ra­chunku rze­czywiście nadej­dzie. Niemcy opu­ścili Paryż i nikt nie otrzyma roz­grze­sze­nia, na pewno nie ja. Wystar­czy spy­tać tę roz­wrzesz­czaną tłusz­czę na place Vendôme. Wczo­raj obser­wo­wa­łam przez koron­kowe firanki w oknach mojego pokoju w Hôtel Ritz, jak wście­kły motłoch zdzie­rał ubra­nia z pięk­nej mło­dej kobiety. Wydało mi się, że ją roz­po­znaję. Gdzie jest teraz jej kocha­nek z SS? Stała na placu zupeł­nie naga, a oprawcy golili jej śliczne włosy. Tłum wiwa­to­wał w eufo­rii, kiedy na czole poj­ma­nej wypa­lili swa­stykę.

Na­dal sły­szę jej krzyki...

A dziś nie mogę uwie­rzyć wła­snym oczom, widząc na placu grupę mło­dych kobiet zwią­za­nych sznu­rem. Nazy­wają je "kola­bo­rant­kami hory­zon­tal­nymi", col­la­bos. Dziew­częta pła­czą, pro­szą, bła­gają. Lecz wraz z odwro­tem nazi­stów nad­szedł czas odpłaty.

Odby­wają się czystki.

Póź­niej przyjdą po mnie. Na myśl o tym trzęsę się ze stra­chu, ale kiedy się poja­wią, wyjdę sama, nie pozwolę się wlec, choć nie ma już nikogo, kto by na to zwra­cał uwagę. W końcu jestem Made­mo­iselle Cha­nel. A może o mnie zapo­mną... Zadzwo­nię po fili­żankę her­baty, licząc na to, że nie będzie moją ostat­nią.

Życie jest dziwne. Można by pomy­śleć, że gwiazda tak jasna jak No 5 wynie­sie mnie do świa­tła, zamiast spy­chać w ciem­ność. A tym­cza­sem...

Wszystko zaczęło się chyba od zdrady Pierre'a. Choć może mój upa­dek roz­po­czął się znacz­nie wcze­śniej, od André.

Rozdział pierwszy

Roz­dział pierw­szy

Fran­cja, Pro­wan­sja

Wio­sna 1940

Tego majo­wego poranka wie­kowe, gęsto zabu­do­wane Can­nes, roko­kowa kró­lowa Lazu­ro­wego Wybrzeża, nama­lo­wane jest paletą zga­szo­nych pasteli. Wio­sna zawi­tała do Pro­wan­sji i pro­mienne słońce oblewa mia­sto more­lo­wym bla­skiem. Piasz­czy­sta plaża po dru­giej stro­nie bul­waru poły­skuje bielą, a na powierzchni zie­lon­ka­wego morza mie­nią się zło­ci­ste bły­ski. Na Lazu­ro­wym Wybrzeżu nikt by się nie domy­ślił, że sta­lowa pięść Rze­szy miaż­dży już Cze­cho­sło­wa­cję, Pol­skę, Nor­we­gię i Danię, choć po mie­ście krążą plotki, że teraz Niemcy kie­rują uwagę w tę stronę.

Gabrielle Cha­nel, zwana powszech­nie Coco, nie wie­rzy, że to może być prawda. Jak co rano pod­czas pobytu w La Pau­sie, swo­jej willi na wybrzeżu, sie­dzi przy zacie­nio­nym sto­liku przy nad­mor­skim bul­wa­rze, a przed nią stoi fili­żanka her­baty. Coco roz­gląda się wokół, wdy­cha­jąc świeże, słone powie­trze. Dobrze jest na chwilę wyrwać się z Paryża, zna­leźć z dala od wojen­nych napięć, od dywa­ga­cji, co się teraz sta­nie, od hord najeż­dża­ją­cych sto­licę z miast i wio­sek poło­żo­nych w pobliżu nie­miec­kiej gra­nicy. Kiedy ludzie zro­zu­mieją, że migra­cja nie ma sensu, wrócą do domów, a w Paryżu znów zapa­nuje nor­mal­ność?

Coco się nie mar­twi, jest jedy­nie poiry­to­wana. Fran­cja wypo­wie­działa wojnę Niem­com dzie­więć mie­sięcy temu i od tam­tej pory nic się nie wyda­rzyło. Przy­naj­mniej nie tutaj, na Riwie­rze. Jej zda­niem to jest uda­wana wojna. Nawet książę i księżna Wind­soru prze­by­wają w swo­jej rezy­den­cji nie­da­leko stąd, na Cap d'Anti­bes. Gdyby nad­cią­gała nie­miecka inwa­zja, książę uciekłby jako pierw­szy mimo przy­jaźni z Führerem. Były król Anglii Edward VIII, znany swoim przy­ja­cio­łom jako David, nie ukrywa sym­pa­tii do Hitlera. Już po tym, jak zrzekł się tronu dla kobiety, którą kocha, Führer gościł go w Ber­li­nie z wszyst­kimi szy­ka­nami należ­nymi koro­no­wa­nej gło­wie. Jed­nak bli­skość praw­dzi­wej wojny to inna sprawa. David nie jest nawet odro­binę tak twardy jak Wal­lis - nie­na­ganne maniery księż­nej i jej dopra­co­wany wize­ru­nek skry­wają ostre jak igły kolce, z któ­rych w razie potrzeby wydziela się jad niczym u skor­peny. Coco widziała, jak Wal­lis ściera na mia­zgę kobiety, które za bar­dzo zbli­żyły się do Davida.

Mimo to więk­szość męż­czyzn, począt­kowo rów­nież wiele kobiet, daje się nabrać na kamu­flaż Wal­lis. Zako­chał się w niej, a przy­naj­mniej takie krą­żyły plotki, nawet ten srogi hitle­row­ski mini­ster spraw zagra­nicz­nych von Rib­ben­trop. Zanim wyszła za Davida, nawet wów­czas gdy w Anglii wrzało ze względu na skan­dal zwią­zany z abdy­ka­cją, przez kilka mie­sięcy co rano przy­sy­łał jej kosz czer­wo­nych goź­dzi­ków.

Coco marsz­czy nos, zasta­na­wia­jąc się, dla­czego goź­dziki, a nie róże, i omiata spoj­rze­niem sze­roki bul­war po lewej, plażę po jego dru­giej stro­nie i powierzch­nię morza. Przez lśniącą sło­neczną mgiełkę dostrzega syl­wetkę zako­twi­czo­nego z dala od brzegu szku­nera. Osła­nia oczy dło­nią, przy­glą­da­jąc się łodzi. Przez chwilę ma wra­że­nie, że to "Fly­ing Cloud", jeden z jach­tów West­min­stera, ale to by było oczy­wi­ście nie­moż­liwe.

Ostatni raz stała na jego pokła­dzie wio­sen­nego dnia takiego jak dziś, wiele lat temu. Jacht nale­żał do naj­bo­gat­szego czło­wieka w Anglii, Hugh Richarda Arthura Gro­sve­nora, księ­cia West­min­steru, przez przy­ja­ciół nazy­wa­nego Ben­do­rem. Tam­tego ranka Coco podzi­wiała z głów­nego pokładu gładką jak szkło wodę w por­cie i dzie­siątki mniej­szych łódek zako­twi­czo­nych mię­dzy kli­prem a plażą, gdy Ben­dor pod­szedł od tyłu i zasko­czył ją poca­łun­kiem w kark. A potem oparł się o reling, spoj­rzał w stronę wybrzeża i oznaj­mił, że chciałby omó­wić pewną ważną kwe­stię. Coco od razu wie­działa, co się święci.

Widzisz...

W końcu poprosi ją o rękę. Posta­no­wiła, że będzie się ocią­gała z odpo­wie­dzią, po tym jak sama musiała tyle lat cze­kać. Jako kobieta ma do tego prawo. Ben­dor musi pocier­pieć za zwłokę, przy­naj­mniej troszkę.

Prze­peł­niona zado­wo­le­niem i poczu­ciem ulgi, że naresz­cie będzie miała zabez­pie­czoną przy­szłość, stała spo­koj­nie u jego boku, pod­czas gdy on zbie­rał myśli. Lecz już po pierw­szych sło­wach Ben­dora zro­zu­miała, że została wysta­wiona do wia­tru. Rado­śnie oznaj­mił, że popro­sił o rękę pewną uro­czą angiel­ską damę, a ona się zgo­dziła. Kła­dąc dłoń na ramie­niu Coco, zapew­nił, że nie może się docze­kać, aż je sobie przed­stawi. Ach, tak, swoją kochankę i przy­szłą żonę...

Gdy to usły­szała, zalała ją gwał­towna fala upo­ko­rze­nia, a wszyst­kie mię­śnie w jej ciele się napięły. Ben­dor żeni się z kimś innym! Jej kocha­nek zamie­rza poślu­bić "angiel­ską różę". Kobietę, która w prze­ci­wień­stwie do niej uro­dziła się po wła­ści­wej stro­nie nie­wi­dzial­nej gra­nicy, tej samej, która nie pozwa­lała Coco na udział w publicz­nych galach i pry­wat­nych przy­ję­ciach u boku West­min­stera. Tej samej, która bro­niła jej wstępu wraz z nim na padok czy do ksią­żę­cej loży w ope­rze.

Jej ręka drży, gdy pod­no­sząc fili­żankę do ust, wspo­mina tamtą chwilę. Szczę­śliwy i pełen nadziei Ben­dor cze­kał na gra­tu­la­cje, pod­czas gdy w jej gło­wie pano­wał zamęt, a w piersi wzbie­rała gorąca furia. Coco, oddy­cha­jąc płytko, oparła się o reling i pró­bo­wała zapa­no­wać nad gnie­wem. Pamięta, że minuty mijały, a ona sta­rała się sku­pić na naj­prost­szych spra­wach - słońcu grze­ją­cym jej ramiona, ludziach bie­gną­cych przez plażę w Can­nes i roz­bry­zgu­ją­cych wodę na pły­ciź­nie.

W końcu bez namy­słu się­gnęła do szyi, na któ­rej przed chwilą zło­żył poca­łu­nek, i jed­nym płyn­nym ruchem zdjęła dłu­gie sznury pereł - dużych, kre­mo­wych, bez­cen­nych, które otrzy­mała od niego w pre­zen­cie. Ben­dor, nagle uświa­da­mia­jąc sobie jej zamiary, wydał niski pomruk i wycią­gnął rękę w tej samej chwili, w któ­rej ona prze­chy­liła się przez reling i cisnęła naszyj­niki pro­sto do morza.

West­min­ster gło­śno ryk­nął.

Wpadł w panikę i wytrzesz­cza­jąc oczy, krę­cił się wokół i wrzesz­czał:

- Wszy­scy na pokład! Wszy­scy nur­kują!

Gdy już roz­pę­tała się wrzawa - gwizdki, tupot stóp, krzyki Ben­dora - Coco zsu­nęła z nad­garst­ków bran­so­letki ze szma­rag­dami i niczym we śnie patrzyła, jak śla­dem pereł opa­dają w ciemną głę­binę.

Teraz uśmie­cha się do sie­bie, popi­ja­jąc her­batę. Czas nie leczy wszyst­kich ran, ale w końcu to było dość dawno temu.

- Made­mo­iselle!

Wzdryga się, gdy czyjś głos prze­rywa jej roz­my­śla­nia, a obraz "Fly­ing Cloud" się roz­pra­sza.

Unosi wzrok i mru­żąc oczy w słońcu, spo­gląda na postać pędzącą chod­ni­kiem w jej stronę. Char­les Pru­done! Co on tutaj robi? Dyrek­tor zarzą­dza­jący Domu Mody Cha­nel powi­nien zaj­mo­wać się inte­re­sami w Paryżu, a nie bie­gać po bul­wa­rze w Can­nes. Co prawda nie szyją już ubrań, ale na­dal pro­wa­dzą sprze­daż per­fum i kosme­ty­ków przy rue Cam­bon. Zain­try­go­wana Coco odchyla się na opar­cie krze­sła. Doprawdy, ni­gdy wcze­śniej nie widziała, by dyrek­tor poru­szał się tak szybko.

- Mia­łem nadzieję, że panią tu zastanę - mówi zasa­pany, gdy do niej dobiega, i opiera się o kra­wędź stołu.

Coco z uśmie­chem unosi brew.

- Dzień dobry, panie dyrek­to­rze.

Zauważa jego wymięty gar­ni­tur i kra­wat, jakby zeszłej nocy spał w ubra­niu. Pru­done ma zaczer­wie­nioną twarz, a oddech płytki i ury­wany.

- Pro­szę spo­cząć. - Coco wska­zuje krze­sło. - Co pana spro­wa­dza do Can­nes?

- Przy­wio­złem list, made­mo­iselle. - Podaje nad sto­łem kopertę. - Zazna­czono na nim, że jest pilny, więc posta­no­wi­łem sam go dostar­czyć noc­nym eks­pre­sem. Idę pro­sto z dworca.

Coco bie­rze kopertę i spraw­dza adres nadawcy. Jest nim Geo­r­ges Bau­din, dyrek­tor gene­ralny fabryki w Neu­illy, która pro­du­kuje jej per­fumy.

- Przy­szedł wczo­raj - dodaje mon­sieur Pru­done. Wyciąga chu­s­teczkę z kie­szeni i osu­sza czoło, po czym, zdjąw­szy kape­lusz, ciężko opada na krze­sło.

Coco w mil­cze­niu roz­cina kopertę i wyj­muje list. Prze­biega go pobież­nie wzro­kiem, a potem mocno zaci­ska usta i odczy­tuje ponow­nie, tym razem powoli. To nie­moż­liwe! Czuje, że jej serce gwał­tow­nie przy­spie­sza. Nie­wi­dzą­cym wzro­kiem wpa­truje się w prze­strzeń. To nie może być prawda.

Nagle uświa­da­mia sobie, że Pru­done bacz­nie ją obser­wuje, więc składa list na pół i wsuwa z powro­tem do koperty. Zauważa żół­tego kota sie­dzą­cego na chod­niku za ple­cami dyrek­tora. Zwie­rzak wygina się, powoli liżąc ucięty do połowy ogon, jakby czas nie ist­niał.

Lecz czas nie­stety ist­nieje i jeśli list mówi prawdę, Coco musi natych­miast pod­jąć dzia­ła­nia. Kot się prze­ciąga, potem staje na kra­węż­niku, a ona drży prze­stra­szona, kiedy kątem oka dostrzega błysk zie­lo­nej karo­se­rii auto­mo­bilu, który wypada zza zakrętu. Koperta wypada jej z rąk na stół, gdy zwie­rzak wska­kuje pod koła, opony pisz­czą, klak­son trąbi, a samo­chód prze­myka obok.

Pru­done odwraca się, podą­ża­jąc za jej wzro­kiem, ale auta i kota już nie ma. Coco wpa­truje się w miej­sce, w któ­rym przed chwilą go widziała, lecz ulica jest pusta i czy­sta.

- Wszystko w porządku, made­mo­iselle? - pyta zanie­po­ko­jony dyrek­tor.

Coco kiwa głową. Pru­done ski­nie­niem ręki przy­wo­łuje kel­nera, a ten poja­wia się z czy­stą, białą lnianą ście­reczką prze­wie­szoną przez ramię. Usłuż­nie pochyla się w stronę kobiety.

- Był tam kot, dokład­nie w tym miej­scu... - Coco wska­zuje pal­cem - ...kiedy zza rogu wypadł samo­chód. - Odwraca się do kel­nera. - Czy może wyobraź­nia spła­tała mi figla?

Kel­ner pro­stuje się z uśmie­chem.

- Czy był to duży, żółty kot z połówką ogona, made­mo­iselle?

- Chyba tak, tak mi się wydaje - potwier­dza Coco, na­dal oszo­ło­miona.

Męż­czy­zna zakłada ramiona na piersi.

- W takim razie była pani świad­kiem jed­nej z naj­lep­szych sztu­czek La Bohémienne, czyli znik­nię­cia. - Kel­ner wydyma dolną wargę i wzru­sza ramio­nami. - Udaje jej się ujść cało z każ­dej opre­sji. To cygań­ska sztuczka, magiczna.

Coco z wes­tchnie­niem spo­gląda na leżący przed nią list. Przy­da­łaby jej się teraz taka magia.

- Przy­nieść świeżą her­batę? - pyta męż­czy­zna. - Ta już zapewne wysty­gła.

- Nie, dzię­kuję. - Coco zbywa go mach­nię­ciem ręki. - Wypiję tę.

Kel­ner zwraca się do Pru­done'a:

- Coś dla pana, mon­sieur? Ape­ri­tif? Her­bata?

Dyrek­tor kręci głową, zer­ka­jąc na zega­rek.

- Nie dziś. Nie mam czasu - odpo­wiada, a gdy męż­czy­zna się oddala, zwraca się do Coco: - Ten list... Czy przy­wio­złem złe wie­ści?

- Tak, mon­sieur Pru­done, naprawdę fatalne. Ale słusz­nie się pan faty­go­wał, ponie­waż sprawa jest pilna.

Dyrek­tor otwiera usta, żeby coś powie­dzieć, lecz ona ostrze­gaw­czo unosi dłoń.

- Pro­szę o ciszę. Muszę pomy­śleć.

Jej reak­cja musi być szybka i bole­sna dla Pierre'a. Powinna była się spo­dzie­wać, że Wer­the­imer wywi­nie taki numer po prze­pro­wadzce do Ame­ryki. Twier­dził, że ucieka przed wojną z Niem­cami, a teraz taka wia­do­mość! Od dnia, w któ­rym razem zało­żyli Société Made­mo­iselle w roku tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­stym czwar­tym, żeby sprze­da­wać No 5, musiała nie­ustan­nie wal­czyć o zacho­wa­nie praw do swo­ich per­fum i do swo­jego nazwi­ska.

Jakaż głu­pia była! Lecz kiedy się poznali, jej pary­ski Dom Mody dopiero zaczy­nał odno­sić suk­cesy, ona wła­śnie opra­co­wała No 5, a Pierre ze swoim mająt­kiem i wiel­kimi przed­się­bior­stwami per­fu­me­ryj­nymi chciał w nią zain­we­sto­wać. Jego firma Len­thal miała fabrykę tuż pod Pary­żem, gotową do natych­mia­sto­wego roz­po­czę­cia pro­duk­cji i dys­try­bu­cji jej per­fum. Współ­praca z nim wyda­wała się speł­nie­niem marzeń.

Zawarli więc umowę, zgod­nie z którą posia­dała led­wie dzie­sięć pro­cent udzia­łów w Société Made­mo­iselle, pozo­sta­wia­jąc pakiet kon­tro­lny w rękach Pierre'a i jego brata Paula. Na początku kariery była nowi­cjuszką w biz­ne­sie per­fu­miar­skim, a całą ener­gię sku­piała na wyro­bie­niu sobie nazwi­ska w świe­cie mody, więc w kwe­stii szcze­gó­łów for­mal­nych zdała się na Pierre'a, który - taki wytworny, bogaty, odno­szący suk­cesy - wyda­wał jej się bar­dzo mądry. Zajął się wszyst­kimi kon­trak­tami, wszel­kimi kwe­stiami praw­nymi w osta­tecz­nej wer­sji doku­men­tów, a jej nie przy­szło do głowy, że może nie dzia­łać w jej inte­re­sie.

Coco zerka spod rzęs na dyrek­tora. Będzie potrze­bo­wała jego pomocy, a to ozna­cza, że musi mu się zwie­rzyć. Z zasady nie ufa nikomu, lecz prze­cież Pru­done pra­cuje dla niej od lat. Zna war­tość dys­kre­cji, zwłasz­cza w bez­względ­nym świe­cie mody. I dosko­nale zdaje sobie sprawę, że docho­wa­nie tajem­nicy jest warun­kiem jego dal­szego zatrud­nie­nia.

Coco składa dło­nie, uważ­nie się w niego wpa­tru­jąc.

- Muszę prze­ka­zać panu poufną infor­ma­cję, panie dyrek­to­rze. - Czeka chwilę, a kiedy dyrek­tor kiwa głową, podej­muje wątek: - Wygląda na to, że mój wspól­nik jest zło­dzie­jem.

- Słu­cham? - Męż­czy­zna sze­roko otwiera oczy. - Mówi pani o mon­sieur Wer­the­ime­rze?

- Tak... Tak!

Coco bie­rze głę­boki wdech, pró­bu­jąc zapa­no­wać nad kolej­nym przy­pły­wem wście­kło­ści.

Mię­dzy brwiami dyrek­tora poja­wia się głę­boka zmarszczka. Pru­done przy­suwa się do niej, jakby ktoś mógł ich pod­słu­chać, i ści­sza głos.

- Wyda­wało mi się, że mon­sieur Wer­the­imer i jego brat wraz z rodzi­nami kilka mie­sięcy temu prze­pro­wa­dzili się do Ame­ryki. - Prze­chyla głowę na bok. - Zdaje się, że do Nowego Jorku?

- Ow­szem, wyemi­gro­wali.

Kiedy Hitler naje­chał na Pol­skę, Pierre uznał, że los żydow­skich rodzin jest prze­są­dzony. Naj­wy­raź­niej jego zda­niem ta uda­wana wojna toczyła się naprawdę. Coco pod­nosi kopertę i wachluje nią twarz.

- Ale... co... - jąka się dyrek­tor.

- Mon­sieur Bau­din pisze, że Pierre zabrał... nie, Pierre Wer­the­imer ukradł z fabryki moją for­mułę No 5.

- Ukradł! - Pru­done odwraca wzrok. - Zawsze uwa­ża­łem go za dżen­tel­mena. Jest pani pewna, że nie doszło do pomyłki, made­mo­iselle?

- Nie doszło, mon­sieur Pru­done. Jestem zupeł­nie pewna. Dwa dni temu Alain Jobert, prawa ręka Pierre'a, przy­je­chał z Nowego Jorku do Neu­illy z pisem­nym peł­no­moc­nic­twem od Pierre'a i naka­zem wyda­nia for­muły Cha­nel No 5. - Coco mil­czy chwilę, muska­jąc pal­cami per­łowy naszyj­nik. - Mon­sieur Bau­din naj­wy­raź­niej uznał, że nie ma wyboru, i wyko­nał pole­ce­nie. Zatem Alain Jobert zapa­ko­wał for­mułę moich naj­cen­niej­szych per­fum do swo­jego nese­seru.

Mina Pru­done'a świad­czy o tym, że w końcu w pełni zro­zu­miał zna­cze­nie jej słów. For­muła została skra­dziona. Do tej pory ni­gdy nie opu­ściła sejfu w Neu­illy, ponie­waż skład per­fum, tak jak naj­lep­sze prze­pisy sze­fów kuchni, objęty jest ści­słą tajem­nicą. Tylko trzy osoby znały szyfr do sejfu: Coco, Pierre oraz Geo­r­ges Bau­din.

Oczy­wi­ście Coco, która nikomu nie ufa, ma wła­sną kopię for­muły w sej­fie Maison Cha­nel.

Pru­done z nie­do­wie­rza­niem kręci głową.

- Mon­sieur Wer­the­imer zło­dzie­jem! Made­mo­iselle, jak mogło do tego dojść bez pani zgody?

- Nie­trudno to zro­zu­mieć. Alain Jobert potrafi zacho­wy­wać się onie­śmie­la­jąco. - Coco uśmie­cha się z roz­go­ry­cze­niem.

- Ale wszy­scy wie­dzą, że No 5 należy do pani - opo­nuje dyrek­tor. - For­muła jest pani wła­sno­ścią!

- Tak. - Coco nie­mal wypluwa słowa. - Jed­nak, jak przy­po­mina w liście mon­sieur Bau­din, to Pierre Wer­the­imer zarzą­dza firmą.

Pru­done wygląda na oszo­ło­mio­nego, mimo to stara się ją pocie­szyć.

- Ta kra­dzież na nic mu się nie zda, made­mo­iselle. Świat wie, że to pani stwo­rzyła No 5. Per­fumy noszą pani nazwi­sko. Poza tym zawsze pro­du­ko­wano je w Neu­illy. Jaki poży­tek z for­muły będzie miał mon­sieur Wer­the­imer w Ame­ryce?

W rze­czy samej, to dobre pyta­nie.

Nagle do Coco dociera oczy­wi­sta odpo­wiedź. Pierre nie zamie­rza już ni­gdy wró­cić do Fran­cji. Odwa­żył się zabrać for­mułę No 5 z Neu­illy tylko z jed­nego powodu: pla­nuje zacząć pro­duk­cję per­fum w Ame­ryce. To dla niego szansa, by raz na zawsze się jej pozbyć. Prze­nie­sie inte­res do Nowego Jorku i zostawi Coco na pastwę losu. Ni­gdy nie wróci do kraju. Wyeli­mi­nuje ją z tego przed­się­wzię­cia, w cza­sie gdy będzie uwię­ziona w Euro­pie zagro­żo­nej wojną. Nie­za­leż­nie od dal­szych poczy­nań Niem­ców posta­no­wił ją porzu­cić.

No 5 od zawsze pro­du­ko­wano w Neu­illy. Z jakiego innego powodu Pierre miałby w tajem­nicy przy­słać Ala­ina, zamiast otwar­cie poroz­ma­wiać z nią o zmia­nach? Gdy dociera do niej cała głę­bia zdrady wspól­nika, Coco ude­rza dło­nią w stół, aż zasko­czony Pru­done pod­ska­kuje. Nikt nie wie, jak bar­dzo jest zależna od docho­dów ze sprze­daży per­fum. Ow­szem, ma oszczęd­no­ści w zło­cie i inwe­sty­cjach, które trzyma w sej­fie w Gene­wie, ale od chwili, gdy po strajku pra­cow­nic w zeszłym roku prze­stała szyć ubra­nia, No 5 sta­no­wią główne źró­dło jej docho­dów.

Unosi głowę.

- No 5 należą do mnie, mon­sieur Pru­done. For­muła jest moja. Jestem wspól­niczką kre­atywną w fir­mie. A to nie tylko mój pierw­szy zapach, ale też naj­lep­szy. Stwo­rzy­łam go po latach pla­no­wa­nia i mie­sią­cach pracy w zatę­chłych labo­ra­to­riach w Grasse.

Tym razem Pierre prze­do­brzył. Nawet gdyby chciała na nowo otwo­rzyć pro­duk­cję ubrań, to z powodu spu­sto­sze­nia sia­nego przez Hitlera w innych czę­ściach Europy w tym momen­cie nie da się zdo­być tka­nin i innych surow­ców. Ponie­waż Fran­cja wypo­wie­działa wojnę Niem­com, nawet fabryki tek­stylne zostały zare­kwi­ro­wane na potrzeby tej dziw­nej wojny. Coco pry­cha z dez­apro­batą na myśl o utra­co­nych jedwa­biach, weł­nach i lnach.

To nie z powodu wojny zre­zy­gno­wa­łaś z szy­cia ubrań, tylko z powodu swo­jego tem­pe­ra­mentu, Coco.

Nie, to nie była moja wina.

Została zmu­szona do zamknię­cia Domu Mody Cha­nel, bo jej "małe ręce", jej szwaczki przy­łą­czyły się do komu­ni­stycz­nej tłusz­czy pod­czas straj­ków robot­ni­czych w zeszłym roku, żąda­jąc wię­cej, niż już zdo­łały wyci­snąć ze swo­jej Made­mo­iselle. Ach, to był paskudny czas - chu­li­gani oba­lali cenne pomniki, ata­ko­wali firmy i pra­co­daw­ców takich jak ona... Ona, która wzięła te dziew­częta z ulicy i wyszko­liła, pła­ciła im godne wyna­gro­dze­nie. Jak śmiały zwró­cić się prze­ciwko niej, bro­niąc sze­fo­wej wstępu do jej wła­snego Maison!

Co w tym dziw­nego, że zwol­niła całą tę bandę?

Mówili, że zro­biła to z zemsty.

Lecz prawda jest taka, że w owym momen­cie była to też dobra decy­zja biz­ne­sowa. Dochody z No 5 już prze­wyż­szały te ze sprze­daży sukie­nek.

A teraz? Ta kra­dzież to kolejna próba umniej­sze­nia jej roli w fir­mie. Przez lata kłó­ciła się z Pierre'em o per­fumy - o każdy detal pro­jektu, dys­try­bu­cji, reklamy, sprze­daży. Może Coco nie posiada więk­szo­ści udzia­łów w Société Made­mo­iselle, ale jedy­nymi akty­wami firmy są per­fumy Cha­nel i kilka kosme­ty­ków. Jej talent twór­czy ma znacz­nie więk­szą wagę niż liczba udzia­łów. Ta kra­dzież, próba odcię­cia jej od inte­re­sów to ostat­nia kro­pla gory­czy. Nie może pozwo­lić, by Pierre wygrał!

W tym momen­cie ude­rza ją pewna myśl. Wyła­nia się plan tak logiczny, że Coco nie­mal się uśmie­cha.

Société Made­mo­iselle to firma fran­cu­ska, pod­le­ga­jąca tutej­szym regu­la­cjom praw­nym, nie ame­ry­kań­skim. I to wła­śnie ta fran­cu­ska firma, a nie Pierre, ma prawa do pro­duk­cji No 5. Coco mocno zaci­ska usta. Każdy sąd we Fran­cji przy­zna, że skoro Pierre zamie­rza przez nie­okre­ślony czas prze­by­wać w Ame­ryce, a Coco jest we Fran­cji, to ona powinna spra­wo­wać pie­czę nad naj­cen­niej­szymi zaso­bami firmy.

Natych­miast wnie­sie sprawę do sądu. Udo­wodni, że z punktu widze­nia etyki i prawa to ona musi zarzą­dzać firmą. No 5 to skarb naro­dowy. I, jak stwier­dził dyrek­tor, zarówno firma, jak i per­fumy noszą jej nazwi­sko. Tak, ten plan się powie­dzie, jeśli nie z tego powodu, to z innego - groźba inwa­zji wojsk hitle­row­skich powstrzyma Pierre'a przed poja­wie­niem się we fran­cu­skim sądzie.

Dyrek­tor w mil­cze­niu czeka po dru­giej stro­nie stołu, ze zmarsz­czo­nym czo­łem wpa­tru­jąc się w widok za jej ple­cami.

- Mon­sieur Pru­done? - odzywa się Coco jedwa­bi­stym gło­sem, nachy­la­jąc się w jego stronę.

- Do pani usług, made­mo­iselle.

- Musimy natych­miast zacząć dzia­łać.

Krok pierw­szy: wstrzy­mać pro­duk­cję jej per­fum w Ame­ryce. Naj­pierw trzeba zatem wyku­pić cały zapas jaśminu w Pro­wan­sji, odci­na­jąc w ten spo­sób Pierre'a. Jaśmin upra­wiany w Pro­wan­sji to naj­waż­niej­sza nuta No 5. Zagra­niczny jaśmin osłabi zapach, a skład­niki syn­te­tyczne go znisz­czą. Krok drugi: zaku­piony jaśmin należy wyko­rzy­stać do wypro­du­ko­wa­nia per­fum w Neu­illy. Będzie je sprze­da­wała w całej Euro­pie, dopóki sytu­acja poli­tyczna na kon­ty­nen­cie się nie usta­bi­li­zuje. A potem zacznie rywa­li­zo­wać z Pierre'em na całym świe­cie. W końcu No 5 to jest Cha­nel.

I krok trzeci: jeśli okaże się to konieczne, Coco będzie docho­dzić swo­ich praw w sądzie.

Spo­gląda na Pru­done'a przy­mru­żo­nymi oczami. Na razie powie mu tylko tyle, ile musi.

- Dziś po połu­dniu poje­dzie pan jako mój wysłan­nik do Grasse i wykupi pan w moim imie­niu cały zapas jaśminu dostępny na rynku w tym regio­nie.

Męż­czy­zna marsz­czy czoło.

- Do Grasse?

- Tak, do Grasse, per­fu­me­ryj­nej sto­licy świata. - Coco macha ręką w kie­runku pół­nocy. - To nie­da­leko, jakieś pół godziny od Can­nes. Jak pan wie, do No 5 uży­wamy tylko naj­lep­szego jaśminu, który rośnie wyłącz­nie w tym regio­nie. Więk­szość hodow­ców kwia­tów sprze­daje swoje zbiory che­mi­kom z Grasse. Musimy się pospie­szyć, bo zbiory jaśminu zaczy­nają się wkrótce, a my poja­wiamy się na rynku dość późno. Na szczę­ście Grasse to małe mia­steczko, bo musi pan odwie­dzić wszyst­kich przed­sta­wi­cieli pro­du­cen­tów.

- Ale, made­mo­iselle...

- Muszę mieć cały zapas jaśminu, jaki jest na­dal dostępny w sprze­daży. To, co zostało z naszych zeszło­rocz­nych zapa­sów, znaj­duje się w maga­zy­nie w Neu­illy. Jeśli Pierre dopiero wpadł na pomysł z kra­dzieżą for­muły i pro­duk­cją No 5 w Nowym Jorku, praw­do­po­dob­nie nie zadbał jesz­cze o nową dostawę jaśminu. Wyprze­dzimy go. Zbiory już za parę mie­sięcy, więc i tak jest spóź­niony. Czy to jasne?

Pru­done bie­rze kape­lusz do ręki, lekko wzru­sza­jąc ramio­nami.

- Zamie­rza­łem po połu­dniu wró­cić do Paryża, made­mo­iselle, żeby jutro rano pójść do pracy w Maison.

- Nie, nie, nie. Jest pan potrzebny tutaj. - Macha ręką w kie­runku rzędu bia­łych hoteli przy bul­wa­rze za jego ple­cami. - Niech pan zare­zer­wuje na moje konto pokój w hotelu Maje­stic i wynaj­mie samo­chód z kie­rowcą. To sprawa naj­wyż­szej wagi.

- Ale mon­sieur Wer­the­imer...

- Te per­fumy należą do mnie, mon­sieur Pru­done. For­muła jest moja. - Coco prze­suwa kciu­kami pod koł­nie­rzy­kiem bluzki, usztyw­nia­jąc go i pro­stu­jąc. - Te per­fumy powstały z mojej inspi­ra­cji i sym­bo­li­zują Cha­nel w oczach każ­dej kobiety na świe­cie oraz przy­szłych poko­leń. Nie pozwolę, by Pierre mi je ode­brał.

Pru­done opusz­cza głowę. Coco przyj­muje to jako oznakę zgody.

- To ja wybra­łam każdy skład­nik. Jest ich w for­mule ponad sie­dem­dzie­siąt, panie dyrek­to­rze, zmie­sza­nych przez che­mika zgod­nie z moimi dokład­nymi wska­zów­kami. - Stuka pal­cem w czu­bek nosa. - Mam wyjąt­kowo wraż­liwy węch.

Męż­czy­zna znów kiwa głową.

- Mam tak zwany nos, mon­sieur.

- Jest pani artystką - stwier­dza dyrek­tor.

Coco ni­gdy nie uwa­żała się za artystkę, lecz w wypadku tych per­fum to moż­liwe.

- No 5 to ikona. To Fran­cja.

A bez nich moje wydatki wkrótce prze­ro­sną dochody i wszyst­kie fun­du­sze wypa­rują.

Pru­done wydyma policzki, a potem powoli wypusz­cza powie­trze.

- Rozu­miem. Oczy­wi­ście, No 5 to ikona. Tak, pojadę do Grasse. Ale co pani zrobi z całym tym jaśmi­nem, kiedy go wyku­pimy, made­mo­iselle?

Coco uśmie­cha się do niego lekko.

- Posta­no­wi­łam prze­jąć nad­zór nad fabryką w Neu­illy. Będę pro­du­ko­wała No 5 bez Pierre'a. Teraz naj­waż­niej­sze jest zapew­nie­nie odpo­wied­nich zapa­sów, na wypa­dek gdyby ta niby-wojna z Niem­cami prze­ro­dziła się w praw­dziwą.

- To może być nieco trudne. Zbiory let­nie są już praw­do­po­dob­nie sprze­dane.

Coco rzuca mu twarde spoj­rze­nie.

- Niech pan kupi od ręki, co się da. A jeśli zbiory są zare­zer­wo­wane, pro­szę zapro­po­no­wać prze­bi­cie zakon­trak­to­wa­nych cen. Ma pan moje upo­waż­nie­nie do zaofe­ro­wa­nia dwu­krot­nie wyż­szej kwoty.

Pru­done marsz­czy brwi, ale ona mówi dalej:

- Pro­szę im przy­po­mnieć, że powinni myśleć o przy­szło­ści. I że repre­zen­tuje pan Dom Mody Cha­nel. A oni prze­cież nie mają nic do stra­ce­nia, bo moja oferta gwa­ran­tuje im natych­mia­stowy dochód w tych nie­pew­nych cza­sach.

- A mon­sieur Wer­the­imer? - Pru­done kręci głową. - To wywoła plotki, made­mo­iselle.

- Jeśli ktoś o nim wspo­mni, może pan go poin­for­mo­wać, że Pierre Wer­the­imer jest w Ame­ryce, a ja tutaj, i dzielą nas ocean oraz wojna. To ze mną będą mieli teraz do czy­nie­nia.

Po krót­kim waha­niu Pru­done kiwa głową.

- Być może to jest wła­śnie praw­dziwa wojna, made­mo­iselle.

Coco prze­chyla głowę na bok.

- Być może całe życie jest wojną - odpo­wiada i siada pro­sto, wygła­dza­jąc po kolei palce ręka­wi­czek. - Niech han­dla­rze z Grasse przy­go­tują dla mnie na jutro kon­trakty do przej­rze­nia. Muszę natych­miast mieć ten jaśmin.

Jed­nak dyrek­tor na­dal się waha.

- Made­mo­iselle, mówimy o kupie­niu całych hek­ta­rów kwia­tów. Nie jestem pewien, czy prze­trans­por­to­wa­nie takiej ilo­ści jest w obec­nych cza­sach moż­liwe. Pociągi towa­rowe zostały prze­jęte przez rząd na rzecz wysiłku wojen­nego.

Coco wspiera łok­cie na bla­cie stołu.

- Widzę, że zanie­dba­łam pań­ską edu­ka­cję. Nie prze­wo­zimy roślin. Che­micy z Grasse pozy­skują z kwia­tów esen­cję zapa­chową. - Śmieje się cicho. - Muszę uzu­peł­nić pań­ską wie­dzę na temat per­fu­miar­stwa. Pro­dukt finalny, ole­jek pozy­ski­wany z kwia­tów, tak zwany abso­lut, po eks­trak­cji jest prze­cho­wy­wany w kilo­gra­mo­wych szkla­nych fla­ko­nach. Kilo­gram abso­lutu jaśmi­no­wego zawiera ole­jek z wielu hek­ta­rów kwia­tów. - Unosi ramię. - Trans­port do Neu­illy nie będzie sta­no­wił pro­blemu.

Pru­done oblewa się rumień­cem.

- Oczy­wi­ście, powi­nie­nem to wie­dzieć.

- Musi pan zro­zu­mieć, panie dyrek­to­rze, że bez wpły­wów ze sprze­daży ubrań ten krok jest kwe­stią naj­wyż­szej wagi dla Maison. - Jej głos brzmi twardo. - Pro­szę się upew­nić, że hodowcy z Grasse też to zro­zu­mieją. Muszą sobie uświa­do­mić, że made­mo­iselle Cha­nel wymaga lojal­no­ści w inte­re­sach.

- Tak, made­mo­iselle.

Zasta­nów się, Coco. Pierre wie­rzył w cie­bie od samego początku, zanim odnio­słaś suk­ces, kiedy Dom Mody Cha­nel był jesz­cze nie­spraw­dzoną nowo­ścią. Pamię­tasz, jak poda­ro­wał ci pierw­szą butelkę No 5 wypro­du­ko­waną po powsta­niu Société Made­mo­iselle?

Na­dal trzyma tę pierw­szą butelkę w sej­fie przy rue Cam­bon.

Lecz to było wiele lat temu, a Pierre się zmie­nił. Jeśli nie będzie dzia­łała szybko, on ją znisz­czy. Coco do tego nie dopu­ści. Ni­gdy nie wróci do daw­nego życia, do tego, kim była.

Prze­szywa ją ukłu­cie zna­jo­mego stra­chu. Mała Gabrielle - porzu­cona, szo­ru­jąca na kola­nach spierzch­nię­tymi dłońmi kamienną posadzkę w kory­ta­rzu opac­twa na górze w Auba­zine. Nie­mal czuje woń żół­tego mydła i lodo­waty chłód panu­jący w pół­noc­nej czę­ści budynku, w któ­rej miesz­kały pod­opieczne. Płyty w dłu­gich kory­ta­rzach ukła­dały się we wzór kwia­tów o pię­ciu płat­kach. Piątka to jej szczę­śliwa liczba. Sio­stry powie­działy, że będzie mogła zjeść, kiedy umyje każdy kamień. Pan mówi, że tylko czy­ste, grzeczne dziew­czynki mogą dostać posi­łek. Wtedy była Gabrielle, sie­rotą. Jesz­cze nie Coco.

Pięć, pięć, pięć - już wtedy wie­działa, że ta liczba przy­nie­sie jej szczę­ście.

Drży, znów czu­jąc chłód kory­ta­rza. Jest pewna, że podej­muje wła­ściwą decy­zję. Pie­nią­dze to bez­pie­czeń­stwo. No 5 to jej bez­pie­czeń­stwo. Pierre nie pozo­sta­wił jej wyboru, a ona musi teraz wal­czyć o to, co jej się należy. Ni­gdy wię­cej nie będzie szo­ro­wała pod­łóg za strawę i miej­sce do spa­nia.

- Made­mo­iselle?

Głos Pru­done'a wyrywa ją z zadumy. Znów jest Coco i ota­cza ją mur, który wzno­siła przez te wszyst­kie lata od cza­sów Auba­zine.

- Dość tych dywa­ga­cji - rzuca ze znie­cier­pli­wie­niem. - Pro­szę jechać do Grasse. Zatrzyma się pan w Can­nes do czasu pod­pi­sa­nia kon­trak­tów. Zosta­niemy tutaj tak długo, jak trzeba.

- Oczy­wi­ście. - Char­les Pru­done zabiera kape­lusz i wstaje.

- Pro­szę przyjść do mojej willi jutro punk­tu­al­nie o dzie­sią­tej rano. To nam da czas na pod­pi­sa­nie i prze­ka­za­nie kon­trak­tów.

Kiedy męż­czy­zna się oddala, coś mięk­kiego ociera się o jej kostkę. Coco odsuwa krze­sło i spo­gląda na żół­tego kota, który wpa­truje się w nią przy­po­mi­na­ją­cymi agat oczami - bursz­ty­no­wo­zie­lo­nymi wirami świa­tła. Kobieta pochyla się i bie­rze La Bohémienne na ręce. Tuląc zwie­rzaka, szep­cze:

- Już dobrze, maleńka, jesteś bez­pieczna.

Pozwala kotce umo­ścić się na swo­ich kola­nach. Dra­pie jedwa­bi­ste futro mię­dzy uszami, kiedy szyb­kim kro­kiem pod­cho­dzi do niej kel­ner.

- Naj­moc­niej prze­pra­szam, made­mo­iselle - mówi, się­ga­jąc po kotkę.

Coco kręci głową.

- Nie, pro­szę ją zosta­wić. Dobrze się rozu­miemy.

- Nikt nie rozu­mie kotów. - Kel­ner par­ska śmie­chem. - A ona jest bystra. Skrywa swoje myśli jak zawo­dowy zło­dziej.

- Może zabiorę ją ze sobą do domu.

Męż­czy­zna wska­zuje pod­bród­kiem hotele przy bul­wa­rze.

- Ona mieszka w tam­tych alej­kach, za kuch­niami. Jest dzika, made­mo­iselle, nie zosta­nie z panią. La Bohémienne chce żyć wolna na uli­cach.

Coco gła­dzi zado­wo­loną kotkę, która jest miękka i cie­pła. Lecz kel­ner ma rację.

- Wezmę pań­ską uwagę do serca. Kotka pozo­sta­nie wolna. - W jej gło­sie brzmi żal. - Ale pro­szę przy­nieść miseczkę śmie­tany, zanim pójdę.

Rozdział drugi

Roz­dział drugi

La Pausa w pobliżu Can­nes

Wio­sna 1940

Tego wie­czoru Coco sie­dzi na dzie­dzińcu willi owie­wana cie­płym wie­trzy­kiem nio­są­cym zapach lawendy, mimozy i hia­cyn­tów. Mor­ska bryza wymiata jej z głowy myśli o liście, który Pru­done przy­wiózł z Paryża. Wcze­śniej, gdy na­dal obez­wład­niał ją ból po zdra­dzie Pierre'a, wysłała prze­pro­siny do Wal­lis i Davida na Cap d'Anti­bes, wyma­wia­jąc się od przyj­ścia na pro­szoną kola­cję u byłego króla Anglii. Wie­działa, że jest na to nieco za późno, ale c'est la vie. Nie uda jej się odprę­żyć dopóty, dopóki nie będzie miała w ręku kon­trak­tów z Grasse.

Willa jest poło­żona w gaju oliw­nym na ska­li­stym wznie­sie­niu z wido­kiem na Morze Śród­ziemne. La Pausa to jej schro­nie­nie. Czę­ściowo sta­nowi pre­zent, który poda­ro­wał jej West­min­ster przed swoim ślu­bem. Tylko czę­ściowo, bo cho­ciaż to on kupił posia­dłość, Coco sama zapro­jek­to­wała dom i nad­zo­ro­wała budowę aż po naj­mniej­sze detale, takie jak spa­ty­no­wane drew­niane okien­nice nada­jące miej­scu ary­sto­kra­tyczny polor przy­po­mi­na­jący zno­szone, pięk­nie skro­jone twe­edowe mary­narki West­min­stera. Taki dom zbu­do­wałby Papa, gdyby dopi­sało mu szczę­ście w życiu - gdyby powró­cił.

Sie­dząc w świe­tle księ­życa, prze­suwa pal­cami po dłu­gich sznu­rach pereł, które zastą­piły poda­ru­nek od West­min­stera spo­czy­wa­jący teraz na dnie morza. Maman aż do śmierci na ten roz­dzie­ra­jący kaszel nosiła per­łowy naszyj­nik cia­sno obej­mu­jący jej szyję.

Kiedy zmarła, Papa wysłał młod­szych braci Coco do pracy w gospo­dar­stwie. Na­dal widzi krót­kie nóżki chłop­ców bie­gną­cych za sta­rym rol­ni­kiem przez pole, pod­czas gdy powóz Papy się odda­lał. Patrzyła za nimi, aż stali się led­wie widocz­nymi punk­ci­kami w oddali.

A potem Papa też odszedł.

Porzu­cił Anto­inette, Julię-Ber­the i Gabrielle, zosta­wia­jąc wszyst­kie trzy sio­stry w opac­twie w Auba­zine. Obie­cał, że wróci po swoje dzieci, gdy tylko zarobi pie­nią­dze na opiekę nad nimi. Wspo­mnie­nie tam­tej nocy do dziś budzi w Coco przy­gnę­bie­nie. W trak­cie dłu­giej podróży do sie­ro­cińca, którą dziew­czynki odbyły na tyle fur­manki, Papa zdra­dził im, dokąd jadą. Sły­sząc to, sio­stry zagrze­bały się w sia­nie, tuląc się do sie­bie. Choć Papa po dro­dze dawał im smaczne jabłka, Anto­inette i Julia-Ber­the prze­pła­kały wiele godzin. Za to Coco skryła roz­pacz głę­boko w sobie.

O zmroku w mie­ście Limo­ges Papa zatrzy­mał wóz przed skle­pem. Tablica wisząca przy drzwiach obie­cy­wała: "Dobre ceny za por­ce­lanę, sre­bro, biżu­te­rię". Przez dłuż­szy czas sie­dział bez ruchu, trzy­ma­jąc w dłoni per­łowy naszyj­nik mamy, jak gdyby sza­co­wał jego wagę. Potem skrzy­wił się, jakby miał zaraz się roz­pła­kać. Jed­nak zesko­czył z kozła, wypro­sto­wał plecy i ści­ska­jąc perły w ręku, wszedł do sklepu.

Gabrielle poczuła nagły przy­pływ nadziei, gdy wpa­try­wała się w drzwi lom­bardu. Papa zmie­nił zda­nie! Sprzeda naszyj­nik i wybu­duje dla nich dom w jakiejś cie­płej oko­licy, z miej­scem na ogród. Pamięta cie­płą radość, która ją ogar­nęła, gdy leżała w sia­nie, wyobra­ża­jąc sobie nową przy­szłość. Kupią krowę i będą upra­wiali warzywa. Będą cho­dzili do szkoły, a popo­łu­dniami chłopcy zajmą się pracą w gospo­dar­stwie, a dziew­czynki goto­wa­niem i sprzą­ta­niem. Papa będzie sprze­da­wał towary na wiej­skich tar­gach i co wie­czór wra­cał do domu.

Lecz kilka minut póź­niej ojciec wypadł na zewnątrz z głową wtu­loną w ramiona, zmarsz­czo­nymi brwiami i gniew­nym wzro­kiem. Gabrielle sku­liła się w sia­nie. Papa miał tem­pe­ra­ment. Odwią­zu­jąc muła, krzyk­nął:

- Lichwiarz!

Wóz zako­ły­sał się pod jego cię­ża­rem, gdy wdra­pał się na kozła.

- Dzie­sięć fran­ków! - burk­nął, strze­la­jąc lej­cami. - Dzie­sięć par­szy­wych fran­ków za jej perły...

Nie wystar­czy, by kupić dom.

Julia-Ber­the unio­sła głowę.

- Tatu­siu, kto to jest lichwiarz?

- Lichwiarz to zło­dziej, Żyd.

- Wróć tam, tatu­siu! - Gabrielle usia­dła, w przy­pły­wie despe­ra­cji pod­no­sząc głos. - Powiedz temu czło­wie­kowi, że są warte wię­cej.

- Cicho, dziew­czynki. - Głos Papy był napięty i zdu­szony. - To na nic się nie zda. - Znów trza­snął lej­cami. - Lepiej posłu­chaj­cie ojca. Nikt nie przej­muje się bied­nymi. Biedni zawsze cier­pią, zapa­mię­taj­cie to sobie. Bądź­cie gotowe wal­czyć o wszystko, czego w życiu pra­gnie­cie. Tylko tak można prze­trwać. - Splu­nął w stronę sklepu i wóz z tur­ko­tem ruszył ulicą.

Świa­tła mia­steczka zostały z tyłu, a droga robiła się coraz węż­sza. Poza cięż­kim stą­pa­niem muła i skrzy­pie­niem drew­nia­nych kół pod­ska­ku­ją­cych na żło­bio­nej kole­inami dro­dze świat wokół nich był ciemny i cichy, gdy wjeż­dżali pod górę do opac­twa. Gabrielle wtu­lona w Anto­inette i Julię-Ber­the nagle uświa­do­miła sobie, że Maman ode­szła na zawsze, a Papa porzuci je w Auba­zine, tak jak zosta­wił chłop­ców. Zro­zu­miała, że to punkt zwrotny w jej życiu.

Coco patrzy przed sie­bie, czu­jąc wewnątrz taką samą pustkę jak owej nocy. Dziw­nie jest spo­glą­dać w prze­szłość, nie­czę­sto sobie na to pozwala. Ale nie­malże widzi Papę, jak powłó­cząc nogami, idzie kory­ta­rzem do drzwi opac­twa. Nie spusz­czała z niego wzroku, na­dal mając nadzieję, że zmieni zda­nie. Lecz on nawet się za sie­bie nie obej­rzał.

Ona, Anto­inette i Julia-Ber­the szybko zro­zu­miały, że przy­jęto je do opac­twa "z dobroci serca" i w odróż­nie­niu od pozo­sta­łych uczen­nic muszą zara­biać na swoje utrzy­ma­nie. Gabrielle zawsze sta­rała się poma­gać swoim sio­strom, osta­tecz­nie jed­nak oka­zało się, że nie są wystar­cza­jąco silne ani twarde. Obie wiele lat póź­niej ode­brały sobie życie. A jej bra­cia - cóż mogła zro­bić? Na­dal żyją i nie mają gro­sza przy duszy, cza­sami do niej piszą, a ona spo­ra­dycz­nie wysyła im pie­nią­dze. Przez pewien czas jesz­cze się łudziła, że uda się zacho­wać więzi, ale w końcu zro­zu­miała, że jej rodzina już nie ist­nieje.

Tak naprawdę od nocy, gdy odszedł Papa, wie­działa, że jest zdana wyłącz­nie na sie­bie.

Coco zapala papie­rosa i składa głowę na opar­ciu krze­sła, patrząc, jak smuga dymu wije się w ciem­no­ściach. Cał­kiem dobrze sobie pora­dziła. Wtedy była Gabrielle, dziew­czyną zależną od innych, teraz jest w pełni ukształ­to­wana - stała się Coco. Stwo­rzyła nowe życie, pozo­sta­wia­jąc Gabrielle w prze­szło­ści. Prawdę o swo­jej bie­dzie i nie­szczę­ściu zacho­wuje w tajem­nicy.

Znał ją tylko jeden czło­wiek, któ­remu oddała się całą duszą i cia­łem nie­mal w pierw­szej chwili, gdy się poznali. Szum morza pod kli­fami w La Pau­sie koi ją, wciąga, pozwa­la­jąc pły­nąć wspo­mnie­niom. Rytm fal uspo­kaja, nie­mal hip­no­ty­zuje - cie­pła woda, która wzbiera, a potem się wyco­fuje. Boy Capel, jedyny męż­czy­zna, któ­rego kie­dy­kol­wiek kochała. Och, jakże mu ufała...

Nie! Rzuca nie­do­pa­łek na zie­mię, roz­gnia­ta­jąc go czub­kiem buta. Ma dziś wystar­cza­jąco dużo pro­ble­mów, z któ­rymi musi się upo­rać bez wspo­mnień o Boyu Capelu. Wstaje i rusza kruż­gan­kiem ota­cza­ją­cym dzie­dzi­niec, przy­po­mi­na­ją­cym jej o zakon­ni­cach w klasz­to­rze, które bez­sze­lest­nie sunęły pod arka­dami, odma­wia­jąc róża­niec.

Wcho­dzi do sypialni przez wyso­kie, prze­szklone drzwi, otwarte, by wpu­ścić mor­ską bryzę. Alice wła­śnie poście­liła łóżko. Na widok sze­fo­wej uśmie­cha się i szybko znika. Coco roz­biera się i wkłada białą jedwabną koszulę nocną, którą poko­jówka roz­ło­żyła na koł­drze. To jedna z jej ulu­bio­nych, z cien­kimi ramiącz­kami, poza tym bez żad­nych zdo­bień.

Coco pod­cho­dzi do toa­letki i siada przed lustrem. Tro­chę pozuje, obra­ca­jąc się nieco w prawo. Foto­gra­fo­wie twier­dzą, że ma kla­syczny pro­fil: mały nos o ide­al­nym kształ­cie, linię szczęki może nieco zbyt kwa­dra­tową, ale wyraźną. Szyję długą i smu­kłą. Oliw­kowa cera odzie­dzi­czona po Papie - ona okre­śla jej odcień jako sło­neczny - jest odro­binę za ciemna jak na pre­fe­ren­cje socjety, ale za to pod­kre­śla jej sze­roko roz­sta­wione czarne oczy pod wyraź­nymi brwiami oraz ciemne loki obra­mo­wu­jące twarz. Boy powie­dział kie­dyś, że nie jest ładna w zwy­kłym zna­cze­niu tego słowa, ale za to jest piękna. Na­dal nie do końca rozu­mie jego słowa. Uśmie­cha się i bie­rze do ręki szczotkę, po czym nagle przy­suwa twarz do lustra.

Kiedy się poja­wiły te deli­katne zmarszczki w kąci­kach oczu?

Coco gasi wszyst­kie świa­tła w pokoju, poza lampką na noc­nym sto­liku. Układa się pod oble­czoną chłod­nym jedwa­biem koł­drą na pach­ną­cym lawendą prze­ście­ra­dle i sięga po książkę, którą zeszłego wie­czoru zosta­wiła przy łóżku. To naj­now­sza powieść Colette. Wzdy­cha, opie­ra­jąc ją o kolana. Colette jest świetną pisarką, lecz trudną przy­ja­ciółką.

Nie umie się sku­pić na tek­ście, wciąż wra­ca­jąc myślami do pod­stępu Pierre'a. W prze­szło­ści, mimo że poważ­nie się spie­rali o Société Made­mo­iselle i jej per­fumy, zawsze w końcu uda­wało im się pozo­stać przy­ja­ciółmi. Wła­ści­wie cza­sami się zasta­na­wiała, czy Pierre tro­chę się w niej nie pod­ko­chuje. Kilka razy, nawet gdy wygry­wała sprawy w sądzie, przy­sy­łał bukiet jej ulu­bio­nych bia­łych kame­lii.

W jej umy­śle poja­wia się obraz tego dnia, gdy się poznali, zbla­kły niczym uro­czy impre­sjo­ni­styczny pej­zaż. Sło­neczny dzień na torze wyści­gów kon­nych. Czer­wone, białe i nie­bie­skie flagi łopo­czące na wie­trze, soczy­ste barwy kamieni szla­chet­nych, nasy­cony zapach sło­nego powie­trza znad morza na nor­mandz­kim wybrzeżu.

Pierre był dys­tyn­go­wany, wysoki i szczu­pły, z ciem­nymi wło­sami i gład­kim czo­łem. Cią­gle uśmiech­nięty. Podzi­wiała jego styl: modną kami­zelkę, sta­ran­nie zawią­zany kra­wat, lekki weł­niany płaszcz i nieco zsu­nięty do tyłu melo­nik. Lecz naj­bar­dziej wyróż­niały się jego oczy - głę­boko osa­dzone, przy­ja­zne, z deli­kat­nymi zmarszcz­kami w kąci­kach. A pod nimi wyraźne, ciemne cie­nie.

Coco wzdy­cha na to wspo­mnie­nie. Ni­gdy nie potra­fiła nic wyczy­tać z jego oczu. Czy wtedy był jej praw­dzi­wym przy­ja­cie­lem, czy już rywa­lem?

Z trza­skiem zamyka powieść Colette, odkłada ją na sto­lik i wyłą­cza świa­tło.

Po powro­cie Char­les'a Pru­done'a z Grasse pod­pi­sze kon­trakty, przy­pie­czę­to­wu­jąc los Pierre'a. A gdy jej praw­nicy przed­sta­wią wszyst­kie zarzuty, żaden fran­cu­ski sędzia nie odmówi jej wyłącz­nego prawa wła­sno­ści do Société Made­mo­iselle.

Ale jak zawsze, gdy na hory­zon­cie maja­czą pro­blemy, poja­wia się Gabrielle, szep­cząc jej do ucha. Pierre będzie z tobą wal­czył! Co zro­bimy, jeśli dzięki swo­jej for­tu­nie wygra sprawę? Znów będziemy biedne.

W gło­wie kłę­bią się jej rachunki, jeden po dru­gim. Należ­ność za apar­ta­ment w Hôtel Ritz... ale prze­cież to jej dom. I koszt utrzy­ma­nia willi oraz tego, co pozo­stało z Domu Mody.

Coco cmoka z dez­apro­batą. Nie pozwolę, by Pierre wygrał.

Prze­wraca się na plecy i wpa­truje w sufit. Gdy­byż tylko Boy Capel tu był. Pocie­szyłby ją, utu­lił w swo­ich ramio­nach. Szep­nąłby, że kocha swoją małą Coco, i zapew­nił, że nie musi bez prze­rwy wal­czyć z całych sił. Wyznałby, że jest jego jedyną, wieczną miło­ścią.

Dłu­gie, ciemne rzęsy Boya muskają jej poli­czek. Jego oddech łasko­cze ją w szyję. Gdy jej powieki zaczy­nają opa­dać, lekki wie­trzyk prze­myka przez pokój, a blady księ­życ oświe­tla kochan­ków. Sple­ceni ze sobą zapa­dają w sen - Coco i Boy. Po raz kolejny Boy Capel jest jej kochan­kiem, ojcem, bra­tem, przy­ja­cie­lem, powier­ni­kiem. Jej obrońcą.

Rozdział trzeci

Roz­dział trzeci

Compi?gne, Château de Roy­al­lieu

1904

Tego dnia, gdy pozna­łam Boya w Roy­al­lieu, Étienne tak się spie­szył do stajni, że led­wie zdo­łał na chwilę przy­sta­nąć w zam­ko­wym holu, by nas sobie przed­sta­wić. Natych­miast ruszył dalej. Arthur Capel, znany wszyst­kim jako Boy, stał w mil­cze­niu, przy­glą­da­jąc mi się uważ­nie. Bez słowa uniósł pal­cem mój pod­bró­dek, wpa­tru­jąc się we mnie zie­lo­nymi oczami, pod­czas gdy ja odpo­wia­da­łam mu har­dym spoj­rze­niem - temu męż­czyź­nie wycio­sa­nemu przez stwórcę z kamie­nia i jak ja ogo­rza­łemu od słońca. Mia­łam wra­że­nie, że zagląda mi pro­sto w umysł i w duszę. Nie­mal nie docie­rał do mnie głos Étienne'a wita­ją­cego się z kimś na podwórcu. Kroki poko­jówki nio­sły się echem na pię­trze, ale wyda­wało się, że te dźwięki nas nie doty­czą. Byłam jak odu­rzona.

W końcu Boy ode­zwał się, prze­ry­wa­jąc tę pełną napię­cia chwilę.

- Zatem to jest mała Coco. - Cof­nął się o krok, non­sza­lancko wsu­wa­jąc dło­nie do kie­szeni. - Rze­czy­wi­ście jesteś wróżką, i to tak uro­czą, jak prze­chwa­lał się Étienne. - Gdy się uśmie­chał, jego oczy pro­mie­niały. - Sły­sza­łem, że byłaś naj­po­pu­lar­niej­szą chan­teuse w Moulins i że musiał o cie­bie bar­dzo zabie­gać.

Gdy opu­ści­łam opac­two w wieku sie­dem­na­stu lat, pod­ję­łam pracę w kawiarni w mia­steczku Moulins, nie­da­leko Auba­zine, i tam wła­śnie zoba­czył mnie Étienne. Zale­cał się do mnie wytrwale, aż w końcu zgo­dzi­łam się, by mnie zabrał do swo­jej posia­dło­ści w Roy­al­lieu, poło­żo­nej czter­dzie­ści pięć kilo­me­trów na pół­noc od Paryża. Étienne był wysoki, przy­stojny i... żonaty, choć jego żona miesz­kała gdzie indziej. On był bogaty, a ja młoda i biedna, led­wie dziew­czynka. Dla niego porzu­ci­łam pracę szwaczki u kraw­co­wej w Moulins i nocne śpie­wa­nie za napiwki w kawiarni La Rotonde.

Och, jakież to były eks­cy­tu­jące wie­czory - migo­czące świa­tła, muzyka i tańce. Wszy­scy żoł­nie­rze sta­cjo­nu­jący w gar­ni­zo­nie w Moulins przy­cho­dzili do La Rotonde, podob­nie jak mło­dzi męż­czyźni z mia­steczka, i wiwa­to­wali, kiedy dum­nie wkra­cza­łam na scenę, by zaśpie­wać. Uwiel­bia­łam to, męż­czyzn i chłop­ców, zapach skóry, dymu i wina, i zbu­twia­łych desek sta­rej dębo­wej sceny. Nazwali mnie Coco od pio­senki, którą wyko­ny­wa­łam, i to imię ide­al­nie do mnie przy­lgnęło. Dzięki niemu prze­sta­łam być biedną Gabrielle.

W Roy­al­lieu po raz pierw­szy od śmierci Maman poczu­łam się bez­piecz­nie. Dzięki Étienne'owi mia­łam wła­sny pokój, wła­sną prze­strzeń, cudowne wiel­kie łóżko z jedwabną pościelą i ster­tami podu­szek, w któ­rym mogłam sypiać do późna. Tej pierw­szej wio­sny, gdy przy­by­łam do Roy­al­lieu, leni­łam się całymi ran­kami, wyglą­da­jąc przez otwarte okna na roz­le­głe pola nale­żące do Étienne'a, poro­śnięte świeżą, zie­loną trawą i usłane belami zło­ci­stego siana, na pobli­skie staj­nie wznie­sione z tego samego sta­rego kamie­nia co château. Wdy­cha­łam czy­sty zapach nie­dawno sko­szo­nej trawy, potpo­urri, cytry­no­wej pasty do drewna i won­nego chleba na droż­dżach pie­czo­nego w kuchni pię­tro niżej.

Przez cały czas pobytu w opac­twie z głodu bur­czało mi w brzu­chu, a teraz mogła­bym zjeść cały boche­nek takiego chleba, gdy­bym tylko chciała! Wszystko dla­tego, że Étienne Bal­san mnie wybrał. Byłam jego petite amie i zapew­nił mi nowy dom. Powie­dział, że mogę zamiesz­kać w Roy­al­lieu na tak długo, jak zechcę - nawet na zawsze.

Jego staj­nie cie­szyły się renomą w całej Euro­pie. Étienne był wykształ­cony i nie­mal nale­żał do fran­cu­skiej ary­sto­kra­cji, jeśli nie z powodu krwi, to sta­rej for­tuny. Nauczył mnie dosia­dać konia, odnaj­do­wać się przy stole nakry­tym dla trzy­dzie­stu osób, uda­wać, że kocham kogoś, kogo w głębi serca uwa­ża­łam jedy­nie za przy­ja­ciela. Miał wiele domów i kocha­nek, gdzieś też żyła jego żona, ale nie sta­no­wiła pro­blemu. Przede wszyst­kim czu­łam, że jestem wyjąt­kowa. Inne jego kobiety odwie­dza­jące château ubie­rały się w dłu­gie suk­nie z cia­snymi gor­se­tami ści­ska­ją­cymi talię, malo­wały twa­rze, upi­nały włosy w skom­pli­ko­wane koafiury pod kape­lu­szami i dosia­dały koni bokiem. Ja nosi­łam baweł­niane koszule Étienne'a, jego bry­czesy i starą mary­narkę, którą prze­ro­bi­łam, by na mnie paso­wała. Mia­łam wów­czas dłu­gie ciemne włosy i kiedy jeź­dzi­li­śmy konno, pozwa­la­łam, by swo­bod­nie powie­wały na wie­trze. Czę­sto się ści­ga­li­śmy - gna­łam jak opę­tana, a on mnie gonił. Byłam Coco, jego kochanką, ale też przy­ja­ciółką. Już wów­czas rozu­mia­łam, że przy­jaźń czę­sto trwa dłu­żej niż miłość.

Lecz to Boy Capel pod­bił moje serce. Zawsze wyglą­dał ele­gancko, nie­za­leż­nie od pory dnia czy sytu­acji. Nosił sta­ran­nie przy­cięte wąsy, a włosy, idąc z duchem czasu, zacze­sy­wał za uszy. Był Angli­kiem, a jego wdzięk, wie­dza i for­tuna miały źró­dło w węglu, stat­kach i kolei w New­ca­stle, w bogac­twie, do któ­rego doszedł sam, a nie odzie­dzi­czył po ojcu, jak Étienne. Był cza­ru­jący, inte­li­gentny, bogaty, wyspor­to­wany i nie miał żony. Świet­nie grał w polo, posia­dał staj­nie pełne kuców i, tak jak Étienne'a, ota­czały go tłumy kobiet. Był też prze­ni­kliwy i ambitny - wów­czas zupeł­nie bra­ko­wało mi tej cechy. Poczu­łam do niego pociąg od pierw­szego wej­rze­nia. Mimo to począt­kowo wal­czy­łam z uczu­ciem, myśląc, że to kolejny bogacz lubiący ładne kokietki.

Po tym, jak się pozna­li­śmy, Boy przy­jeż­dżał do Roy­al­lieu nie­mal w każdy week­end. Zaczęło się od przy­jaźni, ale łączyło nas pokre­wień­stwo dusz. Czu­łam to i wie­dzia­łam, że on też to czuje. Przy­pusz­cza­łam, że jest w tym męż­czyź­nie głę­bia, któ­rej jesz­cze nie odkry­łam.

Co week­end château zapeł­niało się przy­ja­ciółmi Étienne'a. Od wschodu słońca do póź­nej nocy wypeł­nia­li­śmy czas roz­ryw­kami - naj­pierw dłu­gie śnia­da­nia, potem prze­jażdżki konne, gry kar­ciane, rów­nież hazar­dowe, przed­sta­wie­nia i kalam­bury, pik­niki, kola­cje, tańce, kok­tajle na tara­sie i mnó­stwo śmie­chu. Męż­czyźni przy­wo­zili na te week­endy swoje kochanki, ni­gdy żony. A Boy zawsze wybie­rał mnie na part­nerkę do gry i nie­mal za każ­dym razem wygry­wa­li­śmy.

Moja ulu­biona pora nad­cho­dziła w cie­płe wie­czory, kiedy pozo­stali goście dokądś sobie szli, a my zosta­wa­li­śmy sami. Boy był uro­dzo­nym nauczy­cie­lem, a mnie zachwy­cało, gdy roz­pra­wiał o gwiaz­dach, pla­ne­tach i księ­życu, o tym, jak ide­al­nie zba­lan­so­wany jest wszech­świat. Uwiel­bia­łam słu­chać, jak mówi niskim, modu­lo­wa­nym gło­sem o innych wymia­rach czasu i prze­strzeni. Nauczył mnie nazw gwiaz­do­zbio­rów, opo­wia­dał sta­ro­żytne mity, histo­rie o bogach, kochan­kach i tra­ge­diach. Czę­sto roz­ma­wia­li­śmy o muzyce, sztuce lub histo­rii i zawsze, zawsze spro­wa­dzał roz­mowę na filo­zo­fię oraz inny świat, który nazy­wał świa­tem ducho­wym.

Cza­sami czu­łam się głu­pia. Jako kato­liczka zna­łam poję­cie życia po śmierci, lecz Boy mówił o innym rodzaju ducho­wo­ści. Począt­kowo uda­wa­łam, że rozu­miem, lecz pew­nej nocy w końcu popro­si­łam o wyja­śnie­nie.

Wstał, pod­szedł do niskiego murku oka­la­ją­cego taras i zerwał z krzewu kwiat jaśminu.

- Spójrz - powie­dział, odwra­ca­jąc się i go uno­sząc.

To był zwy­kły kwia­tek. Podał mi go, a ja wcią­gnę­łam w noz­drza zapach. Boy usiadł w fotelu, obser­wu­jąc mnie z uśmie­chem.

- Podoba ci się jego zapach, kształt, barwa? - zapy­tał.

Ski­nę­łam głową.

- Czy ten kwiat budzi w tobie wspo­mnie­nia?

Zamknę­łam oczy, znów wącha­jąc kwiat, i natych­miast prze­nio­słam się w prze­szłość - w mgiełkę zło­ci­stego słońca. Nie­mal czu­łam jego cie­pło na ramio­nach. Wraz z rodzeń­stwem sie­dzie­li­śmy z tyłu wozu Papy, pod­ska­ku­jąc na wąskiej, bitej dro­dze bie­gną­cej przez pole słodko pach­ną­cych jaśmi­nów. Jecha­li­śmy na letni targ gdzieś w Pro­wan­sji. Była z nami Maman - jesz­cze wtedy żyła i sie­działa obok Papy na koźle.

- Widzisz? - Głos Boya prze­bił się przez ten obraz.

Otwo­rzy­łam oczy i poło­ży­łam kwia­tek na kola­nach, kiwa­jąc głową.

- Nic się nie koń­czy. Gdy rośliny - rze­czy­wi­ste kwiaty, które tam­tego dnia widzia­łaś i czu­łaś - umie­rają, ich esen­cja pozo­staje. Nawet po wielu latach zapach wyzwala sko­ja­rzone z nim wspo­mnie­nia zapi­sane w twoim umy­śle, przy­wo­łu­jąc te same uczu­cia rado­ści i szczę­ścia.

- Tak, to dobre wspo­mnie­nia. - Chwilę mil­cza­łam, zasta­na­wia­jąc się nad tym. - Teraz rozu­miem. Coś naprawdę pozo­staje po tych sta­rych, mar­twych już kwia­tach. Mówisz, że prze­szłość staje się teraź­niej­szo­ścią.

Uśmiech­nął się z zado­wo­le­niem.

- Tamte rośliny roz­ło­żyły się już dawno temu, ale uczu­cia, które wywo­łują poprzez zapach, pozo­stały. Zatem... - Uniósł brwi. - Jak myślisz, skąd biorą się te uczu­cia?

Spoj­rza­łam na zalane świa­tłem księ­życa pole i odpo­wie­dzia­łam bez namy­słu:

- Oczy­wi­ście ze wspo­mnień.

Zapa­dłam się w fotel, wycią­gnę­łam nogi i splo­tłam dło­nie za głową.

Boy par­sk­nął śmie­chem

- To błędne koło, Coco.

Przy­glą­da­łam się, jak wyj­muje z kie­szeni fajkę, złotą zapal­niczkę i skó­rzany mie­szek na tytoń. Uwiel­bia­łam zapach jego tyto­niu.

- Cóż, chyba ni­gdy przed­tem się nad tym nie zasta­na­wia­łam - powie­dzia­łam, wzru­sza­jąc ramio­nami.

Byłam zacie­ka­wiona, więc cze­ka­łam w mil­cze­niu, aż napełni fajkę, postuka nią o blat stołu i w końcu zapali.

A potem, wypu­ściw­szy z ust kłąb dymu, ode­zwał się tonem, po któ­rym pozna­łam, że to dla niego istotna kwe­stia.

- Uczu­cia, na przy­kład szczę­ście, które budzą w tobie te wspo­mnie­nia, nie są rze­czami mate­rial­nymi, takimi jak kwiat czy stół. Uczu­cia nie mają swo­jej struk­tury, są efe­me­ryczne. Ale, tak jak wspo­mnie­nia, sta­no­wią realną część nas samych.

Sie­dzia­łam bez ruchu, słu­cha­jąc i pra­gnąc zro­zu­mieć.

- Emo­cje, dozna­nia to poru­sze­nia duszy, two­jego wewnętrz­nego ja. Powstają po tym, jak twój umysł odbie­rze infor­ma­cje o kwie­cie, jego kolo­rze, kształ­cie, zapa­chu. - Gdy mówił, faj­kowy dym uno­sił się smugą do nieba. - Pocho­dzą ze świata ducho­wego, który ist­niał na długo przed naszymi naro­dzi­nami i będzie trwał po naszej śmierci. Zatem duszy, two­jego wewnętrz­nego ja, Coco, nie obo­wią­zują ludz­kie ogra­ni­cze­nia czasu, prze­strzeni i mate­rii. Te ulotne czę­ści cie­bie, jak szczę­ście przy­wo­łane przed chwilą, kiedy wącha­łaś jaśmin... masz do nich dostęp w każ­dej chwili. Na zawsze pozo­staną czę­ścią cie­bie. - Ski­nął ręką w kie­runku srebr­nych gwiazd. - W tym sen­sie wszy­scy jeste­śmy wieczni. - Wyjął fajkę z ust. - Wła­ści­wie nasze dusze mogły już przed­tem żyć na Ziemi.

- A zatem jesteś bud­dy­stą? - zapy­ta­łam.

Uśmiech­nął się.

- Pró­buję tylko wyja­śnić, jak wszystko we wszech­świe­cie się łączy. - Zamilkł, wpa­tru­jąc się we mnie, a po chwili ski­nął głową. - Jeśli cho­dzi o nas, istoty ludz­kie mają sil­niej­szy zwią­zek ze świa­tem ducho­wym niż inne żywe stwo­rze­nia, ponie­waż uczu­cia skła­niają nas do doko­ny­wa­nia wybo­rów, do świa­do­mego dzia­ła­nia. A to dzia­ła­nie pro­wa­dzi do kon­se­kwen­cji, które z kolei wyma­gają kolej­nych dzia­łań... - Zro­bił kółko pal­cem. - I tak dalej, i tak dalej, przez całą wiecz­ność.

- Ale kiedy umrę, moje dzia­ła­nia ustaną - stwier­dzi­łam, sądząc, że go przy­ła­pa­łam.

Pokrę­cił głową.

- Każdy z nas swoim dzia­ła­niem pozo­sta­wia ślad, wywo­łuje kon­se­kwen­cje, które trwają. Kore­la­cje z innymi ni­gdy nie dobie­gają końca. Wszystko we wszech­świe­cie jest w ten spo­sób powią­zane na wiecz­ność.

Obser­wo­wa­łam dym uno­szący się z jego fajki, zasta­na­wia­jąc się, czy już wiecz­nie będzie pły­nął przez wszech­świat i czas.

- Rozu­miesz, co mam na myśli? Musimy postę­po­wać roz­waż­nie, ponie­waż efekty naszych dzia­łań ni­gdy nie ustają. Nie można doko­ny­wać przy­pad­ko­wych wybo­rów.

Do tej pory moim życiem rzą­dził wyłącz­nie przy­pa­dek, pomy­śla­łam.

Spoj­rzał na mnie spod oka.

- Jeśli otwo­rzysz umysł, Coco, zaczniesz rozu­mieć. Mogę pod­rzu­cić ci kilka ksią­żek do prze­czy­ta­nia, jeśli chcesz.

- Popro­szę - odrze­kłam. - Bar­dzo bym chciała.

Pra­gnę­łam zro­zu­mieć tę ideę, w którą wie­rzył Boy i która tak go fascy­no­wała. Był zupeł­nie inny niż Étienne, niż wszy­scy męż­czyźni, któ­rych kie­dy­kol­wiek zna­łam.

Odło­żył fajkę na sto­lik i ukląkł przede mną. Ujął moją twarz w dło­nie, przy­glą­da­jąc mi się uważ­nie, jakby uczył się mnie na pamięć. Dotknął war­gami moich ust w dłu­gim, głę­bo­kim poca­łunku, który prze­szył moje ciało eks­plo­zjami świa­tła, przy­po­mi­na­ją­cymi bąbelki w dobrym szam­pa­nie. W tej chwili zro­zu­mia­łam, że prze­pa­dłam. Byłam bez­na­dziej­nie zako­chana w Boyu.

* * *

Minął cały mie­siąc, nim Boy został moim kochan­kiem. Wszy­scy w życiu mamy punkty zwrotne, chwile, które zmie­niają wszystko - naszą przy­szłość i nawet spo­sób, w jaki widzimy prze­szłość. Takim punk­tem było pozo­sta­wie­nie mnie przez Papę w opac­twie. Kolej­nym - zako­cha­nie się w Boyu. Tego dnia jecha­li­śmy razem przez pola do lasu Compi?gne, odda­lo­nego od zamku o jakieś dwa kilo­me­try. Flost, moja gnia­doszka, była nie­spo­kojna i wyraź­nie miała ochotę na galop, ale na skraju lasu Boy zwol­nił swo­jego konia do stępa, wska­zu­jąc ścieżkę pro­wa­dzącą przez kate­drę deli­kat­nych srebr­nych brzóz. Jeź­dzi­łam tam­tędy wiele razy, ale gdy podą­ża­łam za Boyem ocie­nioną ścieżką wijącą się wśród drzew, czu­łam, że dzieje się mię­dzy nami coś nie­zwy­kłego.

Powie­trze było chłodne i świeże, prze­sy­cone ostrym zapa­chem sosen i wil­got­nych liści. Blade zie­lone świa­tło sączyło się przez bal­da­chim gałęzi nad naszymi gło­wami. Ciszę prze­ry­wał tylko śpiew pta­ków, a cza­sami żałobny trel dzię­cioła czar­nego lub sze­lest lisów, kró­li­ków i innej drob­nej zwie­rzyny prze­my­ka­ją­cej przez zaro­śla. Wiech­cie maleń­kich błę­kit­nych, żół­tych i pur­pu­ro­wych dzi­kich kwia­tów rosły w wyso­kich tra­wach wzdłuż ścieżki.

- Chcę ci poka­zać pewne miej­sce - oznaj­mił Boy, gdy dotar­li­śmy do polanki zala­nej sło­necz­nym świa­tłem. - Jedź za mną.

Skie­ro­wał wierz­chowca w prawo, zje­cha­li­śmy ze ścieżki i dotar­li­śmy do drzew po dru­giej stro­nie polanki. Usły­sza­łam szum wody. Konie skie­ro­wały się w stronę tego dźwięku.

Zatrzy­ma­li­śmy się, gdy ujrze­li­śmy stru­mień - czy­sta woda lśniła w słońcu, spa­da­jąc ze skal­nej półki do wydrą­żo­nej w wapie­niu sadzawki.

- Pięk­nie, prawda? - Boy odwró­cił się w sio­dle, spo­glą­da­jąc na mnie.

Pod­je­cha­łam bli­żej. Prze­mie­rza­łam te lasy od ponad roku i ni­gdy tutaj nie tra­fi­łam.

Zsie­dli­śmy z koni i przy­wią­za­li­śmy je do drzewa. Przez chwilę sie­dzie­li­śmy na pła­skiej skale na brzegu stru­mie­nia, roz­ma­wia­jąc i przy­glą­da­jąc się grze wody i świa­tła, srebr­nym i zło­tym roz­bły­skom na kro­plach. Serce biło mi mocno, ponie­waż wie­dzia­łam, co się sta­nie. I pra­gnę­łam tego.

W końcu Boy poło­żył dło­nie na moich ramio­nach i odwró­cił mnie twa­rzą do sie­bie. Odgłosy lasu przy­ci­chły, kiedy spoj­rze­li­śmy sobie w oczy. Ujął moją twarz i mnie poca­ło­wał. Począt­kowo jego usta deli­kat­nie muskały moje, a potem stały się bar­dziej natar­czywe, gdy sma­ko­wał mnie języ­kiem, roz­su­wa­jąc moje wargi. Odpo­wie­dzia­łam, zupeł­nie się roz­pły­wa­jąc pod jego doty­kiem. Póź­niej wziął mnie na ręce, a ja obję­łam go ramio­nami za szyję, gdy niósł mnie na mszy­stą plamę zie­leni pod drze­wem. Zło­żył mnie pomię­dzy wysta­ją­cymi z ziemi korze­niami. Zadrża­łam, gdy wycią­gnął się obok mnie wsparty na łok­ciu, drugą dło­nią lekko gła­dząc moje piersi i brzuch. Otwo­rzy­łam przed nim ramiona.

Pra­gnę­łam go.

Uśmie­chał się, wpa­tru­jąc mi się w oczy i roz­pi­na­jąc guziki moich bry­cze­sów - wyda­wało się, że trwa to całą wiecz­ność - a potem zatch­nęło mi dech w piersi, gdy je ze mnie zsu­nął. Obję­łam go, taka wygłod­niała, i wcią­gnę­łam na sie­bie. Zato­pi­li­śmy się w sobie w tym cichym lesie, gdzie nie ist­niało nic prócz Boya i mnie.

Zako­cha­łam się w nim. I od tam­tego dnia bez­gra­nicz­nie mu zaufa­łam. Naj­lep­szy przy­ja­ciel Étienne'a zarze­kał się, że też mnie kocha, wtedy i jesz­cze wie­lo­krot­nie. Zacho­wa­li­śmy nasz romans w tajem­nicy, ale mówi­łam sobie, że Étienne nie będzie miał nic prze­ciwko stra­cie jed­nej kochanki. Poza tym wów­czas w rezy­den­cji Roy­al­lieu prze­by­wała rów­nież słynna pięk­ność Émilienne d'Alençon. Étienne już od tygo­dni nie przy­cho­dził do mojego pokoju. Lecz nic mu nie powie­dzie­li­śmy. Jesz­cze nie wtedy.

Przy­je­cha­łam do Roy­al­lieu jako biedna dziew­czyna i nikomu prócz Boya nie mówi­łam prawdy o swo­jej prze­szło­ści. Kiedy mnie pytano, zawsze odpo­wia­da­łam, że wycho­wały mnie dwie surowe ciotki w swoim domu w Moulins. Począt­kowo jemu też opo­wie­dzia­łam tę histo­ryjkę, tak jak innym. Wyzna­łam prawdę dopiero po tym dniu, gdy kocha­li­śmy się po raz pierw­szy, a Boy oznaj­mił, że jest wstrzą­śnięty tym, że od początku do końca wymy­śli­łam swoją prze­szłość.

Nazwał moje opo­wie­ści kłam­stwami.

Ja nazy­wa­łam je nie­win­nymi bajecz­kami. Boy ni­gdy tego do końca nie rozu­miał. Kłam­stwo ozna­cza celowe wpro­wa­dze­nie w błąd. Jedy­nym celem tego, że ukry­wa­łam prze­szłość, było prze­trwa­nie. Od moich przy­ja­ciół chcia­łam sza­cunku, a nie lito­ści.

Powie­dzia­łam mu to. I zapew­ni­łam, że kła­mię tylko w waż­nych spra­wach.

Rozdział czwarty

Roz­dział czwarty

La Pausa w pobliżu Can­nes

Wio­sna 1940

Po bez­sen­nej nocy Coco z nie­cier­pli­wo­ścią czeka na powrót Pru­done'a z Grasse. Sie­dzi w gabi­ne­cie i pisze list do René de Cham­bruna, swo­jego praw­nika w Paryżu, rela­cjo­nu­jąc kra­dzież for­muły per­fum. "Nade­szła pora na spra­wie­dli­wość" - pod­su­mo­wuje prośbę o pomoc. Pozy­ska­nie jaśminu nie wystar­czy. Musi też prze­jąć kon­trolę nad Société Made­mo­iselle. Nawet Pierre Wer­the­imer, z całą swoją for­tuną i wła­dzą w świe­cie inte­re­sów, nie jest zwol­niony z prze­strze­ga­nia prawa.

Tak, Coco ma dobre argu­menty. Zacznie walkę natych­miast, gdy tylko przy­bę­dzie Pru­done, od pod­pi­sa­nia kon­trak­tów z Grasse. Pod­nosi wzrok, wspie­ra­jąc łok­cie na biurku i kła­dąc brodę na dło­niach. Z tej strony okna willi wycho­dzą na morze. Są otwarte i wpada przez nie chłodny, ożyw­czy wia­te­rek, który nieco stu­dzi jej znie­cier­pli­wie­nie.

W odle­głym końcu holu sły­chać głos Alice, a po nim Pru­done'a. Coco pro­stuje się, odkła­da­jąc wieczne pióro na onyk­sową pod­stawkę, i chowa list do szu­flady. Dziś po połu­dniu poje­dzie z Pru­done'em do Grasse, by sfi­na­li­zo­wać kon­trakty i zor­ga­ni­zo­wać trans­port abso­lutu do Neu­illy. Uśmie­cha­jąc się do sie­bie, wygod­nie roz­siada się w fotelu.

W drzwiach staje dyrek­tor Pru­done z kape­lu­szem w dłoni.

- Dzień dobry, mon­sieur. - Coco podaje mu rękę. - Popro­szę o kon­trakty. Przej­rzę je szybko i wró­cimy razem do Grasse, by je pod­pi­sać.

Lecz w tej samej sekun­dzie jej wzrok pada na kape­lusz w pustych dło­niach. Gdzie jest nese­ser? Gdzie doku­menty? Coco wpa­truje się w męż­czy­znę zbita z tropu.

- Z przy­kro­ścią muszę przy­znać, że przy­wożę złe nowiny, made­mo­iselle - mówi dyrek­tor ze zmar­twioną miną.

Coco nie jest w sta­nie wydu­sić słowa.

- Oba­wia­łem się tego - cią­gnie Pru­done. - Let­nie zbiory już za dwa mie­siące, więc się spóź­ni­li­śmy. Cały jaśmin w regio­nie został już zare­zer­wo­wany, kon­trakty na ten sezon pod­pi­sano wiele mie­sięcy temu. A przede wszyst­kim zbiory są mniej­sze z powodu powszech­nej mobi­li­za­cji. Plan­ta­to­rzy mają nawet pro­blem z zatrud­nie­niem zbie­ra­czy.

Coco odwraca wzrok w stronę otwar­tego okna i patrzy na jasno­nie­bie­ską wodę cią­gnącą się po hory­zont, w któ­rej odbi­jają się wyso­kie, białe chmury. Ten piękny dzień został zepsuty.

- Przy­kro mi, made­mo­iselle.

Coco sztyw­nieje, sły­sząc ton pełen lito­ści, i odwraca się do Pru­done'a, obrzu­ca­jąc go zim­nym spoj­rze­niem. Nie pozwoli na to. Nikt nie będzie się lito­wał nad Cha­nel.

- Odwie­dził pan wszyst­kie per­fu­me­rie? Wyja­śnił pan tym sta­ru­chom z Grasse, ile jestem gotowa zapła­cić?

Męż­czy­zna otwiera usta, ale ona ostrze­gaw­czo unosi dłoń.

- Nie wie­rzę, że odrzu­cili taką for­tunę. Zapewne nie wyra­ził się pan jasno. Przed­sta­wił pan naszą naj­wyż­szą ofertę?

- Tak, made­mo­iselle. Nikt nie ustą­pił. Pani pro­po­zy­cja była oczy­wi­ście bar­dzo hojna, ale pie­nią­dze nie grają dla nich roli. Pod­kre­ślali, że całe zbiory są zakon­trak­to­wane. Że mają zobo­wią­za­nia. Muszą chro­nić swoją markę, tak mówią. - Zerka na drzwi, jakby zasta­na­wiał się nad ucieczką, i dodaje: - Nie­któ­rym pro­po­no­wa­łem nawet stawkę wyż­szą niż podwójna. Bar­dzo nale­ga­łem, a mimo to odmó­wili.

Coco kur­czowo zaci­ska palce na kra­wę­dzi biurka, nie spusz­cza­jąc z niego wzroku. To musi być jakaś pomyłka. Nie powinna była wysy­łać pod­wład­nego z takim zada­niem. Natych­miast sama poje­dzie do Grasse. Ci starcy na pewno nie odmó­wią oso­bi­stej proś­bie kobiety, która stwo­rzyła Dom Mody Cha­nel. Kobiety, dzięki któ­rej powstał No 5.

- Bez zwłoki wróci pan do Paryża - oznaj­mia, przy­ci­ska­jąc dzwo­nek wzy­wa­jący Alice.

Jest legendą w świe­cie mody i per­fu­miar­stwa. Zaj­mie się tym pro­ble­mem oso­bi­ście, tak jak musi się zaj­mo­wać wszyst­kimi poważ­niej­szymi kwe­stiami w tym biz­ne­sie. Choć pomysł, by cho­dzić po proś­bie w Grasse, wydaje jej się uwła­cza­jący.

- Jest pan potrzebny w Maison, przy rue Cam­bon. Ja sama wybiorę się do Grasse. Po dro­dze pod­rzucę pana do hotelu w Can­nes.

- Jak pani sobie życzy, made­mo­iselle.

W drzwiach za jego ple­cami poja­wia się Alice. Coco każe natych­miast pod­sta­wić samo­chód.

* * *

Zaj­mu­jąc miej­sce na tyl­nym sie­dze­niu czar­nej limu­zyny daim­ler z bur­gun­dową maską, Coco instru­uje Jacques'a, swo­jego miej­sco­wego szo­fera, by przed wyru­sze­niem do Grasse zatrzy­mał się naj­pierw pod hote­lem Maje­stic. Zaci­ska zęby, z nie­chę­cią myśląc o wypra­wie. Ale nie da się jej unik­nąć, nie tylko z powodu zemsty na Pie­rze, ale też dla­tego, że gdy przej­mie kon­trolę nad firmą, musi zapew­nić stałą dostawę olejku jaśmi­no­wego do fabryki w Neu­illy.

Gdy zbli­żają się do Can­nes, ruch uliczny gęst­nieje, a na boule­vard de la Cro­isette dołą­czają do sznura suną­cych w żół­wim tem­pie auto­mo­bi­lów. Znu­dzona, poiry­to­wana Coco przy­gląda się dłu­gim rzę­dom hoteli, skle­pów i kawiarni po pra­wej i morzu po lewej. Nagle jej wzrok przy­ciąga mijany skle­pik z dum­nym szyl­dem: "Dom Besse" i dopi­skiem pod spodem: "Per­fumy z Pro­wan­sji". Coco jesz­cze raz zerka przez ramię na napis. Ni­gdy nie sły­szała o tym pro­du­cen­cie.

Sie­dzący obok niej Pru­done ze zdu­mie­niem wpa­truje się w tłumy.

- Co tu się dzieje?

Jacques odwraca głowę, pod­jeż­dża­jąc o kilka cen­ty­me­trów.

- Przy­je­chał wła­śnie pociąg z Paryża. Sły­sza­łem, że wszyst­kie miej­sca w hote­lach na wybrzeżu są zajęte. Podobno tym razem Niemcy naprawdę wkro­czą do Fran­cji. Jak pan sądzi, mon­sieur?

- Poko­na­li­śmy ich w tysiąc dzie­więć­set osiem­na­stym i zro­bimy to teraz, jeśli będą na tyle głupi, by spró­bo­wać. Ale wygląda na to, że będę miał sporo miej­sca w dzi­siej­szym pociągu do Paryża.

- Bzdury - stwier­dza Coco. - Niemcy nas nie zaata­kują. To nasi kuzyni. - Zmu­sza się do uśmie­chu. Ton ma lekki, w prze­ci­wień­stwie do obec­nego nastroju. - Poza tym mamy Linię Magi­nota. Nasi żoł­nie­rze są przy­go­to­wani.

Ulica przed hote­lem Maje­stic jest zasta­wiona rzę­dami cia­sno zapar­ko­wa­nych samo­cho­dów. W powie­trzu wiszą gęste chmury spa­lin. Jacques zdej­muje czapkę i dra­pie się po czole.

- Będziemy musieli pocze­kać, żeby pod­wieźć pana pod samo wej­ście, mon­sieur - ostrzega.

Coco przy­gląda się szo­fe­rom i boyom hote­lo­wym, któ­rzy wyj­mują z bagaż­ni­ków kufry i torby, a potem tasz­czą je do drzwi hotelu. Męż­czyźni w melo­ni­kach, gar­ni­tu­rach i kra­wa­tach zbi­jają się w grupki na chod­niku, dys­ku­tu­jąc o czymś z prze­ję­ciem, pod­czas gdy ich żony, dzieci i nia­nie kręcą się wokół.

To może potrwać całą wiecz­ność.

- Chyba naj­le­piej będzie, jak tu wysiądę, made­mo­iselle - pro­po­nuje Pru­done.

- Chyba tak. Liczę na to, że zaj­mie się pan wszyst­kim przy rue Cam­bon, zanim wrócę do Paryża. Co nastąpi wkrótce, mam nadzieję. - Coco zerka na zega­rek. - Jak zwy­kle pro­szę o dys­kre­cję. Niech pan nie odpo­wiada na pyta­nia doty­czące tutej­szych inte­re­sów.

- Oczy­wi­ście, made­mo­iselle.

Samo­chód staje, a Coco ści­sza głos.

- I pro­szę spraw­dzić stan maga­zynu w Neu­illy. Pod dowol­nym pre­tek­stem, ale kiedy wrócę, muszę wie­dzieć, na czym sto­imy. Pro­szę też zamó­wić do butiku wszystko, czego potrze­bu­jemy. Jeśli ktoś w fabryce będzie opo­no­wał, niech pan wyraź­nie pod­kre­śli, że działa z mojego pole­ce­nia.

- Tak, made­mo­iselle. - Pru­done wysiada z auta, zamyka drzwi, odwraca się i unosi palce do kape­lu­sza. - Powo­dze­nia w Grasse.

Do Grasse jedzie się drogą pro­wa­dzącą w prze­ciw­nym kie­runku, więc Jacques manew­ruje daim­le­rem wśród aut i prze­jeż­dża na prze­ciw­le­gły pas bul­waru. Coco mil­czy, roz­my­śla­jąc o małej per­fu­me­rii, którą mijali w dro­dze do mia­sta - Dom Besse. Jeśli to miej­scowy per­fu­miarz, który sprze­daje wła­sne zapa­chy, może też upra­wia jaśmin na swoje potrzeby. Może nie trzeba wcale jechać do Grasse. Może taki drobny plan­ta­tor doceni szansę na sprze­da­nie nad­mia­ro­wej pro­duk­cji Domowi Mody Cha­nel?

Jacques zerka przez ramię.

- Do Grasse, made­mo­iselle?

Coco podej­muje decy­zję.

- Jesz­cze nie. Tam jest taki skle­pik... zaraz po lewej. Tak, ten. Chcę się tutaj zatrzy­mać.

Wysiada i przez chwilę przy­gląda się witry­nie. Gdy otwiera drzwi, nad jej głową roz­lega się brzęk dzwo­neczka. Wnę­trze jest ską­pane w świe­tle słońca i prze­sy­cone czy­stym, jasnym zapa­chem przy­po­mi­na­ją­cym woń lnia­nej tka­niny schną­cej na wie­trze - kwin­te­sen­cja Pro­wan­sji.

W drzwiach z tyłu sklepu poja­wia się młoda kobieta.

- Dzień dobry, madame - mówi z uśmie­chem, roz­kła­da­jąc ręce. - Czym mogę słu­żyć?

Coco dotyka pal­cami mięk­kiego bia­łego koł­nie­rzyka i roz­gląda się wokół. Sklep jest dobrze zaopa­trzony.

- Chcia­ła­bym pową­chać kilka zapa­chów. Cze­goś z dobrym jaśmi­no­wym akor­dem, ale nie za słod­kiego. - Unosi brodę. - Nie poje­dyn­czej nuty zapa­cho­wej. Cze­goś bar­dziej zło­żo­nego.

Dziew­czyna odpo­wiada, że ma parę pro­po­zy­cji, zwłasz­cza jedną.

- Pro­szę za mną - dodaje, kie­ru­jąc się do lady po dru­giej stro­nie pomiesz­cze­nia.

Coco rusza za nią, prze­su­wa­jąc po szkle dło­nią w ręka­wiczce. Pod­czas gdy sprze­daw­czyni prze­gląda bute­leczki per­fum na dol­nej półce za kon­tu­arem, Coco zerka na swoje palce. Ręka­wiczka jest czy­sta. Sta­wia torebkę na szkla­nej ladzie i czeka.

Dziew­czyna wyj­muje cztery bute­leczki i garść pasków bibuły ze sło­ika na półce. Wyciąga korki z bute­le­czek, zanu­rza pasek w per­fu­mach i podaje klientce.

Coco deli­kat­nie macha pod nosem każ­dym paskiem po kolei. Po kilku sekun­dach powta­rza tę pro­ce­durę, tym razem robiąc dłuż­sze prze­rwy przy zmia­nie zapa­chu. Tak, wła­śnie tak myślała. Ostat­nie per­fumy się wybi­jają. Lek­kie i nie za słod­kie, z jaśmi­nem i różą w nutach serca. Wyczuwa też ślady ylang-ylang, kwiatu poma­rań­czy, szał­wii, ber­ga­motki, drewna san­da­ło­wego i led­wie cień irysa. To wybitna kom­po­zy­cja. Dokład­nie taka, jakiej potrze­buje, i - jak stwier­dza ze zdu­mie­niem - rów­nie ele­gancka jak No 5. Per­fu­miarz ma talent.

- Wezmę tę. - Czub­kiem palca dotyka ostat­niej butelki w rzę­dzie. - Jedną sztukę.

Uśmiech­nięta dziew­czyna kiwa głową.

- Bar­dzo dobry wybór. Pro­vence Amour, moje ulu­bione. Przy­pusz­cza­łam, że mogą się pani spodo­bać. - Milk­nie na chwilę. - Cena wynosi dwa­dzie­ścia fran­ków.

Coco, otwie­ra­jąc torebkę, pyta obo­jęt­nym tonem:

- Czy to miej­scowy wyrób?

Dziew­czyna bie­rze z półki arkusz bia­łej bibuły.

- Tak. - Owija bute­leczkę i prze­wią­zuje wąską saty­nową wstążką, po czym podaje paku­nek Coco. - Rodzina ma gospo­dar­stwo w pobliżu Grasse.

- I upra­wia wła­sne kwiaty?

- O tak! Besse to jedna z naj­star­szych rodzin per­fu­mia­rzy w oko­licy. Całe poko­le­nia...

- Chcia­ła­bym poznać twórcę.

- Nie wiem, jak to zro­bić... - Dziew­czyna roz­kłada ręce. - Nikt ni­gdy o to nie pro­sił. Mon­sieur Besse nie­czę­sto przy­jeż­dża do mia­sta, więc nie znam go zbyt dobrze.

Coco stara się ukryć znie­cier­pli­wie­nie.

- Jutro wyjeż­dżam z Can­nes do Paryża, a muszę go poznać przed wyjaz­dem. Pocze­kam, aż pani zate­le­fo­nuje. Pro­szę go spy­tać. Jestem Gabrielle Cha­nel, z Domu Mody Cha­nel w Paryżu.

Sprze­daw­czyni przy­ci­ska dłoń do ust.

- Och, tak, oczy­wi­ście!

- Pro­szę mu prze­ka­zać, że chcia­ła­bym się spo­tkać dzi­siaj, jeśli to moż­liwe.

- Tak, madame... to zna­czy made­mo­iselle Cha­nel. Już do niego dzwo­nię.

Dziew­czyna odwraca się i pospiesz­nie rusza na zaple­cze. Mijają kolejne minuty, więc Coco z wes­tchnie­niem kła­dzie swoje rze­czy na kon­tu­arze. Uzy­ska­nie połą­cze­nia tele­fo­nicz­nego mię­dzy Can­nes a gospo­dar­stwem w górach może tro­chę potrwać, tym bar­dziej w obec­nych cza­sach. W końcu eks­pe­dientka zaczyna z kimś roz­ma­wiać przy­ci­szo­nym gło­sem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki