Rozdział III
*
[...]
*
Ojciec Mili, Tadeusz Neuer, był położnikiem. W ciągu trzydziestu lat pracy wyprowadził na świat połowę mieszkańców Mroków. Jego przesłonięta twarz była pierwszą, jaką widzieli po narodzeniu. Był oddany swojej pracy, ale po latach przyszła rutyna. Każdy poród był inny, ale - z wyjątkiem tych najtrudniejszych - zarazem do innych podobny. Nawet własną córkę przywiódł na świat osobiście. Miał ją odebrać jego zastępca, ale kiedy zaszedł odwiedzić żonę, zaczęła się przedwczesna akcja porodowa, więc bez namysłu przystąpił do działania.
Dziecko miało uratować ich coraz luźniejszy związek. To on, a nie ona, o kilkanaście lat od niego młodsza, chciał tego dziecka. Mila przyszła na świat późno i oboje byli nadopiekuńczymi rodzicami, co jak cała reszta, było powodem do konfliktów.
- Dzwoniłeś do niej? - zapytała Zofia, jak tylko zdążył przysiąść z książką w fotelu po męczącym dyżurze. Zawsze, jak sięgał po książkę, stawała przed nim z jakimś pytaniem albo zaległym problemem, o którym już nie pamiętał. Kiedy chciał się odgrodzić od problemów, zagłębić w odległy już świat stalinowskich zbrodni, pochylić nad cierpieniami ludzi, którzy od dawna już nie żyli albo ledwo żyli i być może nie zachowali pełnej pamięci własnego bólu i upokorzeń, bo przyszła obezwładniająca starość. On, doktor Neuer, czuł za nich ten ból po latach, utożsamiał się z nim, doznawał go w komforcie swojego wygodnego, w miarę dostatniego życia, i z pewnym zawstydzeniem przyznawał się sam przed sobą, że to uczucie sprawia mu niestosowną ulgę.
- Do kogo? - odpowiedział pytaniem, chociaż wiedział, o kogo chodzi, a ona wiedziała, że on wie.
- Do swojej córki - wyjaśniła jednak cierpliwie z rosnącym mimo wszystko zniecierpliwieniem, a w jej głosie zabrzmiała prowokacyjna nuta, ledwo dostrzegalna, ale nie dla niego, który całą gamę tej gry małżeńskiej w ciągu dwudziestu lat dawno opanował. "Nasza córka" stawała się "twoją" lub "moją" w pewnych mniej sprzyjających okolicznościach.
- Przecież ty do niej dzwoniłaś - wypomniał niechętnie. - Dojechała, więc wszystko w porządku.
- Niepotrzebnie podnosisz głos.
- Ja podnoszę głos?! - zapytał podniesionym głosem.
- Powinieneś siebie usłyszeć. Wrzeszczysz! - krzyknęła Zofia.
- Kiedy mówię spokojnie - wycedził powoli przez zęby - to twierdzisz, że jestem całkowicie obojętny, bo nie ma we mnie emocji. Otóż są we mnie emocje i próbuję nad nimi zapanować, żeby nie doszło do awantury.
- Zapytałam tylko, czy dzwoniłeś do naszej córki.
Tym razem głos żony brzmiał polubownie i na pozór niewinnie.
- Co jest niewłaściwego, że pytam, czy dzwoniłeś? - dodała zupełnie bez potrzeby.
- O co ci chodzi?! - wypowiedział prymitywną mantrę wszystkich mężczyzn, którzy próbują zrozumieć swoją kobietę, ale wstydzą się zapytać o te wszystkie niewyjawione, odłożone na później, macerujące się tygodniami pretensje i emocje, bo się boją, że wciągną ich w topiel niezrozumiałych doznań, drobnych uraz, które potoczą się lawiną, zmiatając wszystko po drodze. Dobrze wiedział, tak jak wiedzą to wszystkie kobiety, że na pytanie "o co ci chodzi?" nie ma dobrej odpowiedzi, a jak trzeba na nie odpowiadać, to są jeszcze gorsze.
Poczuł bezradność, jak zawsze na tym etapie rozkwitającej scysji, i cisnął wspomnienia katorżników na stolik. Opasły tom spadł na blat z plaśnięciem, które zabrzmiało jak policzek.
Zofia Neuer, anglistka, której szanse na spełnienie zawodowe przepadły, odkąd ugrzęzła przy boku męża w prowincjonalnym miasteczku, bo przecież sam Frank McIvan, przedstawiciel wchodzącego do Polski z rozmachem kanału British Four, zaproponował jej, żeby została jego najbliższą asystentką niemal dwadzieścia lat temu. Dzisiaj, zamiast siedzieć w szkole i uczyć języka, którego nikt nie chciał rozumieć, zapewne decydowałaby o położeniu gwiazd na firmamencie telewizyjnym. Frank doceniał jej słowiańskie esprit, perfekcyjną znajomość języka, imponujące oczytanie w jego ojczystej literaturze, znajomość światowej filmografii w jej najlepszych przejawach, i reagował na nie daleko idącą skłonnością. Przestraszyła się tego połączonego z niebotycznymi perspektywami uczucia i wczesnej ciąży. Postanowiła spełnić się w cierpieniu jako matka dziecka, które się jeszcze nie urodziło, i poświęceniu dla męża, którego jeszcze nie przestała kochać.
Kiedy książka spadła na blat niczym dłoń na policzek, Zofia wzdrygnęła się dramatycznie, spojrzała na męża z przerażeniem szczerze udanym i powiedziała schrypniętym szeptem:
- Jesteś coraz bardziej agresywny. Zaczynam się ciebie bać.
Dalsza część dostępna w wersji pełnej