Królowa Margot - Aleksander Dumas (ojciec)

Kup ebooka

12.99 zł
11.17 zł (9,39 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ III. KRÓL - POETA.

 

Następne dni upłynęły na uroczystościach, balach i turniejach.

Nieustanne zabawy - zawróciły głowy nawet naj zacieklejszym hugonotom.

Widziano ojca Cotton, obiadującego i hulającego z baronem de Courtaumer; księcia Gwizyusza, płynącego na Sekwanie łódką z księciem Kondeuszem.

Król, pogrążony w melancholii, która go często napadała, nie mógł się obejść bez swego szwagra Henryka.

Wreszcie królowa-matka tak była wesołą, zajętą haftowaniem i różnemi zabawkami, że nawet nie pomyślała o potrzebie udania się na spoczynek.

Hugonoci, zniewieściawszy cokolwiek w tej nowej Kapuj; zaczęli nosić jedwabne kaftany, pokazywać publicznie swoje herby i wyprawiać pod balkonami sławnych piękności serenady, naśladując w tem katolików.

Wszędzie widać było przewagę religii reformowanej, mniemano nawet, że cały dwór przejdzie na wiarę protestancką.

Sam admirał, chociaż mający tyle doświadczenia, był również tego mniemania, i tak dalece nabił sobie głowę tą myślą, że pewnego razu, podczas dwugodzinnej przechadzki, zapomniał piórka od zębów, którem zwykł był się bawić od godziny drugiej, to jest, od czasu odejścia od stołu, aż do godziny ósmej wieczorem, o której siadał do kolacyi.

Tego samego wieczora, w którym admirał tak dalece się zapomniał, król Karol IX-ty zaprosił do siebie na wieczerzę, Henryka Nawąrrskiego i księcia Gwizyusza.

Król, wstawszy od stołu, przeszedł z nimi do swego pokoju, i zaczął im opowiadać dowcipne urządzenie własnego pomysłu samołówki na wilki; nagle przerwał:

- A cóż?... Czy admirał nie przyjdzie dzisiaj?... kto go widział, i kto mi może cokolwiek o nim powiedzieć?...

- Ja - odrzekł król Nawarry. - Jeżeli Wasza królewska mość troszczysz się o jego zdrowie, mogę go zupełnie w tym względzie uspokoić; widziałem bowiem admirała dziś rano o szóstej, wieczorem zaś o godzinie siódmej.

- Ha!... ha!.. - rzekł król, a oczy jego niespokojne spoczęły z przenikliwą ciekawością na szwagrze - ranny z ciebie ptaszek, Henryczku, jak na młodego męża.

- Tak, Najjaśniejszy panie - odpowiedział Bearneńczyk - chciałem się tylko dowiedzieć od wszystko-wiedzącego admirała, czy szlachcice, na których oczekuję, są już w drodze.

- Jeszcze szlachta!... w dzień twojego ślubu było ich ośmiuset, a co dzień przybywają nowi; zanosi się na jakiś napad - odrzekł Karol IX-ty, śmiejąc się.

Książę Gwizyusz z marszczył brwi.

- Najjaśniejszy panie - odpowiedział Bearneńczyk - mówią o wojnie z Flandryą, i ja zbieram wokoło siebie wszystkich swoich ziomków, którzy, jak sądzę, mogą być użytecznymi Waszej królewskiej mości.

Książę Gwizyusz, przypomniawszy sobie mniemany projekt, o którym Henryk wspominał żonie w dzień swoich zaślubin, podwoił uwagę.

- Bobrze, dobrze - odrzekł król, ze zwykłym uśmiechem fałszywym - im więcej ich będzie, tem dla nas będzie przyjemniej. Zbieraj więc ich, zbieraj, Henryku. Lecz cóż to za jedni ci, panowie?.. spodziewam się, że ludzie odważni.

- Nie wiem, czy moja szlachta warta twojej, Najjaśniejszy panie, lub księcia Andegaweńskiego i księcia Gwizyusza, lecz ja ją znam, i jestem przekonany, że jej członkowie uczynią wszystko, co będzie w ich mocy.

- Jak wielu ich spodziewasz się?...

- Dziesięciu, a najwyżej dwunastu.

- Jakże się nazywają?...

- Wistocie nie pamiętam; wyjąwszy tylko jednego, którego przedstawiał mi Teligny, jako skończonego człowieka; nazwisko jego de La Mole; o drugich...

- De La Mole?... czy to czasem nie Lerac de La Mole, Prowensalczyk?... - zapytał król, posiadający obszerne wiadomości w genealogii.

- Właśnie ten sam; widzisz więc, Najjaśniejszy panie, że szukani ludzi aż w Prowancyi.

- Ja zaś - rzekł z szyderczym uśmiechem książę Gwizyusz - szukani ich jeszcze dalej, aniżeli Jego królewska mość król Nawarry; wynajduję bowiem wiernych katolików w Piemoncie.

- Czy katolicy, czy hugonoci - przerwał król - wszystko mi jedno; idzie mi o to, ażeby byli odważnymi. Król wyrzekł te słowa z tak obojętnym wyrazem twarzy, że nawet książę Gwizyusz zadziwił się.

- Wasza królewska mość zajmuje się naszymi Fiamandczykami - rzekł wchodząc admirał, któremu Karol IX-ty przed kilku dniami pozwolił wchodzić, bez opowiadania się.

- A!... otóż mój ojciec admirał - rzekł Karol IX-ty - tylko cośmy zaczęli mówić o wojnie i odważnych, a on tuż; zawsze to natura ciągnie wilka do lasu; mój szwagier Henryk i brat Gwizyusz, oczekują posiłków dla swej armii. O tem właśnie mowa.

- Posiłki te już nadciągają - odpowiedział admirał.

- Czyś pan odebrał jakie wiadomości?... - zapytał Bearneńczyk.

- Tak, mój synu, a szczególniej o panu de La Mole; wczoraj był on w Orleanie, jutro więc a najdalej pojutrze, przybędzie do Paryża.

- Niech dyabli wezmą!... nie wiedziałem, że pan admirał jest czarnoksiężnikiem, kiedy wie, co się dzieje o trzydzieści lub czterdzieści mil od Paryża. Co do mnie, chciałbym wiedzieć z podobną pewnością, co się stało lub stanie pod murami Orleanu.

Nie wzruszył bynajmniej Colignyego ten ostry pocisk księcia Gwizyusza, który go widocznie wymierzył, dla przypomnienia mu śmierci Franciszka Gwizyusza, swego ojca, zabitego pod Orleanem, przez niejakiego Poltrot de Méré, z namowy, jak mniemano, admirała.

- Zawsze jestem czarnoksiężnikiem - odparł zimno i poważnie admirał - ile razy chcę dokładnie dowiedzieć się o tem, co się tyczy spraw moich, lub mego króla. Mój goniec przybył z Orleanu przed godziną i, dzięki poczcie, odbył przez jeden dzień trzydzieści dwie mile. Pando La Mole, który jedzie na własnym koniu, robi tylko dziesięć mil dziennie, przybędzie więc dopiero dwudziestego czwartego. Otóż i cała magia.

- Wybornie, mój ojcze!... - zawołał Karol IX-ty. - Pokaż tym młokosom, że nie tylko wiek, lecz i mądrość ubieliła twe włosy; niech oni sobie mówią o turniejach, miłostkach, a my pomówmy o wojnie; dobrzy doradcy są podporą królów. Idźcie, panowie, muszę się rozmówić z admirałem.

Obaj młodzieńcy wyszli; najprzód król Nawarry, a za nim książę Gwizyusz, lecz za drzwiami, ozięble nawzajem się ukłoniwszy, każdy poszedł w swoję stronę.

Coligny śledził ich oczyma z jakąś niespokojnośmą; gdyż skoro tylko zobaczył razem tych dwóch ludzi, wzajemną nienawiścią pałających, obawiał się zawsze jakiego smutnego wypadku.

Karol IX-ty zrozumiał jego myśl, zbliżył się do niego i, wziąwszy go za rękę, powiedział:

- Bądź spokojny, mój ojcze, wszak na to tu jestem, ażeby utrzymać każdego w posłuszeństwie i w granicach przyzwoitości. Jestem prawdziwym królem od czasu, jak moja matka nie jest już królową; ona zaś przestała być nią, skoro tylko Coligny został moim ojcem.

- O!... Najjaśniejszy panie!... królowa Katarzyna...

- Swarliwa kobieta. Z nią niepodobna żyć w spokoju. Jej katolicy włoscy są jakby wściekli, wszystko tylko niszczą; ja zaś przeciwnie, nie tylko chcę wszystkich uśmierzyć, lecz i ustalić władzę protestantów. Reszta jest bardzo rozwiązłą, mój ojcze, i gorszy mnie swemi miłostkami i rozpustą. Czyż mam ci wyznać otwarcie?... - mówił dalej Karol IX-ty podwajając, swoję szczerość - nie dowierzam nikomu z otaczających mnie, wyjąwszy nowym mym przyjaciołom. Pycha Tavannesa podejrzana. Vieille-Ville lubi tylko dobre wino i gotów mnie zdradzić za beczkę dobrej małmazyi. Montmorency myśli tylko o polowaniu, i przepędza czas miedzy swemi psami i sokołami. Hrabia de Retz jest Hiszpanem, książęta Gwizyusze Lotaryńczykami. Zdaje mi się, co Boże odpuść, że w całej Francyi prawdziwymi Francuzami są: ja, mój szwagier Henryk, i ty. Lecz ja jestem przykuty do tronu i nie mogę dowodzić wojskiem. Jest to już wiele, jeśli mi wolno polować w Saint-Germain i Rambouillet. Mój szwagier Henryk, jest jeszcze zbyt młodym, i mało ma doświadczenia. Wreszcie, zdaje mi się, że zupełnie się przejął charakterem swego ojca Antoniego, którego pociągnęły do zguby kobiety. Tylko ty, mój ojcze, jesteś odważny jak Juliusz Cezar, a mądry jak Plato. Ja sam nie wiem, co mi robić wypada: czy cię zostawić moim doradzcą, czy też posłać jako dowódzcę armii?... Lecz jeżeli będziesz doradzcą, któż będzie dowódzcą?... Jeżeli będziesz dowódzcą, któż będzie znowu doradzcą?...

- Najjaśniejszy panie - odpowiedział Coligny - trzeba pierwej zwyciężyć; rada znajdzie się po zwycięztwie.

- Więc takie twe zdacie, mój ojcze?... zgoda. W poniedziałek udasz się do Flandryi, a ja do Amboise.

- Wasza królewska mość opuszczasz Paryż?

- Tak. Ciągły zgiełk i uroczystości już mnie znudziły. Nie jestem stworzony na człowieka czynnego, lecz na marzyciela. Urodziłem się nie na króla, lecz na poetę. Dopóki będziesz na wojnie, będziesz zarazem kierował sprawami państwa, i oby tylko matka moja nie wmieszała się do tego, wszystko pójdzie dobrze. Uwiadomiłem już Ronsard'a, żeby przybył do Amboise, a tam obaj, zdała od światowego zgiełku, od ludzi, w cieniu olbrzymich drzew, przy miłym szmerze strumyków, będziem rozstrzygali kwestye religijne. Oto posłuchaj moich wierszy, które napisałem dziś rano, zapraszając go do siebie.

Coligny uśmiechnął się.

Karol IX-ty powiódł ręką po zżółkłem i gładkiem jak słoniowa kość czole, i przeciągłym tonem zadeklamował wiersze.

- Wybornie, Najjaśniejszy panie - zawołał Coligny - chociaż znam się lepiej na wojnie, jak na poezyi, zdaje mi się jednak, że wiersze te są lepsze od najpiękniejszych poezyj Ronsard'a, Dorat'a i nawet Michała de l'Hospital, kanclerza Francyi.

- A! mój ojcze - zawołał Karol IX-ty - oby to było prawdą! Powiem ci otwarcie, że tytuł poety najwięcej ma dla mnie powabu i przekładam go nad wszystko w świecie; wyraziłem to właśnie w wierszach, kilka dni temu do Ronsard'a pisanych.

I teraz muszę odpowiedzieć na nowy wiersz, przysłany mi przez mego ulubionego wielkiego poetę. Dlatego też, nie mogę udzielić ci teraz wszystkich papierów wyjaśniających kwestye, które mnie poróżniły z Filipem II-im. Oprócz tego znajduje się tam jeszcze jakiś plan bitwy, przez moich ministrów ułożony. Wyszukam to wszystko i jutro rano ci wręczę.

- O której godzinie, Najjaśniejszy panie?

- O dziewiątej; lecz jeżeli przypadkiem będę pracował w gabinecie... nie zważaj na to: wejdź i weź wszystkie papiery, które znajdziesz zamknięte w czerwonej tece, na tym oto stole; kolor jej jest zbyt rażący, ażebyś się miał omylić; teraz idę pisać do Ronsard'a.

- Do widzenia, Najjaśniejszy panie.

- Do widzenia, mój ojcze.

- Najjaśniejszy panie, pozwól mi ucałować swoję rękę?

- Co mówisz, ucałować moję rękę? w objęciach moich, przy mem sercu, tam twoje miejsce. Zbliż się, zbliż, stary wojowniku.

I Karol IX-ty przyciągnąwszy do siebie admirała de Coligny, z uszanowaniem schylonego, dotknął ustami jego posiwiałej głowy.

Admirał wyszedł, ocierając spadającą łzę.

Karol IX-ty, dopóty za nim spoglądał, dopóki go nic stracił z oczów, i tak długo przysłuchiwał się, aż zupełnie ucichł jego ciężki chód; potem, jak zazwyczaj, pochyliwszy na piersi swą głowę, udał się wolnym krokiem do zbrojowni.

Gabinet ten był najulubieńszym pokojem króla; tutaj uczył się fechtować od Pompée'go a poezyi od Ronsard'a.

Tutaj zgromadził on mnóstwo odpornej i zaczepnej broni w najlepszym gatunku.

Wszystkie ściany były pokryte siekierami, tarczami, dzidami, halabardami, pistoletami i muszkietami; dnia nawet dzisiejszego, przyniósł mu słynny puszkarz przepyszną rusznicę.

Karol IX-ty wszedł więc, jakieśmy już wyżej powiedzieli, do tego gabinetu, i, zamknąwszy główne drzwi, podniósł kobierzec zakrywający mały korytarzyk.

Korytarzyk ten prowadził do pokoju, w którym młoda kobieta, klęcząc przed modlitewnikiem, odmawiała pacierze.

Król szedł tak cicho, dywan bowiem tłumił odgłos jego kroków, że można go było wziąć za jakie widmo.

Klęcząca kobieta, nic nie widząc ani słysząc, nie przestawała się modlić.

Król zatrzymał się chwilę, z zamyśleniem się jej przypatrując.

Była to kobieta trzydzieści cztery, lub trzydzieści pięć lat mieć mogąca.

Świeża jej piękność nabierała jeszcze większego blasku, przez ubiór wieśniaczki z okolic Caux.

Miała ona na głowie wysoki czepek, bardzo modny strój na dworze francuzkim, za panowania Izabelli Bawarskiej; czerwony jej stanik był cały zahaftowany złotem, jak teraz noszą wieśniaczki z Nettuno i Sora.

Pokój, który od dwudziestu lat zajmowała, przytykał do sypialni króla, i przedstawiał dziwną mieszaninę wykwintności z sielską prostotą.

Rzekłbyś, że pałac odbił się w chatce, a chatka w pałacu.

W pokoju tym było coś pośredniego miedzy skromnością wiejskiego mieszkania, a zbytkownością buduaru jakiej znakomitej damy.

W rzeczy samej, modlitewnik, przed którym klęczała, zrobiony był z dębowego drzewa, cudowną ozdobiony rzeźbią i pokryty aksamitem, złotemi frenzlami obszytym; gdy tymczasem Biblia (kobieta ta była protestantką), z której się modliła, była z liczby tych starych, prawie podartych książek, które nawet w najbiedniejszych domach można napotkać.

Reszta przedmiotów była w podobnym stosunku, jak modlitewnik i biblia.

- Magdaleno!... - rzekł król.

Kobieta, klęcząca, usłyszawszy znajomy głos, z uśmiechem podniosła głowę; potem wstając, powiedziała:

- A! to ty mój synu.

- Tak, mamko; przyjdź do mnie.

Karol IX-ty spuścił portierę i wszedłszy do swego gabinetu, usiadł na poręczy fotelu. Mamka weszła.

- Czego chcesz odemnie, Karolku?... - zapytała.

- Zbliż się i odpowiadaj jak najciszej.

Mamka zbliżyła się z poufałością, pochodzącą z tej czułości macierzyńskiej, jaką okazuje kobieta wykarmionemu przez siebie dziecku.

- Już jestem - powiedziała - mów, czego chcesz?

- Czy człowiek, którego kazałem zawołać, jest już tu?

- Od pół godziny.

Karol wstał, zbliżył się do okna, popatrzył, czy kto nie podgląda, przyłożył do drzwi ucho, dla przekonania się, czy kto nie podsłuchuje, otrząsnął kurz ze swej zbroi, pogłaskał ogromnego charta, krok w krok za nim chodzącego, nareszcie zatrzymawszy się przy mamce, rzekł:

- Dobrze, każ mu wejść.

Mamka wyszła, król zaś oparł się o stół, na którym leżało mnóstwo rozmaitego rodzaju broni.

W tej chwili uchyliła się znowu portiera i weszła osoba, na którą król oczekiwał.

Byłto człowiek, około czterdziestu lat mający, szarych, fałszywych oczu, nosa zakrzywionego na podobieństwo dziobu sowy, i wystających na policzkach kości; wchodząc, starał się przybrać na twarzy wyraz szacunku, zamiast którego pokazywał się tylko obłudny uśmiech na zbladłych ze strachu ustach.

Karol lekko wyciągnął po za siebie rękę i, oparłszy ją na gałce od pistoletu nowego wynalazku, z którego wystrzał następował nie za pomocą lontu, lecz od zetknięcia krzemienia ze stalowem kółkiem, spoglądał na przybyłego swoim zamglonym wzrokiem, gwiżdżąc przy tem jednę z ulubionych łowieckich piosnek.

Po kilku chwilach, podczas których twarz nieznajomego coraz hardziej się zmieniała, król powiedział:

- Nazywasz się Franciszek de Louviers Maurevel?

- Tak jest, Najjaśniejszy panie.

- Jesteś dowódzcą minierów?

- Tak, Najjaśniejszy panie.

- Chciałem cię widzieć.

Maurevel skłonił się.

- Wiesz - mówił Karol z przyciskiem - że kocham zarówno wszystkich moich poddanych.

- Wiem - wybąkał Maurevel - że Wasza królewska mość jest ojcem swego narodu.

- I że hugonoci również, jak i katolicy są memi dziećmi.

Maurevel zaniemiał; tylko dreszcz, przebiegający po ciele jego, nie uszedł przenikliwego wzroku króla, pomimo że przybyły był prawie ukryty w ciemności.

- Więc ci to nieprzyjemność sprawiło - mówił dalej król - prowadziłeś przecież zaciętą wojnę z hugonotami.

Maurevel padł na kolana.

- Najjaśniejszy panie - wyjąknął - chciej wiedzieć...

- Już wiem - rzekł Karol IX-ty, coraz bardziej przenikając Maurevela swemi oczami, które ze szklanych stały się prawie płomienistemi - wiem, że chciałeś zabić w Moncontour pana admirała, wiem, że ci się to nie udało i że przeszedłeś do armii księcia Andegaweńskiego, naszego brata; nakoniec wiem i to, żeś po drugi raz przeszedł na stronę książąt i wpisałeś się do oddziału pana de Mouy dc Saint-Phale?

- O! Najjaśniejszy panie.

- Odważnego szlachcica z Pikardii - nie przestawał mówić król.

- Najjaśniejszy panie - zawołał Maurevel - nie dobijaj mnie!

- Był to zacny oficer - mówił ciągle Karol IX-ty, na którego twarzy malował się wyraz prawie zwierzęcego okrucieństwa - przyjął cię, jak syna, dał ci mieszkanie, odzież i jedzenie.

Maurevel ciężko westchnął.

- Nazywałeś go, zdaje mi się, swoim ojcem - mówił król bez litości - i czuła przyjaźń łączyła cię z młodym de Mouy, jego synem.

Maurevel, klęcząc ciągle, coraz bardziej się przechyla], jakby przygniatany wyrazami Karola IX-go, który, stojąc niewzruszenie i obojętnie, podobny był do posągu tylko z ustami, obdarzonymi życiem.

- Ale!... - odpowiedział król - książę Gwizyusz przyrzekł ci dziesięć tysięcy talarów za zabicie admirała.

Strwożony morderca czołem uderzył o podłogę.

- Co się tyczy pana de Mony, twojego dobrego ojca, pojechałeś z nim razu pewnego na rozpoznanie miejsca do Clevreux! Jadąc, upuścił bicz, zeszedł więc z konia, ażeby go podjąć. Byłeś z nim sam; wyjąłeś pistolet z olstrów, i gdy on się schylił, zastrzeliłeś go; skoro już wydał ostatnie tchnienie, uciekłeś na koniu, którego ci darował. Nieprawdaż, że tak było?

Ponieważ zaś Maurevel nie odpowiadał ani słowa na to oskarżenie, dokładne we wszystkich szczegółach, król więc zaczął znowu gwizdać piosnkę łowiecką na tę samą nutę co i poprzednio.

- Czy wiesz, morderco - - powiedział po chwili - że mam wielką ochotę kazać cię powiesić?

- O! Najjaśniejszy panie - zawołał Maurevel.

- Młody de Mony prosił mię o to jeszcze wczoraj, i ja prawdziwie nie wiedziałem, co mu na to odpowiedzieć, gdyż jego prośbie niema nic do zarzucenia.

Maurevel złożył ręce.

- Tem bardziej zasługuje ona na uwagę, gdyż, jak sam mówisz, jestem ojcem swojego narodu, i że teraz kiedy się pogodziłem z hugonotami, są oni dla mnie takiemiż jak i katolicy dziećmi.

- Najjaśniejszy panie - rzekł Maurevel, zupełnie zgnębiony - życie moje w twoim ręku; rób z niem, co ci się podoba.

- Prawdę mówisz; nie dałbym za niego ani grosza.

- Lecz czy niema już środka, dla odkupienia mej zbrodni?... - zapytał morderca.

- Nie wiem... Z tem wszystkiem będąc na lwem miejscu, co, dzięki Bogu, nie jest...

- Cóż więc? gdyby Wasza królewska mość był na mojem miejscu - szepnął Maurevel, nie spuszczając oczu z ust Karola.

- Sądzę, że wywinąłbym się z tego - rzekł król.

Maurevel podniósł się na jedno kolano, i, oparłszy się ręką o podłogę, bacznie spoglądał na Karola, chcąc się przekonać, czy z niego nie żartuje.

- Wprawdzie kocham bardzo młodego de Mony'a - mówił dalej król - lecz również lubię mego brata Gwizyusza, i gdyby jeden z nich prosił mnie o życie dla człowieka, którego śmierci domagałby się drugi, przyznaję, że byłbym w wielkim kłopocie. Jednak, ze względu na politykę i na religię, powinienbym przenieść żądanie mego brata Gwizyusza, gdyż de Mouy chociaż jest walecznym oficerem, w porównaniu z księciem Lotaryńskim jest mało znaczącą figurą.

Podczas tej mowy, Maurevel zwolna wyprostował się, jak człowiek, powracający do życia.

- Ważną więc byłoby dla ciebie rzeczą, iżbyś w swojem położeniu teraz niej szem, starał się pozyskać względy mego brata Gwizyusza; przypominam sobie właśnie, co mi on wczoraj opowiadał.

Maurevel zbliżył się na krok.

- Wystaw sobie, Najjaśniejszy panie - mówił mi książę Gwizyusz - że co rano o dziesiątej godzinie, przechodzi ulicą Saint-Germain-l'Auxerrois, powracając z Luwru, mój śmiertelny nieprzyjaciel; widzę go zawsze przez kratę w oknie dolnego piętra; okno to jest w pokoju dawnego niego nauczyciela, kanonika Pierre-Pille. Codziennie widzę przechodzącego obok mnie mego nieprzyjaciela i codziennie wzywam szatana, ażeby go wtrącił w otchłanie piekielne. Powiedz więc, panie Maurevel - mówił dalej Karol - czy czasem nie zechcesz być tym szatanem; może sprawisz tem przyjemność memu bratu Gwizyuszowi.

Maurevel odzyskał swój piekielny uśmiech a jego blade jeszcze ze strachu usta wymówiły następne wyrazy:

- Lecz, Najjaśniejszy panie, ja nie mam władzy nad piekłem.

- Jednakżeś wtrącił tam, jeśli się nie mylę, odważnego de Mouy'a. Gotów jesteś powiedzieć, że to za pomocą pistoletu... Ale! ale! masz jeszcze ten pistolet?

- Wybacz, Najjaśniejszy panie - odparł zbójca prawie już uspokojony - z rusznicy strzelam jeszcze lepiej, niż z pistoletu.

- O!... - rzekł Karol IX-ty - czy pistolet, czy rusznica, wszystko to jedno, a mój brat Gwizyusz, przekonany jestem, nie będzie przemyśliwał nad wyborem środków.

- Lecz - powiedział Manrevel - ja potrzebuję broni, na której mógłbym polegać: spuścić może trzeba będzie strzelać z daleka.

- Mam tu dziesięć rusznic - odrzekł Karol - strzelam z każdej do złotego talara, w odległości stu pięćdziesięciu kroków. Sprobój której.

- O!.. z największą przyjemnością, Najjaśniejszy panie - zawołał Maurevel, idąc w stronę, gdzie stała rusznica, przyniesiona Karolowi właśnie tegoż samego dnia.

- Nie, tej nie bierz - powiedział król - tę zatrzymuje sobie. Wyprawię w tych dniach wielkie polowanie, na którem, spodziewam się, że mi się ta rusznica przyda; wybierz więc inną.

Maurevel zdjął pierwszą lepszą rusznicę ze ściany.

- Teraz, Najjaśniejszy panie, racz wskazać mi tego nieprzyjaciela - zapytał morderca.

- Alboż ja go znam?... - odpowiedział Karol IX-ty, gnębiąc Maurevela spojrzeniem pełnem wzgardy.

- A więc zapytani się księcia Gwizyusza - wyjąkał Maurevel.

Król wzruszył ramionami i odpowiedział:

- Nie pytaj się, Gwizyusz i tak nic ci nie powie. Czyż się odpowiada na podobne pytania?.. Kto niechce, ażeby go powieszono, powinien się sam domyśleć.

- Lecz wreszcie, poczem mogę go poznać?..

- Mówię ci, że co rano o godzinie dziesiątej, przechodzi przed oknami kanonika.

- Lecz przed temi oknami przechodzi wielu. Niech Wasza królewska mość raczy mi wskazać cokolwiek, po czembym go mógł poznać?...

- O!.. to bardzo łatwo. Jutro, naprzykład, będzie niósł pod pachą tekę z czerwonego safianu.

- Wskazówka ta jest dla mnie dostateczną, Najjaśniejszy panie.

- Czy masz ciągle tego szybkiego konia, którego ci de Mony darował?...

- Mam nawet prawdziwego arabskiego, Najjaśniejszy panie.

- O!... ja się o ciebie nie troszczę; ale może ci nie zaszkodzi wiedzieć, że w klasztorze z tylu znajduje się brama.

- Dziękuję Waszej królewskiej mości: teraz módlcie się za mnie do Boga.

- Co?... do kroćset dyablów!.. raczej do szatana; bo jego tylko pomoc, może cię uratować od stryczka.

- Do widzenia, Najjaśniejszy panie.

- Bądź zdrów. Ale!., ale... zaczekaj, panie Maurevel; gdyby z jakichkolwiek bądź powodów, zaczęto o tobie mówić w dniu jutrzejszym przed rodziną dziesiątą, lub wspomniano później, pamiętaj, że w Luwrze są rozmaite kryjówki...

I Karol IX-ty zaczął pogwizdywać spokojniej i donośniej, niż zwykle, ulubioną piosnkę.

 

 

ROZDZIAŁ II. SYPIALNIA KRÓLOWEJ NAWARY.

 

Książę Gwizyusz, odprowadziwszy swoje bratowę, księżnę de Nevers, na ulicę du Chaume, do pałacu, wprost ulicy de Brac położonego, powierzył ją staraniom kobiet, a sam udał się do swego pokoju, ażeby zmienić ubiór.

Włożył na siebie płaszcz nocny i uzbroił się krótkim, ostrym sztyletem, który powszechnie znano pod nazwiskiem "uczciwości szlacheckiej" (uno foi de gentilhomme) i już zwykle przy nim nie noszono szpady.

Lecz, biorąc go ze stołu, spostrzegł pomiędzy ostrzem i pochwą, tkwiącą małą karteczkę.

Niezwłocznie ją rozwinął i przeczytał następujące wyrazy:

"Spodziewam się, że książę Gwizyusz nie wróci już tej nocy do Luwru, lub jeżeli to uczyni, nie zapomni przynajmniej włożyć koszulki żelaznej i przypisać ostrej szpady."

- Ho!... ho!... - zawołał książę, zwracając się do swego kamerdynera - znalazłem tu, panie Robin, jakieś szczególne ostrzeżenie. Powiedz mi, kto tu był podczas mojej niebytności?...

- Był tu pewien pan.

- Co za jeden?...

- Pan du Gast.

- Tak, tak!.. prawda, pismo wydawało mi się znanem. Czy tylko wiesz z pewnością, że tu był du Gast?.. widziałeś go?...

- Nawet z nim mówiłem.

- A więc dobrze; usłucham jego rady. Podaj mi koszulkę żelazną i szpadę.

Kamerdyner, przyzwyczajony już do podobnych zmian ubioru swego pana, przyniósł natychmiast żądane przedmioty.

Książę przywdział koszulkę, której ogniwka stalowe były tak giętkie i tak ściśle z sobą spojone, że miały raczej podobieństwo do jakiejś cienkie tkaniny, niż do pancerza bezpieczeństwa; potem włożył kurtkę, spodnie i srebrem naszywany kaftan koloru szarego, swego najulubieńszego.

Nakoniec, wdziawszy huty z cholewami, dochodzącemi za kolana i wziąwszy na głowy czarny aksamitną, bez piór i drogich kamieni czapeczkę, owinął się w płaszcz ciemnego koloru, zatknął za pas sztylet i, oddawszy szpadę paziowi, jedynemu obrońcy, któremu kazał za sobą postępować, udał się do Luwru.

Kiedy wychodził z domu, pierwsza godzina wybiła na wieży Saint-Germain-l'Auxerrois.

Chociaż było już nader późno, a ulice w owym czasie były nie bardzo bezpieczne, awanturniczy nasz książę nie doznał jednak żadnego przypadku.

Zdrów i cały zbliżył się do starego, olbrzymiego Luwru; we wszystkich oknach światła już pogaszono; sam tylko pałac wznosił się groźnie, pośród nocy i milczenia.

Przed zamkiem królewskim ciągnęła się głęboka fossa; na nią wychodziła większa część okien pokojów, zajętych przez książąt, w pałacu mieszkających.

Mieszkanie Małgorzaty położone było na pierwszem piętrze.

Lecz piętro to, bardzo dostępne, gdyby nie było rowu, w skutek tej przeszkody, wznosiło się nad ziemią o trzydzieści blizko stóp, tak że ani złodziej ani kochanek dostać się tam bez szwanku nie mogli, co jednakże nie przeszkodziło księciu Gwizyuszowi zejść odważnie do fosy.

W tejże chwili w otwieranem oknie dał się słyszeć szelest. Chociaż okno to opatrzone było kratą żelazną, jednakże jakaś ręka wyjęła z niej poprzednio wyłamany drążek i spuściła tym otworem sznurek jedwabny.

- Czy to ty, Gillonno?... - zapytał książę cichym głosem.

- Tak - odpowiedział jeszcze ciszej kobiecy głos.

- A Małgorzata?

- Oczekuje na Waszą książęcą mość.

Po tych słowach, książę dał znak swojemu paziowi, który natychmiast wydobył z pod płaszcza małą drabinkę sznurową i jeden jej koniec przywiązał do spuszczonego sznura.

Gillonna, pociągnąwszy drabinkę do siebie, mocno ją przy wiązała; wtedy książę, poprawiwszy szpady, zaczął odbywać przeprawę, która jak zwykle udała się szczęśliwie.

Po jego wejściu, pręt wyjęty powrócił na swe właściwe miejsce, okno się zamknęło, a paź przekopany, że książę szczęśliwie dostał się do Luwru, owinął się w płaszcz i położył w fosie na murawie, w cieniu, rzuconym od ściany.

Noc była ciemna; z przepełnionych elektrycznością obłoków, spadały czasami wielkie i ciepłe krople deszczu.

Książę Gwizyusz postępował za swoją przewodniczką, córką Jakóba de Matignon, marszałka Francyi, i najzaufańszą powiernicą Małgorzaty, nic dla niej nie mającej skrytego.

Mówiono nawet, że w liczbie tajemnic, jej prawej wierności powierzonych, niektóre były tak okropne, że ją zniewalały do milczenia o innych.

Żadne światło nie gorzało ani w pokojach, ani na korytarzach; kiedy niekiedy tylko blada błyskawica oświecała na chwilę ciemne pokoje niebieskawem światłem.

Książę, prowadzony za rękę przez swoję przewodniczkę, szedł ciągle dalej, aż nareszcie zbliżył się do krętych, w murze urządzonych schodów, wiodących przez drzwi ukryte do przedpokoju mieszkania Małgorzaty.

Przedpokój ten, podobnie jak salo balowo, korytarze i schody, w głębokiej pogrążony był ciemności.

W nim to zatrzymała się Giilonna.

- Czy Wasza książęca mość przyniosłeś z sobą przedmiot żądany przez królowę?... - spytała cichym głosem.

- Przyniosłem - odpowiedział książę Gwizyusz - lecz sam muszę go oddać królowej.

- Zbliż się więc, nie tracąc ani chwili!... dał się słyszeć pośród ciemności glos, na który książę zadrżał, poznał bowiem w nim głos Małgorzaty.

W tej samej właśnie chwili podniosła się portiera aksamitna, fioletowa, złotemi liliami ozdobiona i książę w ciemności poznał królowe, z niecierpliwością na niego oczekującą.

- Otóż jestem - powiedział książę i szybko wszedł za portierę, która opadła za nim natychmiast.

Teraz przyszła kolej na Małgorzatę, aby przewodniczyć księciu w pokoju, dobrze mu jednakże znanym; Gillonna, pozostawszy we drzwiach, uspokoiła królowę, przyłożywszy palec do ust.

Małgorzata, pojmując niby niespokojność księcia, zaprowadziła go do swojej sypialni, w której, zatrzymawszy się, rzekła.

- Cóż! czy jesteś książę zadowolony?

- Zadowolony?... - powtórzył tenże - a z czegóż? powiedz mi, pani?

- Z mojego postępku, który przekonywa - odparła Małgorzata trochę ironicznym tonem - że należę do człowieka, który pierwszej nocy po ślubie tak mało o mnie myśli, że nawet nie przyszedł podziękować mi za honor, jaki mu wyświadczyłam, przyjmując go za małżonka.

- O! uspokój się pani - smutnie powiedział książę - on przyjdzie, jeżeli to jest twojem życzeniem.

- I ty to mówisz, Henryku - zawołała Małgorzata - ty, który najlepiej znasz odwrotną, stronę tego, coś powiedział! Gdyby to było mojem życzeniem, czyżbym cię prosiła, ażebyś przyszedł do Luwru?

- Prosiłaś mnie, Małgorzato, ażebym przyszedł do Luwru; chcesz zapewne zniszczyć jedyny ślad naszej przeszłości, która nietylko pozostała w mojem sercu, lecz i w tej srebrnej szkatułce, którą z sobą przynoszę.

- Powiem ci, Henryku - odparła Małgorzata, wlepiwszy w niego swój wzrok - że wyglądasz w tej chwili na studenta, nie na księcia. Ja mam się wyrzec mojej miłości ku tobie! stłumić płomień, który, może być, zgaśnie, lecz jego odblask nigdy! Nie, nie, mój książę! Możesz zachować sobie listy twojej Małgorzaty i od niej otrzymaną szkatułkę. Z wszystkich listów, w szkatułce tej znajdujących się, chce ona tylko mieć jeden; a to dla tego, że on jej, również jak i tobie, grozi niebezpieczeństwem.

- Wszystkie należą do ciebie - odpowiedział książę - wybieraj więc ten, który chcesz zniszczyć.

Małgorzata szybko zaczęła przetrząsać otwartą szkatułkę i drżącą ręką przejrzała kolejno kilkanaście listów, spoglądając tylko na adresy; nakoniec spojrzała na księcia i, pokryta bladością, rzekła:

- Książe! listu, którego szukam, niema tutaj. Może go zgubiłeś przypadkiem? Spodziewam się, żeś go przecież nie oddał....

- Którego to pani szukasz listu?

- Tego, w którym ci radziłam, ażebyś się natychmiast ożenił.

- Dla uniewinnienia twego wiarołomstwa.

Małgorzata wzruszyła ramionami.

- Nie, lecz dla ocalenia twego życia. Jest to ten sam list, w którym ci pisałam, że król, spostrzegłszy naszą miłość i moje usiłowania w celu zerwania twego przyszłego związku z Infantką Portugalską, wezwał do siebie swego brata, d'Angoul?me, i rzekł mu, wskazując dwie szpady: "Jedną z tych szpad musisz zabić dziś wieczorem Henryka Gwizyusza; w przeciwnym razie, sam cię jutro drugą zabiję. Gdzież więc jest ten list?

- Oto jest - odpowiedział książę, dostając go z zanadrza.

Małgorzata wyrwała mu prawie z rąk list, z chciwością go otworzyła i, przekonawszy się, że był to ten sam, którego żądała, wydała okrzyk radości i zbliżyła papier do świecy.

Papier zapalił się i po chwili pozostał tylko popiół.

Lecz Małgorzata, jakby się obawiając, ażeby i w popiele nie szukano śladów jej nierozsądnego zwierzenia, zdeptała go nogami.

Książę Gwizyusz śledził oczyma swą kochankę, podczas tej całej gorączkowej czynności.

- A więc, Małgorzato - zapytał po chwili - jesteś już teraz zadowoloną?

- Zupełnie; brat twój wybaczy mi twoją miłość, skoro zaślubiłeś księżnę de Porcian, lecz nie przebaczyłby mi nigdy odkrycia tajemnicy z której się tobie zwierzyłam.

- To prawda - mówił, książę Gwizyusz - w tenczas kochałaś mnie.

- I teraz kocham cię, Henryku, bardziej niż kiedykolwiek.

- Ty, pani?

- Tak ja; nigdy bowiem nie potrzebowałam tak szczerego i poświęcającego się przyjaciela, jak teraz. Ja, królowa bez tronu... żona bez męża...

Młody książę smutnie potrząsnął głową.

- Powiadam ci, mój mąż nietylko mnie nie kocha, lecz nienawidzi, nawet mną pogardza; wreszcie obecność twoja w pokoju, w którym on powinien się znajdować, najlepiej powinna cię przekonywać o jego nienawiści i pogardzie dla mnie.

- Jeszcze niezbyt późno; być może, że król Nawarry nie odesłał swoich dworzan... lecz zaręczam ci, że przyjdzie.

- A ja ci mówię - zawołała Małgorzata z wzrastającem rozdrażnieniem - mówię, że nie przyjdzie.

- Pani!... - powiedziała Gillonna, otwierając drzwi i podnosząc portierę. - Król Nawarry wychodzi ze swoich pokoi.

- A co? czyż nie mówiłem, że przyjdzie!... - zawołał książę Gwizyusz.

- Henryku - odezwała się Małgorzata lękliwie i, porywając księcia za rękę - przekonasz się teraz, czy można wierzyć mojemu słowu. Wejdź do tego gabinetu.

- Nie, pozwól mi lepiej uciec, jeśli jeszcze czas; wiedz bowiem, że za najpierwszą oznaką miłości z jego strony, wyjdę z gabinetu; a wtedy biada mu!

- Czyś oszalał? wejdź, wejdź, mówię ci; ja za wszystko odpowiadam.

Po tych słowach książę wszedł do gabinetu.

Zaledwie drzwi za nim się zamknęły, król Nawarry stanął we drzwiach, uśmiechając się.

Towarzyszyło mu dwóch paziów, niosących w dwóch kandelabrach ośm z różowego wosku świec.

Małgorzata pokryła swoje pomieszanie, oddając mu głęboki ukłon.

- Cóż to, pani jeszcze nie śpisz?... - zapytał król, a na twarzy jego malowała się radość i szczerość.

- Czy na mnie pani oczekiwałaś?

- Nie - odpowiedziała Małgorzata - wszak Wasza królewska mość jeszcze wczoraj mi oświadczyłeś, że nasze małżeństwo jest tylko politycznym związkiem i że nie mam żadnych innych obowiązków względem niego.

- Niech i tak będzie; z tem wszystkiem to nie przeszkadza nam do wzajemnego porozumienia.

- Gillono, zamknij drzwi i zostaw nas samych.

Małgorzata powstała i wyciągnęła rękę, jakby rozkazując paziom, ażeby nie wychodzili.

- Może każesz pani zawołać swoje kobiety?... - zapytał król.

- Zgadzam się i na to, chociaż przyznaję, że wołałbym być sam na sam.

Powiedziawszy to, król zbliżył się do gabinetu.

- Nie!... - zawołała Małgorzata, zastępując mu drogę - nie, niema potrzeby, jestem gotowa wysłuchać Waszą królewską mość.

Bearneńczyk wiedział już czego chciał rzucił bystre i przejmujące spojrzenie ku gabinetowi, jakby przez zasłaniającą go portierę chciał przeniknąć głęboką ciemność, w nim panującą.

Potem zwróciwszy wzrok na piękną i z przestrachu bladą żonę, rzekł zupełnie spokojnym głosem:

- A więc porozmawiajmy chwilkę.

- Jak się podoba Waszej królewskiej mości - odpowiedziała młoda kobieta drżącym głosem, siadając na krześle, które mąż jej wskazał.

Bearneńczyk usiadł obok niej.

- Niech sobie ludzie mówią, co chcą - powiedział Henryk - jednak ja nasze małżeństwo uważam za dobre. Ja do pani, a pani do mnie należysz.

- Lecz... - przerwała przestraszona Małgorzata.

- Dlatego też - mówił dalej król, jakby nie zważając na pomieszanie Małgorzaty - powinniśmy postępować względem siebie, jak dobrzy sprzymierzeńcy, związek bowiem nasz zaprzysięgliśmy dzisiaj przed Bogiem. Czyż nieprawda?

- Bezwątpienia.

- Znam, pani, twoją przenikliwość; znam przepaści, dwór otaczające, i chociaż jestem młody i nic złego nikomu nie uczyniłem, licznych mam jednak nieprzyjaciół... Powiedz mi pani, jak mam zaliczyć tę, która nosi moje nazwisko i przysięgła mi wierność na stopniach ołtarza?

- Panie, czyż możesz myśleć...

- Ja nic nie myślę; spodziewam się tylko i chcę się przekonać, czy moja nadzieja jest nieomylną. Wiadomo już, że nasze małżeństwo jest albo pozorem, albo też pułapką.

Małgorzata zadrżała; zapewne ta myśl i jej się nasunęła.

- Cóż więc z tego dwojga - mówił dalej Henryk Nawarski.

- Król, książę d'Alençon, książę Andegaweński nienawidzą mnie; Katarzyna de Médicis podobnież.

- O! panie, co mówisz?

- Mówię prawdę - odparł król - i życzyłbym sobie, ażeby mnie kto podsłuchał; mnie mają bowiem, że się nie domyślam zabójstwa pana de Mony i otrucia mojej matki.

- O! panie - spokojnie i z uśmiechem odpowiedziała Małgorzata - wiesz przecie, że jesteśmy sami.

- Dlatego też właśnie jestem tak otwartym; ośmielę się nawet powiedzieć pani, że nie oszukają mnie ani Francuskiego ani Lotaryńskiego dworu pochlebstwa.

- Najjaśniejszy panie - zawołała Małgorzata.

- Cóż takiego, moja przyjaciółko?... - zapytał Henryk z uśmiechem.

- Obce powiedzieć, że podobne rozmowy są bardzo niebezpieczne.

- Lecz nie wtenczas, kiedy jesteśmy sami - rzekł król - mówiłem więc, że...

Małgorzata siedziała jak na szpilkach; chciałaby zatrzymać na ustach króla, każdy, przez niego wymówiony wyraz; lecz Henryk prowadził dalej swą mowę z pozorną dobrodusznością:

- Mówiłem więc, że mi grożą: król, książę d'Alençon, książę Andegaweński, książę Gwizyusz, książę de Mayenne, kardynał Lotaryński, słowem, grożą mi ze wszystkich stron; pani wiesz, że to się przeczuwa jakoś instynktem. Wszystkie te groźby przemienią się zapewne w prawdziwy napad, od którego twoja, pani, pomoc, może mnie jedynie zasłonić; gdyż wszyscy, co mnie nienawidzą, ciebie kochają.

- Mnie?... - zapytała Małgorzata.

- Tak, ciebie - odparł Henryk z wybornie udaną szczerością - tak, kocha cię król Karol, kocha (wyraz ten dobitniej wymówił) książę d'Alençon, kocha królowa Katarzyna, kocha cię wreszcie książę Gwizyusz.

- Najjaśniejszy panie!... - wyjąkała Małgorzata.

- I cóż dziwnego, że cię wszyscy kochają? Ci, których wymieniłem, są twoimi braćmi, lub też rodzicami, których kochać nakazuje nam sam Bóg.

- Lecz do czego to wszystko zmierza?... - zapytała zgnębiona Małgorzata.

- Do tego, co już powiedziałem, że jeżeli będziesz... nie mówię już moim przyjacielem, ale moim sprzymierzeńcem, mogę tryumfować; w przeciwnym razie, zginę nieochybnie.

- O! nieprzyjacielem nigdy - zawołała Małgorzata.

- Lecz też i przyjacielem nigdy?...

- Być może.

- A moim sprzymierzeńcem?

- Będę nim.

I Małgorzata, odwróciwszy się, podała rękę królowi.

Henryk, wziąwszy podam} sobie rękę, grzecznie ją pocałował, i, nie wypuszczając jej, więcej raczej w chęci śledzenia żony, aniżeli z czułości, powiedział:

- Dobrze więc, wierzę ci pani i za sprzymierzeńca przyjmuję. Pożeniono nas, chociażeśmy się nie znali i nie czuliśmy ku sobie żadnego przywiązania, pożeniono nas, nie pytając nawet, czy się oboje na to zgadzamy. Jako mąż i żona, nie mamy nic więc sobie do wyrzucenia. Widzisz pani, że uprzedzam twoje życzenia, i stwierdzam dzisiaj to, co mówiłem wczoraj. Polityczny jednak związek zawarliśmy z dobrej woli i bez żadnego przymusu. Zawieramy go, jak dwoje uczciwych serc, które nawzajem wspomagać się winny. Nieprawdaż?

- Tak jest - odpowiedziała Małgorzata, usiłując uwolnić swoję rękę.

- Dlatego też - mówił dalej Bearneńczyk, nie spuszczając oczu ze drzwi gabinetu - w dowód szczerości naszego związku i zupełnego zaufania, opowiem pani po szczególe plan, przezemnie ułożony, za pomocą którego spodziewam się zwalczyć wszystkich swych nieprzyjaciół.

- Panie - wyszeptała Małgorzata, zwracając również oczy na drzwi gabinetu.

Bearneńczyk, spostrzegłszy, że wybieg udał mu się, mimowolnie się uśmiechnął.

- Oto, co zamierzam uczynić - mówił Henryk, jakby nie zważając na pomieszanie młodej kobiety - chcę...

- Panie!... - zawołała Małgorzata, nagle wstawszy i schwyciwszy króla za rękę - dozwól mi odpocząć; jestem wzruszona... gorąco mi... duszno...

Rzeczywiście, Małgorzata była blada i drżała; zdawało się, że upadnie na dywan.

Henryk poszedł do okna, mającego widok na rzekę, i otworzył je.

Małgorzata udała się za nim.

- Cicho! cicho! Najjaśniejszy panie! zlituj się!... - powiedziała królowa słabym głosem.

- Dlaczegóż?... - zapytał Bearneńczyk uśmiechnąwszy się - przecież mówiłaś mi pani, że jesteśmy sami.

- Tak; lecz czy Wasza królewska mość nie wiesz - że za pomocą tuby, przez sufit lub przez mur przeprowadzonej, można wszystko - słyszeć?

- Prawda, prawda - żywo i jak najciszej odpowiedział Bearneńczyk. - Nie kochasz mnie wprawdzie, lecz jesteś kobietą, uczciwą.

- Co chcesz przez to powiedzieć, panie?

- To, że gdybyś chciała mnie zdradzić, nie byłabyś mi przerywała, gdyż sam zdradziłbym się. Wstrzymałaś mnie; wiem teraz, że się tu ktoś ukrywa, że jesteś niewierną, żoną, lecz wiernym sprzymierzeńcem; zresztą mogę cię zapewnić - dodał Bearneńczyk, uśmiechając się - że wierność polityczna potrzebniejszą mi jest, niż małżeńska.

- Najjaśniejszy panie - wyjąkała pomieszana Małgorzata.

- Bobrze, dobrze, pomówimy o tem później skoro się lepiej poznamy - powiedział zcicha Henryk.

Potem, podnosząc głos, zapytał:

- Czy pani już lepiej?

- Już, Najjaśniejszy panie - odpowiedziała Małgorzata.

- W takim razie, nie będę pani dłużej nudził. Powinienem jej tylko oświadczyć swój szacunek i przyjaźń. Racz wiec pani przyjąć to uczucia, gdyż je ofiaruję z dobrego serca. Teraz zaś życzę spokojnej nocy.

Małgorzata rzuciła na męża wejrzenie, pełne wdzięczności, i podając mu rękę, powiedziała:

- Zgadzam się zupełnie.

- Czy na szczery i uczciwy związek polityczny?... - zapytał Henryk.

- Tak jest.

Bearneńczyk poszedł do drzwi, przyciągając ku sobie Małgorzatę, jakby oczarowaną jego spojrzeniem.

A gdy portiera opadła już pomiędzy nimi i sypialnią, rzekł prędkim i cichym głosem:

- Dziękuję ci, Małgorzato! Jesteś godną córą Francyi. Odchodzę zupełnie spokojny. Szczera przyjaźń zastąpi brak miłości. Rachuję na ciebie, równie jak i ty z swej strony na mnie liczyć możesz. Zegnam panią.

I Henryk pocałował żonę w rękę, z lekka ją uścisnąwszy; potem powolnym krokiem wracał do siebie, rozmawiając w korytarzu z samym sobą:

- Kto tu u dyabła może być u niej? Król, czy książę Andegaweński? książę d'Alençon, czy książę Gwizyusz? brat, czy kochanek? a może też jedno i drugie? W istocie, jestem prawie zły, że oznaczyłem baronowej schadzkę; lecz dałem słowo, a Dariola czeka... trzeba więc iść. Obawiam się tylko, czy nie będzie jej przykro, że idę do niej, wstępując pierwej do sypialni mojej żony, lecz do kata! Margot, jak ją nazywa Karol IX-ty, jest stworzenie godne kochania.

Zajęty temi myślami, król Nawarry niepewnym krokiem wszedł na schody, wiodące do pokojów pani de Sauve.

Małgorzata nie spuszczała z niego oczu, dopóki nie zniknął; potem weszła do swego pokoju.

Wchodząc, spostrzegła stojącego we drzwiach gabinetu księcia; na widok jego, uczuła odzywające się zgryzoty sumienia.

Książe był posępny; na twarzy jego malowało się głębokie zamyślenie.

- Małgorzata jest dzisiaj neutralną - powiedział - za tydzień będzie nieprzyjacielem.

- A! podsłuchiwałeś więc?... - zapytała Małgorzata.

- Cóż miałem innego robić?

- I uważasz, że nie postąpiłam tak, jak przystoi na królowę Nawarry?

- Nie, lecz nie tak, jak powinna była postąpić kochanka księcia Gwizyusza.

- Mogę nie kochać swego męża - odpowiedziała królowa - lecz nikt nie może wymagać odemnie, ażebym go zdradzała. Powiedz mi sumiennie, czybyś wydał tajemnice księżnej de Porcian, twojej żony?

- Przestańmy lepiej - rzekł książę, potrząsając głową. - Widzę, że już mnie nie kochasz tak, jak wtenczas, kiedyś mi opowiadała o spisku, uknutym przez króla, przeciwko mnie i moim sprzymierzeńcom.

- Król był wtenczas silnym, a ty byłeś słabym. Teraz Henryk jest słaby, a tyś znowu silnym. Widzisz więc, że nie zmieniłam swej roli.

- Tylko na jednej scenie dwie role odgrywasz.

- Sądzę, że nabyłam do tego prawa, ocalając ci życie.

- Dobrze, pani: gdy kochankowie rozłączają się, zwracają sobie ofiarowane podarki, nawzajem więc ocalę ci pani życie, a wtedy... skwitujemy się.

Mówiąc te słowa, książę skłonił się i wyszedł.

Tym razem nie zatrzymała go.

W przedpokoju książę zastał Gillonnę, która go odprowadziła do zakratowanego okna.

Zeszedłszy do fosy, znalazł w niej pazia, z którym powrócił do pałacu Gwizyuszów.

Tymczasem zadumana Małgorzata usiadła przy oknie.

Cóż to za noc okropna!... pierwsza po ślubie!... - mówiła do siebie w zamyśleniu. - ucieka odemnie, a kochanek opuszcza!

W tej chwili, z drugiej strony fosy, przechodził z Tour de Bois ku młynowi de la Monnaie jakiś uczeń i, podparłszy się pod boki, śpiewał:

 

"Gdy chcę całować twe włosy,

Gdy nasze łączą się losy,

Gdy kocham nie dla pozoru,

Milczysz, jak mniszka z klasztoru.

 

O nie bądź dla mnie tak srogą,

Bo pomnij, moja niebogo,

Że pójdziesz i ty w kraj cieni,

A wtedy twój wdzięk się zmieni:

Różowe usteczka zbledną

Czar będzie martwotą jedną,

 

I wyprę się w piekle czy w niebie,

Żem kiedyś ukocha! tu ciebie.

Więc serce mi swoje daj,

A poznasz raj!..

 

Małgorzata przysłuchiwała się tej piosence ze smutnym uśmiechem; potem, kiedy już glos ucznia ucichł w oddali, zamknęła okno, i przywołała Gillonnę, ażeby jej pomogła rozebrać się.

 

ROZDZIAŁ IV. WIECZÓR 24 SIERPNIA 1572 ROKU.

 

Bezwątpienia czytelnik przypomina sobie szlachcica de La Mole, o którym mowa była w poprzedzającym rozdziale i którego z niecierpliwością oczekiwał król Nawarry.

Młodzieniec ten, jak to zapowiedział admirał, przybył do Paryża bramą Śgo-Marcela, przy schyłku dnia 24 sierpnia 1572 roku.

Rzucając okiem pogardy na liczne domy zajezdne, które wskazywały znaki rozmaitych kształtów i kolorów, po prawej i po lewej stronie wiszące, dojechał na zmordowanym koniu do środka miasta, minął plac Maubert, Petit-pont, most Notre-Dame, bulwary, i zatrzymał się dopiero na ulicy de Bresec, nazwanej potem ulicą de l'Arbre-Sec.

Wspaniała blacha żelazna, skrzypiąc na zawiasach przy towarzyszeniu dzwonów, zwróciła jego uwagę.

Spojrzał więc na lewo, zatrzymał się i przeczytał wyrazy: - "Pod piękną gwiazdą", umieszczone, pod widokiem najbardziej nęcącym zgłodniałego przechodnia: na ciemnem tle blachy piekł się ptak, poniżej zaś stał człowiek w czerwonym płaszczu, wyciągając do tego nowego rodzaju gwiazdy, ręce i pieniądze.

- To musi być dobra oberża - pomyślał sobie szlachcic - a gospodarz bezwątpienia jest miłym człowiekiem. Słyszałem, że ulica de l'Arbre-Sec znajduje się w dzielnicy Luwru, jeżeli więc zakład nie jest gorszy od znaku, spodziewani się, że będzie mi tu bardzo dobrze.

Podczas, kiedy przybysz rozmyślał, co ma uczynić, nowa osoba, która wjechała na ulicę de l'Arbre-Sec, lecz od strony przeciwnej, to jest przez ulicę Saint Honoré, zatrzymała się, z zadziwieniem przyglądając się znakowi oberży: "Pod piękną gwiazdą".

Ten, którego już znamy przynajmniej z nazwiska, siedział na białym koniu hiszpańskim, w czarnym kaftanie, ozdobionym agatami. Miał na sobie płaszcz z aksamitu ciemno-fioletowego, buty czarne, szpadę z cyzelowana stalową rękojeścią i takiż sztylet.

Był to człowiek, około dwudziestu pięciu lat mieć mogący, twarzy ściągłej, oczów niebieskich, wąsów pięknych, białych połyskujących zębów, które jakby oświecały jego twarz, skoro uśmiechał się, uśmiechem łagodnym i smutnym.

Drugi podróżny stanowił z pierwszym zupełną sprzeczność.

Z pod zawiniętych skrzydeł kapelusza dawały się widzieć gęste, kędzierzawe, rudawe włosy. Szare jego oczy............................

TOM I

ROZDZIAŁ I. ŁACINA KSIĘCIA GWIZYUSZA.

 

W poniedziałek, 18-go sierpnia 1572 roku, w Luwrze, obchodzono wielką uroczystość.

Okna dawnego zamku królewskiego, zawsze ciemne, zajaśniały dzisiaj rzęsistem światłem, a place sąsiednie i ulice, zwykle puste, skoro tylko uderzyła godzina dziewiąta na wieży Saint-Germain-l'Auxerrois, dnia tego jeszcze e północy były zapchane pospólstwem.

Tłum ten groźny, zwarty, niespokojny, można było wziąć w ciemnościach nocnych za ponure i kołyszące morze, które, wynurzając się z ulic des Fossés-Saint-Germain i de Lastruce, rozlewało się na bulwarkach; fale jego, podczas przypływu roztrącały się o ściany Luwru, w czasie zaś odpływu odbijały się o stojący naprzeciwko pałac Burbonów.

Pomimo uroczystości królewskiej, a może właśnie z przyczyny tejże, spostrzegać się dawały jakieś groźne oznaki pomiędzy tym ludem, który nie spodziewał się, że uroczystość ta jest tylko wstępem do nowej, w ośm dni nastąpić mającej, w której również miał wziąć udział czynny.

Dwór obchodził zaślubiny Małgorzaty Walezyuszówny, córki Henryka II-go i siostry Karola IX-go, z Henrykiem de Bourbon, królem Nawarry.

Rzeczywiście tego poranku na wzniesieniu, urządzonem przy wejściu do katedry Notre-Dame, kardynał de Bourbon pobłogosławił temu związkowi, według obrzędu, używanego zwykle przy zaślubinach francuskich księżniczek.

Małżeństwo to zadziwiło wszystkich i dało dużo do myślenia tym, którzy głębiej rzeczy pojmowali; w istocie, trudno było pojąć zbliżenie się dwóch nieprzyjaznych stronnictw, jakiemi byli: protestanci i katolicy.

Pytano się, czy młody książę Kondeusz, będzie mógł przebaczyć księciu Andegaweńskiemu, bratu króla, śmierć ojca swego, zabitego przez Montesquieu pod Jarnac; czy młody książę Gwizyusz będzie przebaczyć mógł admirałowi de Coligny śmierć ojca swego, zamordowanego w Orleanie przez Poltrot de Méré.

Nie dosyć na tem: Joanna de Nawarre, odważna małżonka słabego Antoniego de Bourbon, która doprowadziła do skutku zaręczyny syna swego Henryka, z księżniczką królewskiego domu, umarła przed dwoma miesiącami.

Z powodu jej nagłej śmierci, zaczęły się rozchodzić dziwne pogłoski. Wszędzie tylko mówiono, że Katarzyna de Médicis, obawiając się, ażeby wiadoma Joannie straszna tajemnica nie wydała się, otruła ją pachnącemi rękawiczkami, przyrządzonymi przez jej ziomka, nazwiskiem Réné, bardzo zdolnego do robót w podobnym rodzaju.

Wieść ta jeszcze bardziej rozeszła się i ustaliła, skoro po śmierci tej wielkiej królowej, dwaj lekarze, z których jeden był znakomity Ambroży Paré, w skutek żądania jej syna, upoważnieni zostali do sekcyi całego ciała, prócz głowy.

Ponieważ zaś Joanna de Nawarre otrutą została zapachem jadowitym, w mózgu więc jedynie należało szukać śladów strasznej zbrodni. Mówię - zbrodni, gdyż o spełnieniu jej nikt nie wątpił wcale.

To jeszcze nie wszystko.

Król Karol obstawał przy tym związku z uporczywą stałością; małżeństwo to bowiem, nietylko przywracało w jego królestwie pokój, lecz nawet sprowadzało do Paryża znaczniejszych hugonotów Francuzkich.

Ponieważ narzeczony był protestanckiego, narzeczona zaś, rzymsko-katolickiego wyznania, należało prosić o dyspensę zasiadającego wówczas na Stolicy Apostolskiej Grzegorza XIII-go.

Z wydaniem żądanej dyspensy ociągano się, co bardzo niepokoiło nieboszczkę królowę Nawarry.

Dnia pewnego powierzyła ona Karolowi IX swą w tym względzie obawę, na co jej król odpowiedział:

- Nie troszcz się bynajmniej, moja ciotko. Nie jestem hugonotem, lecz też nie dam się oszukać, w najgorszym razie sam wezmę Margot za rękę, i podczas kazania z synem twoim do ołtarza poprowadzę.

Słowa te rozniosły się po mieście i nadzwyczaj uradowały hugonotów, dały zaś dużo do myślenia katolikom, którzy sami nie wiedzieli, czy król ich zdradza, czy też odgrywa komodyę, której rozwiązania lada dzień należało oczekiwać.

Nadewszystko, niepojętem było postępowanie Karola IX-go, względem admirała de Coligny, już od pięciu czy sześciu lat prowadzącego z nim bezustanne kłótnie i ciągle mu odgrażającego.

Król oznaczył za jego głowę 150,000 talarów zlotem; pomimo to, na niego się tylko zaklinał, nazywał go swoim ojcem i oświadczył, że odtąd jemu powierzać będzie kierunek wojny.

Przemiana, ta w postępowaniu króla zaczęła wreszcie niepokoić samą Katarzynę de Médicis, dotychczas kierującą jego wolą, a nawet życzeniami; i rzeczywiście miała słuszny powód, mogący usprawiedliwić jej obawę, razu bowiem pewnego, Karol IX-ty w chwili wynurzenia swoich uczuć, powiedział do admirała, rozmawiającego z nim o wojnie Flandryjskiej:

- Mój ojcze, jest tu jeszcze pewna okoliczność, na którą niepodobna nie zwrócić uwagi. Idzie o to, aby królowa-matka, która, jak wiesz, wszędzie lubi wścibić swój nos, nic nie wiedziała o naszych planach względem wojny Flandryjskiej; potrzeba więc, ażebyśmy je trzymali w największej tajemnicy, gdyż na przypadek jej poróżnienia się z nami, wszystkohy popsuła.

Chociaż Coligny był bardzo rozsądnym i doświadczonym człowiekiem, nie zdołał jednak zadość uczynić zaufaniu, jakie w nim król pokładał.

i pomimo to, że przybył do Paryża pełen podejrzeń, pomimo to, że przy odjeździe z Châtillon, wieśniaczka jakaś rzuciła mu się do nóg, wołając "O! nasz dobry ojcze, nie jedź do Paryża, gdyż ty i wszyscy co z tobą, będą, zginiecie nieochybnie;" pomimo to wszystko, podejrzenia te z biegiem czasu wygasły w sercu admirała i jogo zięcia de Téligny, z którym król pozostawał w bardzo przyjaznych stosunkach, nazywając go swoim bratem, tak jak admirała nazywał swoim ojcem, i tykając go, co tylko miało miejsce w rozmowach z swoimi najlepszymi przyjaciółmi.

Hugonoci, z wyjątkiem kilku ludzi słabych umysłów, zupełnie byli o swój los spokojni, a śmierć królowej Nawarry przypisywali pleurze.

Obszerne sale Luwru napełniły się mężnymi protestantami, którym małżeństwo młodego ich wodza Henryka obiecywało niczem niezakłóconą przyszłość.

Admirał Coligny, La Rochefoucault, młody książę Kondeusz i Téligny, jednem słowem, wszyscy naczelnicy protestanckiego stronnictwa, uroczyście obchodzili potęgę i dobre przyjęcie w Luwrze, właśnie tych samych hugonotów, których przed trzema miesiącami król Karol i królowa Katarzyna chcieli kazać wywieszać na szubienicach wyższych jeszcze od tych, które dla morderców przeznaczono.

Napróżno tylko wszyscy hugonoci szukali marszałka de Montmorency; jego bowiem żadna obietnica nie była zdolna ująć, żaden pozór oszukać; pozostał w swoim zamku de L'Ile-Adam, wymawiając się smutkiem, doznanym po śmierci ojca, wielkiego konstabla Anna de Montmorecy, zabitego strzałem z pistoletu przez Roberta Stuart w bitwie pod Saint-Denis.

Lecz skoro od tego wypadku upłynęło już przeszło dwa lata, a czułość była cnotą, prawie zupełnie w tej epoce wyszłą z mody, różni różnie przeto sądzili o tej długiej żałobie.

Wszystko jednak obwiniało marszałka de Montmorency, gdyż król, królowa, książęta d'Anjou i d'Alençon przewybornie przyjmowali swych gości.

Sami nawet hugonoci winszowali księciu Andegaweńskiemu zwycięztw, otrzymanych przez niego przy Jarnac i Moncontour w ośmnastym zaledwie roku życia; w tak młodym bowiem wieku ani Cezar, ani Aleksander Wielki, z którymi go porównywano, zwycięztw nie odnosili; oprócz tego, rozumie się, zwycięzców pod Issus i Farsallą niżej od niego stawiano.

Książę d'Alençon spoglądał na to wszystko swojemi przymilającemi i chytremi oczyma; królowa Katarzyna promieniała radością, i, przepełniona wszelkiemi grzecznościami, winszowała księcia Henrykowi Kondeuszowi małżeństwa, zawartego niedawno z Marya de Cl?ves; nakoniec, sami nawet książęta Gwizyuszowie, uśmiechali się do strasznych nieprzyjaciół swego domu, a książę de Mayenne prowadził rozmowę z panem de Tavannes i admirałem o wojnie, która bardziej teraz, aniżeli kiedykolwiek król gotował się wypowiedzieć Filipowi II-mu.

Pośród tych grup przechadzał się z pochyloną głową, a chwytający każde słówko, młodzieniec, lat dziewiętnaście mieć mogący, bystrego spojrzenia, czarnych krótko ostrzyżonych włosów, gęstych brwi, orlego nosa, porastających wąsów i brody i cierpkiego uśmiechu.

Młodzieniec ton, który dopiero zwrócił na siebie uwagę po bitwie pod Arnayle-Duc, gdzie osobistem odznaczył się męztwem, ulubionym był wychowańcem admirała dc Coligny, bohaterem logo dnia, i przedmiotem powszechnych pochwał.

Przed trzema miesiącami, to jest za życia jeszcze jego matki, nazywano go księciem de Béarn; teraz królem Nawarry, później Henrykiem IV-ym.

Czasami ponura chmura bystro przebiegała po jego czole; zapewne przypomniał sobie, że zaledwie przed dwoma miesiącami utracił matkę; on bowiem, bardziej niż kto inny, nie wątpił o jej otruciu.

Chmura ta jednak była przelotną i jak błyskawica znikała; gdyż ci właśnie, co z nim rozmawiali i składali mu powinszowania, byli zabójcami odważnej Joanny d'Albret.

O kilka kroków od króla Nawarry rozmawiał z Téligny'm młody książę Gwizyusz, o tyle zamyślony i stroskany, o ile król starał się być wesołym i otwartym.

Młody ten książę szczęśliwszym był od Bearneńczyka, w dwudziestym bowiem roku w sławie wyrównał swemu ojcu, wielkiemu Franciszkowi Gwizyuszowi.

Wzrost jego wysoki, piękna powierzchowność, dumno spojrzenie, nadawały mu okazałą, i prawdziwie książęcą postać.

- Chociaż był jeszcze bardzo młodym, katolicy uważali go już za swego jedynego obrońcę, podobnie jak hugonoci Henryka króla Nawarry, którego obraz tylko co skreśliliśmy.

Z początku nosił on tytuł księcia de Joinville; na polu bitwy pierwszy raz ukazał się przy oblężeniu Orleanu, pod dowództwem swego ojca, który, oddawszy ducha na jego ręku, wskazał mu admirała Coligny, jako swego zabójcę.

Wtedy młody książę, podobnie jak Hannibal, uczynił uroczystą, przysięgę: zemścić się za śmierć ojca na admirale i jego rodzinie, ścigać ciągle nieprzyjaciół religii bez litości, obiecując Bogu, dopóty być na ziemi aniołem niszczycielem, dopóki ostatni z hugonotów nie zginie.

Z zadziwieniem patrzano przeto na księcia, znanego z dotrzymywania swych obietnic, że podawał rękę, ludziom, którym poprzysiągł wieczną nienawiść, i rozmawiał z zięciem tego, którego przyrzekł zamordować, na rozkaz umierającego ojca.

Lecz powiedzieliśmy, już, że wieczora tego działy się w Luwrze zadziwiające wypadki.

Rzeczywiście, gdyby na uroczystość tę patrzył widz, obdarzony siłą przewidywania przyszłości, siłą, ludziom odjętą, i obdarzony łatwością czytania w sercach ludzkich, czyli władzą, którą tylko sam Bóg posiada, ujrzałby tu najciekawszy i zarazem najstraszniejszy widok, jakiego mogą dostarczyć dziwne przeciwieństwa tego świata.

Lecz widz taki nie znajdował się w salach Luwru; z ulicy tylko patrzał on wściekłym wzrokiem i groźnym huczał głosem.

Spostrzegaczem tym był lud, obdarzony instynktom, który nienawiść zaostrzała; widział on tańczące cienie swoich nieubłaganych nieprzyjaciół i tłumaczył ich uczucia z zupełną trafności.

Rzecz dziwna; lud ten był w stanie czynić spostrzeżenia nad tem, co się działo wewnątrz Luwru, stojąc tylko przed sala balową,, dobrze strzeżoną.

Muzyka unosi tańczących, gdy tymczasem ciekawy zewnątrz stojący, widzi tylko same poruszenia i śmieje się z nich, albowiem nie zna przyczyn, które je spowodowały; on nie słyszy muzyki.

Muzyką upajającą hugonotów był głos ich dumy.

Blaskiem, migającym przed oczyma Paryżan pośród tej nocy, były błyskawice nienawiści, oświecające przyszłość.

Pomimo to, wszystko uśmiechało się wewnątrz pałacu: w tej nawet chwili, przebiegł po całym Luwrze jakiś cichy i miły szept: Właśnie młoda narzeczona, włożywszy uroczyste ubranie, suknię z ogonem i długą zasłoną, weszła na balowę salę.

Towarzyszyła jej piękna księżna de Nevers, najlepsza jej przyjaciółka, król zaś Karol IX-ty jej brat, wiódł ją za rękę, przedstawiając znakomitszym gościom.

Narzeczoną tą była Margarita Walezyuszówna, córka Henryka II-go, perła Francuskiej korony, którą Karol IX-ty w dobrym humorze, nazywał zwykle: siostrą Margot, siostrą Małgosią.

Nową królowę Nawarry przyjęto oznakami wielkiego zachwytu, na co istotnie zasługiwała.

Małgorzata miała wtedy zaledwie dwadzieścia lat, a była już przedmiotem pochwal wszystkich poetów, z których jedni porównywali ją z Aurorą, drudzy z Cyterą.

W samej rzeczy; na dworze, gdzie Katarzyna de Médicis zebrała najpiękniejsze wówczas kobiety, ażeby się otoczyć pocztem syren, żadna z nich z Małgorzatą porównania wytrzymać nie mogła.

Czarne lśniące włosy, świeża cera, tchnące rozkoszą oczy, długiem i rzęsy ocienione, wązkie usteczka malinowe, cudownie piękna szyja, kibić pełna, gibka, i dziecinna nóżka, w jedwabne pantofelki uwięziona, oto obraz Małgorzaty.

Francuzi pysznili się, że na ich ziemi rozkwitł tak wspaniały kwiat, a cudzoziemcy, przez Francyę przejeżdżający, powracali do swej ojczyzny, olśnieni jej pięknością, jeśli mieli sposobność widzieć ją, a zdumieni jej nauką, jeśli z nią rozmawiali.

Że Małgorzata była nietylko najpiękniejszą, lecz i najoświeceńszą kobietą owego czasu, dowodzą słowa pewnego uczonego Włocha, który był jej przedstawionym, a rozmawiając z nią całą godzinę po włosku, po hiszpańsku i po łacinie, wyrzekł w uniesieniu: "Widzieć dwór, nie widząc Małgorzaty Walezyuszki, jest to samo co niewidzieć ani Francyi ani dworu."

Nie brakowało także rozmaitych mów, Karola IX-go i królowę Nawarry pozdrawiających; wszak wiadomo, że hugonoci byli doskonałymi mówcami.

W mowach tych zręcznie wspominali oni królowi o przeszłości i przyszłości; lecz na te wszystkie przymówki, Karol IX-ty odpowiadał z uśmiechem chytrym:

"Oddając mą siostrę Margot królowi Nawarry, oddaję ją wszystkim protestantom królestwa."

Słowa te, które jednych uspakajały, a drugich zniewalały do uśmiechu, miały rzeczywiście dwa znaczenia: jedno familijne, którem Karol IX-ty nie chciał obciążać swojej głowy; drugie, krzywdzące młodą narzeczonę, jej męża i jego samego, gdyż zaczęły się już rozchodzić jakieś głuche i gorszące wieści, wynalezione przez plotkarzy dworskich, a mające na celu, splamić małżeńską suknię Małgorzaty.

Książę Gwizyusz rozmawiał, jak to już wyżej powiedzieliśmy z Téligny'm, lecz podczas tej rozmowy bardzo był nieuważny; czasami oglądał się i rzucał spojrzenie na grupę dam, wpośród których jaśniała królowa Nawarry.

Gdy wzrok jej i księcia spotykał się ze sobą, zdawało się, że po jej czole przebiegała chmurka, oświecona drżącym blaskiem dyamentów, głowę jej zdobiących; w ruchach zaś niecierpliwej i wzruszonej postawy widać było jakiś niepewny zamiar.

Księżna Klaudia, starsza siostra Małgorzaty, zaślubiona od kilku lat księciu Lotaryńskiemu, spostrzegła niespokojność siostry i chciała zbliżyć się do niej, aby się dowiedzieć, co jest tego przyczyną; lecz właśnie w tej chwili wszyscy ustępowali z drogi, dla zrobienia przejścia królowej-matce, która postępowała, wspierając się na ramieniu młodego księcia Kondeusza; księżniczka więc znalazła się bardzo oddaloną od swojej siostry.

Książę Gwizyusz, korzystając z ogólnego poruszenia, zaczął się zbliżać do pani de Nevers, swojej bratowej, a tem samem i do Małgorzaty.

Księżna Klaudia, nie spuszczająca z oczów młodej królowej, spostrzegła wówczas, zamiast chmury na jej czole, ogniem płonące lica.

Książę, coraz bardziej się zbliżając, wkrótce znalazł się od niej o kilka zaledwie kroków.

Małgorzata, która więcej przeczuwała, aniżeli spostrzegała zbliżanie się księcia, obróciła się, z trudnością nadając spokojny wyraz swej twarzy.

Książe oddal jej głęboki ukłon i półgłosem przemówił:

- Ipsc attuli.

To jest:

- Sam przyniosłem.

Małgorzata, nawzajem się księciu odkłoniwszy cicho odpowiedziała:

- Noctu pro more.

Co znaczyło:

- Tej nocy, jak zwykle.

Przyjemne te wyrazy dla ucha księcia odbiły się o wielki kołnierz karbowany ówczesnego kroju i mogły być tylko słyszane przez osobę, do której zostały zwrócone.

Chociaż rozmowa ta była bardzo krótką, jednakże Małgorzata i książę Gwizyusz zupełnie się porozumieli i natychmiast rozeszli się po tej wzajemnej zamianie słów, ona bardziej zachmurzona, on zaś więcej promieniejący szczęściom.

Człowiek, którego ta scena najbardziej powinna była obchodzić, nic zwrócił nawet na nią najmniejszej uwagi.

Król Nawarry zajmował się podobnież osobą, otoczoną nie mniejszem jak Małgorzata gronem obecnych; osobą tą była piękna pani de Sauve.

Karolina de Beaune Semblancay, wnuczka nieszczęśliwego Semblancay i żona Szymona de Fizes barona de Sauve, była jedną z dam dworu Katarzyny de Médicis i zarazem jej najstraszniejszą pomocniczką, podającą jej nieprzyjaciołom napój miłości, jeśli nie śmiała podać jadu trucizny florenckiej.

Mała ta blondynka, już to żywa jak merkuryusz, to znowu omdlewająca w melancholii, była zawsze gotową do miłości lub intryg, dwóch zatrudnień, od pięćdziesięciu lat przy dworze trzech królów bez ustanku panujących; jednem słowem; była to kobieta w całem znaczeniu tego wyrazu, słynąca zarazem z niepospolitych wdzięków, począwszy od niebieskich omdlewających lub też ogniem pałających oczów, aż do figlarnych nóżek, w aksamitne pantofelki obutych.

Od kilku miesięcy tak dalece zawładnęła ona królem Nawarry, wstępującym zaledwie na pole miłości i politycznego życia, że nawet wspaniała i prawdziwie królewska piękność Małgorzaty nie wzbudziła w sercu jej małżonka żadnego podziwu; pomijając już to, że mogła stłumić w nim wszystkie zdolności, któremi szczodrze od natury był uposażony.

Jeszcze bardziej dla wszystkich dziwnem było to, że Katarzyna de Médicis, pełna skrytości i tajemnic kobieta, tak silnie obstająca za projektem połączenia swej córki z królem Nawarry, nie przestawała popierać prawie jawnie miłostek Henryka z panią de Sauve.

Pomimo jednak tej możnej pośredniczki i wobec zbyt pobłażliwym obyczajom owego czasu, piękna Karolina dotąd się opierała, a niesłychanym i nie do uwierzenia opór ten, więcej niż jej wdzięki, obudził w Henryku namiętność, która, nie mogąc znaleźć swego celu, rzuciła w serce młodego króla nasiona bojaźni, dumy, a nawet tego na pół filozoficznego, na pół leniwego zaniedbania, będącego główną cechą jego charakteru.

Pani de Sauve dopiero przed chwilą weszła na salę balową, ponieważ, czy to wskutek niechęci, czy też z zazdrości, dość że postanowiła nie znajdować się na początkowym tryumfie swojej rywalki i, pod pozorem słabości, wysłała do Luwru swego męża, od pięciu lat urząd sekretarza stanu piastującego; lecz Katarzyna de Médicis, spostrzegłszy barona cle Sauve bez żony, zapytała go o przyczynę nieobecności swojej kochanej Karoliny, a dowiedziawszy się, że powodem tego jest lekka słabość, napisała do niej małą karteczkę, z zaproszeniem, któremu młoda kobieta nieomieszkała zadosyć uczynić.

Henryk, z początku zasmucony jej nieobecnością, wolniej jednak odetchnął, spostrzegłszy wchodzącego samego pana de Sauve; lecz w chwili, kiedy najmniej spodziewał się ujrzeć przedmiot swych ciągłych marzeń, i wzdychając chciał się zbliżyć do miłej Małgorzaty, którą nie będąc zmuszonym kochać, przynajmniej za swą żonę winien był uważać, spostrzegł na końcu galeryi panią de Sauve.

Jakby przykuty, zatrzymał się na miejscu, z oczyma, utkwionemi w tę Cyrceę, przyciągającą go do siebie magicznym łańcuchem, i, zamiast zbliżyć się do swej żony, jak zamierzał, po chwili wahani i udał się do pani do Sauve.

Dworzanie, spostrzegłszy, że król Nawarry, którego łatwość zakochania się była już im wiadomą, zbliża się do pięknej Karoliny, nie śmieli przeszkodzić ich spotkaniu; grzecznie się więc oddalili. i właśnie wtedy, kiedy Małgorzata i książę Gwizyusz zamieniali z sobą kilka wyrazów łacińskich, Henryk, znalazłszy się przy pani de Sauve, zaczął z nią rozmowę po francusku, gaskońskiem wprawdzie narzeczem, lecz daleko mniej tajemniczą.

- A!... kochana przyjaciółko - rzekł Henryk - nareszcie zjawiłaś się, i to właśnie wówczas, kiedy mi powiedziano, że jesteś słabą, i kiedy rudzieję oglądania cię już zupełnie straciłem.

- Czy nie raczy Wasza królewska mość przekonywać mnie - odpowiedziała pani de Sauve - że go wiele kosztowało rozstanie się z tą nadzieją?...

- Oh!.. na Boga, spodziewam się, że to widoczne - odparł Bearneńczyk. - Czyż jeszcze pani nic wie, że jesteś mojem słońcem we dnie, a gwiazdą w nocy? Teraz nawet zdawało mi się, że jestem pogrążony w głębokiej ciemności; nagle przy twojem zjawieniu się, wszystko naraz zajaśniało światłem.

- W takim razie niewielką okazałam Waszej królewskiej mości usługę.

- Co chcesz powiedzieć, kochana przyjaciółko?... - zapytał Henryk.

- Chcę powiedzieć, że, jeżeli kto jest panem najpiękniejszej kobiety we Francyi, powinien sobie życzyć tylko, iżby światło ustąpiło miejsca ciemnościom, w których nas szczęście oczekuje.

- Szczęście to, figlarko, wiesz dobrze, jest w rękach pewnej osoby, która się śmieje i naigrawa z biednego Henryka.

- O!... - odparła baronowa - ja sądzę przeciwnie; mnie się zdaje, że właśnie ta osoba jest igraszką i pośmiewiskiem króla Nawarry.

Henryk przeląkł się tych słów, nieprzyjaznym tonem wymówionych, lecz po chwili zastanowienia osądził, że ton ten zdradza tylko ukryte zmartwienie Karoliny, a zmartwienie jest zawsze maską miłości.

- Istotnie, kochana Karolino - rzekł - czynisz mi niesłuszne wyrzuty; nie pojmuję tylko, jak takie piękne usta mogą być tyle okrutnemi. Może jeszcze myślisz, że się żenię?... O, nie!... to nie ja się żenię!...

- To może ja - odpowiedziała uszczypliwie baronowa, jeżeli tylko można nazwać uszczypliwością słowa kobiety kochającej i wyrzucającej nam obojętność.

- I twoje piękne oczy, baronowo, tak blizko widzą?... Nie!.. nie!.. to nie Henryk król Nawarry żeni się z Małgorzatą.

- A któż więc?...

- Kto?.. religia reformowana zaślubili katolicką.

- O nie, nie, zagadki te nie zdołają mnie oszukać. Wasza królewska mość kochasz królowo Małgorzatę, czego mu wcale za złe nie uważam; uchowaj mnie Boże!... Taką piękność można przecież kochać.

Henryk na chwilę zamyślił się; lekki uśmiech igrał na jego ustach.

- Baronowo - rzekł - zdaje mi się, że zamierzasz pokłócić się ze mną, a jednak do tego nie masz najmniejszego prawa; zobaczmy, coś zrobiła, aby przeszkodzić mojemu małżeństwu z Małgorzatą?... Nic, przeciwnie nawet, zawsze mnie do rozpaczy przyprowadzałaś.

- To dla dobra Waszej królewskiej mości - odpowiedziała pani de Sauve.

- Jakto?...

- Bezwątpienia, gdyż Wasza królewska mość zaślubiasz teraz inną.

- O!.. zaślubię ją dlatego, że mnie nie kochasz.

- Gdybym cię kochała, Naj jaśniejszy panie, tobym musiała już umrzeć najdalej za godzinę.

- Za godzinę!... Co to ma znaczyć?... Cóż byłoby przyczyną twej śmierci?...

- Zazdrość... Za godzinę bowiem, królowa Nawarry rozkaże oddalić się swoim damom, a Wasza królewska mość dworzanom.

- I czy w samej rzeczy ta myśl cię tak wyłącznie zajmuje, moja przyjaciółko?...

- Ja tego nie mówię, powiadam tylko, że, gdybym Waszą królewską mość kochała, myśl ta strasznieby mnie trapiła.

- No dobrze!.. - zawołał Henryk, uniesiony radością, słysząc to pierwsze wyznanie z ust baronowej - a jeżeli król Nawarry nie odeśle dzisiaj wieczorem swoich dworzan?...

- Najjaśniejszy panie - odpowiedziała pani de Sauve, patrząc na króla z zadziwieniem, tym razem nieudanem - mówisz rzeczy niepodobne do prawdy?...

- Cóż więc wypada mi uczynić, ażebyś w nie uwierzyła?...

- Należy mi tego dowieść, czego Wasza królewska mość nie możesz uczynić.

- Dlaczego nie, baronowo?... Na świętego Henryka, dowiodę ci tego - zawołał król, pożerając młodą kobietę oczyma, płonącemi miłością.

- O!... Najjaśniejszy panie - szepnęła piękna Karolina, zniżając głos i spuszczając oczy - nie pojmuję tego... Nie, nie!... to niepodobna, ażebyś Wasza królewska mość wypuścił z rąk szczęście, które go oczekuje.

- W tej sali znajduje się czterech Henryków - odpowiedział król - Henryk Francuski, Henryk Kondeusz, Henryk Gwizyusz; lecz jest tylko jeden Henryk Nawarski.

- Cóż więc?...

- Co?... A gdyby ten Henryk Nawarrski całą noc przy tobie przepędził?...

- Jakto, całą noc?...

- Tak; czybyś uwierzyła wówczas, że jej nie przepędził z inną?...

- A!... gdybyś to uczynił, Najjaśniejszy panie - powiedziała pani de Sauve.

- Na honor, uczynię!..

Pani de Sauve, podniósłszy oczy zwilgotniałe skutkiem namiętnych obietnic, uśmiechnęła się do króla upojonego radością.

- Cóż powiesz więc w tym wypadku? - zapytał Henryk.

- W tym wypadku odpowiedziała Karolina - powiem, że Wasza królewska mość prawdziwie mnie kochasz...

- E!... powinnaś była powiedzieć to już dawno, gdyż tak jest rzeczywiście, baronowo.

- Lecz jak to urządzić?... - szepnęła pani de Sauve.

- O!... na Boga, musisz przecie mieć, baronowo, jaką pokojówkę lub służącą, w której pokładasz zaufanie.

- A jakże, mam Dariolę, duszą i ciałem mi oddaną, gotową nawet śmierć dla mnie ponieść, słowem, prawdziwy skarb.

- A więc, powiedz jej, baronowo, że ją uszczęśliwię, gdy zostanę królem Francyi, jak mi to astrologowie przepowiadają.

Karolina uśmiechnęła się.

- Cóż więc - rzekła - żądasz od Darioli?

- Bagateli, która jednak dla mnie jest wszystkiem.

- Lecz czegóż wreszcie?...

- Pokój twój jest nad moim.

- Tak.

- Żądam więc od niej, ażeby czekała za drzwiami. Skoro zapukam pocichu trzy razy, wpuści mnie, a wtedy, baronowo, będziesz miała dowód, któregoś żądała.

Pani de Sauve milczała chwil kilka, potem, niby to oglądając się, czy kto jej nie podsłuchuje, zatrzymała swój wzrok na grupie, otaczającej królowę-matkę; chociaż spojrzenie to było przelotne, jednak Katarzyna i jej dama dworska wspólnie się porozumiały.

- A gdybym toż chciała - rzekła pani de Sauve głosem syreny - zniewolić Waszą Królewską mość do kłamstwa.

- Spróbuj, moja przyjaciółko, spróbuj...

- Dalibóg, przyznaję, że mam wielką ochotę to uczynić.

- Poddaj się jej więc: kobiety są zwykle najsilniejsze po przegranej.

- A więc, gdy Wasza królewska mość zostaniesz królem Francyi, przypomnę mu obietnicę, dla Darioli uczynioną.

Henryk wydał okrzyk radości.

Stało się to właśnie w tej samej chwili, w której królowa Nawarry odpowiedziała księciu Gwizyuszowi.

- "Nocta pro more".

Henryk rozłączył się z panią de Sauve, szczęśliwy, tak jak książę Gwizyusz po oddaleniu się od Małgorzaty.

W godzinę później, po opowiedzianych dwóch scenach powyższych, król Karol i królowa matka, powrócili do swoich pokojów.

Wkrotce też salony zaczęły się opróżniać, i można było już widzieć podstawy marmurowych kolumn, galerye podpierających. Admirała i księcia Kondeusza przeprowadzało, pomiędzy huczącym narodem, czterystu dworzan protestanckich.

Wkrótce też po nich opuścił Luwr Henryk Gwizyusz wraz z katolickimi panami Lotaryngii, pośród towarzyszenia okrzyków radości i oklasków ludu.

Małgorzata, król Nawarry i pani de Sauve, jak wiadomo, mieszkali w samym Luwrze.