Książę Gwizjusz, odprowadziwszy
swoją bratową, księżnę de Nevers, do pałacu na ulicę du
Chaume na wprost ulicy de Brac, powierzył ją staraniom
kobiet, a sam udał się do swego pokoju, ażeby zmienić
ubiór.
Włożył na siebie płaszcz nocny i
uzbroił się krótkim, ostrym sztyletem, który powszechnie
znano pod nazwą "uczciwości szlacheckiej" i już zwykle przy
nim nie noszono szpady.
Lecz biorąc go ze stołu, spostrzegł
pomiędzy ostrzem i pochwą tkwiącą małą karteczkę.
Niezwłocznie ją rozwinął i
przeczytał następujące wyrazy:
Spodziewam się, że książę Gwizjusz nie wróci już tej
nocy do Luwru, a jeżeli to uczyni, nie zapomni
przynajmniej włożyć koszulki żelaznej i przypasać ostrej
szpady.
- Ho! ho! - zawołał książę
zwracając się do swego kamerdynera - znalazłem tu, panie
Robin, jakieś szczególne ostrzeżenie. Powiedz mi, kto tu był
podczas mojej nieobecności?
- Był tu pewien pan.
- Co za jeden?
- Pan du Gast.
- Tak, tak! prawda, pismo wydawało
mi się znane. Czy tylko wiesz z pewnością, że to był du Gast?
Widziałeś go?
- Nawet z nim mówiłem.
- A więc dobrze; usłucham jego rady.
Podaj mi koszulkę żelazną i szpadę. Kamerdyner,
przyzwyczajony już do podobnych zmian stroju swego pana,
przyniósł natychmiast żądane przedmioty.
Książę przywdział koszulkę, której
ogniwka stalowe były tak giętkie i tak ściśle z sobą
spojone, że bardziej przypominały jakąś cienką tkaninę
niż pancerz bezpieczeństwa; potem włożył kurtkę; spodnie i
kaftan w dwóch ulubionych kolorach: szary, naszywany
srebrem.
Na koniec, wdziawszy buty z
cholewkami dochodzącymi za kolana i wziąwszy na głowę
czarną aksamitną czapeczkę bez piór i drogich kamieni,
owinął się w ciemny płaszcz, zatknął za pas sztylet i
oddawszy szpadę paziowi, jedynemu obrońcy, któremu
kazał iść za sobą, udał się do Luwru.
Kiedy wychodził z domu, pierwsza
godzina wybiła ha wieży
Saint-Germain-l'Auxerrois.
Chociaż było już nader późno, a
ulice w owym czasie były nie bardzo bezpieczne,
awanturniczy książę nie doznał jednak żadnego
przypadku.
Zdrów i cały zbliżył się do starego,
olbrzymiego Luwru. We wszystkich oknach światła już
pogaszono; pałac wznosił się groźnie pośród nocy i
milczenia.
Przed zamkiem królewskim ciągnęła
się głęboka fosa; na nią wychodziła większa część okien
pokoi," zajętych przez książąt mieszkających w
pałacu.
Apartament Małgorzaty znajdował
się na pierwszym piętrze.
Lecz piętro to, łatwo dostępne,
gdyby nie było rowu,.wskutek tej przeszkody wznosiło się nad
ziemią o trzydzieści blisko stóp, tak że ani złodziej, ani
kochanek dostać się tam bez szwanku nie mógł, co jednakże nie
przeszkodziło księciu Gwizjuszowi zejść odważnie do
fosy.
W tejże chwili dał się słyszeć szmer
otwieranego okna. Chociaż było opatrzone żelazną kratą,
jednakże jakaś ręką wyjęła z niej poprzednio wyłamany
drążek i spuściła tym otworem sznurek jedwabny.
- Czy to ty, Gillonno? - zapytał
książę cicho
- Tak - odpowiedział jeszcze ciszej
kobiecy głos.
- A Małgorzata?
- Oczekuje Waszą Książęcą
Mość.
Po tych słowach książę dał znak
swojemu paziowi, który natychmiast wydobył spod płaszcza
małą drabinkę sznurową i jeden jej koniec przywiązał do
spuszczonego sznura.
Gillonna, pociągnąwszy drabinkę
do siebie, mocno ją przywiązała; wtedy książę,
poprawiwszy szpadę, zaczął odbywać przeprawę, która jak
zwykle udała się szczęśliwie.
Po jego wejściu pręt wyjęty
powrócił na swe właściwe miejsce, okno się zamknęło, a paź,
przekonany, że książę szczęśliwie dostał się do Luwru,
owinął się w płaszcz i położył w fosie na murawie, w cieniu
ściany.
Noc była ciemna; z przepełnionych
elektrycznością obłoków spadały czasami wielkie i ciepłe
krople deszczu.
Książę Gwizjusz postępował za
swoją przewodniczką, córką Jakuba de Matignon, marszałka
Francji, i zaufaną powiernicą
Małgorzaty, która nic przed nią nie
ukrywała. Mówiono nawet, że w liczbie tajemnic, jej prawej
wierności powierzonych, niektóre były tak okropne, iż
zniewalały do milczenia o innych.
Żadne światło nie gorzało w
pokojach ani na korytarzach; kiedy niekiedy tylko blada
błyskawica oświecała na chwilę ciemne pokoje
niebieskawym blaskiem.
Książę, prowadzony za rękę przez
swoją przewodniczkę, szedł ciągle dalej, aż nareszcie
zbliżył się do krętych, w murze wykutych schodów, wiodących
przez ukryte drzwi do przedpokoju mieszkania
Małgorzaty.
Przedpokój ten, podobnie jak sale
balowe, korytarze i schody, tonął w głębokiej ciemności.
W nim to zatrzymała się Gillonna.
- Czy Wasza Książęca Mość
przyniosłeś z sobą przedmiot żądany przez królową? -
spytała cichym głosem.
- Przyniosłem - odpowiedział
książę Gwizjusz - lecz sam muszę go oddać królowej.
- Zbliż się więc, nie tracąc ani
chwili! - dał się słyszeć pośród ciemności głos, na który
książę zadrżał, poznał bowiem głos
Małgorzaty.
W tej samej właśnie chwili
podniosła się aksamitna, fioletowa portiera ozdobiona
złotymi liliami i książę poznał w mroku królową,
oczekującą go niecierpliwie.
- Oto jestem - powiedział książę i
szybko wszedł za portierę, która opadła za nim
natychmiast.
Teraz przyszła kolej na
Małgorzatę, aby prowadzić księcia po pokojach, dobrze mu
zresztą znanych; Gillonna, pozostawszy w drzwiach,
uspokoiła królową, przykładając palec do ust.
Małgorzata, pojmując niby
niecierpliwość księcia, zaprowadziła go do swojej
sypialni, w której zatrzymała się i rzekła:
- Cóż! czy jesteś książę
zadowolony?
- Zadowolony? - powtórzył tenże -
a z czegóż, powiedz mi, pani?
- Z mojego postępku, który
przekonywa - odparła Małgorzata z ironią - że należę do
człowieka, który pierwszej nocy po ślubie tak mało o mnie
myśli, iż nawet nie przyszedł podziękować mi za honor, jaki
mu wyświadczyłam przyjmując go za małżonka.
- O! uspokój się, pani - smutnie
powiedział książę - on przyjdzie, jeżeli to jest twoim
życzeniem.
- I ty to mówisz, Henryku! -
zawołała Małgorzata - ty, który najlepiej wiesz, że to
nieprawda! Gdyby, to było moim życzeniem, czyżbym cię
prosiła, ażebyś przyszedł do Luwru?
- Prosiłaś mnie, Małgorzato,
ażebym przyszedł do Luwru; chcesz zapewne zniszczyć jedyny
ślad naszej przeszłości, która pozostała nie tylko w moim
sercu, lecz i w tej srebrnej szkatułce, którą z sobą
przynoszę.
- Powiem ci, Henryku - odparła
Małgorzata utkwiwszy w nim wzrok - że wyglądasz w tej chwili
na uczniaka, nie na księcia. Ja mam się wyrzec mojej miłości
ku tobie! Stłumić płomień, który być może, zgaśnie, lecz jego
odblask nigdy! Nie, nie, mój książę! Możesz zachować sobie
listy twojej Małgorzaty i otrzymaną' od niej szkatułkę. Z
wszystkich listów, jakie zawiera ta szkatułka, chce ona
mieć... tylko jeden; a to dlatego, że podobnie jak i tobie,
grozi on jej niebezpieczeństwem.
- Wszystkie należą do ciebie -
odpowiedział książę - wybieraj więc ten, który chcesz
zniszczyć.
Małgorzata szybko zaczęła
przetrząsać otwartą szkatułkę i drżącą ręką przerzuciła
kolejno kilkanaście listów, spoglądając tylko na
adresy; na koniec spojrzała na księcia i pokryta
bladością rzekła:
- Książę! Listu, którego szukam,
nie ma tutaj. Może go zgubiłeś przypadkiem? Spodziewam się,
żeś go przecież nie oddał...
- Którego to listu szukasz,
pani?...
- Tego, w którym ci radziłam, ażebyś
się natychmiast ożenił.
- Dla uniewinnienia twego
wiarołomstwa. "Małgorzata wzruszyła ramionami.
- Nie, dla ocalenia twego życia.
Jest to ten sam list, w którym ci pisałam, że król,
spostrzegłszy naszą miłość i moje usiłowanie mające na
celu zerwanie twego przyszłego związku z infantką
portugalską, wezwał do siebie swego brata d'Angouleme i
rzekł mu wskazując dwie szpady: "Jedną z tych szpad musisz
zabić dziś wieczorem Henryka Gwizjusza; w przeciwnym
razie sam cię jutro zabiję. Gdzież więc jest ten list?
- Oto jest - odpowiedział książę
dostając go z zanadrza. Małgorzata prawie wyrwała mu list
z rąk, otworzyła go z chciwością i przekonawszy się, że to
ten sam, którego żądała, wydała okrzyk radości i zbliżyła
papier do świecy.
Papier zapalił się i po chwili
pozostał tylko popiół. Lecz Małgorzata, jakby się
obawiając, ażeby i w popiele.nie szukano śladów jej
nierozsądnego zwierzenia, zdeptała go nogami.
Podczas tej całej gorączkowej
czynności książę Gwizjusz śledził oczyma swą
kochankę.
- A więc, Małgorzato - zapytał po
chwili - jesteś już teraz zadowolona?
- Zupełnie; brat twój wybaczy mi
twoją miłość, skoro zaślubiłeś księżnę de Porcian, lecz nie
przebaczyłby mi nigdy odkrycia tajemnicy, z której się
tobie zwierzyłam.
- To prawda - mówił książę Gwizjusz
- wtedy kochałaś mnie.
- I teraz kocham cię, Henryku,
bardziej niż kiedykolwiek.
- Ty, pani?
- Tak, ja; nigdy bowiem nie
potrzebowałam tak szczerego i skłonnego do poświęceń
przyjaciela jak teraz. Ja, królowa bez tronu... żona bez
męża...
Młody książę smutnie potrząsnął
głową.
- Powiadam ci, mój mąż nie tylko mnie
nie kocha, lecz nienawidzi, pogardza mną nawet; zresztą
twoja obecność w pokoju, w którym on powinien się
znajdować, najlepiej powinna cię przekonywać o jego
nienawiści i lekceważeniu.
- Jeszcze niezbyt późno; być może,
król Nawarry nie odesłał swoich dworzan... lecz zaręczam ci,
że przyjdzie.
- A ja ci mówię - zawołała
Małgorzata ze wzrastającym rozdrażnieniem - że nie
przyjdzie!
- Pani! -powiedziała Gillonna
otwierając drzwi i podnosząc portierę. - Król Nawarry
wychodzi ze swoich pokoi.
- A co? Czyż nie mówiłem, że
przyjdzie! - zawołał książę Gwizjusz.
- Henryku - odezwała się
Małgorzata stanowczo, ujmując rękę księcia - przekonasz
się teraz, czy można wierzyć mojemu słowu. Wejdź do tego
gabinetu.
- Nie, pozwól mi lepiej uciec, jeśli
jeszcze czas. Wiedz bowiem, że za pierwszą oznaką miłości z
jego strony wyjdę z gabinetu; a wtedy biada mu!
- Czyś oszalał? Wejdź, wejdź, mówię
ci; ja za wszystko odpowiadam. - I popchnęła księcia do
gabinetu.
Zaledwie drzwi się za nim zamknęły,
król Nawarry stanął w drzwiach uśmiechając się.
Towarzyszyło mu dwóch paziów,
niosących w dwóch kandelabrach osiem świec z różowego
wosku.
Małgorzata pokryła swoje
pomieszanie, oddając mu głęboki ukłon.
- Cóż to, pani, jeszcze nie śpisz? -
zapytał król, a na jego twarzy malowała się radość i
szczerość.- Czy na mnie pani czekałaś?
- Nie - odpowiedziała Małgorzata
- wszak Wasza Królewska Mość jeszcze wczoraj mi oświadczył,
że nasze małżeństwo jest tylko politycznym związkiem i że
nie mam żadnych innych obowiązków względem niego.
- Niech i tak będzie; nie przeszkadza
nam to jednak we wzajemnym porozumieniu.
- Gillonno, zamknij drzwi i zostaw
nas samych.
Małgorzata powstała i wyciągnęła
rękę, jakby rozkazując paziom, ażeby ] nie
wychodzili.
- Może każesz pani zawołać swoje
dworki? - zapytał król. - Zgadzam się i na to, chociaż
przyznaję, że wolałbym być z tobą sam.
Powiedziawszy to król zbliżył się do
gabinetu.
- Nie! - zawołała Małgorzata
zastępując mu drogę - nie, nie ma potrzeby, jestem gotowa
wysłuchać Waszą Królewską Mość.
Bearneńczyk wiedziaj już to, co
chciał; rzucił bystre i przejmujące spojrzenie ku
gabinetowi, jakby przez zasłaniającą go portierę chciał
przeniknąć do jego mrocznej głębi.,
Potem, zwróciwszy wzrok na piękną i
z przestrachu bladą żonę, rzekł zupełnie spokojnie:
- A więc porozmawiajmy
chwilkę.
- Jak się podoba Waszej Królewskiej
Mości - odpowiedziała młoda kobieta drżącym głosem,
siadając na krześle, które mąż jej wskazał.
Bearneńczyk usiadł obok niej.
- Niech sobie ludzie mówią, co chcą -
powiedział Henryk - ja jednak nasze małżeństwo uważam za
dobre. Ja należę do pani, a pani do mnie.
- Lecz... - przerwała przestraszona
Małgorzata.
- Dlatego też - mówił dalej król,
jakby nie zważając na zmieszanie Małgorzaty - powinniśmy
postępować względem siebie jak dobrzy sprzymierzeńcy,
związek nasz bowiem zaprzysięgliśmy dzisiaj przed Bogiem.
Czyż nieprawda?
- Bez wątpienia.
- Znam, pani, twoją przenikliwość;
znam przepaści otaczające dwór i chociaż jestem młody i nic
złego nikomu nie uczyniłem, mam jednak licznych
nieprzyjaciół. Powiedz mi pani, za kogo mam uważać tę, która
nosi moje nazwisko i przysięgła mi wierność na stopniach
ołtarza?
- Panie, czyż możesz myśleć...
- Ja nic nie myślę; spodziewam się
tylko i chcę się przekonać, czy moja nadzieja jest
nieomylną. Wiadomo już, że nasze małżeństwo jest albo
pozorem, albo też pułapką.
Małgorzata zadrżała; zapewne ta
myśl i jej się nasunęła.
- Cóż więc z dwojga? - mówił dalej
Henryk Nawarski. - Król, książę d'Alencon, książę
Andegaweński nienawidzą mnie. Katarzyna de Medici
również.
- O, panie, co mówisz?
- Mówię prawdę - odparł król - i
chciałbym żeby mnie,mógł ktoś słyszeć; mniemają bowiem, że się
nie domyślam zabójstwa pana de Mouy j otrucia mojej
matki.
- O! panie -
spokojnie i z uśmiechem
odpowiedziała Małgorzata - wiesz przecie, że jesteśmy
sami.
- Dlatego też właśnie jestem tak
otwarty; ośmielę się nawet powiedzieć pani, że nie oszukują
mnie pochlebstwa ani francuskiego, ani lotaryńskiego
dworu.
- Najjaśniejszy Panie! - zawołała
Małgorzata.
- Cóż takiego, moja przyjaciółko? -
zapytał Henryk z uśmiechem.
- Chcę powiedzieć, że podobne
rozmowy są bardzo niebezpieczne.
- Lecz nie wtenczas, kiedy jesteśmy
sami - rzekł król - mówiłem wiec, że...
Małgorzata siedziała jak na
szpilkach; chciałaby zatrzymać im ustach króla każdy przez
niego wymówiony wyraz, lecz Henryk mówił dalej z pozorną
dobrodusznością:
- Jak więc nadmieniłem, grożą mi:
król, książę d'Alencon, książę Andegaweński, książę
Gwizjusz, książę de Mayenne, kardynał Lotaryński, słowem,
grożą ze wszystkich stron; pani wiesz, że to się przeczuwa
instynktem. Wszystkie te groźby zmienią się zapewne w
prawdziwy napad, przed którym mogę się bronić jedynie przy
twojej pomocy, pani, gdyż wszyscy, co mnie nienawidzą,
ciebie kochają.
- Mnie?... - zapytała
Małgorzata.
- Tak, ciebie - odparł Henryk z
wybornie udaną szczerością - tak, kocha cię król Karol,
kocha - wyraz ten wymówił z naciskiem - książę d'Alencon,
kocha królowa Katarzyna, kocha cię wreszcie książę
Gwizjusz.
- Najjaśniejszy Panie!... -
wyjąkała Małgorzata.
- I cóż dziwnego, że cię wszyscy
kochają? Ci, których wymieniłem, są twoimi braćmi lub też
rodzicami, których kochać nakazuje nam sam Bóg.
- Lecz do czego to wszystko, zmierza?
- zapytała zgnębiona Małgorzata.
- Do tego, co już powiedziałem, że
jeżeli będziesz... nie mówię moim przyjacielem, ale
sprzymierzeńcem, mogę triumfować; w przeciwnym razie zginę
niechybnie.
- O! nieprzyjacielem nigdy! -
zawołała Małgorzata.
- Lecz też i przyjacielem
nigdy?
- Być może.
- A moim sprzymierzeńcem?
- Będę nim.
I Małgorzata, odwróciwszy się,
podała rękę królowi. Henryk, wziąwszy podaną sobie rękę,
grzecznie ją pocałował i nie wypuszczając jej, bardziej z
chęci śledzenia żony aniżeli z czułości,
powiedział:
- Dobrze więc, wierzę ci, pani, i
przyjmuję za sprzymierzeńca.
Pożeniono nas, chociażeśmy się nie
znali i nic nie czuli ku sobie, pożeniono nas nie pytając
nawet, czy się oboje na to zgadzamy. Jako mąż i żona nie mamy
więc sobie nic do wyrzucenia. Widzisz, pani, że uprzedzam
twoje życzenia i potwierdzam dzisiaj to, co mówiłem
wczoraj. Jednak polityczny związek zawarliśmy z dobrej
woli i bez żadnego przymusu. Zawieramy go jak dwoje
uczciwych serc, które nawzajem winny się wspomagać.
Nieprawdaż?
- Tak jest - odpowiedziała
Małgorzata; usiłując uwolnić swoją rękę.
- Dlatego też - mówił dalej
Bearneńczyk, nie spuszczając oczu ź drzwi gabinetu - w
dowód szczerości naszego związku i zupełnego zaufania
zdradzę pani szczegółowy plan, przeze mnie ułożony, za
pomocą którego spodziewam się zwalczyć wszystkich swych
nieprzyjaciół.
- Panie - wyszeptała Małgorzata,
zwracając również oczy na drzwi, gabinetu.
Bearneńczyk, spostrzegłszy, że
wybieg udał mu się, mimo woli się uśmiechnął.
- Oto co zamierzam uczynić - mówił,
jakby nie zważając na pomiesza - nie młodej kobiety - chcę...
- Panie!... - zawołała Małgorzata, wstając nagle i
chwytając króla za rękę - dozwól mi odpocząć. Jestem
wzruszona... gorąco mi... duszno... I
Rzeczywiście, była blada i drżała,
zdawało się, że upadnie na dywan. Henryk podszedł do okna
wychodzącego na rzekę i otworzył je. Małgorzata udała się
za nim.
- Cicho! cicho! Najjaśniejszy
Panie, zlituj się!... - powiedziała słabym głosem.
- Dlaczegóż? - zapytał
Bearneńczyk uśmiechnąwszy się - przecież mówiłaś mi, pani,
że jesteśmy sami.
- Tak, lecz czy Wasza Królewska Mość
nie wiesz, że za pomocą tuby przeprowadzonej przez sufit lub
przez mur można wszystko słyszeć?
- Prawda, prawda - żywo i jak
najciszej odpowiedział Bearneńczyk. - Nie kochasz mnie
wprawdzie, lecz jesteś kobietą uczciwą.
- Co chcesz przez to powiedzieć,
panie?
- To, że gdybyś chciała mnie
zdradzić, nie byłabyś mi przerywała, gdyż sam zdradziłbym
się. Wstrzymałaś mnie. Wiem teraz, że się tu ktoś ukrywa, że
jesteś niewierną żoną, lecz wiernym sprzymierzeńcem.
Zresztą mogę cię zapewnić - dodał uśmiechając się - że
wierność polityczna potrzebniejsza mi jest niż
małżeńska.
- Najjaśniejszy Panie... - wyjąkała
zmieszana Małgorzata.
- Dobrze, dobrze, pomówimy o tym
później, skoro się lepiej poznamy - powiedział z cicha
Henryk.
Potem, podnosząc głos,
zapytał:
- Czy już pani lepiej?
- Lepiej, Najjaśniejszy Panie -
odpowiedziała królowa.
- W takim razie nie będę pani dłużej
nudził. Powinienem jej tylko oświadczyć swój szacunek i
przyjaźń. Racz więc przyjąć te uczucia, gdyż ofiarni? je z
dobrego serca. Teraz zaś życzę spokojnej nocy.
Małgorzata rzuciła na męża
wejrzenie pełne wdzięczności i podając mu rękę,
powiedziała:
- Zgadzam się.
- Czy na szczery i uczciwy związek
polityczny? - zapytał Henryk.
- Tak jest.
Bearneńczyk podszedł do drzwi,
Małgorzata zaś postępowała za nim, jakby oczarowana jego
spojrzeniem.
A gdy portiera opadła już pomiędzy
nimi i sypialnią, rzekł szybko cichym głosem:
- Dziękuję ci, Małgorzato! Jesteś
godną córką Francji. Odchodzę zupełnie spokojny. Szczera
przyjaźń zastąpi mi brak miłości. Liczę na ciebie, a ty ze
swej strony na mnie liczyć możesz. Żegnam panią.
I pocałował żonę w rękę, z lekka ją
uścisnąwszy; potem powolnym krokiem wracał do siebie,
rozmawiając w korytarzu z sabnym sobą:
- Kto tu, u diabła, może być u niej?
Król czy książę Andegaweński? Książę d'Alencon czy książę
Gwizjusz? Brat czy kochanek? A może też jedno i drugie? W
istocie, jestem prawie zły, że oznaczyłem schadzkę
baronowej; lecz dałem słowo, a Dariola czeka... trzeba więc
iść. Obawiam się tylko, czy nie będzie jej przykro, że idąc do
niej, wstąpiłem pierwej do sypialni mojej żony, lecz do kata!
Margot, jak ją nazywa Karol IX,.jest stworzeniem godnym
kochania.
Zajęty tymi myślami król Nawarry
niepewnym krokiem wszedł na schody wiodące do pokojów pani
de Sauve.
Małgorzata nie spuszczała z niego
oczu, dopóki nie zniknął; potem weszła do swego
pokoju.
Wchodząc spostrzegła stojącego w
drzwiach gabinetu księcia. Na jego widok uczuła
odzywające się wyrzuty sumienia.
Książę był posępny; na twarzy jego
malowało się głębokie zamyślenie.
- Małgorzata jest dzisiaj
neutralna - powiedział - za tydzień będzie
nieprzyjacielem.
- A! podsłuchiwałeś więc? -
zapytała Małgorzata.
- Cóż miałem robić?
- I uważasz, że nie postąpiłam tak,
jak przystoi królowej Nawarry? - Nie, lecz nie tak, jak
powinna postąpić kochanka księcia Gwizjusza.
- Mogę nie kochać swego męża -
odpowiedziała królowa - lecz nikt nie może wymagać ode
mnie, ażebym go zdradzała. Powiedz, czy wydałbyś tajemnicę
księżnej de Porcian, twojej żony?
- Przestańmy lepiej - rzekł książę
potrząsając głową. - Widzę, że już mnie nie kochasz tak, jak
wtedy, kiedyś mi opowiadała o spisku uknutym przez króla
przeciwko mnie i moim sprzymierzeńcom.
- Król był wtenczas silny, a ty
słaby. Teraz Henryk jest słaby, a tyś | znowu silny. Widzisz
więc, że nie zmieniłam swojej roli.
- Nie, przeszłaś tylko do
przeciwnego obozu.
- Sądzę, że nabyłam do tego prawa
ocalając ci życie.
- Dobrze, pani. Gdy kochankowie
rozłączają się, zwracają sobie ofiarowane podarki,
nawzajem więc ocalę ci życie, a wtedy... skwitujemy
się.
Mówiąc te słowa książę skłonił się i
wyszedł.
Tym razem nie zatrzymała go.
W przedpokoju książę zastał
Gillonnę, która go odprowadziła do zakratowanego
okna.
Zszedłszy do fosy znalazł w niej
pazia, z którym powrócił do pałacu Gwizjuszów.
Tymczasem zadumana Małgorzata
usiadła przy oknie.
- Cóż to za noc okropna!... pierwsza po
ślubie!... - mówiła do siebie w zamyśleniu. -- Mąż ucieka ode
mnie, a kochanek mnie opuszcza!
W tej chwili z drugiej strony fosy
jakiś żak przechodził z Tour de Bois ku młynowi de la
Monnaie i podparłszy się pod boki, śpiewał:
Gdy chcę całować twe włosy,
Gdy nasze łączą się losy,
Gdy kocham nie dla pozoru,
Milczysz jak mniszka z
klasztoru.
O, nie bądź dla mnie tak srogą,
Bo pomnij, moja niebogo,
Że pójdziesz i ty w kraj cieni,
A wtedy twój wdzięk się zmieni:
Różowe usteczka zbledną,
Czar będzie martwotą jedną,
I wyprę się w piekle czy w
niebie,
Żem kiedyś ukochał tu ciebie.
Więc serce mi swoje daj,
A poznasz raj!...
Małgorzata przysłuchiwała się
piosence ze smutnym uśmiechem. Potem, gdy już głos ucichł w
oddali, zamknęła okno i przywołała Gillonnę, ażeby jej
pomogła się rozbierać.