Królowa Estera - John Irving

Reflow text when sidebars are open.
1
Josiah Winslow urodził się w roku 1629, w kolonii Plymouth w Massachusetts. Jego ojciec, Edward Winslow, należał do grupy purytańskich separatystów, którzy przybyli do Nowego Świata na pokładzie "Mayflower" w 1620 roku. Rok później do Plymouth dotarł "Fortune", drugi żaglowiec z osadnikami, a do Edwarda dołączył jego młodszy brat John. I tak od czasów purytańskich w Ameryce systematycznie pojawiali się kolejni Winslowowie.
Obecny potomek tego rodu nosił imię James, a w dzieciństwie wołano na niego Jimmy. Znał swoje pochodzenie, lecz nie przywiązywał do niego wagi, albowiem doszedł do wniosku, że genealogią nie warto się przejmować.
- Człowiek nie ma w tej sprawie ani żadnej zasługi, ani nie ponosi żadnej winy, wszak rodziców nikt sobie nie wybiera, prawda? - Takie słowa usłyszał kiedyś od swojego dziadka, który był nauczycielem angielskiego.
James Winslow studiował za granicą tylko przez jeden rok, ale to, co przydarzyło mu się w obcym kraju, utwierdziło jego nieodłączne poczucie obcości. Była w tym jakaś sprzeczność, że Jimmy Winslow zawsze mówi o sobie "zwykły chłopak z New Hampshire". W oczach mieszkańców miasta Pennacook, którzy wiedzieli wszystko, co chcieli wiedzieć, o pochodzeniu każdego z Winslowów, nie był nim nigdy.
W latach czterdziestych i pięćdziesiątych dwudziestego wieku człowiek wychowany w Pennacook, na południowo-wschodnich rubieżach stanu New Hampshire, miał świadomość, że pochodzenie to ważna kwestia. Każdy zdawał sobie sprawę, że w Ameryce istnieje system klasowy: wiedział, kto należy do klasy rządzącej, i znał swoje miejsce w społeczeństwie. Miasto Pennacook rozciąga się na brzegach rozległego wodospadu, który powstał w miejscu, gdzie słodkie wody rzeki o tej samej nazwie łączą się ze słonym od oceanicznych pływów nurtem rzeki Squamscott, która z kolei swoją nazwę wzięła od Squamscottów, jednego z plemion zaliczających się do ludu Penakuk. To do nich kiedyś należały te ziemie. W języku abenaki penakuk oznacza "u stóp wzgórza". Założyciel miasta uciekł z Anglii przed prześladowaniem religijnym; wygnano go również z Kolonii Zatoki Massachusetts, ponieważ podzielał innowiercze przekonania swojej bratowej. Tereny, na których stanęła osada, angielscy purytanie zakupili od sachema Squamscottów. Podobne skupiska ludzkie, nieduże, skoncentrowane wokół jakiejś manufaktury albo młyna, były rozsiane po całej Nowej Anglii. Każdy znał tam swoje miejsce na drabinie społecznej. Świadomość klasową posiadali również mieszkańcy Pennacook. Już w 1830 roku działał tam zakład włókienniczy, a w roku 1884 otworzono fabrykę obuwia. Było jednak coś, co wyróżniało ich miasto i jeszcze bardziej wzmacniało podziały klasowe, a mianowicie prywatna szkoła męska.
Pennacook Academy powstała w 1781 roku. Było to samodzielne liceum z internatem, szczycące się sławą jednej z najstarszych szkół średnich w całych Stanach Zjednoczonych. James Winslow, który uczęszczał tam w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych dwudziestego wieku, zdawał sobie sprawę, że jego pozycja społeczna jest całkiem inna wśród uczniowskiej braci niż w oczach mieszkańców miasta.
W tamtych latach Pennacook Academy, w przeciwieństwie do miasta, rządziła się zasadami merytokracji: było istotne, czy uczeń dobrze radzi sobie na lekcjach. Dla szkolnych władz liczyły się oceny, dla chłopaków - już niekoniecznie. Oni cenili sobie poczucie humoru; najważniejsze było, żeby kolega umiał zabawić. Jeśli nie umiał, z reguły mu tego nie wybaczano, chyba że mógł się pochwalić wynikami w sporcie. Dla Jimmy'ego Winslowa szkolny system oceniania był bardziej zrozumiały niż surowa krytyka ze strony mieszkańców miasta, której nieustannie go poddawano.
Dla licealistów z Pennacook "Mayflower" znaczył tyle co nic. Pierwsi osadnicy na amerykańskiej ziemi? Statek, którym przypłynęli? To nie poruszało ich poczucia świadomości klasowej. Linia podziału przebiegała gdzie indziej: otóż miejscowi uczniowie nie darzyli zaufaniem uczniów z internatu i vice versa. W szkole skupiającej uczniów różnego pochodzenia próżno szukać uniwersalnych prawd, ale na ogół przyjezdni odznaczają się większym obyciem w świecie; miejscowi na ich tle wypadali gorzej, zdawało się, że brak im ogłady.
Jednakże zarówno dla miejscowych, jak i dla tych z internatu młody Winslow stanowił podejrzany element, bo był niby "stąd", ale należał do specjalnej wąskiej podgrupy tutejszych. Nauczycielskie dzieci zawsze mają w szkole pod górkę - a Jimmy nie był zwykłym synalkiem tego czy innego profesora, ale wnukiem najbardziej szanowanego anglisty w całej Pennacook Academy. Thomas Winslow przebijał popularnością wszystkich innych belfrów; uczniowie go wprost uwielbiali. Mogłoby się zatem wydawać, że jego wnuk powinien się cieszyć zaufaniem kolegów i specjalnymi względami nauczycieli, tymczasem sytuacja przedstawiała się zgoła inaczej. James nie był prawdziwym Winslowem, tylko zwykłą znajdą. Wszyscy wiedzieli, że matka go adoptowała, a nazwiska jego ojca nikt nie zna. Kobieta, która dała mu życie, także pozostawiała wiele do życzenia. Po pierwsze, ta kobieta była sierotą.
Dla mieszkańców Pennacook James Winslow był (i na zawsze miał pozostać) synem sieroty. W szkole patrzono na niego nieco życzliwszym wzrokiem. Uczniowie i nauczyciele myśleli tak: może i nie jest prawdziwym Winslowem, ale Winslowów jest dużo, a wszyscy go kochają i troszczą się o niego. (Nic dziwnego, dodawali mieszkańcy Pennacook - Jimmy był jedynym chłopcem w całej rodzinie).
Po latach, kiedy James Winslow chciał być skromny lub miał problem z wysłowieniem się - a zawsze mówił irytująco powoli - powtarzał, że jest zwykłym chłopakiem z New Hampshire. Ma się rozumieć, mieszkańcy Pennacook wiedzieli swoje; w końcu Winslowowie wyróżniali się spośród miejscowych, i ten chłopak, co miał matkę sierotę, też był inny. Szczerze powiedziawszy, ich wiedza na ten temat ograniczała się do tego jednego faktu, chociaż pod względem wścibstwa nie mieli sobie równych. Uważali, że okoliczności towarzyszące narodzinom Jamesa Winslowa były co najmniej podejrzane. A gdy dzieci tuż po urodzeniu przechodzą z rąk do rąk i nie można nawet mieć pewności, czyje tak naprawdę są, musi się to przecież odbić na rodzinie, prawda? Mieszkańcy Pennacook tylko czekali, aż u Winslowów pojawią się kłopoty - zwłaszcza z tym adoptowanym chłopakiem. Może przestaną wtedy zadzierać nosa, mówili. Mieszkańcy Pennacook mieli już serdecznie dosyć tego, że Winslowowie uchodzą za wzorową rodzinę i wszyscy darzą ich szacunkiem nawet za to, że adoptowali dziecko sieroty.
2
Głową rodziny Winslowów z Pennacook była stateczna niewiasta imieniem Constance. Pochodziła z Bradfordów, rodu wywodzącego się od Williama Bradforda, kolejnego pasażera "Mayflower". Mieszkańcy Pennacook przypuszczali, że Constance odznaczała się statecznością już za lat panieńskich, a przystąpienie do rodu Winslowów tylko ugruntowało jej niezachwiane moralne pryncypia. Była wprost nieugięta. To ona powzięła decyzję, aby trzem najstarszym córkom nadać imiona Faith, Hope i Prudence, a więc Wiara, Nadzieja i Roztropność (w takiej właśnie kolejności).
Thomas Winslow, niższa (w dosłownym znaczeniu) głowa domu, miał nieco bardziej obojętne zdanie w kwestii imion odnoszących się do cnót wysokich. Pan Winslow był uosobieniem nauczyciela, nauczyciela języka angielskiego. W oczach mieszkańców Pennacook ten obdarzony przez naturę mikrym wzrostem mężczyzna posiadał wszystko, co powinien przedstawiać sobą człowiek uczący innych. Do swojego pochodzenia nie przywiązywał większej wagi. "Wasi przodkowie nie będą już lepsi - możecie tylko sami zmieniać się na lepsze i dawać dobry przykład swoim dzieciom". Tymi słowami zawsze rozpoczynał pierwszą lekcję z nowymi uczniami Pennacook Academy. Rozumiał przez to, że może nauczyć ich, jak dobrze czytać, poczynając od wskazywania tytułów, z którymi warto się zapoznać. "A kto dobrze nauczy się pisać - dodawał - ten będzie się też dobrze wysławiał". Jeśli zaś chodzi o dobór lektur - wierszy, dramatów, opowiadań, powieści - to, jak mawiał: "Im więcej fantazji, tym lepiej!". Kolejne zdania tego inauguracyjnego wykładu odzwierciedlały jego wiarę w moc literatury: "Kto potrafi za pomocą wyobraźni postawić się w cudzym położeniu, ma szansę stać się lepszym człowiekiem", przekonywał swoich uczniów Thomas Winslow. Tymczasem dorośli mieszkańcy Pennacook, słysząc o tym, czuli się pouczani i mieli mu za złe, że pozwala sobie na takie uwagi. Nie życzyli sobie, żeby jakiś anglista z liceum instruował ich, jak mają zmieniać się na lepsze. To nie jego sprawa mówić rodzicom, jaki przykład mają dawać swoim dzieciom.
Największe pretensje do niepozornego profesora żywiła zamożna część miasta. Po co mamy wyobrażać sobie, że jesteśmy w cudzym położeniu?, pytali. Jak on w ogóle śmie, ten cały Winslow, robić z nas lepszych ludzi? Constance, jego żona, też wtykała nos w cudze sprawy i działała miejscowym na nerwy. Oboje natomiast mieli irytujący zwyczaj wmuszania innym swoich lektur. Robili tak zawsze i chociaż nie ograniczali się do książek, to w odczuciu mieszkańców miasta indoktrynacja Winslowów zaczęła się właśnie od tego.
Thomas Winslow wcale nie wstydził się swojej niepokaźnej postury, co drażniło panów z Pennacook, bo jest to przecież powód do wstydu.
Panie były innego zdania. W ich oczach Thomas Winslow jawił się jako ideał męskiej urody, tyle że w miniaturze. "Śliczny jak laleczka", dowcipkowały we własnym gronie. I niech się nikomu nie wydaje, że Constance nie miała o tym pojęcia.
Miasto widziało w nim jednak przede wszystkim nauczyciela. Nie wykazywał się szczególną spontanicznością i nikomu się z tym nie kojarzył. O ile Constance nadała najstarszym córkom imiona najwyższych cnót, o tyle fakt, że przychodziły one na świat dokładnie co dwa lata, odpowiadał raczej misternie skonstruowanym fabułom dziewiętnastowiecznych powieści, które tak umiłował Thomas, ten przystojny mikrus. I rzeczywiście, wszelkie pozory wskazywały, że w tej ścisłej regularności narodzin znać było jego rękę.
Kiedy państwo Winslowowie powitali na świecie Prudence, czyli trzecią z kolei córkę o "cnotliwym" imieniu, mieszkańcy Pennacook zaczęli liczyć lata. Najdokładniej rachowały panie, wciąż żywo zainteresowane "ślicznym jak laleczka" nauczycielem miejscowego liceum. Po drugich urodzinach Prudence wydawało się, że Thomas i Constance zamierzają poprzestać na trzech córkach. Kiedy miała lat pięć, odprawili ostatnią opiekunkę. Ogółem przez ich dom przewinęła się trójka dziewcząt zatrudnionych do opieki nad małymi "cnotami". Constance nigdy nie nazywała ich inaczej niż au pair, co narobiło w mieście sporo szumu. Czemu? A chociażby dlatego, że takie określenie było niepoprawne - żadna z tych dziewcząt nie pochodziła z zagranicy i wszystkie mówiły po angielsku. Przede wszystkim jednak chodziło o to, że to były sieroty. Sieroty! Dla mieszkańców Pennacook to była istotna sprawa, skąd pochodzą opiekunki córek Winslowów.
Constance, ma się rozumieć, nie puściła płazem, że ktoś krytykuje ją za dobór słów.
- Nazywam nasze dziewczęta z francuska au pair, co dosłownie oznacza "na równej stopie" - mówiła. - W zamian za wikt i opierunek pomagają nam w pracach domowych i opiece nad dziećmi. Są częścią naszej rodziny.
Nikt nigdy nie usłyszał od niej słowa "przygarnąć", nie nazywała też siebie i swoich bliskich "przybraną rodziną" tych dziewcząt.
- Nie dostają od nas wypłaty, tylko kieszonkowe, tak samo jak wasze starsze dzieci - powtarzała każdemu, kto chciał słuchać, do tego zaś ku ogromnej konsternacji mieszkańców Pennacook twierdziła, że te sieroty są dla nich "jak własne córki", i dodawała z rozpędu: - Odziewamy je, pomagamy w nauce. Wszystkie nasze dzieci wiedzą, że szkoła jest ważna.
Winslowowie zamierzali zadbać o to, aby każda ich au pair dostała się na studia i ukończyła je z dobrym wynikiem, czego od niej oczekiwano.
Przynajmniej jedna z sierot od Winslowów musiała mieć coś nie w porządku z życiorysem, w każdym razie taką nadzieję żywili mieszkańcy Pennacook. O tym, skąd się wzięły, wiedziano tyle co nic. Tak to już jest, kiedy dziecko nie ma rodziców: zawsze są jakieś luki, zawsze czegoś nie wiadomo. Mieszkańcy Pennacook mieli niejakie pojęcie o tym, co się dzieje z sierotami, których nikt nie chciał przygarnąć: w wieku czternastu-piętnastu lat taka młoda osoba trafia "pod kuratelę państwa", co brzmi nieciekawie. Były w mieście panie, które twierdziły, że niepełnoletnim dziewczętom nie można powierzyć tak ważnego zadania jak opieka nad dziećmi. Pozwolilibyście osobom pod kuratelą państwa zajmować się swoimi dziećmi? To pytanie ludzie zadawali sobie nawzajem albo zastanawiali się nad tym w skrytości ducha.
Pierwszym trzem opiekunkom od Winslowów nie można było absolutnie niczego zarzucić. Wszystkie uczęszczały do publicznych szkół w Pennacook i były wzorowymi uczennicami. W college'u też radziły sobie śpiewająco, zaś potem dostały się na dobre studia; można by wręcz pomyśleć, że to rodzone córki Winslowów, a nie zwykłe niezaadoptowane sieroty. Odwiedzały ich w święta i podczas wakacji - mówiły przy tym, że przyjechały "do domu", co niezmiernie irytowało mieszkańców Pennacook. Trzy panienki Winslowów nazwane na cześć wysokich cnót witały swoje dawne au pair z taką radością, jakby to były ich rodzone siostry, nie zaś osoby pod kuratelą państwa.
Żadna z opiekunek nigdy nie powiedziała złego słowa o tym, jak traktowano je u Winslowów.
- Od samego początku okazywali mi akceptację, zupełnie jakbym od zawsze była jedną z nich, a teraz wiem, że naprawdę tak jest i zawsze będzie. - Wyznała najstarsza z tych sierot, opiekunka Faith, pierworodnej córki Constance i Thomasa.
- Nie można tak po prostu dać domu komuś takiemu jak ja, kto nigdy go nie miał, ale to właśnie od nich dostałam: poczucie, że mam prawdziwy dom - powiedziała matkom swoich koleżanek ze szkoły Lucie, opiekunka Hope. Nieczęsto się zdarzało, żeby paniom z Pennacook odebrało mowę.
Trzecia au pair, opiekunka Prudence, najmłodszej z małych Cnót, miała na imię Denise. Należała do osób małomównych, przez co mieszkańcy Pennacook podejrzewali, że coś ukrywa. Tymczasem milcząca sierota od Winslowów była po prostu nieśmiała i oszczędna w słowach. Robiła wrażenie nieskorej do rozmów, lecz kryła się za tym przezorność, bo Denise mądrze wolała unikać pogawędek z miejscowymi kobietami znanymi z upodobania do plotek.
- Traktowali mnie jak rodzoną córkę. Nas wszystkie traktowano jednakowo - mówiła najmłodsza z trzech opiekunek latorośli Winslowów. - Ode mnie po prostu oczekiwano większej odpowiedzialności, ponieważ byłam trochę starsza od pozostałych dzieci.
Co było nieuniknione, jedna ze starszych pań zapytała wreszcie, chwytając się ostateczności, jak to mają w zwyczaju kobiety z prowincji:
- Ale jak zwracałaś się do państwa Winslowów? Jak miałyście się do nich zwracać?
- Och, z nich to były takie same dzieci jak my, tylko większe. Mówię do nich tak samo, jak oni do siebie: Tommy i Connie! - odparła opiekunka z niespodziewanym ożywieniem, jakby zapomniała o swojej małomówności.
Paniom z miasteczka nie śniłoby się nawet powiedzieć do Constance Winslow "Connie" i tak samo panom nie przyszłoby do głowy, że Thomas Winslow - pierwszy z anglistów, mimo skromnego wzrostu - to jakiś "Tommy". Tymczasem te sieroty pod kuratelą państwa znały nawet panieńskie nazwisko Constance - były za pan brat z jej rodowodem, z linią Bradfordów sięgającą pokładu "Mayflower". Słuchając, co mówią, można było pomyśleć, że choć rodziny się ich wyrzekły, również mają protoplastów wśród pierwszych osadników. "Biedna Dorothy!", wzdychały te au pair, ubolewając nad losem pierwszej żony pana Williama Bradforda. Gdy się pobrali, miała zaledwie szesnaście lat. W Holandii pod opieką jej rodziców zostało ich trzyletnie dziecko. Dorothy zmarła tragicznie; kiedy "Mayflower" stał już na kotwicy w pobliżu portu w Provincetown, wypadła (lub też wyskoczyła) za burtę i utonęła. Mieszkańcy Pennacook nie mieli co do tego najmniejszych wątpliwości - na pewno sama rzuciła się do wody! Zobaczyła z pokładu, że czeka na nią wielkie dzikie pustkowie, a do tego wiedziała, że już nigdy nie zobaczy ukochanego dziecka. "Ja bym wyskoczyła", myślały panie z Pennacook, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia i kiwając głowami.
Ale opiekunki od Winslowów były z innej gliny. One zeszłyby na brzeg i zmierzyły się z dzikim pustkowiem. "William Bradford ożenił się ponownie!", oznajmiła au pair małej Faith, jakby ponowny ożenek był dowodem bohaterstwa mężczyzny.
- William Bradford został gubernatorem Plymouth i spisał historię kolonii w książce pod tytułem Of Plymouth Plantation - powiedziała kiedyś Lucie przed całym miastem.
- Z tej książki do dzisiaj uczy się historii Ameryki w szkołach wyższych - dodawała Denise, która nie wyzbyła się nieśmiałości, ale z biegiem lat coraz częściej zabierała głos.
Nawet imię pani Constance Winslow miało niepospolity rodowód.
- Pochodzi z łaciny, a do angielszczyzny trafiło poprzez język francuski - pospieszyła z wyjaśnieniem niania Faith, sumiennie powtarzając to, co jej powiedziano.
- Jest to średniowieczna forma łacińskiego imienia Constantia - uzupełniła Lucie, która miała pieczę nad Hope.
- Nosiła je córka Wilhelma Zdobywcy - dodała bez wielkiej nieśmiałości Denise, sierota pod kuratelą państwa opiekująca się Prudence.
A potem, gdy Prudence miała dziesięć lat, okazało się, że Constance Winslow znowu zaszła w ciążę. W czwartym miesiącu jej odmienny stan dało się już zauważyć. Urodziła czwartą córkę po jedenastych urodzinach Prudence; Faith i Hope były wtedy nastolatkami. Każda z trzech Cnót była już w takim wieku, że myśl o obowiązku opieki nad nową siostrą mogła budzić w niej sprzeciw, jednak - zgodnie z tym, co sugerowały ich imiona - wspólnie wyraziły szlachetną gotowość do podjęcia się tego zadania. Jeśli zaś chodzi o trzy dawne opiekunki córek Winslowów, to jedna z nich miała już własne dzieci, lecz mimo to wszystkie zaoferowały się, że wrócą "do domu" (bo tak wciąż mówiły). Wręcz pchały się tam na wyprzódki i nawet pokłóciły się o to, która zostanie opiekunką nowo narodzonej dziewczynki.
- Och, moje kochane, nie bądźcie niemądre - powiedziała Constance.
- Nie zapominajcie o własnym życiu, kochane - dodał Thomas.
W przekonaniu mieszkańców Pennacook ta czwarta córka nie była planowanym dzieckiem. Panie przyznawały, że widząc w Thomasie przede wszystkim nauczyciela, mogły osądzić go zbyt pochopnie; może jednak ich "laleczka" miała w sobie szczyptę spontaniczności. A potem zabrała głos kobieta najęta do sprzątania u Winslowów. To ona dostarczyła informacji o sypialnianych konwenansach Constance i Thomasa, niemniej fakt pozostawał faktem: w takich sprawach nawet w małym miasteczku w New Hampshire nie można wiedzieć wszystkiego. (Wszystkiego nie wie nawet sprzątaczka).
Sypialniane koniunktury państwa Winslowów już od dawna stanowiły przedmiot zainteresowania pań z Pennacook. Kiedy ich trzy starsze córki były jeszcze małe, Thomas Winslow sprawował dozór nad internatem Pennacook Academy i zajmował tam z rodziną służbowe mieszkanie. Proszę sobie tylko wyobrazić, że nieletnia dziewczyna, w dodatku sierota, mieszka w internacie dla chłopców. Thomas i Constance musieli umieć przywołać ich do porządku. Wszyscy uczniowie - a zwłaszcza starsi - dobrze wiedzieli, że od opiekunek Winslowów należy się trzymać z daleka. Co nie zmienia faktu, że pięcioosobowej rodzinie (plus jeden) w służbowym mieszkaniu było bardzo ciasno; projekt nie przewidywał trójki dzieci (plus ich au pair). Mieszkańcy Pennacook zachodzili natomiast w głowę: czy to dlatego władze szkoły obcięły Thomasowi Winslowowi pensję, bo opiekunka jada razem z całą jego rodziną przy nauczycielskim stole w jadalni szkolnej? (Mieszkańców Pennacook niezmiernie irytowało, że nie mają wglądu w sprawy szkoły).
Sprzątaczka Winslowów, kobieta mocno sterana życiem, mieszkała wcześniej w Bostonie i nigdy nie ukrywała, że żałuje wyjazdu na północ. Do New Hampshire ściągnął ją mąż, który niczego się tutaj nie dorobił i był zwykłym gołodupcem, o czym również mówiła całkiem otwarcie. A jeśli ktoś miał trochę czasu, mógł jeszcze usłyszeć, dlaczego źle się stało, że jej rodzina wyniosła się z Kildare, sprzątaczka pochodziła bowiem z Irlandii. Nazywała się Gertie Eustis. Gertie to skrót od Gertrude i to, że nosi takie imię, też chyba jej nie pasowało. Pracowała u Winslowów od samego początku, gdy jeszcze mieszkali w internacie, oraz później, gdy przenieśli się do własnego domu w mieście.
- Tym dzieciakom nikt nie mówi, ani o której mają się kłaść, ani do którego łóżka. Jeśli chodzi o spanie, to u Winslowów panuje pełen liberalizm - rozpowiadała Gertie na mieście. Uściśliła jeszcze, że "ich poduszki cięgiem tylko wędrują", ale mieszkańcom Pennacook do ogólnego potępienia wystarczył już wspomniany "liberalizm". Do obowiązków pani sprzątającej należała zmiana pościeli i zdarzało się, że Gertie znajdowała poduszki wszystkich dzieci w jednym łóżku - mogło to być łóżko dziecięce, ale równie dobrze łóżko opiekunki. W internacie rodzina Winslowów nie miała oddzielnych pokojów dla wszystkich dzieci - miejsca ledwie starczyło na osobne łóżko dla każdej córki. Opiekunce również przysługiwało tam jedynie łóżko, o pokoju nie było mowy.
- U tej tak zwanej au pair zawsze leży co najmniej jeden dzieciak, a czasem wszystkie. Zupełnie jak w sierocińcu. - Tak to widziała Gertie Eustis.
W centralnej części Pennacook stały białe domy w stylu kolonialnym - do jednego z nich, wyposażonego w pięć sypialni, wprowadziła się rodzina Winslowów, kiedy Thomas odpracował już całą pańszczyznę, którą był winien jako młody nauczyciel i mógł się zrzec dozoru nad internatem. Każda z małych Cnót dostała wtedy własny pokój, ale łazienkę miały wspólną. Natomiast opiekunka dysponowała nie tylko osobnym pokojem, ale i łazienką. Jej "lokum", bo tak Constance nazywała te dwa pomieszczenia, mieściło się na piętrze, w głębi korytarza, tuż nad kuchnią. Na przeciwległym końcu tego korytarza znajdowały się największa sypialnia i łazienka. W duchu dawnych purytanów (co Thomas i Constance Winslowowie bardzo pochwalali) ten siedemnastowieczny dom nie posiadał wielu zewnętrznych elementów dekoracyjnych. Miał stromy dach z dwoma kominami, a główne drzwi osłaniał portyk. Drewniane elewacje były malowane na biało, a okiennice na czarno.
Ale sprzątaczka i tak rozpowiadała po mieście, że ani uświęcona wiekami obyczajność Nowej Anglii, ani też wystarczająca liczba sypialni nie powstrzymują małych Cnót ani ich nastoletniej opiekunki pod kuratelą państwa przed wędrówkami z łóżka do łóżka. "Dzieciaki i ta sierota śpią gdzie popadnie", opowiadała mieszkańcom Pennacook Gertie Eustis, która uważała się za prywatną gospodynię Winslowów. Była to kobieta o predyspozycjach kierowniczych. Miała pieczę nad pościelą i poszwami na poduszki; to był jej odcinek. Obchodziło ją, gdzie podziewają się poduszki dzieci, nie wspominając już o poduszce ich opiekunki, a tymczasem rano z reguły znajdowała je wszystkie w jednym łóżku - i najczęściej było to właśnie łóżko opiekunki. Nawet kiedy ostatnia, jak się wtedy wydawało, sierota Winslowów wyjechała już do college'u, młode Cnoty kultywowały zwyczaj spania razem.
- To już emigranci w barakach mają większe poszanowanie cudzych granic, tak sobie wyobrażam - mówiła Gertie każdemu, kto chciał słuchać.
To, że trzy córki Winslowów sypiają razem w jednym łóżku, nie obchodziło mieszkańców Pennacook ani trochę. Miasto chciało wiedzieć, jak wygląda owo "poszanowanie granic" u ich rodziców. Thomas zajął pusty pokój, w którym mieszkała opiekunka. Z pewnością znalazłyby się inne małżeństwa sypiające oddzielnie, ale to właśnie odległość pomiędzy sypialnią Thomasa i Constance Winslowów budziła obsesyjną ciekawość i dawała pożywkę niekończącym się dyskusjom. Aby dostać się do głównej sypialni z dawnego pokoju swojej au pair, Thomas musiałby skradać się na palcach korytarzem, mijając drzwi, za którymi spały jego córki; ewentualnie mógł też zejść na parter, przemierzyć całą długość domu i wrócić na piętro drugimi schodami.
Zainteresowanie mieszkańców Pennacook tym długim szlakiem z sypialni do sypialni miało coś wspólnego z tym, że czwarta córka Winslowów bardzo różniła się od swoich starszych sióstr. Po pierwsze, imię tej przypuszczalnie niezaplanowanej (czy też innymi słowy: spontanicznej) latorośli nie odwoływało się do żadnej z wysokich cnót - w każdym razie nie wprost. Owszem, paniom z Pennacook mogło się tak wydawać, ale Constance postawiła sprawę jasno: imię Honor wybrał Tommy i wyraża ono pewne oczekiwanie wobec osoby je noszącej.
- Honor to takie imię jak Chastity1. A oczekiwanie to jeszcze niekoniecznie cnota. - Tak to ujęła.
Mieszkańcy Pennacook, a zwłaszcza panie, byli zdania, że imię Honor zawiesza życiową poprzeczkę dość wysoko.
I tyle, jeśli chodzi o biedną Dorothy - panią Bradford z "Mayflower", tę młodą żonę, która utonęła u brzegów Provincetown. Czwarta córka Thomasa i Constance Winslowów otrzymała inne imię, a razem z nim trudny do podźwignięcia krzyż. A mieszkańcy Pennacook z całą pewnością zadawali sobie pytanie: co zrobią Tommy i Connie? Kogo sprowadzą do opieki nad małą Honor, skoro sami śpią w przeciwnych krańcach domu?
Chyba nie będzie kolejnej sieroty?, myślały panie z Pennacook, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia i kiwając głowami. W opinii mieszkańców zatrudnienie czwartej osoby pod kuratelą państwa byłoby kuszeniem losu. W gruncie rzeczy ich wiedza na temat sierocińców pozostawiała sporo do życzenia, ale podobnie jak wielu ludzi w innych małych miasteczkach Nowej Anglii, absolutnie wystarczało im to, co gdzieś tam zasłyszeli.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
1 Chastity (ang.) - czystość, niewinność. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).