Królowa dram - Paweł Nowak

Kup ebooka

37.90 zł
31.34 zł (31,64 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

I am beau­ti­ful no mat­ter what they say, Words can't bring me down, I am beau­ti­ful in every sin­gle way, Yes, words can't bring me down.

Chri­stina Agu­ilera, Beau­ti­ful

- Może cia­steczko do kawki? Mamy fan­ta­styczną bezę z tru­skaw­kami. Będzie świet­nie paso­wać. Albo ser­ni­czek z białą cze­ko­ladą. Naprawdę jest prze­pyszny.

- Nie powin­nam - rzu­ci­łam nie­śmiało.

Robiła to spe­cjal­nie, widzia­łam w jej oczach. Zawsze to robi. Prze­cież chcę się tylko napić kawy, dla­czego za każ­dym razem pro­po­nuje to okropne cia­sto? No dobra, nie jest okropne, jest obłędne. Od dwóch mie­sięcy nie mogę się mu oprzeć, cho­ciaż zawsze obie­cuję sobie, że tym razem powiem "nie". Dasz radę, Elizka, jesteś silną, aser­tywną kobietą. Wcale nie musisz go jeść. Prze­cież już wiesz, jak sma­kuje...

- To jak? - powtó­rzyła kel­nerka. - Kawa­łe­czek? Beza czy ser­nik?

Widzia­łam, jak kpi ze mnie! Na pewno myślała sobie: "Jesteś taka gruba, że pochło­nę­ła­byś cały tort". Uśmie­chała się zachę­ca­jąco, ale już ja znam takie wydry, co śmieją się w duchu, licząc, że jeśli wszyst­kie ich klientki będą pulchne, to pozbędą się kon­ku­ren­cji na rynku hot sin­gie­lek.

- Naprawdę nie powin­nam. - Toczy­łam wewnętrzną walkę. Weź­miesz czer­woną pigułkę, zosta­niesz w świe­cie, w któ­rym się uro­dzi­łaś, z kolei nie­bie­ska pozwoli ci wejść do Matrixa, gdzie poznasz prawdę o samej sobie. Zaraz, co ja pie­przę! Jaki Matrix! Praw­dziwe piękno kryje się we mnie i żadne ciastko mu nie zaszko­dzi. A zresztą, nie posło­dzę cap­puc­cino. - To może jed­nak bezę - odpo­wie­dzia­łam. - Ale malutki kawa­łe­czek.

- Świetny wybór - ucie­szyła się wydra. - Ja wczo­raj zja­dłam trzy kawałki, taka była pyszna.

- Serio? I tak wyglą­dasz? - W wyobraźni wła­śnie doko­ny­wa­łam na niej egze­ku­cji. Blond loki tej chu­dej wydry oplo­tły jej szyję, nie pozwa­la­jąc jej zła­pać tchu. Boże, dla­czego mnie nie­na­wi­dzisz?! Czym zawi­ni­łam?!

- Tak już mają chu­dzielce - odparła, jakby nie czuła palą­cej nie­na­wi­ści w moim wzroku. - Kawka na zwy­kłym czy chu­dym?

- Chu­dym! - ryk­nę­łam nieco gło­śniej, niż zamie­rza­łam. Może die­te­tyczne mleko zrów­no­waży cho­ciaż pięć pro­cent kalo­rii, które wsunę w tej pięk­nej bezie, tak ocho­czo ofe­ro­wa­nej przez wydrę.

- Podam do sto­lika - odpo­wie­działa z uśmie­chem, prze­cho­dząc do robie­nia kawy.

Poczła­pa­łam w stronę sto­lika w kącie kawiarni. Uwiel­bia­łam Nero i ten sto­lik. Mia­łam tu widok na cały lokal, nikt mi nie prze­szka­dzał. Tak jak­bym była legal­nie nie­wi­dzialna, jakby nikt nie zauwa­żał ilo­ści pochła­nia­nych przeze mnie cia­stek. Dziś jed­nak będę miała towa­rzy­stwo. Musia­łam zna­leźć lep­sze miej­sce. Wybra­łam zatem kanapę na środku sali. W miej­scu, w któ­rym mnie oce­niano. Zawsze bałam się opi­nii innych. Nie byłam per­fek­cyjna. Bio­rąc pod uwagę, że stan­dardy per­fek­cyj­no­ści wyzna­cza Mał­go­sia Roze­nek, bli­żej mi było do Buki z Mumin­ków niż do naczel­nej gwiazdy TVN-u.

Odkąd pamię­tam, zawsze byłam... duża. Uży­łam okre­śle­nia "duża", bo chcę się poczuć lepiej. Krótko mówiąc, gruba. No cóż, trzeba nazy­wać rze­czy po imie­niu. Jestem zwy­czaj­nie gruba. Wła­ści­wie to nie wiem dla­czego. Wcale nie jem dużo. Okej, wię­cej niż inni, ale na­dal nie­dużo. Po pro­stu mam więk­szy ape­tyt na słod­kie. Choć oso­bi­ście uwa­żam, że nie to jest powo­dem moich dodat­ko­wych kilo­gra­mów. Osta­tecz­nie wydry jadły trzy kawałki bezy, a ja tylko jeden. Nie­któ­rzy tak mają, tyją od powie­trza. Tak, z tym zało­że­niem szłam przez życie. Po pro­stu jestem gruba i już. Mam ładną buzię, piękne, dłu­gie, kasz­ta­nowe włosy i wiel­kie brą­zowe oczy. No i dłu­gie rzęsy. Bar­dzo dłu­gie. Fakt, że sztuczne, ale kto by tam wni­kał w szcze­góły. Rzęsy to rzęsy, a czego bozia ci nie dała, to kosme­tyczka dosztu­kuje.

No dobra, skoro już o tym mowa, jestem jedną z tych power girls, które uwa­żają, że praw­dziwe piękno kryje się wewnątrz. Tego się trzy­ma­łam, cho­ciaż z tym wewnętrz­nym pięk­nem też róż­nie bywało. Osta­tecz­nie dopiero co chcia­łam doko­nać mordu na wydrze. Ale jak to mówią, nobody is per­fect. Aha, skoro o wydrach już mowa, ta zawsze była na mojej czar­nej liście. Kobiety z zało­że­nia są wredne. No chyba że są Gosią Roze­nek, to wtedy nie... ale ogól­nie rzecz bio­rąc, są! Obga­dują, śmieją się z cie­bie w duchu i pod­su­wają ciastka grub­szym od sie­bie.

To nie tak, że nie mam kole­ża­nek. Mam, ale selek­tyw­nie dobie­ram przy­ja­ciół, głów­nie to geje. To ide­alna alter­na­tywa przy­ja­ciółek. Nie zazdrosz­czą, nie pod­bie­rają face­tów, mają prawo być ład­niejsi, no i w ich oczach ni­gdy nie jesteś za gruba. Powie­dzia­ła­bym nawet, że im grub­sza, tym lep­sza... Hm, nie brzmi to dobrze. Muszę to wykre­ślić. Reasu­mu­jąc, geje są super! I dobrze mieć ich w swoim oto­cze­niu. Nie wie­dzieć czemu, z les­bij­kami bywa trud­nej... no ale to jed­nak kobiety. A o kobie­tach już mówi­łam.

Moją naj­więk­szą pod­porą jest Adaś... Adaś jest cudowny, cho­ciaż prze­żył wiele. I choćby dla­tego zasłu­guje na sza­cu­nek. Adaś wyko­rzy­stuje co naj­mniej połowę swo­ich pokła­dów empa­tii. Jest moim wzo­rem walki o sie­bie. Wyrocz­nią w spra­wach życio­wych, a z kolei jego zwią­zek to speł­nie­nie marzeń o księ­ciu na bia­łym koniu. No, w moim przy­padku musiałby chyba przy­je­chać na wiel­błą­dzie. To Adaś nauczył mnie życia, tole­ran­cji i wiary w to, że nawet po naj­więk­szej burzy wycho­dzi słońce. I dla­tego to wła­śnie on miał ode­grać główną rolę w tym, co mogło odmie­nić moje życie o sto osiem­dzie­siąt stopni.

Cze­ka­łam na niego już od dzie­się­ciu minut, ale miał prawo się spóź­niać. Pra­co­wał w dużej fir­mie na Mor­do­rze, a zatem "Będę za dzie­sięć minut" nale­żało czy­tać jako "Spóź­nię się dwa­dzie­ścia". Może to i lepiej. Nie wie­dzia­łam, czy jestem gotowa na tę roz­mowę, i nie mia­łam poję­cia, jak on zare­aguje na to, co mia­łam mu do prze­ka­za­nia. Adaś rzadko się zło­ścił. Ale gdy już wybu­chał, to z siłą ato­mówki. Dla­tego wola­łam się z nim umó­wić w miej­scu publicz­nym. Kto jak kto, ale on umiał się zacho­wać. Grze­gorz go tego nauczył...

- Podać cukier do kawy? - Z roz­my­ślań wytrą­ciła mnie chuda wydra, sta­wia­jąc przede mną gigan­tyczny kawa­łek bezy z tru­skaw­kami.

- Nie sło­dzę - odpar­łam z mściwą satys­fak­cją. Cho­ciaż sło­dzę, i to co naj­mniej dwie łyżeczki.

- Zazdrosz­czę! Ja pró­buję odsta­wić cukier, ale nie mogę się powstrzy­mać - odparła, po czym odwró­ciła się na pię­cie. Zaci­snę­łam szczęki tak mocno, że mia­łam wra­że­nie, że poła­mię sobie zęby. Już mia­łam wylać to gorz­kie, odtłusz­czone latte na te jej piękne blond loki, kiedy przede mną poja­wił się Adaś w bia­łej koszuli i ide­al­nie skro­jo­nej mary­narce. Wyglą­dał, jakby mnie nie pozna­wał.

- Wszystko w porządku? - Prze­krę­cił głowę i zmarsz­czył brwi.

Odpę­dzi­łam obraz kona­ją­cej wydry i spoj­rza­łam na sto­ją­cego przede mną przy­ja­ciela.

- Tak - odpar­łam, upi­ja­jąc łyk kawy. - Aua!

Gorące mleko wypa­liło mi pod­nie­bie­nie. Szybko odsta­wi­łam fili­żankę na spodek, dło­nią wie­trząc usta. Na twa­rzy Ada­sia zasko­cze­nie ustą­piło miej­sca naj­pierw prze­ra­że­niu, póź­niej zaś roz­ba­wie­niu, które rosło z każdą sekundą.

- No co! - rzu­ci­łam. - Gorącą mi podała.

Wydra tylko z nie­sma­kiem unio­sła swoje nary­so­wane kre­ską brwi. Widać, że sztuczne.

- Spóź­ni­łeś się. Zamó­wi­łam ci bezę. - Prze­su­nę­łam wielki kawa­łek cia­sta w jego stronę.

- Kogo chcesz oszu­kać? - Zaśmiał się. - Zamó­wi­łaś dla sie­bie. Jed­nakże będę tak miły i dotrzy­mam ci towa­rzy­stwa, zaraz sko­czę po swoją. Na począ­tek jed­nak się z tobą przy­wi­tam, o ile twoje usta już doszły do sie­bie.

- Nie chcesz wie­dzieć, co te usta potra­fią - odpo­wie­dzia­łam, cału­jąc go w poli­czek.

- Hahaha, nie wąt­pię, ale pamię­taj, że geje są w tym lepsi.

- Żebyś się nie zdzi­wił, mój drogi. - Prze­wró­ci­łam zalot­nie oczami, odgar­nia­jąc kosmyk wło­sów.

- Ład­nie wyglą­dasz. Zro­bi­łaś coś z wło­sami?

- Nie, nic, byłam tylko u fry­zjera. - Lek­ce­wa­żąco mach­nę­łam ręką.

- Yyyy, a to nie zna­czy to samo? - Pró­bo­wał stłu­mić śmiech.

- Nie rozu­miem - odpar­łam roz­ko­ja­rzona.

- No skoro byłaś u fry­zjera, to chyba zro­bi­łaś coś z wło­sami.

Fuck.

- Ani się waż robić ze mnie głu­piej. - Pogro­zi­łam mu pal­cem. - Mam do cie­bie sprawę!

- No niczego innego się nie spo­dzie­wa­łem.

- Ej, co to miało zna­czyć?!

- Eliza, wycią­gasz mnie w środku tygo­dnia, dzień wcze­śniej idziesz do fry­zjera i wkła­dasz naj­wyż­sze szpilki, jakie masz w domu. Na kilo­metr bije od cie­bie: wpa­dłam na pomysł za miliony i ty musisz mi w nim pomóc!

Ner­wowo scho­wa­łam stopy pod kanapę. Przej­rzał mnie. Powin­nam się wyco­fać i uda­wać głu­pią czy pozwo­lić mu trium­fo­wać?

- Chcia­łam ci się spodo­bać. - Szłam w zaparte.

- Taaaa. - Roze­śmiał się. - Jestem gejem, zapo­mnia­łaś?

- Dobra! Przej­rza­łeś mnie. - Pod­da­łam się. - Mam świetny pomysł, który może wresz­cie odmie­nić moje życie. Wła­ści­wie to jestem już w poło­wie pracy, ale nie chcia­łam ci o tym mówić wcze­śniej. Ogól­nie myślę, że się ucie­szysz... cho­ciaż sama nie wiem. Nie jest to pro­ste i bra­kuje mi kilku infor­ma­cji. I doty­czy też cie­bie. Ale nie martw się, nie zaszko­dzi ci w żaden spo­sób, po pro­stu jesteś mi bli­ski i kocham cię, i chcia­ła­bym, byś mnie wsparł, w sen­sie poparł mój pomysł. I nie możesz być zły, bo gdy­byś był, to wiesz, wszystko się... wyje­bie.

Słowa wypa­dły ze mnie jak lawina. Sama zgu­bi­łam sens, a Adaś patrzył na mnie coraz bar­dziej zdez­o­rien­to­wany.

- Możesz w skró­cie? - rzu­cił.

- Chcę napi­sać książkę! - wypa­li­łam.

Zmie­rzył mnie wzro­kiem i uśmiech­nął się krzywo.

- Okej, teraz zro­zu­mia­łem. Brzmi świet­nie. Jesteś na tyle barwną posta­cią, że to może się udać. Trzy­mam kciuki.

Uff, jestem w domu!

- Cudow­nie, że się cie­szysz - odpar­łam zachwy­cona, klasz­cząc w dło­nie. Chwy­ci­łam jego twarz i poca­ło­wa­łam go w usta, w tym samym momen­cie roz­le­wa­jąc kawę moim obfi­tym biu­stem wprost na jego kro­cze.

- Cho­lera! - wrza­snął, wzbu­dza­jąc zain­te­re­so­wa­nie pozo­sta­łych gości i poru­sze­nie obsługi.

Prze­ra­żona patrzy­łam, jak z beżo­wych spodni ska­py­wało moje bez­tłusz­czowe latte. Zamar­łam i zakry­łam usta dło­nią.

- Prze­pra­szam.

Adaś patrzył na mnie wście­kły wobec pod­śmie­chu­ją­cego się tłumu gapiów. Chwy­ci­łam ser­wetki i zaczę­łam wycie­rać jego kro­cze, co tylko powięk­szyło plamę roz­cho­dzącą się już teraz na pozo­stałą powierzch­nię ud.

- Co ty robisz! - wark­nął, odsu­wa­jąc się.

Zebrani wokół ludzie nie potra­fili już powstrzy­mać śmie­chu. Szcze­rze mówiąc, sama bym się śmiała, widząc, jak jakaś odstrze­lona gru­ba­ska pochyla się nad sto­li­kiem, prze­cie­ra­jąc kro­cze przy­stoj­nego chło­paka na samym środku war­szaw­skiej kawiarni.

- Chcia­łam pomóc. - Uśmiech­nę­łam się zalot­nie, patrząc na niego z dołu.

- Obej­dzie się! Jak ja wyglą­dam! Mam jesz­cze dziś spo­tka­nie!

- Możemy panu dać robo­cze spodnie, mamy jesz­cze jakieś z uni­for­mów na zaple­czu, myślę, że chło­paki z obsługi się nie obrażą. - Pode­szła do nas chuda wydra.

Nikt nie pro­sił cię o pomoc, pomy­śla­łam.

- Dzięki Bogu, popro­szę, pójdę się prze­brać.

- Jest gejem! - wypa­li­łam, zanim zdą­ży­łam się ugryźć w język, posy­ła­jąc jej naj­bar­dziej wyra­cho­wane spoj­rze­nie.

Wydra zanie­mó­wiła, za to Adaś wyglą­dał, jakby wyzio­nął ducha. Spoj­rzał na mnie z pogardą, jakby chciał powie­dzieć: "Co ty odwa­lasz?". Usia­dłam na kana­pie, skrzy­żo­wa­łam ramiona na pier­siach i zapa­trzy­łam się na obraz na ścia­nie, choć wła­ści­wie w ogóle go nie widzia­łam.

Adaś wyszedł za chudą wydrą do toa­lety. Czu­łam się jak totalna kre­tynka. Nie dość, że nie powie­dzia­łam mu naj­waż­niej­szego, to jesz­cze wygłu­pi­łam się przed wydrą i wyszłam na zazdro­sną przy­ciotę. Jeśli nie jeste­ście wta­jem­ni­czeni, przy­ciota to laska, która ota­cza się samymi gejami, uwa­ża­jąc ich za bożysz­cza. Nie brzmi to naj­le­piej, ale ide­al­nie do mnie pasuje.

Adaś nie wra­cał przez kolejne pięć minut, a ja zaczę­łam się zasta­na­wiać, jak ura­to­wać to spo­tka­nie, które nawet w poło­wie nie prze­bie­gało tak, jak pla­no­wa­łam. Moje marze­nia o wiel­kiej karie­rze wisiały na wło­sku. Z ner­wów wcią­gnę­łam jak odku­rzacz całą bezę i zaczę­łam się bić z myślami, czy nie zamó­wić jesz­cze ser­nika.

- Już zja­dłaś? - zdzi­wił się Adaś, wró­ciw­szy z łazienki i spoj­rzaw­szy na mój pusty talerz.

- Żar­tu­jesz? - Uda­łam głupa. - Odda­łam, bo zala­łam ciastko kawą. - Boże, ty kre­tynko! - Adaś, bar­dzo cię prze­pra­szam - zaczę­łam. - Wiesz, nawet ład­nie ci w tych spodniach, pasują do mary­narki. - Rato­wa­łam sytu­ację.

- Eliza! - Zatrzy­mał mnie gestem ręki. - Nie pogar­szaj sprawy. Co z tą książką? Co to za gatu­nek? Kry­mi­nał, kome­dia?

- Wła­ści­wie to... powieść oby­cza­jowa, romans... No wiesz, z rodzaju tych, któ­rych teraz dużo.

- Chcesz być drugą E.L. James? No wiesz, z twoją wyobraź­nią... i moż­li­wo­ściami two­ich ust - dodał, uśmie­cha­jąc się, co było dobrym zna­kiem.

- Myślę, że na gene­wie takich histo­rii, które powstały w ostat­nim cza­sie, może się to dobrze sprze­dać. Ta histo­ria to będzie praw­dziwy sztos! Takiej książki nie było jesz­cze na rynku, wierz mi!

Adaś zmarsz­czył brwi.

- Gene­wie?

- No! To się teraz sprze­daje! Romanse, seks, sam wiesz!

- Cze­kaj, cze­kaj... gene­wie... Rozu­miem, że chcia­łaś powie­dzieć "gene­zie", mając na myśli "na kan­wie"?

Boże, zabij mnie.

- Oj tam, nie cze­piaj się szcze­gó­łów. Musisz mi pomóc.

Roze­śmiał się.

- Matko, a w czym ja mam ci pomóc? Nie znam się na sek­sie hete­ry­ków...

- Nie słu­chasz mnie. - Pokrę­ci­łam głową. - Chcę napi­sać książkę, jakiej jesz­cze nie było. Każda pod­rzędna autorka pisze o roman­sach dam­sko-męskich. Co druga książka jest o jakiejś tępej dzi­dzie zako­cha­nej w mafio­sie. Seks hete­rycki każ­demu się już prze­jadł. Ja chcę napi­sać o...

- O peda­łach?! - zdzi­wił się Adam sta­now­czo za gło­śno.

- Cicho bądź! - syk­nę­łam, czer­wie­niąc się jak burak. - Wasz świat jest znacz­nie cie­kaw­szy. W Pol­sce bra­kuje lite­ra­tury na ten temat. Wyobraź sobie te nagłówki! "Pierw­szy gejow­ski romans z ele­men­tami ero­tyki". To nie byłby głupi ero­tyk. Chcia­ła­bym napi­sać praw­dziwą opo­wieść - pod­kre­śli­łam.

Adaś wyda­wał się jed­nak zasko­czony. Na jego twa­rzy poja­wił się kpiący gry­mas, daleki od reak­cji, jakiej ocze­ki­wa­łam.

- Kochana, czy ty nie obcu­jesz za dużo z gejami? Mówi­łem ci, zosta­niesz przez nich starą panną. Seba jest święty, że jesz­cze nie kop­nął cię w tyłek! Nie znaj­dziesz tu opo­wie­ści o uda­nych związ­kach. Geje to w dużej mie­rze ludzie samotni i nie­szczę­śliwi, mało kto się jed­nak do tego przy­znaje. Wiesz sama, jaki mam sto­su­nek do tego śro­do­wi­ska. Długo nie mia­łem szczę­ścia ani w miło­ści, ani...

Nagle jego źre­nice się roz­sze­rzyły, zatrzy­mał wzrok na mnie, a jego usta powoli kształ­to­wały się w wielką literę O. Ja z kolei uśmie­cha­łam się coraz sze­rzej, prze­ko­nana o słusz­no­ści swej idei.

- Nie, nawet ty nie mogłaś wpaść na tak durny i nie­do­rzeczny pomysł - powie­dział w końcu, krę­cąc głową.

- Dla­czego nie­do­rzeczny? Nie znam nikogo, kto by prze­żył tyle co ty. Twoja histo­ria jest bole­sna, a jed­no­cze­śnie ważna i aktu­alna. Wiesz, ilu oso­bom mogłoby to pomóc? Ilu chło­pa­ków prze­żywa to, co ty kie­dyś? Chcę poka­zać rze­czy­wi­ste obli­cze tego świata, bez wybie­la­nia, ide­ali­za­cji. Praw­dziwy świat, nie ten lan­so­wany przez media. Tylko prawda się obroni, tyle razy sam to mówi­łeś.

- I wła­śnie dla­tego nie chcę do tego wra­cać. To prze­szłość, od któ­rej ucie­kam! Nie mogłaś wymy­ślić niczego rów­nie głu­piego. Czego ode mnie ocze­ku­jesz? Że opo­wiem ci to wszystko jesz­cze raz, bo wymy­śli­łaś sobie, że zosta­niesz pisarką?! Napisz o kolej­nej lasce porwa­nej przez, nie wiem, mek­sy­kań­ski kar­tel nar­ko­ty­kowy, a nie o życiu swo­ich przy­ja­ciół.

Łzy napły­nęły mi do oczu. Adaś cały się trząsł, na jego czole poja­wiły się kro­ple potu. Wyglą­dał na szcze­rze prze­ra­żo­nego. Dla­czego tego nie prze­wi­dzia­łam? Jak mogłam być tak głu­pia i nie wziąć pod uwagę, że histo­ria, o któ­rej pisa­łam, jest nie tylko ważna, lecz także pełna bólu, nie­za­go­jo­nych ran i cier­pie­nia.

- Wiesz, pomy­śla­łam, że to mogłoby pomóc wielu ludziom.

- Pomóc... Dla­czego cią­gle mam komuś poma­gać wła­snym kosz­tem? Słu­chaj, znasz mnie od dawna, wiesz, że nie było mi łatwo upo­rać się z wie­loma rze­czami, że gdyby nie Grze­gorz... Wła­śnie, czy ty, do cho­lery, pomy­śla­łaś o nim? Jaka byłaby jego rola w tej histo­rii? Od dawna nie żyjemy w "gejow­skim światku", a ty chcesz nas zmu­sić, żeby­śmy znów do niego weszli. Nie chcę tego!

- Prze­cież nikt by nie wie­dział, że to opo­wieść o tobie. Nie jestem idiotką. Pozmie­nia­ła­bym wszyst­kie fakty, które mogłyby dopro­wa­dzić do cie­bie czy Grze­go­rza. Ty był­byś tylko inspi­ra­cją. Moją inspi­ra­cją!

- Nie! Nie chcę być niczyją inspi­ra­cją, nie chcę być też ani boha­te­rem, ani niczym innym. Wiodę spo­kojne życie z face­tem, który mnie kocha, i niech tak zosta­nie. Gejow­ski świat potrafi tylko ranić. Od dawna ci powta­rzam, że jest pełen zawi­ści, pogardy dla innych. Nie ma tam wspar­cia, jedy­nie wyświech­tane hasła bez pokry­cia. Jest bar­dziej nie­to­le­ran­cyjny niż ten, w któ­rym żyją moi rodzice.

- Chyba prze­sa­dzasz... - zaopo­no­wa­łam nie­pew­nie.

- Nie prze­sa­dzam! Nic o tym nie wiesz. Jesteś gej-mamą, która myśli, że geje są uro­czy, słodcy i kochani, bo tacy są dla cie­bie. Nie wiesz, jak się zacho­wują wobec sie­bie. A prawda jest taka, że zdra­dzają się, oszu­kują i kła­mią. Praw­dziwa miłość to jak szu­ka­nie perły w pia­sku na pustyni.

- Ale ty ją zna­la­złeś! I o tym warto opo­wie­dzieć! Mimo tylu prze­ciw­no­ści zna­la­złeś kogoś, kogo bar­dzo kochasz i kto kocha cie­bie. Dla­czego nie poka­zać tak pięk­nej histo­rii?

- Bo to mój świat! - ryk­nął. - Pełen cier­pie­nia, błę­dów i grze­chów, nie tylko moich! A ja nie chcę do tego wra­cać tylko dla­tego, że ty chcesz zostać sławną pisarką! - Wstał gwał­tow­nie, zarzu­cił torbę na ramię i ruszył do wyj­ścia.

- Ej, zacze­kaj. Nie roz­sta­waj się tak ze mną. Ja naprawdę chcia­łam dobrze!

- Jak zwy­kle! Ty zawsze chcesz dobrze. Mam taką radę: może prze­stań chcieć i zacznij po pro­stu robić dobrze. Innym, nie sobie!

- Ale ja...

On jed­nak już się nie obej­rzał, tylko pospiesz­nie wyszedł z lokalu.

- ...napi­sa­łam już połowę - dokoń­czy­łam zda­nie, cho­wa­jąc twarz w dło­niach.

Jak mogłam być tak nie­roz­ważna. Kiedy Adaś w wieku osiem­na­stu lat został wyrzu­cony z domu, wyje­chał za marze­niami do sto­licy. Pew­nie nawet nie przy­pusz­czał, że sta­nie się tym męż­czy­zną, któ­rym jest dziś. I choć Grze­gorz zro­bił, co mógł, by mu pomóc, to jed­nak wiele głę­bo­kich ran jest led­wie opa­trzo­nych, goto­wych otwo­rzyć się na nowo w każ­dej chwili. Adam powie­dział prawdę: ten świat wcale nie jest miły. Ale wła­śnie dla­tego uwa­ża­łam, że warto opo­wie­dzieć tę histo­rię. Ku prze­stro­dze.

Z tych roz­my­ślań wyrwał mnie dopiero SMS. Spoj­rza­łam na tele­fon, na któ­rego ekra­nie wyświe­tliła się uśmiech­nięta twarz Karo­liny, jed­nej z moich dwóch przy­ja­ció­łek.

"Zgo­dził się?"

Wybra­łam jej numer.

- Nie. Za to mnie znie­na­wi­dził. Nie chce, żebym napi­sała tę książkę.

- Ale prze­cież ty już masz pra­wie całość.

- Tak, tyle że tego mu nie powie­dzia­łam. Co teraz?

Karo­lina zamil­kła. Przez chwilę w słu­chawce sły­sza­łam tylko dźwięk prze­żu­wa­nia chip­sów.

- Nie wiem, co masz zro­bić - powie­działa wresz­cie.

- Świetna rada. Ocze­ki­wa­łam jed­nak cze­goś wię­cej.

- No wiesz... Może zmieni zda­nie, gdy prze­czyta to, co nafsia­las.

- Mogła­byś prze­stać jeść chipsy, jak ze mną roz­ma­wiasz? Co ty, w kinie jesteś? - wark­nę­łam.

- Pączu­siu, wybacz. Nie jadłam nic od czter­na­stu godzin i teraz mam okienko żywie­niowe. Jestem głodna jak wilk, a to jedyna rzecz, jaką zna­la­złam w spi­żarni.

- Dla­czego nie jadłaś nic od tylu godzin? - zdzi­wi­łam się.

- Fasting!

- Fisting? Boże, kobieto, czyś ty zwa­rio­wała? Ja jestem zbo­czona, ale to nie na moje nerwy. Poza tym co to ma wspól­nego z jedze­niem chip­sów?

- Nie fisting, tylko fasting, kre­tynko. To dieta pole­ga­jąca na tym, że nie jesz przez czter­na­ście godzin, a przez następne możesz spo­ży­wać dowolne rze­czy. Jest świetna. Dziew­czyny z siłki schu­dły na tym nawet do dzie­się­ciu kilo­gra­mów. Ja już czuję, że chudnę. Tylko te napady jedze­nia... Krzyś mówi, że zwa­rio­wa­łam, ale do urlopu chcę wsko­czyć w roz­miar zero, bo...

- Karo­lina! - prze­rwa­łam jej. - Diety i roz­miar zero to dziś nie na moje nerwy. Poga­damy póź­niej. - I zanim dokoń­czyła swoje rewe­la­cje na temat fistin­go­wej diety, szybko się roz­łą­czy­łam.

- Podać coś jesz­cze? - Roz­ma­wia­jąc, nie zauwa­ży­łam wydry, która wła­śnie prze­cie­rała sto­lik i zabrała pusty tale­rzyk po bezie.

Spoj­rza­łam z nie­na­wi­ścią na jej wąską talię i sztuczny uśmiech, który i tak ją zdra­dzał: "I tak będziesz gruba, więc jedz te ciastka albo prze­stań zaj­mo­wać sto­lik".

- Tak - powie­dzia­łam gło­śno. - Chcę jesz­cze ciastko. Mam dużo pracy, więc duży kawa­łek.

- To ser­nik czy bezę? - zapy­tała.

- Jedno i dru­gie! Jestem na fistingu i mam teraz okno żywie­niowe, więc mogę zjeść nawet trzy takie por­cje - odpar­łam z naj­bar­dziej zja­dli­wym uśmie­chem, na jaki było mnie stać.

Zdzi­wiona kobieta otwo­rzyła usta, jakby chciała powie­dzieć: "Okej, jesteś pomy­lona, lepiej nie zadzie­rać z wariat­kami".

- Fistingu... rozu­miem - odparła po chwili. - Zaraz podam.

Rozdział II

Cza­sem wysko­czy mi fol­der wspól­nych zdjęć, wspól­nych zdjęć. Cza­sem usły­szę na mie­ście imię Twe, imię Twe. Pad­nie pyta­nie, czy na­dal bra­kuje mi Cię, bra­kuje mi Cię. Odpo­wiedź brzmi: "nie". No dobra, może tro­chę, tro­chę za bar­dzo, wiem...

Julia Rocka, Sio­stra

- Kocha­nie, nie możesz tak mówić... Nie płacz, pro­szę cię... Wiem, że to boli... To będzie bar­dzo boleć... Ale przej­dzie, zoba­czysz... On nie był cie­bie wart!

Kątem oka spoj­rza­łam na Seba­stiana, który leżał na łóżku obok, czy­ta­jąc książkę... albo uda­jąc, że czyta, bo od dzie­się­ciu minut nie prze­wró­cił strony. Zro­bi­łam do niego głu­pią minę, ale on tylko uniósł brew, z ruchu jego warg odczy­ta­łam słowa: "Masz jesz­cze pięć minut".

- Tak, wiem... Kochany, jesteś cudowny... Jesz­cze będzie cię pro­sił o powrót!... Pamię­taj, oni zawsze wra­cają... z pod­ku­lo­nym ogo­nem.

Spoj­rza­łam na Sebę, któ­rego mina ozna­czała: "Zaraz się porzy­gam".

- Faceci to chuje! To zna­czy, nie wszy­scy! - popra­wi­łam się, zer­ka­jąc na swo­jego chło­paka.

- Dziś śpię na kana­pie! - wark­nął, wsta­jąc z łóżka.

- Damian, kocha­nie, trzy­maj się i bądź silny. Jutro do cie­bie zadzwo­nię i zostanę z tobą na noc. Teraz się kładź i żad­nych smut­ków.

Chcia­łam skoń­czyć jak naj­szyb­ciej, byle zapo­biec opusz­cze­niu sypialni przez Sebę. Faty­go­wa­nie się po niego aż do salonu dra­stycz­nie obni­żało moje morale i prze­chy­lało szalę zwy­cię­stwa na jego stronę. Nagle jed­nak Seb­cio zatrzy­mał się z ręką na klamce.

- Skoń­czy­łam! - oznaj­mi­łam, bie­gnąc ku niemu. Obję­łam go w pasie, wtu­li­łam się w jego sze­ro­kie plecy. Uwiel­bia­łam je, ide­al­nie wypro­fi­lo­wane ramiona i wąska talia two­rzyły bar­dzo męską syl­wetkę. Dosko­nałe V. Per­fek­cyjne przy takiej nie­per­fek­cyj­nej mnie. Dzięki jego dwóm metrom wzro­stu nawet przy moich... nie­stan­dar­do­wych roz­mia­rach byłam drob­niutka. No dobra, popły­nę­łam. Może nie drob­niutka, ale dużo mniej­sza.

- Mógł­byś wyka­zać cho­ciaż odro­binę empa­tii. On cierpi. Ten skur... wybacz, ten chuj Mar­cin go zosta­wił. Mówi­łam mu, że na niego nie zasłu­guje. Tak mi go żal...

Seba­stian odwró­cił się w moją stronę i popa­trzył na mnie gniew­nie.

- Jutro śpisz u Damiana?

- On mnie potrze­buje! Czu­łam, że tak będzie z tym zje­bem... Mar­ci­nek!...

- Mar­cin? Czy on nie był z jakimś Bart­kiem?

- Był, przed Mar­ci­nem. Prze­cież ci opo­wia­da­łam, że...

- To było mie­siąc temu!

- No i?

- Ten chło­pak zako­chuje się szyb­ciej, niż Remek Mróz pisze książki.

- Też zna­la­złeś porów­na­nie - fuk­nę­łam.

- Eliza, nie widzisz dzie­ci­nady w całym tym zako­chi­wa­niu, odko­chi­wa­niu i cier­pie­niu? Ja bym się pogu­bił. Zresztą mniej­sza o to. Jutro mamy kola­cję z Ewą i Mar­kiem. To mój naj­lep­szy przy­ja­ciel.

- A to mój przy­ja­ciel! Wybacz, ale Damian jest w gor­szej sytu­acji.

- Tia, sta­ty­stycz­nie taka sytu­acja zda­rza się co trzy tygo­dnie! Zanim ponow­nie się z nimi spo­tkamy, odwie­dzisz go w tej spra­wie jesz­cze sześć razy!

- Kocha­nie, nie gnie­waj się. - Zro­bi­łam do niego słod­kie oczy.

Trzeba było dzia­łać. Im szyb­ciej, tym prę­dzej zapo­mni, co go wku­rzyło. Czas na moje usta!

- Bor­suczku - rze­kłam, scho­dząc powoli poca­łun­kami po jego tor­sie, piesz­cząc jego wysta­jący brzu­szek. Nie prze­szka­dzał mi. Ta jedna rzecz zbli­żała go do mojej nie­per­fek­cji, czy­niąc go bar­dziej ludz­kim, bar­dziej dostęp­nym...

- Eliza... prze­stań...

- No już. Widzę, że jest gotowy.

Chwy­ci­łam za jego jądra. Wie­dzia­łam, jak je uci­skać, żeby natych­miast posta­wić go w stan goto­wo­ści. Obli­za­łam usta i spoj­rza­łam na niego z dołu. Uśmiech­nę­łam się. Oczy świe­ciły mu się jak psu Paw­łowa. Wygra­łam. Znowu.

- Uuuu, czy mi się wydaje, czy on jesz­cze urósł od ostat­niego razu? - zaszcze­bio­ta­łam, dło­nią piesz­cząc jego czło­nek. Zamru­cza­łam, zwil­ża­jąc czub­kiem języka jego żołądź. - Jak zawsze sma­kuje wybor­nie.

- Wiesz, że nabro­iłaś. - Pogro­ził mi pal­cem.

Kilka spraw­nych pocią­gnięć wokół jego napęcz­nia­łej główki, a potem gwał­towny ruch, szybki i głę­boki.

- Fuck - wykrztu­sił.

Jego oddech gwał­tow­nie przy­spie­szył. Seba zaci­snął zęby, sycząc i mocno zaci­ska­jąc powieki. Bra­łam go całego. Poczu­łam jego silną dłoń wpla­ta­jącą się w moje włosy.

- Ty moja zbe­reź­nico - syk­nął. - Chcę two­jej cipki!

- Zróbmy coś nie­grzecz­nego - powie­dzia­łam, wsta­jąc i patrząc mu głę­boko w oczy.

- Coś nie­grzecz­nego? - powtó­rzył.

Zapo­da­łam mu jesz­cze szyb­kiego buziaka i pod­bie­głam do szafy, wypi­na­jąc swoje obfite pośladki a la Kim Kar­da­shian (no dobra, może bar­dziej Missy Elliott) w ską­pych strin­gach, co jesz­cze bar­dziej go pod­nie­ciło, wnio­sku­jąc z jego przy­spie­szo­nego odde­chu.

- Chodź tu, maleńka! Co to jest?

- Kaj­danki i pejcz. Te zakła­dasz na nogi, a te na ręce. A to - poda­łam mu długą rurę z zatycz­kami - zakła­dasz mi na plecy. O, tutaj. - Poka­za­łam mu ruch, jak gdy­bym przy­go­to­wy­wała się do wyci­ska­nia sztangi. - Tu zapina się ręce, a potem wywi­jasz mi nogi i moja pussy jest wypięta do two­jej dys­po­zy­cji - zaświer­go­ta­łam dumna ze swo­jej sek­su­al­nej inwen­cji.

Seba spoj­rzał na mnie zmie­szany.

- Nie uwa­żasz, że to tro­chę zbyt skom­pli­ko­wane? Nie możemy się po pro­stu bzy­kać?

Ale ja już pocią­gnę­łam go za rękę, usia­dłam przed nim na łóżku i roz­chy­li­łam nogi.

- Weź mnie! - krzyk­nę­łam. - Chcę być twoją nie­wol­nicą, Chri­stia­nie!

- Kto, kurwa?!

Jprdl!

- Nie­ważne. Roz­bierz mnie i zwiąż! - Wycią­gnę­łam ręce ku górze, wypi­na­jąc swój obfity biust.

Seba­stian naj­pierw sta­nął przede mną, dum­nie prę­żąc swego penisa. Ponęt­nie wydę­łam wargi. Wie­dzia­łam, że to lubi. Ujął moje piersi i zaczął maso­wać sutki. Mój oddech przy­spie­szył.

- Ścią­gamy tę głu­pią sukie­neczkę - powie­dział, uno­sząc jej rąbek.

- Zacze­kaj! - zawo­ła­łam.

- Co, kurwa, znowu?!

- Zga­śmy świa­tło.

- Co?

- Zga­śmy, nie chcę, żebyś widział moje fałdki.

- Eliza, jeste­śmy razem od sze­ściu mie­sięcy! Widzia­łem twoje fałdki setki razy! Uwiel­biam je!

- Nie, nie, zga­śmy! - nale­ga­łam, czer­wie­niąc się.

- A jak wtedy mam cię zwią­zać? - Wska­zał na meta­lowy pręt z zapin­kami oraz skó­rzany pejcz.

- Yyy... to lampkę zaświeć... Będzie nastro­jowo. - Uśmiech­nę­łam się zalot­nie.

- Kurwa, zaraz chuj mi opad­nie.

Wyłą­czył główne oświe­tle­nie, zosta­wia­jąc tylko małą lampkę w kącie pokoju. Po chwili wró­cił do mnie, roze­brał mnie do naga i doty­kał ustami mojej cipki. Mógłby to robić cały czas, nie prze­sta­wać, w sumie nie potrze­bo­wa­ła­bym jego penisa... Yyy... nie, cofam to. Ale język to klucz do orga­zmu kobiety. Seba wie­dział, jak nim poru­szać, gdzie go zata­piać, które miej­sce sma­ko­wać.

- O Boże, Elizka, jesteś taka pyszna.

- Zwiąż mnie! Chcę być bez­bronna i zdana na twoją łaskę.

Chwy­cił kaj­danki, spraw­nie je zapiął na moich nad­garst­kach, następ­nie na łyd­kach. Czu­łam się tak ule­gła, jak gwiazda jakie­goś wyszu­ka­nego porno. No nie, prze­sa­dzi­łam. Ale pra­wie jak Dakota John­son na pla­nie Ciem­niej­szej strony Greya, no, może tro­chę grub­sza. W fil­mie to wszystko można popra­wić, w życiu tak nie ma. Dakota z pew­no­ścią jest grub­sza i nie ma takich faj­nych cyc­ków, bo cycki aku­rat ma małe. Okej, do rze­czy. Seba­stian spraw­nie zamon­to­wał meta­lową poręcz na moich bar­kach. Nie mogłam ruszać rękami, ale było to dziw­nie pod­nie­ca­jące i przy­jemne. Seba delek­to­wał się moimi ustami, pene­tru­jąc moje gar­dło swoim języ­kiem.

- Może powi­nie­nem ci tam wsa­dzić fiuta - zażar­to­wał.

- Wiesz dobrze, gdzie teraz ma się zna­leźć. Jest wil­gotna i cie­pła. Czeka na cie­bie! Tylko przy­blo­kuj mi też stopy. Chcę być wypięta dla cie­bie.

Zro­bił, o co go pro­si­łam, powoli wygi­na­jąc nogi w stronę zapię­cia przy meta­lo­wej porę­czy. Jed­nak gdy tylko je uniósł, pozy­cja stała się bar­dzo nie­wy­godna.

- Aua! - wrza­snę­łam.

- Co?! - zapy­tał prze­ra­żony.

- Boli! Chyba zła­ma­łeś mi nogę.

- Co zro­bi­łem?

- Nogę mi zła­ma­łeś! Roz­wiąż mnie!

- Prze­cież dopiero co kaza­łaś się zwią­zać.

- To było, zanim zro­bi­łeś ze mnie kalekę.

- Kurwa! - wrza­snął, pusz­cza­jąc moje nogi i odpi­na­jąc skó­rzane kaj­danki z nad­garst­ków. - Co za gówno!

- Chyba jest w porządku - powie­dzia­łam, roz­ma­so­wu­jąc swoje stopy. - Możemy kon­ty­nu­ować.

- Obej­dzie się - burk­nął, kła­dąc się do łóżka i przy­kry­wa­jąc koł­drą. - Już mi opadł.

Eliza, ty kre­tynko, zachciało ci się Greya w sypialni!

- Kocha­nie - szep­nę­łam, pod­li­zu­jąc się. Poło­ży­łam się obok niego, powę­dro­wa­łam dło­nią w kie­runku jego członka. - Może jesz­cze coś z nim podzia­łamy. - Chciało mi się seksu. - Chyba jesz­cze nie wszystko stra­cone. - Zaśmia­łam się mu do ucha, kiedy w dłoni wyczu­łam wyraźne pęcz­nie­nie jego penisa. - No dalej, pokaż mi, co ten malu­szek potrafi...

Seba zesztyw­niał. Otwo­rzył sze­roko oczy i powoli obró­cił się w moją stronę.

- Kto, kurwa!? - zapy­tał powoli.

Boże, ratuj! Zro­bi­łam naj­bar­dziej kre­tyń­ską minę, na jaką byłam w sta­nie się zdo­być, niczym Kot ze Shreka, ale tym razem nie zadzia­łała.

- Nazwa­łaś go malusz­kiem?! - powtó­rzył Seba. - Jego! - wark­nął, wsta­jąc i macha­jąc mi swoim pyto­nem. No mały nie był. Wpraw­dzie mia­łam więk­sze, ale ten był powy­żej śred­niej, zado­wa­la­jący.

- To miało być takie... piesz­czo­tli­wie zachę­ca­jące, bor­suczku.

- Spać, kurwa! - roz­ka­zał.

- Bor­suczku, prze­pra­szam...

- Spać! - powtó­rzył, gasząc lampkę i odwra­ca­jąc się do mnie tył­kiem.

Okej, prze­gra­łam. Cho­ciaż mogła­bym jesz­cze to wygrać, gdyby moja komórka nie roz­brzmiała nagle melo­dią Oops I Did It Again.

- Damian?! - ode­bra­łam.

- Chcę się zabić - usły­sza­łam jego zapła­kany głos w słu­chawce.

- Nie gadaj takich bzdur. - Ner­wowo spoj­rza­łam na swego chło­paka, który kolejny raz bar­dzo wolno obra­cał się w moją stronę. - Eee, wiesz, nie bar­dzo mogę gadać! Pro­szę, nie prze­ra­żaj mnie!

Seba usiadł w łóżku i nie mru­gnąw­szy nawet powieką, wycią­gnął rękę, po czym pal­cem wska­zu­jąc drzwi, bez­gło­śnie powie­dział: "Wyno­cha!".

Nie śmia­łam się prze­ciw­sta­wić. Szybko zapa­li­łam świa­tło, zarzu­ci­łam na sie­bie szla­frok i zamknę­łam za sobą drzwi.

- Świa­tło! - ryk­nął Seba.

Godzinna roz­mowa z Damia­nem miała swoje plusy: Seba­stian zdą­żył zasnąć. Musia­łam dzia­łać. Nie mogłam liczyć na prze­cią­ga­jące się prze­pro­siny i jego kapi­tu­la­cję. A na loda już się nie nabie­rze. Muszę prze­chy­lić szalę na swoją stronę.

Sta­ran­nie potar­łam oczy i zaczę­łam pła­kać. No tak, w tym aku­rat jestem dobra. Opa­no­wa­łam tę sztukę już w wieku dwu­na­stu lat i pie­lę­gno­wa­łam ją do tej pory, osią­ga­jąc dosko­na­łość. Nie­stety, mój płacz był za cichy, więc kop­nę­łam Seba­stiana w goleń, co było dobrym posu­nię­ciem, bo od razu się obu­dził.

- Co się stało? - powta­rzał prze­ra­żony. - Pła­czesz? - spy­tał, spoj­rzaw­szy na mnie. - Co się stało? Chyba się nie zabił?

- Nie. - Pocią­ga­łam nosem.

- To czemu pła­czesz? Słu­chaj, jeśli to jakiś twój nowy numer...!

- Kim onaaa jeeeest! - zawy­łam, wpa­da­jąc w histe­rię.

- Kto znowu?

- Wera­aaaa! Zdra­dzi­łeś mnie! Już mnie nie kochasz!

- Kto, kurwa? Jaka znowu Wera?

- Mówi­łeś jej imię przez sen! - Jestem sza­ta­nem. Ale nie mia­łam wyj­ścia. - Szep­ta­łeś... tak ero­tycz­nie!

- Ero­tycz­nie? Kurwa, nie znam żad­nej Wery - powie­dział już naprawdę prze­ra­żony. - Przy­się­gam! To musiał być jakiś sen. Elizka, kocham cię! Nie ma żad­nej Wery! Przy­się­gam!

- Naprawdę...? - Spoj­rza­łam na niego smut­nie. - Nie ma żad­nej Wery? Może to jakaś rosyj­ska wydra z bale­tów albo... nie wiem, w czym tam one są dobre.

- Kocha­nie, chodź tu do mnie. - Objął mnie. - Żadna wydra nie jest rów­nie piękna, czuła i dobra w łóżku co ty. Ni­gdy cię nie zosta­wię!

Mia­łam wra­że­nie, że zęby mi zaraz wypadną od zaci­ska­nia ust, wczo­raj­sze hybrydy wbi­ja­łam sobie w rękę, chcąc się uka­rać za to, jaką wredną pizdą jestem. W duchu powta­rza­łam sobie, że robię to z miło­ści, z miło­ści, z miło­ści... No prze­cież musia­łam, co nie?

*

Praw­do­po­dob­nie zare­zer­wo­wa­łam sobie spe­cjalne miej­sce w ostat­nim kręgu pie­kła, tuż za widłami Lucy­fera. Jak to mawia Albert: "Razem ze wszyst­kimi peda­łami. Będzie super". Tak­tyka była aż nad wyraz sku­teczna: w sobotę Seb­ciu przy­go­to­wał mi śnia­da­nie do łóżka.

- Dzień dobry, śpio­chu. Nie wie­dzia­łem, na co masz ochotę, więc mam dla cie­bie tosty z serem, owsiankę i jajka na miękko.

Spoj­rza­łam na piękną tacę ude­ko­ro­waną świeżo ścię­tym tuli­pa­nem, a gula w żołądku pod­sko­czyła gdzieś na wyso­kość krtani.

- A muf­finkę do kawy...? - zapy­ta­łam nie­śmiało.

- Ach, jest i muf­finka. - Uśmiech­nął się sze­roko, uka­zu­jąc swoje równe białe zęby.

Taki nie­ogo­lony, z dwu­dnio­wym zaro­stem i lekko potar­ga­nymi wło­sami był mega­sek­sowny. Mia­łam więk­szą ochotę na jego banana z sosem wani­lio­wym niż na tę owsiankę. Od razu stłu­mi­łam w sobie tę zwie­rzęcą żądzę i się­gnę­łam po miseczkę.

- Kocha­nie, czy mogli­by­śmy poroz­ma­wiać o weselu two­jego brata?

- Cho z lim? - zapy­ta­łam z peł­nymi ustami.

- Czy naprawdę muszę noco­wać w hotelu? A jeśli tak, to dla­czego nie możesz być tam ze mną?

Zakrztu­si­łam się i ner­wowo się­gnę­łam po sok.

- Mówi­łam ci, że mam bar­dzo kon­ser­wa­tyw­nych rodzi­ców. Nie zgo­dzą się, żebyś noco­wał w domu. A ja... ja jestem potrzebna do pomocy. Wiesz, ile będzie się działo. Moja sio­stra z trójką dzieci sama nie da sobie rady. Muszę tam być. Spo­koj­nie zosta­niesz sobie w hotelu i spo­tkamy się na ślu­bie. Prze­cież to usta­li­li­śmy.

Kła­ma­łam. Bo prze­cież musia­łam. W rze­czy­wi­sto­ści nikt z mojej rodziny nie wie­dział, że od pół roku jestem w związku z Seba­stia­nem. Nie wie­dział, bo... nie chcia­łam im tego powie­dzieć. Mój ojciec od początku ocze­ki­wał ode mnie, że jako jego pier­wo­rodna córka przy­niosę naj­więk­szą chlubę rodzi­nie, czy­taj: wyjdę bogato za mąż i zostanę per­fek­cyjną panią domu. Kiedy powie­działam mu, że chcę stu­dio­wać kul­tu­ro­znaw­stwo dale­ko­wschod­nie, był to pierw­szy cios.

- A co to, do chuja pana, jest?

- Chuja kogo? - zapy­ta­łam roz­ko­ja­rzona.

- Kobieta ma być przy mężu. To jest jej rola, a nie jakieś stu­dio­wa­nie! Masz mieć dobrego męża, rodzinę i być dobrą żoną. A potem rób se karierę.

Jesz­cze więk­szy dra­mat prze­żył wów­czas, kiedy po stu­diach wyje­cha­łam na rok do Japo­nii, zosta­łam trzy lata, pozna­jąc przy tym połowę Chin, Koreę Połu­dniową i spę­dza­jąc cudowne waka­cje na Fili­pi­nach - były nad wyraz... gorące. Oj, te mity o fili­piń­skich roz­mia­rach... cudow­nie było się prze­ko­nać... Mniej­sza z tym! W każ­dym razie prze­żył mały zawał serca, kiedy po powro­cie do kraju wylą­do­wa­łam jako sprze­daw­czyni w odzie­żo­wej sie­ciówce.

Ojciec uznał, że przy­naj­mniej w takim skle­pie może poznam przy­szłego męża, kiedy będzie kupo­wać nową parę bok­se­rek. Jego radość legła jed­nak w gru­zach, gdy się dowie­dział, że pra­cuję na dziale dam­skim.

Sytu­ację rato­wała tylko moja per­fek­cyjna, o dwa lata młod­sza sio­stra. Była lokalną pięk­no­ścią, w wieku zale­d­wie dwu­dzie­stu jeden lat wyszła za syna ówcze­snego soł­tysa. Nie wiem, dla­czego mój ociec uznał, że wyda­nie jed­nej z córek za naj­go­ręt­szą par­tię we wsi to życiowy triumf, porów­ny­walny ze zdo­by­ciem K2 w zimie. W nie­dłu­gim cza­sie Anita doro­biła się bliź­nia­ków, a dziś miała już trójkę i nie zamie­rzała na tym poprze­stać. W sumie żadna róż­nica, ile było tych dzieci, bo tak były do sie­bie podobne. Anita została wzo­rową Matką-Polką ze świet­nie pro­spe­ru­ją­cym gospo­dar­stwem i mężem będą­cym wła­ści­cie­lem naj­więk­szej hodowli świń na całym Pod­la­siu. Nie­wąt­pliwe świet­nie odnaj­dy­wała się w tej roli. Gdyby nie jej per­fek­cyj­ność, mogłaby zostać cał­kiem dobrą towa­rzyszką życia. Po trójce dzieci na­dal była gorącą pod­la­ską wydrą (mówiła, że to przy dzie­ciach ma tyle ruchu). O ile jesz­cze nie­na­ganną figurę mogłam jej wyba­czyć, o tyle zawsze zro­bio­nych paznokci, chi­rur­gicz­nego porządku w jej pod­kar­pac­kiej willi i corocz­nych waka­cji w Tur­cji nie umia­łam prze­łknąć.

W przy­szły week­end miał się odbyć ślub naszego młod­szego brata. Dla mnie wią­zało się to z tor­tu­rami pod hasłem "Co ty poczniesz sama po trzy­dzie­stce". Oczy­wi­ście mogła­bym przed­sta­wić Seba­stiana jako mojego nowego part­nera, co ukró­ci­łoby przy­naj­mniej jedną trze­cią uża­la­nia się i kry­tyki. Pro­blem pole­gał na tym, że Seba był ostat­nim face­tem, który mógłby zado­wo­lić mojego ojca.

Przede wszyst­kim był młod­szy ode mnie o nie­mal trzy lata. Pozna­li­śmy się w pracy. To zna­czy, pra­wie w pracy. On pra­co­wał w sąsied­nim bran­dzie, a pod­czas wspól­nego szko­le­nia "Jak obsłu­gi­wać klien­tów i mieć z tego przy­jem­ność" przy­pad­kowo posa­dzono nas obok sie­bie. Od razu wpadł mi w oko. Wysoki, nie za chudy, ale też nie za gruby bru­net z błę­kit­nymi oczami. Był piękny. Był piękny, tyle że... biedny. I to bar­dziej ode mnie, choć wyda­wało się to nie­moż­liwe. Pie­nią­dze jed­nak ni­gdy nie miały dla mnie więk­szego zna­cze­nia. Chcia­łam się zako­chać i się zako­cha­łam. Od pra­wie sze­ściu mie­sięcy byłam z nim cho­ler­nie szczę­śliwa.

Jakieś trzy mie­siące temu mój chło­pak odszedł z odzie­żówki, ponie­waż chciał roz­wi­jać wła­sną firmę. Wraz z Marecz­kiem, kolegą, który ukoń­czył szkołę gastro­no­miczną, oraz innymi zna­jo­mymi otwo­rzyli wegań­sko-wege­ta­riań­ski cate­ring die­te­tyczny. Powoli wpro­wa­dzali go na rynek. Szło im śred­nio, jak na razie ledwo wystar­czało na wyna­jem wspól­nego miesz­ka­nia i utrzy­ma­nie samo­chodu. Ale Seba­stian wie­rzył, że jest tu poten­cjał, tylko muszą roz­wi­nąć skrzy­dła. Cokol­wiek by to zna­czyło. Trzy­mie­sięczny przed­się­biorca gotu­jący jakąś "paszę dla kró­li­ków", jak praw­do­po­dob­nie nazwałby to mój ojciec, na doda­tek miesz­ka­jący w wynaj­mo­wa­nym miesz­ka­niu, za które pła­ci­li­śmy wspól­nie, był ostat­nią par­tią, o któ­rej chcie­liby usły­szeć moi rodzice.

- No tak, wiem - powie­dział mar­kot­nie Seba - ale chciał­bym być przy tobie. Mógł­bym się przy­dać. Mogli­by­śmy nawet zała­twić wam obsługę gastro­no­miczną!

- O Boże! - Zakrztu­si­łam się. - O tym aku­rat ani słowa!

- O czym?

- Wege­ta­riań­skie czy, co gor­sza, wegań­skie jedze­nie w moim rodzin­nym domu jest abso­lut­nie zaka­zane.

Spu­ścił głowę.

- No cóż, odbiję sobie na weselu - dodał po chwili. - Dobra, kończmy śnia­da­nie i zawiozę cię do pracy.

- Ech. - Wes­tchnę­łam ciężko. - Popo­łu­dniowa zmiana w pierw­szy dzień wyprze­daży, gorzej być nie może.

- Dasz radę - odparł Seba, poca­ło­wał mnie w czoło i odgar­nął kosmyk wło­sów z mojego policzka.

- Seb­ciu? - zapy­ta­łam nie­śmiało.

- Tak?

- Masz jesz­cze jedną muf­finkę? Umi­li­łaby mi dzień w cza­sie prze­rwy.

*

Już je widzia­łam, choć jesz­cze nie prze­kro­czy­łam progu sklepu. Już je sły­sza­łam, choć jesz­cze tam nie byłam. Ba! Ja już je czu­łam! No ale jak można ich nie czuć, kiedy w trzy­dzie­sto­stop­nio­wym upale ktoś orga­ni­zuje let­nią wyprze­daż... O kim mowa? O nor­ni­cach!

Czy kie­dyś się zasta­na­wia­li­ście, jak pra­cow­nicy sklepu odzie­żo­wego nazy­wają swo­ich klien­tów? Zasad­ni­czo okre­śleń jest sporo i każdy sprze­dawca ma swoje ulu­bione. Ja wymy­śli­łam tylko jedno, ale takie, które naj­bar­dziej traf­nie odzwier­cie­dlało klien­telę Ver­shki. Nor­nice! Jeśli ktoś w cza­sie wyprze­daży potrafi zro­bić bur­del w skle­pie, roz­rzu­ca­jąc wszyst­kie ubra­nia, to wła­śnie one. Wszystko w jed­nym celu: zna­leźć eseczkę. Eseczka na wyprze­daży jest na wagę złota, dla­tego wszel­kie chwyty dozwo­lone, w tym wydzie­ra­nie, kitra­nie, czyli cho­wa­nie kil­ku­na­stu ubrań zwi­nię­tych w kupkę, wci­śnię­tych gdzieś na dziale z dzia­niną, wszystko po to, aby inna nor­nica nie zna­la­zła, w cza­sie gdy ta pierw­sza będzie robić bur­del w innym skle­pie. Jedyne, co nor­nice robiły dobrego, to sprze­daż. A w Ver­shce pre­mia była na wagę złota. Oj, kupo­wały, a im wię­cej kupo­wały, tym więk­szy bur­del robiły. Kumu­la­cja nie­na­wi­ści nastę­po­wała wła­śnie w pierw­szym dniu wyprze­daży!

- Prze­pra­szam, prze­pra­szam. - Ledwo prze­kro­czy­łam próg sklepu, pra­wie wje­chał we mnie Damian, cią­gnąc za sobą wie­szak pełen ubrań. Chciał uzu­peł­nić pustą ścianę wyprze­da­żową wyczysz­czoną przez roz­ocho­cone nor­nice.

- Damian! To ja. Jak się czu­jesz? Trzy­masz się?

To był błąd, bo natych­miast zaczął pła­kać i wtu­lać się w moje ramiona.

- Ja się zako­cha­łem... a on mnie zosta­wił. A było tak faj­nie, taki świetny seks... Może za bar­dzo go osa­cza­łem. Może trzeba było dać mu wię­cej luzu!

- Kochany, to nie jest twoja wina. To po pro­stu zła­many ch...

- Prze­pra­szam, czy znaj­dzie mi pani z tego eseczkę?

Mój wywód prze­rwała nam jakaś gów­niara, która dźwi­ga­jąc na swoim ramie­niu stos wie­sza­ków, drugą ręką machała mi przed oczami pli­so­waną spód­nicą, która była hitem tego sezonu, a roz­miary S skoń­czyły się, zanim zaczęła się wyprze­daż. Wyrwani ze wspól­nej nie­doli, spoj­rze­li­śmy na nią i prak­tycz­nie uni­sono wygar­nę­li­śmy gło­śno:

- Wszystko jest na skle­pie!

- A tamta pani mówiła, że są na maga­zy­nie. - Młoda wydra z roz­dzia­wioną buzią i błęd­nym spoj­rze­niem ameby wska­zała pal­cem na moją kie­row­niczkę Ankę, która ze swoim iro­ke­zem na gło­wie, mod­nym na prze­ło­mie lat dwu­ty­sięcz­nych, już pal­cem stu­kała w zega­rek, suge­ru­jąc, że za pięć minut powin­nam zacząć pracę.

- Odłoży mi pani? - zapy­tała obrzy­dli­wie słod­kim gło­sem klientka, wpy­cha­jąc mi wie­szak w dło­nie. - Ja tylko przy­mie­rzę, a potem se kupie.

- Nie zaczę­łam jesz­cze swo­jej zmiany! - wark­nę­łam, zaci­ska­jąc mocno zęby i zmie­rza­jąc w stronę zaple­cza, żeby przy­go­to­wać się do pracy.

Jak to zazwy­czaj bywa w cza­sie wyprze­daży, ruch tego dnia był nie­mi­ło­sierny. Do tego stop­nia, że trzy sta­no­wi­ska kasowe prak­tycz­nie nie prze­sta­wały dru­ko­wać para­go­nów, a pra­cow­nicy ginęli w gąsz­czu zabłą­ka­nych klien­tów. Naj­gor­szy jed­nak był... bur­del! To nawet nie przy­po­mi­nało sklepu z odzieżą, ubra­nia leżały wszę­dzie, naj­wię­cej na ziemi, sto­łach czy poroz­rzu­ca­nych wie­sza­kach. Nie­stety, im więk­szy bała­gan, tym lepiej się w nim czuły nor­nice i z tym więk­szą werwą "grze­bały w swo­ich norach".

Idąc na zaple­cze, musia­łam przejść przez przy­mkę. Pod­czas wyprze­daży nie było gor­szego miej­sca. Ta ilość porzu­co­nej przez klien­tów odzieży, wyda­wa­nie numer­ków z jed­no­cze­snym pil­no­wa­niem i zapo­bie­ga­niem kra­dzie­żom... Ale naj­gor­szym ele­men­tem przy­mki były wąt­pliwe zapa­chy uno­szące się ze ścią­ga­nego przez klientki obu­wia. Nie zasta­na­wia­li­ście się nad logiką, każącą wydrom w marcu wska­ki­wać w japonki, w środku czerwca zaś wkła­dać jesienne kozaki? Wierz­cie mi, naj­gor­szemu wro­gowi nie życzę przy­mki pod­czas wyprze­daży.

Oka­zało się, że dzi­siaj nad­zór nad przy­mką przy­padł Gabi. Choć trudno powie­dzieć, żeby jej obec­ność miała dla klien­tów więk­sze zna­cze­nie.

- Gabi, wszystko w porządku? - spy­ta­łam.

Gabi poło­żyła głowę na stole, który zapeł­niał się rzu­ca­nymi w jej stronę ubra­niami, klientki zaś, począt­kowo zasko­czone bra­kiem jej reak­cji, zupeł­nie prze­stały zwra­cać uwagę na numerki.

- Czy jesteś świa­doma, że na skle­pie jest Anka? Co ty robisz?

Gabi spoj­rzała na mnie nie­obec­nym wzro­kiem. Jej twarz wyra­żała tylko jedno pra­gnie­nie: "Zabij mnie!".

- Udaję, że mnie tu nie ma!

- Aha. W porządku, spoko, one wszyst­kie naprawdę tak myślą! - Wska­za­łam na mija­jące ją dziew­czyny. - I zakła­dam, że w przy­mie­rzalni okra­dają nas z towaru. Jak Anka cię zoba­czy...

- Ile mogę wziąć do przy­mki? - prze­rwała nam wysoka blond wydra z około dwu­dzie­stoma wie­sza­kami.

- Mak­sy­mal­nie sześć rze­czy - odpo­wie­działa Gabi cierpko, co było i tak wyjąt­kowo łagod­nym tonem jak na nią.

- To co mam zro­bić z resztą? Je też chcę przy­mie­rzyć...

- No nie wiem, może po pro­stu odło­żysz je na miej­sce. Przy­mie­rzysz sześć, po czym sta­niesz kolejny raz w kolejce z nową turą - odpo­wie­działa tym samym, wyjąt­kowo łagod­nym tonem.

- A od czego ty tu jesteś? - fuk­nęła blon­dyna, bio­rąc nume­rek z cyfrą sześć. Resztę odzieży rzu­ciła pro­sto na Gabi, która, bio­rąc pod uwagę jej niski wzrost, dosłow­nie została przy­kryta tą stertą ubrań i wie­sza­ków. Spoj­rza­łam na nią ze współ­czu­ciem.

- Zabiję ją... albo sie­bie...

- Eliza, do roboty! - Z wal­kie-tal­kie dobiegł głos Anki. - Masz trzy minuty spóź­nie­nia. Polecę ci po pre­mii! Na sklep i do roz­no­sze­nia!

W Ver­shce są cztery pod­sta­wowe funk­cje. Poza maga­zy­nem, ale tam się nie nadaję, odkąd pod­czas jed­nej ze zmian spa­dłam z regału, wspi­na­jąc się na niego, zamiast użyć do tego dra­biny. Skrę­ci­łam kostkę, co wyklu­czyło mnie z pracy na jakieś trzy cudowne tygo­dnie.

Pierw­sza funk­cja to przy­mka, o któ­rej już wam mówi­łam. Naj­gor­sza i zwy­kle dosta­wała się świe­ża­kom (czy­taj: nowym pra­cow­ni­kom) albo, jak w przy­padku Gabi, naj­mniej miłym człon­kom obsługi. Druga to kasa. Kasa jest super, bo klien­tów zazwy­czaj jest tak dużo, że osiem godzin mija jak z bicza strze­lił. Tam też dosta­łam bana, po tym jak po zamknię­ciu zro­bi­łam róż­nicę na plus sto pięć­dzie­siąt zło­tych. Źle wyda­łam resztę z dwu­stu­zło­to­wego bank­notu. Kto to widział karać pra­cow­nika za to, że robi saldo dodat­nie... Kurde, zawsze to plus, a nie minus. Przynaj­mniej było pewne, że nie kradnę. Trze­cia rola to fronty - choć ja nazwa­łam to obcza­ja­niem. Front zazwy­czaj pole­gał na łaże­niu za podej­rza­nymi klien­tami. Mówiąc pro­ściej: zło­dziej­kami. To fajna funk­cja, bo za zła­pa­nie zło­dzieja prze­wi­dy­wano nagrodę finan­sową od zarządu. No i to naj­czę­ściej rezer­wo­wała sobie Anka. Co też miało swoje plusy, bo z frontu trudno było kon­tro­lo­wać resztę pra­cow­ni­ków. Ostat­nie sta­no­wi­sko to roz­no­si­ciel. Czyli zwy­kle ja. Roz­no­sze­nie polega na odkła­da­niu ciu­chów zmie­rzo­nych w przy­mie­rzalni, które miały wró­cić na sklep. Nie jest to złe, bo przynaj­mniej czas szybko mija, a cią­głe cho­dze­nie pomaga spa­lać dodat­kowe kilo­gramy. Gorzej, gdy miało to miej­sce pod­czas wyprze­daży, bo ciu­chów było tak dużo, że zanim zdą­ży­łam je poroz­wie­szać, już cze­kała na mnie nowa sterta... i tak przez osiem godzin. Taki współ­cze­sny Syzyf. Syzyf z Ver­shki.

Wycho­dząc z zaple­cza, znów natknę­łam się na Gabi, która wła­śnie kolej­nej klientce usi­ło­wała prze­tłu­ma­czyć liczbę sztuk dozwo­lo­nych w przy­mie­rzalni.

- Sześć. Sześć! Czego nie rozu­miesz?! - wrzesz­czała, wska­zu­jąc tabliczkę z napi­sem "6". Dziew­czyna patrzyła to na nią, to na tabliczkę z miną, która suge­ro­wała, że zaraz się roz­pła­cze.

- Polish or English? - zapy­tała wresz­cie bez­silna Gabi.

Dziew­czyna zalała się łzami, po czym wybeł­ko­tała:

- Polish, Polish, jestem Polish. - Następ­nie rzu­ciła rze­czy na pod­łogę i wybie­gła z przy­mki.

- Ja tu umrę! - W oczach Gabi rów­nież poja­wiły się łzy bez­sil­no­ści. - Umrę w Ver­shce! A pocho­wają mnie na przy­mce!

- Eliza, na sklep! - ryk­nęło z wal­kie-tal­kie. - Albo nie! Na maga­zyn, po kosz z pod­ko­szul­kami, mam tu pustą ścianę! Trzeba dopeł­nić, masz czter­dzie­ści pięć sekund!

Wizja straty kolej­nych pro­cen­tów dro­go­cen­nej pre­mii spra­wiła, że pobie­głam na maga­zyn. Zała­do­wa­łam cały kosz świeżą dostawą wyprze­da­żo­wych koszu­lek. W końcu skoro już cier­pię, to przy­naj­mniej za dobrą kasę. Nie dotar­łam jed­nak do ściany. Ledwo wyje­cha­łam z maga­zynu, dopa­dła mnie zgraja nasto­la­tek w wieku od trzy­na­stu do osiem­na­stu lat, które dosłow­nie rzu­ciły się na kosz ubrań, grze­biąc w nim niczym kury w świeżo wypeł­nio­nym ziar­nem karm­niku. Prze­ra­żona odbie­głam na trzy kroki. Wyglą­dało to kurio­zal­nie, a nowych klien­tek gme­ra­ją­cych w wiel­kim koszu peł­nym ubrań stale przy­by­wało. Nie wie­rzy­łam wła­snym oczom. Do jakiego upodle­nia mogą skła­niać prze­ce­nione ubra­nia?!

Obok mnie sta­nął Damian, rów­nie zasko­czony reak­cją stale napły­wa­ją­cych klien­tek.

- A żryj­cie! - krzyk­nę­łam w ich stronę.

Pozo­sta­wi­łam pogrą­żone w amoku klientki i ruszy­łam na maga­zyn po kolejny zapas odzieży. Nagle w nie­koń­czą­cej się kolejce do przy­mie­rzalni nastą­piło małe poru­sze­nie. Z racji awa­rii kli­ma­ty­za­cji jedna z nor­nic stra­ciła przy­tom­ność. Prze­ra­żona pobie­głam w jej kie­runku. To jed­nak, co zoba­czy­łam, zszo­ko­wało mnie bar­dziej niż samo omdle­nie. Sta­nę­łam jak wryta. Nie­przy­tomna dziew­czyna leżała mię­dzy zgrają klien­tek mniej wię­cej w podob­nym wieku. Nikt jed­nak się nią nie zain­te­re­so­wał, wszy­scy bowiem byli zbyt zajęci wyry­wa­niem sobie ubrań, które leżąca trzy­mała w rękach. Trzeź­wość umy­słu zacho­wał Damian, który pod­biegł do dziew­czyny ze szklanką wody, a potem pod­niósł ją i pomógł wyjść na zewnątrz. Kiedy wró­cił, sta­nął obok mnie, patrząc na powięk­sza­jącą się kolejkę do kasy.

- Może i zosta­wił mnie facet, ale przy­naj­mniej zosta­łem boha­te­rem - oznaj­mił dum­nie. - Prawda?

Powoli odwró­ci­łam głowę.

- Ja nie mogę tak dłu­żej żyć - powie­dzia­łam, patrząc mu głę­boko w oczy.

- Co? - mruk­nął, odwra­ca­jąc wzrok.

- Nie mogę! Muszę to zmie­nić!

- Co zmie­nić? - zapy­tał zupeł­nie roz­ko­ja­rzony.

- Eliza, do roz­no­sze­nia! - ryk­nęła Anka z wal­kie-tal­kie. - Przy­mka się wali, trzeba doło­żyć pod­ko­szul­ków!

- Swoje życie! - odpo­wie­dzia­łam Damia­nowi. - Muszę napi­sać tę książkę!

Rozdział III

Pretty, pretty ple­ase, don't you ever, ever feel Like you're less than fuc­kin' per­fect. Pretty, pretty ple­ase, if you ever, ever feel like you're nothing. You're fuc­kin' per­fect to me.

P!nk, F**kin' per­fect

- Beza czy ser­nik?

- Śmie­szy cię to? - syk­nę­łam.

Wydra uda­wała, że nie rozu­mie, choć widzia­łam to w jej oczach. "Jesteś gruba".

- Wyda­wało mi się, że pani sma­ko­wały.

- To nie zna­czy, że nie mam sil­nej woli - fuk­nę­łam. - A beza jest?

- Z mara­kują, prze­pyszna!

Ostatni raz... Kła­mię. To prze­cież tylko białko i cukier. Albert mówi, że białko buduje mię­śnie. Cukier - no tak, to węglo­wo­dany, niby zło, ale nie­zbędne do życia! Dziś odpusz­czę kola­cję. Mogę zjeść kawa­łe­czek.

- Ale naprawdę malutki! - zazna­czy­łam wyraź­nie. - I latte na chu­dym. Bez cukru! - Pogro­zi­łam jej pal­cem. Skie­ro­wa­łam się do swo­jego ulu­bio­nego sto­lika, gdzie już cze­kał na mnie mój lap­top.

Mój lap­top, a w nim mój naj­więk­szy skarb. Ten, który miał odmie­nić moje dotych­cza­sowe życie. W tej chwili wła­śnie wyobra­zi­łam sobie małego Gol­luma z Władcy pier­ścieni, tyle że gru­bego, z kasz­ta­no­wymi wło­sami i ze sztucz­nymi rzę­sami... Jezu! Szybko wypar­łam tę myśl, otwo­rzy­łam lap­top i spoj­rza­łam na to, co do tej pory napi­sa­łam. Byłam już bar­dzo daleko, mia­łam skoń­czone prak­tycz­nie trzy czwarte histo­rii. Bra­ko­wało tylko zakoń­cze­nia. Opo­wie­ści życia, życia Ada­sia. To cią­gle jakoś nie grało. Czu­łam się jak zło­dziejka, która wykrada dusze dobrych ludzi. Teraz w mojej gło­wie na miej­scu Gol­luma poja­wił się dłu­go­włosy demen­tor z Harry'ego Pot­tera. Rów­nież i tę myśl ode­pchnę­łam. Nie­mniej czu­łam, że bez zgody Ada­sia nie mam prawa do tej histo­rii.

Pró­bo­wa­łam się z nim spo­tkać, ale gdy tylko pyta­łam, czy zmie­nił zda­nie, koń­czył roz­mowę. A mnie pisa­nie ni­gdy nie szło tak dobrze jak teraz. Ja po pro­stu wie­dzia­łam, co chcę napi­sać, jak­bym się uro­dziła pisarką.

Hm, wła­śnie, czy jeśli piszę książkę, to już jestem pisarką? Może powin­nam zmie­nić sta­tus na Insta­gra­mie. Eliza Nowak - pisarka. Boże, brzmi okrop­nie. Gdy­bym się cho­ciaż nazy­wała Kowal­ska, mogła­bym sobie zmie­nić na Eliza Kowal­sky, tak po ame­ry­kań­sku. Wpi­sa­łam w wyszu­ki­warkę Google "Eliza Nowak". Nie wyświe­tli­łam się, za to poja­wiły się setki kobiet, z któ­rych żadna nie przy­po­mi­nała mnie ani tro­chę.

Rozej­rza­łam się po kawiarni. Poza mną o tej godzi­nie było tu jesz­cze tylko pięć osób, no i wydra. Czu­łam się, jak­bym się wkra­dła do cukierni. Wróć. Jak­bym wkra­dła się do salonu Louis Vuit­ton. Otwo­rzy­łam swój pro­fil na Insta­gra­mie i zmie­ni­łam usta­wie­nia danych z "blo­gerka" na "pisarka".

Spoj­rza­łam na swoje konto, czu­jąc, jak roz­piera mnie duma, i ocze­ku­jąc pierw­szych reak­cji. Nic się nie działo. A nie, po pię­ciu minu­tach do kawiarni wpa­dła Karo­lina, oddy­cha­jąc głę­boko i dosłow­nie rzu­ca­jąc się na fotel przede mną!

- Widzia­łaś to?!

- Co? - zapy­ta­łam prze­ra­żona.

- Ukra­dli ci konto na Insta­gra­mie! Trzeba to zgło­sić! Ktoś się pod cie­bie pod­szywa!

- Jezu, o czym ty mówisz? - Się­gnę­łam po tele­fon i spraw­dzi­łam pro­fil. - Prze­cież to ja! - Poka­za­łam jej.

Karo­lina wzięła tele­fon do ręki i przy­glą­dała się pro­fi­lowi, jakby widziała go po raz pierw­szy.

- Ktoś ci zmie­nił dane! - stwier­dziła prze­jęta. - Śle­dzą cię! Mówi­łam ci, to ten Pega­sus! Wszyst­kich nas mają w gar­ści. Mogłam nie nagry­wać tych seks­fil­mów.

- Jezu, dziew­czyno, o czym ty pie­przysz? - zde­ner­wo­wa­łam się.

- No jakaś pisarka ukra­dła ci konto. Patrz! - Wska­zała na pod­pis pod zdję­ciem.

- Karo­lina, ty kre­tynko. - Prze­wró­ci­łam oczami. - To prze­cież ja! Zmie­ni­łam dane, bo... bo napi­sa­łam książkę.

- Serio? - Zro­biła wiel­kie oczy. - No to sza­cun...

Karo­lina. Cokol­wiek by o niej mówić, ni­gdy nie nale­żała do zbyt lot­nych osób. Trudno się temu dzi­wić, skoro całe jej życie pole­gało na wyglą­da­niu. Nota­bene była jedyną wydrą, którą tole­ro­wa­łam. Chyba dla­tego, że była po pro­stu... głu­pia. Jezu, nie powie­dzia­łam tego. Karo­lina miała... jakby to powie­dzieć... mało wie­dzy ogól­nej. Głów­nie znała się na kosme­ty­kach, ubra­niach i sek­sie. O! W tym była dobra. Pamię­tam, jak wymy­śliła, że pój­dzie na stu­dia.

- Stu­dia? Jakie? - zapy­ta­łam ją wów­czas.

- Kosme­to­lo­gia - oznaj­miła dum­nie.

- Ale ty z che­mii zawsze mia­łaś dwóję!

- Na kosme­to­lo­gii trzeba znać che­mię? Nie wystar­czy znać kosme­tyki?

Zre­zy­gno­wała po tygo­dniu.

Byłam pełna podziwu, jak ona funk­cjo­nuje w dzi­siej­szym świe­cie, ale radziła sobie znacz­nie lepiej ode mnie. Przy tym była też kochana i dobra. Do rany przy­łóż. Wie­dzia­łam, że gdyby kie­dyś spo­tkało mnie coś złego, to na nią będę mogła liczyć.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki