Królowa Ciemności. Trylogia Czarnych Kamieni tom 3 - Anne Bishop

Kup ebooka

29.90 zł
22.09 zł (21,64 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

1. Terreille

Dorothea SaDiablo, Arcykapłanka terytorium o nazwie Hayll, powoli wspinała się na schody prowadzące na dużą drewnianą platformę. Była wczesna jesień, pogodny poranek, a Draega, stolica Hayll, leżała daleko na południu, więc dni nadal były ciepłe. Dorothea pociła się pod ciężkim, czarnym płaszczem, który okrywał jej ciało. Ukryte pod kapturem włosy miała mokre, swędziała ją szyja. Ale to było bez znaczenia. Za kilka minut będzie mogła zdjąć płaszcz.

Kiedy wspięła się na platformę, zobaczyła nieregularny, okryty całunem kształt, ułożony w pobliżu zebranego tłumu, i zaczęła oddychać płytko przez usta. Idiotyzm. Użyła przecież wszystkich znanych sobie zaklęć, żeby przed nadejściem odpowiedniej pory utrzymać w tajemnicy to, co znajdowało się pod całunem. Unormowała oddech, przeszła przez platformę i stanęła opodal swojej niespodzianki.

Królowe terytoriów Królestwa Terreille obserwowały ją nieufnie i z urazą. Zażądała, aby każda z nich przywiozła ze sobą dwie najsilniejsze królowe prowincji oraz wszystkich Książąt Wojowników, którzy im służyli. Wiedziała, że wiele królowych, szczególnie z terytoriów położonych daleko na zachodzie, spodziewa się pułapki.

No cóż, suki miały rację. Ale jeśli w odpowiedni sposób podrzuci im przynętę, same wpadną w potrzask.

Uniosła ręce. Pomruki tłumu ucichły. Użyła Fachu, aby uczynić swój głos donośnym, tak by mogli ją usłyszeć wszyscy zebrani, i zrobiła kolejny ruch w zabójczej walce o władzę.

- Siostry i bracia, wezwałam was tutaj dziś, by was ostrzec. Dokonałam ostatnio straszliwego odkrycia, które zagraża wszystkim Krwawym w całym Królestwie Terreille.

W przeszłości popełniłam wiele niewymownie okrutnych czynów. Na mnie spada odpowiedzialność za niszczenie królowych i najlepszych mężczyzn w całym królestwie. Wzbudziłam w Krwawych strach, chcąc uzyskać władzę nad Terreille. Ja, Arcykapłanka, która wie lepiej niż ktokolwiek inny, że kapłanka nigdy nie zastąpi królowej, bez względu na to, jak jest utalentowana i jak silna w Fachu.

Przez resztę życia będę dźwigać smutek i ciężar mych czynów. Ale powiem wam jedno: ZOSTAŁAM WYKORZYSTANA! Kilka tygodni temu, kiedy utkałam splątaną Sieć snów i wizji, niechcący przedarłam się przez psychiczną barierę, która otaczała mnie od wieków, odkąd zostałam Arcykapłanką Hayll. Przedarłam się przez tę umysłową mgłę i wreszcie ujrzałam to, co od dawna usiłowały mi powiedzieć moje splątane Sieci.

Jest ktoś, kto pragnie zdobyć władzę nad Terreille. Jest ktoś, kto chce podporządkować sobie wszystkich Krwawych w królestwie. Ale tym kimś nie jestem ja. Ja byłam tylko narzędziem tego potwora, który pragnie zniszczyć nas i pożreć i który bawi się nami jak kot myszą, nim zada jej śmiertelny cios. Ten potwór ma imię - a to imię od tysięcy lat wzbudza strach, i to z wielu powodów. Tym, który chce nas zniszczyć, jest Książę Ciemności, Wielki Lord Piekła!

W tłumie rozległy się niepewne pomruki.

- Wątpicie w moje słowa? - krzyknęła Dorothea. Zerwała z siebie płaszcz i cisnęła go na ziemię. Rzadkie, białe włosy, które zaledwie kilka tygodni temu były gęste i czarne, opadły jej na ramiona. Wykrzywiła obwisłą, pooraną zmarszczkami twarz. Jej złociste oczy pełne były łez. Szemranie tłumu zmieniło się w zdumione okrzyki. - Patrzcie, co się ze mną stało, kiedy próbowałam się uwolnić z jego podstępnego zaklęcia! Patrzcie na mnie. Oto cena, jaką zapłaciłam za to, by móc was ostrzec przed niebezpieczeństwem!

Przycisnęła dłoń do piersi, walcząc o oddech.

Podszedł do niej Zarządca Dworu i delikatnie podtrzymał ją za ramię.

- Musisz przestać, pani. To dla ciebie za ciężka próba.

- Nie - wydyszała Dorothea. Nadal wzmacniała głos za pomocą Fachu. - Muszę im wszystko powiedzieć, póki jestem w stanie. Mogę nie mieć następnej szansy. Kiedy on zrozumie, że o nim wiem...

Tłum ucichł.

Dorothea opuściła rękę i wyprostowała się, ignorując ból kręgosłupa.

- Nie byłam jedynym narzędziem Wielkiego Lorda Piekła. Są wśród was tacy, którzy mieli nieszczęście gościć na swoich dworach Daemona Sadiego i Lucivara Yaslanę. Niech mi Ciemność wybaczy, wysyłałam te potwory na słabe terytoria i z tego powodu umierały królowe. Czasami Sadi i Yaslana niszczyli całe dwory. Podobnie jak Prythian, Arcykapłanka Askavi, myślałam, że czynię to z własnej woli, w nadziei, iż będę się mogła nimi posłużyć. Ale zmanipulowano nas obie, kazano nam ich wysyłać na te terytoria, ponieważ są to synowie Wielkiego Lorda! To nasienie bestii, które wzrosło i stało się jej narzędziem. Władza nad nimi, którą, jak sądziłyśmy z Prythian, posiadamy, była jedynie złudzeniem ukrywającym przed naszym wzrokiem ich prawdziwą misję.

Obaj zniknęli kilka lat temu. Większość z nas miała nadzieję, że umarli. Niestety, dowiedziałam się od naszych odważnych sióstr i braci, którzy mieszkają teraz w Kaeleer na terytorium o nazwie Małe Terreille, że i Yaslana, i Sadi przebywają w Królestwie Cieni, gdzie pod szatą księcia Dhemlanu ukrywa się sam Wielki Lord. Dzieci bestii wróciły do jej leża!

To nie wszystko. Wielki Lord wywiera niezdrowy wpływ na większość królowych z Kaeleer, a ponadto sprawuje bezwzględną kontrolę nad młodą kobietą, która jest najsilniejszą czarownicą we wszystkich królestwach. Dysponując jej siłą, pokona nas - chyba że uderzymy pierwsi. Nie mamy wyboru, siostry i bracia. Jeśli nie pokonamy Wielkiego Lorda i wszystkich mu oddanych, okrucieństwa, które popełniałam jako jego narzędzie, będą się wydawać dziecinnymi igraszkami w porównaniu z losem, jaki on nam zgotuje.

Urwała na chwilę.

- Wielu waszych przyjaciół i członków waszych rodzin uciekło do Kaeleer przed przemocą, która dusi Terreille. Spójrzcie, co się stało z tymi, którzy wpadli prosto w uwodzicielskie ramiona Wielkiego Lorda.

Za pomocą Fachu zerwała całun zakrywający przód platformy. Potem przycisnęła dłoń do ust, żeby nie zwymiotować, kiedy z okaleczonych ciał poderwały się tysiące much.

Powietrze wypełniła wrzawa, ponad którą wzbił się przenikliwy okrzyk wściekłości i żalu, a potem następny i następny, w miarę jak ci stojący najbliżej platformy rozpoznawali swoich bliskich.

Ponownie używając Fachu, Dorothea delikatnie naciągnęła na ciała zasłonę. Odczekała kilka minut, aż krzyki zmienią się w tłumione szlochy.

- Wiedzcie, że użyję całego znanego mi Fachu i resztek sił, jakie mi jeszcze zostały, aby pokonać tego potwora - powiedziała. - Ale jeśli stawię mu czoło sama, z pewnością poniosę klęskę. Jeżeli staniemy do walki wspólnie, mamy szansę uwolnić się od Wielkiego Lorda i tych, którzy mu służą. Wielu z nas nie przeżyje tej walki, ale nasze dzieci... - Głos jej się załamał. Dopiero po chwili mogła mówić dalej. - Ale nasze dzieci zaznają wolności, za którą zapłaciliśmy tak drogo!

Odwróciła się i zachwiała. Zarządca Dworu i Dowódca Straży podtrzymywali ją z dwóch stron, kiedy szła przez platformę, a potem schodziła po schodach. Ich oczy pełne były dumy i łez, kiedy ostrożnie sadzali ją w otwartym powozie, który miał ją odwieźć do pobliskiej rezydencji. Ale gdy chcieli udać się wraz z nią, pokręciła przecząco głową.

- Macie tu obowiązki - powiedziała przyciszonym głosem.

- Ale pani... - zaczął protestować Dowódca Straży.

- Proszę. Wasza siła przysłuży mi się lepiej, jeśli pozostaniecie tutaj. - Przywołała złożoną kartkę papieru i podała ją zarządcy. - Jeśli królowe z tej listy będą się chciały ze mną zobaczyć, wyznacz audiencję na popołudnie. - Widziała w jego oczach, że chciał zaprotestować, ale nic nie powiedział.

Woźnica cmoknął cicho na konie. Dorothea rozsiadła się wygodnie i opuściła powieki, by ukryć błysk w oczach.

Ty synu kurwiącej się czarownicy, wykonałam pierwszy ruch. I teraz wszystko, co zrobisz, zostanie użyte przeciwko tobie!

2. Terreille

Alexandra Angelline drżała, choć poranek był ciepły. Czekała, aż Philip Alexander wróci z oględzin okaleczonych ciał leżących na drewnianej platformie. Rzuciła rozgrzewające zaklęcie na ciężki, wełniany szal, którym była okryta, choć wiedziała, że nic to nie da. Żadne zewnętrzne źródło ciepła nie było w stanie rozproszyć chłodu, który wżarł się w jej kości.

Jest za wcześnie - powtarzała sobie w myślach. - Wilhelmina przeszła przez Wrota wczoraj rano. Nie może być wśród...

Vania i Nyselle, królowe prowincji, które ze sobą przywiozła, wróciły już do gospody wraz ze swoimi orszakami. Nie zaproponowały, że poczekają razem z nią. Kilka lat temu - kilka tygodni temu - na pewno by to zrobiły. Wtedy w nią wierzyły, mimo jej rodzinnych problemów.

Ale kilka tygodni temu ktoś wysłał sekretną wiadomość do trzydziestu najsilniejszych czarownic z Chaillot - do wszystkich prócz niej i jej córki Leland. Zaprosił je na wycieczkę po Briarwood i obiecał ujawnić, co stało się z ich młodymi krewnymi, które umieszczono w tym szpitalu, a które zniknęły bez śladu. Briarwood, instytucja zapewniająca opiekę zaburzonym emocjonalnie dzieciom, stało zamknięte od kilku lat, odkąd tajemnicza choroba zaczęła zabijać mężczyzn z arystokratycznych rodzin w Beldon Mor, stolicy Chaillot - choroba, która miała jakiś związek z tym miejscem.

Czarownice stawiły się wyznaczonej nocy i poznały straszliwe tajemnice Briarwood. Ich przewodniczka, dziewczynka-demon o imieniu Rose, zaprezentowała im duchy, nie okazując żadnej litości dla uczuć czarownic. Jedna kapłanka odnalazła swoją kuzynkę, która zniknęła, kiedy były dziećmi - okazało się, że została zamurowana w ścianie. Królowa prowincji rozpoznała szczątki córki swojej przyjaciółki.

Czarownice obejrzały pokoje służące do zabawy. Zwiedziły cele, w których stały wąskie łóżka. Oglądnęły ogród warzywny i spotkały się z jednonogą dziewczynką.

Podążały, oniemiałe, za Rose, która z uśmiechem objaśniała im szczegółowo, jak i dlaczego umarło każde dziecko. Opowiedziała im o dzieciach-demonach, które odeszły do Ciemnego Królestwa, by zamieszkać z cildru dyathe. Wymieniła nazwiska wszystkich "wujków" z Briarwood, mężczyzn wspierających ten chory przybytek i z niego korzystających, oraz wszystkich złamanych czarownic z arystokratycznych rodzin, czarownic, które "wyleczono" z emocjonalnych problemów, pozbawiając wewnętrznej mocy, a potem odesłano do domów.

Wśród "wujków" Rose wymieniła Roberta Benedicta, pierwszego męża Leland i ważnego członka męskiej Rady - Rady, którą zdążyła już zdziesiątkować tajemnicza choroba.

Uzdrowicielka, która była w grupie, zapytała o tę chorobę. Rose uśmiechnęła się tylko i powiedziała: - Samo Briarwood jest trucizną. Nie ma lekarstwa na Briarwood.

Alexandra ciaśniej okryła się szalem, ale mimo to nie przestawała się trząść.

Gniew, jaki wybuchł w całym Chaillot, podzielił prowincję. Beldon Mor zmieniło się w pole walki. Członkowie męskiej Rady, którzy jeszcze nie umarli na tę dziwną chorobę, zostali w okrutny sposób straceni. Kiedy kilku arystokratów otruto, wielu wyprowadziło się do gospód albo klubów, ponieważ bało się jeść i pić to, co przeszło przez ręce kobiet z ich rodzin.

Kiedy opadła pierwsza fala gniewu, czarownice zwróciły się przeciwko Alexandrze. Nie obwiniały jej o stworzenie Briarwood, ponieważ zbudowano je, nim została królową Chaillot, natomiast obwiniały ją zajadle o ślepotę. Tak bardzo była zajęta bronieniem Chaillot przed wpływami Hayll i próbami zachowania władzy wbrew woli męskiej Rady, że nie dostrzegła niebezpieczeństwa czającego się obok. Wszyscy szeptali, że to tak, jakby nie pozwalała mężczyźnie obmacywać swoich cycków, kiedy już trzymał fiuta między jej nogami.

Winiły ją, ponieważ Robert Benedict mieszkał przez cały ten czas w jej domu i grzał łóżko jej córki. Skoro nie potrafiła dostrzec zagrożenia, które codziennie siadało przy jej stole, jak mogła chronić swój lud przed innymi niebezpieczeństwami?

Winiły ją za czyny Roberta Benedicta i los wszystkich młodych czarownic, które zmarły albo zostały złamane w Briarwood.

Sama Alexandra obwiniała się o to, co stało się z Jaenelle, jej młodszą wnuczką. Pozwoliła zamykać to dziwne, trudne dziecko w takim miejscu. Nie znała sekretów Briarwood, ale gdyby uznała zmyślane przez Jaenelle historie za próbę zwrócenia na siebie uwagi, a nie za denerwujący problem towarzyski, mała nigdy nie zostałaby tam posłana. A gdyby nie zlekceważyła nienawiści, jaką dziewczynka okazywała zawsze doktorowi Carvayowi, być może wcześniej poznałaby prawdę.

Ale nie wiedziała tego na pewno. I teraz już było za późno na znalezienie odpowiedzi.

W tej chwili miała inny problem rodzinny. Jedenaście lat temu Wilhelmina Benedict, córka Roberta z pierwszego małżeństwa, uciekła z domu, twierdząc, że ojciec próbował wykorzystać ją seksualnie. Philip Alexander, nieślubny przyrodni brat Roberta, odszukał bratanicę, ale nie chciał zdradzić rodzinie, gdzie ona przebywa. Alexandra była wtedy na niego za to wściekła, ale ostatnio zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem Philip nie domyślał się, co się działo pod przykrywką Briarwood, szczególnie że to dzięki jego energicznym działaniom zamknięto szpital.

Dwa dni temu Alexandra otrzymała od Wilhelminy list, w którym dziewczynka poinformowała ją, że udaje się do Kaeleer, Królestwa Cieni. Nie, nie dziewczynka - Wilhelmina miała teraz dwadzieścia siedem lat. Ale nie miało to znaczenia. Nadal należała do rodziny. Nadal była wnuczką Alexandry.

Królowa pokręciła głową, żeby odpędzić od siebie złe myśli, i zobaczyła wracającego Philipa. Wstrzymała oddech i zajrzała pytająco w jego szare oczy.

- Nie ma jej wśród nich - powiedział cicho Philip.

Alexandra odetchnęła głęboko.

- Ciemności niech będą dzięki.

Zdawała sobie jednak sprawę z tego, co nie zostało dopowiedziane: jeszcze nie.

Philip podał jej ramię. Przyjęła je, wdzięczna za wsparcie. To był dobry człowiek, prawdziwe przeciwieństwo swojego przyrodniego brata. Ucieszyła się, kiedy Leland zdecydowała się z nim zaręczyć, a jeszcze bardziej, gdy się pobrali, po regulaminowym roku narzeczeństwa.

Obejrzała się w stronę platformy, z której Dorothea SaDiablo wygłosiła swą przerażającą mowę.

- Wierzysz jej? - spytała cicho.

Philip prowadził ją wśród grupek wstrząśniętych ludzi, którzy nadal tulili się do siebie i zbierali odwagę, by spojrzeć na rozczłonkowane ciała.

- Nie wiem. Jeśli choć połowa z tego, co mówi... jeśli Sadi... - słowa uwięzły mu w gardle.

Alexandra nadal śniła koszmary za sprawą Daemona Sadiego. Podobnie jak Philip, ale z innych powodów. Kiedy Jaenelle została wysłana po raz ostatni do Briarwood, Sadi groził Alexandrze i dał jej przedsmak pogrzebania żywcem w grobie. Natomiast gdy użył swej ciemnej mocy, by złamać Pierścień Posłuszeństwa, zniszczył połowę Kamieni Krwawych w Beldon Mor. W tej eksplozji mocy siła Philipa została zredukowana do Zielonego Kamienia należnego mu z urodzenia.

- Możemy wsiąść do Wozu jeszcze dziś - powiedział Philip. - Jeśli wykupimy podróż takim, który obsługuje ciemniejsze Wiatry, już jutro będziemy w domu.

- Jeszcze nie. Chcę porozmawiać z Zarządcą Dworu Dorothei. Może umówi mnie na audiencję.

- Jesteś królową - warknął Philip. - Nie powinnaś być zmuszana błagać o audiencję u kapłanki, bez względu na to, kim...

- Philipie - ścisnęła jego ramię. - Dziękuję ci za twą lojalność, ale teraz jesteśmy żebrakami. Nie stać mnie już na zuchwalstwo. Nie wiem, czy Dorothea naprawdę nie jest potworem, jakim się zawsze wydawała, ale jestem przekonana, że Wielki Lord Piekła stanowi większe zagrożenie. - Zadrżała. - Musimy się udać do Kaeleer i odszukać Wilhelminę. Ale zanim tam pojedziemy, musimy się jak najwięcej dowiedzieć o wrogu, bez względu na źródło.

- Dobrze - odparł Philip. - A co z Vanią i Nyselle? Pojadą z nami?

- Pojadą albo zostaną, jak zechcą. Na pewno nie będzie ich obchodzić moja wola. - Westchnęła. - Kto by pomyślał miesiąc temu, że będę musiała uznać Dorotheę za sprzymierzeńca?

3. Terreille

Kartane SaDiablo spacerował po ogrodach rezydencji, starannie ignorując domysły i współczujące spojrzenia tych nielicznych osób, które nie ukryły się w domach.

Poczekał, aż powóz Dorothei zniknie mu z oczu, i dopiero wtedy zszedł z platformy. Rozczłonkowane ciała, które na niej pozostawiono, by tłum mógł im się przyjrzeć, nie budziły jego niepokoju. Na Ognie Piekielne, Dorothea nieraz robiła takie - i gorsze - rzeczy, kiedy chciała się zabawić, ale najwyraźniej nikt o tym nie pamiętał. Albo może żaden z tych głupców nigdy nie widział Arcykapłanki w tym jej nastroju.

Ale Zarządca Dworu i Dowódca Straży... Idioci bez jaj. Mieli prawdziwe łzy w oczach, kiedy pomagali jej wsiąść do powozu. Jak mogli uwierzyć, że przez tyle wieków pozostawała pod władzą zaklęcia i że tak naprawdę nie rozkoszowała się cierpieniem swoich ofiar?

Och, faktycznie, jej mowa brzmiała szczerze i była pełna skruchy. Nie uwierzył w ani jedno jej słowo. Żaden mężczyzna, który kiedykolwiek musiał zadowolić Dorotheę w łóżku, nie mógł jej wierzyć. Daemon na pewno by nie uwierzył.

Daemon. Syn Wielkiego Lorda. To wyjaśniało wiele kwestii związanych z jego "kuzynem". Czy Dorothea wiedziała o tym przez wszystkie te lata, kiedy Daemon wychowywał się na jej dworze jako bękart? Musiała wiedzieć. A to oznaczało, że Wielki Lord Piekła nie żywił miłości do Arcykapłanki Hayll.

To z kolei prowadziło do problemów Kartane.

Tajemnicza choroba, która pojawiła się niemal trzynaście lat temu, dopadła i jego. Wszyscy mężczyźni, którzy zabawiali się w Briarwood, skończyli w grobach, ale on był Haylleńczykiem, a więc należał do długowiecznej rasy, i ani razu nie wrócił do Chaillot. Być może to dlatego pozostał przy życiu, jako jedyny. Ale ostatnio zaczynał czuć, że jego czas się kończy.

Kiedy kilka tygodni temu ujawniono związek pomiędzy chorobą a Briarwood, zaczął rozgryzać problem - w chwilach gdy jego umysł nie pogrążał się w koszmarach wykluczających myślenie - i wciąż dochodził do tego samego wniosku. Jedyne Uzdrowicielki, które mogły mieć dość mocy, by uleczyć chorobę, nim całkiem go zniszczy, i jedyne, które nie znały jej przyczyny, mieszkały w Kaeleer. Prawdopodobnie służą na dworach królowych terytoriów - jeśli Dorothea nie kłamała i na ten temat - znajdujących się pod kontrolą Wielkiego Lorda. A to oznacza, że musi znaleźć coś, co kupi mu jego pomoc. Teraz, dzięki małej przemowie Dorothei, uzyskał informacje, które dla Księcia Ciemności mogły się okazać bardzo interesujące.

Uśmiechnął się, zadowolony ze swojej decyzji. Odczeka jeszcze kilka dni, wywęszy więcej informacji, a potem złoży krótką wizytę w Królestwie Cieni.

4. Terreille

Alexandra Angelline nieufnie usadowiła się w fotelu, pełna ulgi, że Dorothea wybrała prywatną salę recepcyjną zamiast oficjalnej. Spotkanie będzie wystarczająco trudne i bez obecności dworu pełnego warczących Haylleńczyków.

Ale takie tźte-ą-tźte z Dorotheą miało też swoje złe strony. Alexandra słyszała, że Arcykapłanka Hayll była piękną kobietą. Och, nadal widać było ślady tej urody, ale teraz chodziła pochylona, a na jej plecach widoczny był garb. Jej brązowe dłonie pokryte były starczymi plamami, a twarz i włosy...

To samo stanie się w końcu z nami wszystkimi, pomyślała, obserwując, jak Dorothea nalewa herbatę do kruchych filiżanek. Ale jakie to musiało być uczucie: położyć się spać jako młoda kobieta, a obudzić następnego ranka jako starucha?

- Jestem... wdzięczna... że mnie przyjęłaś - powiedziała, próbując nie zadławić się własnymi słowami.

Dorothea wygięła usta w lekkim uśmiechu. Podała jej filiżankę.

- Zaskoczyło mnie, że prosisz o audiencję. - Uśmiech zniknął. - Nigdy wcześniej nie spotkałyśmy się osobiście, a biorąc pod uwagę, co stało się w twojej rodzinie, masz pełne prawo mnie nienawidzić. - Zawahała się, napiła herbaty i ciągnęła cichym głosem: - Wysłanie Sadiego do Chaillot nie było moim pomysłem, ale nie pamiętam, kto to zasugerował ani dlaczego się zgodziłam. Niektóre wspomnienia nadal zakrywa mgła, której nie potrafię przebić.

Alexandra uniosła filiżankę do ust, ale nie napiła się herbaty.

- Myślisz, że to sprawka Wielkiego Lorda?

- Tak sądzę. Sadi to piękna, bezwzględna broń, a jego ojciec potrafi jej świetnie używać. Osiągnął swój cel.

- Jaki cel? - spytała ze złością Alexandra. - Sadi zniszczył moją rodzinę i zabił moją młodszą wnuczkę. Co dzięki temu osiągnął?

Dorothea oparła się na krześle, znów upiła herbaty i powiedziała cicho:

- Zapominasz, siostro, że ciała dziewczynki nigdy nie odnaleziono.

Coś w wyczekującym spojrzeniu Dorothei sprawiło, że Alexandra zadrżała.

- To nic nie znaczy. Sadi jest bardzo dyskretnym grabarzem. - Odstawiła filiżankę i spodek na stół. Nie tknęła napoju. - Nie przyszłam tu rozmawiać o przeszłości. Chciałabym wiedzieć, jak bardzo niebezpieczny jest Wielki Lord.

- Daemon Sadi jest synem swego ojca. Czy taka odpowiedź ci wystarczy?

Alexandra wzdrygnęła się wbrew woli.

- I naprawdę sądzisz, że chce zniszczyć Krwawych mieszkających w Terreille?

- Jestem tego pewna - Dorothea dotknęła dłonią swoich siwych włosów. - Zapłaciłam wielką cenę za tę pewność.

- Moja druga wnuczka, Wilhelmina Benedict, niedawno udała się do Kaeleer - powiedziała cicho Alexandra.

Dorothea zesztywniała.

- Jak niedawno?

- Przeszła przez Wrota wczoraj.

- Matko Noc - wykrzyknęła Dorothea, opadając bezwładnie na krzesło. - Tak mi przykro, Alexandro. Tak bardzo, bardzo mi przykro.

- Zamierzam się udać do Kaeleer wraz z księciem Philipem Alexandrem, jak tylko skończą się targi służby i znów zaczną przyjmować gości. Mam nadzieję, że zdołamy ją odszukać i przekonać królową, z którą podpisze kontrakt, by ją z niego zwolniła.

- Jest w o wiele większym niebezpieczeństwie - stwierdziła Dorothea głosem pełnym troski.

- Nie ma powodów, żeby ktoś zwrócił na nią uwagę - odparła ostro Alexandra. - Nie ma powodów, by przyjęła kontrakt poza Małym Terreille.

- Są, i to dwa: Wielki Lord i czarownica, nad którą ma władzę. Jeśli nie odszukasz szybko Wilhelminy, może skończyć w jego mrocznych objęciach, a wówczas nie będzie już dla niej nadziei.

Pomimo ciepła, jakie panowało w pokoju, po plecach Alexandry przeszedł dreszcz.

Dorothea przyglądała się jej przez dłuższą chwilę.

- Powtarzam ci, Sadi i Wielki Lord osiągnęli swój cel. Nikt nie szuka zbyt wnikliwie ciała, kiedy żywi potrzebują pomocy. A ciała twojej wnuczki nigdy nie odnaleziono.

Alexandra zmierzyła ją wzrokiem.

- Sądzisz, że tą czarownicą o wielkiej mocy, nad którą panuje Wielki Lord Piekła, jest Jaenelle? - Roześmiała się z goryczą. - Na Ogień Piekielny, Dorotheo, Jaenelle nie potrafiła nawet opanować podstaw Fachu!

- Jeśli się wie, jak czytać między wierszami niektórych... mniej dostępnych... zapisków o historii Krwawych, można się dowiedzieć, że w przeszłości żyło kilka kobiet - bardzo niewiele, Ciemności niech będą dzięki - które miały ogromną moc, ale same nie potrafiły z niej korzystać. Musiały... nawiązywać emocjonalną więź z kimś, kto potrafił pokierować ich mocą, ale nie zawsze mogły decydować o kierunku tej mocy. - Dorothea urwała. - Ostatnio z Małego Terreille doszły nas słuchy, że ulubienicę Wielkiego Lorda określa się jako "ekscentryczną", "nieco zaburzoną emocjonalnie". Czy to nie brzmi znajomo?

Alexandra nie była w stanie oddychać. W pokoju po prostu zabrakło powietrza. Co się z nim mogło stać?

- Jeśli się z tym pogodzisz, udzielę ci wszelkiej możliwej pomocy. - Dorothea patrzyła na nią ze smutkiem. - Nie możesz ignorować tego faktu, Alexandro. Bez względu na to, w co pragniesz wierzyć i co myślisz, nie możesz ignorować faktu, że ulubienicą Wielkiego Lorda jest czarownica, którą oddał w jego ręce Daemon Sadi i która nazywa się Jaenelle Angelline.

5. Terreille

Dorothea odsunęła ciemne, ciężkie zasłony i popatrzyła na otulony nocą ogród. Czuła się wyczerpana - i fizycznie, i psychicznie. Och, jak bardzo miała ochotę zatopić paznokcie w oczach mężczyzn z Pierwszego Kręgu swojego dworu, wydrapać z nich to żałosne, pełne nadziei spojrzenie. Czepiali się każdego usprawiedliwienia jej zachowania w ciągu minionych wieków. Chcieli wierzyć, że to mężczyzna uczynił ją okrutną, że to mężczyzna nią manipulował i kontrolował jej myśli, że to mężczyzna stał za jej dojściem do władzy i za jej późniejszym okrucieństwem, dzięki któremu złamała przeciwników i pokonała większość terytoriów w Terreille.

Nie byli skłonni przyznać jej żadnych zasług w tym względzie. Chcieli, żeby była ofiarą, bo wtedy nie musieliby się wstydzić, że jej służyli, bo wtedy mogliby udawać, iż służyli ze względu na honor, a nie ze strachu i chciwości.

No cóż, kiedy Kaeleer upadnie, ona dokona kilku zmian na swoim dworze. Może nawet dopilnuje, żeby ci głupcy zginęli w bitwie, dławiąc się tym swoim honorem.

- Dobrze ci dziś poszło, siostro - oświadczył chrapliwy, a mimo to dziewczęcy głos. - Ja sama nie zrobiłabym tego lepiej.

Dorothea nie odwróciła się. Kiedy patrzyła na Hekatah, Kapłankę Ciemnego Królestwa - żyjącego demona i samozwańczą Arcykapłankę Piekła - zawsze robiło jej się niedobrze.

- To były twoje słowa, nie moje, nic zatem dziwnego, że jesteś zadowolona.

- Nadal mnie potrzebujesz - warknęła Hekatah i, powłócząc nogami, podeszła do fotela stojącego przy ogniu. - Nie zapominaj o tym.

- Nigdy o tym nie zapominam - odparła cicho Dorothea, nadal wpatrując się w ogród.

To Hekatah dostrzegła jej potencjał, kiedy jako młoda czarownica uczyła się obowiązków kapłanki i sztuki Czarnych Wdów. To Hekatah rozpalała jej ambicje i karmiła jej marzenia o władzy, to ona wskazywała jej potencjalne rywalki, które stały na drodze tych marzeń. I to Hekatah pomogła jej eliminować je. Kapłanka Ciemnego Królestwa przebyła z nią całą drogę, kierowała nią, udzielała rad.

Dorothea nie pamiętała już, kiedy uświadomiła sobie, że Hekatah potrzebuje jej równie mocno, jak ona potrzebuje jej. Ta współzależność sprawiła, że gardziły sobą nawzajem, ale były związane wspólnym marzeniem o zdobyciu władzy nad wszystkimi królestwami.

- Naprawdę uważasz, że po tym wszystkim, co uczyniłyśmy, żeby zdobyć władzę w Terreille, królowe uwierzą, że to była wyłącznie wina Wielkiego Lorda?

- Jeśli właściwie rzuci się czar perswazji, nie ma powodu, żeby nie uwierzyły - stwierdziła jadowicie słodko Hekatah.

- Mojemu Fachowi niczego nie można zarzucić, kapłanko - odparła z podobnym jadem Dorothea, odwracając się wreszcie twarzą do gościa.

- Twój Fach nie ochronił cię przed skutkami zaklęcia, jakie rzucił na ciebie Sadi, prawda?

- Podobnie jak twój nie ocalił ciebie.

Hekatah zasyczała z wściekłością, a Dorothea ponownie odwróciła się do okna, czując przelotną satysfakcję z celnie wymierzonego ciosu.

Siedem lat temu Hekatah usiłowała uzyskać kontrolę nad Jaenelle Angelline i wyeliminować Lucivara Yaslanę. Coś w jej planie poszło nie tak i w wyniku tej konfrontacji utraciła wygląd żyjącej osoby. Przypominała teraz rozkładające się, wysuszone zwłoki. Przez pierwsze kilka lat twierdziła, że jeśli będzie pić duże ilości świeżej krwi, odzyska swoje ciało. W zasadzie powinna mieć rację. Żyjące demony to zmarli o zbyt wielkiej mocy - mocy uniemożliwiającej powrót do Ciemności. Po śmierci pozostawali zamknięci w swych martwych ciałach, które utrzymywali w nienaruszonym stanie, pijąc krew. Jednak nic nie zdołało przywrócić Hekatah jej poprzedniego wyglądu. Z jej ciała, które umarło pięćdziesiąt tysięcy lat temu, został wyciśnięty cały sok.

- Uwierzą, że to Wielki Lord jest odpowiedzialny za całą deprawację Terreille - powiedziała teraz, podchodząc do Dorothei na tyle blisko, że w szybie okna pojawiło się jej odbicie. - Chcą w to uwierzyć. To mit, straszliwa opowieść powtarzana szeptem od tysięcy lat. A nawet jeśli ktoś będzie miał wątpliwości co do tego, na pewno nie będzie ich miał w kwestii Yaslany i Sadiego. Sama myśl, że ci trzej są teraz razem i wykorzystują jako swoje narzędzie moc silnej czarownicy, wystarczy, by zjednoczyć Terreille przeciwko Kaeleer. Bo w końcu nie ma znaczenia, dlaczego ktoś przyłącza się do walki. Ważne jest tylko to, że walczy.

- Zdobyłyśmy dziś niespodziewanego sojusznika. Alexandrę Angelline, królową Chaillot - usta Dorothei wykrzywiły się w złowieszczym uśmiechu. - Ze wstrząsem przyjęła wiadomość, że jej młodsza wnuczka za sprawą Daemona Sadiego od lat znajduje się w mocy Wielkiego Lorda.

Hekatah zmarszczyła brwi.

- To idiotka, ale nie jest głupia. Jeśli przekona Jaenelle, żeby pomogła jej zachować władzę nad Chaillot...

Dorothea pokręciła głową.

- Ona nie wierzy, że Jaenelle ma jakąkolwiek moc. Widziałam to w jej oczach. Opowiedziałam jej zgrabną historyjkę o kobietach, które są zbiornikami mocy - w nią też nie uwierzyła. Zapewne dojdzie do wniosku, że Sadi i Wielki Lord potrzebowali Jaenelle do jakichś chorych celów; ale jeśli chodzi o tę wnuczkę, Alexandra wierzy jedynie w to, w co chce wierzyć. Kiedy dotrze do Małego Terreille, Lord Jorval zaproponuje jej pomoc, ale nie powie jej, że Jaenelle jest królową Ebon Askavi. Zresztą nie sądzę, żeby dała wiarę czemukolwiek, czego się dowie w Pałacu.

Hekatah roześmiała się wesoło.

- Ale kiedy pozna osobiście księcia Saetana Daemona SaDiablo, Wielkiego Lorda Piekła, zapewne z największą radością prześle nam wszelkie informacje, jakie uzna za pomocne - dodała Dorothea.

- Jeśli on odkryje jej dwulicowość... - Hekatah wzruszyła ramionami. - I tak musiałybyśmy się jej pozbyć po zakończeniu wojny.

Dorothea patrzyła na ich odbicie w szybie. Kiedyś były pięknymi kobietami, a teraz Hekatah wygląda jak trup, na którym ucztują robaki, a ona sama...

Sadi rzucił na nią czar, który postarzył ją i przygarbił jej ciało, ale nie zrobił nic, żeby zmniejszyć jej seksualny apetyt. Choć Krwawi od dawna nazywali go Sadystą, wcześniej nie zdawała sobie sprawy z głębi jego okrucieństwa. Znał jej pożądanie - jakżeby mógł nie znać, skoro musiał je zaspokajać, kiedy był młody? - i wiedział, jak bardzo będzie się czuła upokorzona, kiedy w oczach ujeżdżanych mężczyzn zobaczy obrzydzenie zamiast tej ekscytującej kombinacji żądzy i strachu, które dotąd budziła. A teraz, po tym łzawym wyznaniu, będzie musiała zrezygnować nawet z tego.

- Poinformowałaś swoje ulubione królowe, że muszą się chwilowo powstrzymać od co bardziej wyrafinowanych przyjemności? - spytała Hekatah.

- Powiedziałam im. Chociaż trudno powiedzieć, czy posłuchają - odparła Dorothea z irytacją.

- Te, które tego nie zrobią, trzeba będzie wyeliminować.

- A jak to wyjaśnimy?

Hekatah wydała zniecierpliwione parsknięcie.

- Najwyraźniej i one znajdowały się we władzy zaklęcia Wielkiego Lorda. Twoja szlachetna walka wyzwoliła również część twoich sióstr, ale niestety nie wszystkie. Wystarczy, że zabijemy jedną czy dwie, reszta odczyta wiadomość i zacznie się zachowywać poprawnie.

- A kiedy wygramy?

- A kiedy wygramy, będziemy mogły robić, co nam się spodoba. Będziemy władać królestwami, Dorotheo. Nie tylko Terreille, ale wszystkimi - Terreille, Kaeleer i Piekłem.

Dorothea milczała przez kilka minut, rozsmakowując się w tej myśli. Wreszcie, niechętnie, spytała: - Naprawdę sądzisz, że nam się uda?

To, co zostało z ust Hekatah, wykrzywiło się w potwornym uśmiechu.

- Ostatnim razem się udało.

6. Kaeleer

Królowa Arachny, duża, złocista pajęczyca, przysiadła przy ramieniu zmęczonej, złotowłosej kobiety, która opierała się o płaski kamień.

Być źle? - spytała cicho.

Jaenelle Angelline odgarnęła włosy z twarzy i westchnęła. Przymrużyła udręczone, szafirowe oczy w porannym słońcu i jeszcze raz przyjrzała się delikatnym niciom splątanej Sieci, którą utkała tej nocy.

- Tak, jest źle. Nadciąga wojna. Wojna pomiędzy królestwami.

Móc powstrzymać?

Jaenelle powoli pokręciła głową.

- Nie. Nikt nie może jej powstrzymać.

Pajęczyca poruszyła się niespokojnie. W powietrzu wokół kobiety unosił się smutek - i wzbierająca, zimna wściekłość.

Dwunodzy już wcześniej walczyli. Być bardziej źle tym razem?

- Sama zobacz.

Przyjmując oficjalne zaproszenie, królowa Arachny otworzyła umysł na marzenia i wizje zamknięte w wielkiej, splątanej Sieci, którą Jaenelle utkała pomiędzy kamieniem a pobliskim drzewem. Tyle śmierci. Tyle bólu i smutku. I rozprzestrzeniająca się skaza, która zbruka tych, co przeżyją.

Oderwała się od wizji i przyjrzała się samej sieci. Zauważyła dwie dziwne rzeczy. Pierwszą był kruchy, srebrny pierścień z Hebanowym Kamieniem, umieszczony na środku. Odłamki Kamieni rzadko wplatano w sieci, ponieważ magia konieczna do ich utkania była sama w sobie silna - i niebezpieczna. Ten konkretny Kamień należał do Jaenelle, która była Czarownicą, żywym mitem, ucieleśnionym marzeniem. Drugą dziwną rzeczą był trójkąt. Od pierścienia biegło wiele nici, ale ponad nimi utkano trzy inne, które tworzyły razem trójkąt zamykający pierścień.

Zaintrygowana pajęczyca dalej studiowała sieć. Widziała już wcześniej ten trójkąt. Siła, namiętność, odwaga. Lojalność, honor, miłość. Niemal wyczuwała męski posmak tych nici.

- Jeśli Kaeleer przyjmie wyzwanie Terreille i pójdzie na wojnę, zniszczy to Krwawych w obu królestwach - powiedziała cicho Jaenelle. - Wszystkich Krwawych. Nawet krewniaków.

Niektórzy przeżyją. Zawsze tak jest.

- Nie tym razem. Och tak, niektórzy przeżyją wojnę fizycznie, ale... - głos Jaenelle załamał się. Westchnęła. - Zginą wszystkie moje siostry, wszyscy przyjaciele. Wszystkie królowe. Wszyscy książęta.

Wszyscy?

- Nie będzie królowych, które mogłyby uleczyć ziemię. Nie będzie królowych, które mogłyby zjednoczyć Krwawych. Rzeź będzie trwała, póki wszyscy nie zginą. Czarownice staną się równie jałowe jak ziemia. Dar mocy, dany nam tak dawno temu, przemieni się w broń, która nas zniszczy. Jeśli Kaeleer pójdzie na wojnę z Terreille.

Musieć walczyć, powiedziała pajęczyca. Musieć zniszczyć skazę.

Jaenelle uśmiechnęła się gorzko.

- Wojna jej nie zniszczy. Wiem, kto posiał nasienie, i gdyby wyeliminowanie Dorothei i Hekatah mogło powstrzymać to, co nadchodzi, unicestwiłabym je w tej chwili. Ale to niczego nie zmieni, już nie. Jedynie opóźni, a to jeszcze gorzej. To jest właściwe miejsce i właściwy czas, żeby oczyścić Krwawych ze skazy.

Ty mówić o drogach, co nigdzie nie prowadzą, napomniała ją pajęczyca. Ty mówić: nie móc walczyć, ale musieć walczyć. Ty nie wiedzieć? Może źle czytać sieć.

Jaenelle, na której twarzy pojawiło się oschłe rozbawienie, odwróciła głowę w stronę pajęczycy.

- A gdzie się nauczyłam tkać splątane Sieci? Jeśli nie odczytuję ich dobrze, może nauki nie były właściwe?

Pajęczyca użyła Fachu, żeby wydać chrapliwy, brzęczący dźwięk, który wskazywał na wielkie niezadowolenie.

Nie wina uczącego pająka, jeśli mały pająk woleć łapać muchy, niż uczyć się lekcji.

Powietrze wypełnił srebrzysty, aksamitny śmiech Jaenelle.

- Ani razu nie próbowałam złapać muchy. I słuchałam uczącego mnie pająka. W końcu była nim ówczesna Królowa Przędących Sieci Marzeń.

Królowa Arachny poprawiła się na skale, nieco udobruchana. Wesołość Jaenelle zniknęła, kiedy znów zwróciła oczy na sieć.

- Terreille pójdzie na wojnę.

Więc Kaeleer walczyć.

- Ta sieć pokazuje dwie drogi - powiedziała Jaenelle bardzo cicho.

Nie, odparła pajęczyca stanowczo. Jedna sieć, jedna wizja. Tak być.

- Dwie drogi - obstawała przy swoim Jaenelle. - Jeśli wybiorę drugą ścieżkę, Kaeleer nie pójdzie na wojnę z Terreille, a królowe i książęta przetrwają, będą mogli uleczyć i ochronić Królestwo Cieni.

Więc kto pójść na wojnę z Terreille?

- Królowa Ciemności.

Ale to ty jesteś Królową!

Jaenelle odetchnęła głęboko.

- Wojna, która oczyści Królestwa, nakaże spłacić długi i odbierze ofiarowany dar mocy. Jest sposób. Musi być sposób, ale sieć nie może mi go jeszcze pokazać z tego powodu - wskazała na trójkąt. - To nie jest trójkąt Królowej. - Przesunęła palcem po jego lewym boku. - To jest nić Wielkiego Lorda. - Musnęła podstawę. - A to nić Lucivara. - Jej palec zawahał się przy prawym boku trójkąta. - Ale to nie jest nić Andulvara. Powinna nią być, ponieważ to mój Dowódca Straży, ale należy do kogoś innego. Do kogoś, kogo tu jeszcze nie ma, kogoś, kto udzieli mi odpowiedzi, których potrzebuję, by pójść tą drugą ścieżką.

Nić nie mówić jego imienia?

- Mówi, że nadchodzi lustro. Ta odpowiedź to... - Jaenelle spięła się i dźwignęła na kolana. - Daemon - wyszeptała. - Daemon.

Pajęczyca poruszyła się niespokojnie. Czarownica napełniła powietrze ogromną rozkoszą, kiedy wyszeptała to imię - ale pod rozkoszą krył się też strach.

- Muszę iść - powiedziała Jaenelle, pospiesznie podnosząc się z ziemi. - Muszę jeszcze odwiedzić dwa terytoria krewniaków, nim wrócę do Pałacu. - Zawahała się, rzuciła okiem na pajęczycę. - Jeśli pozwolisz, chciałabym ją jeszcze zachować.

Twoje sieci mieć swoje miejsce wśród Tkających Marzenia.

Jaenelle uniosła rękę i za pomocą Fachu objęła nici splątanej Sieci osłoną. Znów spojrzała na pajęczycę.

- Niech Ciemność będzie z tobą, siostro.

I z tobą, siostro, odpowiedziała grzecznie pajęczyca.

Zaczekała, aż Jaenelle złapie Wiatry, psychiczne ścieżki przez Ciemność, po czym za pomocą Fachu opuściła się delikatnie na splątaną Sieć.

Jedna sieć, jedna wizja. Tak jest zawsze. Ale kiedy to Czarownica tka sieć...

Wykorzystując instynkt i całą swą wiedzę, pajęczyca ostrożnie potarła nogą małą nitkę zwisającą luźno z Szarego Pierścienia. Splątana Sieć ukazała jej drugą ścieżkę.

Pajęczyca cofnęła się szybko.

Nie! - krzyknęła na psychicznej nici, tak daleko, jak tylko mogła sięgnąć. Nie! Nie druga ścieżka! Nie odpowiedź! Nie iść tą ścieżką!

Milczenie. Silny umysł Czarownicy nie przesłał najdrobniejszego drgnienia, które wskazałoby, że usłyszała.

Nie iść tą ścieżką, powtórzyła pajęczyca ze smutkiem. Widziała wyraźnie, co leży u jej końca.

Może nie. Czarownica potrafiła tkać splątane Sieci lepiej niż wszystkie Czarne Wdowy, ale nawet i ona nie zawsze umiała wyczuć wszystkie smaki nici.

Królowa Arachny odwróciła się tyłem do sieci i poczuła lekkie szarpnięcie. Krocząc w powietrzu, ruszyła w stronę nici znajdującej się na tym końcu sieci, który był przytwierdzony do drzewa. Ostrożnie potarła ją nogą.

Pies. Brązowo-biały pies, którego widziała już w pierwszej sieci utkanej po odejściu zimy. Poprosiła Czarownicę, żeby przyprowadziła tego psa, Ladvariana, na Wyspę Tkaczek. Chciała zobaczyć tego Wojownika - i chciała, by on ją zobaczył.

Szarpnęła nić Ladvariana i poczuła, jak przez sieć przechodzi wibracja. Wiele nici połączonych z Hebanowym Pierścieniem - nici krewniaków - zaczęło jasno świecić. Ludzkie nici również świeciły, ale nie tak jasno, nie tak pewnie. Musi o tym pamiętać. A ten trójkąt...

Nadal trzymając nogę na nici Ladvariana, pajęczyca pozwoliła, by jej umysł odpłynął do ukrytej jaskini, świętej jaskini w centrum wyspy. Tam udawała się królowa Arachny, by słuchać marzeń - i tkać, nić po nici, wyjątkowe sieci, które wiążą marzenia z ciałem, które są pierwszym krokiem do stworzenia Czarownicy.

Małe sieci. Większe sieci. Czasami tylko jedna rasa, tylko jeden typ marzycieli powoływał do istnienia Czarownicę. Kiedy indziej marzyciele pochodzili z różnych miejsc, mieli różne potrzeby, które w jakiś sposób łączyły się w jedno.

Kiedy czas ucieleśnienia marzenia dobiegał końca, kiedy przestawało chodzić po królestwach, królowa Arachny z szacunkiem przecinała nici wiążące sieć ze ścianami jaskini, zwijała przędzę w kłębek i chowała w niszy, a potem za pomocą Fachu sprawiała, że nad wejściem zaczynały świecić kryształy. Wiele było takich zamkniętych nisz, więcej niż ludzcy Krwawi sądzili. No ale krewniacy zawsze byli najwierniejszymi marzycielami.

W jaskini znajdowała się sieć, którą zaczęto tkać dawno, dawno temu. Z pokolenia na pokolenie królowe Arachny trącały nici wiążące sieć, słuchały marzeń, po czym tkały ją dalej. Tylu marzycieli zamkniętych w jednej sieci, tyle marzeń łączących się w jedno. Dwadzieścia pięć lat temu, według ludzkiej rachuby czasu, marzenie wreszcie się ucieleśniło.

W centrum tej wyjątkowej sieci znajdował się trójkąt. Trzech silnych marzycieli. Trzy nici, które wzmocniono tyle razy, że stały się grube i bardzo mocne.

A każda królowa, kiedy spożywała dobrowolnie ofiarowane jej ciało poprzedniczki, słyszała to samo: Pamiętaj o tej sieci. Poznaj tę sieć. Poznaj każdą nić.

Pajęczyca ściągnęła swój umysł z powrotem.

Marzenie się ucieleśniło. Duch wykarmiony w Ciemności, ukształtowany przez marzenia. I splątana Sieć, ukryta w jaskini pełnej starożytnej mocy, która skierowała tego ducha do konkretnego ciała.

Były takie chwile, kiedy pajęczyca widziała okropne rzeczy w swoich sieciach marzeń i wizji, kiedy zastanawiała się, czy ten konkretny duch naprawdę odnalazł właściwe ciało, czy może niektóre nici nadmiernie się zestarzały. Nie, był jakiś powód, dla którego ten duch się ucieleśnił. Ból i rany nie były winą marzeń - ani marzycieli.

Pajęczyca wyciągnęła ze swego ciała jedwabną przędzę i starannie przymocowała ją do nici Ladvariana.

Czarownica wybierze więc drugą ścieżkę, ślepa na fakt, że choć ocali Kaeleer i tych, których kocha, zniszczy Serce Kaeleeru.

Musi być sposób na ocalenie Serca Kaeleeru.

Rozpinając nić wiążącą pień drzewa z mocną gałęzią, królowa Arachny zaczęła prząść własną splątaną Sieć.

Rozdział drugi

1. Kaeleer

Lucivar Yaslana wrócił na pierwszą stronę listy pełnej starannie wypisanych nazwisk i odszedł od stołu, lekko rozbawiony zachowaniem mężczyzn, którzy też chcieli ją przejrzeć, ale nie chcieli za bardzo zbliżyć się do niego.

Na tym polegała jego przewaga nad ludźmi krążącymi od stołu do stołu, żeby zapoznać się z listami kandydatów na targu służby. Nikt się obok nie przepychał, nikt się nie skarżył, że ten za długo przegląda nazwiska, ponieważ nikt nie chciał zadzierać z Księciem Wojowników z Czarnoszarym Kamieniem, będącym wyszkolonym eyrieńskim wojownikiem, mającym gwałtowny charakter, a ponadto słynącym z tego, że łatwo traci nad sobą kontrolę i bez wahania puszcza w ruch pięści. A jeśli dodać do tego fakt, że należał do jednej z najsilniejszych rodzin w królestwie i że służył na Ciemnym Dworze w Ebon Askavi, nic w tym dziwnego, iż inni mężczyźni woleli ustąpić.

Ale mimo to nie czuł się dobrze na targu służby w Goth, stolicy Małego Terreille. Za bardzo przypominało mu to targi niewolników, które nadal odbywały się w Terreille.

Powoli kierując się w stronę wyjścia, odetchnął głęboko i natychmiast tego pożałował. Wielka sala była zatłoczona, a choć otwarto okna, powietrze cuchnęło zmęczeniem i potem - a także strachem i desperacją, które zdawały się unosić z setek nazwisk na listach.

Kiedy tylko wyszedł z budynku, rozłożył na całą szerokość ciemne, błoniaste skrzydła. Nie był pewien, czy robi to z powodu tych wszystkich chwil, kiedy za ten naturalny gest zarabiał uderzenie bata, czy po prostu, spędziwszy kilka godzin w zamkniętym pomieszczeniu, chciał przez chwilę poczuć w skrzydłach słońce i wiatr - albo może przypominał sobie w ten sposób, że teraz jest kupcem, a nie towarem?

Złożył skrzydła i ruszył w stronę "obozu" Eyrieńczyków, położonego w jednym z narożników targu.

Zauważył na listach kilka eyrieńskich nazwisk, które go zainteresowały, nie znalazł natomiast tego jednego - haylleńskiego - będącego głównym powodem wertowania przez ostatnie kilka godzin tych cholernych list. Szukał na nich Daemona już od pięciu lat, od czasu kiedy ci idioci z Ciemnej Rady zdecydowali, że dwa razy do roku odbywać się będzie "targ służby", przez który muszą przechodzić setki uchodźców z Terreille, pragnących zaczepić się w Kaeleer. Zastanawiał się, jak za każdym razem, dlaczego na tych listach nie ma Daemona. I odrzucił, jak zawsze, wszystkie przyczyny prócz jednej: szukał niewłaściwego nazwiska.

Ale to było mało prawdopodobne. Bez względu na to, pod jakim nazwiskiem Daemon Sadi zjawiłby się w Kaeleer, na targu musiałby wrócić do swojego. Zbyt wiele osób mogło go tu rozpoznać, karą zaś za kłamstwo w kwestii noszonych Kamieni było natychmiastowe wydalenie z królestwa - albo powrót do Terreille, albo ostateczna, definitywna śmierć. Daemon musiałby być głupcem, gdyby - zmieniwszy nazwisko - przyznał się do Czarnego Kamienia, ponieważ był jedynym mężczyzną, oprócz Wielkiego Lorda, który nosił taki Kamień w całej historii Krwawych. A Ciemność wie dobrze, że jego brat ma różne przywary, ale głupcem na pewno nie jest.

Lucivar odsunął od siebie ból rozczarowania i zaczął się zastanawiać, jak wyjaśni niepowodzenie Ladvarianowi. Sceltyjski wojownik tak bardzo nalegał, żeby tym razem Lucivar sprawdził starannie wszystkie listy, wydawał się tak pewien swego. Większość ludzi uznałaby za dziwaczne, że martwi go perspektywa rozczarowania psa, który sięga mu zaledwie do kolan, ale jeśli taki pies przyjaźni się z trzystu pięćdziesięcioma kilogramami kociego temperamentu, każdy rozsądny człowiek będzie zwracał uwagę na jego uczucia.

Odsunął od siebie te myśli, kiedy dotarł do "obozu" Eyrieńczyków. Była to duża, ogrodzona połać nagiej, ubitej ziemi, na której stały marnie sklecone drewniane koszary, pompa wodna, a obok duże koryto. Całość bardzo przypominała zagrody dla niewolników w Terreille. Och, oczywiście na terenie targu były też lepsze kwatery, z gorącą wodą i prawdziwymi łóżkami, przeznaczone dla tych, którzy nadal mieli złote lub srebrne marki i mogli nimi zapłacić za coś więcej niż nocleg w śpiworze na gołej ziemi. Najczęściej jednak pobyt na targu sprowadzał się do walki o to, żeby wyglądać godnie po wielu dniach wyczekiwania, wątpliwości, nadziei. Nawet tutaj, wśród rasy, u której arogancja była równie naturalna jak oddychanie, wyczuwał woń wyczerpania wynikającego ze skąpego pożywienia, braku snu i nerwów napiętych do granic wytrzymałości. Niemal czuł smak panującej tu desperacji.

Otworzył bramę i wszedł do środka. Większość kobiet trzymała się blisko budynków, natomiast mężczyźni zebrali się w małych grupkach w pobliżu bramy. Niektórzy rzucili na niego okiem, a potem go zignorowali. Inni - ci, którzy go rozpoznali - zesztywnieli na jego widok, po czym odwrócili wzrok, odrzucając go tak samo, jak wtedy gdy był chłopcem. Bękartem.

Ale kilku podeszło bliżej. Ich ciała spięły się w niemym wyzwaniu.

Lucivar uśmiechnął się do nich aroganckim, leniwym uśmiechem, przyjmując to wyzwanie, po czym odwrócił się do nich tyłem i skierował ku Wojownikowi trenującemu dwóch chłopców w walce na pałki.

Jeden z chłopaków zauważył go i na chwilę zapomniał o swoim przeciwniku. Drugi wykorzystał natychmiast przewagę i wymierzył mu mocny cios w brzuch.

- Na Ognie Piekielne! - wykrzyknął Wojownik z taką irytacją, że Lucivar musiał się uśmiechnąć. - Chłopcze, masz szczęście, że skończy się to sińcem na brzuchu, a nie rozbiciem tego zakutego łba. Zapomniałeś o obronie!

- Ale... - zaczął chłopiec, unosząc rękę i wskazując za plecy Wojownika.

Wojownik spiął się, ale nie odwrócił.

- Jeśli zaczniesz się martwić o przeciwników, którzy jeszcze do ciebie nie dotarli, ten walczący z tobą na pewno cię zabije - powiedział, po czym odwrócił się powoli i otworzył szeroko oczy ze zdumienia.

Uśmiech Lucivara zrobił się nieco cierpki.

- Miękniesz, Hallevarze - stwierdził. - Zwykle siniaczyłeś mi brzuch, a potem dawałeś mi po grzbiecie za to, że ci na to pozwalałem.

- A zapominasz o obronie podczas walki? - warknął Hallevar.

Lucivar roześmiał się tylko.

- No to o co się ciskasz? Stój spokojnie, chłopcze, niech ci się przyjrzę.

Chłopcy rozdziawili usta, słysząc, z jakim brakiem szacunku Hallevar zwracał się do Księcia Wojowników. Mężczyźni, którzy nie zignorowali obecności Lucivara i zdecydowali się na rozmowę - lub bójkę - ustawili się w półkolu po jego prawej stronie. Lucivar stał spokojnie podczas oględzin Hallevara. Nie powiedział ani słowa, słysząc pełne aprobaty chrząknięcia starszego mężczyzny, a kiedy zauważył obrzydzenie, z jakim Hallevar patrzy na jego gęste, czarne włosy do ramion, musiał przygryźć wargi, żeby się nie roześmiać.

Ta fryzura stanowiła złamanie tradycji. Wojownicy eyrieńscy zawsze nosili krótkie włosy, by przeciwnik nie mógł ich za nie złapać. Kiedy osiem lat temu Lucivar uciekł z kopalni soli w Pruul i skończył w Kaeleer zamiast w grobie, zarzucił sporo zwyczajów - a robiąc to, odnalazł inne, jeszcze starsze.

- No cóż, dobrze się rozwinąłeś, a chociaż twarzy nie masz takiej ślicznej jak ten sadystyczny bękart, którego nazywasz bratem, zapewne zdołasz oszukać damy, jeśli będziesz trzymał temperament na wodzy - warknął wreszcie Hallevar. Potarł kark. - To ostatni dzień targu. Nie dałeś sobie wiele czasu na zwrócenie na siebie uwagi.

- Ty też nie - odparł Lucivar. - A trenowanie tych szczeniaków nikomu nie da pojęcia o twoich możliwościach.

- Komu zależy na kościach, skoro może mieć świeże mięso? - mruknął Hallevar, odwracając wzrok.

- Tylko nie zaczynaj kopać sobie grobu - warknął Lucivar, niezadowolony z ulgi, jaką poczuł, kiedy w oczach Hallevara rozpalił się gniew. - Jesteś starym Wojownikiem i doświadczonym mistrzem broni i masz jeszcze dość czasu, by wytrenować jedno czy dwa pokolenia. To po prostu pole walki innego rodzaju, więc bierz broń i pokaż, że masz jaja.

Hallevar uśmiechnął się z trudem.

Lucivar przeniósł uwagę na innych mężczyzn. Kątem oka zauważył, że kilka kobiet podeszło bliżej, i to, iż niektóre przyprowadziły ze sobą dzieci.

Powstrzymał uczucia, które wdarły się na powierzchnię. Musi wybierać ostrożnie. Są tacy, którzy potrafią się przystosować do życia w Kaeleer i zbudują tu sobie dobre życie. I są tacy, którzy umrą tu szybko, gwałtowną śmiercią, ponieważ nie będą potrafili albo nie będą chcieli się przystosować. Na pierwszych targach dokonał kilku nietrafionych wyborów, okazał zaufanie tam, gdzie nie powinien był go okazywać. Z tego powodu spoczywała na nim odpowiedzialność za zrujnowane życie dwóch czarownic, które zostały zgwałcone, a potem brutalnie pobite - nosił w sobie wspomnienie obrzydliwej wściekłości, jaką czuł, kiedy zabijał Eyrieńczyków będących sprawcami tych gwałtów. Potem znalazł sposób na potwierdzanie swojego wyboru. Nie zawsze mógł ufać własnemu instynktowi, ale nigdy nie wątpił w osąd Jaenelle.

- Witaj, Lucivarze.

Lucivar skupił uwagę na wysuwającym się na czoło grupy Księciu Wojowników z Szafirowym Kamieniem.

- I ty, Falonarze.

- Książę Falonarze - poprawił go Eyrieńczyk, warknąwszy.

Lucivar wyszczerzył zęby w groźnym uśmiechu.

- Sądziłem, że rozmawiamy nieoficjalnie, bo przecież taki arystokrata jak ty na pewno nie zapomniałby o czymś tak elementarnym jak kurtuazja.

- Dlaczego miałbym ci okazywać kurtuazję?

- Ponieważ noszę Czarnoszary Kamień - odparł Lucivar niebezpiecznie spokojnie, po czym poruszył się tylko na tyle, by rozmówca odebrał to jako wyzwanie i dokonał wyboru.

- Przestańcie, obaj - warknął Hallevar. - Stoimy tu wszyscy na niepewnym gruncie. Nie będziemy sami podkopywać własnej pozycji tylko dlatego, że wy dwaj chcecie udowodnić, który z was ma większego. Spuszczałem lanie wam obu, kiedy byliście smarkaczami, i nadal mogę to zrobić.

Lucivar poczuł, jak schodzi z niego napięcie, i cofnął się o krok. Hallevar wiedział równie dobrze jak on, że mógłby Falonara rozerwać na kawałki gołymi rękami albo umysłem, no ale Hallevar był jednym z tych nielicznych, którzy potrafili rozpoznać Wojownika bez względu na pochodzenie.

- Tak lepiej - stwierdził Hallevar, kiwając głową z aprobatą. - Falonarze, dostałeś jak dotąd dwie oferty, czyli więcej niż większość z nas. Może lepiej je rozważ.

Na twarzy Falonara malowało się napięcie. Odetchnął głęboko i rozluźnił się.

- Zapewne powinienem. Nie wygląda na to, żeby ten drań zamierzał się pokazać.

- Jaki drań? - zapytał Lucivar spokojnie. Spostrzegł, że zbliżyło się do nich więcej kobiet i kilku mężczyzn z tej grupy, która wcześniej nie raczyła go zauważyć.

Odpowiedział mu młody Wojownik.

- Książę Wojowników z Ebon Rih. Słyszeliśmy, że...

- Słyszeliście...? - zachęcił go Lucivar, kiedy Wojownik nie dokończył zdania. Zauważył, że rozmówca przesunął się odrobinę bliżej czarownicy, która trzymała w ramionach prześliczną dziewczynkę. Otworzył nieco swój umysł i zmrużył oczy, zaskoczony. Mała królowa. Przeniósł wzrok na chłopca, który obiema rękami trzymał się spódnicy kobiety. Tu również była siła, potencjał. Poczuł, jak coś się w nim przesuwa, wyostrza. - Co słyszeliście?

Wojownik z trudem przełknął ślinę.

- Słyszeliśmy, że to surowy drań, ale sprawiedliwy, jeśli służy mu się dobrze. I nie...

W oczach kobiety krył się strach. To, jak przyblakła jej brązowa skóra, rozpaliło temperament Lucivara.

- I że nie dobiera się nieproszony do kobiet? - zapytał aż nazbyt spokojnie.

Wyczuł w pobliżu falę kobiecego gniewu. Zanim zdołał zidentyfikować źródło, przypomniał sobie dzieci, które nosiły w sobie zapewne zbyt wiele blizn.

- Dobrze słyszeliście - powiedział.

Falonar poruszył się, przyciągając znów jego uwagę - i złość. To był ktoś, z kim potrafił sobie poradzić. Rzucił ostre spojrzenie na Hallevara i dwóch innych mężczyzn. Poznał ich, nim zaczęły się wieki jego niewoli, które zaprowadziły go daleko od dworów i obozów myśliwskich Eyrieńczyków.

- Czy na niego czekacie? - Wymagało to wysiłku, ale zachował obojętny ton głosu.

- A ty nie? - spytał Hallevar. - Może to nie takie terytorium, jakie znamy z Terreille, ale tutaj też nazywają je Askavi. Może nie będzie tam tak... dziwnie.

Lucivar zacisnął zęby. Czas uciekał. Musi dokonać wyboru, i to teraz. Odwrócił się znów do Falonara.

- Czy będziesz się dławił za każdym razem, kiedy otrzymasz ode mnie rozkaz?

Falonar zesztywniał.

- Dlaczego miałbym przyjmować rozkazy od ciebie?

- Ponieważ to ja jestem Księciem Wojowników z Ebon Rih.

Wstrząs. Pełen napięcia bezruch. Niektórzy mężczyźni - wielu mężczyzn, którzy podeszli do grupy - popatrzyli na niego z obrzydzeniem i odeszli.

Falonar zmrużył oczy.

- Masz już kontrakt?

- I to długi. Przemyśl to dokładnie, książę Falonarze. Jeśli służenie u mnie ma ci stawać kością w gardle, lepiej zdecyduj się na jedną z tych innych ofert, ponieważ jeśli złamiesz obowiązujące u mnie zasady, rozerwę cię na kawałki. I lepiej przemyśl sobie - i wy wszyscy również - czym jest Ebon Rih.

- To terytorium Stołpu - powiedział Hallevar. - Tak jak Czarna Dolina w Terreille. Wiemy o tym.

Lucivar kiwnął głową, nie spuszczając wzroku z Falonara.

- Jest jedna wielka różnica. - Urwał, a potem dodał: - Służę na Ciemnym Dworze w Ebon Askavi.

Kilka osób głośno westchnęło. Oczy Falonara zrobiły się duże. Spojrzał na Czarnoszary Kamień zawieszony na złotym łańcuszku na szyi Lucivara, ale było to spojrzenie zamyślone, a nie obraźliwe.

- Naprawdę jest tam Królowa? - spytał powoli.

- O tak - odparł Lucivar łagodnie. - Naprawdę jest tam Królowa. I rozważ również to: przedstawiam jej ludzi, których wybrałem do służby w Ebon Rih, a ostateczny wybór należy do niej. Jeśli ona powie "nie", odchodzicie. - Popatrzył na spiętych, milczących ludzi, którzy nie spuszczali z niego wzroku. - Nie zostało wam dużo czasu na decyzję. Poczekam przy bramie. Wszyscy zainteresowani służbą tam mnie znajdą.

Ruszył ku bramie, świadomy podążających za nim spojrzeń. Stanął tyłem do ludzi, z którymi przed chwilą rozmawiał, i spojrzał na zagrody z obozami innych ras. Obserwował, ale nic nie widział.

To już nie powinno mieć znaczenia. Miał tutaj swoje miejsce, miał rodzinę, miał Królową, którą kochał i u której służba była zaszczytem. Był szanowany za swą inteligencję, umiejętności Wojownika i Kamienie, które nosił. Był lubiany i kochany taki, jaki był.

Ale przez tysiąc siedemset lat wierzył, że jest bękartem, półkrwi Eyrieńczykiem, a pogarda i bicie, których doświadczył jako chłopiec w eyrieńskich obozach myśliwskich, pomogły ukształtować jego wspaniały, odziedziczony po ojcu temperament. Dwory zaś, na których służył jako niewolnik, przydały mu bezwzględności.

To już nie powinno mieć znaczenia. To już nie miało znaczenia. Nie pozwoli, żeby sprawiło mu to ból. Ale wiedział, że jeśli Hallevar wybierze powrót do Terreille albo ochłapy, jakie mu tu zaoferowano na innych dworach, zamiast podpisać kontrakt z nim, minie wiele czasu, nim Książę Wojowników z Ebon Rih powróci na targ służby.

- Książę Yaslana...

Lucivar omal się nie uśmiechnął, słysząc niechęć w głosie Falonara, ale zachował obojętny wyraz twarzy, kiedy się do niego odwracał.

- Już dławi cię ta kość? - Zaskoczyła go ostrożna nieufność, którą dostrzegł w oczach Falonara.

- Nigdy się nie lubiliśmy, z wielu powodów. Ale nie musimy się lubić, żeby współpracować. Walczyliśmy razem z Jhinkami. Wiesz, co potrafię.

- Byliśmy wtedy jeszcze zieleni, obaj wykonywaliśmy rozkazy - odparł Lucivar z rezerwą. - Teraz jest inaczej.

Falonar z powagą skinął głową.

- Jest inaczej. Ale za szansę służenia w Ebon Rih jestem gotowy odsunąć na bok te różnice. A ty?

Byli kiedyś rywalami, współzawodnikami, dwoma młodymi książętami, którzy walczą o dominację. Potem Falonar poszedł służyć w Pierwszym Kręgu dworu Arcykapłanki Askavi, a Lucivar trafił do niewoli.

- Potrafisz wykonywać rozkazy? - spytał. Nie było to niestosowne pytanie. Książę Wojowników stanowi prawo sam dla siebie, i o ile nie odda na służbę nie tylko ciała, ale i serca, trudno mu wypełniać rozkazy. A nawet gdy odda, wcale nie jest łatwiej.

- Potrafię wypełniać rozkazy - odparł Falonar, po czym dodał szeptem: - O ile zdołam je strawić.

- I będziesz przestrzegać zasad, które ustanowiłem, nawet jeśli to oznacza utratę niektórych przywilejów?

Falonar zmrużył złociste oczy.

- Zapewne ty już nie łamiesz zasad?

Pytanie zaskoczyło Lucivara do tego stopnia, że się roześmiał.

- Och, nadał łamię niektóre. I dostaję za to w dupę.

Falonar otworzył usta, potem zamknął je bez słowa.

- Zarządca Dworu i Dowódca Straży - wyjaśnił Lucivar sucho, odpowiadając na jego milczące pytanie.

- Te Kamienie dają ci przewagę - powiedział Falonar, wskazując głową Czarnoszary na piersi Lucivara.

- Nie u nich.

Na twarzy Falonara odbiło się zaskoczenie, potem zamyślenie.

- Jak długo tu jesteś?

- Osiem lat.

- Więc odsłużyłeś swój kontrakt.

Lucivar obdarzył go cierpkim uśmiechem.

- Skieruj swoje ambicje gdzie indziej, książę. Mój kontrakt jest dożywotni.

Falonar skamieniał.

- Myślałem, że Książę Wojowników musi odsłużyć na dworze pięć lat.

Lucivar kiwnął głową i stłumił radość, jaką poczuł na widok zbliżającego się Hallevara.

- Tyle się od nich wymaga. - Uśmiechnął się szelmowsko. - Mojej pani trzy lata zajęło odkrycie, że nie na to się zgodziłem.

Falonar zawahał się.

- Jaka ona jest?

- Wspaniała. Piękna. Przerażająca. - Otaksował Falonara spojrzeniem. - Przyjmujesz służbę w Ebon Rih?

- Przyjmuję służbę w Ebon Rih - powiedział Falonar, skinął głową Hallevarowi i ustąpił mu miejsca.

- Chcę służyć u ciebie - oświadczył Hallevar ostro.

- Ale? - spytał Lucivar.

Stary Wojownik obejrzał się przez ramię na dwóch chłopców, którzy trzymali się w zasięgu głosu. Potem zwrócił się do Lucivara.

- Powiedziałem, że są moi.

- A są?

W oczach Hallevara pojawił się ogień.

- Gdyby byli moi, uznałbym ich, bez względu na to, czy kobiety zaprzeczyłyby ojcostwu, czy nie. Dziecko nie jest uznawane za bękarta, jeśli zna ojca, nawet gdy ten nie ma szans pełnić swojej funkcji.

Te słowa zabolały. Prythian, Arcykapłanka Askavi w Terreille, i Dorothea SaDiablo uplotły sieć kłamstw, by go rozdzielić z Luthvian, jego matką, zmieniły też jego metrykę, ponieważ nie chciały, by ktoś wiedział, kim naprawdę był jego ojciec. Potem z zaskoczeniem odkrył, że gorzkie uczucia, jakie nosił w sobie z powodu tego oszustwa, były niczym w porównaniu z gniewem Saetana.

- Matka jednego z nich była kurwą w domu Czerwonego Księżyca - wyjaśnił Hallevar. - Wiadomo, że nie wie, czyje nasienie nosiła. Matka drugiego była kochanką Wojownika arystokraty. Czarownica, z którą się ożenił, okazała się bezpłodna i wszyscy wiedzieli, że dołożył wszelkich starań, by jego kochanka nie mogła zaprosić do łóżka innego mężczyzny. Chciał tego dziecka, uznałby je. Ale kiedy chłopak się urodził, kobieta wymieniła jako ojców tuzin mężczyzn służących na dworze. Zrobiła to celowo, żeby zemścić się na kochanku, i złamała dziecku życie.

Lucivar kiwnął tylko głową, walcząc ze wzbierającym w nim gniewem.

- To nowe miejsce, Lucivarze - powiedział Hallevar. - Nowa szansa. Wiesz, jak to jest. Powinieneś rozumieć lepiej niż inni. Oni nie są tak silni jak ty, żaden nie będzie nosił ciemnych Kamieni. Ale to dobrzy chłopcy i dźwigają swój ciężar. I są czystej krwi Eyrieńczykami - dodał.

- Czyli nie noszą piętna mieszańców? - spytał Lucivar z zabójczym spokojem.

- Nigdy cię tak nie nazwałem - przypomniał Hallevar.

- Istotnie. Ale takie słowo łatwo powiedzieć bez namysłu. Ostrzegam cię, Lordzie Hallevarze, lepiej o nim zapomnij, ponieważ nie zdołam cię ocalić, jeśli wypowiesz je przy moim ojcu.

Hallevar spojrzał na niego uważnie.

- Twój ojciec tu jest? Znasz go?

- Znam go. I wierz mi, póki nie staniesz się obiektem jego wściekłości, nie masz pojęcia, jaki ma temperament.

- Zapamiętam. Co z chłopcami?

- Żadnych kłamstw. Wezmę ich - dla nich samych - i poddam ocenie Królowej, tak jak resztę mężczyzn.

Hallevar uśmiechnął się z widoczną ulgą.

- Powiem im, żeby zabrali nasze rzeczy. - Lekkim skinieniem ręki posłał chłopców do budynków, po czym, nie patrząc na Lucivara, zapytał: - Jest z ciebie dumny?

- Kiedy nie ma ochoty mnie udusić ani skopać mi tyłka.

Hallevar próbował stłumić śmiech, co zakończyło się sapnięciem.

- Chciałbym go poznać.

- I poznasz - zapewnił Lucivar sucho.

Lucivar nie wiedział, czy kolejni Eyrieńczycy zaczęli do niego podchodzić dlatego, że przyjął już pierwszych kandydatów do służby, czy dlatego że mieli dość czasu, by zebrać się na odwagę.

Był wśród nich i Endar, ten młody Wojownik, z którym wcześniej rozmawiał. Z żoną Dorian, synem Alanarem i małą królową, Orian.

Kobieta była przestraszona, mężczyzna spięty, ale dziewczynka uśmiechnęła się słodko do Lucivara i wyciągnęła do niego rączki, odchylając się od matki.

Lucivar wziął ją na ręce, posadził sobie na biodrze i uśmiechnął się.

- Niech ci się nic w główce nie roi, jasnooka, jestem już zajęty - powiedział i połaskotał ją lekko. Zachichotała. Kiedy oddał ją matce, Dorian popatrzyła na niego, jakby wyrosła mu druga głowa.

Potem podeszła Nurian, Uzdrowicielka, która jeszcze nie ukończyła szkolenia, i jej młodsza siostra Jillian zaczynająca właśnie dojrzewać. I Kohlvar, wytwórca broni, a potem Rothvar i Zaranar, dwaj Wojownicy, których pamiętał jeszcze z obozów myśliwskich.

Jedna myśl nie dawała mu spokoju, kiedy z nimi rozmawiał. Dlaczego tu byli? Kohlvar był, według standardów długowiecznych ras, młodym człowiekiem, kiedy Lucivar po raz pierwszy został odesłany do Askavi. Nawet wtedy, choć dopiero uczył się rzemiosła, wyrabiana przez niego broń słynęła z solidności wykonania i wyważenia. Powinien żyć dostatnio w Terreille, nie musząc brać udziału w intrygach dworu. Rothvar i Zaranar byli dojrzałymi Wojownikami, powinni już zdobyć stanowisko na dworach Askavi albo przyjąć niezależną posadę.

I dlaczego Terreille opuścił taki arystokratyczny książę jak Falonar?

Czuł narastającą czujność. Czy sprawy w Terreille miały się gorzej niż ktokolwiek tu podejrzewał, czy też był jakiś inny powód?

Odsunął od siebie te myśli. Nie wyczuł w tych ludziach nic, co świadczyłoby na ich niekorzyść, więc chwilowo nie będzie o tym myślał. I pozwoli, żeby to Jaenelle ich osądziła.

Kiedy ostatni z kandydatów poszedł po rzeczy, okazało się, że w sumie przyjął na służbę dwudziestu mężczyzn i dwanaście kobiet.

Ilu z nich odsłuży cały kontrakt? - zastanawiał się, kiedy zbierali się wokół niego ze skromnym bagażem, który pozwolono im tu przywieźć. W Kaeleer kryły się inne niebezpieczeństwa, prócz tych, których się spodziewali. No i były żywe demony. Biorąc pod uwagę to, dokąd ich zabierał, będą musieli szybko pogodzić się z faktem, że wśród nich chodzą umarli.

Odetchnął głęboko, powoli wypuszczając powietrze z płuc.

- Gotowi?

Rozbawiło go, ale nie zaskoczyło, gdy Falonar spojrzał na grupę i udzielił odpowiedzi, jakby już przyjął pozycję jego zastępcy.

- Gotowi.

2. Kaeleer

Daemon Sadi założył nogę na nogę, złączył palce i oparł podbródek na długich, czarnych paznokciach.

- A królowe z innych terytoriów? - spytał głębokim głosem o wyrafinowanej nucie.

Lord Jorval uśmiechnął się ze znużeniem.

- Jak już ci wyjaśniłem, książę, królowe spoza Małego Terreille niechętnie przyjmują na swe dwory siostry i braci z Terreille. A nawet tych, którzy otrzymali kontrakt, czeka tam chłodne przyjęcie.

- Dowiadywałeś się? - Złociste oczy Daemona lekko rozbłysły. Ktoś obcy lub jakiś przelotny znajomy uznałby, że jest zmęczony albo znudzony, ale ten senny wyraz twarzy przeraziłby wszystkich, którzy znali go naprawdę.

- Dowiadywałem się - zapewnił Lord Jorval z lekkim przekąsem. - Królowe nie odpowiedziały.

Daemon popatrzył na cztery kartki papieru rozłożone przed nim na biurku. W ciągu ostatnich dwóch dni siedzieli tak razem z Jorvalem w sumie sześć razy. Te kartki, na których wypisane były imiona czterech królowych zainteresowanych przyjęciem jego służby, zostały mu zaprezentowane na pierwszym spotkaniu. Okazały się jedynymi ofertami.

Jorval splótł ręce na piersiach i westchnął.

- Musisz zrozumieć, panie, że Książę Wojowników to niebezpieczny sługa, nawet jeśli nosi jaśniejsze Kamienie niż ty i służy wśród ludzi swojej rasy. Mężczyzna o twojej sile i reputacji... - Wzruszył ramionami. - Rozumiem, że miałeś nieco inne oczekiwania. Jedna Ciemność wie, jak wielu żywi bardzo nierealistyczne poglądy, jeśli chodzi o życie w Kaeleer. Ale zapewniam cię, książę, sam fakt, że aż cztery królowe pragną podjąć wyzwanie i przyjąć cię na służbę na swoich dworach na następne pięć lat, jest wielką niezwykłością. Nie są to oferty, które można ot tak odrzucić.

Daemon nie dał żadnej wskazówki, że odczuł to ostrzeżenie jak fizyczny cios. Nie, nie mógł odrzucić tego marnego wyboru, jaki mu przedstawiono, jeśli chciał zostać w Kaeleer, ale nie był pewien, czy zdoła strawić te kobiety na tyle długo, by wykonać to, po co tu przybył. Przez chwilę rozważał, jak wielkie dary otrzyma Jorval od królowej, którą on wybierze.

Nagle poczuł, że ma dosyć: brak snu, presja, by dokonać odpowiedniego wyboru, nerwy napięte do granic wytrzymałości i pytania, które powstały pod wpływem plotek, jakie krążyły po targu służby, to było dla niego za wiele.

- Rozważę te propozycje i dam znać - powiedział i ruszył do drzwi z tym wdziękiem i szybkością, które zawsze przywodziły ludziom na myśl drapieżnego kota.

- Książę Sadi! - zawołał ostro Jorval.

Daemon zatrzymał się w drzwiach i odwrócił.

- Ostatni dzwonek rozlegnie się za niecałą godzinę. Jeśli do tego czasu nie dokonasz wyboru, będziesz musiał przyjąć pierwszą ofertę, jaka zostanie ci jutro złożona, albo opuścić Kaeleer.

- Mam tego świadomość, Lordzie Jorvalu - odparł Daemon niebezpiecznie łagodnie.

Wyszedł z budynku, włożył ręce do kieszeni spodni i ruszył przed siebie bez celu.

Pogardzał Jorvalem. W psychicznym zapachu tego człowieka było coś, co mówiło o skazie. Zbyt wiele rzeczy kryło się za tymi ciemnymi, nieruchomymi oczami. Od chwili gdy go poznał, musiał walczyć ze wzbierającą w nim morderczą furią, która domagała się, by pochował tego chudego Wojownika w głębokiej, tajemnej mogile.

Dlaczego Lord Magstrom przekazał go Jorvalowi? Zamienił z tym starcem kilka słów zaraz po przybyciu do Goth, pod koniec trzeciego dnia targu, i poczuł ostrożną chęć zaufania jego osądowi. Kiedy wyraził pragnienie służenia na dworze poza Małym Terreille, błękitne oczy Magstroma rozbłysły, rozbawione.

Królowe spoza Małego Terreille są bardzo wybredne - powiedział. - Mają jednak przewagę nad takimi jak ty - wiedzą, jak panować nad mężczyznami, którzy noszą ciemne Kamienie.

Magstrom obiecał, że się rozejrzy. Mieli się spotkać następnego dnia rano, ale kiedy Daemon przybył na miejsce spotkania, czekał na niego Lord Jorval i przedstawił mu imiona czterech królowych, gotowych kontrolować jego życie przez następnych pięć lat.

Zapach marnej jakości jedzenia pobudził dodatkowo jego już i tak rozbudzony temperament, przypominając mu, że prawie nic nie jadł przez ostatnie dwa dni. A zderzenie zapachu mocnych perfum z równie silnym zapachem ciała przypomniało mu, dlaczego tak się stało.

Ale brak snu i apetytu były też związane z pytaniami, na które nie mógł znaleźć odpowiedzi. Przynajmniej nie tutaj.

Pięć lat zajęły mu powrót z Wykrzywionego Królestwa i przybycie do Kaeleer. Nie ma pośpiechu. Jaenelle nie czeka na niego, jak obiecała, kiedy zostawiała mu ślad prowadzący z krainy szaleństwa. Nadal nie wiedział, co zaszło, kiedy próbował wydobyć ją z otchłani, żeby uratować jej ciało. Jego wspomnienia owej nocy sprzed trzynastu lat nadal były pogmatwane, nadal brakowało w nich fragmentów. Miał niejasne wrażenie, że ktoś mu powiedział, iż Jaenelle umarła - a Wielki Lord wykorzystał pewnego mężczyznę jako instrument, by zniszczyć to niezwykłe dziecko.

Kiedy więc okazało się, że Jaenelle nie ma na wyspie, gdzie ukrywały go Surreal i Manny, i kiedy Surreal powiedziała mu o cieniu, który Jaenelle stworzyła, by wyprowadzić go z Wykrzywionego Królestwa...

Przez ostatnie pięć lat był przekonany, że zabił dziecko, które było jego Królową. Przez ostatnie pięć lat wierzył, że wykorzystała resztki swych sił, by wydostać go z Wykrzywionego Królestwa, aby w jej imieniu zażądał spłaty długów. Przez ostatnie pięć lat doskonalił Fach i pozwalał umysłowi leczyć się dla tej jednej przyczyny: by przybyć do Kaeleer i zniszczyć człowieka, który wykorzystał go jako narzędzie - swego ojca, Wielkiego Lorda Piekła.

Ale teraz, kiedy już tu był...

Pełno tu było plotek i spekulacji na temat czarownic z Królestwa Cieni, a z powietrza łatwo dało się odczytać prądy myśli. Te prądy wytrąciły go z równowagi, kiedy przechadzał się wczoraj po targu: pogłoski na temat dziwnej, przerażającej czarownicy, która jednym spojrzeniem potrafiła przejrzeć duszę. Podobno każdy, kto podpisał kontrakt poza Małym Terreille, stawał przed nią, a ci, których uznała za niegodnych, nie dożywali świtu.

Zapewne zlekceważyłby te plotki, gdyby w końcu nie zaświtało mu, że być może Jaenelle naprawdę na niego czeka, ale nie w Terreille. Że pozwolił, by rozpacz zaciemniła jego myśli, odsunął od siebie wszystko prócz najlepszych wspomnień z tych kilku miesięcy, które przy niej spędził, zapominając o jej związkach z Kaeleer.

Jeśli ona naprawdę jest w Królestwie Cieni... to oznacza, że stracił pięć lat, które mógł spędzić u jej boku. Nie zamierzał poświęcać kolejnych pięciu na służbę na jakimś dworze, tęskniąc za nią z daleka.

O ile naprawdę żyła.

Z zamyślenia wyrwała go nagła zmiana zapachu psychicznego. Rozejrzał się i zaklął pod nosem.

Znajdował się na skraju targu. Sądząc z wyglądu nieba, będzie musiał biec, żeby dotrzeć do budynku administracji i dokonać wyboru przed dzwonkiem obwieszczającym koniec ostatniego dnia targu. A nawet jeśli pobiegnie, może nie zdążyć wybrać, jeśli Jorval na niego nie czeka.

Już się odwracał, kiedy zauważył czerwoną flagę oznaczającą miejsce podpisywania kontraktów. Po jednej stronie stołu stało kilku Eyrieńczyków, a po drugiej wiła się kolejka innych. Ale to widok Wojownika, który przyglądał się tej operacji, kazał Daemonowi stanąć w miejscu.

Wojownik ubrany był w skórzaną kamizelkę i czarne, obcisłe spodnie, ulubiony strój Eyrieńczyków. Czarne włosy opadały mu na ramiona, co u tej rasy było raczej niezwykłe. Sposób, w jaki stał, w jaki się poruszał, były dziwnie i boleśnie znajome.

Dzika radość wypełniła duszę Daemona, choć serce podeszło mu do gardła, a w złocistych oczach wezbrały łzy. Lucivar.

Oczywiście to nie mógł być on. Bo Lucivar zginął osiem lat temu, podczas ucieczki z kopalni soli w Pruul.

Mężczyzna odwrócił się. Daemon miał wrażenie, że przez chwilę widzi radość w oczach brata, ale natychmiast zniknęła pod gorzejącą furią.

Na widok tej wściekłości i pod wpływem wspomnień o niezałatwionych sprawach, jakie pozostały między nimi i jakie rozwiązać mógł jedynie rozlew krwi, schował się za zimną maską, za którą spędził większość życia, i ruszył w swoją stronę.

Zdążył zrobić kilka kroków, nim chwyciło go i obróciło silne ramię.

- Jak długo tu jesteś? - zapytał Lucivar.

Daemon próbował się uwolnić, ale palce brata zaciskały się tak mocno na jego ramieniu, że z pewnością będzie miał sińce.

- Dwa dni - odparł z zimną uprzejmością. Czuł, że maska opada, a on musi stąd odejść, zanim poniosą go uczucia. W tej chwili sam nie wiedział, czy przyjmie gniew Lucivara ze łzami czy z wściekłością.

- Podpisałeś kontrakt? - potrząsnął nim Lucivar. - Podpisałeś?

- Nie, i zostało mi na to niewiele czasu. A zatem wybacz, ale...

Lucivar warknął, wzmocnił chwyt i niemal zbił Daemona z nóg.

- Nie było cię na listach - warknął i pociągnął go w stronę stołu pod czerwoną flagą. - Sprawdziłem. Nie było cię na żadnej z tych cholernych list!

- Przykro mi z powodu niewy...

- Zamknij się, Daemon.

Daemon zacisnął zęby i przyspieszył, by dotrzymać bratu kroku. Nie miał pojęcia, w jaką grę gra Lucivar, ale niech go diabli, jeśli da się ciągnąć jak oporny szczeniak.

- Słuchaj, fiucie - zaczął, usiłując za pomocą rozsądku opanować gwałtowny temperament Lucivara. - Muszę...

- Podpisujesz kontrakt z Księciem Wojowników z Ebon Rih.

Daemon sapnął, pełen irytacji.

- Nie sądzisz, że powinieneś z nim to najpierw przedyskutować?

Lucivar przeszył go wzrokiem.

- Zwykle nie dyskutuję sam ze sobą, bękarcie. Uważaj na nogi.

Daemon poczuł, że ziemia zaczyna się niebezpiecznie chwiać pod jego stopami, i uznał, że to dobra rada.

- Jak długo jesteś w Kaeleer? - spytał. Było mu słabo.

- Osiem lat - syknął Lucivar. Starszy Eyrieńczyk podpisał kontrakt i odszedł od stołu. - Na Ogień Piekielny, dlaczego temu durniowi tyle czasu zajmuje napisanie jednej linijki? - Uczynił krok w stronę stołu, po czym odwrócił się i dodał podejrzanie łagodnie: - Tylko nie próbuj stąd odejść. Jeśli spróbujesz, połamię ci nogi w tylu miejscach, że nie zdołasz się nawet czołgać.

Daemon nie pofatygował się odpowiedzieć. Wiedział, że Lucivar nigdy nie rzuca gróźb na wiatr. Daemon był pewien, że w starciu fizycznym nie pobije swojego przyrodniego brata. Zresztą ziemia nadal przesuwała się niespodziewanie w różne strony i trudno mu było utrzymać równowagę.

Książę Wojowników z Ebon Rih. Lucivar był Księciem Wojowników na terytorium, które należało do Ebon Askavi, Czarnej Góry, nazywanej również Stołpem - i będącej też Sanktuarium Czarownicy.

To nie musiało niczego oznaczać. Terytorium istniało bez względu na to, czy na jego straży stał Książę Wojowników, czy nie - i czy władała nim Królowa.

Ale fakt, że Lucivar żył i że był tutaj, ożywił jego nadzieję. Może się myli co do śmierci Jaenelle? Czy to ona wysłała Lucivara na targ, żeby go odszukał? Czy zapytania Lorda Magstroma jednak do niej dotarły? Czy...

Potrząsnął głową. Za dużo tych pytań - to nie czas i miejsce na szukanie odpowiedzi. Ale, och, jakże wielka stała się jego nadzieja.

Kiedy Lucivar zbliżył się do stołu, ktoś zawołał: - Książę, jeszcze dwie osoby do podpisania kontraktu.

Daemon odwrócił się w kierunku głosu i poczuł, że ziemia znów się kołysze. Dwóch mężczyzn, Wojownik z Szafirowym Kamieniem i książę z Czerwonym, ciągnęło w ich stronę dwie kobiety. Za nimi kuśtykał zirytowany mężczyzna z czarną opaską na oku. Jedna z kobiet była przestraszona. Miała ciemne włosy, jasną skórę i błękitne oczy.

Minęło trzynaście lat od chwili, kiedy ostatni raz widział Wilhelminę Benedict, przyrodnią siostrę Jaenelle, a choć wyrosła na piękną kobietę, jej kruchą istotę nadal wypełniał strach, tak jak wtedy gdy była nastolatką. Otworzyła szeroko oczy, kiedy go zobaczyła, ale nic nie powiedziała.

Drugą, tą warczącą, o długich, czarnych włosach, jasnobrązowej skórze, nieco spiczastych uszach i gorejących złocistozielonych oczach, była Surreal. Opuściła wyspę cztery miesiące temu, nie udzielając żadnych wyjaśnień, oprócz tego, że musi coś załatwić.

Początkowo nie poznał utykającego mężczyzny. Dopiero gdy zauważył w jego niebieskim oku błysk rozpoznania, poczuł w sercu ból. To był Andrew, stajenny, który pomógł mu uciec przed haylliańskimi strażnikami, kiedy Jaenelle zabrano z powrotem do Briarwood.

- Witaj, Lordzie Khardeen. I ty, książę Aaronie - Lucivar oficjalnie pozdrowił Wojownika z Szafirowym Kamieniem i księcia z Czerwonym.

- Książę Yaslana, te damy powinny podpisać z tobą kontrakt - powiedział z szacunkiem książę Aaron.

Lucivar przeszył obie kobiety spojrzeniem, które mogło oddzielić ciało od kości. Potem przeniósł wzrok na Khardeena i Aarona.

- Przyjęte.

Wilhelmina trzęsła się w widoczny sposób, a Surreal założyła włosy za spiczaste uszy i popatrzyła na Lucivara oczami zwężonymi od gniewu.

- Posłuchaj, kotku...

- Surreal - powiedział Daemon spokojnie. Pokręcił głową. Ostatnia rzecz, jaka była im teraz potrzebna, to bójka między Surreal a Lucivarem.

Surreal zasyczała. Kiedy spróbowała wyrwać się Aaronowi, ten puścił ją, po czym przesunął się tak, by zablokować jej drogę ewentualnej ucieczki. Cały czas wpatrując się z ogromną niechęcią w Lucivara, Surreal podeszła do Daemona.

- To twój brat? - spytała przyciszonym głosem. - Ten, który podobno nie żyje?

Daemon skinął głową.

Obserwowała przez chwilę Lucivara.

- I nie żyje?

Uśmiechnął się po raz pierwszy, odkąd przybył do Kaeleer.

- Demony nie znoszą światła, przynajmniej tak twierdzą opowieści, więc moim zdaniem Lucivar jest żywy.

- To może spróbuj mu przemówić do rozumu. Mam glejt na bezpieczny przejazd i wizę na trzymiesięczny pobyt. Nie przyszłam tu podpisywać kontraktu. W dniu, kiedy zacznę skakać na pierwsze skinienie tego sukinsyna, w Piekle zacznie świecić słońce.

- Na twoim miejscu bym się o to nie zakładał - mruknął Daemon, obserwując, jak Lucivar przysuwa się do członka Ciemnej Rady, który spisywał kontrakty.

Zanim Surreal zdążyła odpowiedzieć, ukradkiem podeszła do nich Wilhelmina.

- Witaj, książę Sadi - powiedziała głosem, który drżał na brzegu paniki. - Pani...

- I ty, Lady Benedict - odpowiedział Daemon uprzejmie, a Surreal pochyliła głowę w ukłonie.

Wilhelmina patrzyła z przerażeniem na Lucivara, który rozmawiał teraz ze starszym eyrieńskim wojownikiem.

- Jest straszny - szepnęła.

Surreal uśmiechnęła się złośliwie i podniosła głos.

- Kiedy mężczyzna nosi takie obcisłe spodnie, ściskają mu one jaja, a to źle wpływa na humor.

Aaron, który stał niedaleko, rozkaszlał się gwałtownie, usiłując stłumić śmiech.

Widząc, jak Lucivar przerywa rozmowę i rusza w ich stronę, Daemon westchnął i pożałował, że nie zna zaklęcia, które odebrałoby Surreal głos na kilka następnych godzin.

Lucivar zatrzymał się na odległość ramienia od nich, ignorując nagłe cofnięcie się Wilhelminy, i skupił całą uwagę na Surreal. Uśmiechnął się tym leniwym, aroganckim uśmiechem, który zwykle był u niego jedynym ostrzeżeniem przed walką.

Surreal opuściła prawe ramię do boku.

Rozpoznając jej sygnał ostrzegawczy, Daemon wyjął ręce z kieszeni spodni i przesunął się lekko, gotów ją powstrzymać, jeśli okaże się na tyle głupia, by wyciągnąć na Lucivara nóż.

- Ty jesteś córką Titian, prawda? - spytał Lucivar.

- A co cię to obchodzi? - zawarczała w odpowiedzi.

Lucivar przyglądał się jej przez chwilę. Potem pokręcił głową.

- Będziesz strasznie zawracać dupę - mruknął.

- To może lepiej pozwól mi odejść? - zaproponowała Surreal, słodko i jadowicie.

Lucivar roześmiał się gardłowo i złośliwie.

- Jeśli sądzisz, że zamierzam się tłumaczyć królowej Harpii, dlaczego jej córka służy na innym dworze, skoro miałem ją na wyciągnięcie ręki, lepiej przemyśl sprawę jeszcze raz, mała czarownico.

Surreal wyszczerzyła zęby.

- Moja matka nie jest Harpią, a ja nie jestem mała. I nie podpiszę cholernego kontraktu, który da ci władzę nade mną!

- Przemyśl to jeszcze raz - poradził Lucivar.

Daemon chwycił Surreal za prawą rękę. Aaron chwycił ją za lewe ramię.

Trzy razy odezwał się dzwonek oznajmiający koniec targu służby.

Surreal klęła jak szalona. Lucivar tylko się uśmiechał.

Nagle usłyszeli podniesiony, protestujący przeciw czemuś, męski głos. Odwrócili się w stronę stołu.

Mężczyzna odziany w wyszukany strój zajmował się porządkowaniem papierów i ignorował pretensje młodego eyrieńskiego wojownika.

Lucivar zawarczał, podszedł szybko do stołu, przepchnął się przez kolejkę zdezorientowanych i zdenerwowanych Eyrieńczyków i stanął koło urzędnika, który nadal udawał, że jest tu zupełnie sam.

- Jakiś problem, Lordzie Friallu? - spytał łagodnie.

Lord Friall poprawił koronkowe mankiety, po czym dalej zbierał papiery.

- Zadzwonił dzwonek, a to oznacza koniec targów. Jeśli ci ludzie będą nadal dostępni, kiedy przybędziesz na dzień ostatniej szansy, będziesz mógł podpisać z nimi kontrakt na zasadach pierwszeństwa.

Daemon zesztywniał. Lord Jorval wyjaśnił mu kilka razy zasady pierwszeństwa obowiązujące w tym dniu. Podczas targu imigranci mieli prawo odrzucić ofertę służby, poczekać na kolejną albo negocjować lepsze warunki. Natomiast w dniu ostatniej szansy mieli tylko jeden wybór. Mogli albo przyjąć pierwszą złożoną ofertę - a Jorval ostrzegał, że oferowane wówczas posady są poniżające - albo wrócić do Terreille i próbować przybyć na kolejny targ. Wydał dwa miliony złotych marek na łapówki, żeby się dostać na listę imigrantów na ten targ. Miał środki, żeby to zrobić po raz kolejny, o ile zaryzykuje powrót do Terreille, ale większość imigrantów wydała wszystkie oszczędności, by skorzystać z tej szansy na lepsze życie. Podpisaliby każdy kontrakt, bez względu na warunki, byle tylko pozostać w Kaeleer.

- Lordzie Friallu - powiedział Lucivar, nadal łagodnym tonem - wiesz równie dobrze jak ja, że przed ostatnim dzwonkiem trzeba tylko zostać przyjętym na służbę, natomiast potem jest jeszcze godzina na dopełnienie formalności.

- Jeśli chcesz podpisać kontrakt z tymi na liście, możesz zabrać ich już teraz. Reszta musi poczekać do jutra - upierał się Friall.

Lucivar uniósł rękę i podrapał się w podbródek.

Reszta zdarzyła się tak szybko, że Daemon nawet nie zauważył ruchu. W jednej chwili Lucivar drapał się po brodzie, w następnej ostrze jego noża bojowego już spoczywało delikatnie na lewym nadgarstku Frialla.

- A teraz - powiedział Lucivar uprzejmie - albo spiszesz ten kontrakt, albo odetnę ci lewą dłoń. Masz wybór.

- Cholera - mruknęła Surreal, przysuwając się do Daemona.

- Nie zrobisz tego - zajęczał Friall.

Choć ręka Lucivara na pozór się nie poruszyła, na nadgarstku Frialla pojawiła się cienka krwawa linia.

- Poinformuję Radę - zawodził Friall. - Będziesz miał kłopoty!

- Niewykluczone - powiedział Lucivar ugodowo. - Ale ty nie będziesz miał lewej ręki. Jeśli będziesz miał szczęście, stracisz tylko tyle. Jeśli nie...

Jakiś ruch kazał Daemonowi spojrzeć w lewo. Lord Magstrom, członek Ciemnej Rady, z którym rozmawiał pierwszego dnia, zatrzymał się po drugiej stronie stołu.

- Czy mogę w czymś pomóc, książę? - spytał bez tchu.

Lucivar uniósł głowę i Magstrom zamarł. Z jego twarzy odpłynęła krew.

- O Matko Noc - szepnął Aaron. - Wpadł w morderczą furię.

Daemon nie poruszył się, podobnie jak wszyscy pozostali. Książę Wojowników, który wpadał w morderczą furię, stawał się dziki i nie dawało się go kontrolować. Daemon nosił Czarny, jedyny Kamień ciemniejszy od Szaroczarnego Kamienia Lucivara, ale wiedział, że każda próba powstrzymania brata skończy się utratą przez Lucivara resztek samokontroli. W najlepszym razie Friall zginie. W najgorszym będzie rzeź.

- Lord Friall mówi, że nie może spisywać kontraktów po ostatnim dzwonku - powiedział Lucivar z pozorną łagodnością.

- To na pewno nieporozumienie - zapewnił Magstrom szybko. - Po ostatnim dzwonku mamy jeszcze godzinę na uporządkowanie dokumentów. - Odetchnął ostrożnie, kiedy Lucivar nic nie powiedział. - Lord Friall jest chyba niedysponowany. Jeśli pozwolisz, książę, ja skończę spisywać kontrakty.

Biała koronka wokół lewego mankietu Frialla była mokra i miała szkarłatny kolor. Urzędnikowi ciekło z nosa. Cicho łkał.

Lucivar skinął lekko głową, a Magstrom wyciągnął papiery z małej kałuży krwi, która utworzyła się na stole, i wziął leżące obok nich pióro. Przeszedł na drugą stronę stołu i usiadł.

Lucivar uniósł rękę i wskazał na Daemona.

- On pierwszy.

Magstrom wypełnił nagłówek kontraktu, po czym spojrzał wyczekująco na Daemona. Na jego czole pojawiły się kropelki potu.

Rusz się, do cholery, rusz się! Przez jedną ciężką chwilę ciało Daemona nie chciało go słuchać. Kiedy wreszcie udało mu się uruchomić nogi, miał wrażenie, że idzie po cienkim, trzeszczącym lodzie, a jeden fałszywy krok może spowodować katastrofę.

- Daemon Sadi - powiedział cicho Magstrom, zapisując imię starannym pismem. - Z Hayll, prawda?

- Tak - odparł Daemon. W jego uszach jego własny głos brzmiał ochryple, obco. Jeśli Magstrom to zauważył, w żaden sposób tego nie okazał.

- Kiedy się poznaliśmy, wspomniałeś chyba, że nosisz ciemny Kamień, ale nie pamiętam jaki.

Na spotkaniu z Magstromem poinformował go, że z urodzenia należy mu się Czerwony, ale nie powiedział, jaką rangę ma jego Kamień. Teraz musiał to wyznać.

- Czarny.

Magstrom uniósł głowę, w jego oczach widać było szok. Potem szybko wypełnił rubrykę.

- Czy masz ze sobą służbę?

- Manny, czarownicę z Białym Kamieniem. I Jazena, Wojownika z Purpurowym Zmierzchem.

Magstrom zapisał informacje, po czym obrócił kontrakt.

- Proszę, podpisz tutaj i wpisz swoje inicjały obok miejsca na podpisy służby, na znak, że bierzesz odpowiedzialność za tych ludzi. - Kiedy Daemon pochylił się, żeby złożyć podpis, Magstrom szepnął: - Ten dwór sam bym dla ciebie wybrał. Pasujesz do niego.

Daemon nic nie powiedział i odszedł od stołu, ustępując miejsca Surreal. Rzucił okiem na Lucivara, który nie spuszczał z niego płomiennych, złocistych oczu.

- Imię? - zapytał Magstrom.

- Surreal.

Kiedy nie powiedziała nic więcej, Magstrom odezwał się łagodnie.

- Choć rzadko używamy nazwisk w Kaeleer, zgodnie ze zwyczajem wpisujemy je do kontraktu.

Surreal zmierzyła go wzrokiem. Potem uśmiechnęła się złośliwie.

- SaDiablo.

Magstrom sapnął. Khardeen i Aaron zawiesili na niej wzrok, po czym odwrócili się od stołu.

Daemon zamknął oczy. Nie słuchał reszty jej odpowiedzi. Była nieślubną córką Kartane SaDiablo, więc zapewne chciała wymierzyć w ten sposób cios jego matce, Dorothei. Nie miała powodów podejrzewać, że to nazwisko ma w Kaeleer swoje znaczenie.

- Na Ogień Piekielny, Matko Noc, niech Ciemność zlituje się nad nami - odezwały się chórem dwa głosy.

Daemon otworzył oczy. Przed nim stali Aaron i Khardeen. Przyglądali się, jak Surreal odchodzi od stołu.

Aaron, obejrzawszy się, zwrócił się do niego: - Naprawdę nosi to nazwisko?

Daemon zawahał się. Nie wiedział, jakie konsekwencje ma w Kaeleer fakt bycia bękartem, a zbyt wiele był winien Surreal, by ujawniać tak potencjalnie niebezpieczną informację.

- Mężczyzna, który jest jej ojcem, nosi to nazwisko - odparł ostrożnie.

- Jak sądzisz, co powinniśmy zrobić? - spytał Aaron Khardeena.

- Sprzedawać bilety - odparł ten bez zastanowienia. - A potem znaleźć sobie bezpieczne miejsce i obserwować wybuch.

Ich rozbawienie obudziło temperament Daemona.

- Czy to jakiś problem?

- Można to tak ująć - powiedział Khardeen z rozbawieniem. - Rozumiesz, Lady Surreal jeszcze o tym nie wie, ale oficjalnie przyznając się do przynależności do rodziny SaDiablo, właśnie uznała Lucivara za swego kuzyna.

- A jeśli uważasz, że Lucivar zachowuje dominację wśród mężczyzn, powinieneś poobserwować jego stosunki z kobietami należącymi do rodziny - dodał Aaron.

A z Jaenelle?

Nie wypowiedział tego pytania, ponieważ nie chciał zobaczyć na ich twarzach pustki, kiedy wymówi to imię - i ponieważ nie był pewien, co zrobi, jeśli ujrzy na ich twarzach zrozumienie. Lepiej zadać to pytanie Lucivarowi - w cztery oczy. A pytania o kobiety i rodzinę... Te również zada później.

- I nawet nie będziemy sobie wyobrażać, co się stanie, kiedy zada się z mężczyznami z rodziny Dea al Mon - dodał Khardeen.

- A oni co mają z tym wspólnego? - spytał Daemon.

- To córka Titian, która wreszcie wróciła do domu - wyjaśnił Aaron. Potem uśmiechnął się. - Lady Surreal wkrótce odkryje, że ma męskich krewnych z obu stron rodziny, i to takich, którzy uważają, iż jej życie jest teraz ich sprawą. A musisz wiedzieć, że kilku z nich to Książęta Wojowników.

O Matko Noc!

- Ona nigdy się z tym nie pogodzi - stwierdził Daemon.

- No cóż, nie będzie miała wyboru - odparł Khardeen.

- U Krwawych panuje matriarchat. W Kaeleer tak nie jest?

- Oczywiście - zapewnił Aaron wesoło. - Ale mężczyźni mają swoje prawa i przywileje i potrafią z nich korzystać. - Przez chwilę przyglądał się Daemonowi. - Może postaraj się ją uspokoić, a my będziemy mieć oko na Lucivara. Jeśli nikt go nie sprowokuje, powinien nad sobą zapanować.

- Znacie go na tyle dobrze? - spytał Daemon.

Dojrzał w ich oczach wiedzę, którą starannie do tej pory maskowali. Czyli wiedzieli, że jest bratem Lucivara. I wiedzieli...

- Wszyscy służymy na tym samym dworze, książę Sadi - powiedział cicho Aaron. - Wszyscy należymy do Pierwszego Kręgu naszej pani.

Odeszli.

Równie dobrze mogli to wykrzyczeć z dachów. Ona żyje!

Ale co o nim myśli? Co do niego czuje?

Żadnych odpowiedzi. Nie tutaj. Nie teraz.

Okazując przesadną troskę, Daemon podszedł do Surreal. Stanął i zachwiał się jak wierzba na silnym wietrze.

Surreal chwyciła go za lewe ramię i rozstawiła lekko stopy.

- Co się dzieje? - spytała cicho, z naciskiem. - Jesteś chory?

Ona, lepiej niż ktokolwiek inny, była w stanie odgadnąć jego stan, ale nie zamierzał się do tego przyznać. Jeszcze nie.

- Prawie nie spałem i bardzo niewiele jadłem przez ostatnie kilka dni - wyjaśnił.

Zmrużyła oczy, ale przyjęła do wiadomości tę prawdę, która równocześnie była kłamstwem.

- Nie dziwię się. To miejsce sprawia, że ciarki mi chodzą po skórze.

Daemon sięgnął do zapasów mocy ukrytych w Czarnym Kamieniu. Poczuł, że wypełnia jego ciało i po raz pierwszy - odkąd zobaczył Lucivara - wiedział, iż stoi pewnie na nogach.

Surreal wyczuła w nim tę zmianę. Zwolniła uchwyt, ale nadal trzymała go za ramię.

- Jak sądzisz, dlaczego ten Wojownik, który spisywał kontrakty, był taki wstrząśnięty, kiedy powiedziałam, że należę do rodziny SaDiablo? Czy ta dziwka Dorothea jest znana i tutaj?

- Nie wiem - odparł Daemon ostrożnie. - Ale słyszałem, że książę Dhemlanu nazywa się S.D. SaDiablo. - To nie była właściwa chwila, aby ją informować, że ów książę jest również Wielkim Lordem Piekła... i ojcem, jego i Lucivara.

- Cholera - mruknęła Surreal. Potem wzruszyła ramionami. - No cóż, raczej go nie poznam, a jeśli ktoś się będzie dopytywał, powiem, że możemy być daleko spokrewnieni. Bardzo daleko.

Daemon przypomniał sobie komentarze Khardeena i Aarona i wydał dźwięk, który przypominał skomlenie.

- Na pewno nic ci nie jest? - spytała Surreal, przypatrując mu się uważnie.

- Na pewno. - Czuł się dobrze. Lepiej niż dobrze. Będzie w to wierzył, będzie przy tym obstawał, póki nie stanie się to prawdą. - Zrób coś dla mnie. Spytaj Khardeena albo Aarona, czy będziemy podróżować po sieci Wozem, a potem skontaktuj się z Manny i powiedz jej, żeby oboje z Jazenem czekali na nas tutaj.

Nie zapytała, dlaczego sam tego nie zrobi. Był jej za to wdzięczny.

Wreszcie ostatni Eyrieńczyk podpisał kontrakt i odszedł od stołu. Lucivar, który nie ruszył się i nie powiedział ani słowa, odkąd Lord Magstrom zaczął wypełniać kontrakty, przywołał czysty kawałek materiału, otarł krew z noża bojowego, zniknął jedno i drugie, a potem podszedł do stołu, żeby podpisać kontrakty.

Friall cały czas przyciskał do piersi zraniony nadgarstek.

- Musisz zrobić kopie. Nie może zabrać kontraktów, póki nie zrobisz kopii - powiedział ponurym głosem, ocierając nos rękawem.

Lucivar powoli wyprostował się i odwrócił w jego stronę. Ktoś zaklął cicho.

Magstrom rzucił Friallowi ostre spojrzenie.

- Dam księciu Yaslanie puste formularze - powiedział pospiesznie. - Zarządca Dworu przygotuje kopie i odeśle je do archiwum Ciemnej Rady. - Widząc, że Friall zamierza zaprotestować i sprowadzić na siebie pewną śmierć, dodał: - Wiele razy widziałem, że Lord Jorval robi to w ten sposób. Wyjaśnił mi, że jeśli chodzi o formalności, zarządcom można ufać, a tylko w ten sposób możemy przyspieszyć proces rozsyłania imigrantów do nowych domów.

Lucivar przywołał skórzaną teczkę, włożył do środka kontrakty, i zniknął ją. Grzecznie ukłonił się Magstromowi, odwrócił się do czekających imigrantów i warknął: - Idziemy.

Kiedy podszedł do Daemona, ten obrócił się z wdziękiem i wydłużył krok, by dopasować go do kroków brata.

Chodzili już tak wcześniej, ramię w ramię. Niezbyt często, ponieważ Krwawi z Terreille bali się ich spotkań. Zresztą obawiano się ich również wtedy, gdy przebywali osobno. Nawet Pierścień Posłuszeństwa nie był w stanie powstrzymać zniszczeń, jakie siali na dworach w Terreille.

Skierowali się ku Wozom podróżującym po Wiatrach. Daemon zastanawiał się, jak długo jeszcze uda im się nie wracać do niedokończonych spraw, jakie im jeszcze pozostały.

Było niemal zupełnie ciemno, kiedy dotarli do dwóch dużych, chronionych Czarnoszarą osłoną Wozów, stojących na końcu lądowiska.

Lucivar zdjął osłonę, otworzył drzwi pierwszego Wozu i spojrzał na Daemona.

- Wsiadaj - powiedział.

Daemon rozejrzał się po lądowisku.

- Nie widzę moich służących.

- Poszukam ich. Wsiadaj.

Daemon zajrzał we wciąż płonące oczy brata, wyczuł w jego psychicznym zapachu pełne napięcia przynaglenie i posłuchał.

Za nim szybko wsiadła Surreal, potem Wilhelmina, Andrew i kilku Eyrieńczyków. Kilka chwil później zobaczył z ulgą, jak Jazen pomaga wsiąść Manny. Zjawiło się jeszcze kilku Eyrieńczyków, a potem wokół Wozu zamknęła się znowu Szaroczarna osłona. Od tej chwili nikt nie mógł wysiąść, wyjąwszy Daemona, ponieważ jako jedyny nosił on Kamień ciemniejszy niż Kamień Lucivara.

Wóz tej wielkości mieścił zwykle trzydzieści osób, ale Eyrieńczycy potrzebowali więcej miejsca ze względu na skrzydła. Nie było siedzeń i Daemon pomyślał, że zapewne zwykle ten pojazd nie służy do transportu ludzi, albo może Lucivar, zamierzając przewozić Eyrieńczyków, kazał usunąć fotele. Usiąść można było tylko na kilku niskich drewnianych skrzynkach stojących pod ścianą, na których leżały poduszki. Przednie części skrzynek były otwarte, żeby można było coś do nich schować.

Przyjrzawszy się ludziom, którzy stłoczyli się pod ścianami, żeby zostawić na środku wąskie przejście, Daemon skupił uwagę na samym Wozie. Z przodu znajdowały się drzwi prowadzące do kabiny kierującego. Zapewne mogła się tam zmieścić jeszcze jedna osoba, pozostawiając więcej miejsca w części pasażerskiej. Ostrożnie przesunął się do krótkiego, wąskiego korytarza na tyłach Wozu. Po lewej stronie znajdowała się mała prywatna kabina, w której stało wąskie biurko i proste krzesło, wygodny fotel, puf i pojedyncze łóżko. W pomieszczeniu po prawej zobaczył sedes i umywalkę.

Już miał wrócić do głównego przedziału, kiedy na zewnątrz, przy otwartych drzwiach Wozu, usłyszał głos Lucivara.

- Gówno mnie obchodzi, co mówi ten mazgaj - warczał jego brat.

- Zachowanie Lorda Frialla nie ma tutaj nic do rzeczy - rozpoznał głos Lorda Jorvala. - Sprawa zostanie postawiona przed Ciemną Radą. Zapewniam cię, książę, że nie damy się zastraszyć, gdy będziemy osądzać twoje napastliwe zachowanie.

- Macie ze mną problem, zwróćcie się do Zarządcy Dworu, Dowódcy Straży albo do mojej Królowej.

- Wszyscy wiedzą, że twoja Królowa się ciebie obawia - warknął Jorval. - Nie potrafi nad tobą zapanować, a Zarządca Dworu i Dowódca Straży na pewno nie narzucą ci żadnych ograniczeń, skoro twoje zachowanie tak dobrze służy ich celom.