Królowa - Andrew Morton

Kup ebooka

51.90 zł
42.04 zł (41,52 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRZY­PISY

Wpro­wa­dze­nie. Sur­fu­jąc z Jej Wy­so­ko­ścią
[1] Prince Phi­lip: The Royal Fa­mily Mem­bers, reż. Faye Ha­mil­ton, Mi­chael Hill, Oxford Films, 22 wrze­śnia 2021, BBC One.
[2] Re­agan: A Life in Let­ters, ed. Ki­ron K. Skin­ner, An­ne­lise An­der­son, Mar­tin An­der­son, New York 2003, s. 48.
[3] Joan Gou­l­ding, Qu­een Eli­za­beth II Left Her Lu­xury Yacht To­day, UPI Ar­chi­ves, 5 marca 1983.
[4] Henry Sa­muel, Te­eto­tal Sar­kozy Uses Dutch Co­urage to Grill Qu­een, "In­de­pen­dent", 7 paź­dzier­nika 2010.
[5] Obi­tu­ary: Sir Ken­neth Scott, "Ti­mes", 2 marca 2018.
1. Shir­ley Tem­ple 2.0
[1] Ma­rion Craw­ford, The Day the Qu­een Threw a Tan­trum and Tip­ped a Pot of Ink Over Her Own Head, "Da­ily Mail", 18 maja 2012.
[2] Anne Edwards, Kró­lew­skie sio­stry, Elż­bieta i Mał­go­rzata, tłum. Mag­da­lena Ku­char­ska, War­szawa 1993, s. 12.
[3] Księżna Wind­soru, The He­art Has Its Re­asons, Lon­don 1956, s. 225.
[4] Mat­thew Den­ni­son, The Qu­een, Lon­don 2021, s. 100.
[5] Jane Di­smore, Prin­cess: The Early Life of Qu­een Eli­za­beth II, Con­nec­ti­cut 2018, s. 104.
[6] A Young Prin­cess Eli­za­beth: The Early Years, "Au­stra­lian Wo­men's We­ekly", 5 wrze­śnia 2015.
[7] Mar­ga­ret Rho­des, The Day the Qu­een Did a Conga into the Pa­lace, "Da­ily Mail", 18 czerwca 2011.
[8] Eliana Do­ck­ter­man, Eli­za­beth Didn't Expect to Be Qu­een: Here's How It Hap­pe­ned, "Time", 1 czerwca 2018.
[9] Lend Me Your Ears. Great Spe­eches in Hi­story - Upda­ted and Expan­ded, ed. Wil­liam Sa­fire, New York 2004, s. 422.
[10] Ann Mor­row, The Qu­een, New York 1983, s. 15.
[11] Ma­rion Craw­ford, The Lit­tle Prin­ces­ses, New York 2020, s. 63.

1

SHIR­LEY TEM­PLE 2.0

Mała dziew­czyna ze zmarsz­czo­nymi brwiami i sku­pie­niem na twa­rzy po­chy­lała się nad książką. Uważ­nie prze­wra­cała strony, a po­tem - kiedy zna­la­zła to, czego szu­kała - chwy­ciła pióro i z wście­kło­ścią kre­śliła i za­ma­zy­wała ob­raź­liwe słowa.

"Dok­tor Simp­son". Skre­ślić. "Dok­tor Simp­son". Za­ma­zać. To, że był on tylko bo­ha­te­rem jed­nej z ksią­że­czek w jej dzie­cię­cym po­koju, nie miało zna­cze­nia dla roz­gnie­wa­nej dzie­się­cio­latki.

Gdy księż­niczka Elż­bieta re­ali­zo­wała swoje po­ważne nisz­czy­ciel­skie za­da­nie, jej młod­sza sio­stra Mał­go­rzata ba­wiła się uzdami, ogło­wiem i sio­dłami drew­nia­nych koni, które wy­peł­niały po­kój. Sku­piała się na świe­cie wła­snej wy­obraźni, nie­za­in­te­re­so­wana mil­czą­cym gnie­wem sio­stry na nie­jaką pa­nią Simp­son, która - nie­pro­szona - zmie­niła te­raz ich ży­cie. Mał­go­rzaty nie in­te­re­so­wały też ro­snące tłumy, które prze­py­chały się i gnio­tły w zi­mo­wym mroku, by ob­ser­wo­wać ruch przy Pic­ca­dilly 145, lon­dyń­skim domu ro­dzi­ców tych dwóch dziew­czy­nek, księ­cia i księż­nej Yorku.

W końcu spę­dzały wiele czasu na wy­glą­da­niu ze swo­jej sy­pialni na naj­wyż­szym pię­trze, żeby po­pa­trzeć na ga­pią­cych się lu­dzi. Obie strony za­sta­na­wiały się, co ro­bią ci dru­dzy. Ta gra miała trwać do końca ich ży­cia.

Tym ra­zem jed­nak tłumy były więk­sze, a at­mos­fera w domu z ka­mienną fa­sadą - na­pięta i pełna po­śpie­chu. Dzwo­nek do fron­to­wych drzwi, opa­trzo­nych ta­bliczką GO­ŚCIE I DO­MOW­NICY, od­zy­wał się czę­ściej, a gdy ciżba cie­kaw­skich i prze­ję­tych ro­sła, we­zwano po­li­cję.

Na­zwi­sko Simp­son naj­pierw wy­ma­wiano szep­tem, a po­tem pa­dało raz po raz w peł­nych dez­apro­baty roz­mo­wach, które ury­wały się gwał­tow­nie, gdy dziew­czynki po­ja­wiały się w za­sięgu wzroku. Cho­ciaż ro­dzice pró­bo­wali chro­nić Li­li­bet - to ro­dzinne prze­zwi­sko księż­niczki Elż­biety - i jej sio­strę, ona sama z dużą wraż­li­wo­ścią re­ago­wała na na­stroje i zmiany ru­tyny. Bez­błęd­nie wy­chwy­ty­wała sens roz­mów, szcze­gól­nie dla­tego, że od dzie­sią­tych uro­dzin miała przy­wi­lej ja­da­nia śnia­dań z ro­dzi­cami i nie­kiedy z babką, kró­lową Ma­rią. Mo­gła gro­ma­dzić okru­chy in­for­ma­cji nie­do­stępne młod­szej sio­strze. Cho­ciaż Elż­bieta i tak była za mała, żeby zro­zu­mieć, co się na­prawdę szy­kuje.

Wie­działa tylko, że w cen­trum za­gadki tkwi ta ko­bieta: Simp­son. Do­wody znaj­do­wały się do­koła. Oj­ciec wy­glą­dał na wy­raź­nie cho­rego; babka, kró­lowa Ma­ria, zwy­kle sztywna jak kij i roz­ka­zu­jąca, wy­da­wała się star­sza i ja­kaś chud­sza; matkę opu­ścił ty­powy dla niej bez­tro­ski spo­sób by­cia. Nie po­mo­gło i to, że na po­czątku grud­nia 1936 roku księżna za­pa­dła na po­ważną grypę i mu­siała le­żeć w łóżku.

Kiedy Elż­bieta py­tała trzy ko­biety obecne w jej ży­ciu - gu­wer­nantkę Ma­rion Craw­ford, po­ko­jówkę Bobo Mac­Do­nald i nia­nię Clarę Kni­ght, znaną jako Alah - o to, co się dzieje, pa­dały wy­mi­ja­jące i lek­ce­wa­żące od­po­wie­dzi. Craw­fie czę­sto za­bie­rała dziew­czynki na lek­cje pły­wa­nia do Bath Clubu, żeby za­pew­nić im nie­zbędną od­mianę. Ten roz­sądny trium­wi­rat słu­żył ma­łym księż­nicz­kom jako okno na świat, dys­tyn­go­wane uwagi i pru­de­ryjne uprze­dze­nia tego tria kształ­to­wały wła­sne po­glądy Li­li­bet i Mał­go­rzaty. W przy­padku księż­ni­czek po­stać Wal­lis Simp­son była tabu w sie­dzi­bie Yor­ków. Tak więc Elż­bieta wer­to­wała swoje książki, by wy­ma­zać i wy­kre­ślić - w da­rem­nej pró­bie usu­nię­cia go ze swego świata - na­zwi­sko ko­biety, która miała zmie­nić ży­cie dziew­czynki oraz ży­cie jej ro­dzi­ców. Na za­wsze.

Elż­bieta prze­lot­nie spo­tkała Wal­lis Simp­son wio­sną 1936 roku, po swo­ich dzie­sią­tych uro­dzi­nach. Nie żeby ta osoba zro­biła na księż­niczce ja­kie­kol­wiek wra­że­nie. Sim­son przy­szła z Da­wi­dem, stry­jem Elż­biety, czyli no­wym kró­lem Edwar­dem VIII, na spo­tka­nie z jej ro­dzi­cami w Royal Lodge, ich week­en­do­wym domu wśród wy­pie­lę­gno­wa­nej zie­leni Wiel­kiego Parku Wind­sor­skiego. Stryj przy­był, żeby po­chwa­lić się dwiema no­wymi ame­ry­kań­skimi fa­scy­na­cjami - cał­kiem no­wym spor­to­wym bu­ic­kiem oraz dwu­krot­nie za­mężną damą z Bal­ti­more, Wal­lis Simp­son. Kiedy oboje wy­szli, Elż­bieta spy­tała Craw­fie, kim jest ta ko­bieta. Czy to z jej po­wodu stryj Da­wid tak rzadko u nich ostat­nio by­wał? Ze wszyst­kich braci i sióstr ojca to on do­tąd naj­czę­ściej go­ścił na Pic­ca­dilly 145, a po her­ba­cie grał z dziew­czyn­kami w karty: w wojnę i inne gry. Za­wsze się z nim do­brze ba­wiły, Elż­bieta wspo­mi­nała, jak za­brał księżną i dziew­czynki do ogrodu w Bal­mo­ral i uczył je na­zi­stow­skiego sa­lutu - ku ogól­nej we­so­ło­ści.

Cho­ciaż od­po­wiedź Craw­fie na py­ta­nia Elż­biety o szy­kowną Ame­ry­kankę była zdaw­kowa, szkocka gu­wer­nantka ra­czej po­lu­biła Wal­lis Simp­son, którą póź­niej opi­sała jako "in­te­li­gentną, atrak­cyjną ko­bietę z ty­po­wym u Ame­ry­ka­nek przy­ja­znym na­sta­wie­niem"[1]. Chle­bo­dawcy Craw­fie mieli inne zda­nie. Po przy­jem­nej go­dzi­nie roz­mów o ogrod­nic­twie i po wy­pi­ciu her­baty z no­wym kró­lem i jego wy­branką Wal­lis od­nio­sła nie­ja­sne wra­że­nie, że "pod­czas gdy książę Yorku uwie­rzył w za­lety no­wo­cze­snego czte­ro­drzwio­wego sa­mo­chodu, ksią­żęca mał­żonka nie po­tra­fiła się prze­ko­nać do dru­giego ame­ry­kań­skiego od­kry­cia króla"[2].

Wów­czas to obec­ność có­re­czek Yor­ków - a nie ame­ry­kań­ska re­pre­zen­ta­cja - do­star­czyła głów­nego te­matu do roz­mowy. "Obie były tak ja­sno­włose, tak wspa­niale wy­cho­wane, tak sta­ran­nie wy­szo­ro­wane, jakby wy­szły pro­sto ze stron ksią­żeczki dla dzieci", wspo­mi­nała Wal­lis w pa­mięt­niku The He­art Has Its Re­asons [Serce ma swoje mo­tywy][3]. Elż­bieta i Mał­go­rzata były, jak to czę­sto dzieci, wy­ko­rzy­sty­wane jako ludzki od­po­wied­nik al­bu­mów roz­kła­da­nych na sto­liku do kawy, obec­ność księż­ni­czek dyk­to­wała neu­tralne te­maty roz­mowy, co po­zwa­lało uni­kać skom­pli­ko­wa­nych spraw do­ro­słych. Za­nim dziew­czynki pierw­szy raz uj­rzały Wal­lis Simp­son, zdą­żyły już przy­wyk­nąć do by­cia wy­ko­rzy­sty­wa­nymi w cha­rak­te­rze nie­na­gan­nie wy­cho­wa­nych dzieci, przed­sta­wia­nych do­ro­słym go­ściom dla prze­ła­ma­nia kon­wer­sa­cyj­nych lo­dów.

Tak samo było pod­czas po­dróży do Szko­cji tam­tego brze­mien­nego w skutki lata. Za­trzy­mali się w skrom­nym domu z epoki Stu­ar­tów zwa­nym Bir­khall Lodge, koło Bal­mo­ral, po­sia­dło­ści za­ku­pio­nej przez kró­lową Wik­to­rię i na­wet dziś mocno sta­ro­świec­kiej. Naj­waż­niej­szym go­ściem Yor­ków był Co­smo Lang, ar­cy­bi­skup Can­ter­bury, który przy­jął ich za­pro­sze­nie, gdy król, tra­dy­cyj­nie gosz­czący naj­wyż­szego an­gli­kań­skiego pra­łata w Bal­mo­ral, wy­sta­wił go do wia­tru. Za­miast niego Edward i Wal­lis przyj­mo­wali we­sołą gro­madę ary­sto­kra­tów, Ame­ry­ka­nów i kró­lew­skich krew­nych, włącz­nie z ku­zy­nem Lo­uisem Mo­unt­bat­te­nem i młod­szym bra­tem, księ­ciem Je­rzym z żoną, księżną Ma­riną.

Dru­giego dnia wi­zyty ar­cy­bi­skupa, po her­ba­cie, Elż­bieta, Mał­go­rzata i ich ku­zynka Mar­ga­ret Rho­des "wdzięcz­nie" śpie­wały pio­senki.

Ar­cy­bi­skup za­no­to­wał: "Dziw­nie było my­śleć o prze­zna­cze­niu, które mo­gło cze­kać małą Elż­bietę, wów­czas drugą w ko­lejce do tronu. Ona i jej pełna ży­cia młod­sza sio­stra z pew­no­ścią są naj­bar­dziej cza­ru­ją­cymi z dzieci"[4].

Król był mniej za­chwy­cony. Kiedy usły­szał, że eku­me­niczna głowa Ko­ścioła an­gli­kań­skiego za­trzy­mała się u Yor­ków, po­dej­rze­wał brata o próbę za­ło­że­nia kon­ku­ren­cyj­nego dworu. Na­si­la­jący się kon­flikt braci sku­pił się na kró­lew­skim pra­gnie­niu po­ślu­bie­nia Wal­lis za­raz po jej roz­wo­dzie z mę­żem, przed­się­biorcą Er­ne­stem Simp­so­nem. W tam­tych cza­sach roz­wód nie był po pro­stu źle wi­dziany - ozna­czał ko­ścielną ana­temę. Jako świecka głowa Ko­ścioła an­gli­kań­skiego król nie miał żad­nego in­te­resu w po­ślu­bie­niu roz­wódki, nie wspo­mi­na­jąc o dwu­krot­nie roz­wie­dzio­nej Ame­ry­kance bez żad­nej po­zy­cji czy sta­tusu. Ze swo­jej strony władca za­gro­ził, że zrzek­nie się tronu, je­śli nie do­sta­nie po­zwo­le­nia na oże­nek z ko­bietą, która skra­dła jego serce.

Cho­ciaż bry­tyj­skie me­dia ukry­wały kwit­nący ro­mans - zdję­cia króla i Wal­lis pod­czas let­niego rejsu na po­kła­dzie pa­ro­wego jachtu "Na­hlin" po­ja­wiły się wszę­dzie poza An­glią - osta­tecz­nie w grud­niu ujaw­niono za­gro­że­nie po­ten­cjal­nym kry­zy­sem kon­sty­tu­cyj­nym. Uru­cho­miło to se­rię ka­ta­stro­fal­nych wy­da­rzeń, któ­rych splot spo­wo­do­wał, że księż­niczka Elż­bieta zna­la­zła się w cen­trum dra­matu.

Do tego czasu Wal­lis za­pew­niła już so­bie nie­pra­wo­mocny wy­rok roz­wo­dowy, ale mu­siała po­cze­kać ko­lej­nych sześć mie­sięcy na jego upra­wo­moc­nie­nie, co po­zwo­li­łoby jej po­ślu­bić Edwarda VIII i zo­stać kró­lew­ską mał­żonką. Mimo zło­wiesz­czego ostrze­że­nia ze strony głów­nego oso­bi­stego se­kre­ta­rza Aleca Har­dinge'a - wspie­ra­nego przez pre­miera Stan­leya Bal­dwina - że władca wy­rzą­dzi mo­nar­chii nie­od­wra­calne szkody i praw­do­po­dob­nie do­pro­wa­dzi do wy­bo­rów po­wszech­nych, je­śli bę­dzie po­dą­żał tą drogą, król pod­jął de­cy­zję. Na ner­wo­wym spo­tka­niu, które od­było się 16 li­sto­pada, oznaj­mił pre­mie­rowi, że za­mie­rza po­ślu­bić pa­nią Simp­son, gdy tylko nie bę­dzie już prze­szkód praw­nych. Je­śli rząd się sprze­ciwi, to król ab­dy­kuje. Póź­niej po­wia­do­mił o swoim wy­bo­rze matkę i ro­dzeń­stwo, któ­rymi to do­głęb­nie wstrzą­snęło - kró­lowa Ma­ria udała się na­wet po po­radę do te­ra­peuty, żeby zwe­ry­fi­ko­wać swój wnio­sek, iż zmyślna cza­ro­dziejka rzu­ciła urok na naj­star­szego syna mo­nar­chini. Pre­mier za­cho­wał więk­szy opty­mizm, gdy po­in­for­mo­wał ga­bi­net, że wy­nie­sie­nie Yor­ków na tron mo­głoby się oka­zać naj­lep­szym roz­wią­za­niem, gdyż książę Yorku mocno przy­po­mina po­wszech­nie ko­cha­nego króla Je­rzego V.

Nie żeby książę Al­bert, zwany Ber­tiem, się z tym zga­dzał. A jed­nak po­woli, acz nie­uchron­nie był wcią­gany w kon­sty­tu­cyjną sieć, która nie zo­sta­wiała mu szansy ucieczki. Przy­po­mi­nało to kosz­mar. Cho­ciaż roz­ma­wiano o tym, że książę Kentu, naj­młod­szy z braci, mógłby prze­jąć tron, gdyż już miał syna, ka­pry­śny pa­lec losu wska­zał na dru­giego w ko­lej­no­ści - nie­szczę­snego Ber­tiego. Ten za­wsze przy­pusz­czał, że star­szy brat pew­nego dnia się ożeni i spło­dzi dzie­dzica, który zo­sta­nie mo­nar­chą.

Gdy książę - nie­śmiały, nie­pewny sie­bie i ją­ka­jący się od dziecka - nie­chęt­nie oglą­dał karty, które miał w ręce, jego my­śli mo­men­tal­nie po­bie­gły ku star­szej córce, któ­rej po­zy­cja miała się zmie­nić: z dru­giej w ko­lejce do tronu na do­mnie­maną na­stęp­czy­nię, przy­szłą kró­lową ska­zaną na do­ży­wot­nie obo­wiązki i pu­bliczną sa­mot­ność.

Cho­ciaż ży­wił po­ważne wąt­pli­wo­ści wzglę­dem sie­bie i wła­snych kom­pe­ten­cji do ob­ję­cia tak waż­nej po­zy­cji w pań­stwie, po ci­chu po­dzi­wiał swoją star­szą córkę. Miała ona cha­rak­ter, bez­sporne za­lety, które - jak po­wie­dział po­ecie Osber­towi Si­twel­lowi - przy­po­mi­nały Ber­tiemu kró­lową Wik­to­rię. To nie­zwy­kła po­chwała, na­wet jak na ko­cha­ją­cego ro­dzica, który był - jak za­uwa­żył Der­mot Mor­rah, kró­lew­ski hi­sto­ryk i przy­ja­ciel no­wego króla - "nie­chętny ska­zy­wa­niu swo­ich có­rek na do­ży­wot­nią nie­usta­jącą służbę, bez na­dziei na eme­ry­turę, na­wet w póź­nej sta­ro­ści, co nie­od­łącz­nie wiąże się z tą naj­wyż­szą po­zy­cją ze wszyst­kich"[5].

Jego córka pod­cho­dziła do sprawy bar­dziej rze­czowo i prag­ma­tycz­nie. Kiedy stało się oczy­wi­ste, że książę Yorku wstąpi na tron, a jej uko­chany stryj Edward VIII uda się za gra­nicę, księż­niczka Mał­go­rzata spy­tała: "Czy to zna­czy, że zo­sta­niesz kró­lową?". Jej star­sza sio­stra od­parła: "Tak, tak przy­pusz­czam"[6]. Po­tem wspo­mniała o tym tylko raz, kiedy oj­ciec przy­pad­kiem na­po­mknął, że bę­dzie się mu­siała na­uczyć jeź­dzić konno w dam­skim sio­dle, na wy­pa­dek gdyby - oby w da­le­kiej przy­szło­ści - mu­siała się po­ka­zać na ko­niu pod­czas do­rocz­nej Tro­oping the Co­lour, swo­jej ce­re­mo­nii uro­dzi­no­wej, na lon­dyń­skim placu de­fi­lad Horse Gu­ards Pa­rade.

Cho­ciaż nie­chęt­nie po­go­dziła się z tym, że zo­sta­nie kró­lową, to - zda­niem jej ku­zynki Mar­ga­ret Rho­des - są­dziła, że ten mo­ment jest jesz­cze "bar­dzo od­le­gły"[7]. Dla za­bez­pie­cze­nia do­dała do wie­czor­nego pa­cie­rza żar­liwe ży­cze­nie, że do­czeka się bra­ciszka, który z ra­cji płci prze­sko­czy Li­li­bet w ko­lejce do tronu i zo­sta­nie jego dzie­dzi­cem.

Mimo iż księż­niczka Elż­bieta za­sad­ni­czo z fleg­ma­tyczną obo­jęt­no­ścią mło­do­ści za­ak­cep­to­wała nowy sta­tus, jej oj­ciec za­re­ago­wał od­mien­nie. "Za­ła­mał się i roz­pła­kał jak dziecko", kiedy jemu, kró­lo­wej Ma­rii i kró­lew­skiemu praw­ni­kowi Wal­te­rowi Monck­to­nowi przed­sta­wiono szkic aktu ab­dy­ka­cji[8]. W pią­tek 11 grud­nia 1936 roku - w roku trzech kró­lów - ogło­szono zrze­cze­nie się tronu przez mo­nar­chę, a były już władca po­je­chał do Wind­soru, żeby wy­gło­sić hi­sto­ryczne orę­dzie ra­diowe za­wie­ra­jące pa­miętne słowa: "Uzna­łem za nie­moż­liwe dźwi­ga­nie cięż­kiego brze­mie­nia od­po­wie­dzial­no­ści i wy­peł­nia­nie mo­ich kró­lew­skich obo­wiąz­ków tak, jak bym pra­gnął, bez po­mocy i wspar­cia ko­biety, którą ko­cham". Po wy­chwa­le­niu wielu przy­wód­czych za­let nie­złom­nego młod­szego brata pod­kre­ślił, że "otrzy­mał on naj­wspa­nial­sze bło­go­sła­wień­stwo, któ­rym cie­szy się tak wielu z was, a które nie przy­pa­dło mnie w udziale - szczę­śliwy dom z żoną i dziećmi"[9].

Rze­czona ro­dzina była mniej szczę­śliwa. Nie­gdy­siej­szy książę Yorku, a obec­nie nowy król, opi­sy­wał ten dzie­jowy wy­pa­dek jako "ów strasz­liwy dzień"; jego żona, nowa kró­lowa, le­żała w łóżku, zmo­żona okrop­nym ata­kiem grypy. Mimo to na­stęp­nego dnia do­tąd igno­ro­wane, a te­raz klu­czowe po­sta­cie roz­gry­wa­ją­cego się dra­matu po­wi­tały swoją nową ży­ciową po­zy­cję z eks­cy­ta­cją po­mie­szaną z nie­chętną ak­cep­ta­cją. Wi­dok ko­perty za­adre­so­wa­nej do kró­lo­wej wzbu­rzył na­wet nie­zmą­cony zwy­kle spo­kój księż­niczki Elż­biety. "To te­raz ma­mu­sia, prawda?", sko­men­to­wała, pod­czas gdy jej młod­sza sio­stra ubo­le­wała nad tym, że mu­szą się prze­pro­wa­dzić do pa­łacu Buc­kin­gham. "To już na za­wsze?", py­tała. "Bo le­dwo na­uczy­łam się pi­sać "York""[10].

W dniu pro­kla­ma­cji - 12 grud­nia 1936 roku - obie dziew­czynki uści­skały ojca, za­nim nowy król, w mun­du­rze ad­mi­rała, wy­ru­szył na ce­re­mo­nię. Gdy wy­szedł, Craw­fie wy­ja­śniła, że po po­wro­cie bę­dzie kró­lem Je­rzym VI i od tej pory dziew­czynki będą mu­siały dy­gać przed ro­dzi­cami - no­wym kró­lem i nową kró­lową. Za­wsze dy­gały przed swo­imi dziad­kami, kró­lem Je­rzym V i kró­lową Ma­rią, więc nie była to ja­kaś wielka zmiana.

O pierw­szej, kiedy oj­ciec wró­cił, obie dziew­czynki zło­żyły mu piękne ukłony, a za­cho­wa­nie có­rek uświa­do­miło mu jego nową po­zy­cję.

Craw­fie wspo­mi­nała: "Stał przez chwilę, po­ru­szony i za­sko­czony. Po­tem schy­lił się i cie­pło obie uca­ło­wał. Po tym zje­dli­śmy obiad i było bar­dzo we­soło"[11].

Tak jak oj­ciec, Elż­bieta zmie­niła się wtedy w żywy sym­bol mo­nar­chii - imię księż­niczki wspo­mi­nano w mo­dli­twach, jej za­ję­cia i psy stały się co­dzienną po­żywką dla bru­ko­wych ga­zet, a ży­cie prze­szło na wła­sność na­rodu. Stała się, tak jak Shir­ley Tem­ple, hol­ly­wo­odzka dzie­cięca gwiazda, naj­słyn­niej­szą twa­rzą świata, obiek­tem po­dziwu i ad­o­ra­cji.

Ży­cie baj­ko­wej księż­niczki w rze­czy­wi­sto­ści jed­nak mniej przy­po­mi­nało opo­wieść ro­dem z Di­sneya, a bar­dziej tę au­tor­stwa braci Grimm. Nowe ży­cie sióstr w pa­łacu Buc­kin­gham - roz­le­głym bu­dynku wy­peł­nio­nym echem, ze zło­wiesz­czymi cie­niami, bu­szu­ją­cymi my­szami, po­nu­rymi kom­na­tami i por­tre­tami, któ­rych oczy śle­dziły dzieci prze­my­ka­jące na pa­lusz­kach - było mie­sza­niną eks­cy­ta­cji, nudy i sa­mot­no­ści. W tym miej­scu urze­czy­wist­niały się dzie­cięce kosz­mary, tu pod­czas co­dzien­nych ob­cho­dów kró­lew­ski szczu­ro­łap i jego przy­bory sym­bo­li­zo­wały ma­ka­bryczną rze­czy­wi­stość ukrytą za po­zo­rami kró­lew­skiej świet­no­ści. Cho­ciaż Elż­bieta zo­stała wrzu­cona w cia­sny krąg zło­żony z sio­stry, gu­wer­nantki, po­ko­jówki i niani, z udrę­czo­nymi ro­dzi­cami gdzieś na dru­gim pla­nie, stała się obiek­tem fa­scy­na­cji mi­lio­nów.

* * *
Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

WPRO­WA­DZE­NIESur­fu­jąc z Jej Wy­so­ko­ścią

Każdy z nas pa­mięta, kiedy pierw­szy raz zo­ba­czył kró­lową.

Wy­ru­szy­łem jako ko­re­spon­dent bry­tyj­skiej ga­zety, by pierw­szy raz ob­ser­wo­wać kró­lew­ską po­dróż, i z za­chwy­tem pa­trzy­łem, jak kró­lew­ski jacht "Bri­tan­nia", nie­ska­zi­telny i błysz­czący w bla­sku słońca, po­woli wpływa do za­toki San Diego. Był luty 1983 roku, a tych kilka dni w to­wa­rzy­stwie kró­lo­wej i księ­cia Edyn­burga zmie­niło moje ży­cie.

Kró­lew­ski jacht ota­czała ha­ła­śliwa ar­mada po­wi­talna zło­żona z mo­to­ró­wek, jach­tów, ka­ta­ma­ra­nów, ski­fów i ka­ja­ków. W so­botni po­ra­nek "Bri­tan­nia" za­cu­mo­wała i całe to­wa­rzy­stwo ze­szło na ląd. Dzie­wię­cio­dniowa po­dróż kró­lo­wej po Ka­li­for­nii - kra­inie sur­fo­wa­nia, słońca i nie­re­al­nych ma­rzeń - miała być sta­ran­nie przy­go­to­wa­nym prze­glą­dem naj­więk­szych atrak­cji Zło­tego Stanu, od de­ko­ra­cji Hol­ly­wo­odu po na­tu­ralne piękno Parku Na­ro­do­wego Yose­mite. Gdyby jed­nak ta wi­zyta była broad­way­ow­ską sztuką, no­si­łaby ty­tuł Po­dróż, która po­szła nie tak.

W tam­tych od­le­głych cza­sach, kiedy ro­dzina kró­lew­ska przy­jeż­dżała do no­wego kraju, zwy­kle, choć dość nie­chęt­nie, wy­da­wała kok­tajl dla dzien­ni­ka­rzy, któ­rzy śle­dzili każdy jej ruch. Tak więc, ele­gancko ubrany, po­ka­za­łem swoje ocie­ka­jące zło­tem za­pro­sze­nie ofi­ce­rowi ma­ry­narki i przy­ją­łem za­pro­po­no­wany mi dżin z to­ni­kiem - hoj­nie od­mie­rzony - na ru­fo­wym po­kła­dzie kró­lew­skiego jachtu.

Cof­ną­łem się do mgli­stego dnia w paź­dzier­niku 1965 roku. Mia­łem wtedy je­de­na­ście lat i dum­nie no­si­łem świeżo wy­pra­so­wany mun­du­rek skauta. Zaj­mo­wa­łem miej­sce w szpa­le­rze przy ulicy na przed­mie­ściach Le­eds, by zo­ba­czyć kró­lową i księ­cia Fi­lipa w dro­dze na otwar­cie no­wiut­kiego bru­ta­li­stycz­nego Se­acroft Ci­vic Cen­tre.

Gdy para kró­lew­ska prze­jeż­dżała, wil­gotne pa­sma mgły, wy­wo­łu­jące klau­stro­fo­biczne od­czu­cia, zmie­szały się z ja­snym świa­tłem we wnę­trzu prze­szklo­nego rolls-royce'a, co tylko spo­tę­go­wało wra­że­nie, że mam przed sobą dwie eg­zo­tyczne po­sta­cie z ko­smosu, obce istoty, które przy­były, żeby przyj­rzeć się przy­ziem­nemu miej­skiemu ży­ciu. Był to je­dy­nie prze­lotny rzut oka na kró­lową i jej mał­żonka, ale utkwił mi w pa­mięci.

Kró­lowa od za­wsze sta­no­wiła część mo­jego ży­cia. Gdy do­ra­sta­łem, ona i jej ro­dzina byli ni­czym białe klify w Do­ver - nie­zmienne, nie­wzru­szone i za­wsze na miej­scu. Stały ele­ment, jak od­dy­cha­nie.

Oczy­wi­ście jej wi­ze­ru­nek po­ja­wiał się na znacz­kach pocz­to­wych i mo­ne­tach, kró­lowa spo­glą­dała z dez­apro­batą ze zdję­cia zza biurka dy­rek­tora tuż przed wy­mie­rze­niem kary. W ki­nie Re­gal w Cross Ga­tes re­gu­lar­nie nu­ci­li­śmy God Save the Qu­een, hymn na­ro­dowy, po obej­rze­niu ak­tu­al­nego pro­gramu dla dzieci - ulu­bio­nym fil­mem był Sum­mer Ho­li­day [Let­nie wa­ka­cje] z Clif­fem Ri­char­dem z 1963 roku o gru­pie przy­ja­ciół, któ­rzy śpie­wali i tań­czyli pod­czas po­dróży pię­tro­wym lon­dyń­skim au­to­bu­sem przez Eu­ropę. W mo­ich dzie­cię­cych oczach kró­lowa nie była praw­dziwą istotą ludzką, lecz bar­dzo od­le­głym sym­bo­lem, z rzadka uśmiech­niętą osobą, która prze­ma­wiała le­dwo zro­zu­miałą an­gielsz­czy­zną, kiedy o trze­ciej po po­łu­dniu zbie­ra­li­śmy się wo­kół te­le­wi­zora, by oglą­dać bo­żo­na­ro­dze­niowe wy­stą­pie­nie.

Je­dy­nym jej ludz­kim wy­mia­rem po­zo­sta­wało dla mnie to, że miała kilka mie­sięcy mniej niż moja matka i że obie słu­żyły pod­czas II wojny świa­to­wej - moja matka Ka­th­leen w si­łach lą­do­wych, a księż­niczka Elż­bieta w Po­moc­ni­czej Służ­bie Te­ry­to­rial­nej (Au­xi­liary Ter­ri­to­rial Se­rvice, ATS).

W tamtą so­botę w San Diego mu­sia­łem przy­znać, że moje pierw­sze spo­tka­nie z Jej Wy­so­ko­ścią trudno by­łoby uznać za nie­za­po­mniane. Ni­ska dama w efek­tow­nym błę­kitno-bia­łym stroju z ro­sną­cym roz­tar­gnie­niem słu­chała mo­ich uwag o im­po­nu­ją­cych roz­mia­rach ame­ry­kań­skiej floty za­cu­mo­wa­nej w za­toce. Przy­tak­nęła i szybko po­szła da­lej.

Ale na­stępne dni zdjęły z mo­nar­chini kilka ma­sek i od­sło­niły nieco inną po­stać niż ta ze sztyw­nego wi­ze­runku z mo­ich znacz­ków pocz­to­wych. Wi­zyta stała się prze­ci­wień­stwem kró­lew­skiej po­dróży, pod­czas któ­rej każdy ruch, każde spo­tka­nie i po­wi­ta­nie były wy­li­czone co do mi­nuty. Co jed­nak mo­gło pójść nie tak z po­wodu wi­chur, sztor­mów, wy­la­nych rzek, de­mon­stran­tów z IRA, pod­my­tych dróg czy pi­ja­nych ce­le­bry­tów?

Wy­da­wało się, że kró­lowa na­prawdę się ucie­szyła, kiedy sta­ran­nie opra­co­wany har­mo­no­gram wy­le­ciał w po­wie­trze. Wiele lat póź­niej jej wnuk, książę Wil­liam, za­uwa­żył to samo. "Uwiel­biają, kiedy sprawy źle idą", po­wie­dział. "Ab­so­lut­nie to uwiel­biają, po­nie­waż ewi­dent­nie wszystko za­wsze musi być w po­rządku, ale kiedy do­koła nich coś idzie nie tak, pierwsi się z tego śmieją"[1].

Jako pierw­szy od­mó­wił po­słu­szeń­stwa jacht kró­lo­wej. Sztorm był tak silny, że kró­lew­ski or­szak opu­ścił "Bri­tan­nię", prze­do­stał się przez wzbu­rzone mo­rze na brzeg i udał się do pre­zy­denta i pierw­szej damy na ich ran­czu, Ran­cho del Cielo (Ran­czo w Nie­bie), po­wy­żej Santa Bar­bara, gdzie cze­kały pik­nik z taco i konne prze­jażdżki. Za­nim do­tarli do celu, wy­trzę­sło ich przez nie­mal trzy­na­ście ki­lo­me­trów krę­tej drogi w che­vro­le­cie sub­ur­ba­nie z na­pę­dem na cztery koła, gdy po­ko­ny­wali tor prze­szkód zło­żony z wez­bra­nych stru­mieni, pod­my­tych na­wierzchni, spa­da­ją­cych ka­mieni i zwa­lo­nych ko­na­rów. To wszystko było "strasz­nie eks­cy­tu­jące", jak po­wie­działa kró­lowa. Nie­stety upra­gnione konne prze­jażdżki zo­stały od­wo­łane, a taco zje­dzono w domu.

Po­tem tor­nado nad Los An­ge­les unie­moż­li­wiło kró­lew­skiemu jach­towi od­pły­nię­cie z Long Be­ach, a drogi w stoczni, gdzie go za­cu­mo­wano, zo­stały za­lane. Je­dy­nym środ­kiem trans­portu przez wzbu­rzoną wodę oka­zał się au­to­kar ma­ry­narki. Kró­lowa, która nie chciała za­wieść lu­dzi, wło­żyła ka­lo­sze i usia­dła na przed­nim sie­dze­niu. Agenci Se­cret Se­rvice ucie­szyli się, że nie za­jęła dal­szego miej­sca, po­nie­waż pod­czas po­bież­nego prze­glądu za­uwa­żyli z tyłu po­jazdu sporą liczbę ob­sce­nicz­nych ma­lun­ków.

Po tych przej­ściach Re­agan na­pi­sał póź­niej do kró­lo­wej z nie­jaką skru­chą: "Wiem, że wi­zyta Wa­szej Wy­so­ko­ści na na­szym Za­chod­nim Wy­brzeżu oka­zała się nieco burz­liwa, ale nie­wzru­szony do­bry hu­mor i ła­ska­wość Wa­szej Wy­so­ko­ści pod­biły serca na­szych oby­wa­teli"[2].

Je­śli się weź­mie pod uwagę or­ga­ni­za­cyjne fia­sko, nie­trudno bę­dzie zro­zu­mieć wi­doczną ner­wo­wość Nancy Re­agan, która była go­spo­dy­nią wie­czoru z hol­ly­wo­odz­kimi gwiaz­dami na pla­nie se­rialu M*A*S*H w stu­diach Twen­tieth Cen­tury Fox w Be­verly Hills. Cho­ciaż Frank Si­na­tra i Perry Como za­śpie­wali o je­den duet za dużo, wy­da­wało się, że kró­lowa do­brze się bawi na przed­sta­wie­niu z udzia­łem Dionne War­wick oraz ko­mika Geo­rge'a Burnsa i cie­szy z po­zna­nia ta­kich gwiazd jak Fred Asta­ire i Jimmy Ste­wart.

To ko­lejna wska­zówka, co kryło się za ma­ską tej ko­biety. Jej gust mu­zyczny i ar­ty­styczny nie był eli­tarny. Znała więk­szość słów z mu­si­cali Rod­gersa i Ham­mer­ste­ina. W prze­ci­wień­stwie do sio­stry, księż­niczki Mał­go­rzaty, nie prze­pa­dała za operą ani ba­le­tem. Cho­ciaż była ob­da­rzona do­brym słu­chem, spo­ra­dycz­nie cho­dziła na kon­certy.

Tam­tego wie­czoru Bry­tyj­czy­ków re­pre­zen­to­wała silna grupa, zło­żona mię­dzy in­nymi z Mi­cha­ela Ca­ine'a, Ro­gera Mo­ore'a, Jane Sey­mour i El­tona Johna.

Na bar­dziej ka­me­ral­nej ko­la­cji dla trzy­dziestki go­ści na po­kła­dzie "Bri­tan­nii" w za­toce San Fran­ci­sco kró­lowa i książę Fi­lip go­ścili pre­zy­denta i pierw­szą damę, któ­rzy ob­cho­dzili trzy­dzie­stą pierw­szą rocz­nicę ślubu. Or­kie­stra Kró­lew­skiej Pie­choty Mor­skiej (Royal Ma­ri­nes) grała na na­brzeżu An­ni­ver­sary Waltz, a Mi­chael De­aver, póź­niej­szy za­stępca szefa per­so­nelu Bia­łego Domu, przy­gry­wał go­ściom na for­te­pia­nie i śpie­wał mał­żon­kom True Love. Re­agan po­wie­dział ze­bra­nym, że kiedy po­ślu­biał Nancy, obie­cał jej "wiele rze­czy, ale nie to"[3]. W tej ko­la­cji uczest­ni­czył, na spe­cjalne za­pro­sze­nie kró­lo­wej, ka­zno­dzieja Billy Gra­ham z żoną. To daje nam ko­lejny wgląd w oso­bo­wość Elż­biety II, głę­boką wiarę, która po­zwo­liła na­wią­zać wie­lo­let­nią przy­jaźń z cha­ry­zma­tycz­nym ame­ry­kań­skim pa­sto­rem.

Na­stęp­nego dnia kró­lew­ska para po­je­chała do Parku Na­ro­do­wego Yose­mite, gdzie za­trzy­mała się w ele­ganc­kim ho­telu Ah­wah­nee, z ma­low­ni­czymi wi­do­kami z pra­wie czte­ry­stu­me­tro­wej skal­nej for­ma­cji zwa­nej Kró­lew­skimi Łu­kami.

Kiedy mał­żon­ko­wie wy­szli na prze­chadzkę, w za­kło­po­ta­nie wpra­wili ich po­dą­ża­jący za nimi krok w krok agenci ame­ry­kań­skich taj­nych służb. Na­wet kiedy przy­spie­szyli, agenci trzy­mali się tuż za ich ple­cami. Nie przy­po­mi­nało to bry­tyj­skich oby­cza­jów, we­dług któ­rych ochrona miała za­cho­wać od­po­wiedni dy­stans.

Po­cząt­kowo kró­lew­ska para się zi­ry­to­wała. Po­tem po­sta­no­wiła się za­ba­wić: kró­lowa i książę Fi­lip szli ty­łem, tak że agenci mu­sieli ich na­śla­do­wać. Cho­dzili do przodu i do tyłu, aż wresz­cie wszy­scy się ro­ze­śmiali. Dość nie­ocze­ki­wane za­cho­wa­nie głowy pań­stwa, ale po­ka­zuje ko­lejną ce­chę cha­rak­teru Elż­biety II - ko­biety do­ce­nia­ją­cej ab­surd.

Oto była po­stać, któ­rej całe ży­cie sta­no­wiło zbiór su­per­la­ty­wów: naj­dłuż­sze pa­no­wa­nie, naj­wię­cej po­dróży i - jak na nie­śmiałą osobę - naj­bar­dziej to­wa­rzy­skie, z więk­szą liczbą oso­bi­stych spo­tkań, niż od­był ja­ki­kol­wiek su­we­ren w dzie­jach. Kiedy pew­nego razu fran­cu­ski pre­zy­dent spy­tał, czy kie­dy­kol­wiek się nu­dziła, od­parła szcze­rze: "Tak, ale o tym nie mó­wię"[4]. W epoce ce­le­bry­tów i sztucz­no­ści kró­lowa od za­wsze za­do­wa­lała się przy­ziem­no­ścią i pro­sto­li­nij­no­ścią.

Re­gu­lar­nie po­ja­wiała się na li­ście naj­bo­gat­szych "Sun­day Ti­mesa", ale lu­biła wkła­dać gu­mowe rę­ka­wiczki, żeby po­sprzą­tać po bar­be­cue w szkoc­kiej po­sia­dło­ści kró­lew­skiej w Bal­mo­ral. Padł po­mysł, żeby w jej ulu­bio­nej drew­nia­nej cha­cie za­wie­sić ta­bliczkę: TU ZA­MIA­TAŁA KRÓ­LOWA ELŻ­BIETA[5]. Cho­ciaż miesz­kała w pa­ła­cach i zam­kach, czer­pała przy­jem­ność ze zwy­klej­szego ży­cia. Była młodą ko­bietą ob­sa­dzoną w nad­zwy­czaj­nej roli. Na­wet jako dziecko na­le­żała do naj­po­pu­lar­niej­szych lu­dzi na ziemi.

A pierw­sze wska­zówki co do tego, kim była i kim się stała, po­cho­dzą sprzed stu lat, z naj­wyż­szego pię­tra miej­skiego domu w cen­trum Lon­dynu.