Pewnego razu siedziałem w pracowni przy otwartych drzwiach.
Wszedł Henio, obiema rękami trzymając wielką kanapkę. Odezwał się:
- Tato, proszę, narysuj mi portret mojej kanapki.
- Portret kanapki! Co to za wymysły?!
- Takiej z marmoladą na wierzchu, żebym pamiętał, jak wyglądała, kiedy już ją zjem.
- Nie, daj mi spokój. To za trudne.
- Zawsze tak mówisz.
Po chwili zaczął znowu:
- To w takim razie opowiedz mi bajkę o marmoladzie.
- Nie męcz! Nie znam bajek o marmoladzie.
- Widzisz? Zawsze tak mówisz. A potem, jak ci się zechce, opowiadasz bardzo dobrze.
- Znam jedną, w której jest mowa o marmoladzie, ale nie można powiedzieć, że to jest bajka o marmoladzie.
- I tak opowiedz.
Był sobie raz chłopczyk.
Mówili na niego Królik. Nikt nie pamiętał, jak ma naprawdę na imię.
Ten chłopczyk, zamiast po urodzeniu rosnąć jak wszyscy grzeczni chłopcy, malał, robił się coraz mniejszy, chociaż był bardzo grzeczny.
Zmniejszał się regularnie, zupełnie tak samo, jak inni rosną, i w wieku piętnastu lat był tak mały, że zamiast czapki nosił naparstek swojej mamy.
Kiedy osiągnął ten wiek, przestał maleć, tak samo jak w tym wieku często zwyczajne dzieci przestają rosnąć.
I podobnie jak to się dzieje u innych w tym wieku, zaczął być niespokojny, drażliwy, marzył i śnił o podróżach dookoła świata, o wielkich przygodach, z których wychodził cało dzięki swojej niezwykłej inteligencji i odwadze.
Kiedy jednak przestawał marzyć, wracały mu rozsądek i skromność i przyznawał w duchu, że tak wiele trudności zdołałby przezwyciężyć tylko w snach.
Próbował się pocieszać, myślał sobie, że przecież wspaniałe przygody zdarzają się tylko w snach albo w książkach, które opisują sny, ale w monotonnym i nieciekawym życiu małych chłopców nie dzieje się nigdy nic niezwykłego. Niestety te rozmyślania wcale nie przynosiły mu pocieszenia.
Pewnego dnia, przycupnięty obok fotela taty, wpatrywał się w ogień płonący na kominku.
Tata chrapał. Wyjął stopy z chodaków, czyli ciężkich drewniaków, w których zawsze chodził, i wyciągnął nogi przed siebie.
Królik marzył. Widział zachód słońca, a potem dwa stateczki unoszące się na spokojnym, przyprószonym czerwienią morzu. Nagle zrozumiał, że jednak przygody mogą się zdarzyć w życiu małych chłopców, że właśnie teraz się przydarzają.
Wskoczył na jeden ze statków.
Jak tylko znalazł się na pokładzie, okazało się, że to drewniak jego taty!
No i koniec przygód! O, nie! Wylazł z chodaka, kopnął go i powiedział: "Głupi chodak!". Potem jednak podszedł do drugiego chodaka, powiedział: "W drogę!" i zaczął go popychać w stronę drzwi.
Bardzo trudno było pchać ciężki but po szorstkiej glinianej podłodze. Na zewnątrz będzie łatwiej, bo ścieżka biegła w dół, prosto do rzeki. Zwodował drewniak i wskoczył na pokład.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki