Królewskie sny - Józef Hen

Kup ebooka

49.99 zł
35.92 zł (35,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

CZĘŚĆ PIERW­SZA

OŻE­NIĆ KRÓLA!

.

1

Ja, Ole­sko, bła­zen kró­lew­ski, pierw­szy pa­nom tę wieść przy­nio­słem.

Bie­głem przez kruż­ganki i ko­ry­ta­rze zamku wa­wel­skiego w swoim zwy­kłym pstro­ka­tym stroju, w bła­zeń­skim czepcu, na któ­rym grały dzwo­neczki, bie­głem zdy­szany, a w oczach mia­łem łzy. Ja, bła­zen. I tak wpa­dłem do izby, gdzie cze­kało kilku pa­nów z rady - kto we fio­le­tach, kto w zbroi ry­cer­skiej. Był kanc­lerz Woj­ciech Ja­strzę­biec, bi­skup kra­kow­ski, i Zbi­gniew z Brze­zia, za­słu­żony wo­jow­nik, byli wo­je­wo­do­wie: Jan z Tar­nowa i Sę­dzi­wój z Ostro­roga, a także pod­kanc­le­rzy bi­skup Jan Sza­fra­niec, któ­rego lu­bi­łem, choć hu­sy­tom sprzy­jał (a może dla­tego, że hu­sy­tom sprzy­jał), był i ry­cerz Jan "Gło­wacz" Ole­śnicki, brat na­szego Zbyszka, se­kre­ta­rza kró­lew­skiego.

- Pa­no­wie, pa­no­wie! - wo­ła­łem zdy­szany. - Kró­lowa nie żyje!

Po­de­rwali się pa­no­wie rada. I wszy­scy do mnie.

- Co po­wia­dasz?!

- Żar­tu­jesz chyba, Ole­sko!

Ktoś pal­cem po­gro­ził.

- Marne twoje żarty!

- Nie, do­stojni pa­no­wie, nie żyje, przy­się­gam. - I łzy mi z oczu po­pły­nęły. - Nie żyje pani Elż­bieta, nasz król osie­ro­cony!

Wtedy oni po so­bie spoj­rzeli, zdu­mieni i - Boże, wy­bacz im - wcale nie zmar­twieni.

I na­gle - wy­buch śmie­chu. Tak ich roz­śmie­szy­łem, ja, bła­zen.

- Bra­cia - krzy­czą - zde­chła ma­ciora!

- Wsze­tecz­nica!

- Ja­łówka ze zgni­łymi wy­mio­nami!

Dzwony się roz­le­gły, nio­sąc mia­stu ża­łobną wieść, a oni na­dal da­wali upust ra­do­ści.

- Sły­szy­cie?! Prawda to?!

- Prawda!

- Ule­ciała na sa­bat, upio­rzyca!

- Masz, Ole­sko, za do­brą no­winę!

I te­raz do mnie się ci­snęli z mo­ne­tami, żeby mi tę wieść wy­na­gro­dzić. A ja zgar­nia­łem pie­nią­dze do kiesy, bo już w swoją bła­zeń­ską skórę wsze­dłem, i z tych wła­śnie upraw­nień ko­rzy­sta­jąc, ode­zwa­łem się:

- Wa­sze Do­stoj­no­ści, nie ciesz­cie się tak bar­dzo. Król jest te­raz moc­niej­szy niż przed­tem. Już na nim nie­for­tunne mał­żeń­stwo nie ciąży. Już się oglą­dać nie musi. - Wy­ją­łem z kiesy mo­netę i wrę­czy­łem ją Woj­cie­chowi Ja­strzęb­cowi, bi­sku­powi kra­kow­skiemu. - Bierz, pa­nie kanc­le­rzu - po­wie­dzia­łem - bierz, boś na nią za­słu­żył tak samo jak ja...

Ale pa­no­wie na­dal śmiali się bez­tro­sko, bo któż by brał po­waż­nie bła­zeń­ską mowę. Tyle że bi­skup Woj­ciech dał mi po karku, do czego przy­wy­kłem. A do obec­nych zwró­cił się:

- Do króla więc, wiel­możni pa­no­wie. Trzeba nam jego ma­je­stat po­cie­szyć.

Sły­sza­łem, jak któ­ryś mruk­nął:

- Jego po­gań­ski ma­je­stat...

Ale nie roz­róż­ni­łem kto, bo dzwony wciąż biły.

2

Opo­wiem wszystko, choć może nie do końca, bo są rze­czy, które na­le­ża­łoby za­taić, są, które na­le­ża­łoby zo­sta­wić do­myśl­no­ści słu­cha­cza, a są i ta­kie, o któ­rych nikt nie opo­wie­dział. Ale mało kto zna wszyst­kie te sprawy jak ja, czy to z ust kró­lew­skich, czy to od jego oto­cze­nia, czy na­wet od nie­przy­ja­ciół.

Opo­wiem. Biją więc dzwony, śmierć oznaj­mują Elż­biety se­cundo voto Gra­now­skiej, a trze­ciej mał­żonki kró­lew­skiej. A w izbie kra­kow­skiej go­spody śmie­chem wy­bu­cha Sta­ni­sław Cio­łek, ka­no­nik, on­giś se­kre­tarz kró­lew­ski, ogrom­nych zdol­no­ści pi­sar­skich czło­wiek, któ­rego król od sie­bie prze­pę­dził za pasz­kwil ja­do­wity na tę że wła­śnie trze­cią swoją mał­żonkę. Biją więc dzwony, a on, Cio­łek (któ­rego do­brze zna­łem i na­wet lu­bi­łem), słu­cha­jąc tego grzmotu, po­wiada do swo­ich przy­ja­ciół:

- Chyba przy­no­si­cie prawdę... Chyba na­prawdę umarła! - (A ci przy­ja­ciele to nikt inny, tylko mło­dzi urzęd­nicy kró­lew­scy, Jan Kra­ska i Hiń­cza z Ro­gowa). - Janko, Hiń­cza - mó­wił Cio­łek z uda­nym po­pło­chem w oczach, zu­peł­nie jakby ko­me­dię grał - a może to jesz­cze nie to, może tylko ja­kaś jej sztuczka?

Na to Hiń­cza:

- Nie, Staszku, skoń­czyły się sztuczki. Dziś nad ra­nem kró­lowa wy­zio­nęła du­cha.

- Kró­lowa! - Cio­łek na to prych­nął z po­gardą i gnie­wem. - Ska­lała ma­je­stat kró­lew­ski ba­bimi cza­rami! Dał się uwieść, cho­ciaż wie­dział, że na­stępcy tronu z niej nie bę­dzie. Na­pi­sa­łem to wszystko w swo­jej sa­ty­rze, ale co zna­czą słowa po­ety! - po­skar­żył się. - Za­miast prze­gnać babę, prze­pę­dził mnie. Hiń­czo, prze­cież to ja akt unii ho­ro­del­skiej spi­sa­łem! A po­tem, że z durną babą za­dar­łem...

- Ugo­dzi­łeś Ja­giełłę do ży­wego! - przy­po­mniał so­bie Kra­ska.

- Bo my­śla­łem, że to twardy li­tew­ski woj, a on co? Tkliwy ro­man­sowy ry­cerz!

- Ko­chał ją - ode­zwał się Hiń­cza.

- Czy ja tego nie wiem? Pod­ju­dzili mnie pa­no­wie, wście­kli, że baba z ro­dem Spyt­ków zwią­zana. Im uszło na su­cho, na mnie się skru­piło - za­bia­do­lił Staszko Cio­łek. - Długi mam! Pa­dam pod ich cię­ża­rem! Ty le­piej, Kra­ska, mów, skąd brać go­tówkę?

- Dość bez­piecz­nie so­bie ży­jesz - na to Kra­ska - jak na wroga króla. I księgi tu masz, i sługi na za­wo­ła­nie. Lu­pa­nar za pro­giem...

- Luk­sem­bur­czyk - wtrą­cił Hiń­cza - ka­załby cię za taką sa­tyrę z wieży zrzu­cić.

Kra­ska zaś w tymże du­chu:

- Książę Wi­told by cię uto­pił z ka­mie­niem uwią­za­nym do szyi, a kniaź Świ­dry­giełło ośle­pił.

- Na rany Je­zusa - za­krzyk­nął Cio­łek - o czym wy mi tu mó­wi­cie? Mnie go­tówki trzeba, a nie pa­cie­rzy!

Jan Kra­ska uśmiech­nął się.

- No, no, jak na osobę du­chowną... Czy do­my­ślasz się, Staszku, co się z tobą te­raz sta­nie?

- My­śli­cie, że po­ga­nin za­cznie się mścić?

- Chyba tak. Przed­tem oba­wiał się po­są­dzeń, że po­wie­dzą, że za na­mową kró­lo­wej. Te­raz da upust ża­lowi. Te­raz jak ci przy­łoży!

- To moż­liwe... - Cio­łek po­ki­wał głową, ale spo­koj­nie.

- Ucie­kaj! - Hiń­cza chwy­cił go za ra­mię, jakby chciał go do tej ucieczki pchnąć.

- Co wy! A go­to­wi­zna? A długi? Nie! Niech się dzieje, co chce. Po­trzebny mi do­sta­tek, bym mógł zań chwa­lić Pana. Nie umiem żyć w ubó­stwie. Od­wy­kłem.

Biły dzwony. Cio­łek słu­chał, ale już nie tak ra­do­śnie, za­tro­skany jakby, i ode­zwał się do przy­ja­ciół gło­sem wy­ci­szo­nym:

- Z tym na­szym kró­lem to ni­gdy nic nie wia­domo. Tro­chę go znam. Musi się czuć strasz­li­wie osa­mot­niony.

3

Tak to wy­glą­dało, kiedy kró­lowa umarła.

A po­tem były na­bo­żeń­stwa i uro­czy­sto­ści po­grze­bowe, i znowu na­bo­żeń­stwa, i wszystko wró­ciło do daw­nego po­rządku. Tylko że kró­lo­wej już nie było.

Któ­re­goś świ­ta­nia, ja­kiś czas póź­niej, spał król Wła­dy­sław Ja­giełło w swoim łożu sze­ro­kim pod bal­da­chi­mem, z twa­rzą uto­pioną w po­duszce. Przez sen rękę lewą wy­cią­gnął, szu­ka­jąc ko­biety, która po­winna się była obok niego znaj­do­wać, ale na­gle zmar­twiał. Nie było ni­kogo. Wes­tchnął więc, ob­ró­cił się i chwilę le­żał z przy­mknię­tymi oczyma, jakby coś chciał pod po­wie­kami przy­trzy­mać, coś, co się wy­my­kało i bez­li­to­śnie pierz­chało z kró­lew­skiego snu.

- Oj­cze - usły­szał nie­śmiały dziew­częcy głos.

To było tu­taj, w kom­na­cie, po tej stro­nie snu.

Otwo­rzył oczy. W ja­snej smu­dze pły­ną­cej z wy­so­kiego okna stała kró­lewna, jego czter­na­sto­let­nia córka.

- A, to ty, Ja­dwi­siu...

- Obu­dzi­łam cię?

- Już nie spa­łem.

- Przy­glą­da­łam ci się, by­łeś taki smutny...

- Nie na­leży się przy­glą­dać śpią­cym - po­wie­dział za­chmu­rzony król. - Nie na­leży. To... - nie od razu do­koń­czył - nie­przy­zwo­icie.

- Śniło ci się coś nie­do­brego?

- Nie, có­ruchno. Ten smu­tek to z prze­bu­dze­nia.

- We śnie jest ci le­piej?

Król nie od­po­wie­dział. O, zna­łem ja do­brze mo­jego króla: po­tra­fił być wy­lewny, ga­da­tliwy, we­soł­ko­waty na­wet, ale po­tra­fił i zmil­czeć, i udać, że nie sły­szał. Ale nie lu­bił mar­twić in­nych, więc uśmiech­nął się do córki i dał jej znak ręką, żeby się od­su­nęła od łoża.

- Ofa­nas! - za­wo­łał.

Pod­biegł Ofa­nas, słu­żący kró­lew­ski, do­bry mój zna­jo­mek, i po­mógł zejść panu z wy­so­kiego łoża, żeby mu się nogi nie za­plą­tały w bie­liź­nie dłu­giej za kostki.

Ofa­nas za­py­tał króla o zdro­wie, a król ostrze­gaw­czo po­ło­żył pa­lec na ustach: ani słowa! Za­czy­nały się bo­wiem po­rządki po­ran­nego wsta­wa­nia (przy któ­rym nie­raz uczest­ni­czy­łem), istne mi­ste­rium: król uczy­nił trzy ob­roty wo­kół sie­bie naj­pierw w lewo, po­tem trzy w prawo.

- Słomka! - roz­ka­zał.

Wszystko było go­towe. Ofa­nas po­dał słomkę, król Ja­giełło prze­ła­mał ją na trzy czę­ści i rzu­cił za sie­bie. Wtedy Ofa­nas, jak zwy­kle, owe trzy prze­ła­mane ka­wałki słomki pod­niósł i rzu­cił do ognia (jak nas wszyst­kich ży­cie ła­mie i spala), a Ja­giełło, już uśmiech­nięty, mógł zwró­cić się do córki:

- Pro­szę, Ja­dwi­siu, mo­żemy roz­ma­wiać.

Kró­lewna przy­glą­dała się słom­kom zże­ra­nym przez ogień.

- Tato - ode­zwała się za­fra­so­wana - po co to ro­bisz?

- A komu to prze­szka­dza?

- Ale ja nie chcę, żeby mó­wiono, że je­steś prze­sądny.

- Prze­sądny bar­ba­rzyńca, Ja­dwi­siu, tak to brzmi ści­śle.

Ofa­nas po­dał mu ku­bek, on zaś pod­szedł do mied­nicy sto­ją­cej na ła­wie. I zwró­cił się do kró­lewny:

- Nie martw się, có­reczko. O czymś oni mu­szą mó­wić. Na­wet na­leży się sta­rać, żeby mieli o czym. - I płu­cząc usta, tak cią­gnął (a ja, który przez cały czas sie­dzia­łem na ni­ziut­kim sto­łeczku, jak kra­snal ci­chutki, chło­ną­łem każde słowo kró­lew­skie): - Za­wsze tak ro­bi­łem... to i będę ro­bił. Po co zmie­niać? Cza­sem le­piej nic w ży­ciu swoim nie zmie­niać. Ci, któ­rzy po­ma­wiają mnie o prze­sądy, sami ugrzęźli w nich po uszy, tylko że... No do­brze, nie wgłę­biajmy się. Dzie­le­nie włosa na czworo to cza­sem rzecz nie­wy­godna. Dla mnie szcze­gól­nie. Niech już zo­sta­nie, że nie­okrze­sany, prze­sądny Li­twin. Czło­wiek lasu. Od­wróć się, có­reczko.

Ja­dwi­sia od­wró­ciła się, król zrzu­cił ko­szulę, a Ofa­nas od razu na­rzu­cił mu na plecy wło­chaty płaszcz, jaki za­wsze był w po­go­to­wiu przed ką­pielą.

Ja­giełło, prze­wią­zu­jąc się, po­wie­dział słu­żą­cemu:

- Szy­kuj łaź­nię.

- Już go­towa, Wa­sza Kró­lew­ska Mość. Racz pro­szę...

- Mó­wi­łem, szy­kuj łaź­nię, to zna­czy, że masz znik­nąć za drzwiami. Pa­szoł, ja­sne?

- Ja­sne - od­po­wie­dział Ofa­nas. - Pa­szoł...

Wy­szedł, a wtedy ja, nie wsta­jąc ze sto­łeczka, spy­ta­łem:

- Mam wyjść?

- Siedź - na to król. - Siedź i przy­glą­daj mi się. Jak wy­rzut su­mie­nia. Gdzie ja, tam i ty. Je­steś drugą po­łową mo­jej du­szy, tą gor­szą oczy­wi­ście - do­dał z uśmie­chem tak do­brym, że nie mo­głem się na niego gnie­wać. - Ech, Ole­sko, gdyby cie­bie nie było, to pewno bym się roz­pły­nął w aniel­stwie, pa­skudo. - Pod­niósł ostrze­gaw­czo pa­lec do góry. - Ale milcz. Milcz! - po­wtó­rzył groź­nie.

Tak okre­śliw­szy moje po­win­no­ści, ob­jął ra­mie­niem córkę i pod­pro­wa­dził ją do okna. Roz­ma­wiali so­bie tu swo­bod­nie, jakby nikt ich nie mógł sły­szeć, ale prze­cież sły­sza­łem ich ja, Ole­sko, cho­ciaż bła­zen.

- Ja­dwi­siu - za­czął król - twoje losy się roz­strzy­gają.

- Słu­cham cię, pa­nie oj­cze - po­wie­działa po­słuszna kró­lewna.

- Ukła­damy się o cie­bie z mar­gra­bią bran­den­bur­skim.

- Z sa­mym mar­gra­bią?

- Cho­dzi o jego syna. Je­żeli roz­mowy za­koń­czą się po­myśl­nie, chło­pak przy­je­dzie tu­taj, na Wa­wel, za­rę­czymy was, za­ślu­bimy, a kiedy ja odejdę, ty bę­dziesz tym kró­le­stwem wła­dać. A on przy to­bie.

- Ja będę kró­lo­wać? - zdzi­wiła się Ja­dwi­sia.

- A tak, ty. - Po chwili król za­uwa­żył: - Chyba że­bym ja miał jesz­cze syna. - A wi­dząc po­wąt­pie­wa­jącą minę córki, do­dał z uśmie­chem: - Za­rę­czam ci, że to moż­liwe. Ale nie myśl o tym. - Król, wes­tchnąw­szy so­bie, mó­wił: - Wi­dzisz, nie lu­bi­łaś pani Elż­biety, nie po­do­bała ci się, a prze­cież do­brze, że to była ona, a nie inna, bo gdyby nie­boszczka była młod­sza, nie ty by­ła­byś na­stęp­czy­nią tronu.

- Oj­cze, kiedy ja wcale nie chcę, że­byś umie­rał. - I Ja­dwi­sia ob­jęła króla, swo­jego ojca. - Oj­cze, wierz mi, twoja córka cię ko­cha...

Ja­giełło uwol­nił się ła­god­nie z jej ob­jęć.

- Bar­dzo mi tego brak, có­ruchno, bar­dzo. To prawda, że je­stem smutny... W sercu pustka - i dla­tego. Pa­no­wie rada za­sta­na­wiają się, za kogo by mnie wy­swa­tać, jaką z mo­jego ka­wa­ler­skiego stanu ko­rzyść wy­cią­gnąć.

- A ty?

- Cóż, nie pierw­szy raz, prawda? Nie je­ste­śmy pa­nami swo­jej sy­pialni.

- Boże mój - na to owa dziew­czyna - czyż ja nie wiem?

- Nie wzdy­chaj, nie wzdy­chaj, wszystko bę­dzie do­brze. Chło­paka się wy­chowa, pod­uczy, a w ogóle można się przy­zwy­czaić i po­ko­chać też można. - I za­raz na myśl mu przy­szła pierw­sza żona, piękna córka Lu­dwika Wę­gier­skiego, dzięki któ­rej zo­stał kró­lem tego kraju i o któ­rej pa­mięć, cza­sem tkliwa, cza­sem bo­le­sna, draż­niąca, ni­gdy go nie opusz­czała: - Weź moją Ja­dwigę, świętą pa­nią, prze­piękną, nie­za­po­mnianą, po któ­rej no­sisz imię. Jak się bun­to­wała, wiesz prze­cież, ale... zdaje się, że mnie w końcu po­ko­chała.

- A ty ją?

- Od pierw­szej chwili. - Za­my­ślił się i wi­dzia­łem, że twarz mu się zmie­niła od ja­kie­goś bo­le­snego wspo­mnie­nia. - Nie wszystko nam się ukła­dało gładko, nie wszystko... Były i gniewy, tak... Jak to mię­dzy mał­żon­kami, kró­lew­skimi czy miesz­czań­skimi, za­wsze to dwoje lu­dzi, dwie głowy i dwa ciała, co by tam ksiądz nie ga­dał.

Ja­dwi­sia jed­nak my­ślała o swo­ich spra­wach.

- Oj­cze, ten mój ob­lu­bie­niec... chyba młod­szy ode mnie?

Wi­dać było, że król Wła­dy­sław po­czuł się nie­swojo, jak gdyby przez córkę na czymś przy­ła­pany.

- Fry­de­ryk? No, prawdę mó­wiąc, ra­czej młody.

- Ile ma lat? - do­py­ty­wała się Ja­dwi­sia. Kiedy oj­ciec zwle­kał z od­po­wie­dzią, krzyk­nęła pi­skli­wie: - Ile?!

- Osiem... - od­po­wie­dział zmie­szany król.

- Osiem!

- Ależ, Ja­dwi­siu... ty też jesz­cze je­steś młoda...

- Nie, tato, nie. Święta pani, kie­dyś ją po­ślu­bił, była młod­sza ode mnie.

- No tak, rze­czy­wi­ście... - Strasz­nie mi się król wy­dał stro­piony, aż mi się go żal zro­biło. - Tak, młod­sza, ale wy­bacz, có­ruchno, toż to była ro­sła dzie­wu­cha, roz­wi­nięta i tu, i ów­dzie (król po­ka­zał gdzie), wszystko już miała, wyż­sza ode mnie, wła­ści­wie ol­brzymka.

- Tato, ja już je­stem ko­bietą...

- Na­prawdę...? To do­brze, win­szuję! Zdro­wej je­steś krwi, Ol­gier­do­wej. My, Ol­gier­do­wi­cze, wszy­scy...

- Ale co ja z ta­kim dzie­cia­kiem będę ro­bić?

Król Ja­giełło po­dra­pał się w łysą czaszkę.

- Co? Co? Czy ja wiem. Od razu mu­sisz coś ro­bić? Prze­cież je­steś mą­dra dziew­czynka. Po­ga­da­cie so­bie, o!

- Z ta­kim dziec­kiem?

- Weź­miesz go na ko­lana, po­huś­tasz, na­uczysz po pol­sku pa­cie­rza. No wi­dzisz, na­uczysz go róż­no­ści, wy­cho­wasz go so­bie, bę­dzie cię sza­no­wał, za­tań­czy, jak za­grasz. Dziew­częta wiele po­tra­fią. - Przy­ci­snął ją do sie­bie. - Nie płacz, Ja­dwi­siu, nie martw sta­rego ojca.

- Nie pła­czę.

- Nu, ład­nie. A chcesz wie­dzieć, po co nam ten so­jusz bran­den­bur­ski? To po­patrz. - I król za­czął jej po­ka­zy­wać na ścia­nie, jakby to była mapa. - Tu masz Li­twę, tu Bran­den­bur­gia, a po­środku Prusy z Krzy­ża­kami. - Król ści­snął palce w pięść. - Jak weź­miemy z dwóch stron w klesz­cze...! Ro­zu­miesz? Ro­zu­miesz te­raz?

- Tak. Ale te Bran­den­burgi to prze­cież także Niemcy.

- Ano tak, mą­dralo. Niemcy, ale swoi. Tacy, któ­rym ty bę­dziesz kró­lo­wać, cie­bie będą słu­chać.

- A jak nie będą słu­chać?

- Jak to nie będą? Mu­szą!

- A jak się zbun­tują i mnie po­wie­szą?

- Dziecko, o czym ty mó­wisz?!

- Cio­cię Ma­rię, sio­strę świę­tej pani, prze­cież Wę­grzy po­wie­sili.

- Jaka tam ona to­bie cio­cia... I kiedy to było!

- Ale po­wie­sili! Zbun­to­wali się i w oknie po­wie­sili, na oczach wła­snej matki.

- Przede wszyst­kim nie ją po­wie­sili na oczach wła­snej matki, tylko matkę na jej oczach, a poza tym... - Król po­gła­dził córkę po gło­wie. - Dziecko, o czym ty roz­my­ślasz? Tfu, tfu, niech cię Bóg strzeże... Po­wie­sić cie­bie? Niech spró­bują! Ka­mień na ka­mie­niu nie zo­sta­nie. Nie myśl o tym, wszystko bę­dzie do­brze. - Po­cią­gnął dło­nią po chro­po­wa­tym pod­bródku. - Ofa­nas, go­lić bę­dziesz! - za­wo­łał.

Usły­sza­łem głos Ofa­nasa:

- Łaź­nia go­towa, Wa­sza Kró­lew­ska Mość.

Ofa­nas, jak co dzień, go­lił króla brzy­twą sze­roką przy­po­mi­na­jącą ta­sak, pew­nie ze Wschodu spro­wa­dzoną. I jak co dzień opo­wia­dał kró­lowi, co sły­szał, ja­kie ploty, ja­kie po­mó­wie­nia, na­wet oszczer­stwa. Król słu­chał tego bez smutku, cza­sem mo­gło się wy­da­wać, że się lu­bo­wał w po­my­sło­wo­ści ję­zy­ków.

- No i co tam lu­dzie mó­wią? - do­py­ty­wał się król, kiedy Ofa­nas głowę mu zmy­wał.

- A tak spe­cjal­nie to nic no­wego, naj­ja­śniej­szy pa­nie.

- Stale te same wy­my­sły?

- Jak by to rzec...

Król Ja­giełło wy­tarł płót­nem twarz.

- Wciąż, że prze­sądny?

- Jakże ina­czej.

- Że nie­okrze­sany. Że nie wia­domo, po co na aka­de­mię łoży - wy­li­czał król. - Że o Li­twie wię­cej my­śli jak o Kra­ko­wie. Że roz­pustny. Że roz­rzutny.

- I że skąpy - przy­po­mnia­łem.

- Że mściwy bar­ba­rzyńca - po­wie­dział król.

- I miętki - wsta­wi­łem ja.

- Że prze­bie­gły i skryty.

- I na­zbyt otwarty.

- Od lu­dzi się od­gra­dza - wy­li­czał król.

- I na­zbyt się brata - znowu ja.

- Że nie­ufny i po­dejrz­liwy.

- I na­iwny jak dziecko - na to ja. - Każdy go może zwieść.

- Ludz­kie ję­zyki, Wa­sza Kró­lew­ska Mość - po­wie­dział Ofa­nas. - O czym by im ga­dać, jak nie o tych co na świecz­niku?

- A naj­waż­niej­sze - mówi król - naj­waż­niej­sze, rzecz cie­kawa, że to wszystko w ja­kiś spo­sób praw­dziwe.

- Mój pan się oczer­nia - za­tro­skał się Ofa­nas.

- Nie, Ofa­na­sie, wszystko w nas się mie­ści jed­no­cze­śnie - i do­bre, i złe. Za­leży, jak sobą po­kie­ru­jesz. Sobą po­kie­ro­wać to trud­niej­sze niż radą ko­ronną.

- Pro­szę Wa­szą Kró­lew­ską Mość pod parę.

Ofa­nas wy­le­wał wodę z ce­bra na roz­pa­lone ka­mie­nie. Buch­nęła para. Król zrzu­cił z sie­bie płaszcz i wszedł w go­rącą mgłę.

A wtedy wła­śnie kro­czył przez kruż­ganki i ko­ry­ta­rze wa­wel­skie kro­kiem dziar­skim (jak to on za­wsze) brat stry­jeczny króla, wielki książę li­tew­ski Wi­told Kiej­stu­to­wicz, który po po­grze­bie pani Elż­biety prze­dłu­żył swój po­byt w Kra­ko­wie. Szczu­pły, śred­niego wzro­stu, szpa­ko­waty (daw­niej kru­czo­włosy), po­dob­nie jak Ja­giełło gładko wy­go­lony. Mowę miał pręd­szą, bar­dziej niż król po­ry­wi­stą. Jak i Ja­giełło lu­bił się po­śmiać i po­dob­nie jak król do łez był skory. Ale serce miał tward­sze, w po­li­tyce bez skru­pu­łów, nie­raz jed­nak lek­ko­myślny, władca bez­li­to­sny, choć hojny, i sam po la­tach mógł spo­strzec, że na­prawdę po­wo­dzić mu się za­częło od czasu, gdy za­wie­rzył Ja­gielle, gdy zde­cy­do­wał z nim iść ręka w rękę. Te­raz śpie­szył, by zdą­żyć na kró­lew­ską ką­piel, bo wie­dział, że z kró­lem naj­swo­bod­niej, naj­szcze­rzej wła­śnie w kłę­bach pary mógł po­roz­ma­wiać.

Za­trzy­mał się przed za­mknię­tymi drzwiami, któ­rych strze­gli dwaj zbrojni.

- Wi­taj­cie, cer­bery! - wo­łał już z da­leka. - Król w łaźni?

- Na­gu­sieńki jak go matka uro­dziła - od­po­wie­dział straż­nik.

- Pójdę mu plecy wy­chło­stać.

- Wa­sza Ksią­żęca Mość, król jest bez pasa - rzekł star­szy straż­nik i wska­zał wy­mow­nie na pas ksią­żęcy, z przy­tro­czo­nym do niego no­żem obo­siecz­nym w po­chwie.

Książę chwilę się wa­hał, coś niby cień lęku prze­biegł mu po twa­rzy, ale wnet go opa­no­wał, uśmiech­nął się i zdjąw­szy pas, po­dał go straż­ni­kowi. Drugi otwo­rzył drzwi i za­po­wie­dział:

- Jego Wy­so­kość wielki książę li­tew­ski, Alek­san­der Wi­told.

Wi­dzia­łem, że król się ucie­szył. Krzyk­nął:

- Wi­tau­tas! Do mnie, tu­taj...! Ofa­nas, po­móż księ­ciu po­zbyć się odzieży.

Sły­sza­łem głos roz­bie­ra­ją­cego się Wi­tolda:

- Za­brali mi mój nóż.

Na co król roz­we­se­lony:

- No i po­patrz, rzą­dzą się czorty, jak chcą. Nie gnie­waj się, miły. Oni pa­mię­tają, że łaź­nie dla pol­skich wład­ców miej­sca nie­bez­pieczne.

- Dla­tego ich uni­kają! - za­śmiał się Wi­told, wcho­dząc. - Cza­sem sta­niesz nie­opatrz­nie za bli­sko ta­kiego wiel­moży, to aż nos za­tyka.

- A sar­kają, że ja co­dzien­nie w pa­rze sie­dzę! - po­wie­dział Ja­giełło, mój król. - Czas trwo­nię, mó­wią, który mógł­bym spo­żyt­ko­wać na wy­da­wa­nie roz­ka­zów, któ­rych po­tem bym ża­ło­wał. No co, jesz­cze się chmu­rzysz? Ofa­nas, po­daj księ­ciu ró­zeczki, niech mnie wy­chłosz­cze w od­we­cie.

I król po­ło­żył się ple­cami do góry na ka­mien­nej ła­wie. Wi­told, z płót­nem okrę­co­nym wo­kół bio­der, przy­glą­dał się ze szcze­rym po­dzi­wem kró­lew­skiemu ciału.

- Krzepki jesz­cze je­steś, Jo­gajła, ciało mło­dzieńca, nie­jedna z roz­ko­szą do­tknie.

- Bij...

Wi­told chło­stał plecy stry­jecz­nego brzo­zową mio­tełką, jak to u nich w zwy­czaju na Wscho­dzie.

- Nie za mocno? - spy­tał.

- Bij, bij, ni­czewo...

- Pa­no­wie rada - mó­wił Wi­told lekko zdy­szany - mają na cie­bie różne za­my­sły, ale ja ra­dził­bym ci się oże­nić z młódką.

Król wnet zro­zu­miał.

- Upa­trzy­łeś już ko­goś dla mnie?

- Tak mi coś po gło­wie cho­dzi - mó­wił od nie­chce­nia książę.

- No, je­śli to­bie po gło­wie cho­dzi, to pewno ona tu czeka obok.

- Chciał­byś! - Wi­told za­chi­cho­tał, bo obaj, cho­ciaż już w wieku po­de­szłym, wciąż mieli nie­stę­pione zmy­sły.

- Kto ci cho­dzi po gło­wie? - spy­tał król, sia­da­jąc.

- Na przy­kład moja wy­cho­wanka, księż­niczka Hol­szań­ska, Sonka.

- Rada się nie zgo­dzi - orzekł z miej­sca Ja­giełło. - Jaka ko­rzyść? Co ona wnie­sie?

- Mło­dość. Dzieci uro­dzi.

- Kładź się.

I te­raz Wi­told uło­żył się na ła­wie, a król grzmo­cił jego plecy.

- Osza­la­łeś - mó­wił król, bi­jąc ciało stry­jecz­nego, aż czer­wone pręgi się po­ka­zały. - Ja i dzieci? Prawda, mieć mogę, ale ja­kie one będą ze sta­rego na­sie­nia? Jest Ja­dwi­sia, dzie­dzi­czy tron, to wy­star­czy...

Wi­told ob­ró­cił ku niemu głowę.

- A kto odzie­dzi­czy wiel­kie księ­stwo? Twój bra­ci­szek Świ­dry­giełło? Rzadko jest trzeźwy, a do Po­la­ków źle na­sta­wiony.

- Trzy­ma­li­śmy go dzie­więć lat w za­mknię­ciu.

- I nic nie po­mo­gło! Jaki był, taki jest. Jesz­cze za­wzięt­szy. - Kniaź za­wył z bólu. - Jo­gajła, wa­lisz jak sza­tan!

- Wy­bacz, bra­cie.

Usiadł wtedy książę i jakby nie­chcący spoj­rzał mię­dzy nogi króla. Piękny to mu­siał być wi­dok, urze­ka­jący, bo książę rzekł z uśmie­chem:

- Jo­gajła, mo­żesz mieć sy­nów. Zdro­wych i by­strych.

Król par­sk­nął śmie­chem, a Ofa­nas skwa­pli­wie spy­tał:

- Ostu­dzić?

I nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, po­lał obu zimną wodą z ce­bra. Król otrzą­snął się i po­wie­dział z wes­tchnie­niem:

- W samą porę.

Wi­told śmiał się, wciąż ze­zu­jąc w to samo miej­sce i na­ga­bu­jąc:

- To jak z moją Sonką? Bra­cie, do­brze ci ży­czę.

- Jaka ona jest?

- Miód. Gdyby nie Ju­lianna...

- Wy­słu­chamy wpierw pa­nów - prze­rwał księ­ciu król. - Może mają waż­kie ar­gu­menty. - Do­dał z me­lan­cho­lią: - Za­wsze znajdą waż­kie ar­gu­menty, żeby wpra­wić mnie w smu­tek.

Do­wie­dział się król od Wi­tolda, że po­sel­stwo z Czech przy­je­chało. Z czym, nie wia­domo jesz­cze. Ale, po­wiada Wi­told, można się do­my­ślić. Ile­kroć stam­tąd po­sel­stwo przy­jeż­dża, za­wsze to pach­nie ja­kimś ka­cer­stwem, po­roz­ma­wiasz z nimi, a po­tem świeć oczami przed zwierzch­no­ścią ko­ścielną, i dla­tego też król po­sta­no­wił:

- Przyjmę ich w pusz­czy. Niech wy­jeż­dżają z Kra­kowa, bo mi jesz­cze bi­skup sto­licę klą­twą ob­łoży.

- Ci są po­dobno umiar­ko­wani - mó­wił Wi­told - ale jest z nimi An­glik, brat Piotr, ten jest bar­dziej za­sad­ni­czy.

- Rad­bym go wy­słu­chać. Z cie­ka­wo­ści, w cztery oczy.

- Cią­gnie cię do ka­ce­rzy?

- Czemu nie wy­słu­chać? - król py­ta­niem na py­ta­nie od­po­wie­dział.

- A temu, żeś świeży ka­to­lik.

- To do­bra przy­czyna, żeby do­wie­dzieć się wię­cej... Ofa­nas, ko­szulę. - A kiedy Ofa­nas po­dał mu nie­bie­sko bar­wioną ko­szulę, król roz­zło­ścił się: - Białą...! Szybko, na mszę pora.

- Po­parł­byś hu­sy­tów? - spy­tał książę.

- Prze­ciw ce­sa­rzowi - za­wsze. - Ja­giełło za­ci­snął pięść. - Ten pod­stępny Zyg­munt, sza­lone na­sie­nie sza­lo­nych Luk­sem­bur­gów... To wróg! Prze­bie­gły wróg, Wi­tol­dzie, a prze­cież ma u nas swo­ich zwo­len­ni­ków. Pod­szedł mnie, za­ufa­łem mu, zgo­dzi­łem się na jego ar­bi­traż, a on bez­wstyd­nie wy­dał wy­rok na rzecz Krzy­ża­ków!

- Krzy­żacy mają skarbce pełne, Zyg­munt za­wsze bez go­tówki.

- Po­ła­mie so­bie zęby na swo­ich wła­snych pod­da­nych, prze­ko­nasz się. Czesi mu nie mogą spa­le­nia Husa wy­ba­czyć. - Król za­mru­czał: - Ale mu­simy być ostrożni.

- A jed­nak i on przy­słał po­sel­stwo - opo­wia­dał Wi­told. - Z wy­ra­zami przy­jaźni... Te­raz, kiedy je­steś bez­żenny, wielu się ob­jawi przy­ja­ciół.

- Bez­wstydny! - zży­mał się król.

- Nie ma wstydu w na­szym rze­mio­śle, Jo­gajła.

- Jest, jest... - nie zgo­dził się król, mój pan. - Co­raz bar­dziej się prze­ko­nuję, że jest... Kto z tym przy­je­chał?

- Twój pod­dany, ry­cerz Za­wi­sza Czarny z Gar­bowa.

- Sprytne po­su­nię­cie - przy­znał król Wła­dy­sław.

- Wtrąć go do wieży - ode­zwał się książę, który ser­decz­nie Za­wi­szy nie lu­bił.

- Naj­więk­szego szer­mie­rza eu­ro­pej­skiego? Krzyk się pod­nie­sie!

- Nie­któ­rym spra­wisz przy­jem­ność. Wtrąć go do wieży!

- Za co?

- Za zdradę. Po­wi­nien prze­by­wać tu, na twoim dwo­rze, a nie tam, przy nie­przy­ja­cielu na­szym.

Król na to po­wie­dział spo­koj­nie:

- Mnie Za­wi­sza po­trzebny jest tam.

Wi­told aż za­zgrzy­tał zę­bami.

- Rrry­cerz. Z za­sa­dami. Wszyst­kie ko­deksy i prze­pisy zna. Ho­norr­rowy. Pyszny...

- No, tro­chę dziwny - uspo­ka­jał stry­jecz­nego brata król Ja­giełło. - Ale można go wy­ko­rzy­stać, wierz mi... Ha­muj się, Wi­tol­dzie.

Wy­szli ubrani z łaźni, ja za nimi. A kiedy Ofa­nas ukło­nił się głę­boko, król na­gle przyj­rzał mu się z za­sta­no­wie­niem i ode­zwał się do Wi­tolda:

- Czy nie uwa­żasz, bra­cie, że ła­ziebny kró­lew­ski po­wi­nien być nie­mową?

Wi­tolda też to za­sta­no­wiło.

- Wy­rwij mu ję­zyk! - po­ra­dził na­tych­miast,

Ja­giełło zwró­cił się do ze­sztyw­nia­łego sługi:

- Sły­sza­łeś?

Ofa­nas tylko się ukło­nił.

- Wola Wa­szych Wy­so­ko­ści.

Wi­told po­ło­żył mu dłoń na ra­mie­niu i po­wie­dział do­bro­dusz­nie, jak o czymś mało waż­nym:

- To nie żarty, Ofa­na­sie.

- Ro­zu­miem, Wa­sza Wy­so­kość.

Król na to:

- To do­brze, że ro­zu­miesz. Pora na mszę.

- A ten? - spy­tał książę, wska­zu­jąc na mnie, któ­rym się skur­czył, jak­bym chciał pod zie­mię się za­paść.

- O nie - rzekł król z uśmie­chem - jego ję­zyk jest mi po­trzebny. - I do­dał po­waż­nie, co ja ro­zu­mia­łem, a książę chyba nie: - On jest mną. - I jesz­cze, cał­kiem nie­spo­dzie­wa­nie, z za­my­śle­niem: - A ja je­stem nim.

Książę po­wie­dział, że zgłod­niał, na mszę nie pój­dzie, woli na sute śnia­da­nie. Król, po chwili wa­ha­nia, zde­cy­do­wał:

- Ja jed­nak za­cznę od mszy.

Sługa szatny po­dał kró­lowi ak­sa­mitną kurtkę. Ale król od­mach­nął się.

- Nie, nie, to co za­wsze!

- Królu, dziś rada...

- To co za­wsze! - znie­cier­pli­wił się Ja­giełło.

Po­dano mu więc ko­żu­szek ba­rani, który król okrę­cił rze­mie­niem. Ba­ra­nią kuczmę trzy­mał w ręku. Wi­told ode­brał u war­tow­ni­ków swój pas i po­śpie­szył na śnia­da­nie. A my do na­stęp­nej izby, która była war­tow­nią. Sie­dzieli tu na ła­wach pod ścianą straż­nicy, kilku ku­cało na ziemi. Na wi­dok króla wy­pro­sto­wali się, a naj­star­szy po­zdro­wił go imie­niem wszyst­kich. Dwóch uprzed­nio wy­zna­czo­nych po­dą­żyło za kró­lem jako straż oso­bi­sta, ale on na­gle się za­trzy­mał, bo mię­dzy straż­ni­kami za­uwa­żył Hiń­czę z Ro­gowa, przy­ci­ska­ją­cego księgę do piersi.

- Hiń­cza! - za­wo­łał król.

Mło­dzie­niec pod­biegł i skło­nił głowę. Tylko z księgą, wi­dzia­łem, ja­koś nie wie­dział, co ro­bić: skryć ją czy trzy­mać swo­bod­nie.

- Wiesz - spy­tał król ci­cho - gdzie prze­bywa te­raz wie­lebny Sta­ni­sław Cio­łek?

- Kto? Cio­łek? - Hiń­cza był wy­raź­nie zmie­szany. - Ów, który...?

- Tak, ów, o niego py­tam. Wiesz czy nie?

- Pew­nie w Kra­ko­wie - bąk­nął nie­śmiało Hiń­cza.

- Nie uciekł więc?!

- Nie, królu, on nie uciek­nie.

- Przy­jaź­nisz się z nim? - spy­tał król.

Hiń­cza znów się za­wa­hał, ale król Wła­dy­sław nie miał wąt­pli­wo­ści.

- Przy­jaź­nisz się. Ty i Kra­ska, mój kan­ce­la­rzy­sta. Przy­jaź­ni­cie się, wiem o tym.

- Ce­nię so­bie jego umysł i zdol­no­ści - po­wie­dział Hiń­cza.

I szybko do­dał:

- Ale nie po­chwa­lam jego oby­cza­jów.

- Mniej­sza o to, co po­chwa­lasz, a czego nie. Naj­waż­niej­sze, że to twój przy­ja­ciel.

Hiń­cza mil­czał. Już nie chciał za­prze­czać.

- Spro­wa­dzisz mi tu swo­jego przy­ja­ciela! - ode­zwał się król. - Tu­taj, na Wa­wel, do mnie oso­bi­ście.

- Pod strażą? - spy­tał po­bla­dły Hiń­cza.

Wi­dzia­łem, że król zdu­sił uśmiech na twa­rzy.

- Tak, pod strażą. - I król gło­śno zwró­cił się do straży: - Ka­pi­ta­nie, czte­rech zbroj­nych dla pana Hiń­czy z Ro­gowa. Ma ważne po­le­ce­nie. - Pal­cem wska­zu­ją­cym tknął pierś mło­dego czło­wieka. - Wy­ko­nasz to!

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki