Królewski Wygnaniec - Fiona McIntosh

-
Proszę czekać

Prolog

Oblicze króla Ormonda było bardzo blade. Malował się na nim wyraz posępnej rezygnacji, jak u kogoś, kto wie, że zostało mu kilka godzin życia. A jednak gdy siedział na koniu i z pagórka obserwował pole bitwy, kipiała w nim złość. Zgrzytał zębami, patrząc, jak horda z równin bez trudu rozprawia się z żołnierzami, którymi dowodził. Jego uwagę przykuł jeden człowiek: wrogi wódz. Nawet z tej odległości łatwo było go wypatrzeć w bitewnym zamieszaniu - miał czystą skórę, podczas gdy pozostali wojownicy nosili na twarzach i ciałach charakterystyczne barwy plemienne. Z oddali nie dało się dostrzec rysów twarzy ani stwierdzić, ile może mieć lat, walczył jednak ze zwinnością i siłą mężczyzny w kwiecie wieku. Prowadził swoich ludzi na czele oddziału, dając wyraz swej zuchwałości i odwadze.

- Cóż za arogancja! - rzekł Ormond z nutką niedowierzania w głosie. - Czy jesteśmy aż tak żałośni, że nawet zbroja mu niepotrzebna? Niczego się nie boi?

- Panie - odparł znużonym tonem jeden z jego towarzyszy. - Myślę, że za czynami Loethara stoi coś więcej niż żądza zwycięstwa.

- Generale Marth, czego innego można pragnąć, idąc na wojnę? - spytał król wyzywająco, mierząc wzrokiem swojego doradcę.

Generał na chwilę zamilkł. Odwrócił wzrok i spojrzał na rzeź, a potem znów na władcę.

- Wasza Wysokość, ten człowiek nie chce ot tak zwyciężyć. Nie pragnie stworzyć nowej armii, rozbijając naszą, ani nawet przejąć jak największych terenów królestwa. Czuję, że chce wyłącznie upokorzyć przeciwnika. Pokazał Koalicji, że jego zasada to zabić każdego, kto wzniesie przeciwko niemu oręż. W jego sercu nie ma miejsca na litość.

Król pokręcił głową z udręczonym wyrazem twarzy.

- Muszę to powstrzymać. Upłynęło zbyt wiele czasu. On sieje zniszczenie od czterech księżyców. Dregon i Vorgaven podbite, a Cremond po prostu skapitulowało. - Mruknął z odrazą. - Pozostałe zaatakowane królestwa Koalicji upadły mimo wysłanych posiłków.

Generał wziął głęboki wdech, wyraźnie usiłując zachować spokój wśród dobiegających z dołu odgłosów konania.

- Jak już uprzednio sugerowałem, panie, nie jest tak, że prowadzi niezliczone rzesze wojowników, lecz wykorzystuje swą armię niezwykle przebiegle i intuicyjnie. W jego ataku na królestwa Koalicji nie zabrakło organizacji. Przeprowadził go strategicznie, my zaś nie okazaliśmy mu należnego szacunku. Winniśmy byli potraktować go poważnie, gdy tylko pojawili się jego ludzie. Należało wysłać nasze wojska, by wsparły Dregon i Vorgaven...

- Na miłość Lo, człowieku! Skoro nie wysłano wojsk z Penraven, to dlaczego my mieliśmy to robić? Brennus najwyraźniej sądził, że Ranuld utrzyma Vorgaven.

- Wszyscy jesteśmy sąsiadami, panie. Tworzymy Koalicję. Powinniśmy byli połączyć siły. Armia Penraven jest najliczniejsza, najlepiej wyposażona, ma najwięcej broni...

- Tak, ale mimo wszystko Brennus nic nie zrobił! Postanowił nie wysyłać swoich ludzi. Dlaczego? Bo ufał, że Ranuld uchroni swoje ziemie przed tą hałastrą.

Generał Marth znów odwrócił wzrok. Podobnie jak wcześniej król, bezwiednie kierował spojrzenie ku przywódcy bezwzględnej hordy, który właśnie zamachnął się mieczem i ciął po karku jednego z ich wojowników. Ujrzeli, jak z rany bucha spieniona krew, a nienasycony władca równinnych plemion bez walki odbiera kolejne życie. Generał odwrócił głowę, na jego twarzy malowała się świeżo podsycona wściekłość.

- Nie, panie. Valisarowie raczej nie ufają żadnemu z nas. Proszę o wybaczenie, wiem, że uważasz króla za przyjaciela, ale Brennus nie pomoże nikomu. Podejrzewam, że dostrzegł swój błąd, nadmierną pewność siebie, i wie, że Penraven rzeczywiście jest zagrożone. W takiej sytuacji my jesteśmy zbędni. Priorytetem zawsze było i będzie dla niego królestwo Penraven. Oszczędza ludzi na ostateczne starcie.

Król Ormond zmrużył oczy.

- Wysłał posiłki do Dregon, nawet...

Marth ze smutkiem pokręcił głową.

- Symboliczny gest, panie. Powinniśmy byli połączyć swoje armie, żeby przegnać tego dzikusa z naszych ziem. Tymczasem haniebnie daliśmy mu szansę na rychłe i wstrząsające zwycięstwo nad Dregon i Vorgaven; miał czelność nie tylko walczyć na dwóch frontach i dwóch granicach, ale zająć oba miasta. Jego ludzie to nie zwykły motłoch, panie. To wojownicy... i to wyszkoleni. Trzeba było go zdeptać, gdy tylko postawił stopę na ziemiach Koalicji.

- Wszyscy postanowiliśmy zaczekać i poznać jego zamiary.

- Nie wszyscy, panie - odparł generał Marth, lecz smutek złagodził gorycz w jego głosie. - Nasze działania nie były dość szybkie. Liczyliśmy na siebie nawzajem.

- Kto by jednak pomyślał, że mieszkańcy Cremond nie stawią najmniejszego oporu? Dlaczego? Czyżby chcieli, żeby rządził nimi jakiś plemienny zbir? - Marth potrząsnął głową, najwyraźniej nie znajdując usprawiedliwienia dla tej kapitulacji, choć w pozostałych królestwach Koalicji od dawna panowało przekonanie, iż władcy Cremond, zwykle trzymającego się na uboczu, często postępują wbrew oczekiwaniom. - Poza tym kto przy zdrowych zmysłach przemierza ten obszar i omija Barronel, by zająć jednocześnie Vorgaven i Dregon? To nie ma sensu.

- Tu nic nie ma sensu, bo właśnie taki był jego zamiar. Loethar bezustannie uderza z zaskoczenia. Gdybyśmy podjęli szybkie działania na początku, odcięlibyśmy mu drogę, zanim na dobre by na nią wkroczył. Tymczasem miał cztery księżyce na przyparcie nas do muru i przekonanie zadufanego w sobie Penraven, by czekało na rozwój wydarzeń. Nie myśleliśmy chyba, że nam podziękuje i wróci do domu?

- Brennus i ja sądziliśmy, że zechce zawrzeć układ. A teraz obaj jesteśmy wstrząśnięci jego zwycięstwem, bo nie przewidzieliśmy, że będzie chciał całej Koalicji.

- Nie wiem dlaczego, panie. Nie prosił o pozwolenie na przekroczenie granic. Czemu miałby chcieć usiąść z nami przy jednym stole i pertraktować? Pewnie nawet nie zna naszego języka! - Marth przez chwilę się wahał. Ale czy coś straci, jeśli w końcu głośno wypowie swoje zdanie? Kontynuował, pilnując się, by nie uderzyć w oskarżycielski ton: - Valisarowie zawsze twierdzili, że są niepokonani, i wątpię, by Brennus uważał inaczej. Nie widzisz, panie, że zrobił z nas mięso armatnie? Reszta Koalicji przyjęła na siebie cały impet wściekłości Loethara, ale i tak myślę, że barbarzyńca celowo zostawia największą i najlepszą część na koniec. Raczej nie obawia się Penraven. Wprost przeciwnie. Manipuluje Brennusem, utwierdza go w przekonaniu, że plemiona stracą zainteresowanie. Również dlatego Brennus nie wysłał całej armii Penraven, by walczyła u naszego boku. Mam wrażenie, że Loethar celowo udaje prymitywa, jak go wcześniej nazwałeś, a tymczasem wcale nie jest tępym, gruboskórnym zbójem, który nasycony wróci na równiny, gdy znudzą mu się łupy wojenne. Okazał się bystrym przeciwnikiem, a teraz, królu, jest gotów obalić nasze królestwo. Podziwiam go.

Ormond westchnął ciężko i zwiesił głowę.

- Daj sygnał do odwrotu, generale.

- Nie, królu. Nasi ludzie i tak zginą. Myślę, że woleliby umrzeć z bronią w ręku. Szlachetniej jest polec od ran w ferworze walki, niż błagając na kolanach o życie. Oto, co zrobił ten barbarzyńca w Vorgaven: powyrzynał ludzi długo po tym, jak ucichły odgłosy bitwy. Uważam, że nasi wojownicy powinni pójść przed oblicze Lo z okrzykiem walki na ustach.

Król z powagą na twarzy pokręcił głową.

- Ale ty jesteś generałem, a ja władcą. Mamy kierować się odwagą i być odważni do końca... oddawać życie za nasz kraj. Może niektórym z tych ludzi uda się uciec i przeżyć, by opowiedzieć o tym, jak Barronel walczyło do kresu sił. I choćby z tego powodu powinniśmy się poddać.

- Proszę, królu. Skoro to konieczne, zgińmy wszyscy, ale pozwól nam walczyć do ostatniej kropli krwi.

Ormond ponuro uniósł podbródek.

- Nie. Podczas koronacji złożyłem przysięgę, że nie pozwolę zginąć żadnemu ze swoich poddanych, jeśli zdołam temu zapobiec. Muszę wierzyć, że niektórzy z nich, choćby niewielu, przetrwają w chaosie odwrotu. Niech uciekają, próbując ocalić życie. Ale niech Lo mi dopomoże, generale Marth, krew Valisarów poleje się za tę zdradę. - Jego słowa zabrzmiały jak warknięcie. - Dać sygnał do odwrotu!

Loethar był cały we krwi wroga - może z wyjątkiem zębów. Wiedział jednak, że to się wkrótce zmieni. Choć jego kończyny pracowały zaciekle i bez wytchnienia, nie dając wrogom szans na zaczerpnięcie oddechu, w myślach już pił krew Ormonda, króla Barronel. Bo tylko Ormond stał na drodze do jego prawdziwego celu... Penraven.

Wszelkie przygotowania, trwające dwa lata, podjęto właśnie dla tej chwili, teraz tak bliskiej, że niemal czuł jej smak. Opłaciły się wszystkie te nieustanne ćwiczenia: wyrabianie wytrzymałości u żołnierzy, hodowla koni, magazynowanie żywności i wody w pobliżu głównej granicy Koalicji... Ale nic nie równało się jego przygotowaniom duchowym. Już dorastając, żywił się nienawiścią, odrazą, goryczą i wściekłością, które trzymał na wodzy i na których teraz oparł jednoczesny atak z zaskoczenia na dwa królestwa.

Nadmierna pewność siebie i rozbuchane ego Valisarów sprawiały, że ani przez chwilę nie wierzyli, że grozi im realne niebezpieczeństwo. Przynajmniej na początku. I właśnie dlatego Loethar na pozór nie stosował żadnej strategii ani wiedzy wojennej, przemierzając tereny Koalicji i niepotrzebnie, wręcz bezsensownie nadkładając drogi. Dopilnował, by jego ludzie zachowywali się jak krnąbrny motłoch, odesłał nawet czwartą ich część na główną granicę ziem Koalicji, tak aby wyglądało na to, że samowolnie wrócili na równiny, zaspokoiwszy żądzę krwi.

A potem stopniowo kazał im wracać z równin do pierwszych szeregów, zwykle pod osłoną nocy, biegiem, wraz z dzikimi psami. Szkolił je od szczenięcia, zabijając ich rodziców, tak aby znały wyłącznie zapach jego ludzi i tylko jemu ufały. Te psy były najbystrzejszymi zwiadowcami. Potrafiły przemierzać różne tereny, bezszelestnie się poruszać i wywęszyć nawet najlżejszy zapach wroga. Niejednokrotnie ostrzegały przywódców poszczególnych plemion, by zmienili kierunek i wrócili do głównej armii inną drogą. To przede wszystkim dzięki nim Vorgaven było przekonane, że musi stawić czoła trzem tysiącom ludzi, gdy tymczasem było ich niemal pięć tysięcy.

W ciągu tych czterech księżyców Loethar wielokrotnie udaremniał plany wroga, wroga, który tak mocno wierzył w siebie i, co gorsza, tak bardzo gardził hordą z równin, że w gruncie rzeczy sam się osłabił.

Loethar skrzywił się - żołnierz Barronel zdążył rozciąć mu mieczem nogę, nim zachwiał się i upadł. Na szczęście zwinny, inteligentny wierzchowiec wodza postąpił na bok, pozwalając mężczyźnie wtoczyć się pod nogi nadchodzących wojowników i kopyta innych koni. Ciało szybko zostało stratowane, tak że nie dało się rozpoznać twarzy. Loethar ledwie zwrócił uwagę na ranę; bolało, ale nie miał teraz czasu na ból. Mieczem torował sobie ścieżkę, siekł ciało i kości, zbliżając się do swej nagrody.

Wieść, że należy powalić wojownika bez koszuli i zbroi, musiała prędko się roznieść. Jednak w pobliżu zawsze byli Stracker i jego Zieloni, okrutniejsi niż reszta plemion.

Loethar ujrzał, jak głowa jednego z żołnierzy spada z szyi pod potężnym ciosem miecza Strackera. Powracający miecz odrąbał kolejnemu żołnierzowi rękę tuż nad łokciem. Wojownik gapił się na kikut, z którego buchała krew. Zawył z rozpaczy, drugą ręką sięgając po leżący na ziemi miecz.

- Trzeba przyznać, że jest odważny! - zawołał Loethar, gdy Stracker wbił oręż w nieosłonięty brzuch żołnierza, by go dobić.

- Musisz uważać na tych cwanych dwuręcznych, bracie! - krzyknął Stracker, wypracowanym ruchem podrzynając gardło kolejnemu mężczyźnie.

- Niedługo dadzą sygnał do odwrotu - odpowiedział mu Loethar, zataczając na koniu koło i zabijając przy tym dwóch ludzi.

- Nie ma szans. Myślę, że Barronel zamierza walczyć do ostatniej kropli krwi.

Loethar zmrużył oczy.

- Moja cudowna Trilla, którą stawiam przeciwko twojemu ogierowi, mówi, że dojdzie do tego, zanim zabijesz kolejnych sześciu wrogów.

Stracker uśmiechnął się, krzywiąc twarz lepką od krwi.

- Załatwione! Zawsze podobał mi się ten twój mały, śmiały konik.

- Jeszcze nie jest twoja, bracie.

- Ale będzie. Jeden! - krzyknął zadowolony z siebie, gdy kolejny żołnierz Barronel stracił życie. - Dwa - dodał, tnąc przez brzuch następnego.

Stracker doliczył do czterech, gdy Loethar wyraźnie usłyszał rozlegający się na polu bitwy sygnał odwrotu dla wojsk Barronel.

Stracker ryknął z niezadowoleniem, a Loethar roześmiał się, ale w głębi duszy mu ulżyło. Był zmęczony i wiedział, że pokrywająca jego ciało krew to nie tylko krew wroga. Sam również zebrał cięgi. Walczył zaciekle na przedzie awangardy i plecy wycofujących się sił Barronel - już znacznie przerzedzonych - stanowiły widok przyjemny dla oka.

- Otoczyć ich! - zawołał do dowódców plemion, próbując ukryć zmęczenie w głosie. - Zieloni dołączą do mnie, gdy będę przyjmował kapitulację od generała Martha. Czerwoni i Niebiescy, dopilnujcie, by byli przekonani, że po prostu liczymy, ilu ich zostało. Wszyscy zostaną zabici później.

- A król? - zapytał Stracker, podjeżdżając do niego, najwyraźniej wciąż niezadowolony z przegranego zakładu.

- Z królem Ormondem później napiję się osobiście. Oczywiście trafi przed oblicze swojego boga, nim ta noc upłynie, ale najpierw, Stracker... jesteś mi winny tego wspaniałego konia.

1

Czy będę w stanie to zrobić?, zastanawiał się, słysząc ko lejny jęk. Wiedział, że nie ma wyboru, jeśli ród Valisarów ma przetrwać.

Dwoje potężnych dębowych drzwi ozdobionych rodzinnym herbem dzieliło króla Brennusa od jęków i zawodzenia żony. Jej rozpaczliwe krzyki, choć stłumione, i tak go raniły. Wiedział, że jego piękna i ukochana Iselda nigdy nie będzie musiała mu wybaczyć, bo nigdy się nie dowie, jak bezlitosne miał zamiary wobec własnego potomka. Spojrzał na swojego zaufanego legata i spuścił wzrok, kręcąc głową. Wszyscy, łącznie z królem, służyli koronie i pełniąc tę służbę, będzie musiał pokazać żonie martwe ciało noworodka, by ochronić królestwo.

- Wcale nie jest łatwiej tego słuchać przy każdym kolejnym porodzie, de Vis - żalił się.

De Vis skinął głową ze zrozumieniem; sam stracił żonę krótko po narodzinach synów.

- Pamiętam krzyki Eril, jakby to było wczoraj. - Po czym pośpiesznie dodał: - Oczywiście ból minie, panie, gdy królowa weźmie dziecko w ramiona.

Obaj unikali rozmowy o tym, co miało nastąpić - zabiciu nowo narodzonego dziecka oraz groźbie, że królestwo zmierza ku upadkowi.

Brennus zasępił się.

- W tej kwestii masz rację, ale martwię się o wszystkie nasze dzieci, de Vis. Moja żona wydaje właśnie na świat kolejnego syna, który może nie dożyć pierwszych urodzin.

- To dlatego twój plan jest tak dobry, Wasza Wysokość. Nie możemy pozwolić, by Loethar zyskał dostęp do mocy.

- O ile moc w ogóle w tym pokoleniu jest dostępna. Leo na razie nie wykazuje oznak... a Piven... - Król zamarł, gdy ich szepty przerwał kolejny udręczony wrzask.

De Vis nie odezwał się, kiedy jednak na powrót zapadła cisza, spokojnie powiedział:

- Nie mamy pewności. Leo jest młody, jego moc jeszcze może się ujawnić, a kolejny książę może być nią przepełniony. Nie możemy ryzykować, że któreś z dzieci wpadnie w ręce wroga. Jeśli zaś chodzi o Pivena, Wasza Wysokość, to nie płynie w nim twoja krew. Dobrze wiemy, że jest nie w pełni władz umysłowych, panie, nie mówiąc już o mocy.

Grobowa mina króla świadczyła o tym, że zgadza się ze słowami legata i podjął już decyzję. Mimo wszystko potwierdził ją na głos, jak gdyby potrzebował usprawiedliwienia dla swojego straszliwego planu.

- Ochrona dziedzictwa Valisarów to mój obowiązek. Nie można dopuścić, by zawładnął nim ktoś spoza rodu, kto je zbezcześci. Mam nadzieję, że na kartach historii nie zapiszę się jako morderca, a za takiego mnie uznają, jeśli prawda wyjdzie na jaw. Czy wszystko jest już gotowe?

- Zgodnie z twoimi instrukcjami - odparł de Vis.

Brennus zauważył, że legat zaciska zęby. De Vis równie głęboko jak on przeżywał rozpacz na myśl o tym, co mieli za chwilę zrobić.

- Twoi chłopcy... - mruknął król, ale zabrakło mu słów.

De Vis ani drgnął.

- Są całkowicie lojalni i wypełnią swoją powinność. Wiesz o tym.

- Oczywiście, że wiem. Znam ich jak własnych synów, ale są za młodzi, by powierzyć im aż tak niebezpieczne zadania. Sam sobie zadaję pytanie: a czy ty byłbyś w stanie to zrobić? Czy byłbym w stanie? A oni?

Oblicze legata pozostało niewzruszone.

- Muszą. Sam to powiedziałeś. Moi synowie nie zawiodą Penraven.

Brennus spochmurniał.

- Mówiłeś im już coś?

De Vis pokręcił głową.

- Dopóki nie nadejdzie pora, im mniej osób wie, tym lepiej. Poza tym byłoby dobrze, gdybyś sam wydał instrukcje, Wasza Wysokość.

Brennus drgnął, gdy zza drzwi do nasłonecznionego korytarza, w którym rozmawiali, dobiegł kolejny krzyk, a po nim niski jęk. Porzucił kamienną balustradę, o którą do tej pory się opierał, i zajrzał do przedsionka prywatnych komnat królewskich. Odetchnąwszy głęboko, wciągnął do płuc zapach wawrzynka, który królowa osobiście zasadziła w doniczkach zawieszonych w łukowatych przejściach. Przeciągłym, pełnym smutku wzrokiem powiódł po rozświetlonych ogrodach poniżej, takich pięknych dzięki jej opiece. Starania o dziedzica przerodziły się dla nich w wyniszczającą podróż przez poronienia i rozczarowania. A wtedy pojawił się Leo i jakimś cudem przeżył, i świetnie się rozwijał. Jednak zarówno Brennus, jak i Iselda wiedzieli, że jeden dziedzic nie wystarczy, dlatego jeszcze trzykrotnie cierpieli rozdzierającą serce stratę, gdy kolejne dzieci umierały w łonie matki.

Regor de Vis jakby czytał Brennusowi w myślach.

- Nie martw się o Pivena, Wasza Wysokość. Jeśli barbarzyńca sforsuje nasze mury, wątpię, czy w ogóle spojrzy na twojego adoptowanego syna.

Brennus miał nadzieję, że jego legat się nie myli. Wiedział, że Piven przyszedł na świat w ciszy i od tej chwili przeważnie milczał. Ostatnimi czasy dziwne odgłosy, rozbrajające uśmiechy i nieprzebrane pokłady czułości dawały pozostałym do zrozumienia, że Piven słyszy dźwięki, choć nie potrafi porozumiewać się jak wszyscy.

A teraz pojawiło się kolejne dziecko, które jakimś cudem nadal żyło, a jego serce było silne i zawzięte niczym skrzydlaty lew, od którego wywodziła się historia rodu. Jeszcze sześć księżyców temu byli tacy podekscytowani i tak wiele się spodziewali. Lecz teraz wszystko się zmieniło.

Powiał złowrogi wiatr ze wschodu, gdzie pewien ambitny, pomysłowy watażka zjednoczył hołotę tworzącą plemiona, które wiodły trudne życie na nieurodzajnych równinach. Kiedy z Dregon nadeszły wieści o atakujących barbarzyńcach, przyjęto je niemal z rozbawieniem. Gdy podobne pismo wysłano z Vorgaven, zdawało się to niewiarygodne.

De Vis naprawdę potrafił czytać w jego myślach.

- Nie pojmuję, jak coś, co potraktowaliśmy jako zwykłą potyczkę, mogło się rozrosnąć do takich rozmiarów.

- Wierzyłem, że każdy samodzielnie zwycięży ze zwykłym plemiennym awanturnikiem!

- Nasza wiara okazała się błędem, panie... podobnie jak przekonanie o sile Koalicji. Nie powinno dojść do czegoś takiego. Co gorsza, nie przygotowaliśmy na to ludzi. Tylko dzięki pogłoskom zasłyszanym od krewnych czy handlarzy z innych królestw wiedzą, że Vorgaven upadło, Dregon zostało zmiażdżone, a tchórzliwe Cremond nawet nie pisnęło, lecz po prostu oddało władzę. Jestem pewien, że bardzo nieliczni wiedzą o straszliwym położeniu, w jakim znalazło się Barronel.

Przez twarz Brennusa przebiegł grymas.

- Ormond mógł wytrzymać.

- Tylko gdybyśmy już dawno wysłali mu posiłki, panie. Upadnie, a kiedy my zaczniemy przygotowywać się do walki, nasi poddani poznają prawdę.

Król wyglądał na załamanego.

- Ani przez chwilę nie wierzyli, że Penraven mogłoby upaść. Mamy mnóstwo żywności, a nasza armia jest dobrze wyszkolona i wyposażona. Na gniew Lo, przecież to plemienny zbir na czele plemiennego motłochu! - Nie chciał wierzyć, że sytuacja jest beznadziejna, lecz zdawał sobie z niej sprawę. Nie miał wyboru. - Wezwij Gavriela i Corbela - rzekł ze smutkiem.

De Vis skinął głową, obrócił się na pięcie i zostawił króla pogrążonego w ponurych myślach. Kilka minut po odejściu legata Brennus usłyszał znajomy, silny krzyk noworodka. Urodził mu się kolejny syn. Chwilę później starsza akuszerka cicho wyłoniła się zza drzwi. Dygnęła nisko, niosąc w ramionach kwilące zawiniątko w miękkim płótnie. Kiedy jednak spojrzała na króla, na jej twarzy zamiast zachwytu malowało się przerażenie.

- Słyszałem jego wojenny okrzyk - rzekł król, bezskutecznie próbując złagodzić napięcie. Zmarszczył brwi na widok przerażonej miny kobiety, która zgarbiona podeszła do niego na palcach z cennym zawiniątkiem. - Coś nie tak z moją żoną? - spytał, a przez jego ciało przebiegł dreszcz strachu.

- Ależ skąd, Wasza Wysokość. Oczywiście, królowa jest zmęczona, ale dojdzie do siebie.

- To dobrze. Pokaż mi w takim razie mojego nowego syna - rzekł Brennus, siląc się na szorstki ton. Serce mu topniało, gdy spojrzał na drobne rysy dziecka i jego zaciśnięte powieki. Niemowlę ziewnęło, król zaś poczuł, jak natychmiast zalewa go fala miłości. - Jeszcze niezbyt krzepki, ale i tak przystojny - powiedział, szczerząc zęby w uśmiechu pomimo ponurego nastroju. - Ciemnowłosy jak prawdziwy Valisar. - Nie był w stanie ukryć przepełniającej go dumy.

Akuszerka odezwała się głosem ledwie głośniejszym od szeptu.

- Panie, to... to nie jest chłopiec. Zostałeś obdarowany córką.

Brennus popatrzył na nią, jakby nagle zaczęła bełkotać.

Pośpiesznie, pełnym obawy szeptem mówiła dalej.

- Prześliczna, muszę jednak uprzedzić, że słabowita, gdyż urodziła się za wcześnie. Dziewczynka, panie - szepnęła z zachwytem. - Ile to już minęło?

- Pokaż - zażądał Brennus, zaciskając zęby, by nie okazać strachu. Kobieta wykonała polecenie i nie miał już wątpliwości: spłodził córkę. Zawinął ją z powrotem w płótno, spojrzał posępnie i porozumiewawczo na starą akuszerkę, tak wiekową, że i jego powitała na świecie niemal pięć dekad temu. Znała ród Valisarów i wiedziała, co oznacza taki noworodek. Jak bardzo może się jeszcze pogorszyć ta sytuacja?, zastanawiał się, nagle mając mętlik w głowie.

- Obawiam się, że może nie przeżyć, panie.

- Zabieram ją do kaplicy - powiedział, pomijając milczeniem obawy kobiety.

Ich uwagę przykuł Piven, który nagle przybiegł w podskokach. Jego ciemne, kręcone włosy były potargane jak zwykle, a równie ciemne oczy rozbłysły z zachwytu na widok ojca. Ale Piven wszystkich witał tak samo; dla niego nie miało znaczenia, czy to mężczyzna, czy kobieta, król czy dworzanin. Każdy był przyjacielem wartym rozanielonego, bezmyślnego powitania. Brennus czule pogłaskał upośledzonego syna po głowie.

Akuszerka próbowała protestować.

- Ale królowa nawet nie miała okazji na nią popatrzeć. Powiedziała...

- Nie interesuje mnie, co powiedziała. - Brennus wyciągnął ręce po dziecko. - Daj mi ją. Chcę potrzymać pierwszą od wieków valisarską księżniczkę. Zaniosę ją prosto do kaplicy, żeby została pobłogosławiona na wypadek, gdyby odeszła. Moja żona zrozumie. Powiedz jej, że niedługo wrócę do niej z naszą córką.

Nie czekał na odpowiedź kobiety. Tuląc córeczkę, osłonił ją swoim płaszczem, jak gdyby była drżącym płomieniem, który w mgnieniu oka może zgasnąć, i ruszył niemal biegiem w kierunku królewskiej kaplicy Penraven, a za nim podążył jego roześmiany i klaszczący pięcioletni syn. Król wszedł do środka i zaryglował drzwi. Oddychał szybko i płytko, a strach, który wcześniej odczuwał jako mrowienie, teraz buzował niczym pożar w całym jego ciele.

Nadszedł duchowny, który natychmiast został przepędzony. Chwilę później rozległo się pukanie do drzwi i stanął w nich de Vis wraz z synami. Spojrzenia bliźniaków były czujne, choć stanowcze. Byli już dość wysocy, by stać ramię w ramię z ojcem niczym jego strażnicy, uderzająco do siebie podobni, choć jednocześnie wyraźnie różni. Skłonili się nisko swemu władcy, Piven zaś powtórzył ich gest. Mimo że ani Gavriel, ani Corbel nie wiedzieli, co ich czeka, najwidoczniej ojciec powiedział im, że każdy z nich ma do wykonania wyjątkowe zadanie.

- Zaryglujcie drzwi - nakazał Brennus, kiedy weszli do kaplicy.

Wystarczyło, żeby de Vis spojrzał na jednego z synów, i polecenie zostało wykonane.

- Jesteśmy sami? - zapytał króla, gdy Corbel umieścił ciężką zasuwę na miejscu.

- Tak, jesteśmy bezpieczni.

De Vis patrzył, jak król podnosi kwilące zawiniątko zza jednej z kościelnych ław, a jego synowie zmarszczyli brwi w lekkim zakłopotaniu, lecz nie odezwali się ani słowem. Wstrzymał oddech, usiłując zwalczyć niechęć do wykonania planu. Nie mógł uwierzyć, że to się dzieje naprawdę i że wraz z królem postanowili włączyć w to chłopców. A jednak nie było innego wyjścia, nie było komu zaufać.

- To moje nowo narodzone dziecko - powiedział Brennus. Nie zdołał ukryć drżenia w głosie.

Na twarzy legata pojawił się smutny, choć szczery uśmiech.

- Gratulacje, panie.

Dziecko było wśród nich, a więc plan już się urzeczywistniał. De Vis poczuł ciężar własnego strachu na myśl o odpowiedzialności, jaką wraz z królem musieli obarczyć jego synów. Ten lęk niczym kamień przecisnął się przez gardło i uwierał, sprawiał ból gdzieś na dnie żołądka. Czy ci młodzi mężczyźni - ciągle tacy młodzi, że ich wysiłki, by zapuścić brodę i wąsy, budziły śmiech - będą w stanie wykonać plan, który wraz z królem opracował w ciągu ostatniego księżyca? Kiedy tylko stało się oczywiste, że Koalicja ugnie się pod naporem grabieżczej armii Loethara...

Muszą to zrobić. Musiał wierzyć, że jego synowie będą dostatecznie odważni i zrozumieją wagę powierzonych im zadań.

De Vis uświadomił sobie, że zapadła pomiędzy nimi czterema niezręczna cisza, przerywana jedynie trzepotem skrzydeł uwięzionego w kaplicy wróbla, który rozpaczliwie fruwał pod sufitem, obijając się o drewno i kamień w poszukiwaniu wyjścia. Nieopodal Piven również trzepotał rękami z obojętnym, nieobecnym wyrazem twarzy.

De Vis wyobrażał sobie, że król musi czuć się jak ten wróbel - uwięziony, lecz wbrew wszelkiej nadziei wierzący, że znajdzie się wyjście, które pozwoli niemowlęciu przeżyć. Ale takiego wyjścia nie było. Zebrał w sobie odwagę, miał bowiem pewność, że rozpacz na twarzy Brennusa oznacza narastające z każdą chwilą zwątpienie.

- Gavrielu, Corbelu, król Brennus chciałby powiedzieć wam o planie tak ważnym, że nie możemy ryzykować, iż pozna go ktokolwiek spoza naszej czwórki. Nikt nie może się dowiedzieć... rozumiecie?

Obaj chłopcy spojrzeli na ojca i pokiwali głowami. Piven stanął pośród nich i popatrzył na każdego, błogo uśmiechnięty.

- Zdecydowałeś już, jak rozdzielimy zadania? - zapytał Brennus, odchrząknąwszy.

- Gavriel zajmie się Leo, panie. Corbel... - Zawahał się w obawie, że głos mu się załamie. Również odchrząknął. - On...

Brennus pośpieszył z pomocą.

- Potrzymaj ją, Corbelu. To nowa księżniczka Penraven. Nie wyobrażam sobie groźniejszego potomka. Niechętnie zrzucam na ciebie tę straszliwą odpowiedzialność, lecz twój ojciec wierzy, że sobie poradzisz.

- Dlaczego jest groźna, panie? - spytał Corbel.

- To pierwsza od wieków córka Valisarów, jedyna, która mogłaby się okazać na tyle silna, by przeżyć. Wszystkim, które do tej pory się urodziły, rzadko udawało się przetrwać choćby godzinę. - Brennus ze smutkiem wzruszył ramionami. - Nie możemy dopuścić, by znalazł ją ten tyran Loethar.

De Vis współczuł synowi. Widział, że już pierwsze słowa króla zmroziły Corbela, lecz miał także świadomość, że Brennus nie chce mówić wprost.

Zdał sobie sprawę, że król odchodzi od zasadniczego problemu i już zwraca się do Gavriela.

- ...musisz zaopiekować się Leo. Nie mogę zostawić Penraven bez dziedzica. Obawiam się, że jako najstarszy syn oraz następca tronu musi stawić czoła wszystkiemu, co go czeka. Nie mam jak go przed tym ustrzec, choć Leo jest jeszcze taki młody.

Gavriel skinął głową i ojciec wiedział już, że syn zrozumiał.

- Twoja córka, panie, nie będzie musiała stawić czoła tyranowi. Czy dobrze rozumiem, Wasza Wysokość... że ją możemy ustrzec przed tym, czego nie możemy oszczędzić księciu?

De Visowi pękało serce. Będzie dumny ze swoich chłopców. Po raz tysięczny czuł żal, że jego żona nie żyje i nie może ich zobaczyć. Żałował, że nie było jej dane widzieć, jak Gavriel potrafi ł przewodzić, a choć przez to Corbel wydawał się słabszy, wcale taki nie był. Był raczej gotowy podjąć największe ryzyko, mimo że rzadko dzielił się przemyśleniami. Gavriel mówił za nich obu i teraz, wyświadczając wszystkim przysługę, wypowiedział na głos to, co nie przeszło przez gardło królowi i o co nie zapytał Corbel.

- Zgadza się - odpowiedział Brennus starszemu z bliźniaków. - Możemy uchronić przed nim księżniczkę. Nie musi stawiać czoła Loetharowi. Zawiodłem swoje królestwo, bo wierzyłem, że jesteśmy niezwyciężeni. Nikt jednak nie jest niezwyciężony, chłopcy. Nawet ten barbarzyńca. Teraz jest silny, napędza go własny sukces - sukces, do którego niepotrzebnie dopuściłem - ale i jego przepełni kiedyś wysokie mniemanie o sobie, poczucie, że jest niezwyciężony. Muszę pozwolić, by to następne pokolenie zdecydowało, kiedy nadejdzie czas, by go obalić.

- Przegramy z Loetharem, panie? - spytał Gavriel.

- Możliwe - usłyszał wymijającą odpowiedź króla. - Ale przynajmniej możemy zrobić coś dla księżniczki. Oszczędzić jej jego gniewu. - Głos mu się załamał, gdy wypowiadał ostatnie słowo, po czym pogłaskał ją po ciemnej czuprynce, tak niepodobnej do włosów Iseldy i Leo.

- A co z Pivenem? - dopytywał Gavriel.

Wszyscy czterej spojrzeli na chłopca.

- Próbuję nie zamartwiać się o to dziecko - odparł Brennus. - Każdy widzi, że jest nieszkodliwy. Poza tym nie płynie w nim nasza krew - dodał, z zakłopotaniem spuszczając wzrok. - Jeśli coś mu się stanie, nawet nie będzie tego świadomy, a jeśli przeżyje, w jego wewnętrznym świecie nic się nie zmieni. I tak zachowuje się, jakby go wśród nas nie było. Jestem gotowy założyć, że barbarzyńca nie zwróci na niego uwagi.

De Visowie zgodnie pokiwali głowami, choć ciężko było stwierdzić, czy mu uwierzyli.

- Królowa, hm... - Gavriel patrzył to na króla, to na ojca.

- O niczym się nie dowie - powiedział de Vis stanowczo. - Wystarczy, że większość z nas i tak umrze. Możemy jej tego oszczędzić.

- Umrze? - spytał Gavriel z przerażeniem. - Przecież możemy zabrać stąd króla i królową, przepłynąć z Leo i dzieciątkiem przez ocean do...

- Nie, Gav. Nie możemy - przerwał mu ojciec. - Król nie opuści swojego ludu, uczyni to, co powinien, a ja pozostanę u jego boku. Będziemy walczyć do ostatniej kropli krwi, a jeśli polegniemy, to wszyscy, królowa również. Nie możemy jednak narażać życia królewskich dzieci.

Brennus ponownie podjął temat, ku uldze de Visa.

- Nikt nie postrzega Pivena jako dziedzica tronu ani jako zagrożenia. Leo, mimo ryzyka, że tyran odnajdzie go, będzie torturował, znieważał i wyzyskiwał, u twojego boku ma szansę na zwycięstwo w walce, Gavrielu. Moja córka nie może wpaść w ręce Loethara.

Po tych słowach zapadła przerażająca cisza. Przerwał ją Corbel, z zakłopotaniem odwróciwszy wzrok od wpatrzonych w niego ciemnych oczu dziecka, które trzymał na rękach.

- Powiedzcie mi, co mam zrobić - odezwał się.

Król westchnął i zawahał się. De Vis położył mu dłoń na ramieniu, dodając odwagi, by wreszcie powiedział, co miał do powiedzenia.

- Moja córka musi dziś umrzeć.

Corbel stał samotnie z maleńkim noworodkiem, bojąc się choćby odetchnąć. Prawdę mówiąc, nie był pewien, czy dziewczynka nadal oddycha, i przez chwilę miał nadzieję, że sama przestała. Jednak jej maleńkie paluszki się poruszyły i wiedział, że z uporem trzyma się życia.

Nie osądzał decyzji króla. Zdawał sobie sprawę, że choć ten straszny obowiązek przysparza jemu samemu tyle cierpienia, to król, wydając rozkaz, musiał cierpieć podwójnie. Domyślał się, dlaczego ojciec sądził, że Corbel lepiej niż Gavriel poradzi sobie z tym bezlitosnym żądaniem: spodziewał się, że to właśnie jemu, Corbelowi, uda się wyprzeć poczucie winy w jakiś odległy zakamarek duszy, być może nawet na zawsze je gdzieś odizolować i nigdy o nim nie myśleć ani go nie wspominać. Corbel wiedział, że wydaje się wyobcowany, zdolny do takiego wysiłku, lecz w rzeczywistości było inaczej.

Zawinięta w miękkie królewskie płótna dziewczynka delikatnie poruszyła się w jego ramionach. Już czas. Rachunek sumienia nie pomoże wykonać zadania; odpowiedzialność spoczywa wyłącznie na nim.

Po prostu to zrób, poganiał sam siebie. Zostaw obwinianie się na później. Miał przekazać martwe dziecko ojcu Briarowi, który z kolei miał je zabrać do króla i umożliwić królowej pożegnanie. Tymczasem legat czekał na niego w spiżarni, by wskazać mu drogę ucieczki. Nikt nie powiąże jego osoby ze śmiercią dziecka. Chciał odpowiednio pożegnać się z Gavrielem, ale ani władca, ani nawet ojciec nie dali im na to czasu.

Uniósł połę zawiniątka i chowając w niej na chwilę twarz, w myślach odmówił modlitwę. Łzy rzadko gościły w oczach Corbela, ale choć ciało nie zdradziło jego uczuć, rozpaczał, zakrywając kocykiem twarz śpiącego, słabiutkiego dzieciątka, i błagał Lo, by wszystko poszło szybko. Próbował nie myśleć o niczym, gdy dociskał płótno, lecz nie mógł odpędzić myśli o Gavrielu. Jak brat ma ochronić Leo? Czy przeżyją nadchodzące natarcie? Pewnie nigdy się nie dowie; wysyłali go gdzieś daleko, bardzo daleko... i nie wiedział, czy kiedykolwiek wróci. Czuł, że nie może się z tym pogodzić, a jego rozpacz zaczęła mieszać się z gniewem, kiedy już wyprawił niemowlę na tamten świat.

* * *

Gavriel de Vis patrzył, jak ojciec odchodzi z jego bratem. Bliźniacy zdążyli tylko spojrzeć sobie w oczy, jednak w tym jednym spojrzeniu Gavriel wyczytał całą prawdę o okrutnym czynie, jaki miał się dokonać. Od chwili gdy poznali plan króla, Gavriel gardził Brennusem, który postawił ich w sytuacji bez wyjścia. Król chyba to wyczuł, bo zatrzymał go, kiedy zostali sami.

- Możemy zamienić słówko, Gavrielu?

- Oczywiście, Wasza Wysokość - odparł obojętnie.

- Poprosiłem cię dziś o wiele.

- Poprosiłeś mnie po prostu o opiekę nad Leo, panie, a to żaden dylemat. Lecz prośba wobec mojego brata to coś zupełnie innego. Coś, co jeśli wybaczysz mi szczerość, panie, zdruzgotałoby każde sumienie. - Był dumny, że powiedział aż tyle.

- Rozumiesz, że nie mogłem zrobić tego osobiście?

- Nie wiem, czy w ogóle coś z tego rozumiem, Wasza Wysokość. Ale zaopiekuję się Leo zgodnie z życzeniem mojego króla i żądaniem ojca.

- Wiem, że będziesz go chronił za cenę własnego życia.

- Oczywiście. Jest następcą tronu.

- Muszę ci jeszcze o czymś powiedzieć. To delikatna sprawa, ale z nikim innym nie mogę się tym podzielić.

Gniew Gavriela ustąpił miejsca konsternacji.

- Cokolwiek powiesz, panie, zostanie między nami.

- Z nikim innym, Gavrielu. To informacja wyłącznie dla ciebie; nie dla twojego ojca, brata czy kogokolwiek innego. Nawet dla Leo. Powierzam ogromny sekret wyłącznie tobie. Proszę, byś przyrzekł, że będziesz milczał.

Gavriel zmarszczył brwi.

- Dobrze, Wasza Wysokość. Przysięgam, że będę milczał. Cokolwiek usłyszę, pozostanie między nami.

- Ale nie tutaj - powiedział król. - Wezwę cię. Przyjdziesz do mojej komnaty. Teraz muszę się udać do mojej ukochanej żony. Czekaj na wiadomość ode mnie.

Gavriel, zdumiony, złożył ukłon.

W komnacie, gdzie królowa odzyskiwała siły, przebywali najróżniejsi służący i urzędnicy, na których obecność nalegał król. Atmosfera była chłodna, niezręczną ciszę mąciły jedynie odgłosy nieśmiałego szurania czy pokasływania rozbrzmiewające na tle żałobnego bicia dzwonu. Tylko Piven był ożywiony i pogodny, łagodnie głaszcząc matkę po włosach. Nucił przy tym coś niemelodyjnie, nikt jednak nie był w stanie rozpoznać piosenki.

- Powiedz mi jeszcze raz, Hano, dlaczego moje nowo narodzone dziecko nie leży przy mojej piersi i dlaczego nie możesz znaleźć mojego męża? - wypytywała Iselda z twarzą bladą z wysiłku i zmartwienia.

Hana zakrzątnęła się wokół narzuty królowej i wcisnęła do rąk swej pani ciepłe mleko z winem imbirowym i miodem.

- Słyszałam, że król już idzie, Wasza Wysokość. A teraz błagam, wypij to bez grymaszenia. Musisz odzyskać siły.

W niespotykanym napadzie złości Iselda cisnęła kubkiem przez całą komnatę, a jego zawartość rozbryznęła się na wszystkie strony. Piven, wyraźnie zachwycony, rozsiadł się wygodnie, Hana zaś drgnęła ze zdumienia. Kubek roztrzaskał się o kamień, a jego zawartość wsiąkła w drewno pod ziołami rozsypanymi na podłodze. Gorący płyn natychmiast rozsiał wokoło słodki aromat lawendy, mięty i rozmarynu.

- Nie będę niczego piła, jadła i nie odezwę się ani słowem, dopóki nie dostanę z powrotem swojej córki. Znajdź ją! Słyszysz? - krzyczała królowa, zakrztusiwszy się przy ostatnich słowach, gdy do oczu napłynęły jej łzy. Piven z powrotem zaczął głaskać matkę po włosach, jak gdyby zupełnie nic się nie stało.

- Słychać cię w całym zamku, ukochana - rzekł Brennus, który wreszcie pojawił się w komnacie. Hana wyraźnie odetchnęła na widok wysokiego, ciemnowłosego króla, którego brodę upstrzyły ostatnio nowe srebrne nitki, którego niegdyś szerokie ramiona teraz jakby się zapadły i którego śmiech, dawniej rozbrzmiewający wśród ścian Brighthelm, teraz był jedynie odległym echem.

- Brennus! - Iselda złapała go za ręce, gdy przy niej usiadł. Piven wskoczył na kolana ojca. Królowa przyjęła delikatny pocałunek, który Brennus złożył na jej policzku, świadoma, że nie są sami, i odsunęła się, próbując wyczytać cokolwiek z jego twarzy. Odpowiedź odnalazła w ułożeniu ust i w oczach, w których krył się ból. Mimo wszystko zapytała:

- Gdzie jest nasza córka? Dlaczego bije ten żałobny dzwon?

- Iseldo... - zaczął łagodnie Brennus. Taki żal w jego głosie był dla niej niczym cios. Strumień łez spłynął po jej policzkach i pomiędzy palcami, które przycisnęła do ust, by nie wyć z bólu. - Nasze dziecko zmarło wkrótce po porodzie - dokończył. - W moich ramionach.

Iselda powoli kręciła głową, powtarzając słowo "nie" pośród jego łagodnych słów.

Brennus wytarł oczy i kontynuował mimo jej protestów.

- Żadnej z naszych córek nie udało się przeżyć. Można by odnieść wrażenie, że ród Valisarów sam się broni przeciwko żeńskiej linii, ale przecież już o tym wiesz, ukochana. - Wziął ją za ręce, ścisnął je i delikatnie całował. - Przyrzekam, kochanie, że nie cierpiała. Po prostu zasnęła, gdy ojciec Briar błogosławił ją świętym olejkiem. Usłyszała swoje imię i jestem też pewien, że usłyszała, jak mówiłem, że kochamy ją z całego serca.

Iselda bezgłośnie poruszyła wargami. W niezręcznej ciszy nadal rozbrzmiewał dźwięk żałobnego dzwonu.

Brennus kontynuował.

- Wiedziałem, że może się tak stać, i dlatego ją od ciebie zabrałem, kochana. Chciałem, żeby została pobłogosławiona, zanim... zanim... - Nie był w stanie dokończyć, głos zaczął mu się łamać.

- Zanim jej duszę porwie diabeł? - spytała Iselda, nagle surowym tonem. Jej policzki były mokre od łez. - Naprawdę wierzysz, że Lo pogardziłby taką maleńką, piękną i nieskazitelną istotką i ją odrzucił? Czy ten bóg, którego czcimy i w którym pokładamy całą naszą ufność, jest naprawdę aż tak okrutny, by nie tylko zamordować moje dziecko, ale i nie przyjąć jego duszy do nieba? - Jawna nieczułość męża sprawiła, że głos królowej przeszedł w syczący pisk. Doskonale zdawała sobie sprawę, że nie powinna okazywać emocji w obecności służby pałacowej, jednak już o to nie dbała. Lo dał jej tylko troje dzieci, które mogła kochać: jedno z nich było karykaturą człowieka, a jedyna córeczka zmarła w kilka godzin po przyjściu na świat. Drogi Leonel, ich ostatnia nadzieja, był właściwie skazany na śmierć. - Może to właśnie nasza dziewczynka miała szczęście, skoro Lo powołał ją do siebie. Gdzie jest Leo? Czy on wie? - spytała błagalnym tonem, teraz już łagodniej.

Król na chwilę przymknął zaczerwienione powieki.

- Jest z nim teraz de Vis, ale to Gavriel z nim zostanie.

- Dobrze - powiedziała z ulgą, uśmiechając się do Pivena przez łzy. - Leo kocha tę rodzinę jak własną - dodała w zamyśleniu i załkała cicho.

Król odchrząknął, podnosząc wzrok na osobistego doradcę królowej, nadgorliwie krążącego w pobliżu. Freath był dobrym człowiekiem, nieco od niego starszym, i choć nie można było go nazwać przystojnym, jego oschły, powściągliwy sposób bycia miał w sobie coś zagadkowo atrakcyjnego.

- Myślę, że już sobie poradzimy, Freath. Możecie zostawić nas samych.

- Tak, panie - odparł mężczyzna. - Hm, ojciec Briar czeka.

Król skinął głową, czekając, aż służba znajdzie się za drzwiami po wyszeptanym przez Freatha poleceniu.

- Dlaczego tych ludzi wpuszczono do mojej komnaty? Rozumiem obecność medyka Masera, ale po co byli tu inni? - zapytała Iselda ze łzami w oczach. Naliczyła około ośmiu osób, które właśnie wyprowadzał Freath.

- Muszę być z tobą szczery, najdroższa. Nie miałem pojęcia, jak zareagujesz. Chciałem, żeby znaleźli się tu różni ludzie, którzy będą mogli pomóc w zależności od tego, co się stanie. Jak zawsze jednak zadziwiłaś mnie swoją dzielnością.

Patrzyła, jak Brennus przytula ich otępiałego chłopca do piersi i wdycha zapach jego świeżo umytych włosów. Cieszyła się, że Piven nie może pojąć, co się tu wydarzyło.

- Wcale nie czuję się dzielna, Brennusie, i wiem, że prawdziwe cierpienie jeszcze nie nadeszło. Na razie jestem zbyt odrętwiała.

Brennus skinął głową, łącząc się z nią w bólu.

- Jeśli nie chcesz zobaczyć naszej córeczki, nie musisz tego robić, ale kazałem ją przynieść z kaplicy. Ojciec Briar czeka za drzwiami.

- Przyniósł ją tutaj? - zapytała Iselda, ponownie zalewając się łzami.

- Pomyślałem, że będziesz chciała ją przytulić, trochę z nią pobyć - powiedział Brennus zdławionym głosem. - Tak mi przykro, najdroższa. Tak mi przykro, że nie potrafi ę być silny, by cię wspierać.

- Zawsze twierdziłam, że pokochałam cię, Brennusie, ósmy królu z rodu Valisarów, między innymi dlatego że jesteś zdolny do przeżywania takich emocji i nie wstydzisz się ich okazywać. Jestem zaskoczona, że przed chwilą zdobyłeś się na szczerość przy wszystkich. Ale dla mnie nie musisz być silny na pokaz, mój królu. - Iselda wyciągnęła dłoń i pogłaskała go po brodzie. - Bądź silny dla naszego ludu. To, co nas czeka, jest... - Pokręciła głową. - Niepojęte - dokończyła. Na pobladłej twarzy królowej pojawił się przebłysk typowej dla niej odwagi, gdy utwierdziła się w swoim postanowieniu. - Chciałabym jeszcze raz ją potrzymać i ucałować. Poproś ojca Briara do środka.

Król skinął głową, dotknął jej dłoni i wstał z łóżka.

- Przyprowadzę go.

Serce nagle zabolało Iseldę na myśl o siostrze, której Leo nigdy nie będzie miał, o córce, z którą nigdy nie będzie się spierała o suknie, o Brennusie, który nie pozna niezwykłej radości bycia ojcem dziewczynki, o królestwie, które nigdy nie ulegnie czarowi i ekscytacji z powodu narodzin pierwszej od wieków księżniczki... ale przede wszystkim na myśl o przyszłości. Bo przyszłości nie było. Bez królewskiego rodu - a Leo z pewnością zostanie stracony, jeśli znajdzie go Loethar - Penraven i era świetności Valisarów przepadną na zawsze.

Patrzyła, jak mąż wprowadza do komnaty duchownego, który - jak zauważyła z drżeniem - bez wysiłku niesie udrapowane zawiniątko z kremowego jedwabiu. Zatracając się w bólu, królowa Iselda wzięła w ramiona maleńkie ciałko córeczki i mocno przytuliła je do piersi. Z całego serca modliła się, by dziewczynka zatrzepotała swoimi długimi, czarnymi rzęsami i otworzyła oczka. Ale jej modlitwy trafiły w pustkę. Oczy dziecka pozostały zamknięte na wieki, a usta już lekko zsiniały. Kępki ciemnych włosów wysunęły się spod atłasowej czapeczki, a przy nich jeszcze bledsza wydała się woskowa skóra zmarłej - ledwie kilka godzin wcześniej ciemnoróżowa z wysiłku towarzyszącego narodzinom. Iselda chciała jeszcze raz dotknąć bajecznych paluszków u rąk i stóp, które wcześniej wyglądały na takie idealne i maleńkie. Nie zdawała sobie sprawy, że wypowiada na głos swoje myśli.

- Owinęliśmy ją w jedwabie, które przygotowałaś - rzekł Brennus i z zakłopotaniem wzruszył ramionami. - Uznaliśmy, że tak będzie właściwie.

Iselda ze złamanym sercem patrzyła, jak Piven delikatnie nawija na swoje drobne palce ciemne włosy dziewczynki i uśmiecha się do matki, a po chwili pochyla się i głośno i soczyście całuje zwłoki w czoło. Ojciec delikatnie posadził go sobie z powrotem na kolanach, aby umożliwić królowej ostatnie pożegnanie z córką.

Iselda gładziła jedwabną czapeczkę, którą wcześniej uszyła i pieczołowicie wyszywała podczas spędzonych w odosobnieniu ostatnich trzech księżyców ciąży.

- Tyle razy odpruwałam ten pączek róży - przyznała ponuro. - Po prostu nie mogłam go porządnie przyszyć.

Ojciec Briar zrobił krok naprzód, ponownie się kłaniając. Rzucił okiem na Brennusa, który skinieniem głowy wyraził zgodę.

- Została pobłogosławiona, pani. Odeszła spokojnie w ramionach naszego króla; lekko westchnęła i wydała ostatnie, słabe tchnienie. Lo zabrał ją do siebie i z miłością przyjął jej duszę.

Przez twarz królowej przebiegł grymas.

- Szkoda, że to zrobił, ojcze. Szkoda, że nie dał mi spędzić z nią choć kilku godzin. Widziałam ją zaledwie chwilę, zanim wyrwano mi ją z rąk, a teraz nie żyje. Nie potrafi ę sobie przypomnieć, jak to było trzymać ją w ramionach, kiedy jeszcze oddychała, nie zdążyłam jej zapamiętać, póki jeszcze żyła.

Ojciec Briar z zakłopotaniem przestępował z nogi na nogę.

- Wybacz mi, Wasza Wysokość. Może tego właśnie chciał Lo.

- Czyli nasz bóg celowo odebrał mi wspomnienia, żeby było mi łatwiej teraz, gdy odbiera jej duszę? - spytała Iselda z zawziętym wyrazem twarzy. Zacisnęła usta.

Duchowny patrzył to na króla, to na królową, zanim niezręcznie przyznał:

- Tak, całkiem dobrze to ujęłaś, pani. Mógłbym, oczywiście jeśli pozwolisz, powtórzyć te słowa, wykorzystać je kiedyś w trakcie kazania.

Brennus zamrugał powiekami. Iselda wiedziała, że irytuje go nieporadność Briara.

- Dziękuję, ojcze - powiedział król. Odwrócił się w stronę królowej. - Wystarczy?

Pokręciła głową, nie zdając sobie nawet sprawy, że płacze.

- Nigdy nie mogłabym mieć jej dość.

- Pamiętaj, że mamy jeszcze Leo. Na pewno się martwi i nie wie, co się dzieje. Myślę, że nie powinien jej oglądać, ale z tobą będzie chciał się zobaczyć, upewnić się, że jesteś bezpieczna.

Pociągnęła nosem. Nie mogła oderwać oczu od dziecka.

- Masz rację. Mogę się tylko domyślać, jak on się czuje. Przyprowadź go, Brennusie. Chciałabym powąchać włosy i ucałować różową skórę kogoś żywego - powiedziała stanowczo. Brennus był za to wdzięczny i uścisnął jej dłoń.

- Mam ją zabrać?

Iselda skinęła głową, obawiając się odezwać, by łzy i świeże, niepowstrzymane emocje nie zagroziły jej kruchemu postanowieniu. Pochyliła się i ucałowała dziecko w czoło. Było niczym marmur, a jej łzy kapiące na skórę niemowlęcia spływały, prawie nie pozostawiając śladu. Nie, w dziewczynce nie było żadnego ciepła, żadnych oznak życia - wiedziała już na pewno, a maleńki, irracjonalny ognik nadziei zamigotał w jej piersi i również zgasł. Po raz ostatni przytuliła córeczkę. Nie mogła znieść myśli o zastygłym maleńkim ciałku, nagle wdzięczna, że Brennus tak ciasno je owinął. Teraz już rozumiała, po co to zrobił - żeby nie musiała czuć, jak sztywnieje ciało jej córki.

W końcu oddała ojcu wyglądające jak lalka dziecko.

- Przez cały ten czas nie spytałam, a ty mi nie powiedziałeś - rzekła ze smutkiem.

- Czego, najdroższa? - spytał zawstydzony, ona zaś uznała, że jej mąż rzeczywiście nie wie, co miała na myśli.

- Powiedz mi, jakie imię nadałeś naszej córce.

Uśmiechnął się ze smutkiem i wyszeptał jej imię do ucha, tak aby nikt inny nie słyszał.

- Przepiękne - przyznała Iselda. - Podoba mi się ten wybór. Ale chciałabym cię prosić o przysługę, Brennusie.

- Dla ciebie wszystko, ukochana.

- Rozkaż, by od dziś nie nadawano dzieciom w Penraven tego imienia. Będzie należało tylko do niej.

Król skinął głową.

- Dopilnuję tego, przyrzekam.

- I najlepiej poproś grabarza, żeby przygotował grobowce dla nas i Leo. Sądzę, że nie zostało nam wiele czasu na tej ziemi.

- Nie mów tak, Iseldo. Bądź silna, moja królowo, pomyśl o swoim synu. Nie wszystko stracone. Loethar się namęczy, zanim sforsuje nasze mury.

- To ma mnie pocieszyć? Wystarczy, że poczeka. Nasze zapasy szybko się skończą.

- Daję ci słowo, że cokolwiek się stanie, Leo umknie tyranowi.

- Skąd wiesz? Tak samo mówiłeś, że barbarzyńca nigdy nie zajmie ziem Koalicji. - Zadała mu zasłużony cios. Powinien był się liczyć z Loetharem. Najeźdźca przejrzał jego blef. Lecz Iselda jeszcze z nim nie skończyła. - A twój drugi syn?

- Barbarzyńca się nim nie zainteresuje. - Wziął ją za rękę.

Odsunęła jego dłoń.

- Gdybyś był w stanie dotrzymać tej obietnicy, umarłabym szczęśliwa. Ale skąd pewność?

Brennus zamilkł. Domyślała się, że się zastanawia, czy powiedzieć prawdę, czy próbować ją pocieszyć.

- Podjąłem już odpowiednie kroki, żeby zorganizować ucieczkę Leo. Oczywiście, on jeszcze o tym nie wie, jeśli jednak Loethar wejdzie do zamku, Leo będzie chroniony, bez względu na to, co się stanie. Z czasem wznieci powstanie przeciwko tyranowi. My, moja droga, jesteśmy zbędni, podobnie jak Piven. Zamierzam dopilnować, by Loethar zużył całą energię na radość z mojego upadku, gdy tymczasem nasz zdrowy syn wymknie się z jego sieci.

Jego słowa nie przyniosły pociechy, uraził ją brak troski o Pivena. Chłopiec nie był zdrowy, lecz mimo to odczuwał ból i strach. Rozpacz wreszcie wyczerpała królową.

- Może w takim razie dobrze, że umarła - powiedziała, gdy Brennus otworzył drzwi, by wyjść z komnaty.

- Dlaczego tak mówisz? - zapytał, spoglądając na martwą dziewczynkę w swych ramionach.

- Bo skomplikowałaby twój plan. Gdyby nie umarła, być może musiałbyś kazać ją zabić... aby mieć pewność, że nie stanie się narzędziem w rękach Loethara. Gdybym tylko miała odwagę, wyświadczyłabym Pivenowi taką samą przysługę.

Brennus pobladł, a w jego zbolałym spojrzeniu odmalowało się poczucie winy. Zanim w końcu wyszedł bez słowa, serce Iseldy zamarło. Zrozumiała, że przypadkiem poznała prawdziwą przyczynę śmierci córki. Mrożące krew w żyłach olśnienie odebrało królowej Penraven chęć do życia - ród Valisarów i jego mroczny sekret nagle straciły znaczenie.

2

Moja siostra nie żyje - powiedział Leo rzeczowo, jak to dwunastolatek.

Gavriel pokiwał głową.

- Współczuję twojej rodzinie... tobie, panie.

- Myślałem, że będę miał brata. Nie takiego jak Piven, takiego, jakiego ty masz.

- Z dziewczynami też można się bawić - odparł Gavriel, wiedząc, że chłopak prawdopodobnie nie zrozumie podtekstu.

Leo zmarszczył nos.

- Nie są za dobre w łowieniu ryb, strzelaniu z łuku, jeździe konnej czy w walce...

- Ha! Nie wierz w to, panie - rzekł Gavriel. - Całkiem dobrze sobie radzą z większością rzeczy, a z niektórymi bardzo dobrze.

- Na przykład?

- Na przykład wiedzą, jak pięknie wyglądać, ładnie pachnieć...

Chłopiec najwyraźniej przez chwilę się nad tym zastanawiał, gdy Gavriel pomagał mu złapać równowagę, dźwigając go na ramionach.

- Weź tamtą, panie - powiedział i wskazał wyjątkowo okazałą, dojrzałą gruszkę. Owoc wylądował w wyciągniętej dłoni Gavriela. - I jeszcze jedną, tam dalej.

Leo sięgnął po gruszkę i mówił dalej:

- Ale ładny zapach raczej nie pomaga w walce, co?

Gavriel lubił jego sposób myślenia. Chłopiec ciągle był bezpośredni i rozbrajający jak wszystkie dzieci, lubił jednak rozmyślać i nieraz rozśmieszał braci de Visów spostrzeżeniami, o których słuszności był święcie przekonany. Ale też szybko dojrzewał. Gavriel sam jeszcze dobrze pamiętał, jak szybko przestaje się gonić za chłopięcymi marzeniami, by zmienić się w młodego mężczyznę, którego każda myśl biegnie w kierunku kobiet i radości, jaką dają.

Gavriel niemal zatęsknił za tym beztroskim okresem sprzed pięciu lat, lecz dla niego skończył się on bezpowrotnie. Nie tylko z powodu upływu czasu; Loethar zawłaszczał przyszłość Koalicji i równie dobrze mógł zawłaszczyć ich życie, jeśli odpowiednio ocenił usposobienie jego ojca i króla. Zamek przygotowywał się na oblężenie i już się mówiło, że upadek Barronel, do tej pory nie do pomyślenia, jest nieunikniony. Ludność Penraven powinna uciekać, najlepiej przez morze, skoro Loethar nie ma floty ani wprawy w żegludze, gdyby nawet udało mu się zdobyć jakieś statki. Wybrzeże Penraven było rozległe i każdy, kto chciałby opuścić królestwo, mógłby się schronić na Wyspach Taramańskich na zachodzie albo we wschodnim królestwie Galinsea.

Dla braci de Vis nie było jednak drogi ucieczki. Ich król oczekiwał, że zachowają się jak mężczyźni; dziecięca niewinność stała się dawno minionym luksusem.

Leo zeskoczył z ramion Gavriela, nie zważając na jego wyciągniętą dla asekuracji dłoń.

- Zjedz gruszkę - powiedział Gavriel, wgryzając się w swój owoc. Zastanawiał się, jak sprosta zadaniu, które wyznaczył mu król, szybko jednak sobie przypomniał, jaki ciężar spadł na barki Corbela, i aż się wzdrygnął. Zadanie brata było naprawdę straszliwe.

- Co masz na myśli? - zapytał Leo.

- Co takiego?

- Powiedziałeś, że nie wiesz, jak mógł zabić taką maleńką istotę.

Gavriel uświadomił sobie, że ostatnią myśl wypowiedział na głos.

- Nic takiego. Nie pamiętam.

- Przecież ty wszystko pamiętasz, Gav. Daty, długi, najróżniejsze fakty.

- Mniej więcej. A mówiąc o długach, jesteś mi winny dwa trenty.

- Nie zapomniałem o tym. Gdzie jest Corbel?

- Ma sprawę do załatwienia dla naszego ojca - odparł Gavriel, a kęs gruszki nagle uwiązł mu w gardle. Wypluł go.

- Robak?

- Nie, trafiłem na jakiś kwaśny kawałek.

- Moja jest słodka jak tyłeczek Sary Flarty - powiedział Leo, po czym wybuchł śmiechem na widok zdumionej miny Gavriela. - Przecież sam mi tak powiedziałeś.

Gavriel wziął głęboki wdech na myśl o tym, że skoro został pełnoetatową niańką następcy tronu, to pewnie już nigdy nie uszczypnie jędrnej pupy Sary i nie pobaraszkuje z nią na sianie, tak jak mu obiecała. Obserwuj go i strzeż o każdej porze dnia i nocy, wpajał mu ojciec, kiedy już król przekazał mu swoje oczekiwania. Nie pozwól mu się od siebie oddalać. A gdy nadejdzie pora, musicie zniknąć. Żadnych pożegnań, pakowania, zostawiania listów. Tylko on się liczy. Strzeż Leo za cenę własnego życia. Wychowaj go.

Mam go wychowywać? Nie był jeszcze gotowy do roli ojca. Nie był nawet pewien, czy będzie w stanie dbać o potrzeby chłopca przez cały dzień. Sam często jeszcze czuł się jak dziecko, zwykle dając się Corbelowi wywieść w pole. A teraz jego brat odszedł.

- Widziałeś swoją siostrę? - zapytał Gavriel. Nie chciał pytać wprost, lecz jednocześnie pragnął zachować w myślach obraz brata. Jak sobie poradzą bez siebie nawzajem?

- Matka nic nie wie, ale ojciec pozwolił mi ją zobaczyć, bo tego chciałem. Nie jest... nie była do mnie podobna. Widziałeś ją? - Gavriel pokręcił głową, nie mogąc wykrztusić z siebie kłamstwa. - Miała ciemne włosy. Ojciec kazał mi ją pocałować, ale - wzdrygnął się z obrzydzeniem - nie chciałem. Była zesztywniała, zimna.

Gavriel w milczeniu błogosławił emocjonalny pancerz, którym dzieciństwo wciąż osłaniało księcia.

- Pochowają ją w rodzinnej krypcie. Będzie miała wyrzeźbiony własny nagrobek. Może ucałuję jej nagrobek, co ty na to?

- Dobry pomysł - rzekł Gavriel. - Widziałem dziś Pivena. Chyba niewiele wie o tym, co się dzieje.

Leo wzruszył ramionami, lecz w tym geście był smutek.

- Piven niewiele wie o czymkolwiek. Mogę cię o coś prosić, Gav?

- O wszystko. W końcu jesteś następcą tronu.

Leo uśmiechnął się szeroko. To był stary dowcip, którym bliźniacy bezlitośnie go dręczyli.

- Powiedz mi, czy ten tyran zabije nas wszystkich?

Gavriel westchnął.

- Ciebie nie.

- Dlaczego?

- Masz mnie.

- Wiem, że nikt nie radzi sobie z mieczem lepiej od ciebie, ale...

- Tylko w kohorcie - uściślił, z dumą wspominając, jak jego ojciec, najlepszy szermierz w kraju, zachwycał się efektami swojego pomysłu na elitarny oddział specjalnie szkolonych młodzików. Rozwijające się umiejętności jego najstarszego syna robiły największe wrażenie.

- Właśnie to miałem na myśli.

- W takim razie nikt nie radzi sobie lepiej z mieczem, łukiem i jazdą konną.

- Ale nie ze wspinaczką.

- To prawda, ale tylko dlatego że jesteś jeszcze dość drobny... Wasza Wysokość.

Leo ponownie się uśmiechnął.

- Ale kiedy będę w twoim wieku, będę lepszym szermierzem, a z łuku będę strzelał dalej i celniej.

- Jestem o tym przekonany - rzekł Gavriel, zadowolony, że udało mu się odwrócić uwagę księcia od groźby śmierci wiszącej nad nimi wszystkimi.

- Ale myślisz, że inni zginą? Że tyran zwycięży? - kontynuował Leo.

A więc Gavriel zbyt szybko sobie pogratulował.

- Myślę, że ktoś w tej sytuacji musi zginąć.

- Więc pewnie moi rodzice i brat zostaną zamordowani.

Gavriel nie odpowiedział.

- I pewnie twój ojciec, skoro jest legatem.

- Ja...

- I pewnie cały lud Penraven, skoro jest wierny królowi.

- Leo.

- To po prostu niesprawiedliwe, że ja miałbym przeżyć, nie sądzisz?

Gavriel chciał powiedzieć, że to przecież nic pewnego - właściwie aż nazbyt prawdopodobne, że sprawy potoczą się inaczej - ale takiej odpowiedzi nie pochwaliłby ojciec. De Vis nalegał, by podnosić chłopca na duchu, podtrzymywać jego siłę charakteru i odwodzić go od myśli o oblężeniu czy śmierci. Dlatego Gavriel uspokajał Leo, mówiąc rzeczy oczywiste.

- Jesteś następcą tronu. Jesteś ważniejszy nawet od króla, bo to ty jesteś przyszłością królestwa. Bezpotomna śmierć króla przyniosłaby katastrofalne, nieobliczalne i niewybaczalne skutki. Jeśli jednak dziedzic przeżyje, nawet gdy sam król polegnie, to zawsze jest nadzieja.

- A nadzieja to dobre uczucie - powiedział Leo, jak gdyby kończąc zdanie Gavriela.

- Nadzieja jest wszystkim dla królestwa stojącego w obliczu takiego zagrożenia.

- Opowiedz mi o Loetharze. Wszyscy mnie zbywają. Mówią, że niepotrzebnie się przejmuję.

- Na pewno nie twój ojciec i na pewno nie mój - odpowiedział zaskoczony Gavriel.

- Zgadza się. Oni są jeszcze gorsi. Mówią mi, że Loethara można pokonać, ale ich miny mówią zupełnie co innego. Wiem, że udają, chronią mnie przed prawdą. A ja chcę ją poznać, Gav. Nie jestem zwykłym dzieckiem, jestem następcą tronu. Muszę wiedzieć, co nas czeka. A mam dwanaście lat, prawie trzynaście. Jestem już stary!

Książę miał rację: miał prawo znać prawdę. Gavriel nie do końca wiedział, czy to on powinien mu ją przekazać. Przełknął ślinę. Uświadomił sobie prawdziwy ciężar powierzonego mu zadania i aż zakręciło mu się w głowie ze strachu. Powie prawdę w taki sposób, w jaki sam ją rozumie: chłopiec musi dokładnie wiedzieć, jaką podróż mają przed sobą.

- Powiem ci, co wiem... co powiedział mi ojciec.

Leo oparł się o drzewo.

- Zacznij od narodzin Loethara.

Gavriel rozprostował długie nogi, skrzyżował je w kostkach, splótł dłonie za głową i oparł się o pień drzewa. Nie był odprężony, ale musiał sprawiać takie wrażenie ze względu na Leo.

- Pochodzenie Loethara nie jest całkiem jasne. Nikt tak naprawdę nie wie, kim on jest, wiadomo jednak, że przybył ze Stepów Likuryjskich.

- Wódz plemienny - mruknął z lękiem Leo.

- Jeśli już chcesz nadać mu tytuł, to ten z pewnością pasuje, choć moim zdaniem najlepszy byłby "nędzny zbir".

- Władczy zbir - zaproponował Leo, a na widok pogardliwej miny Gavriela dodał: - Cóż, z pewnością przejrzał blef Koalicji. Dlaczego po prostu razem go nie zabiliśmy i nie przepędziliśmy jego hołoty na jej jałowe ziemie kilka księżyców temu?

- Nie wiem.

- Wiesz. Z głupoty. Najwyraźniej każde królestwo, a największą winę z pewnością ponosi Penraven, sądziło, że jest niepokonane, tylko dlatego że Loethar przyprowadził ze sobą ludzi wyglądających jak zwykły motłoch. Nie doceniliśmy ich determinacji.

Wszystko to prawda. Gavriel bezgłośnie westchnął, słysząc, jak dobrze Leo rozumie sytuację, i mówił dalej.

- Nic nam nie wiadomo o jego rodzinie, a z tego, co wiem, nie mamy pojęcia, dlaczego i jak zaczęła się ta kampania, ale zdaje nam się, że Loethar pragnie zostać imperatorem. Zamierza podkopać władzę Koalicji Denova, a Penraven uczynić klejnotem w swej nowej koronie.

- Bo jesteśmy najpotężniejszym królestwem pod względem politycznym i finansowym.

- Zgadza się.

- Ale dlaczego?

- Na miłość Lo, czym się zajmuje twój nauczyciel historii, panie?

- Jest taki nudny, że go nie słucham. Z tobą jest zabawniej.

- W porządku, zastanówmy się - zaczął Gavriel. - Penraven, Barronel, Dregon, Gormand, Vorgaven, Cremond i Medhaven tworzą Koalicję Denova.

Leo mruknął z przesadnym rozdrażnieniem.

- Tyle to wiem.

Gavriel zignorował ten komentarz.

- Z tych siedmiu Penraven jest największe, najpotężniejsze i najbogatsze. Poza tym Penraven jest spośród nich najstarsze, dlatego zapewne pozostałe odczuwają respekt przed koroną Valisarów. Każde jednak jest suwerennym krajem z własnymi rządami. Widziałeś siedmiu królów, przybywających co trzy lata na Zjazd Denoviański, prawda?

- Tak, chociaż nigdy nie pozwolono mi brać w nim udziału.

- Z tego, co pamiętam, to podczas ostatniego byłeś chory, a poprzedni odbywał się, gdy miałeś zaledwie sześć lat, nie wspominając o tym, że jeszcze ssałeś kciuk! Król Gormand uznał, że twój udział byłby niewłaściwy.

Leo parsknął śmiechem.

- Czyli teraz powinien się odbyć następny zjazd.

- Tak, miał być w zeszłym miesiącu, ale działania Loethara wszystko zmieniły.

- Nadal nie mogę uwierzyć, że nic nie zrobiliśmy. A teraz on kontroluje pozostałe królestwa; Medhaven trudno nazwać twierdzą lub wartym zachodu łupem, ale ojciec słyszał dziś rano od gońców, że Barronel upadnie, prawdopodobnie jeszcze dziś. Musimy mieć nadzieję, że jacyś rebelianci w pozostałych królestwach już snują plany obalenia Loethara. To na takich buntowników musimy liczyć, jakoś ich odnaleźć i w miarę możliwości do nich się przyłączyć - głośno myślał Gavriel. Nikt spośród rządzących tego nie powiedział, on wierzył jednak, że musieli ocaleć ludzie, którzy nie mieli zamiaru poddać się rządom tyrana.

- A teraz Loethar chce rządzić w Penraven.

- Tak, ale... - Gavriel za późno ugryzł się w język.

- Ale co?

- Co wiesz na temat swojego rodu, panie?

Leo odwrócił się i spojrzał Gavrielowi w oczy.

- Dziwne pytanie.

- Znasz jego historię?

Leo zaczął wymieniać królów.

- Mój ojciec jest ósmy. Przed nim mój dziadek, król Darros i...

Gavriel mu przerwał.

- Chodziło mi o to, czy wiesz, dlaczego królowie z rodu Valisarów budzą taki respekt... i strach.

Chłopiec pokręcił głową i spuścił wzrok.

- Bez wątpienia to tajemnica.

Gavriel pokiwał głową.

- Powinien ci to przekazać twój ojciec, nie ja.

- Ale możesz mi coś podpowiedzieć.

W starszym - jedynie o trzy minuty - z bliźniaków de Vis coś drgnęło, jakieś złe przeczucie.

- Nazywają to Urokiem Valisarów. Prawdę mówiąc, sam niewiele o tym słyszałem, ale ojciec opowiadał mi, że wśród ludu aż huczy od plotek.

- Co to takiego? - zapytał Leo, marszcząc czoło.

- Słyszałem, że to potężna magiczna moc, którą mogą posługiwać się tylko Valisarowie.

Oczy Leo rozbłysły z zaciekawienia.

- Czyli mój ojciec ma taką moc. Co to jest?

Gavriel wzruszył ramionami.

- To dar przekonywania.

Chłopiec zmarszczył brwi i spojrzał na niego pytająco.

- Co to znaczy?

- Prawdopodobnie sprawia, że ludzie postępują zgodnie z twoją wolą.

- Będą robić, co zechcesz?

- Można to tak ująć.

Leo zagwizdał.

- Wyobraź sobie taką moc!

Gavriel na chwilę odpłynął myślami. Gdy Leo zarzucał go możliwościami wykorzystania mocy dla własnych potrzeb, on zastanawiał się, co by się stało, gdyby taka moc dostała się w niepowołane ręce.

- ...a Sara Flarty nigdy by ci nie odmówiła - dokończył Leo z zapartym tchem i szerokim uśmiechem.

- Co takiego? - Gavriel wrócił na ziemię w samą porę, by usłyszeć ostatnie, zuchwałe słowa.

- Przecież chcesz ją pocałować, prawda?

- To chyba nie twoja sprawa, panie. Nie powinienem był w ogóle ci o niej wspominać - odparł Gavriel.

- Jest ładna. Podoba mi się. I tak powinieneś ją pocałować, a potem nauczyć mnie, jak to się robi, bo chciałbym pocałować córkę księcia Grendela, ale ona twierdzi, że jestem brudny.

- Brudny?

- Mówi, że zawsze śmierdzi ode mnie końmi i błotem.

- Młode dziewczęta bywają nieco pedantyczne, Leo. Starsze są fajniejsze - dodał Gavriel, mrugając okiem. - Na przykład ta nowa rozkoszna Genrie.

Leo zmarszczył nos.

- Jest ohydna!

- Wcale nie.

- Stara!

Gavriel wzruszył ramionami.

- Może dla ciebie.

- Dla ciebie też... fuj!

- Starsze kobiety są doświadczone, Leo. Ale ty jeszcze tego nie docenisz.

- Ona mnie nie znosi.

- Czyli o to chodzi. Wcale tak nie jest, jest surowa wobec wszystkich, bardzo zaradna, bardzo... pociągająca. Nie przeszkadzałoby mi, gdyby trochę mi porozkazywała... - W porę się opamiętał i zamilkł. - Hm, na czym to skończyliśmy?

Leo najwidoczniej nie miał nic przeciwko temu, że Gavriel nagle przerwał, i nie zapomniał poprzedniego tematu rozmowy.

- Jeśli jednak królowie z rodu Valisarów mają ten... ten dar...

- Przekonywania - podpowiedział Gavriel.

Leo kiwnął głową.

- To dlaczego mój ojciec się nim nie posłużył, żeby powstrzymać tyrana?

Gavriel wstał, otrzepał spodnie i postawił następcę tronu na nogi.

- Bo twój ojciec nie ma tej mocy.

- Ale przecież powiedziałeś właśnie...

- Powiedziałem, co mówi legenda o Valisarach. Prawda jest taka, że nie wiemy, czym jest ta moc i kto ją posiada, jak działa i jak ją powstrzymać. Twój ojciec powiedział mojemu, że nie wie nic o żadnej dostępnej mu magicznej mocy i że najgroźniejszym orężem, jakim włada, jest miecz.

- W takim razie to kłamstwo.

- Niekoniecznie.

- Gav, mieszasz mi w głowie.

- Bo to skomplikowana sprawa. Chodź, panie, jesteśmy spóźnieni. Obiecałem Morkomowi, że przyprowadzę cię na kolację z królową. - Lekko popchnął księcia. - Możemy rozmawiać po drodze, ale po cichu: to tajemnica.

Leo ruszył u boku wysokiego opiekuna.

- Skoro to nie kłamstwo, to co?

- Tego nikt nie wie. Twój ojciec twierdzi, że to przewrotne zjawisko, hm... Chodzi mi o to, że moc może się pojawić, kiedy chce. Pewności nie ma, ale słyszałem, że może omijać niektóre pokolenia i jeśli chce, pozostać w uśpieniu całe lata.

- Skąd wiadomo, że się ją posiada?

- Wydaje mi się, panie, że można to sprawdzić, próbując zmusić ludzi, by wykonywali twoje polecenia.

- A mój ojciec tego nie potrafi .

- Twierdzi, że nie ma takiej umiejętności, a pewnie by jej użył, gdyby mógł, nie sądzisz?

- Niech to cholera! Ja na pewno nie mam tej mocy. Ale skąd ona pochodzi?

Gavriel wzruszył ramionami.

- Nie mam pojęcia. Pewnie trzeba się z nią urodzić. Dzisiaj się dowiedziałem, że jeden z Valisarów, król Cormoron, który podobno emanował tą mocą, złożył przysięgę krwi przy Kamieniu Prawdy w Lackmarin, że ani on, ani żaden inny król z rodu Valisarów nie użyje mocy przeciwko swoim.

- Czyli przeciwko rodzinie?

- Myślę, że dotyczy to również poddanych.

- Mów dalej, to ciekawe - powiedział Leo, wskakując na niewysoki murek, i zmarszczył brwi, gdy przysłuchiwał się Gavrielowi i jednocześnie utrzymywał równowagę.

- Kiedy jego krew spłynęła na kamień, podobno pojawił się wąż, który ją wypił. Powiedział Cormoronowi, że jego przysięga krwi została przyjęta i że magiczna moc pozostanie przy Valisarach, a ich następcy będą odporni na jej działanie.

Doszli do schodów prowadzących do królewskich komnat. Leo dotknął wyrzeźbionego w kamieniu wzoru, który powszechnie pojawiał się w całym Brighthelm.

- To dlatego w herbie mamy węża u boku skrzydlatego lwa?

- Właśnie. Przyjął go Cormoron, ogłaszając, że w rodowym herbie wąż dołączy do skrzydlatego lwa.

- Czy wąż powiedział coś jeszcze pierwszemu królowi?

Gavriel uśmiechnął się.

- Nie wiem, panie, nie było mnie przy tym - stwierdził, kończąc rozmowę.

Zobaczył, że idąc po schodach do swoich prywatnych komnat, Leo zauważa mijających ich służących - ktoś niósł pościel, ktoś miał ręce pełne łojowych świec, a ktoś inny niósł miednicę z wodą. Choć następca tronu się nie odzywał, uśmiechał się i kiwał głową, by dać im do zrozumienia, że ich dostrzega. To drobny gest, lecz miał poważne skutki. Fakt, że Leo potrafi ł wybiegać myślami poza swój świat i swoje potrzeby i pamiętał, że to inni ludzie ułatwiają mu życie, dobrze mu wróżył jako przyszłemu królowi... jeśli tylko Gavriel dopilnuje, by zdążył nim zostać.

- Nie wygląda na to, żeby ktokolwiek bał się Loethara - zauważył Leo, wypowiadając na głos myśli Gavriela.

- To dlatego, że nie dawaliśmy ludziom do tego powodów... aż do dziś. Zapewniam cię, panie, wkrótce wybuchnie panika. Uważam, że lekceważąc zagrożenie, popełniliśmy błąd, ale moje zdanie się nie liczy.

- Dla mnie się liczy - rzekł Leo i zamarł, ujrzawszy jedną ze służących, która szła tak energicznie, że niemal wywoływała powiew wiatru.

- Książę - powiedziała, skinąwszy głową. - Morkom wszędzie cię szuka. - Jej ton brzmiał oskarżycielsko.

Gavriel zauważył, że Leo zmrużył oczy.

- W takim razie niech szuka dalej - odrzekł ozięble książę. - Przecież jest służącym. Co prawda takim, którego bardzo cenię i lubię, ale jednak służącym... zupełnie jak ty.

Genrie się zacietrzewiła. Jej chłód i ściągnięte usta wydały się Gavrielowi jeszcze bardziej ponętne. Prawda była taka, że Genrie była zaradna, gorliwa i lubiana przez starszych mieszkańców zamku za swoją dyskrecję i pragmatyzm. Była przy tym nieco szorstka, czasami wyniosła, i właśnie to musiało irytować młodego księcia.

- Cóż, Jego Wysokość spóźnił się przeze mnie, Genrie - wtrącił się Gav. - Proszę o wybaczenie. W każdym razie już jest i dobrze wie, że ma się wkrótce udać na kolację z królową. A ty z kim jesz kolację? Może mógłbym...

- Paniczu de Vis - zaczęła obojętnie - królowa wyraźnie prosiła, by znaleźć Jego Wysokość i...

- I właśnie się znalazł. - Leo z szyderczym uśmiechem wszedł jej w słowo. - Dziękuję.

To było polecenie i nie miała innego wyjścia, jak tylko dygnąć i pójść dalej, rzuciła jednak Gavrielowi piorunujące spojrzenie.

Gavriel westchnął.

- Teraz to już na pewno nie dotknę jej jędrnego...

- O, przynieśli z kuchni sok jagodowy - powiedział książę, nie komentując narzekań przyjaciela, gdy weszli do komnaty. - Chcesz trochę?

- Nie, panie, ale ty się częstuj.

Leo spojrzał na niego z politowaniem.

- Gav, wygląda na to, że spędzimy ze sobą jakiś czas.

- Będę z tobą szczery i powiem ci, że nasi ojcowie nakazali mi cały czas być obok ciebie. Od tej chwili jesteśmy jak sklejeni.

To stwierdzenie przykuło uwagę księcia. Wbił zdumiony wzrok w Gavriela.

- Żartujesz.

Gavriel pokręcił głową.

- Nowe zasady. Masz teraz czempiona na pełny etat.

- A co z Pivenem?

- Ma swoje nianie. Ty potrzebujesz mężczyzny! - Ostatnie słowo Gavriel wymówił z ukłonem, napinając muskuły w nieśmiałej próbie wprowadzenia dowcipnego nastroju, którego sam nie odczuwał.

Leo zagwizdał cicho.

- W takim razie może przestaniesz mówić do mnie "panie"? Czuję się przez to niezręcznie. Ty i Corb nigdy tak do mnie nie mówiliście. Przez to, że tak się do mnie teraz zwracasz, czuję się jak własny ojciec. - Dodał wody do niewielkiej ilości ciemnego syropu, który wlał do pucharu.

- Wiesz o tym, że przy innych muszę zwracać się do ciebie z szacunkiem.

Leo wypił zawartość kielicha, wydając pomruk zadowolenia.

- W porządku, ale kiedy będziemy sami, jestem dla ciebie po prostu Leo albo bałwan, jak zawsze. - Odgarnął z czoła grzywkę w kolorze piasku. - Wiesz coś jeszcze o magii Valisarów?

Gavriel zrozumiał, że nie tak łatwo zakończy poprzednią rozmowę.

- Wiem to, co przebąkują ludzie o Uroku Valisarów. Nawet dziś twój ojciec mówił, że ta moc zabija kobiety z waszego rodu. Bez względu na to, czy umierały jeszcze w łonie matki, w trakcie porodu czy po nim, żadna nie żyła dłużej niż około godziny.

- Dlaczego? Moc jest dla nich zbyt potężna?

- Na to wygląda.

- A może pozwala przeżyć tylko chłopcom?

- Prawdopodobnie tak.

- Moja biedna siostra - zadumał się Leo. - Chciałem ją nauczyć strzelać z procy. Piven nie potrafi tego zrozumieć.

- Nawet gdyby przeżyła, Leo, to nie wiem, czy twój ojciec ryzykowałby, że znajdzie ją Loethar.

Zaskoczony chłopiec podniósł wzrok.

- Więc cieszy się, że umarła?

- Nie - odparł pośpiesznie Gavriel. - Po prostu wyczułem u niego ulgę, że barbarzyńca nie zrobi jej krzywdy.

- Ale dlaczego ojciec nie mógłby ochronić nas wszystkich, gdyby przeżyła?

Gavriel wzruszył ramionami. Sam nie wiedział.

- Może dlatego, że dziecko stanowi niebezpieczeństwo. Mogłoby zakwilić i zdradzić waszą kryjówkę, gdybyście się schowali, potrzebowałoby matki i czułej opieki, której nie można by było mu zapewnić w trakcie ucieczki. Myślę, że śmierć twojej siostry oszczędziła ojcu konieczności podjęcia takiej decyzji - powiedział, czując wstręt na myśl o tym perfidnym kłamstwie. - Zawołam Morkoma, bo już pora na twoją kąpiel.

- To jak ojciec chce ochronić mojego młodszego brata?

- Nie wiem. Nie zdradził mi tego - odrzekł Gavriel, mając pewność, że Piven zostanie wydany na łaskę i niełaskę Loethara. Nikt nie chciał mieć na rękach krwi kolejnego dziecka, zabijając Pivena, by ochronić go przed barbarzyńcą.

- Porozmawiam z nim o Pivenie. Nie wiesz, gdzie jest król?

- Pewnie w koszarach. Nasza armia wkrótce zmierzy się z tymi zbirami. Z pewnością podnosi żołnierzy na duchu i dodaje im odwagi.

- A co z naszą odwagą?

- Musimy pomóc sobie nawzajem. - Słowa te zabrzmiały w jego ustach niczym przepowiednia. - I chyba zacząć się do tego przyzwyczajać.

Loethar oblizał ostrze, rozkoszując się metalicznym posmakiem. Błękitna krew. Królewska krew. Mógłby się nią upić. Spojrzał na Strackera.

- Wbić na pal jego i całą rodzinę na głównym placu. To powinno przekonać wszystkich, kto teraz rządzi w Barronel, i rozwiązać język tym, którzy wiedzą, gdzie się podziali Obdarowani.

- Domyślam się, że reszta rodziny ma posłużyć jako widowisko.

- Albo rodzinę ukrzyżuj. Publika zawsze pokornieje na ten widok. I niech nie umrą za szybko. Żadnej litości.

Stracker skinął głową, zerkając na ogromnego kruka siedzącego na oparciu krzesła Loethara.

- Chcę tu magów, czarownice, czarnoksiężników i jak ich tam zwać; dla mnie to jedno i to samo - kontynuował Loethar. - Ale chcę wiedzieć, kim są Obdarowani i gdzie można ich znaleźć. Wyznacz nagrody, siej wokół postrach, wykorzystaj wszelkie niezbędne środki, bo jestem głodny wiedzy. Muszę ten głód zaspokoić. - Uśmiechnął się szeroko, a wrogość w jego głosie dodatkowo podkreśliły umazane krwią zęby. Przeciągnął po nich językiem i oblizał usta, by poczuć resztkę tego smaku.

- Dopilnuję tego - rzekł Stracker.

- Dziś w nocy chcę być sam - dodał Loethar, po czym zmienił zdanie. - Chociaż właściwie przyślij mi tę skuloną małą księżniczkę. A razem z nią beczułkę wina. Może jej piski nie będą takie dokuczliwe.

Obaj się roześmiali. Po wyjściu Strackera, prawej ręki wodza, sztuczny uśmiech zastygł na twarzy Loethara. Był już blisko. Bardzo blisko. Miał nadzieję, że mieszkańcom Penraven śnią się koszmary, w których widzą spustoszenie, jakie sprowadzi na ich ziemie. Miał nadzieję, że słyszeli opowieści o burzy rozpętanej w pozostałych królestwach Koalicji, o postrachu, jaki wzbudzał, i o dręczącym bólu, jakim zalewał każdy kraj. Wiedział, że opowieści go wyprzedzają, i miał nadzieję, że mieszkańcy Penraven uważnie ich słuchają, bo chciał dopaść ich króla... lecz najbardziej pragnął tego, co posiadali władcy z rodu Valisarów. Pogłaskał kruka po głowie, ten zaś zamrugał bladymi oczami.

- Już prawie jesteśmy na miejscu, Vyk - szepnął czule.

Rozmyślania przerwało mu pukanie do drzwi.

- Kto tam?! - krzyknął, przekonany, że to jeszcze nie rozrywki, które zapewnił sobie na wieczór.

- Valya - usłyszał odpowiedź.

- Wejdź!

Vyk sfrunął na podłogę, by przysiąść przy zwłokach. Drzwi się otworzyły i weszła kobieta.

- Przeszkadzam ci, Loetharze? Widzę, że już po wszystkim.

- A przejęłabyś się, gdybyś przeszkadzała?

Z leniwym, znajomym uśmiechem przeszła przez pokój, niewzruszona widokiem wielkiego ptaszyska ani jego ostrzegawczym krakaniem, gdy się zbliżyła.

- Sprawa jest zbyt istotna, żeby czekać. Jesteśmy blisko Penraven i wieści docierają szybko.

- I?

- Jeden z moich szpiegów w mieście donosi, że od kilku godzin bije żałobny dzwon. Podwójny szok dla ludności: po jednej stronie murów ty, a po drugiej śmierć w rodzinie królewskiej. - Roześmiała się.

Loethar zmrużył oczy.

- Kto? Przecież nie Brennus.

- Nikt nigdy nie mówił, że Brennus jest tchórzem. Wątpię, czy zabiłby siebie, żeby odebrać ci tę przyjemność. - Spojrzała na martwego króla u stóp swego kochanka, lecz wyraz jej twarzy pozostał niezmieniony, nieporuszony widokiem pozbawionego głowy monarchy. - Ale nadal się zastanawiam, dlaczego nie próbował zawrócić cię z obranej drogi.

- Bo za dobrze się poczuł, zbyt długo nosząc tę potężną koronę Valisarów. Wierzy, że jest niezwyciężony. Pewnie dopiero teraz zdaje sobie sprawę, że zamierzam mu udowodnić, że nawet Valisarów można obalić.

Skrzywiła się, patrząc na niego.

- Wiesz o tym, że mieszkańcy Penraven uciekną statkami.

- Wiem, bo już mi mówiłaś. Lecz nie na ludziach mi zależy, Valyo. Tylko na Valisarach.

- Więc ta śmierć i zniszczenie tylko z powodu Brennusa - powiedziała otwarcie.

- Zawsze tak było. Z powodu Brennusa, jego potomków i tych, którzy go popierają.

Na jej twarzy nadal malował się ten sam grymas.

- Tylko zostaw w spokoju Cremond.

- Zostawiłem. Nie łamię raz danego słowa. Wiemy, kto umarł w Penraven?

Pokręciła głową.

- To mógł być każdy, ale domyślam się, że królowa. - Odwróciła się i splunęła na zwłoki, zaskakując Loethara. Nie do końca wiedział, czy jej zniesmaczenie dotyczyło królowej Penraven czy króla Barronel, czy może tak naprawdę zamierzała trafić Vyka. Bez względu na to, gest świadczył o prawdziwej złośliwości.

- Dlaczego królowa? Za bardzo się bała, co jej mogę zrobić? - zapytał.

Zignorowała jego pytanie.

- Jeśli zachowali resztki rozsądku, to już wsiedli na jeden ze swoich wystawnych królewskich szkunerów.

- Jest zbyt dumny, by uciekać - odparł Loethar.

- To prawda. Valisarowie potrafi ą zachować spokój; nawet ci, którzy dołączyli do rodziny poprzez małżeństwo. Królowa nie straciłaby twarzy, odbierając sobie życie. Nie rozumiesz? - Ponuro wzruszyła ramionami. - Podejrzewam, że odwaga Valisarów w obliczu pewnej zguby zainspiruje lud.

- Zobaczymy, na co się zda ta inspiracja, gdy dostanę to, czego szukam. Powiedz mi, dlaczego sądzisz, że to królowa nie żyje.

- Porody zabierają wiele ofiar - powiedziała beznamiętnym tonem.

- Poro... - powtórzył, milknąc, gdy dotarło do niego znaczenie tych słów. - Dlaczego mi nie powiedziałaś? - W jego głosie pobrzmiewała groźba.

- Przepraszam, czyżbym zapomniała wspomnieć, że ta suka z Penraven wydała na świat kolejnego bachora? Jest matką następcy tronu i macochą głupkowatego sieroty, nad którym się zlitowała. A teraz pewnie kolejny nie przeżył porodu. Tylko najstarszy jest twoim zmartwieniem. Widocznie uznałam, że to nic ważnego.

- Zaskakujesz mnie, Valyo. Pozwalam ci być moimi oczami i uszami, bo jesteś w tym dobra, ale oczekuję, że będziesz mnie informowała o wszystkim, czego się dowiesz. Jeśli nie, twoje umiejętności są dla mnie bezużyteczne, bez względu na to, jaka jesteś bystra. Naprawdę powinienem cię ukarać - rzekł Loethar, a w głowie już miał gonitwę myśli.

- To niczego nie zmienia - odparowała, zachowując pewność siebie.

- Taka wiadomość niesie ze sobą pewne konsekwencje.

- Niezupełnie. Zakładam, że i tak zamierzasz zabić ich wszystkich.

- Na razie nie mam żadnego planu - upomniał ją - poza tym, że będę obserwował, jak padają sławne mury Penraven. A potem zobaczymy.

- Czy to w takim razie nasz nowy dom? - zapytała, przeciągając dłonią po wypolerowanym marmurze na blacie eleganckiego mebla, który prawdopodobnie służył królowi za prywatny stół. - Nawet mi się podoba. Niesamowity kolor.

Loethar z trudem poskromił gniew. To nie był odpowiedni moment, by tracić nad sobą panowanie.

- Słynny marmur z Barronel, z głębokich kamieniołomów pośród wzgórz Wegero.

- Nadzwyczajny - powiedziała nieobecnym głosem, jednocześnie oglądając już książki w niewielkiej biblioteczce, którą król miał w swojej komnacie. Vyk w podskokach ruszył jej śladem.

- Tak, Barronel będzie na razie naszą bazą. Rozgość się, Valyo, ale nie tutaj - ostrzegł.

- Dlaczego? - zapytała, zaprzestając powolnego przeglądania regałów z książkami.

- Nie jesteś królem.

- Ty też nie - odparła leniwie, zanim jednak zdążył odpowiedzieć, dodała: - Jesteś przyszłym imperatorem. Przyzwyczajaj się lepiej do takiego otoczenia i zadbaj o to, by rozsławić swe imię. Koniec z jaskiniami i namiotami, Loetharze.

- A choć ty przywykłaś do bardziej wyszukanych rzeczy, proponuję, byś odkrywała je w innej części pałacu.

- Gdzie cię znajdę? Może mogłabym...

Nie pozwolił jej dokończyć.

- Nie wiem, gdzie będę. Może pojadę do Penraven, żeby po raz pierwszy spojrzeć na twierdzę Valisarów.

Przerwało im pukanie do drzwi.

- Wejść - powiedział znużonym głosem.

Do środka wszedł przysadzisty wojownik z twarzą całą w bliznach i barwnych tatuażach, wlokąc za sobą przerażone dziecko. Dziewczynka nie miała więcej niż dwanaście wiosen i ubrana była w królewskie szaty, Loethar zauważył jednak, że jej suknia jest podarta, a twarz mokra od łez.

- Stracker powiedział, że o nią prosiłeś, panie - rzekł mężczyzna szorstkim tonem. Mówił w języku Stepów.

- Zmieniłem zdanie. Zaprowadź ją z powrotem do matki.

- Już nie żyje.

Loethar westchnął, podenerwowany.

- W takim razie dziewczynę też odeślij do jej boga. Natychmiast, bezboleśnie i szybko.

- Tutaj? - spytał mężczyzna z zaskoczeniem.

Dziewczyna zaczęła lamentować, zauważywszy pozbawione głowy ciało swego ojca.

- Nie, nie tutaj - rzekł powoli przez zaciśnięte zęby Loethar. - Zabierz ją i jego też niech ktoś się stąd pozbędzie. - Mężczyzna skinął głową. - Jeszcze jedno, Vash, od tej pory używaj tylko tutejszej mowy.

- Oczywiście, mój panie - odpowiedział biegle w języku Koalicji, wychodząc z komnaty i ciągnąc za sobą wrzeszczącą dziewczynę.

Valya patrzyła na niego z niesmakiem.

- Och, Loetharze, naprawdę chciałeś zabawiać się z dzieckiem? Czyżbyś nie miał sumienia?

- Mam go mniej więcej tyle co ty - odparł.

Roześmiała się, on zaś usłyszał w jej głosie fałszywy ton, który próbowała ukryć.

- Czyli ani odrobiny.

- Właśnie. To, co robię, i to, co ludzie mają myśleć, że robię, to zupełnie różne sprawy.

- Bo jeśli pragnąłbyś poczuć przy sobie ciało drugiej osoby... - zaczęła zalotnie.

Zamrugał poirytowany.

- Pragnąłbym się wyspać - powiedział, kolejny raz jej przerywając. - Zamknij za sobą drzwi. Powiedz, żeby nikt mi nie przeszkadzał, chyba że chce mnie poinformować o tym, kto zmarł w rodzinie królewskiej. W przeciwnym razie przez następnych sześć godzin nie chcę z nikim rozmawiać, również z tobą.

Loethar nie czekał na odpowiedź. Odwrócił się i wyszedł do sypialni byłego króla, Vyk zaś pofrunął za nim.

3

Corbel pędził z całych sił. Wiedział, że nie tylko jego życie, ale i życie wielu ludzi zależy od tego, czy dotrze do celu. Jechał w nieznane, kierując się wskazówkami, które ojciec kazał mu kilkakrotnie powtórzyć, upewniając się, że syn trafi na miejsce spotkania.

- Ratuj się, chłopcze - rzekł ojciec głosem ochrypłym od kontrolowanych emocji. Corbel nigdy nie widział jego łez i wyglądało na to, że Regor de Vis nie zamierzał choćby przez chwilę okazać głębi swojego smutku z powodu rozstania. Obaj wiedzieli, że już się nie zobaczą. - Ocalisz w ten sposób także życie Gavriela - dodał de Vis.

Corbel dojrzał w oczach ojca błysk nadziei i choćby tylko dlatego chciał pojechać w to niezwykłe miejsce na wybrzeżu i odnaleźć człowieka o imieniu Sergiusz.

- Ale jak go rozpoznam? - dopytywał.

- On rozpozna ciebie - odparł król.

- Ufamy mu?

Ojciec przytaknął.

- Bezgranicznie.

Corbel czekał. Król i ojciec nie powiedzieli już nic więcej.

- Zdajecie sobie sprawę, że to szaleństwo? - powiedział spokojnie chłopak. Nie był z natury wybuchowy. Żałował, że nie ma z nim Gavriela, on umiałby do nich przemówić.

- Musisz nam zaufać - dodał ojciec tak racjonalnym tonem, że słowa sprzeciwu uwięzły Corbelowi w gardle.

- Magia?

Brennus spojrzał na niego ze smutkiem.

- Zazdroszczę ci, Corbelu.

- Czyżby? - W swej wściekłości, którą byłby w stanie dostrzec tylko Gavriel, Corbel chciał zapytać, czy to wspomnienia o morderstwie dokonanym na nowo narodzonym dziecku król mu zazdrości, lecz ojciec najwidoczniej odgadł tę myśl, ponieważ rzucił mu piorunujące spojrzenie. - Dlaczego nie wykorzystasz magii do ucieczki, Wasza Wysokość? - powiedział zamiast tego.

Król westchnął.

- Byłaby to nie lada niespodzianka dla tego nikczemnego wodza. Jedź, Corbelu. W tej chwili najważniejsze jest twoje bezpieczeństwo. Niech Lo będzie z tobą.

- Ojcze...

- Jedź, synu. Twoja przyszłość jest dla nas tajemnicą, tak samo jak dla ciebie. Wierzymy jednak, że będziesz bezpieczny i nie zapomnisz o swoim zadaniu. To coś, czemu warto poświęcić życie. Być może pewnego dnia pozwoli odbudować Penraven.

Corbel chciał coś powiedzieć, lecz ojciec uniósł dłoń.

- Ani słowa, Corb. Zawsze byłem dumny z ciebie i Gavriela. Spraw, bym był i teraz. Zrób to, o co proszą cię król i ojciec.

Skoro Corbelowi nie wolno było dalej protestować, postanowił poprzestać na ukłonie. A potem Brennus i Regor de Vis go uściskali.

Teraz myśli Corbela rozmywały się i rozchodziły we wszystkie strony. Na powrót jednoczyły się tylko dzięki obolałej czaszce i jego determinacji, by wykonać powierzone mu zadanie. Czuł jednak na sercu ciężar tego brzemienia, a rzeczywistość go przerażała.

Pędził na północny zachód, zmieniwszy wierzchowca w Tomlyn, gdzie czekał na niego główny stajenny. Dał Corbelowi niewielkie zawiniątko z jedzeniem, które ten spożył naprędce, nawet się nie zatrzymując. W podobny sposób przesiadł się na kolejnego konia, tym razem w Fairley, zgodnie z instrukcjami.

Zostawiwszy za sobą wioskę, Corbel pośpiesznie ruszył wzdłuż wybrzeża. Pędził co sił, wiedząc jedynie, że ma dotrzeć w miejsce, w którym stoi kamienna tablica. Przebiegał wzrokiem wzdłuż drogi i nieustannie wypatrywał wskazówki. Światło dnia powoli zanikało. Zastanawiał się, czy zdąży. Kilka minut później w oddali dostrzegł człowieka. Spowolniwszy konia, podjechał bliżej.

- Witaj, Corbelu. Powiedziano mi, że dźwigasz ciężkie brzemię. - Z trudem łapiąc oddech, Corbel skinął głową, lecz nie powiedział ani słowa. - Och, mój wzrok jest taki słaby, że widzę niewiele, lecz wystarczająco. Chodź, pomóż mi przejść tą ścieżką.

- Ścieżką? - powtórzył Corbel.

Mężczyzna się zaśmiał.

- Zauważysz ją, kiedy zsiądziesz z konia. Prowadzi do mojego skromnego domu. Jest zdradziecka tylko dla mnie; tobie z pewnością nie sprawi problemu przejście nią na tych silnych, młodych nogach.

Corbel zeskoczył z konia i zauważył stopnie, sprytnie wykute w skalnej ścianie. Dostrzegł chatę i miał nadzieję, że do niej dotrą, zanim wiatr przybierze na sile. Słońce zachodziło za horyzont w intensywnie różowej poświacie, lecz noc zapowiadała się niespokojna.

Sergiusz krzyknął ponad rykiem wiatru, jak gdyby czytając w jego myślach:

- Wieczorem będzie burza! To dobrze wróży naszym dzisiejszym planom. Chyba czeka nas pewne przebudzenie.

- To dobrze?

- Idealnie! Magia tego rodzaju działa najlepiej, gdy wśród żywiołów panuje poruszenie, gdy aż kipią swą mocą.

Corbel zastanawiał się, czy ktokolwiek powiedział o tym Gavrielowi. Ale przede wszystkim myślał o tym, czy jeszcze zobaczy brata.

- Co z moim koniem?

Mężczyzna wskazał przed siebie.

- Pogoda będzie zbyt gwałtowna, żeby zostawić go na zewnątrz, ale twój ojciec zadbał o zapas jedzenia i wodę w tej małej stajence. Widzisz ją? - Corbel skinął głową. - To dobrze, bo ja nie. Z tej odległości wszystko jest rozmazane. W każdym razie przywiąż tam konia. Ktoś go stamtąd odbierze.

- Daj mi chwilę - rzekł Corbel, a wiatr gwizdał mu w uszach. Zaprowadził klacz do stajni i dał jej worek świeżej paszy oraz wiaderko pitnej wody. Miał nadzieję, że ktoś ją wkrótce zabierze. Żałował, że nie może jej wyczyścić, ale miała mnóstwo świeżego siana, w którym bez wątpienia z radością się wytarza. Poza tym to nie pora, by martwić się o konia. Zabezpieczył drzwi i wrócił biegiem do gospodarza. - Zrobione - powiedział.

- Chodźmy - odparł Sergiusz. - Jak miło mieć kogoś, kto pomoże mi pokonać tę przeklętą drogę powrotną.

Szli w milczeniu, koncentrując się na swoich krokach.

- Kiedy? - zapytał, gdy wreszcie dotarli pod drzwi chaty.

Mężczyzna się uśmiechnął.

- Teraz. Wejdź. Musisz coś wypić.

- Co takiego? - spytał Corbel, wchodząc za nim do chaty.

- Żadnych pytań, nie ma czasu. To - rzekł Sergiusz, sięgając po kielich stojący na wyszorowanym stole, na którym poza tym stało tylko kilka świeżych morskich stokrotek w dzbanku - sprawi, że nie będziesz się opierał.

Corbel zmarszczył czoło, spoglądając do środka na zawartość. Ciecz wyglądała nieszkodliwie i nie miała wyraźnego zapachu.

- Musisz wypić wszystko - ponaglił go Sergiusz.

- Tylko ja?

Mężczyzna skinął głową.

- Ja potrafi ę kontrolować swoją moc, ale ty nie możesz z nią walczyć. Wyglądasz mi na kogoś, kto byłby w stanie.

- Nie rozumiem.

- Ta mikstura łamie opory i czyni cię uległym. Bez niej twoje ciało instynktownie będzie walczyło z magią. Musisz wejść spokojnie.

- Dokąd?

- Do morza.

- Oszalałeś?

- Większość ludzi tak sądzi - odparł mężczyzna z łagodnym uśmiechem. - Ale mnie to odpowiada.

- Mam utonąć - stwierdził Corbel bezbarwnie.

- Zaufaj mi.

- Chyba "zaufaj magii"?

Sergiusz skinął głową, a na jego twarzy malowało się współczucie.

- Magii też.

- Dokąd idę? - dopytywał Corbel.

- W pewnym sensie będziesz mógł wybrać, jakkolwiek jednak na to spojrzysz, daleko stąd.

- Sergiuszu?

- Tak?

- Boję się.

Starzec uśmiechnął się łagodnie, kładąc ciepłą, suchą dłoń na jego ramieniu.

- Niepotrzebnie, synu. Dokonujesz bohaterskiego czynu. Podejrzewam, że już musiałeś zrobić coś, co wymagało wyjątkowej odwagi, większej nawet niż ta, którą twój ojciec lub król mogliby się wykazać, a przecież obu cechuje męstwo. Robisz to dla Penraven... dla korony Valisarów. Wypij, Corbelu.

Zahipnotyzowany przez starca, dziwnie odprężony pod wpływem jego melodyjnego głosu i poruszających słów Corbel opróżnił kielich.

A gdy jasny, ostry świt rozświetlił niebo, Corbel de Vis wszedł do morza, wciąż czując przeszywający smutek i jego brzemię na ramionach.

Brennus właśnie skończył porywającą przemowę do swoich kapitanów. Opuszczał prowizoryczny podest odprowadzany gromkimi brawami, nadal słysząc ich gwizdy i wiwaty. Jednak bez względu na wszystko, co mówił i jak bardzo dodał im odwagi, przeczuwali, że ich sprawa jest beznadziejna. Król opuścił koszary z ponurą miną; kłamał, przemawiając do wojowników, a prawdę o tym, co ich czekało, znał tylko mężczyzna kroczący u jego boku w gniewnym milczeniu.

Brennus odezwał się mimo ciężkiej atmosfery między nimi.

- Nie ma sensu, by wszyscy umierali, de Vis.

- Dlaczego tylko ty masz wykazać taką zdumiewającą odwagę, Wasza Wysokość? - odparł legat, nie kryjąc sarkazmu.

Brennus wiedział, że przyjaciel bardzo cierpi. Wysłanie Corbela z misją w taki, a nie inny sposób, bez odpowiednich wyjaśnień i dyskusji o możliwych skutkach, odcisnęło na nim piętno.

- To nie kwestia odwagi... - zaczął.

- Mylisz się, panie. Wszyscy jesteśmy ludem Penraven i wszyscy czujemy to co ty. Jak myślisz, dlaczego ci ludzie z taką dumą wiwatowali na twoją cześć? Podziwiają twoją dzielność, a to z kolei rozbudza odwagę w nich samych. Nie kulimy się ze strachu przed wrogiem, a już na pewno nie przed tym barbarzyńcą ze Stepów.

- Zabije każdego, kto stawi opór.

- Czyli już wiemy, że poniesiemy porażkę? - zapytał de Vis, nadal sarkastycznym tonem. - Co się stało z potężnym duchem Penraven? Poza tym nie oszukujmy się, Wasza Wysokość. On i tak zabije każdego! Równie dobrze możemy umrzeć jako bohaterowie, walcząc o to, w co wierzymy. Muszę być szczery... skoro moja żona nie żyje, a moi synowie... - Nie był w stanie dokończyć.

- A ta młoda piękność, z którą miałeś się zaręczyć? Nie dbasz o nią?

De Vis machnął ręką, jak gdyby uwaga króla nie miała znaczenia.

- Powiedzmy, że nie mam już kogo kochać i dla kogo żyć. Została mi tylko służba Valisarom. Jestem gotów zginąć w obronie korony.

- Zawsze byłeś gotów, Regorze. - Brennus ze złością pokręcił głową. - Nie, Loethar nie będzie zabijał moich ludzi. Nie pozwolę na takie bezcelowe bestialstwo.

- Ale on przecież jest bestią! - Zapomniawszy się, legat splunął.

Brennus zignorował tę zniewagę.

- Posłuchaj, Regorze. Wiemy, czego on chce. Damy mu to bez walki. Ale pod warunkiem że oszczędzi moich ludzi.

- Nie zgodzi się na taki warunek.

- Jeszcze się zdziwisz.

- Skąd możesz to wiedzieć, Wasza Wysokość?

- Zaufaj mi. On chce tylko jednego. A wiemy, że jest inteligentny. Jaki sens ma zrównanie miasta z ziemią i wybicie wszystkich jego mieszkańców, skoro zamierza zostać imperatorem? Potrzebuje ludzi, by móc rządzić. Wolałbym, żeby mieszkańcy Penraven tolerowali go, póki Leo nie dojrzeje, by zrozumieć swoją powinność, podjąć działania i pomścić moją śmierć. W ten sposób przynajmniej będzie nadzieja na wskrzeszenie linii Valisarów.

- Naprawdę wierzysz, że Leo odzyska królestwo?

- De Vis, nie zadawaj mi takich pytań, tak jakbyś sam nie mógł w to uwierzyć! Muszę mieć nadzieję. Tylko to mi pozostało. - Z niedowierzaniem pokręcił głową. - Zabiłem dziecko! - Nie powiedział głośno, że kazał to zrobić komu innemu, de Vis zaś nie przypominał mu, kto naprawdę zapłaci najwyższą cenę za to morderstwo. - Moja żona... - zaczął głosem pełnym żalu.

- O niczym nie wie, Wasza Wysokość. Nigdy się nie dowie. Gavriel dotrzyma tajemnicy.

- A Corbel... został mordercą. Jak będzie żył z krwią niewinnego dziecka na rękach? A jak ja będę z tym żył? Corbel jest taki niewinny jak to niemowlę. To wszystko moja wina.

De Vis zacisnął zęby. Nie było czasu szukać winnych, szczególnie że to jego dziecko zostało w to wmieszane. Tak naprawdę nie wiedział, jak sobie poradzi z tym, że dopuścił, by jego synowi powierzono to zadanie, a potem pełnego strachu i odrazy wysłano daleko od wszystkiego, co do tej pory znał.

- Corbel wyjechał, Wasza Wysokość. Jest już na tyle dorosły, że sam sobie poradzi z własnymi demonami. Będzie szukał przebaczenia u Lo na swój sposób.

- De Vis, zażądałem od twojej rodziny zbyt wiele.

- Zawsze możemy dać więcej, Wasza Wysokość.

Brennus zatrzymał się, ujął dłoń przyjaciela i położył ją sobie na sercu.

- Pozwól mi zrobić to samemu, Regorze - błagał tonem nabrzmiałym od emocji.

De Vis ze smutkiem pokręcił głową.

- Nie mogę, Wasza Wysokość. Złożyłem przysięgę przed twym ojcem, gdy leżał na łożu śmierci. Mam zamiar jej dotrzymać i dochować wierności mojemu królestwu. Może masz rację. Może nadeszła pora, byśmy przekazali całą nadzieję naszym dzieciom. Musimy jednak złożyć tę ostatnią ofiarę, by zyskać dla nich trochę czasu, dać im szansę, by nas pomściły.

Król wreszcie skinął głową.

- W takim razie zorganizuj pertraktacje. Złóż Loetharowi propozycję, której się nie oprze. Przecież nawet barbarzyńcom kiedyś znudzi się wojna.

- Wyślę posłańca.

- Nie ma takiej potrzeby - rzekł Brennus, uśmiechając się ponuro w świetle pochodni. - Z pewnością już tu jest i nas obserwuje.

- Dlaczego tak sądzisz?

- Zajął Barronel. Nie wyobrażam sobie, że będąc tak blisko swojej zdobyczy, nie zechce jej jak najszybciej odnaleźć.

- Dlaczego w takim razie się nie ujawnił, nie wysunął żądań?

- Myślę, że rozkoszuje się chwilą. Wyczuwam jego obecność. Obserwuje, czeka, delektuje się naszym strachem.

- Co mam zrobić, Wasza Wysokość?

- Wyjedź mu na spotkanie. Przyjdzie do ciebie. Powiem ci, co masz mówić.

De Vis zaskoczył króla, przyklękając na jedno kolano.

- Panie, błagam. Ci, którzy chcieli uciec, już to zrobili. Zdążyli dotrzeć na wybrzeże. A pozostali, cóż. - Wzruszył ramionami. - Postanowili zostać, zaryzykować i już wiedzą, że mają nie stawiać oporu. Nie wymorduje ich. Ale nie oddawajmy mu Brighthelm tak łatwo. Jeśli miasto ma upaść, niech upadnie z honorem, w szlachetnej walce. Wyjadę mu na spotkanie, jeśli rzeczywiście jest w pobliżu twierdzy, lecz zamiast składać mu propozycję, najpierw wysłucham jego żądań.

Na twarzy Brennusa malował się ból.

- Człowieku, przecież wiemy, czego on chce! Możemy dać mu to natychmiast i uniknąć dalszego rozlewu krwi.

- Wasza Wysokość, spełnij moją ostatnią prośbę. Pozwól mi spojrzeć najeźdźcy w oczy. Pozwól mi w pełni zrozumieć jego motywy, zanim złożę mu jakąkolwiek propozycję. Jeśli mamy zginąć, przynajmniej dowiedzmy się, o co mu chodzi.

Brennus zawahał się. Wiedział, że plan de Visa nie jest doskonały, że może jedynie przedłużyć czekające ich męki. Tylko wspomnienie Iseldy przyciskającej do piersi maleńką córeczkę sprawiło, że się zgodził. Jeśli nie poddadzą się od razu, zyska jeszcze kilka dni, które będzie mógł spędzić z ukochaną kobietą, kilka dni na ukojenie umęczonej duszy... kilka dni, by pojednać się z Lo.

- Jak sobie życzysz - odrzekł z lekkim westchnieniem.

De Vis ucałował pierścień króla.

- Dziękuję, panie.