Królewski spisek - Adam Olesiejuk, Steve Berry

-
Proszę czekać
ROZDZIAŁ 5

LONDYN

GODZ. 18:30

Blake Antrim wysiadł z taksówki. Przed nim wznosiła się spowita mgłą kopuła katedry św. Pawła. Godzinę temu rozpętała się burza, która przykryła całe miasto swym chłodnym, wilgotnym kocem. Miał nadzieję, że pogoda odstraszyła większość turystów i miejsce okaże się spokojniejsze niż zazwyczaj.

Zapłacił kierowcy, wdrapał się po szerokich betonowych schodach i wślizgnął się do środka przez masywne drewniane drzwi. Big Tom, zegar zajmujący południową wieżę katedry, głośnym gongiem wybił połowę godziny.

Blake przyleciał z Brukseli natychmiast po odbyciu rozmowy ze swoim londyńskim agentem. Skorzystał w tym celu z odrzutowca należącego do Departamentu Stanu. Podczas krótkiej podróży ponownie przejrzał wszystkie raporty dotyczące operacji Królewski Spisek, aby odświeżyć w pamięci każdy szczegół akcji.

Jej cel był jasny.

Szkocja zamierzała wypuścić z więzienia Abdelbaseta al-Megrahiego, byłego funkcjonariusza libijskiego wywiadu. W 1988 roku został skazany za zabójstwo dwustu siedemdziesięciu osób po podłożeniu bomby w samolocie linii Pan American lecącym nad Lockerbie w Szkocji. W 2001 roku Al-Megrahiego skazano na dożywocie, lecz po zaledwie kilku latach za kratami zachorował na raka. Teraz więc, z tak zwanych pobudek humanitarnych, władze szkockie postanowiły pozwolić mu, by dokonał żywota w ojczystej Libii. Jak dotąd decyzja o zwolnieniu więźnia nie została jeszcze ogłoszona oficjalnie, ponieważ w dalszym ciągu toczyły się w tej sprawie sekretne negocjacje. CIA dowiedziało się o tym pomyśle ponad rok temu i Waszyngton zdążył już dwukrotnie wyrazić swój zdecydowany sprzeciw, domagając się ostrej reakcji ze strony premiera Wielkiej Brytanii. Anglicy jednak odmówili, tłumacząc, że to wewnętrzna sprawa Szkocji, i nie mają zamiaru się do tego mieszać.

A to niby od kiedy? - pytali z niedowierzaniem niektórzy dyplomaci.

Londyn mieszał się do polityki Edynburga przez ostatnich tysiąc lat. Fakt, że oba państwa ostatecznie zjednoczyły się pod wspólnym sztandarem Wielkiej Brytanii, tylko to ułatwił.

Mimo to Anglicy odmówili interwencji.

Powrót Al-Megrahiego do domu byłby jak policzek wymierzony stu osiemdziesięciu dziewięciu Amerykanom, którzy zginęli w  zamachu. Schwytanie sprawcy, postawienie go przed sądem i uzyskanie wyroku skazującego zajęło CIA trzynaście lat.

A teraz miałby po prostu odejść wolno?

Kaddafi, przywódca Libii, odtrąbi powrót Al-Megrahiego jako porażkę Waszyngtonu i z pewnością wykorzysta to wydarzenie do wzmocnienia własnej pozycji wśród arabskich liderów. Terroryści na całym świecie zaczną walczyć o swoje cele z jeszcze większą determinacją, zachęceni wizerunkiem osłabionej Ameryki, która nie potrafi nawet powstrzymać swoich sojuszników przed wypuszczeniem z więzienia skazanego mordercy.

Rozpiął swój mokry od deszczu płaszcz i ruszył w kierunku głównego ołtarza, mijając boczną kaplicę, w której świece w czerwonych osłonach rzucały na ściany bursztynową poświatę. Jego agent wybrał to miejsce na spotkanie, ponieważ cały dzień spędził w archiwach katedry, gdzie poszukiwał kolejnych informacji, podszywając się pod dziennikarza.

Podążając południową nawą, doszedł do spiralnej klatki schodowej i jeszcze raz się rozejrzał. Nie pomylił się co do pogody - po wnętrzu świątyni kręcili się tylko pojedynczy turyści. Na szczęście wyglądało na to, że jak dotąd operacja Królewski Spisek nie przyciągnęła uwagi służb brytyjskich.

Przeszedł przez sklepione przejście i wkroczył na wijące się pionowo w górę schody. Po drodze zabijał czas, licząc kolejne stopnie. W końcu, pokonawszy dokładnie dwieście pięćdziesiąt dziewięć stopni, dotarł na Galerię Szeptów.

Czekał tam na niego blady mężczyzna z jasnozielonymi oczami; jego łysiejąca głowa była upstrzona brązowymi plamami starczymi. Braki w prezencji nadrabiał jednak kwalifikacjami - człowiek ten należał do najlepszych analityków historycznych pracujących dla Antrima, co czyniło go niezastąpionym przy tego rodzaju operacjach.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 3

WINDSOR, ANGLIA

GODZ. 17:50

Kathleen Richards nigdy wcześniej nie widziała zamku Windsor od środka, co jak na Brytyjkę z krwi i kości było czymś niewybaczalnym. Ale przynajmniej znała jego historię. Twierdza, wzniesiona w jedenastym wieku przez Wilhelma Zdobywcę, miała zapewniać normańską dominację na Tamizie i dalszych peryferiach młodego wówczas Londynu. Od tamtej pory służyła za siedzibę angielskich królów. Powstała jako zbudowany z drewna zamek typu motte[1], ale z czasem przekształciła się w masywną kamienną fortecę. Przetrwała pierwszą wojnę baronów w trzynastym wieku, angielską wojnę domową w siedemnastym wieku, dwie wojny światowe i wreszcie niszczycielski pożar w 1992 roku. Dziś była największym zamieszkanym zamkiem na świecie.

Kathleen jechała w deszczu przez całe trzydzieści kilometrów dzielących Windsor od Londynu. Zamek górował nad stromym urwiskiem, a jego szare mury, baszty i wieżyczki - zabudowania zajmowały w sumie teren o powierzchni ponad pięciu hektarów - niemal całkowicie zlewały się z wieczorną szarugą. Godzinę temu Kathleen otrzymała telefon od swojego szefa, który kazał jej tu przyjechać.

Przyjęła to ze sporym zaskoczeniem.

Trzy tygodnie temu została zawieszona w obowiązkach na trzydzieści dni, wstrzymano jej też pensję. Wszystko przez jedną nieudaną akcję w Liverpoolu. Kiedy trzej podejrzani, związani z przemytem nielegalnej broni do Irlandii Północnej, próbowali ratować się ucieczką, Kathleen zaczęła ich ścigać na motocyklu i ostatecznie udało jej się ich dopaść. Niestety, po drodze dokonała strasznych spustoszeń na ulicach miasta. Osiemnaście samochodów poszło na złom. Kilku ludzi zostało rannych, niektórzy ciężko, ale nie było ofiar śmiertelnych. Czy to jej wina? Ona z pewnością tak nie uważała.

W przeciwieństwie do jej przełożonych.

Przez ten incydent SOCA poważnie naraziła się prasie.

SOCA, czyli Agencja ds. Zwalczania Zorganizowanej Przestępczości, to brytyjski odpowiednik amerykańskiego FBI. Zajmuje się narkotykami, praniem pieniędzy, oszustwami, cyberprzestępczością, handlem ludźmi i naruszeniami prawa związanymi z bronią palną. Kathleen służyła w agencji od dziesięciu lat. Gdy ją przyjmowano, dowiedziała się, że potencjalnych rekrutów ocenia się według czterech kryteriów: umiejętności pracy w zespole, determinacji w  dążeniu do celu, zdolności przywódczych i skuteczności działania. Lubiła myśleć, że przynajmniej trzy z tych cech stanowią jej mocną stronę, zawsze miała jednak poważny problem z pracą zespołową. Nie chodziło nawet o to, że nie umiała się dogadywać z innymi - po prostu wolała działać w pojedynkę. Na szczęście osiągała wzorowe wyniki i jak dotąd zbierała doskonałe oceny za przebieg służby. Otrzymała nawet trzy pochwały. Ale ten pierwiastek buntu, będący częścią jej charakteru, regularnie ściągał na nią kłopoty.

Miała już tego serdecznie dość.

Ostatnie dwadzieścia dni spędziła siedząc sama w domu i  zastanawiając się, kiedy jej kariera stróża prawa dobiegnie końca.

Miała dobrą pracę. Trzydzieści jeden dni urlopu rocznie, świadczenia emerytalne, szkolenia, szanse na ciągły rozwój zawodowy, przyjazna polityka firmy w kwestii urlopu macierzyńskiego i opieki nad dziećmi. Nie żeby to ostatnie miało jej się kiedykolwiek przydać. Zdążyła się już pogodzić z faktem, że małżeństwo jest chyba nie dla niej. Za bardzo trzeba się w nim dzielić wszystkim z drugą osobą.

Zastanawiała się, co właściwie robi w zalanych deszczem szacownych murach zamku Windsor. Od razu po opuszczeniu samochodu skierowała się w stronę kaplicy św. Jerzego, gotyckiego kościoła zbudowanego w piętnastym wieku przez Edwarda IV. W środku znajdowały się szczątki dziesięciu angielskich monarchów. Nikt jej nie wyjaśnił, dlaczego została tu wezwana, a ona nie zadawała żadnych pytań. Będąc agentem SOCA, trzeba być przygotowanym na nieprzewidziane sytuacje.

Weszła do środka, strząsnęła z ramion krople deszczu i  rozejrzała się po kaplicy. Z podziwem patrzyła na wysoki, sklepiony sufit, witraże w oknach i ozdobne drewniane stalle ustawione po obu stronach prezbiterium. Nad ławkami wisiały różnobarwne flagi należące do kawalerów Orderu Podwiązki, a na mosiężnych tabliczkach widniały nazwiska dawnych i obecnych właścicieli każdego z miejsc. Marmurowa posadzka w szachownicę była wypolerowana do połysku i wszystko wyglądałoby idealnie, gdyby nie sporej wielkości dziura wybita w podłodze na wysokości jedenastej ławy. Wokół otworu zebrało się czterech mężczyzn, wśród nich jej dyrektor, który wyszedł Kathleen na spotkanie i odprowadził na bok, z dala od pozostałych.

- Kaplica była zamknięta cały dzień - powiedział. - Wczoraj w nocy wydarzyło się tu coś złego: zbezczeszczony został jeden z  królewskich grobów. Intruzi użyli kruszących ładunków wybuchowych, żeby przebić się przez posadzkę i dostać do środka.

Wiedziała, o czym mówi. Kruszące materiały wybuchowe powodują potężne zniszczenia poprzez wytwarzanie ogromnego ciepła, a przy tym eksplozji towarzyszy tylko niewielki wstrząs i minimalny huk. Wchodząc do kaplicy, zwróciła uwagę na ostry swąd węgla. To specjalistyczny rodzaj broni, niedostępny na wolnym rynku, zarezerwowany dla wojska. W jej głowie natychmiast zrodziło się pytanie: kto mógłby mieć dostęp do tego rodzaju materiałów wybuchowych?

- Kathleen, zdajesz sobie sprawę, że grozi ci zwolnienie?

Przeczuwała to, ale mimo wszystko zadrżała, słysząc te słowa.

- Ostrzegaliśmy cię - kontynuował. - Mówiliśmy ci, że musisz trochę przyhamować. Na Boga, odnosisz niezaprzeczalne sukcesy, ale sposób, w jaki je osiągasz, to zupełnie inna sprawa.

Jej akta były pełne incydentów podobnych do tego, który miał miejsce w Liverpoolu. Złapała skorumpowanych pracowników portowych i znalazła u nich trzydzieści siedem kilogramów kokainy, ale przy okazji dwie łodzie poszły na dno. Wznieciła pożar, żeby wykurzyć kilku handlarzy narkotyków, lecz droga posiadłość, która mogła zostać sprzedana za miliony funtów jako zarekwirowany majątek, doszczętnie spłonęła. Rozbiła gang piratów internetowych, lecz w trakcie aresztowania zginęło czworo ludzi. Najgorsza z tego wszystkiego była szajka prywatnych detektywów, którzy nielegalnie zbierali poufne informacje, by sprzedawać je dużym korporacjom. Jeden z podejrzanych wymierzył do niej z  broni, więc musiała go zastrzelić. Chociaż uznano to za uzasadnioną obronę konieczną, wysłano ją na przymusowe sesje terapeutyczne, a psycholog uznał, że pociąg do ryzyka stanowi u niej sposób radzenia sobie z własnym poczuciem niespełnienia w życiu. Cokolwiek to znaczyło - śmieszny doktorek nigdy nie wyjaśnił tych swoich mądrości. Po zaliczeniu obowiązkowych sześciu sesji nie wróciła po więcej.

- Oprócz ciebie mam pod sobą czternastu innych agentów - powiedział jej szef. - Żaden nie sprawia tylu kłopotów co ty. Jak to jest, że oni też są w stanie skutecznie wykonywać swoją pracę, ale bez tych wszystkich efektów ubocznych?

- Nie kazałam tym ludziom w Liverpoolu uciekać. Oni sami wybrali takie rozwiązanie. Musiałam ich zatrzymać i przejąć amunicję, którą przemycali. Zdecydowałam, że warto podjąć ryzyko.

- Na tej autostradzie ucierpieli ludzie. Niewinni ludzie, w  swoich własnych samochodach. To, co zrobiłaś, było absolutnie niedopuszczalne, Kathleen.

- Po co tu przyjechałam? - przerwała mu. Nasłuchała się już dosyć gorzkich słów, kiedy zawieszano ją w obowiązkach.

- Chcę ci coś pokazać. Chodź ze mną.

Podeszli do pozostałych trzech mężczyzn. Na prawo od ciemnego otworu w posadzce ujrzała czarną kamienną płytę, przełamaną na trzy mniejsze, dające się unieść części. Teraz ułożono je tak, by z powrotem tworzyły całość.

Przeczytała wyrytą w kamieniu inskrypcję.

W KRYPCIE POD TĄ MARMUROWĄ PŁYTĄ

SPOCZYWAJĄ DOCZESNE SZCZĄTKI

JANE SEYMOUR, KRÓLOWEJ KRÓLA HENRYKA VIII

1537

KRÓLA HENRYKA VIII

1547

KRÓLA KAROLA I 

1648

ORAZ DZIECKA KRÓLOWEJ ANNY

TABLICĘ UMIESZCZONO TU W 1837 ROKU

NA POLECENIE

KRÓLA WILHELMA IV

Jeden z mężczyzn wyjaśnił, że Henryk VIII chciał mieć okazały pomnik w kaplicy św. Jerzego, który przyćmiłby monumentalny grób jego ojca w Opactwie Westminsterskim. Odlano już nawet metalową statuę i ogromne świeczniki, ale Henryk umarł, zanim prace zostały ukończone. Po nim nastała epoka radykalnego protestantyzmu, kiedy to posągów w kościołach nie wznoszono, lecz je likwidowano. Następnie za panowania jego córki Marii Anglia na krótko wróciła na łono Rzymu i czczenie pamięci Henryka VIII, króla protestantów, stało się niebezpieczne. W końcu niedokończony pomnik został przetopiony, a kandelabry sprzedane przez Cromwella. Henryk zaś ostatecznie spoczął pod podłogą kaplicy, a miejsce jego pochówku znaczyła jedynie czarna marmurowa płyta.

Kathleen wpatrywała się w dziurę. Do środka wpadał rozciągnięty na posadzce przewód elektryczny. W dole żarzyło się przytłumione światło.

- Do tej pory ta krypta została otwarta tylko jeden raz, pierwszego kwietnia 1813 roku - odezwał się drugi z mężczyzn, którego jej szef przedstawił jako kustosza całego obiektu. - W tamtym czasie nikt nie wiedział, gdzie pochowano zdekapitowane ciało Karola I. Wielu jednak sądziło, że jego szczątki mogą leżeć obok ciał Henryka VIII i jego trzeciej żony, Jane Seymour. Dlatego postanowiono zajrzeć do krypty.

Teraz najwyraźniej ktoś otworzył ją ponownie.

- Panowie - powiedział jej szef. - Inspektor Richards i ja potrzebujemy kilku minut spokoju. Zostawicie nas na chwilę samych?

Pozostali mężczyźni pokiwali głowami i wycofali się w stronę głównego wejścia, oddalonego o jakieś dwadzieścia metrów.

Zawsze podobało jej się brzmienie tych słów: inspektor Richards. Zapracowała sobie na ten tytuł ciężką pracą i bardzo nie chciałaby go teraz utracić.

- Kathleen - dyrektor zwrócił się do niej, zniżając głos. - Proszę cię, chociaż jeden raz trzymaj buzię na kłódkę i posłuchaj mnie uważnie.

Odpowiedziała skinieniem głowy.

- Pół roku temu ktoś włamał się do archiwum w Hatfield House. Skradziono kilka bardzo cennych ksiąg. Miesiąc później do podobnego włamania doszło w archiwum państwowym w Yorku. W ciągu kolejnych tygodni na terenie całego kraju miała miejsce seria kradzieży historycznych dokumentów. Miesiąc temu w British Library strażnicy przyłapali jakiegoś człowieka na fotografowaniu pojedynczych stron, ale udało mu się uniknąć zatrzymania i zbiec. A teraz to.

Jej obawy stopniowo się rozwiały, zastąpiło je rosnące zaciekawienie.

- To, co się tutaj stało - ciągnął - oznacza, że sprawa robi się coraz poważniejsza. Ktoś odważył się wtargnąć do tego świętego miejsca. Do królewskiego pałacu. - Przerwał na chwilę. - Ci złodzieje mają jasno określony cel.

Przykucnęła nad dziurą w podłodze.

- Nie krępuj się - powiedział. - Zajrzyj do środka.

Co za bezczelność, pomyślała, zakłócać spokój kogoś, kto chodził po świecie kilkaset lat temu. Choć jej przełożeni w agencji mieli ją za szorstką i obojętną, pewne rzeczy naprawdę się dla niej liczyły. Na przykład szacunek dla zmarłych. Teraz jednak było to miejsce przestępstwa, więc położyła się plackiem na marmurze i opuściła głowę do dołu.

Na oko krypta miała jakieś dwa i pół metra szerokości, trzy metry długości i półtora metra głębokości. Jej sufit podpierało ceglane sklepienie. W środku Kathleen dojrzała cztery trumny. Jedna z nich, ołowiana i pobladła, była podpisana: Karol I, 1648. W górnej części pokrywy widniało precyzyjnie wykonane kwadratowe wycięcie. Dwie mniejsze trumny wydawały się nienaruszone. Czwarta była największa, miała ponad dwa metry długości. Zewnętrzna warstwa drewna, gruba na pięć centymetrów, zdążyła zgnić i rozpaść się na kawałki. Znajdująca się pod nią ołowiana skrzynia także została nadgryziona zębem czasu, a noszące ślady uderzeń wieko wyglądało na rozbite siłą.

Wiedziała, czyje kości wystawały ze skrzyni.

Szczątki król Henryka VIII.

- W zamkniętej trumnie jest ciało Jane Seymour - powiedział dyrektor. - Królową złożono do grobu razem z jej mężem. W tej drugiej leży dziecko królowej Anny, które pochowano tu wiele lat później.

Seymour była żoną numer trzy, jedyną spośród sześciu towarzyszek życia króla, która dała Henrykowi prawowitego syna, Edwarda. Ten ostatni wstąpił na tron po ojcu, ale rządził tylko przez sześć lat i zmarł jeszcze przed szesnastymi urodzinami.

- Wygląda na to, że ktoś przeszukiwał szczątki Henryka - dodał szef Kathleen. - Tę dziurę w trumnie Karola zrobiono dwieście lat temu. On najwyraźniej nie interesował włamywaczy, podobnie jak tamtych dwoje.

Kathleen pamiętała, że za życia Henryk VIII był wysokim mężczyzną, mierzącym ponad metr osiemdziesiąt, ale pod koniec życia jego ciało obrosło w tłuszcz. A więc tu właśnie spoczywał władca, który walczył z Francją, Hiszpanią i Świętym Cesarstwem Rzymskim, zmieniając Anglię z mało znaczącej wyspy na obrzeżach Europy w zalążek przyszłego imperium. Jego odwaga pozwoliła mu sprzeciwić się papieżowi i założyć własny kościół, który pięćset lat później wciąż istniał i miał się dobrze.

Trudno o przykład większej śmiałości, pomyślała, po czym wstała z podłogi.

- Dzieje się coś poważnego, Kathleen.

Wręczył jej jedną ze swoich wizytówek. Na odwrocie widniał adres zapisany niebieskim długopisem.

- Jedź tam.

Spojrzała na adres. Znała to miejsce.

- Dlaczego nie może mi pan po prostu powiedzieć, o co tu chodzi?

- Ponieważ to wcale nie jest mój pomysł. - Z kieszeni wyjął jej odznakę i legitymację funkcjonariusza SOCA, które odebrano jej trzy tygodnie wcześniej. - Jak mówiłem, miałaś zostać usunięta z agencji.

Nic już z tego nie rozumiała.

- No to co ja tu robię?

- Druga strona wyraźnie prosiła, żebyśmy przysłali im ciebie.

[1] Motte - rodzaj zamku składającego się z wału ziemnego i drewnianych lub kamiennych fortyfikacji (przyp. tłum.).

PROLOG

PAŁAC WHITEHALL

28 STYCZNIA 1547

Katarzyna Parr wiedziała, że koniec jest bliski. Zostało jeszcze tylko kilka dni, może nawet godzin. Przez ostatnie dwa kwadranse siedziała nieruchomo i obserwowała pracę medyków. Wreszcie nadszedł czas na werdykt.

- Panie - odezwał się jeden z nich. - Ludzka pomoc na nic się tu już nie zda. Pora, abyś spojrzał wstecz na swe życie i za wstawiennictwem Chrystusa zaczął prosić o boskie miłosierdzie.

Katarzyna nie spuszczała wzroku z leżącego na łóżku Henryka VIII. Król przestał wydawać z siebie okrzyki bólu i przez chwilę rozważał słowa medyka. Uniósł głowę i zwrócił się w stronę rozmówcy:

- Jakiż to sędzia dał wam prawo wydać na mnie ten wyrok?

- Jesteśmy twymi medykami. Od tego osądu nie ma odwołania.

- Zejdźcie mi z oczu! - wrzasnął Henryk. - Wszyscy.

Król, nawet śmiertelnie chory, nadal potrafił wydawać rozkazy. Mężczyźni pospiesznie opuścili komnatę razem z resztą wystraszonych dworzan.

Katarzyna także skierowała się do wyjścia.

- Ty zostań, moja królowo - powiedział Henryk.

Kiwnęła głową. Byli sami.

Król zebrał się w sobie.

- Jeśli człowiek napycha sobie brzuch dziczyzną i wieprzowiną, półtuszami wołowymi i pasztetami cielęcymi, jeśli zapija to wszystko bez opamiętania rzeką piwa i wina... - Tu Henryk zawiesił na chwilę głos. - Taki człowiek w czarną godzinę zbierze jedynie chwasty. Jego opuchłe cielsko nie będzie wówczas dla niego powodem do radości. Moja królowo, tak właśnie jest ze mną.

Jej mąż mówił prawdę. Pochłonęła go choroba, której sam był winien. Trawiła go od środka, powoli wygaszając w nim płomień życia. Spasiony i nieruchawy niczym góra łoju wyglądał, jakby zaraz miał pęknąć. Ten mężczyzna, który w młodości był tak przystojny, który przeskakiwał fosy, najlepiej w całej Anglii strzelał z łuku, wygrywał turnieje rycerskie, prowadził do boju armie i pokonywał papieży - teraz nie zdołałby unieść ręki i odepchnąć małego chłopca. Stał się wielki i zwalisty. Ze swoją nabrzmiałą twarzą, małymi oczkami i podwójnym podbródkiem upodobnił się do świni.

Był odrażający.

- Panie, nie masz powodu, by mówić o sobie źle - odparła. - Jesteś moim królem, ja i cała Anglia jesteśmy ci winni absolutną wierność.

- Tylko dopóki nie przestanę oddychać.

- Tak się jednak nie stanie.

Znała swoje miejsce. Prowokowanie konfliktów małżeńskich w sytuacji, gdy całkowita władza leży tylko po jednej stronie, to niebezpieczna gra. Ale Katarzyna, choć nieporównanie słabsza od męża, nie była nigdy całkiem bezbronna. Lojalność, życzliwość, nieustanna troska, błyskotliwy dowcip i bystry umysł - oto, co stanowiło jej oręż.

- Mężczyzna może zasiać swe ziarno nawet tysiąc razy - powiedziała. - Jeśli dołoży starań, by unikać choroby i uda mu się zachować zdrowie i krzepę, na koniec swych dni może nadal być mocny niczym dąb i rączy niczym jeleń, który sprawuje władzę nad swym stadem. Tak jak ty, mój królu.

Monarcha otworzył spuchniętą dłoń, a ona położyła na niej swoją rękę. Jego skóra była chłodna i wilgotna, jakby śmierć zaczynała go już powoli zabierać. Miał pięćdziesiąt sześć lat, niemal od trzydziestu ośmiu zasiadał na tronie. Sześciokrotnie się żenił i spłodził pięcioro dzieci, do których się przyznawał. Podważył porządek świata i sprzeciwił się Kościołowi katolickiemu, ustanawiając własny. Katarzyna była trzecią kobietą o tym imieniu, którą poślubił. Dzięki Bogu, wyglądało na to, że ostatnią.

Ta myśl dawała jej nadzieję.

Małżeństwo z tym tyranem nie przyniosło jej szczęścia, ale sumiennie wypełniała swoje obowiązki. Tak naprawdę wcale nie chciała za niego wychodzić. Znając losy poprzednich żon Henryka, wolała pozostać jego kochanką, ale on nalegał. "Nie, pani - powiadał. - Widzę cię w bardziej szczytnej roli". Na jego ofertę zareagowała bez entuzjazmu i z obojętnością przyjmowała jego królewskie gesty, świadoma, że im Henryk stawał się starszy, tym szybciej spadały wokół niego głowy. Na jego dworze jedynie ostrożność mogła zapewnić długie życie. W końcu, nie mając wielkiego wyboru, poślubiła Henryka Tudora podczas uroczystej ceremonii, na oczach całego świata.

Teraz cztery lata małżeńskiej męczarni wreszcie zbliżały się do końca.

Jednak Katarzyna głęboko skrywała swą radość za maską troski i miłosnego oddania. Umiała obchodzić się z sercem starszego od siebie mężczyzny, nauczyła się tego, czuwając przy łożu śmierci dwóch poprzednich mężów. Wiedziała, jakich poświęceń wymaga ta rola. Niezliczoną ilość razy brała na kolana cuchnącą, owrzodzoną nogę króla, nakładała na nią maści i balsamy, uśmierzała jego ból fizyczny i psychiczny. Nikomu innemu by na to nie pozwolił.

- Najdroższa - wyszeptał. - Mam dla ciebie ostatnie zadanie.

Katarzyna skinęła głową.

- Wasza wysokość, każde twe życzenie jest prawem.

- Od bardzo dawna strzegłem pewnej tajemnicy. Powierzył mi ją ojciec. Teraz chcę, abyś w moim imieniu przekazała ją Edwardowi.

- Będę zaszczycona, mogąc spełnić twoją prośbę.

Król przymknął oczy. Katarzyna widziała, że krótka chwila wytchnienia minęła i ból powrócił. Z jego otwartych ust wydarł się krzyk:

- Zakonnicy. Zakonnicy!

Głos króla był podszyty strachem.

Czy to duchy mnichów posłanych przez niego na stos stłoczyły się teraz wokół królewskiego łoża, aby dręczyć jego umierającą duszę? Henryk brutalnie rozprawiał się z katolickimi klasztorami, konfiskując całe mienie i srogo karząc mieszkańców, aż z ich dawnej chwały pozostały jedynie ruiny oraz trupy zakonników.

Król zdołał jednak przezwyciężyć majaki i odzyskał panowanie nad sobą.

- Przed śmiercią - podjął po chwili - ojciec opowiedział mi o sekretnym miejscu. Miejscu znanym tylko Tudorom. Otoczyłem je opieką i dobrze z niego korzystałem. Mój syn musi dowiedzieć się o jego istnieniu. Zrobisz to dla mnie, moja królowo?

Katarzyna nie mogła uwierzyć, że ten mężczyzna, przez większość życia tak bezwzględny, tak nieufny wobec całego świata, w swej ostatniej godzinie chce powierzyć jej jakąś tajemnicę. Zastanawiała się, czy to może być z jego strony jakiś kolejny podstęp. Już raz spróbował czegoś podobnego, kilka miesięcy wcześniej, kiedy zbytnio przycisnęła go w kwestiach religijnych. Biskup Gardiner z Winchesteru szybko postanowił wykorzystać jej błąd i uzyskać królewskie zezwolenie na aresztowanie królowej i wszczęcie przeciwko niej śledztwa. Na szczęście w porę dowiedziała się o spisku i zdołała odzyskać przychylność króla. Ostatecznie to Gardiner został wygnany i musiał pożegnać się z dworem.

- Oczywiście zrobię wszystko, czego ode mnie zażądasz - odpowiedziała. - Ale dlaczego osobiście nie opowiesz tego swojemu drogiemu synowi i następcy?

- Nie może mnie zobaczyć w takim stanie. Ani on, ani żadne z moich dzieci. Tylko ty, ukochana, możesz być tu ze mną. Muszę wiedzieć, że spełnisz ten obowiązek.

Ponownie pokiwała głową.

- Naturalnie.

- A zatem posłuchaj.

Cotton Malone czuł, że lepiej byłoby skłamać, ale w ramach nowych, partnerskich relacji, jakie od niedawna łączyły go z byłą żoną, postanowił powiedzieć prawdę. Pam wpatrywała się w niego w napięciu. Znał to spojrzenie, widział je u niej już wcześniej. Tym razem jednak twardość jej wzroku łagodził prosty, acz trudny do zaakceptowania fakt.

Wiedział coś, czego ona nie wiedziała.

- Co ma wspólnego śmierć Henryka VIII z tym, co ci się przytrafiło dwa lata temu? - zapytała.

Rozpoczął opowieść, ale szybko musiał ją przerwać. Od dłuższego czasu nie wracał myślami do tamtych kilku dni spędzonych razem z synem w Londynie. Pod wieloma względami było to bardzo pouczające przeżycie. Do tego takie, z którego tylko były agent amerykańskiego Departamentu Sprawiedliwości mógł wyjść cało.

- Kilka dni temu Gary i ja oglądaliśmy wiadomości - dodała Pam. - Ten libijski terrorysta, który wysadził samolot w Szkocji w  latach osiemdziesiątych, zmarł na raka. Gary wiedział o nim wszystko.

Malone też widział ten materiał. Abdelbaset al-Megrahi w  końcu przegrał walkę z chorobą. W 1988 roku Al-Megrahiemu, byłemu funkcjonariuszowi wywiadu, postawiono dwieście siedemdziesiąt zarzutów o popełnienie morderstwa za podłożenie bomby w samolocie linii Pan American lecącym nad Lockerbie w Szkocji. Jednakże dopiero w styczniu 2001 roku trzech szkockich sędziów zasiadających w specjalnym trybunale, który obradował w Holandii, wydało wyrok skazujący sprawcę na dożywocie.

- Co jeszcze mówił Gary? - zapytał.

W zależności od tego, ile jego siedemnastoletni syn wyjawił matce, być może on też będzie mógł zachować niektóre rzeczy dla siebie. Przynajmniej taką miał nadzieję.

- Tylko to, że w Londynie obaj mieliście do czynienia z tym terrorystą.

Nie była to do końca prawda, ale Malone czuł dumę z syna, który wykazał się tu dużym sprytem. Każdy dobry agent wywiadu wie, że najlepsza taktyka to mieć zawsze uszy otwarte, a usta zamknięte.

- Wiem tylko - kontynuowała Pam - że dwa lata temu w  okolicach Święta Dziękczynienia zabrałeś Gary'ego do Kopenhagi. Teraz nagle się dowiaduję, że był w Londynie. Żaden z was nigdy o tym nie wspominał.

- Wiedziałaś, że musiałem się tam na chwilę zatrzymać po drodze do domu.

- Zatrzymać, tak. Ale tu chodziło o coś więcej i dobrze wiesz, o czym mówię.

Rozwiedli się prawie cztery lata temu, po osiemnastu latach małżeństwa. Był z nią przez cały okres służby w marynarce i potem, kiedy zostawał prawnikiem i kiedy zaczynał pracę w Departamencie Sprawiedliwości. Ale zakończył swoją dwunastoletnią karierę w jednostce Magellan Billet już jako jej były mąż.

To nie było przyjemne rozstanie, ale w końcu sprawy jakoś się ułożyły.

Dwa lata temu. Dosłownie na chwilę przed wydarzeniami w  Londynie.

Może zatem powinna o wszystkim się dowiedzieć. Koniec z  tajemnicami, prawda?

- Na pewno chcesz to usłyszeć?

Siedzieli przy kuchennym stole w domu w Atlancie, do którego Pam przeprowadziła się razem z Garym jeszcze przed rozwodem. Z kolei Malone zaraz po rozpadzie ich związku wyjechał z  Georgii i przeniósł się do Danii. Myślał, że zostawia przeszłość za sobą.

Bardzo się pomylił.

Pytanie, czy on chciał wracać do tego, co stało się w Londynie?

Niespecjalnie. Ale im obojgu mogło to dobrze zrobić.

- W porządku - powiedział. - Opowiem ci o wszystkim.

ROZDZIAŁ 1

LONDYN

PIĄTEK, 21 LISTOPADA

GODZ. 18:25

Cotton Malone podszedł do okienka odprawy na lotnisku Heathrow, trzymając w ręku dwa paszporty - własny i swojego syna, Gary'ego. Pomiędzy nim a oszklonym kontuarem znajdował się jednak pewien problem.

Piętnastoletni Ian Dunne.

- Ten tutaj nie ma paszportu - powiedział do człowieka zza szyby, a następnie wyjaśnił, kim jest i czym się zajmuje. Urzędnik wykonał krótki telefon, po czym wyraził zgodę na ponowny wjazd Iana do kraju.

Malone nie był zaskoczony. Skoro CIA chciało, żeby chłopiec znalazł się na terenie Anglii, to oczywiste, że poczyniono w tym celu odpowiednie przygotowania.

Czuł się zmęczony po długiej podróży, choć udało mu się nawet zdrzemnąć kilka godzin w samolocie. Ciągle bolało go kolano po kopniaku, jaki Ian wymierzył mu w Atlancie podczas próby ucieczki. Na szczęście Malone miał ze sobą jeszcze jednego piętnastolatka, swojego syna, Gary'ego, który sprawnie złapał krnąbrnego Szkota, zanim ten zdążył wybiec z holu lotniska.

Przyjacielskie przysługi zawsze oznaczają kłopoty. Tym razem spełniał prośbę swojej byłej szefowej, Stephanie Nelle z jednostki Magellan Billet.

Chodzi o CIA, wyjaśniła. Zadzwonili bezpośrednio z Langley. Jakimś sposobem dowiedzieli się, że Malone przebywał w Georgii, i chcieli, żeby eskortował chłopca do Londynu. Na miejscu miał przekazać go w ręce Policji Metropolitalnej, a potem razem z Garym mogli udać się w dalszą drogę do Kopenhagi. W zamian za tę przysługę mieli odbyć całą podróż ze Stanów do Danii pierwszą klasą.

Czemu nie. Malone miał kupione bilety na klasę turystyczną.

Cztery dni temu przyleciał do Georgii. Stało się tak z dwóch powodów. Po pierwsze, zgodnie z wymogami tamtejszej stanowej izby adwokackiej wszyscy jej członkowie mieli obowiązek odbywać kursy doszkalające w wymiarze co najmniej dwunastu godzin rocznie. Chociaż Malone nie służył już ani w marynarce, ani w jednostce Magellan Billet, wciąż posiadał aktywną licencję prawniczą, a zatem nadal musiał wypełniać przepisowe minimum szkolenia zawodowego. W zeszłym roku wziął udział w trzydniowej konferencji w Brukseli poświęconej prawom własności. W tym roku wybrał seminarium na temat prawa międzynarodowego w Atlancie. Znał ciekawsze sposoby na spędzenie dwóch dni, ale nie po to pracował tak ciężko na swój dyplom, żeby teraz pozwolić mu po prostu stracić ważność.

Drugi powód był natury osobistej.

Gary chciał spędzić z nim Święto Dziękczynienia. Pam uznała, że wycieczka zagraniczna w trakcie przerwy od zajęć w szkole to niezły pomysł. Malone zastanawiał się, dlaczego wydawała mu się w tej sprawie dziwnie powściągliwa. Dowiedział się w zeszłym tygodniu, kiedy zadzwoniła do jego księgarni w Kopenhadze.

- Gary jest wściekły - powiedziała. - Zadaje mnóstwo pytań.

- Takich, na które wolisz nie odpowiadać?

- Takich, na które bardzo trudno się odpowiada.

Trudno to mało powiedziane. Pół roku temu, także podczas rozmowy telefonicznej, wyjawiła mu bolesną prawdę: Gary nie jest jego biologicznym synem, lecz owocem romansu Pam, który miał miejsce szesnaście lat wcześniej.

Teraz powiedziała prawdę także Gary'emu, a ich syn nie był tym faktem zachwycony. Malone poczuł się zdruzgotany, gdy usłyszał te nowiny. Mógł sobie tylko wyobrażać, jak przyjął je Gary.

- Żadne z nas nie było wtedy święte, Cotton.

Lubiła mu o tym przypominać. Jakby jakimś cudem mógł zapomnieć, że ich małżeństwo rozpadło się głównie z jego winy.

- Gary chce wiedzieć, kim był jego prawdziwy ojciec.

- Ja też.

Mimo jego próśb Pam nie powiedziała mu ani słowa o tamtym mężczyźnie.

- On się nie liczy - odparła. - Jest dla nas wszystkich kimś obcym. Tak jak kobiety, z którymi ty byłeś, nie mają z nami nic wspólnego. Nie chcę otwierać tych drzwi. Nigdy.

- Dlaczego powiedziałaś Gary'emu? Ustaliliśmy, że zrobimy to razem, kiedy przyjdzie na to czas.

- Wiem, wiem. Mój błąd. Ale to musiało się stać.

- Dlaczego?

Nie odpowiedziała. Nie musiała, i tak wiedział. Lubiła mieć nad wszystkim kontrolę. Tylko że w tym wypadku wcale nie panowała nad sytuacją. Nikt nad nią nie panował.

- On mnie nienawidzi - dodała. - Widzę to w jego oczach.

- Przewróciłaś jego życie do góry nogami.

- Dzisiaj stwierdził, że może powinien zamieszkać z tobą.

- Wiesz, że nigdy nie wykorzystałbym tego przeciwko tobie - powiedział szybko.

- Wiem. To moja wina, nie twoja. Naprawdę jest wściekły. Może tydzień spędzony z tobą pomoże mu się trochę uspokoić.

Zdążył już zdać sobie sprawę, że nadal tak samo kocha Gary'ego, nawet jeśli chłopak nie ma jego genów. Ale skłamałby, twierdząc, że było mu to całkiem obojętne. Minęło sześć miesięcy, a prawda nadal go bolała. Nie umiał tego wytłumaczyć. Sam przecież nie dochował żonie wierności w czasach służby w marynarce. Był wtedy młody i  głupi i został przyłapany. Teraz jednak okazało się, że Pam też przeżyła romans. Przez te wszystkie lata nie miał o tym pojęcia. Ciekawe, czy by go zdradziła, gdyby on sam pozostał wiernym mężem?

Raczej nie. To nie leżało w jej naturze.

Tak więc ten cały bałagan to także po części jego wina.

Wzięli rozwód ponad rok temu, ale tak naprawdę dopiero w  październiku zawarli rozejm. Dzięki temu, co zaszło w Bibliotece Aleksandryjskiej, ich relacje zdecydowanie się poprawiły.

A teraz to.

Z dwóch chłopców, którzy znajdowali się w tej chwili pod jego opieką, jeden wydawał się rozzłoszczony i zagubiony, drugi zaś wyglądał na młodocianego przestępcę.

Stephanie co nieco mu o nim opowiedziała. Ian Dunne urodził się w Szkocji. Ojciec nieznany, matka porzuciła go we wczesnym dzieciństwie. Trafił do ciotki mieszkającej w Londynie. Często znikał z domu, w końcu uciekł na dobre. Kilkakrotnie został aresztowany - za drobne kradzieże, wtargnięcia na teren prywatny, włóczęgostwo. CIA zainteresowało się nim, ponieważ miesiąc temu jeden z ludzi agencji wskoczył, lub też został wepchnięty, prosto pod pędzący pociąg metra. Dunne był na miejscu zdarzenia, na londyńskiej stacji Oxford Circus. Według świadków mógł nawet ukraść coś zmarłemu mężczyźnie. Dlatego agenci bardzo chcieli zamienić z chłopakiem kilka słów.

W ocenie Malone'a nie brzmiało to dobrze, ale na szczęście to nie była jego sprawa.

Za kilka minut będzie mógł uznać, że wywiązał się z  obietnicy danej Stephanie Nelle, a potem razem z Garym polecą dalej do Kopenhagi i spędzą tam miły tydzień. Oczywiście pod warunkiem, że jego syn postanowi nie zadawać zbyt wielu niewygodnych pytań. Wprawdzie samolot do Danii odlatywał nie z Heathrow, lecz z  innego londyńskiego lotniska, położonego o godzinę drogi na południe Gatwick, ale do startu mieli jeszcze kilka godzin, więc nie był to wielki problem. Musieli jedynie wymienić kilka dolarów na funty i złapać taksówkę.

Opuścili odprawę paszportową i udali się po bagaż. Zarówno Malone, jak i jego syn wzięli ze sobą tylko lekkie torby.

- Policja mnie zabierze? - odezwał się Ian.

- Tak mi powiedziano - odparł Malone.

- Co z nim dalej będzie? - zapytał Gary.

Malone wzruszył ramionami.

- Trudno powiedzieć.

Naprawdę trudno, pomyślał. Zwłaszcza jeśli w sprawę zaangażowało się CIA.

Przewiesił sobie torbę przez ramię i wyprowadził obu chłopców z hali odbioru bagażu.

- Mogę dostać z powrotem swoje rzeczy? - zapytał Ian.

Kiedy przekazano mu chłopaka w Atlancie, otrzymał także plastikową torbę zawierającą szwajcarski nóż oficerski z wszystkimi akcesoriami, cynowy naszyjnik z medalikiem, kieszonkowy pojemnik z gazem łzawiącym, srebrne nożyce i dwie książki w miękkiej oprawie pozbawione okładek.

IvanhoeŚmierć Artura.

Brązowe krawędzie książek były poplamione, a ich grzbiety poznaczone grubymi białymi zmarszczkami. Oba egzemplarze miały dobre trzydzieści lat. Na stronach tytułowych widniała pieczątka z nazwą ANY OLD BOOKS i adresem na Piccadilly Circus w Londynie. Malone w swoim antykwariacie stosował podobne oznaczenia: COTTON MALONE, KSIĘGARNIA, H?JBRO PLADS, KOPENHAGA. Przedmioty w plastikowej torbie należały do Iana; odebrano mu je, gdy został zatrzymany na lotnisku Miami International po tym, jak próbował bezprawnie przedostać się na teren Stanów Zjednoczonych.

- O tym zadecyduje policja - powiedział. - Ja mam rozkaz dostarczyć im ciebie i twoje rzeczy.

Pakunek tkwił głęboko w jego torbie podróżnej, gdzie miał pozostać aż do przekazania chłopaka w ręce miejscowej policji. Malone cały czas starał się zachować czujność, na wypadek gdyby Ian chciał znowu spróbować ucieczki. W pewnym momencie zauważył przed sobą dwóch mężczyzn ubranych w ciemne garnitury. Szli w ich stronę.

Mężczyzna po prawej, niski i krępy, z rudawymi włosami, przedstawił się jako inspektor Norse. Malone uścisnął mu rękę.

- To inspektor Devene - dodał Norse. - Jesteśmy z Policji Metropolitalnej. Poinformowano nas, że będzie pan towarzyszył chłopakowi. Jesteśmy tu, żeby przejąć pana Dunne'a oraz podwieźć was na Gatwick.

- Doceniam wasz gest. Nie miałem ochoty wydawać fortuny na taksówkę.

- Przynajmniej tyle możemy zrobić. Nasz samochód czeka pod terminalem. To jeden z przywilejów pracy w policji: możemy parkować, gdzie chcemy.

Mężczyzna wyszczerzył zęby w uśmiechu. Ruszyli w stronę wyjścia.

Malone zwrócił uwagę, że inspektor Devene kroczył bezpośrednio za Ianem. Mądre posunięcie, pomyślał.

- To wy załatwiliście, żeby wpuszczono go do kraju bez paszportu?

Norse pokiwał głową.

- Tak, my i kilku naszych współpracowników. Na pewno pan ich zna.

To prawda, wiedział, o kim mowa.

Wyszli z budynku terminala na rześkie poranne powietrze. Gęsta warstwa ciemnych chmur nadawała niebu przygnębiający odcień ołowiu. Przy krawężniku stał zaparkowany niebieski mercedes. Norse otworzył tylne drzwi i gestem zaprosił do środka Gary'ego, potem Iana i na końcu Malone'a. Gdy wszyscy trzej znaleźli się w aucie, zamknął za nimi drzwi i zajął miejsce z przodu, obok siedzącego za kierownicą Devene'a. Opuścili teren Heathrow i po chwili wjechali na autostradę M4. Malone dobrze orientował się w topografii Londynu i znał tę trasę. Przed laty często bywał w Anglii, wykonując zadania specjalne, wcześniej spędził tu także rok w czasie służby w  marynarce. W miarę jak przesuwali się na wschód, w kierunku centrum, autostrada stawała się coraz bardziej zatłoczona.

- Nie będzie pan miał nic przeciwko, żebyśmy zrobili jeszcze jeden przystanek po drodze na Gatwick? - zwrócił się do Malone' a Norse.

- Żaden problem. Nasz samolot odlatuje dopiero za kilka godzin. W końcu mamy dzięki wam darmowy transport.

Malone przyjrzał się Ianowi, który w milczeniu wyglądał przez okno. Nie mógł przestać myśleć o tym, co się z nim dalej stanie. Ocena Stephanie okazała się niezbyt precyzyjna. Chłopak wychował się na ulicy, stracił rodzinę, był zdany wyłącznie na siebie. W  przeciwieństwie do śniadego i ciemnowłosego Gary'ego Ian miał bladą karnację i jasne włosy. Mimo wszystko sprawiał wrażenie dobrego dzieciaka. Po prostu los rozdał mu bardzo kiepskie karty. Ale przynajmniej był młody, a młodość daje szanse i możliwości. Niesamowity wydawał się też sam kontrast pomiędzy Ianem a Garym, który miał znacznie bardziej ustabilizowane, bezpieczne życie. Malone'owi ściskało się serce na myśl o tym, że jego syn mógłby znaleźć się na ulicy, sam, bez niczyjej pomocy.

Wnętrze auta owiewały fale ciepłego powietrza, silnik szumiał jednostajnie. Malone przymknął oczy, odczuwając zmęczenie po wielogodzinnym locie.

Kiedy się ocknął, zerknął na zegarek i stwierdził, że zdrzemnął się na jakieś piętnaście minut. Z pewnym wysiłkiem odzyskał koncentrację. Gary i Ian siedzieli w milczeniu. Niebo pociemniało jeszcze bardziej, nad miasto wyraźnie nadciągała burza. Rozejrzał się po wnętrzu samochodu i po raz pierwszy zauważył, że nie było w nim radia ani w ogóle żadnego systemu łączności. Poza tym dywaniki były jak nowe, a tapicerka w nienagannym stanie. Pojazd na pewno nie przypominał żadnego samochodu policyjnego, w jakim kiedykolwiek zdarzyło mu się przebywać.

Następnie przeniósł wzrok na Norse'a.

Jego brązowe włosy sięgały za uszy. Nie wyglądały może na zmierzwione, ale na pewno na bardzo gęste. Był gładko ogolony i  nieco przy kości. Jego garnitur i krawat nie budziły zastrzeżeń, ale tym, co przyciągnęło uwagę Malone'a, było lewe ucho mężczyzny - przekłute, z wyraźnie widocznym śladem po kolczyku.

- Inspektorze Norse, tak się zastanawiam, czy mógłbym zobaczyć jakąś pańską legitymację? Powinienem był o to poprosić jeszcze na lotnisku.

Siedzący z przodu mężczyzna nie odpowiedział. Pytanie wzbudziło natomiast ciekawość Iana, który spojrzał badawczo na Malone'a.

- Słyszałeś mnie, Norse? Chciałbym zobaczyć twoją legitymację.

- Podziwiaj widoki, Malone.

Nie spodobał mu się ten obcesowy ton. Złapał za fotel przed sobą i podciągnął się, chcąc powtórzyć prośbę w bardziej zdecydowany sposób.

Zza zagłówka wychyliła się wycelowana w niego lufa pistoletu.

- Czy taka legitymacja wystarczy? - zapytał Norse.

- Właściwie to liczyłem na jakiś dokument ze zdjęciem - odparł Malone, patrząc na broń. - Od kiedy ludzie z Policji Metropolitalnej noszą przy sobie glocki?

Nie doczekał się odpowiedzi.

- Kim jesteście?

Pistolet poruszył się w stronę Iana.

- Jego strażnikami.

Ian wyciągnął rękę ponad Garym i szarpnął za chromowaną klamkę, ale drzwi ani drgnęły.

- Świetna rzecz ta blokada zamków - skomentował Norse. - Dzięki temu dziecko nie wypadnie z wozu.

Malone spojrzał na Iana.

- Synu, wyjaśnisz mi, co się tu dzieje?

Chłopak nic nie powiedział.

- Ci panowie najwyraźniej zadali sobie dużo trudu, żeby się z tobą spotkać.

- Siedź spokojnie, Malone - przerwał mu Norse. - Ciebie to nie dotyczy.

Oparł się na siedzeniu.

- Pod tym względem akurat się zgadzamy.

Było tylko jedno "ale" - w samochodzie znajdował się także jego syn.

Norse siedział z odwróconą głową, nie spuszczając oczu - i  pistoletu - z Malone'a.

Samochód dalej przeciskał się przez zatłoczoną drogę.

Malone uważnie śledził przesuwający się za oknem krajobraz, próbując jak najdokładniej odtworzyć w głowie mapę północnego Londynu. Zorientował się, że właśnie przejechali przez most nad Regent's Canal, który biegnie w poprzek miasta i na końcu wpada do Tamizy. Wzdłuż czteropasmowej alei rósł szpaler okazałych drzew. Ruch wcale nie był tu mniejszy niż na autostradzie. W pewnym momencie Malone zauważył słynny stadion Lord's Cricket Ground, wiedział też, że kilka przecznic dalej znajduje się fikcyjny dom Sherlocka Holmesa na Baker Street. Niedaleko stąd było również do zakątka zwanego Little Venice.

Gdy ponownie przejeżdżali przez kanał, spojrzał w dół na rozsiane po wodzie bajecznie kolorowe barki. Wszystkie łodzie mierzyły najwyżej trzy metry wysokości, aby swobodnie mieścić się pod niskimi mostami. Nad bulwarem górowały rzędy starych, georgiańskich domów, częściowo zasłoniętych przez chwilowo ogołocone z liści drzewa.

Devene skręcił w boczną alejkę. Znaleźli się w dzielnicy mieszkalnej. Sceneria nie różniła się tak bardzo od tej części Atlanty, w której Malone miał kiedyś swój dom. Po kolejnych trzech zakrętach wjechali na dziedziniec otoczony z trzech stron wysokim żywopłotem. Mercedes zatrzymał się pod garażem zbudowanym z pomalowanych na pastelowe barwy kamieni.

Norse i Devene opuścili samochód i od zewnątrz odblokowali tylne drzwi.

- Wysiadać - powiedział Norse.

Malone stanął na bruku poznaczonym zieloną siatką porostów. Po drugiej stronie pojazdu pojawili się Gary i Ian.

Nagle Ian rzucił się do ucieczki, ale Norse złapał go i mocno pchnął na samochód.

- Nie! - zawołał Malone. - Rób, co każą. Ty też, Gary.

Norse przycisnął Iana własnym ciałem do auta, jednocześnie przykładając mu pistolet do szyi.

- Ani drgnij - wycedził. - Gdzie jest ten pendrive?

- Jaki pendrive? - zapytał Malone.

- Ucisz go - syknął Norse, na co Devene przyłożył Malone'owi pięścią w brzuch.

- Tato! - krzyknął Gary.

Malone zgiął się wpół i przez chwilę próbował odzyskać oddech. Gestem dał znać synowi, że nic mu nie jest.

- Pendrive - powtórzył Norse. - Gdzie go masz?

Malone wyprostował się, trzymając za brzuch. Devene zamachnął się do kolejnego ciosu, ale Malone bez ostrzeżenia wbił mu kolano w krocze, po czym prawą pięścią walnął go w szczękę.

Może i przeszedł na emeryturę i padał z nóg po długiej podróży, ale na pewno nie był bezbronny.

Obrócił się w momencie, gdy Norse składał się do strzału. Bez zastanowienia rzucił się na chodnik. Kula przeszła nad jego głową i trafiła w żywopłot za jego plecami. Podniósł wzrok i przez na wpółotwarte drzwi samochodu zobaczył Norse'a. Zerwał się na równe nogi, wparł ręce w maskę i z impetem wskoczył do kabiny, celując nogami w drzwi od strony napastnika.

Drzwi gwałtownie odskoczyły i uderzyły fałszywego inspektora, który pofrunął do tyłu i upadł na bruk.

Malone wygrzebał się z samochodu i zobaczył Iana biegnącego przez dziedziniec w kierunku ulicy.

Odnalazł wzrokiem Gary'ego.

- Idź z nim. Zabieraj się stąd!

Ktoś rzucił się na niego od tyłu i powalił go na ziemię. Malone wyrżnął czołem w mokre kamienie. Wstrząsnął nim spazm bólu.

Myślał, że wyłączył Devene'a z dalszej gry. To był duży błąd.

Devene owinął rękę wokół jego szyi. Malone ze wszystkich sił starał się wyswobodzić z uścisku, ale leżąc twarzą skierowaną ku ziemi, miał bardzo małe pole do manewru, zwłaszcza że przeciwnik wykręcał mu grzbiet pod nienaturalnym kątem.

Kontury okolicznych budynków zaczęły się rozmazywać. Krew ściekała Malone'owi cienką strużką po czole i zalewała mu oczy.

Ostatnie, co zobaczył, zanim ogarnęła go ciemność, to Ian i Gary znikający za rogiem.

ROZDZIAŁ 2

BRUKSELA, BELGIA

GODZ. 19:45

Blake Antrim nie przepadał za aroganckimi kobietami. Cierpliwie je znosił, ponieważ w Centralnej Agencji Wywiadowczej roiło się od przemądrzałych bab, ale to nie znaczyło, że musiał je tolerować poza godzinami pracy. Z drugiej strony, czy dowódca wieloosobowego zespołu, odpowiedzialny za dziewięcioro agentów rozrzuconych po Anglii i całej Europie, kiedykolwiek nie jest w pracy?

Denise Gérard miała w sobie krew flamandzką i francuską. Była to kombinacja, dzięki której wyrosła na wysoką, smukłą kobietę. Miała piękne ciemne włosy, jej twarz przyciągała uwagę, a ciało chciało się wziąć w ramiona. Poznali się pewnego dnia w Musée de la Ville de Bruxelles, gdzie przekonali się, że łączy ich zamiłowanie do starych map, obrazów i zabytków architektury. Od tamtej pory spędzili ze sobą dużo czasu, odbyli też razem kilka wycieczek poza Brukselę, w tym jedną pamiętną wyprawę do Paryża.

Była namiętna, dyskretna i pozbawiona zahamowań. Chodzący ideał.

Do czasu.

- Co ja takiego zrobiłam? - zapytała miękko. - Dlaczego tak nagle chcesz to skończyć?

W jej głosie nie było ani smutku, ani zdziwienia. Mówiła spokojnie i rzeczowo. W ten sposób zamierzała przenieść na niego ciężar decyzji, którą sama podjęła już wcześniej.

Co tym bardziej go zirytowało.

Miała na sobie zachwycającą jedwabną sukienkę, która podkreślała zarówno jej długie nogi, jak i kształtne piersi. Zawsze z podziwem patrzył na jej idealnie płaski brzuch i zastanawiał się, czy to jedynie wynik ciężkich ćwiczeń, czy też zasługa noża chirurgicznego. Nigdy jednak nie widział u niej żadnych blizn. Jej skóra barwy karmelu była gładka jak porcelana.

I do tego ten jej zapach, przywodzący na myśl soczyste cytryny zmieszane z rozmarynem.

Miała coś wspólnego z branżą perfumeryjną. Tłumaczyła mu, czym się zajmuje, któregoś dnia w kawiarni w pobliżu Grand Place, ale nie słuchał uważnie. Jego myśli pochłaniała wtedy nieudana operacja w zachodnich Niemczech.

Miał wrażenie, że tak ostatnio wygląda całe jego życie. Jedna porażka za drugą.

Według oficjalnej nomenklatury pełnił funkcję koordynatora specjalnych działań kontrwywiadowczych na Europę. Brzmiało to trochę tak, jakby brał udział w wojnie - i w pewnym sensie tak właśnie było. Walczył na wojnie - tej niewypowiedzianej, z terroryzmem. To zresztą nie temat do żartów. Zagrożenia były jak najbardziej realne i pojawiały się w najmniej spodziewanych miejscach. Ostatnimi czasy chyba nawet częściej w krajach, które były sojusznikami Ameryki, niż w państwach będących jej wrogami.

Stąd właśnie nazwa i cel jego jednostki. Specjalne działania kontrwywiadowcze.

- Blake, powiedz mi, jak mogę to naprawić. Chcę się dalej z tobą widywać.

Wiedział, że nie mówi szczerze. Bawiła się z nim.

Siedzieli w jej drogim mieszkaniu z początku wieku, którego okna wychodziły na Parc de Bruxelles, reprezentacyjny park rozciągający się pomiędzy pałacem królewskim a siedzibą parlamentu. Denise mieszkała na trzecim piętrze i przez otwarte drzwi balkonowe widać było charakterystyczne pomniki w otoczeniu drzew, których gałęzie pięły się po treliażach. Biegacze, pracownicy biurowi i rodzice z dziećmi, za dnia gęsto wypełniający park, rozeszli się już do domów. Blake pomyślał, że wynajem mieszkania w takim miejscu musi kosztować Denise kilka tysięcy euro miesięcznie. Z jego rządowej pensji nigdy w życiu nie byłoby go na to stać. Ale większość jego partnerek zarabiała lepiej od niego. Widocznie ciągnęło go do kobiet robiących karierę.

I niewiernych. Takich jak Denise.

- Wczoraj trochę chodziłem po mieście - powiedział. - Głównie w okolicach Grand Place. Słyszałem, że Manneken Pis jest ubrany w strój kataryniarza.

Słynna figurka z brązu przedstawiająca nagiego siusiającego chłopca znajdowała się niedaleko ratusza miejskiego. Po raz pierwszy ustawiono ją w 1618 roku i od tego czasu stała się symbolem narodowym. Kilka razy w tygodniu chłopca ubierano w rozmaite kostiumy. Blake znalazł się w pobliżu figurki, ponieważ umówił się tam na krótkie spotkanie z jednym ze swych informatorów.

Zobaczył tam Denise. Z innym mężczyzną.

Szli pod rękę, ciesząc się wspólnym spacerem, od czasu do czasu przystając, by podziwiać widoki i wymienić jeden czy dwa pocałunki. Zachowywała się zupełnie swobodnie, tak samo jak przy nim. Ciekawe, z iloma jeszcze mężczyznami spotykała się potajemnie.

- Po francusku nazywamy go le petit Julien - powiedziała. - Widziałam go w wielu różnych przebraniach, ale w stroju kataryniarza jeszcze nie. Na pewno wyglądał uroczo.

Dał jej szansę, by powiedziała prawdę, ale nieszczerość to kolejny wspólny mianownik kobiet, które go pociągały.

Ostatnia szansa.

- Przegapiłaś to wczoraj? - zapytał z nutą niedowierzania w głosie.

- Pracowałam poza miastem. Cóż, może jeszcze kiedyś ubiorą go tak samo.

Wstał i odwrócił się w stronę drzwi. Ona także podniosła się z krzesła.

- Może jednak mógłbyś zostać jeszcze trochę?

Wiedział, co to oznacza. Drzwi do jej sypialni stały otworem. Ale nie tym razem.

Pozwolił jej przysunąć się bliżej.

- Przykro mi, że nie możemy się więcej widywać - powiedziała.

Jej kłamstwa wzburzyły w nim krew i doprowadziły go do furii. Próbował to w sobie stłumić, lecz bezskutecznie. Wyciągnął prawą rękę i chwycił ją za gardło. Bez trudu uniósł jej drobne ciało i pchnął dziewczynę plecami na ścianę. Mocniej zaciskając palce, spojrzał jej głęboko w oczy.

- Kłamliwa dziwka.

- Nie, Blake - zdołała wydusić. W jej oczach nie było strachu. - To ty jesteś zakłamany. Widziałam cię wczoraj.

- Kim on był?

Rozluźnił nieco chwyt, żeby mogła mówić.

- Nie twoja sprawa.

- Nie lubię się z nikim dzielić.

Uśmiechnęła się.

- Chyba będziesz musiał się do tego przyzwyczaić. Pospolite dziewczyny muszą być wdzięczne za okazaną im miłość. Nieprzeciętne, takie jak ja, stać na znacznie więcej.

Gorzka prawda zawarta w jej słowach rozdrażniła go jeszcze bardziej.

- Po prostu to, co masz do zaoferowania kobiecie, to za mało, aby zapewnić ci wyłączność - dodała.

- Nigdy nie słyszałem, żebyś się skarżyła.

Ich usta dzieliły centymetry. Czuł jej oddech i słodki zapach kobiecej skóry.

- Mam wielu mężczyzn, Blake. Ty jesteś tylko jednym z nich.

Wiedziała o nim jedynie tyle, że był pracownikiem Departamentu Stanu wysłanym do amerykańskiej ambasady w Belgii.

- Jestem kimś ważnym - powiedział, wciąż nie zabierając ręki z jej szyi.

- Nie dość ważnym, żeby mną rządzić.

Imponująca odwaga. Głupia, ale mimo to imponująca.

Zwolnił uchwyt i mocno przywarł ustami do jej ust.

Odwzajemniła pocałunek, dając do zrozumienia, że nie wszystko jeszcze stracone. Ich języki się zetknęły.

Nagle oderwał się od niej i z całej siły kopnął ją kolanem w brzuch.

W jednej chwili uszło z niej całe powietrze. Zgięła się wpół, obejmując brzuch rękami. Zaczęła się dławić, ogarnęły ją mdłości.

Po czym osunęła się na kolana i zwymiotowała na lśniący parkiet.

Jej cała pewność siebie wyparowała.

Poczuł, jak w mgnieniu oka zalewa go fala podniecenia.

- Ty draniu - wykrztusiła. - Ty żałosny, mały człowieczku.

Jej zdanie nie miało już żadnego znaczenia. Wyszedł bez słowa.

Wszedł do swojego biura w amerykańskiej ambasadzie, która mieściła się po wschodniej stronie Parku Brukselskiego. Z  mieszkania Denise wrócił pieszo. Czuł się dobrze, ale miał mętlik w głowie. Zastanawiał się, czy kobieta pójdzie na policję. Prawdopodobnie nie. Po pierwsze, nie miała świadków. To była sytuacja z gatunku: jej słowo przeciwko jego słowu. A po drugie, jej duma nigdy by jej na to nie pozwoliła.

Poza tym uderzył ją tak, żeby nie zostawić śladów.

Kobiety takie jak Denise zaciskają zęby i idą dalej, nie oglądając się za siebie. Ale już nigdy nie będzie czuła się tak samo pewnie. Od teraz zawsze będzie miała wątpliwości. Na ile mogę sobie pozwolić z tym mężczyzną? Co jeśli o wszystkim się dowie?

Tak samo jak Blake.

Ta myśl sprawiła mu przyjemność.

Mimo to żałował, że ją kopnął. Sam nie wiedział, dlaczego zareagował w tak gwałtowny sposób. Ale zdradzała go. Co gorsza, kłamała mu w żywe oczy. Sama była sobie winna. Tak czy inaczej postanowił, że jutro wyśle jej kwiaty.

Bladoniebieskie goździki. Jej ulubione.

Zalogował się do komputera i wstukał dzisiejszy kod dostępu. Od wczesnego popołudnia pojawiło się niewiele nowych wiadomości, ale jego uwagę od razu przykuł komunikat z Langley. To jedna ze zmian wprowadzonych po jedenastym września. Znacznie lepiej jest rozpowszechniać zdobyte informacje po całej sieci niż zachowywać je dla siebie i później samemu ponosić winę za ewentualne niedopatrzenia. Dlatego większość powiadomień go nie dotyczyła. Jego obszar działania to operacje specjalne, ściśle określone misje, które z samej definicji wykraczały poza normę. Wszystkie zadania, jakie otrzymywał, były wysoce poufne, a on odpowiadał jedynie przed dyrektorem operacji kontrwywiadowczych. Obecnie trwało pięć takich misji, kolejne dwie znajdowały się w fazie planowania. Ale akurat ten konkretny komunikat był adresowany wyłącznie do niego i został przez jego komputer odszyfrowany automatycznie.

KRÓLEWSKI SPISEK: CZAS DOBIEGA KOŃCA. JEŚLI W CIĄGU 48 GODZIN NIE BĘDZIE EFEKTÓW, PRZERWAĆ OPERACJĘ.

Wiadomość go nie zaskoczyła.

Od jakiegoś czasu sprawy w Anglii nie wyglądały zbyt dobrze. Przełom nastąpił dopiero kilka dni temu.

Blake musiał dowiedzieć się więcej. Sięgnął po telefon na biurku i wybrał numer swojego człowieka w Londynie. Tamten odebrał już po drugim dzwonku.

- Ian Dunne i Cotton Malone wylądowali na Heathrow - usłyszał w słuchawce.

Uśmiechnął się.

Siedemnaście lat pracy w CIA nauczyło go, jak osiągać wyznaczony cel. Obecność Cottona Malone'a i Iana Dunne'a w Londynie stanowiła najlepszy tego dowód.

To on do tego doprowadził.

Swego czasu Malone jako agent jednostki Magellan Billet był gwiazdą Departamentu Sprawiedliwości. Po dwunastu latach odszedł ze służby po pewnej strzelaninie w Meksyku. Dzisiaj mieszkał w  Kopenhadze, gdzie prowadził własny antykwariat, ale wciąż utrzymywał bliskie kontakty ze Stephanie Nelle, wieloletnią szefową jego dawnej jednostki. To właśnie tę zażyłość wykorzystał Antrim, żeby ściągnąć Malone'a do Anglii. Po jego telefonie do Langley nastąpił telefon do prokuratora generalnego, który skontaktował się ze Stephanie Nelle, która z kolei skontaktowała się z Malone'em.

Uśmiechnął się ponownie.

Przynajmniej jedna rzecz poszła dzisiaj tak jak trzeba.

ROZDZIAŁ 4

LONDYN

Ian dokładnie wiedział, gdzie jest. Jego ciotka mieszkała w tej okolicy, a on spędził niejedno popołudnie, włócząc się po ulicach Little Venice, szczególnie w weekendy, kiedy do tej malowniczej dzielnicy ściągały tłumy ludzi. Po tym jak uciekł z domu, to właśnie tu, wśród luksusowych willi i nowoczesnych wieżowców, po raz pierwszy zakosztował samodzielnego życia. Urok tej okolicy, z jej błękitnymi żelaznymi mostkami oraz licznymi pubami i  restauracjami, niezmiennie budził zainteresowanie turystów. Barki i  tramwaje wodne przecinające brunatne wody kanału, który biegł stąd do ogrodu zoologicznego, doskonale odwracały uwagę spacerowiczów od czyhających na nich złodziei i kieszonkowców. W tej chwili Ian również potrzebował czegoś, co pomoże mu zgubić Norse'a i  Devene'a; był przekonany, że ruszą za nim w pościg, gdy tylko uporają się z Cottonem Malone'em.

Może i znalazłby bezpieczne schronienie w mieszkaniu ciotki, ale na samą myśl o zapukaniu do jej drzwi robiło mu się niedobrze. Nie da się ukryć, że wpadł w poważne tarapaty, nawet jednak w  porównaniu z tym perspektywa ponownego spotkania tej grubej wariatki wydawała mu się jeszcze gorsza. Poza tym ktoś najwyraźniej chciał go dorwać, a skoro dowiedzieli się, że właśnie dzisiaj miał wrócić do Londynu, to na pewno wiedzą też wszystko o jego ciotce.

Dlatego zostawił za plecami miejsce, gdzie mieszkała, i razem z Garym pobiegł w przeciwnym kierunku, w stronę znajdującej się pięćdziesiąt metrów przed nim alei.

Gary nagle stanął i ciężko łapiąc oddech, powiedział:

- Musimy zawrócić.

- Twój ojciec kazał nam uciekać. To są źli ludzie, wiem to.

- Skąd?

- Próbowali mnie zabić. Nie ci dwaj dranie, ale inni.

- Właśnie dlatego musimy tam wrócić.

- Wrócimy. Ale najpierw musimy pobiec jak najdalej stąd.

Ten Amerykanin nie miał pojęcia, jak wygląda życie na ulicach Londynu. Nie wolno zostawać w jednym miejscu i czekać, aż kłopoty cię znajdą. A już na pewno nie można samemu wychodzić im na spotkanie.

Ian zauważył niebiesko-czerwono-biały symbol stacji metra, ale ponieważ nie miał ani biletów, ani pieniędzy - nie było też czasu, żeby spróbować coś ukraść - o tej drodze ucieczki mogli chyba zapomnieć. Sprawiało mu pewną satysfakcję to, że Gary Malone wyglądał teraz na całkowicie zagubionego. Nie było w nim już ani śladu arogancji, jaka biła z niego na lotnisku w Atlancie, kiedy udaremnił jego ucieczkę.

To był jego świat. I to on znał rządzące nim zasady.

Pobiegł przed siebie, wskazując drogę Amerykaninowi.

Dotarli do rozlewiska Little Venice, gdzie już z daleka było widać całą flotę charakterystycznych przysadzistych łodzi. Wzdłuż kanału ciągnął się szereg modnych sklepów, po lewej wznosiły się nowoczesne apartamentowce. Na ulicach otaczających szarobrązową wodę panował dość umiarkowany ruch jak na siódmą wieczorem w piątek. Większość sklepów była jeszcze otwarta. Przy kilku przycumowanych łodziach stali ich właściciele, spłukując brud z burt i polerując lakierowane ściany kabin. Jeden podśpiewywał w trakcie pracy. Nad jego głową kołysał się rozwieszony nad wodą sznur latarnii.

Ian podjął decyzję. Oto jego szansa.

Podbiegł do schodków i zszedł na poziom nabrzeża, gdzie potężnie zbudowany mężczyzna pieczołowicie obmywał tekowy kadłub swojej barki w kształcie napęczniałego cygara.

- Płynie pan do zoo? - zapytał Ian.

Mężczyzna przerwał pracę.

- Teraz nie. Może później. Czemu pytasz?

- Pomyślałem, że może by nas pan podrzucił.

Tutejsi właściciele łodzi słynęli ze swojej życzliwości i nierzadko zdarzało im się bezinteresownie podwozić gdzieś turystów. Nieopodal stały zacumowane dwa puste tramwaje wodne; już jutro zaczynał się kolejny ruchliwy weekend, kiedy ich kabiny ponownie zapełnią się pasażerami. Ian starał się grać beztroskiego chłopaka, któremu zamarzyła się przygoda, wiedział bowiem, że tak z pewnością postrzegał go rozmówca.

- Przygotowuje się pan na weekend? - zapytał.

Mężczyzna oblał sobie głowę wodą z węża i odgarnął z czoła czarne włosy.

- Przygotowuję się, żeby wyjechać na weekend - poprawił. - Wszędzie tu będzie się roiło od ludzi. Dla mnie to za duży ścisk. Chcę popłynąć na wschód, w dół Tamizy.

Brzmiało nieźle.

- Może przyda się panu ktoś do towarzystwa?

- Nie możemy stąd odpłynąć - szepnął Gary, ale Ian go zignorował.

Właściciel łodzi spojrzał na niego pytająco.

- O co chodzi, synu? Macie jakieś kłopoty, chłopcy? Gdzie wasi rodzice?

Za dużo pytań.

- Żadnych kłopotów, proszę nie zwracać na niego uwagi. Po prostu pomyśleliśmy, że fajnie byłoby przepłynąć się taką łodzią.

Mówiąc to, zerknął w górę, na poziom ulicy.

- Wydajecie się strasznie nerwowi. Spieszycie się gdzieś?

Ian nie miał ochoty dalej odpowiadać na jego pytania.

- Do zobaczenia.

Ruszył w stronę ścieżki holowniczej biegnącej wzdłuż kanału.

- Dlaczego nie jesteście w domu? - zawołał jeszcze za nimi właściciel łodzi.

- Nie oglądaj się - mruknął Ian do Gary'ego.

Pobiegli przed siebie po piaszczystej dróżce.

Na prawo, ponad sobą, zobaczyli niebieskiego mercedesa skręcającego w okalającą kanał aleję. Wątła nadzieja, że może to nie ten sam samochód, prysła w chwili, gdy z pojazdu wyłonił się Norse. Naprawdę mieli kłopoty. Znajdowali się poniżej poziomu ulicy, co bardzo ograniczało im możliwości ucieczki. Z prawej strony mieli wodę, z lewej - kamienny mur. Mogli tylko iść dalej przed siebie albo zacząć się cofać.

Gary najwyraźniej też zrozumiał ich trudne położenie.

Pozostawało im jedynie trzymać się kanału i biec dalej ścieżką holowniczą, ale tu stawali się dla Norse'a i Devene'a łatwym celem. Ian wiedział, że kiedy wydostaną się poza szerokie rozlewisko, będzie im niezwykle trudno opuścić strome brzegi kanału, ponieważ graniczące z nim działki były w większości ogrodzone. Dlatego rzucił się do schodów i przeskakując po dwa stopnie, wbiegł z powrotem na górę, gdzie od razu skręcił w prawo i puścił się biegiem przez żelazny mostek przerzucony nad kanałem. Przeznaczona tylko dla pieszych wąska kładka była całkiem pusta. Nagle po drugiej stronie kanału pojawił się niebieski mercedes. Zahamował z piskiem opon, a ze środka auta wypadł Devene, który zaczął biec w kierunku mostu.

Ian i Gary zatrzymali się, chcąc zawrócić, ale za ich plecami, jakieś dziesięć metrów od nich, stał już Norse.

Ich prześladowcy przewidzieli każdy ich ruch.

- Wystarczy już tych wygłupów - powiedział Norse. - Wiesz, czego chcę. Po prostu oddaj mi to.

- Wyrzuciłem go.

- Nie wkurzaj mnie. Dawaj.

- Gdzie mój ojciec? - odezwał się Gary.

Ian chętnie przystał na zmianę tematu.

- Właśnie, gdzie jego ojciec?

- Ten Amerykaniec to nie twoje zmartwienie. Lepiej martw się nami.

Zarówno Norse, jak i Devene przysuwali się coraz bliżej. Mostek był szeroki najwyżej na dwie osoby, a oba jego końce zostały skutecznie zablokowane. Od obu zbirów dzieliło ich nie więcej niż kilka metrów.

Ian kątem oka dostrzegł tęgiego mężczyznę z czarnymi włosami, z którym wcześniej rozmawiali. Odcumował już swoją łódź, uruchomił silnik i właśnie odbijał od nabrzeża. Najwyraźniej postanowił wyruszyć na Tamizę wcześniej, niż planował. Dziób łodzi skierował się prosto na ich most. Ian musiał trochę zyskać na czasie, więc rzucił się na żelazną balustradę, jednocześnie wciskając dłoń pod kurtkę. Wyszarpnął rękę i wyciągnął ponad poręczą.

- Ani kroku dalej albo to, na czym tak bardzo wam zależy, wyląduje w wodzie.

Obaj mężczyźni stanęli w miejscu.

Norse uniósł ręce w udawanym geście kapitulacji.

- Ależ to zupełnie niepotrzebne. Po prostu nam to oddaj i  będziesz miał nas z głowy.

Ian niezauważalnie odetchnął z ulgą. Najwyraźniej żaden z nich nie zorientował się, że jego zaciśnięta w pięść dłoń jest pusta. Trzymał rękę poniżej poręczy, pod takim kątem, by ani Norse, ani Devene nie mogli przejrzeć jego podstępu.

- Co powiesz na pięćdziesiąt funtów? - zapytał Norse. - Pięć dych za pendrive'a i możesz odejść wolno.

Warkot silnika stawał się coraz głośniejszy, a dziób znajomej łodzi zniknął pod kładką.

To będzie bardzo ryzykowne, ale nie mieli innego wyboru.

- Sto funtów! - odkrzyknął Ian.

Norse sięgnął do kieszeni.

- Skaczemy - szepnął Ian do Gary'ego. - Na tę łódź, która przepływa pod nami.

W ręku Norse'a zaszeleścił plik banknotów.

- Teraz - wycedził.

Widząc, że Norse przelicza pieniądze, a Devene, najwyraźniej będący jego podwładnym, czeka na ruch swojego partnera, Ian złapał za żelazną balustradę, odbił się i przeskoczył przez barierkę.

Spadł trzy metry w dół, modląc się, by długa barka znalazła się we właściwym miejscu w odpowiednim czasie. Uderzył nogami w dach kabiny, odbił się i stracił równowagę, ale zanim stoczył się do kanału, zdążył chwycić krótką metalową poręcz i tylko musnął stopami powierzchnię wody. Zdołał się podciągnąć w chwili, gdy tył łodzi mijał żelazny mostek.

Czarnowłosy mężczyzna stał na rufie za sterem.

- Tak myślałem, że przyda ci się pomoc.

Ian spojrzał za siebie i zobaczył, że Norse wyskakuje w górę, próbując pójść w jego ślady. Jakimś cudem mężczyźnie udało się trafić nogami w rufę łodzi, ale jej właściciel wbił mu łokieć w klatkę piersiową, wyrzucając fałszywego inspektora za burtę, wprost w mętne wody kanału. Ian obserwował, jak Norse wyłania się z wody i  wdrapuje się na brzeg.

Od oświetlonego mostu oddalili się już o dobre pięćdziesiąt metrów. Po chwili kanał nagle zawinął w prawo i zupełnie stracili go z oczu.

Ostatnie, co Ian zobaczył, to Gary'ego Malone'a szamoczącego się w uścisku Devene'a. Dlaczego Gary nie skoczył za nim?

Ale nie mógł teraz się tym martwić. Musiał uciekać.

Na trasie przed nimi dostrzegł kolejny oświetlony most, tym razem szerszy i bardziej solidny, zbudowany z cegieł. Jeździły po nim samochody. Wyczekał, aż łódź maksymalnie się do niego zbliży, i  wyskoczył na porośnięty trawą brzeg. Wbiegając na ścieżkę holowniczą, usłyszał za sobą wołanie właściciela barki:

- Dokąd to? Myślałem, że chciałeś się przepłynąć.

Przystanął i pomachał swojemu wybawcy na pożegnanie. Następnie rzucił się do metalowej drabinki, wdrapał się na most i już po chwili był na ulicy, gdzie w obie strony mknęły samochody. Przebiegł przez jezdnię i skrył się przy wejściu jakiegoś zamkniętego pubu, osłonięty przez dwie doniczkowe rośliny.

Przycupnął pod drzwiami i spróbował zebrać myśli.

Jego nozdrza wypełniły gryzące zapachy Londynu. Czujnie wypatrywał niebieskiego mercedesa, ale Norse i Devene chyba nie powinni wpaść na to, że zostanie w okolicy, zwłaszcza po tak śmiałej ucieczce. W pewnym momencie poczuł kuszący aromat świeżego chleba dochodzący z piekarni mieszczącej się kilka numerów dalej, co tylko przypomniało mu, jak bardzo jest głodny. Nie miał nic w ustach od czasu skąpego lunchu, który dostał w samolocie, ładnych kilka godzin temu. Od czasu do czasu chłopaka mijali jacyś ludzie idący chodnikiem, ale nikt nie zwracał na niego większej uwagi. Jak zwykle zresztą. Ciekawe, jakie to uczucie być kimś wyjątkowym? Kimś, kto budzi zainteresowanie innych? Ian mógł sobie to tylko wyobrażać. Wcześnie rzucił szkołę, ale chodził do niej wystarczająco długo, by nauczyć się czytać i pisać. Cieszył się z tego, ponieważ czytanie było jedną z  niewielu przyjemności, jakie miał w życiu.

To przywiodło mu na myśl plastikową torbę, którą miał przy sobie Cotton Malone.

Torbę z jego rzeczami.

Warto zaryzykować i rzucić okiem, pomyślał, po czym opuścił swoją kryjówkę.