Zamiast wstępu
Najbardziej rozpoznawalni Polacy na świecie to papież Jan Paweł II oraz Lech Wałęsa. Świat zna również Fryderyka Chopina i Marię Skłodowską-Curie, chociaż nie wszyscy uważają ich za Polaków. Podobnie jak Mikołaja Kopernika. Tymczasem na kartach naszej bogatej historii zapisało się złotymi zgłoskami wielu innych wybitnych, choć z różnych powodów zapomnianych w ojczyźnie, rodaków. Żyli i pracowali na chwałę ludzkości w dalekich, obcych krajach, najczęściej z powodu zesłania lub przymusowej popowstaniowej lub powojennej emigracji. Część z nich, mimo niewątpliwych zasług dla świata, znana jest w naszym kraju tylko nielicznym zainteresowanym.
Obok Irlandii i Sycylii ziemie polskie mają nieproporcjonalnie duży udział w zasilaniu szeregów europejskiej emigracji. Powikłane i tragiczne dzieje naszego narodu sprawiły, że za granicą mieszka niemal jedna trzecia ogółu etnicznych Polaków. Liczbę polskiej diaspory oblicza się obecnie na 12-15 milionów.
Jest rzeczą naturalną - i wysoce dla naszego kraju szkodliwą - że wśród emigrantów znajdował się duży procent ludzi wybitnych, wykształconych, utalentowanych i aktywnych, którzy swój rozum i zdolności musieli sprzedawać obcym. Nie ma na ziemskim globie miejsca - jakkolwiek egzotycznie by ono brzmiało: Barbados, Seszele, Madagaskar czy Gwadelupa - gdzie nie mieszkaliby Polacy. Jerozolima jest jednym z wielu miast na świecie, gdzie przybysz mówiący po polsku nie musi się obawiać, że nie odnajdzie drogi. Wielkie skupiska Polonii znajdują się w Kanadzie (Montreal, Quebec oraz prowincje: Ontario, Manitoba i Kolumbia Brytyjska), Brazylii (prowincje: Parana, Santa Catarina i Rio Grande do Sul), Australii (Sydney, Melbourne, Canberra, Brisbane), Rosji - gdzie los setek tysięcy polskiej ludności cywilnej deportowanej w latach 1939-1940 oraz dziesiątków tysięcy żołnierzy Armii Krajowej uwięzionych w latach 1944-1946 - wciąż jeszcze nie jest znany.
W Europie emigracja jest najliczniejsza we Francji, Belgii, Niemczech i na Wyspach Brytyjskich. Sporo Polaków zamieszkuje również Włochy, Szwajcarię i Holandię. Dużą grupę tworzą pozostałości polskiej i spolonizowanej ludności, która od wieków zamieszkiwała Litwę, Białoruś i Ukrainę.
W Mongolii i dla Mongolii zasłużył się Józef Kowalewski (1801-1878), językoznawca, orientalista, filomata, który zajmował się językiem, literaturą, historią i etnografią ludów mongolskich. Czy ktoś kiedyś o nim słyszał? W 1833 roku został adiunktem pierwszej w Europie Katedry Filologii Mongolskiej na Uniwersytecie w Kazaniu. W roku 1834 mianowano go profesorem nadzwyczajnym, a w 1837 profesorem zwyczajnym Uniwersytetu w Kazaniu. Trzykrotnie powierzano mu stanowisko dziekana Wydziału Filologicznego na czteroletnie kadencje. W latach 1855-1860 pełnił funkcję rektora Uniwersytetu w Kazaniu.
Polacy działali również w Chinach i Japonii. W XVII wieku zasłużył się w Chinach wnuk przybyłego z Węgier wraz ze Stefanem Batorym Jerzego Boima, syn Pawła Jerzego Boima, lekarza Zygmunta III Wazy Michał Boym (1612/1614-1659). Orientalista, jezuita, misjonarz, przyrodnik, kartograf, jeden z pierwszych sinologów na świecie, propagator chińskiej medycyny, poseł cesarza Yongli, którego zresztą Boym ochrzcił.
W 1655 roku, po długiej podróży, uzyskał przychylność papieża Aleksandra VII dla dynastii Ming. W 1656 roku wyruszył w podróż powrotną z Chin, jednak nie udało mu się wypełnić swej misji. W 1659 roku zmarł w chińskiej prowincji Kuangsi w nieznanym miejscu. Sporządził rysunki flory i fauny Mozambiku i atlas Chin. Uzmysłowił współczesnym wielkość i położenie Chin, zaznaczył na mapach Mur Chiński, Koreę przedstawił jako półwysep. Jego mapy zdobione były ilustracjami pokazującymi chińską florę, faunę, architekturę i sceny z życia Chin. Stworzył dzieło, w którym opisuje chińską medycynę.
Natomiast lekarz okulista pediatra Wacław Szuniewicz (1892-1963), misjonarz ze Zgromadzenia Świętego Wincentego á Paulo, stworzył w Xingtai szpital okulistyczny, początkowo na 19 łóżek, który stale powiększał, i otworzył 18 przychodni położonych w pobliżu Xingtai. Szuniewicz przeprowadzał wówczas 35 operacji okulistycznych dziennie.
Wkrótce został mianowany dyrektorem generalnym wszystkich szpitali katolickich w północnych Chinach. Nazywano go "człowiekiem ze srebrną brodą". Znał biegle siedem języków. W istniejącym do dziś i znacznie rozbudowanym szpitalu w Xingtai otwarto muzeum poświęcone doktorowi Wacławowi Szuniewiczowi, a przed szpitalem postawiono jego pomnik.
Misjonarz, franciszkanin Władysław Żebrowski (ok. 1898-1982), którego dokonania od 2002 roku upowszechnia Muzeum Brata Zenona w Czarni i jego filia w Kadzidle, spędził w Japonii ponad 50 lat, niosąc pomoc sierotom, kalekom i ofiarom wojny. Odwiedzali go m.in. cesarz Japonii Hirohito oraz w 1981 roku papież Jan Paweł II. Cieszył się ogromnym zaufaniem i szacunkiem Japończyków. W 1969 roku został odznaczony przez cesarza Orderem Skarbu Świętego IV klasy, a w 1979 roku u podnóża góry Fudżi wzniesiono jego pomnik autorstwa Adolfa Ryszki i Hajime Togashi. Napisano o nim: "Dziwny to był człowiek: zdolny fachowiec, ale mało rzeczy umiał robić naprawdę dobrze; nie skończył właściwie żadnej szkoły, a jednak budził podziw wykształconych i mądrych ludzi; był tylko braciszkiem w zakonie, lecz znali go papieże, kardynałowie i biskupi; choć mieszkał w Japonii jako przeciętny cudzoziemiec, rozmawiali z nim najwyżsi dostojnicy państwowi".
Bogaty przedsiębiorca Henryk Groppler (1822-1887) był ciotecznym bratem Jana Matejki. W czasie powstania styczniowego jako emisariusz Rządu Narodowego był w Odessie, a później zbierał fundusze na potrzeby powstania. Należał do spółki wielkiego przedsiębiorstwa kopalń marmurów, gipsu i boracytu w Azji Mniejszej, na południowym brzegu morza Marmara. Dzięki dobrym kontaktom z rządem tureckim pozyskał koncesję na tereny górnicze w Turcji. Eksportowano stamtąd marmury, gips, a następnie boracyt - materiał cenny, używany w hutach szkła. Dorobił się m.in. na boracycie wielkiego majątku, był właścicielem dziewięciu okrętów. Dom państwa Gropplerów w Konstantynopolu, w dzielnicy Bebek, nazywany był Ambasadą Polski, stanowił centrum emigracji polskiej w Turcji; gościł licznych słynnych Polaków, m.in. Adama Mickiewicza, Jana Matejkę i Henryka Sienkiewicza.
Inżynier Władysław Turowicz (1908-1980), generał Pakistańskich Sił Powietrznych i ich współtwórca, choć w Polsce niemal nieznany, w 180-milionowym Pakistanie uchodzi za bohatera narodowego. Za wkład w rozwój pakistańskiego lotnictwa i programu rakietowych pocisków balistycznych otrzymał wiele odznaczeń, m.in. ordery: Sitara -i-Pakistan (Gwiazdę Pakistanu, 1965), Tamgha-i-Pakistan (Medal Pakistanu, 1967), Sitara-i-Khidmat (Gwiazdę służby cywilnej, 1967), Sitara-e-Quaid-i-Azam (Gwiazdę Wielkiego Przywódcy, 1971). 14 sierpnia 2006 roku (w dniu Święta Niepodległości Pakistanu oraz w przeddzień Dnia Wojska Polskiego) odsłonięto jego pomnik w sali głównej Muzeum Pakistańskich Sił Powietrznych w Karaczi. Inny pomnik stoi w Lahore, drugim po Karaczi mieście kraju.
Co prawda to nie Polacy odkryli grafen (zrobili to Andriej Gejm i Konstantin Nowosiołow, za co otrzymali w 2010 roku Nagrodę Nobla), ale to jednak nasi rodacy z Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych oraz Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego opracowali najdoskonalszą metodę jego produkcji.
Lampy fluorescencyjne, czyli świetlówki, obecne chyba w każdej szkole, zostały wynalezione przez wybitnego polskiego fizyka Stefana Pieńkowskiego (1883-1953). Świetlówki wytwarzają znacznie mniej ciepła od standardowych żarówek, a także dłużej mogą pracować i mają wyższą skuteczność świetlną. Peryskop odwracalny pozwalający na obserwację 360o pola widzenia bez odwracania głowy został wymyślony przez polskiego inżyniera Rudolfa Gundlacha. Jego wynalazek jest po dzień dzisiejszy używany w czołgach i łodziach podwodnych.
Wojciech Świętosławski (1881-1968) to kolejny niedoszły polski noblista z dziedziny chemii. Jego praca magisterska, w której wyłożył teorię budowy związków dwuazowych i oksymów, była tak dobra, że przyjęto ją jako doktorat.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku porzucił laboratorium w Moskwie i wrócił do kraju. Pracował na Politechnice Warszawskiej, poświęcając się kalorymetrii - badaniu technik pomiaru ciepła powstającego w wyniku reakcji chemicznych i różnych procesów fizycznych. Świętosławski skonstruował urządzenia pomiarowe, które umożliwiły między innymi wyznaczenie dotychczas niemierzalnych wartości ciepła promieniowania blendy uranowej, ciepła absorpcji promieni przenikliwych i ciepła hydratacji cementów.
Polski chemik wynalazł też kriometr - przyrząd do bardzo dokładnego określania temperatury topnienia i krzepnięcia roztworów oraz określania stopnia czystości substancji. Dzięki niemu koszt takich badań spadł z około pięćdziesięciu tysięcy dolarów do dziesięciu tysięcy dolarów. Piętnaście osób zgłosiło go do Nagrody Nobla. Był nominowany w 1936, 1950, 1957, 1958, 1960 i w 1962 roku...
Ta książka w dalszej swej treści przypomina o jeszcze kilkuset innych Polakach (i Polkach), którzy zasłużyli się dla świata. O naszych rodakach, o których obcy niejednokrotnie bardziej pamiętają niż swoi. Często zresztą nie dzieje się to przypadkiem...
STANISŁAW POLAK (STANISLAUS POLONUS) I INNI - Drukarze
(? - po 1514)
Pionier drukarstwa w Hiszpanii, nadworny drukarz królowej Izabeli Kastylijskiej. W kraju, w którym działał, Stanisław Polak nie znalazł równego sobie w swoim zawodzie. Nikt nie przewyższył go w sztuce drukarskiej i nikt nie zdziałał na tym polu tyle, co on. Lecz sławy nie znalazł. W ojczyźnie własnej, w Polsce, z której zawsze był tak dumny i której imię uświetniał w dalekich krajach, jest prawie zupełnie nieznany. I cóż z tego, że największy bodaj bibliograf nowoczesny Konrad Haebler1 wywyższa go ponad innych, jeżeli przy okazji odejmuje mu jego ojczyznę i robi z niego Niemca.
Podpis Stanisława Polaka widniejący na karcie jednej z ksiąg wydanych w jego oficynie
Pod panowaniem dynastii Jagiellonów Polska wkroczyła w epokę największego w całej jej historii rozkwitu i potęgi. Połączona z Litwą węzłami unii, stanowiła wraz z nią największe obszarem państwo Europy. Stabilizacja i poczucie bezpieczeństwa sprzyjały rozwojowi gospodarki, kultury i nauki.
Minęły czasy, kiedy na Zachód jeżdżono wyłącznie po naukę. W epoce odrodzenia, która - nawiązując do dorobku myśli starożytnej - dążyła do wszechstronnego poznania człowieka i zapewnienia mu nieskrępowanego rozwoju osobowości, Polacy stali się równorzędnymi partnerami europejskich szermierzy nowych idei. Mieli już pełnię możliwości twórczych we własnym kraju. Chętnie jednak nadal odwiedzali Zachód, zwłaszcza Włochy, szukając kontaktów z najwybitniejszymi umysłami epoki.
W tych czasach nikogo już nie dziwiły polskie nazwiska wśród profesorów czołowych uniwersytetów europejskich, jak chociażby wykładający astronomię w Bolonii matematyk, astronom i lekarz, jeden z prekursorów humanizmu w Polsce - Marcin Król z Żórawicy (ok. 1422-1460) - późniejszy przyboczny lekarz sławnego wodza węgierskiego Janosa Hunyadego)2 i Marcin Bylica z Olkusza (1433-1493) - nadworny astrolog króla Węgier Macieja Korwina.
Wyjątkową pozycję zdobył sobie w XVI stuleciu Andrzej Patrycy Nidecki z Oświęcimia (1522-1587) - polski humanista, filolog, sekretarz Zygmunta II Augusta (później Anny Jagiellonki i Stefana Batorego), archidiakon kapituły katedralnej wileńskiej w latach 1570-1587, biskup wendeński (1585), wybitny znawca literatury starożytnej, autor polemicznych pism antyreformacyjnych i pisarz apologetyczny. Sporą część życia poświęcił pracy nad skompletowaniem, opracowaniem i wydaniem fragmentów spuścizny pisarskiej Marcusa Tulliusa Cycerona, którą zebrał i zestawił z urywków rozproszonych po rozmaitych tekstach oraz opatrzył objaśnieniami. Opracowanie to pozostało aktualne aż do połowy XIX wieku i przyniosło Nideckiemu europejski rozgłos. Zachodni badacze literatury starożytnej uznawali go za niekwestionowany autorytet i chętnie korzystali z jego rad i wskazówek.
W niczym nie widać jednak tak wyraźnie wysiłku kulturalnego Polaków za granicą w ramach cywilizacji europejskiej wschodzącego renesansu, jak w sztuce drukarskiej. W Anglii, na Węgrzech, w Siedmiogrodzie, w Słowiańszczyźnie południowej, w Rosji, a nawet w Turcji byli jej pionierami, zaś w Austrii i Czechach przyczynili się niepomiernie do jej rozwinięcia. Pierwsza książka drukowana w Konstantynopolu była turecką wersją Historii rewolucji perskich polskiego jezuity, lekarza, podróżnika, misjonarza, dyplomaty i orientalisty, księdza Jana Tadeusza Krusińskiego.
Lecz nigdzie może tak ważne nie było działanie indywidualne Polaka w tym zakresie jak w Hiszpanii, która wczesny rozwój swego kunsztu drukarskiego zawdzięcza w wielkiej mierze naszemu rodakowi Stanisławowi, znanemu szerzej jako Stanislaus Polonus (Polak). Jego imię zapisywano także jako Stanislao de Polonia, Lancalao Polono bądź też nawet jako Estan Yolan.
Nie wiadomo nawet, kiedy i gdzie się urodził, prawdopodobnie pochodził ze Śląska. Nie wiadomo też, gdzie się kształcił - na podstawie dorobku można jednak sądzić, że był człowiekiem wykształconym. Praktykę drukarską odbył w Krakowie, prawdopodobnie u mistrza Kaspra Straubego z Bawarii. Po zamknięciu oficyny wyjechał za granicę i w roku 1489 znalazł zatrudnienie u Matthiasa Moravusa (Macieja Morawianina z Ołomuńca) w Neapolu. Wkrótce trafili do niego wysłannicy królowej Izabeli Kastylijskiej, poszukujący zdolnych drukarzy na hiszpański dwór.
Wraz z niemieckim drukarzem Meinardem Ungutem Stanisław przeniósł się do Sewilli. Mistrz Maciej podarował obu sprzęt drukarski: czcionki, matrycę i prasę.
Hiszpania była wówczas krajem bardzo biednym. Wskutek nieustających właściwie od setek lat walk z Maurami kraj był spustoszony do cna i wyludniony, bogate niegdyś prowincje Andaluzji i południa leżały w gruzach, instytucje handlowe i kredytowe (tak za panowania Maurów niegdyś kwitnące) - zbankrutowały. Mahometański podbój zniszczył zupełnie rodzimą, iberyjską kulturę, wprowadzając na jej miejsce arabską i żydowską, kultury może wielkie, lecz przez Hiszpanów znienawidzone i pogardzane, bo nie własne. Wszystko trzeba było tworzyć od nowa, z olbrzymim nakładem trudu i energii. Jedną właśnie z konsekwencji takiego stanu rzeczy było zaproszenie Stanisława do Sewilli.
Na miejscu Polak i Niemiec utworzyli własną oficynę, a wszystkie dzieła opatrywali inicjałami swoich imion: "M.S.". Pierwszą publikację, traktat Diego de Deza In defensione Sancti Thomae, wydali 6 lutego 1491 roku. (Według innych źródeł pierwszą pozycją spółki wydrukowaną w Sewilli była Rozprawa o metafizyce scholastyka Pedra da Gui, wydana potem jeszcze raz w roku 1500.)
Drukarnia mieściła się początkowo w wynajętych pomieszczeniach parafii San Juan de la Palma, potem we własnym już budynku w dzielnicy San Salvador, a na koniec w najpiękniejszej dzielnicy Sewilli Santa Maria la Mayor, przy obecnej ulicy Federico S. Bedoya. Zatrudniała w różnych okresach od kilku do kilkunastu czeladników.
Z uwagi na trwającą wojnę z królestwem (emiratem) Grenady3 obaj wspólnicy dostali powołanie do armii hiszpańskiej. Odwołali się jednak do królowej Izabeli Kastylijskiej, przez którą zostali "uwolnieni od obowiązków wojskowych, kwaterunku i rekwizycji, dopóki będą zajmować się drukowaniem książek". No więc drukowali. W roku następnym wydali aż 13 książek, co w owych czasach stanowiło całkiem pokaźny dorobek.
Publikacje ich drukarni zyskały z czasem powszechny szacunek, stając się wyrazem luksusu. Światli całego świata odwiedzali Sewillę, aby nabyć dzieła Meinarda i Stanisława, płacąc kosztownościami. Drukarnia Polonusa i Unguta wydawała pozycje teologiczne, liturgiczne, medyczne, prawnicze, ustawodawcze, historyczne, astronomiczne, a także dzieła literatury pięknej - w języku kastylijskim (hiszpańskim), łacińskim i katalońskim.
Wśród wydanych przez naszego rodaka książek znalazły się miedzy innymi Opisanie świata Marco Polo, Wojna żydowska Józefa Flawiusza czy dzieła starożytnych myślicieli - Arystotelesa i Seneki. Jedno tylko nazwisko polskie jest między drukowanymi przez Stanisława autorami - sławne kompendium wiedzy kanoniczej Margarita Decreti seu sine Tabula Martiniana arcybiskupa gnieźnieńskiego Marcina Polaka (Marcina z Opawy).
Podobno prasa wydana przez tę właśnie oficynę jako pierwsza ogłosiła odkrycie Ameryki przez Kolumba. W roku 1499 wydali słownik łacińsko-hiszpański Antonio de Nebrija.
Wydawnictwa duetu uznawane były (i są do dziś) za nadzwyczajne pod względem kunsztu typograficznego i poziomu artystycznego. Szczególnie wyróżniają się drzeworytowe inicjały, zaliczane do najpiękniejszych w Europie. Mimo że nieodmiennie nazwisko Unguta poprzedza Stanisława we wszystkich kolofonach (metryczkach) spółki, nie ulega wątpliwości, że to Polak był spiritus movens spółki i że od niego wychodziły najważniejsze inicjatywy wydawnicze. Przypuszczalnie nazwisko Niemca stało na pierwszym miejscu, ponieważ to on głównie finansował przedsiębiorstwo.
Po śmierci wspólnika (pomiędzy 24 października a 12 listopada roku 1499) Stanisław wprowadził nową sygnaturę: "S.Polonus". Łącznie polsko-niemiecka spółka wydała ponad 80 dzieł, a także ogromną ilość druków ulotnych, dla przykładu tylko 10 września 1493 roku 10 tysięcy arkuszy z listami odpustowymi. Dorobek jak na tamte czasy imponujący!
W roku 1502, w odpowiedzi na zaproszenie kardynała Francisco Jiméneza de Cisnerosa, arcybiskupa Toledo i prymasa Hiszpanii, Stanisław przeniósł się do miasta uniwersyteckiego Alcalá de Henares. Od roku 1503 działał w nowej spółce z Jakubem Krombergerem (który poślubił wdowę po Ungucie), ciesząc się nie tylko uznaniem koneserów, ale także wyjątkowym szacunkiem własnych czeladników. W wydanym w roku 1504 w czterech tomach Vita del Cristo (Życiu Chrystusa) Ludolfa z Saksonii po raz pierwszy i jedyny nazwał się "Stanisławem z Królestwa Polskiego (Stanislao del Reyno de Polonia), jak gdyby chciał pod koniec swego żywota i na swojej najpiękniejszej pracy wyraźnie raz jeszcze stwierdzić, że przede wszystkim jest Polakiem i że Polskie Królestwo go zrodziło.
Była to również książka, w której rozczytywał się święty Ignacy Loyola, gdy lecząc się z ran, spędzał bezczynnie długie miesiące. Ona to spowodowała - jak wiemy z jego własnego świadectwa - że zerwał ze światem i poświęcił się służbie Bożej. To właśnie wydane przepięknie przez Polaka dzieło doprowadziło świętego Ignacego do założenia Zakonu Jezuitów, który tak zaważył na dziejach nowoczesnego świata.
Stanislaus jest twórcą jednego z typów czcionek gotyckich, co więcej - w roku 1494 jako pierwszy zaczął drukować nuty. Materiał typograficzny jego oficyny w roku 1539 trafił do drukarni zakładanej w Meksyku. Oznacza to, że czcionkami Polonusa drukowane były pierwsze książki Nowego Świata.
Ostatni druk zawierający nazwisko Stanisława Polonusa ukazał się 2 marca 1504 roku. Wiadomo, że potem na nieznanych zasadach odstąpił prawo do sewilskiej drukarni Krombergerowi. Nigdy nie założył rodziny - prawdopodobnie należał do stanu duchownego. Zmarł w roku 1514.
W Sewilli znajduje się tablica pamiątkowa poświęcona Stanisławowi Polonusowi - najsławniejszemu na zachodzie Europy polskiemu drukarzowi.
W roku 1447 Jan Gutenberg (właściwe nazwisko Johannes Gensfleisch zur Laden zum Gutenberg) wydrukował przy pomocy ruchomych czcionek kalendarz na rok 1448. Jego wynalazek (około 1445 roku) otworzył nową epokę w dziedzinie międzyludzkiej komunikacji. Urodzony między 1397 a 1400 rokiem w niemieckiej Moguncji, w rodzinie patrycjusza Johensona Gutenberga i jego żony Else Wirich, Jan pracował jako złotnik i pisarz. Wtedy właśnie poznał technikę sporządzania książek. Książki ówczesne w postaci bloków były odbijane, podobnie jak stemple, z drzeworytów na papier. Przedstawiały przeważnie ilustracje, z niewielką ilością tekstu. Do drukowania książek tekstowych taka procedura była zbyt uciążliwa i kosztowna. Dopiero zastosowanie ruchomych czcionek, wielokrotnie wykorzystywanych, umożliwiało skuteczną konkurencję z istniejącymi warsztatami pisarskimi, w których dziesiątki pisarzy kopistów ręcznie przepisywało książki. Początkowo Gutenberg stosował znane już wcześniej w Europie czcionki drewniane, z czasem opracował własną wersję również już znanych czcionek metalowych, posługiwał się także czcionkami glinianymi. Skonstruował specjalny aparat do ich odlewania, w którym nowością było używanie wymiennych matryc. Zaprojektował również własną wersję prasy drukarskiej na wzór znanych już pras introligatorskich. Udało mu się sporządzić stop z ołowiu, cyny, antymonu i wizmutu, i w skonstruowanej przez siebie odlewni wyprodukować całkowicie jednakowe, wymienne metalowe czcionki. W 1448 roku założył w Moguncji własną drukarnię. Przy pomocy ulepszonej farby drukarskiej udało mu się zadrukować papier obustronnie i w 1450 roku rozpocząć druk Biblii. Aby zastosować w tym dziele druk porównywalny z kunsztownymi rękopisami Pisma Świętego, Gutenberg odlał 299 liter i znaków.Inne ważne osiągnięcia Gutenberga to udany projekt modyfikacji dotychczasowego gotyckiego kroju pisma ręcznego, a przede wszystkim stworzenia podstawowych zasad składu tekstu, z których korzysta większość zawodowych typografów, jak i projektanci oprogramowania dla DTP (Desktop Publishing - publikowanie zza biurka) - termin oznaczający ogół czynności związanych z przygotowaniem na komputerze materiałów, które będą później powielone metodami poligraficznymi. Krócej mówiąc, termin ten oznacza komputerowe przygotowanie do druku. Mówi się czasem, że największą zasługą Gutenberga był wynalazek ruchomej czcionki, ale prawda jest taka, że wynalazł ją w rzeczywistości Chińczyk Bi Sheng już w połowie XI wieku. Czcionki te były wprawdzie nietrwałe, ale wkrótce inni chińscy, a także koreańscy rzemieślnicy wprowadzili szereg ulepszeń i na długo przed Gutenbergiem używali czcionek metalowych. A jednak błędem byłoby przypuszczać, że Bi Sheng wywarł jakiś szczególny wpływ na rozwój druku. Po pierwsze Europa nie przyjęła ruchomej czcionki z Chin, ale doszła do tego wynalazku niezależną drogą. Po drugie druk za pomocą ruchomej czcionki rozpowszechnił się w samych Chinach stosunkowo późno, dopiero po poznaniu przez Chińczyków nowoczesnych, zachodnich technik drukarskich. Chociaż wymienione elementy były już znane wcześniej, to jednak właśnie Gutenberg wprowadził szereg rozmaitych, bardzo istotnych udoskonaleń (odpowiedni stop do odlewania czcionek, formę drukarską do precyzyjnego składu kolumny, olejową farbę drukarską i odpowiednią prasę). Tak więc całkowity wkład Gutenberga w rozwój druku był dużo większy niż poszczególne dokonane przez niego wynalazki czy udoskonalenia. Jego zasługą jest przede wszystkim scalenie wszystkich elementów w jeden sprawnie działający system, przewaga druku nad książkami pisanymi ręcznie polega bowiem na możliwości uruchomienia masowej produkcji. Istotą wynalazku Gutenberga nie był pojedynczy przyrząd lub urządzenie ani nawet szereg udoskonaleń, ale stworzenie kompletnego procesu produkcyjnego. Bez Gutenberga wynalazek nowoczesnego druku mógłby się pojawić wiele pokoleń później. A biorąc pod uwagę niezwykły wpływ druku na rozwój cywilizacji, zasługi mogunckiego rzemieślnika w tej materii są ogromne.
W Neapolu działał Joannes Adam de Polonia. Arianin Jan Crell (1590-1633), teolog, duchowny i pisarz braci polskich, po wygnaniu arian z Polski prowadził drukarnię w Amsterdamie, przejętą po jego śmierci przez syna. Wydawcą pierwszych w ogóle książek w języku rosyjskim i białoruskim był Franciszek Skaryna (ur. przed 1490 - zm. po 1540) rodem z Połocka4 - drukarz, wydawca, filozof, artysta grafik, pisarz, lekarz i przedsiębiorca, tłumacz Biblii z języka staro-cerkiewno-słowiańskiego na język ruski (Biblia Franciszka Skaryny, zwana też Biblią Ruską). Uważany za prekursora drukarstwa wschodniosłowiańskiego oraz piśmiennictwa białoruskiego. Przez kilka lat prowadził z ogromnym powodzeniem drukarnię w Pradze czeskiej. 6 sierpnia 1517 roku wydał tam pierwszą książkę - Psałterz w języku cerkiewnosłowiańskim. W sumie przez dwuletnią działalność w Pradze wydał 22 księgi biblijne. W 1520 roku przeniósł się do Wilna, gdzie założył pierwszą drukarnię w Wielkim Księstwie Litewskim. W 1530 roku służył na dworze Albrechta Hohenzollerna w Królewcu. Pod koniec życia piastował stanowisko nadwornego medyka cesarza Ferdynanda I Habsburga. Upamiętniono go na znaczku pocztowym poczty ZSRS o nominale 5 kopiejek, wprowadzonym do obiegu 17 marca 1988 roku.
Najwięcej chyba polskim drukarzom zawdzięcza Wiedeń. Sztuka drukarska zawitała nad Dunaj później niż do jakiejkolwiek innej stolicy niemieckiej, bo dopiero w roku 1486. Nic w tym dziwnego, gdyż w XV wieku książęta austriaccy rzadko przebywali w tym mieście, narażonym na bezustanne ataki tureckie. Uniwersytet, zaśniedziały, mało przyczyniał się do rozwoju nauk i umiejętności i daleko mu było do współczesnej mu żywotności uczelni krakowskiej, bogatej podówczas w talenty, śmiałej w inicjatywach i szczodrze wspieranej przez władców Polski i jej magnatów. Mieszczaństwo wiedeńskie, wówczas mało ruchliwe, nie tylko nie mogło równać się zamożnością i kulturą z patrycjatem Norymbergi czy grodów nadreńskich, ale bez porównania niżej stało od Wrocławia, nie mówiąc już o Krakowie.
Nie tylko więc pierwsze druki ukazały się w Wiedniu stosunkowo późno, lecz były one dość nieudolne i bez porównania niżej stały pod względem technicznym od książek wydawanych w Krakowie. Drukarstwo to w każdym razie nie mogło rozwijać się bardzo pomyślnie, skoro Hieronim Wietor (właściwie Hieronymus Büttner, 1480-1546), jeden z najwybitniejszych polskich drukarzy, księgarzy i introligatorów I połowy XVI wieku, były uczeń Uniwersytetu Krakowskiego, otworzywszy drukarnię w Wiedniu, musiał ją w końcu zlikwidować i wrócić do Krakowa, gdzie jego interesy prosperowały o niebo lepiej. A trzeba dodać, ze podczas swej bytności nad pięknym modrym Dunajem przez długi czas miał tylko jednego rywala w drukarstwie - Johannesa Winterburgera. Widocznie więc nie konkurencja mu szkodziła, ale brak klienteli mecenatu.
Najbardziej znanym z polskich drukarzy działających w tych czasach w Wiedniu był Rafał Skrzetuski. Pochodził z Wielkopolski i pieczętował się (jak zbaraski Skrzetuski) herbem Jastrzębiec. Jego rodzicami byli Jan Skrzetuski i Małgorzata z domu Uniewska. Polskę opuścił prawdopodobnie z powodów wyznaniowych. Początkowo przebywał w Holandii i Szwajcarii, do Wiednia przybył w roku 1555. Rok później uzyskał przywilej prowadzenia drukarni i księgarni. Przyjął też nowe nazwisko "Hoffhalter", którym sygnował większość druków. Nigdy jednak nie krył swej przynależności do Polski, co więcej, na najpiękniejszym swoim wydaniu, Księdze Turniejów Francolina, przypomniał publiczności swe prawdziwe nazwisko i to, ze szczyci się polskim szlachectwem.
Oficyna Skrzetuskiego była pierwszym nowoczesnym warsztatem tego typu w Wiedniu, łączącym księgarnię sortymentową i odlewnię czcionek. Pan Rafał był też pierwszym w austriackiej stolicy drukarzem odlewającym czcionki hebrajskie i w cyrylicy. Dla ozdoby swoich książek przydawał im drzeworyty i miedzioryty, wykonywane przez wybitnych wiedeńskich artystów. W Wiedniu wydał ponad 120 pozycji w języku niemieckim, hebrajskim, węgierskim i ruskim. Sympatyzował z ruchem reformacyjnym, co sprawiało, że kilkakrotnie musiał zmieniać miejsce pobytu.
W 1563 roku przeniósł się do węgierskiego Debreczyna, gdzie prowadził drukarnię kalwińską. Wydał w niej m.in. tłumaczenie Biblii na węgierski (uchodzące za jedną z najlepiej wydanych książek węgierskich w XVI stuleciu) oraz przekład zbioru praw węgierskich Tripartitum Stefana Werböczy'ego (1565). Pierwsze wydania Biblii w jakimkolwiek języku są bardzo cennymi działami, poszukiwanymi przez największe biblioteki na świecie. Węgierska Biblia wydana przez Skrzetuskiego należała już w ubiegłym wieku do prawdziwych białych kruków.
W tym miejscu warto zwrócić uwagę na ogromne zasługi Polaków w historii drukarstwa węgierskiego. Na przykład pierwsza gramatyka węgierska wydana została w 1550 roku w krakowskiej drukarni Hieronima Wietora. Węgierskie książki protestanckie tłoczono w Polsce w dużych nakładach przez całe wieki. Jeszcze w 1806 roku Węgrzy zamawiali w Krakowie modlitewniki dla swojego wojska.
Wracając do Skrzetuskiego, to następnie krótko przebywał w mieście Oradea (w dzisiejszej Rumunii), a w 1566 roku na zaproszenie księcia Jana II Zygmunta Zápolyi przybył do Gyulafehérvár (dzisiaj Alba Iulia) w Siedmiogrodzie, gdzie drukował polemiczne dzieła wyznaniowe i związał się z grupą antytrinitarian. Zmarł w Alba Iulia w roku 1568.
Antytrynitaryzm (gr. anty + łac. trinitas - przeciw Trójcy) - nurt doktrynalny występujący w wielu różnych wyznaniach chrześcijańskich, nieuznający nauki o Trójcy Świętej i nieuznający boskości Jezusa Chrystusa. Zapoczątkowany został już w I wieku n.e. Głównym założeniem antytrynitaryzmu jest wiara w Boga w jednej osobie w postaci, w jakiej ich zdaniem występował u pierwszych chrześcijan, a wcześniej w judaizmie. Od XVII w. antytrynitarze nazywani byli także socynianami - od nazwiska swego przywódcy Fausta Socyna. Obok postulatów radykalnych reform o charakterze społeczno-politycznym formułowali żądania daleko idącej tolerancji religijnej. Państwo - zdaniem antytrynitarzy - winno dbać tylko o to, aby ludzie zgodnie i pokojowo ze sobą współżyli, w sprawach wiary zaś poddani nie są mu winni posłuszeństwa.
Synem Rafała był Rudolf Skrzetuski-Hoffhalter (zm. 1586), również zajmujący się drukarstwem, na terenie Węgier i Chorwacji.
Kilkadziesiąt lat po śmierci Rafała Skrzetuskiego jeszcze jeden Polak zasłynął w Wiedniu jako najznamienitszy drukarz, księgarz i wydawca - Stanisław Mateusz Kocmyrzowski, znany także jako Cosmerovius, właściciel największej wiedeńskiej drukarni XVII wieku.
Urodził się w 1598 roku w Wawrzeńczycach koło Krakowa. Sztuki drukarskiej uczył się pod Wawelem, w oficynie Franciszka Cezarego. W roku 1640 wyjechał do Wiednia, gdzie, dzięki zawartemu małżeństwu z wdową po drukarzu, został właścicielem dużej drukarni (5 pras) i księgarni. W roku 1666 otrzymał tytuł szlachecki od cesarza i przybrał sobie na pamiątkę Wawrzeńczyc przydomek von Lorenzberg. Uzyskał też tytuł drukarza nadwornego i wytłoczył ponad 350 druków (m.in. na potrzeby uniwersytetu), co stanowiło prawie jedną trzecią całej produkcji wiedeńskich drukarni w XVII wieku. Wydawał dzieła prawnicze, religijne i podręczniki w czterech językach: niemieckim, włoskim, węgierskim i po łacinie.
Najstaranniej drukował dzieła polskich autorów, takie jak Gramatyka łacińska Łukasza Piotrowskiego (1660) czy Panegiryki Wawrzyńca Rudawskiego oraz De bello Tartarico poświęcone Janowi Kazimierzowi Wazie. Na wszystkich swych wyrobach podpisywał się Matthaeus Cosmerovius Polonus i do śmierci utrzymywał bliskie związki z ojczyzną. Ojczyzna też utrzymywała z nim bliskie stosunki. Kiedy podczas "potopu" do Krakowa zbliżali się Szwedzi, Uniwersytet Krakowski przesłał mu na przechowanie swe srebra i kosztowności, które w roku 1655 przewiózł do Wiednia Stanisław Wieczorkowski. Pozostały one u Kocmyrzowskiego aż do roku 1660, kiedy wreszcie po ustąpieniu najeźdźców z Krakowa zwrócił je Uniwersytetowi.
Po śmierci Cosmeroviusa 21 maja 1674 roku drukarnię (i wielki majątek) przejął jego 18-letni syn, Jan Krzysztof Kocmyrzowski (1656-1685), który w ciągu 11 lat wytłoczył ponad 100 druków.
Był jeszcze jeden człowiek drukujący w Wiedniu, z Polską związany, przybrany jej syn i bardzo względem niej lojalny. Franciszek Meninski (François a Mesgnien Meninski), językoznawca polski pochodzenia francuskiego, znawca języków Bliskiego Wschodu, gramatyk i leksykograf, autor słowników.
Urodził się w roku 1620 w Totain w Lotaryngii. Kształcił się w Rzymie pod kierunkiem jezuitów. Tam też prawdopodobnie zainteresował się językami orientalnymi - pod wpływem, jak się zdaje, ojca R.P. Giattiniego SJ, który oprócz matematyki, logiki, fizyki i teologii zajmował się również językami Azji.
Prawdopodobnie w 1647 roku na zaproszenie księcia Michała Kazimierza Radziwiłła przybył do Rzeczypospolitej, gdzie dwa lata później wydał w Gdańsku trzy książki: gramatykę polską, gramatykę francuską i gramatykę włoską. O ile gramatykę polską przeznaczył dla obcokrajowców, pamiętając, jak sam bez podręczników uczył się języka polskiego "przez konwersację", o tyle dwie pozostałe prace pisał z myślą o 7-letnim wówczas Stanisławie Herakliuszu Lubomirskim, którego preceptorem został wkrótce po przyjeździe do Polski. Obie te prace były pierwszymi gramatykami języków romańskich wydanymi w Polsce.
Publikując wszystkie te trzy gramatyki, posługiwał się jeszcze zlatynizowaną postacią swojego francuskiego nazwiska (Franciscus Mesgnien Lotharingus). W późniejszych pracach jednak do swego nazwiska francuskiego dołączył jego postać spolonizowaną (Franciscus a Mesgnien Meninski) na znak więzów łączących go z nową ojczyzną.
W 1653 roku wyjechał jako tłumacz w poselstwie Mikołaja Bieganowskiego do Stambułu, a następnie pozostał w Turcji jako polski rezydent, ucząc się jednocześnie języka tureckiego pod kierunkiem Wojciecha Bobowskiego, który pod imieniem Ali Bey piastował w Stambule urząd naczelnego tłumacza rady sułtańskiej.
Po powrocie do Warszawy w 1656 roku został tłumaczem królewskim, jednak już w następnym roku ponownie znalazł się w Stambule, gdzie spędził przy Porcie dwa lata jako agent Rzeczypospolitej. Po krótkim pobycie w Polsce w roku 1659 po raz trzeci wyjechał do Turcji, sprawując samodzielną misję dyplomatyczną do padyszacha Mehmeda IV i wielkiego wezyra Köprülü Mehmeda, którym złożył podziękowania za pomoc w wojnie ze Szwedami i Siedmiogrodzianami, starając się jednocześnie wybadać dalsze plany Porty wobec sąsiednich krajów. Rozmowy, zakończone sukcesem dyplomatycznym, prowadził samodzielnie po turecku, obywając się zupełnie bez tłumacza. Obserwował również postępowanie poselstwa kozackiego Jana Wyhowskiego, bawiącego w tym samym czasie w Stambule.
Po powrocie w roku 1660 usiłował zorganizować w Warszawie szkołę tłumaczy i dyplomatów przeznaczonych do służby w krajach Wschodu, jednak projekt ten (zapewne ze względów finansowych) nie doczekał się realizacji. Prawdopodobnie z tego samego powodu w roku 1661 lub 1662 przeniósł się do Wiednia, gdzie został tłumaczem języków orientalnych w kancelarii cesarskiej. Uczestniczył w cesarskich poselstwach do Turcji, prowadził rozmowy z przedstawicielami Porty w Wiedniu, spotykał się z paszami tureckimi w Budzie. W 1669 roku odbył pielgrzymkę do Jerozolimy.
Po powrocie stamtąd przystąpił do porządkowania swych materiałów słownikarskich, z których po ponad 10 latach powstał Thesaurus Linguarum Orientalium Turcicae, Arabicae, Persicae (Wiedeń 1680), dzieło w trzech tomach folio, które najbardziej rozsławiło jego nazwisko. Równocześnie ze słownikiem ukazał się - jako uzupełniający go, ale całkowicie osobny - tom gramatyki osmańskotureckiej. Pracy nie przerwało nawet oblężenie Wiednia, mimo że drukarnia została spalona, a część manuskryptów i druków zniszczona. O znaczeniu słownika Meninskiego świadczy zarówno fakt, że doczekał się on przeróbek (skróceń do jednego tomu) w XVIII i XIX wieku, jak i to, że w roku 2000, to znaczy 320 lat po ukazaniu się oryginału Thesaurusa, wznowiono jego wydanie wspólnymi siłami polsko-tureckimi.
Nieco później wydał Meninski uzupełnienia Complementum Thesauri Linguarum Orientalium... (1687), a ostatnią jego publikacją było Rescriptum (1692), kąśliwa krytyka gramatyki perskiej J.P. Podesty. Wszystkie te prace powstały przy tym na marginesie pracy zawodowej na stanowisku tłumacza.
Zmarł w wieku 78 lat w Wiedniu 8 września 1698 roku. Pochowany jest w piwnicach klasztoru karmelitów w Leopoldstadt (dzielnicy Wiednia).
Na silny rozwój drukarstwa na Zachodzie Europy wpłynęła wielka fala emigracji po powstaniu listopadowym, gdyż w ślad za większymi skupiskami ludności polskiej powstawały tam też polskie drukarnie. W latach 1831-1861 w 11 miastach Francji działało około 20 drukarni wydających polskie druki. Tylko kilka lat, ale prężnie, działała założona w Paryżu w 1835 roku Księgarnia i Drukarnia Polska Aleksandra Jełowickiego i Eustachego Januszkiewicza (potem Józefa Marylskiego). Na przełomie wieków w Paryżu istniała Drukarnia Polska Adolfa Reiffa.
W Londynie od 1853 roku działała współpracująca z Aleksandrem Hercenem drukarnia Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, którą zarządzali m.in. Z.B. Świętosławski i L. Czerniecki. Również nad Tamizą w latach 1891-1905 działała drukarnia Polskiej Partii Socjalistycznej, gdzie czasopismo "Przedświt" drukowali m.in. Bolesław Antoni Jędrzejowski, Stanisław Wojciechowski (późniejszy prezydent) i Józef Piłsudski. Bardziej znane polskie drukarnie działały także w Brukseli, Genewie, Berlinie, Zurychu.
Polscy drukarze pracowali także w wielkich rosyjskich miastach, zaspokajając potrzeby tamtejszej Polonii. W Petersburgu w latach 1816-1853 istniała drukarnia Karola Kraja (który w 1828 wytłoczył pierwsze wydanie Konrada Wallenroda Adama Mickiewicza), w Odessie Drukarnia Słowiańska J. Bukowieckiego (którą potem przejął M. Grodecki), a w Kijowie - Józefa Zawadzkiego. Druki polskie powstawały także w innych miastach (np. Moskwie), a nawet na Syberii.
Druga fala rozwoju polskiego drukarstwa emigracyjnego pojawiła się razem z emigracją zarobkową w latach 80. XIX wieku. Powstające drukarnie wydawały liczne czasopisma, broszury i książki dla emigrantów, np. w Buenos Aires czy Kurytybie. W USA pierwsza polska książka (Rozmowy do ułatwienia nauki jenzyka angielskiego dla emigrantów) została wydrukowana w 1834 roku w oficynie Amerykanina Josepha Younga w Filadelfii. Na szerszą skalę drukarnie polskie zaczęły powstawać dopiero po roku 1870, a często główną ich działalnością było drukowanie emigracyjnych czasopism (np. 1881 w Brooklynie do dziś wychodzącego czasopisma "Zgoda" - obecnie wydawane w Chicago). Znane były drukarnie w Chicago (gdzie od 1871 działał Władysław Dyniewicz), Nowym Jorku (Michał Twarowski, E.L. Kołakowski), Detroit (Jan Piotrowski), Waszyngtonie i kilku innych miastach. W Nowym Jorku, Chicago i Toledo działał na przełomie wieków Antoni Alfred Paryski.
W XX wieku Polacy zakładali także małe drukarnie zaspokajające wysublimowane potrzeby bibliofilów z całego świata. W latach 1928-1954 we Florencji (1940-1947 także w Nicei) prowadził słynną rękodzielniczą drukarnię wielokrotnie nagradzany5 Samuel Fryderyk Tyszkiewicz, zwany Magister Typographus, który wydał około 60 książek własnoręcznie składanych, drukowanych i oprawianych. Jego książki wydawane były na czerpanym papierze, w bogatych oprawach, z drzeworytami na wklejkach, grafikami i wzorowanymi na styl renesansowy kolofonami. Wszystkie egzemplarze były numerowane i wydawane w niewielkich nakładach od 150 do 300 egzemplarzy.
Samuel urodził się 1 stycznia 1889 roku w Warszawie jako syn Ottona Edwarda Tyszkiewicza i Marii z domu Ellenberger. Jego dzieje w artykule Zapomniany drukarz, który był artystą bardzo ciekawie przedstawił Grzegorz Sowula.
"Stał się cud, że człowiek, który nigdy nie był czeladnikiem drukarskim, ba, który nogą nie był nigdy w żadnej drukarni, poprzez ogrom pracy własnej jako samouk stanął na szczycie doskonałości tego tak mozolnego kunsztu" - mówił Józef Andrzej Teslar, przyjaciel i autor Tyszkiewicza, gdy jego Stamperia Polacca (polska tłocznia) została po wojnie uhonorowana za wytworne druki. Rzeczywiście Tyszkiewicz zajął się książką z przypadku. Był inżynierem z dyplomem paryskiej uczelni, mimo arystokratycznego pochodzenia utrzymywał się w Paryżu z własnej pracy. Jego pierwszej żonie niezbyt to odpowiadało - gdy stracił zajęcie w biurze projektanckim i przerzucił się na prowadzenie taksówki, pani Tyszkiewiczowa wróciła do Polski.
On sam ruszył do Warszawy tuż po wybuchu I wojny światowej - przez carską Rosję, której był oficjalnie obywatelem. Wojnę spędził w mundurze; jako delegat rządu polskiego wrócił na początku lat 20. do Paryża, by uregulować sprawy zaciągniętych we Francji wojskowych długów. Francuzi nagrodzili go za sukces misji Legią Honorową, Polacy - pieniężną nagrodą. Przeznaczył ją na wyprawę po Włoszech, jaką długo obiecywał sobie i drugiej żonie. Opis zilustrował i oprawił w skórę.
Gdy przyjaciele zaczęli narzekać, że piękny tom istnieje tylko w jednym egzemplarzu, Tyszkiewicz rzucił pracę (i żonę, która uważała to za wariactwo). Wyjechał do Florencji, by oddać się wyłącznie drukarstwu. W 1928 roku założył tam drukarnię Stamperia Polacca (Tyszkiewiciana Officina) i drukował (składał ręcznie i tłoczył) dzieła sztuki typograficznej. Jego zakład działał do 1954 roku. Tam też znalazł powołanie, przyjaciół, współpracowników i autorów, a także kolejną partnerkę, Marylę Neumann, która razem z nim uczyła się sztuki drukarskiej od podstaw.
Tyszkiewicz był prawdziwym człowiekiem renesansu - pisał, tłumaczył, ilustrował, wycinał klocki i robił klisze, projektował, składał tekst, odbijał, oprawiał w karton, płótno i skórę, przygotowywał kasety (pudła) i ozdobne okucia. I, w co może trudno uwierzyć, wszystko to robił dobrze, wręcz perfekcyjnie. Dlatego udało mu się szybko znaleźć klientów, którzy utrzymywali oficynę: drukował dyplomy i indeksy dla florenckiego uniwersytetu (był jego "nadwornym" drukarzem od 1931 roku), prospekty, foldery i ulotki. Podczas wojny, kiedy przeniósł oficynę do Nicei, produkował legitymacje i świadectwa. Ze sprzedaży książek wyżyć się niestety nie dało...
"Wiem tylko jedno, że warto poświęcić wszystko i ponieść ofiary i ograniczenia, aby móc coś jeszcze dla tej Polski, co będzie, zrobić" - powiedział Tyszkiewicz. To nie były puste słowa - gdy wybuchła II wojna światowa, pan Samuel jako kapitan rezerwy zgłosił się na ochotnika do wojska. Wysłano go do obozu armii francuskiej w Cotquidan, gdzie szkolono polską 1 Dywizję Grenadierów. Kłótnie z "zupactwem", jak wspominał później, sprawiły, że przeniesiono go do Nicei. Obok siedziby gestapo założył małą pracownię drukarską, z której często korzystał ruch oporu. A on, mimo obowiązków, pracy, reglamentacji papieru i farby, wydał 30 tomików poezji, zaczynając od Barbakanu warszawskiego Kazimierza Wierzyńskiego. Były prócz nich także bajki dla dzieci, modlitewniki, utwory Mickiewicza.
Powrócił do Florencji w 1948 roku, schorowany i zmęczony. Z czwartą żoną, Włoszką Vittorią Lenzi, wydał jeszcze kilka tytułów. Przymierzał się do ogromnego zbioru dokumentów dotyczących Powstania Warszawskiego, ale zamysł ten nie został już zrealizowany z powodu jego śmierci. Odszedł 12 lipca 1954 roku w Castel d'Aiano we Włoszech. Jego firmę po jego śmierci prowadziła wdowa. Od 1978 roku część wyposażenia jego drukarni - klocki drzeworytowe oraz korespondencja - trafiła do zbiorów Biblioteki Narodowej.
Warto w tym miejscu wspomnieć na koniec o jeszcze jednym Polaku, Henryku Bukowskim (1839-1900), polskim emigrancie postyczniowym, najwybitniejszym antykwariuszu Skandynawii, niezwykle majętnym i poważanym człowieku, który większość swoich dochodów przeznaczał na zakupy dla polskich instytucji kulturalnych i naukowych. W 1870 roku, po otrzymaniu spadku, założył "Bukowskis konstkandel", polski antykwariat w Sztokholmie, który w efekcie odegrał rolę polskiej stacji naukowej w Szwecji; w krótkim czasie bowiem przedsiębiorstwo stało się nie tylko sklepem, ale także gabinetem muzealnym i warsztatem pracy naukowej. Do dzisiaj zresztą uchodzi za najpoważniejszą tego typu firmę w kraju. Szczególną opieką otoczył Bukowski Muzeum Polskie w Raperswilu, gdzie zresztą został pochowany obok hrabiego Władysława Platera, założyciela raperswilskiego muzeum.
ABRAHAM STERN (1769-1842) - Prekursor cybernetyki i informatyki
Żyd, mechanik, samouk - wybitny konstruktor i uczony, wynalazca machiny liczącej. Wykazywał niepospolite zdolności matematyczne i wynalazcze. Przodek Antoniego Słonimskiego, poety, prozaika, felietonisty, który był jego prawnukiem. Z zawodu był zegarmistrzem - jako chłopiec terminował u zegarmistrza w Hrubieszowie, ale jego pasje szły w innym kierunku. W realizacji marzeń pomógł mu przyjaciel i opiekun Stanisław Staszic.
Abraham Stern urodził się w 1769 roku w Hrubieszowie, w bardzo ubogiej rodzinie żydowskiej. Był samoukiem, od najmłodszych lat interesował się mechaniką. Terminując u hrubieszowskiego zegarmistrza, zwrócił uwagę wielu osób, bo wykonywał wszystko z ogromną dokładnością i starannością. Szybko naprawiał najbardziej skomplikowane mechanizmy zegarowe. Wiadomość o zdolnym praktykancie szybko dotarła do księdza Stanisława Staszica, który w 1800 roku zakupił Hrubieszów i organizował życie społeczne.
Słysząc o niezmiernie utalentowanym chłopcu, postanowił mu pomóc u w rozwinięciu naukowej kariery. Było to zgodne z nieszablonowym działaniem wielkiego księdza reformatora, nieliczącego się z krytycznymi uwagami ówczesnej elity, dalekiej od uznania jakichkolwiek dokonań naukowca Żyda. To dzięki Staszicowi młody Stern znalazł się w Warszawie.
A był genialnym wynalazcą wielu maszyn i przyrządów. Skonstruował m.in. trak tartaczny, młocarnię, żniwiarkę oraz liczne przyrządy miernicze. W 1812 roku zakończył prace nad arytmometrem, czyli ręczną maszyną arytmetyczną do czterech podstawowych działań. To postawiło go w szeregu wybitnych uczonych i wynalazców, jak Pascal czy Leibniz, którzy także pracowali nad wynalezieniem maszyny do liczenia, jednak nieskutecznie.
Stern po raz pierwszy zaprezentował prototyp swojej maszyny liczącej w Warszawie. Jego promotorem był Staszic, który na posiedzeniu Towarzystwa Przyjaciół Nauk w dniu 7 stycznia 1813 roku oświadczył: "Z Departamentu Lubelskiego, Lubelskiego miasta Hrubieszowa mieszkaniec starozakonnego wyznania, Abraham Stern, od wielu lat pracując nad wynalazkiem machiny rachunkowej, która by wszystkie cztery działania arytmetyczne ziszczała, machinę tę ukończył i pod rozwagę Towarzystwa poddał...". Staszic, głoszący zasadę równości wszystkich ludzi, oczekiwał nie tylko uznania wynalazku, ale i przyjęcia w poczet TPN jego autora. A z tym nie chcieli pogodzić się konserwatywni członkowie towarzystwa. Tym bardziej, że konstytucja Księstwa Warszawskiego przyznawała wprawdzie równość wszystkim obywatelom kraju, jednak jej postanowienia dotyczące Żydów pozostawały w rzeczywistości na papierze.
Postępowy ksiądz postawił sprawę Sterna kategorycznie i wobec jawnej niechęci części naukowej elity zrezygnował z prezesury w TPN. Jednak uległ namowom większości członków TPN i po przedłużających się pertraktacjach ponownie objął to stanowisko. W 1830 roku także Stern został członkiem TPN.
Stern sporządził, między innymi, tak zwany trianguł ruchomy o dwóch celownikach, zastępujący stolik mierniczy. Znany też był prosty mechanizm Sterna zabezpieczający powozy przed rozbieganiem się koni.
Jego pierwszym ważniejszym wynalazkiem była kosiarko-żniwiarka z samoodkładaczem zboża, wymyślona w 1810 roku.
W 1816 roku hrubieszowski wynalazca skonstruował maszynę do obliczania pierwiastków kwadratowych, a w rok później maszynę rachunkową, łączącą możliwości dwóch poprzednich, czyli cztery podstawowe działania z ułamkami oraz pierwiastkowanie. Po 1818 roku Stern mniej już czasu poświęcał wynalazkom, skoncentrował się głównie na działalności publicznej. W 1822 roku został referentem cenzury pism hebrajskich. W latach 1826-1835 pełnił funkcję rektora Szkoły Rabinów.
Wprawdzie dziś niewielu pamięta o osiągnięciach Abrahama Sterna, ale już za jego życia korzystała z nich Akademia Nauk w Petersburgu i inne uczelnie, a w czasach nam znacznie bliższych producent maszyn liczących - Zakłady Metalowe "Mesko" w Skarżysku Kamiennej. Abraham Stern zmarł 2 lutego 1842 roku w Warszawie.
Jest zapomniany, tak jak jego wynalazki. Zbudowana przez Sterna maszyna licząca to był na owe czasy wynalazek rewolucyjny. Można ją nazwać przodkiem kalkulatora. A jej autora, genialnego samouka - prekursorem dzisiejszej cybernetyki.
Publicysta gazety "Uważam Rze" Krzysztof Jóźwiak tak napisał o nim: "Gdyby Abraham Stern urodził się na Zachodzie, jego nazwisko byłoby znane na całym świecie. Żyjąc w Polsce, dołączył do licznej grupy wybitnych wynalazców, których niegdyś nie doceniono, a dziś niemal całkowicie zapomniano".
ANTONI PATEK - Serce zostawił nad Wisłą
(1811-1877)
Antoni Norbert Patek, przedstawiciel zubożałej szlachty z Lubelszczyzny, był niezwykle barwną postacią. Życie narzucało mu różne role: żołnierza, artysty, nowoczesnego przedsiębiorcy. Na wygnaniu pozostał patriotą i wiernym synem Kościoła katolickiego. Błyskotliwy przedsiębiorca stworzył od zera markę, która ponad 140 lat po jego śmierci uchodzi za producenta najbardziej ekskluzywnych zegarków kieszonkowych na świecie. Dokonał tego jako samouk i amator, bowiem oficjalnie nigdy nie uzyskał tytułu zegarmistrza.
Antoni Patek, chociaż nie wrócił już do ojczyzny, serce pozostawił nad Wisłą. Nigdy nie przestał interesować się sprawami Polski, rozwijając ożywioną działalność w kołach emigracji polskiej.
Urodził się 14 czerwca 1811 roku (według niektórych źródeł w 1812) w Piaskach. Piaski, niegdyś nazywane luterskimi, leżą zaledwie 23 kilometry od Lublina. Od dawien dawna krzyżują się tam szlaki handlowe z Rusi, które wiodą w głąb kraju. W chwili urodzenia Antoniego objęte były zaborem rosyjskim, co wywarło niebagatelny wpływ na jego życie. Ale o tym za chwilę. Rodzicami byli Anna Piasecka ze Skoczylasów i pochodzący z drobnej szlachty Joachim Patek herbu Prawdzic. Był również Antoni wnukiem starosty lubelskiego Wacława Patka.
Kiedy Antoni skończył 10 lat, jego rodzice przenieśli się do Warszawy. Po śmierci ojca 16-letni chłopak zmuszony został do zarabiania na utrzymanie rodziny. Jako przedstawiciel zubożałej szlachty postanowił szukać szczęścia w wojsku. W marcu 1828 roku wstąpił do 1 Pułku Strzelców Konnych Jazdy Augustowskiej. Oficerem tego pułku i jego późniejszym dowódcą był Franciszek Patek, prawdopodobnie brat przyrodni Antoniego.
Kiedy dwa lata później, w listopadzie, Polacy chwycili za broń, by zrzucić z siebie jarzmo caratu, Antoni nie wahał się ani chwili. Wziął czynny udział w powstaniu listopadowym, walcząc m.in. w Nasielsku, Wawrze, Mińsku i Warszawie. Dwukrotnie został ranny. Za bohaterską postawę awansował do stopnia podporucznika, został także odznaczony Złotym Krzyżem Virtuti Militari. Po upadku zrywu, 5 października 1831 roku, podzielił los tysięcy żołnierzy, którzy nie chcieli zdać się na carską łaskę: przekroczył granicę pruską we wsi Gorczenica, gdzie został internowany.
Z polecenia generała Józefa Bema organizował szlak ewakuacyjny z Prus do Francji dla polskich powstańców, którzy zasilili później szeregi wielkiej emigracji. Był komendantem punktu etapowego w Bambergu koło Monachium. Po zakończeniu akcji przerzutowej, 25 czerwca 1833 wysłany został do Cahors, a potem do Amiens, gdzie zatrudnił się jako zecer. Początkowo przyjazne Polakom francuskie władze uległy ostatecznie presji Moskwy. Posądzając byłych powstańców o działalność rewolucyjną, zaczęły zmuszać ich do opuszczenia kraju. Po dwóch latach nieprzychylne zarządzenie władz francuskich, wydane pod naciskiem ambasady rosyjskiej, zmusiło Antoniego Patka do przeniesienia się do Szwajcarii.
Tam, w miejscowości Veroux koło Genewy, przez pewien czas handlował likierami i winami. Uczył się też malarstwa pod okiem znanego pejzażysty i rytownika Alexandra Calame'a. Pod wpływem zaprzyjaźnionej rodziny Moreau zajął się zegarmistrzostwem. Początkowo kupował gotowe mechanizmy zegarków i - wykorzystując swój talent malarski - oprawiał je w ozdobne koperty, znacząco podnosząc cenę przedmiotów i sprzedając je z niemałym zyskiem.
1 maja 1839 roku wszedł w spółkę z innym Polakiem (czeskiego pochodzenia), zegarmistrzem Franciszkiem Czapkiem, również weteranem powstania listopadowego. Na najdroższej ulicy w Genewie, Quai General Guisan, założyli wspólną zegarmistrzowską manufakturę. Próba wejścia na szwajcarski rynek z nową firmą zegarmistrzowską była zaiste ekstrawaganckim pomysłem. Oto dwójka przybyszów z dalekiego kraju rzuciła wyzwanie firmom słynącym od dekad z najwyższej jakości swoich wyrobów. Żeby sprostać tej konkurencji, trzeba było być najlepszym z najlepszych. Patek ogłosił więc, że zasadą wytwórni jest "polsko-honorowe traktowanie z genewską akuratnością". O obydwu panach zrobiło się głośno, kiedy w 1841 roku powstał pierwszy czasomierz z niezależnym sekundnikiem.
Zakład wytwarzał zegarki charakteryzujące się wysoką precyzją mechanizmu, wykonywane na zamówienie, między innymi dla polskich emigrantów, a także patriotów w kraju. Były to zegarki kieszonkowe, których koperty ozdabiano miniaturami i napisami o treściach patriotycznych i religijnych - na tarczach można było znaleźć wizerunek księcia Józefa Poniatowskiego czy Czarnej Madonny. W końcu grudnia 1839 roku za 225 franków sprzedali swój wyrób w srebrnej kopercie ozdobionej białym orłem przebywającemu wówczas w Lozannie Adamowi Mickiewiczowi. W zbiorach Muzeum Warszawy znajdują się dwa "patki". Złoty zegarek kieszonkowy z wizerunkiem Tadeusza Kościuszki z krzyżem, Orłem i Pogonią na tarczy, a także srebrny z wizerunkiem Matki Boskiej.
Przykładem takiego działania był zegarek wykonany dla Dudleya Stuarta. Emigracja polska chciała wręczyć prezent orędownikowi sprawy polskiej i zleciła generałowi Zamoyskiemu zamówienie takiego zegarka. Lord otrzymał go 12 maja 1847 roku. Był to jeden z pierwszych zegarków nakręcanych bez pomocy kluczyka. Profesjonaliści podziwiali prostotę i perfekcyjność mechanizmu, a artyści rysunek i wykonanie ozdób. Mawiano powszechnie, że stanowi on "epokę w dziejach zegarmistrzostwa". Tarcza zegarka obrazowała pieczęć koronną Stanisława Augusta Poniatowskiego, a cyfry zastąpiono emaliowanymi herbami 11 głównych prowincji polskich. Południe oznaczone było krzyżem wznoszącym się nad polskim orłem w tarczy podpartej emblematycznymi figurami siły i sprawiedliwości.
Początki nie były łatwe. Polscy emigranci chętnie wprawdzie kupowali u rodaka zegarki, ale znacznie gorzej było z regulowaniem należności za nie. Kradzież kilkudziesięciu czasomierzy w 1840 roku postawiła pod ogromnym znakiem zapytania dalsze istnienie firmy. Przed bankructwem uchroniła wspólników pożyczka udzielona przez pana Augustina Moreau.
W dniu 10 lipca 1839 roku w Versoix Antoni Patek poślubił jego kuzynkę, córkę francuskiego kupca, Marie Adelaide Elisabeth Thomasine Dénizart. Dochowali się trojga dzieci. Pierwszy syn, Bolesław Józef Aleksander Tomasz, urodził się 16 czerwca 1841 roku i zmarł 18 września tego samego roku. Kolejne dzieci przyszły na świat po długiej przerwie: syn, Leon Mieczysław Wincenty - 19 lipca 1857 roku oraz córka, Maria Jadwiga - 23 października 1859.
W fabryce Patka często zatrudnienie znajdowali rodacy. Między innymi Władysław Bandurski, Henryk Majewski i Wawrzyniec Gostkowski. Pierwszy z nich był emigrantem z Królestwa Polskiego, który ukończył w Genewie szkołę zegarmistrzowską. Zdobyta praktyka w zakładzie Patka pozwoliła mu na otworzenie własnej firmy. W 1876 roku Bandurski wynalazł wahadło uzupełniacz z wychwytem kotwicznym, które było odporne na zmiany temperatury i regulowało ruch zegarka ze ścisłością matematyczną. Majewski przez kilka lat pracował w zakładzie Patka, a następnie prowadził własny zakład. Za swoje precyzyjnie wykonane zegarki zebrał liczne nagrody, m.in. pierwszą nagrodę Genewskiego Towarzystwa Sztuk Pięknych. Natomiast Wawrzyniec Gostkowski pracował z Patkiem do 1878 roku. Wykonał kilka wielofunkcyjnych zegarów. Jeden z nich otrzymał srebrny medal na wystawie we Francji.
W 1845 roku Patek rozstał się z Czapkiem i każdy poszedł w swoją stronę. Franciszek był bardzo konserwatywny, jeżeli chodzi o sztukę tworzenia zegarków, Antoni wprost przeciwnie, zamierzał jak najbardziej unowocześniać swoje produkty. Z czasem okazało się też, że miał więcej szczęścia niż jego kolega, który zmarł w nędzy. (Czapek założył własną firmę i współpracował z Juliuszem Gruzewskim, który zasłynął jako główny dostawca broni dla powstańców.)
"Rozwód" z Czapkiem dodał skrzydeł Patkowi, a prawdziwy przełom w karierze szlachcica spod Lublina nadszedł podczas wystawy przemysłowej w Paryżu w roku 1844. Tam właśnie poznał Adriena Philippe'a, który miał już na koncie wynalezienie mechanizmu naciągowego z koronką, który pozwalał zrezygnować z uporczywego nakręcania czasomierzy kluczykiem, oraz mechanizmu nastawiania funkcji kalendarzowych. Z pomocą Francuza pan Antoni przystąpił do realizowania swoich wielkich ambicji - robienia zegarków nowoczesnych, najlepszych i najpiękniejszych.
Początkowo zatrudnił Adriena we własnej firmie jako dyrektora technicznego. Z czasem, w roku 1851, powstała spółka Patek Philippe & Cie, która istnieje po dziś dzień. (Większość opracowań pomija fakt, że był jeszcze jeden udziałowiec firmy, wspomniany wyżej polski emigrant Wawrzyniec Gostkowski, którego zasoby finansowe - 40 tysięcy franków - pozwoliły na dokapitalizowanie przedsiębiorstwa.) Z roku na rok produkowano nie tylko coraz piękniejsze, ale także coraz bardziej funkcjonalne czasomierze.
Niepowtarzalne ornamenty zdobiące zegarki były od początku wytwarzane ręcznie przez Patka. To właśnie połączenie nowoczesnej technologii z doskonałością artystycznego wykończenia okazało się receptą na sukces. Na barkach Antoniego spoczęło też rozwijanie kontaktów handlowych na rynkach całego świata. Firma, początkowo niewielka, w ciągu kilku lat zdobyła zasłużoną renomę.
W 1851 roku cała Anglia żyła Wielką Wystawą Światową. Ponad 13 tysięcy handlowców z całego świata przybyło do specjalnie zbudowanego w Londynie Kryształowego Pałacu. Prezentowali wynalazki, najnowocześniejsze dzieła przemysłu rzemiosła i klejnoty. W ciągu kilku miesięcy obejrzało je ponad sześć milionów zwiedzających. Amerykanie wystawiali między innymi rewolwery skonstruowane przez Samuela Colta, Brytyjczycy - najsłynniejszy diament świata Koh-i-noor, Niemcy - armaty Kruppa, a Szwajcarzy - zegarki. Na wystawie tej firma Patek Philippe & Cie odniosła spektakularny sukces - otrzymała złoty medal za swoje wyroby.
Na dodatek królowa brytyjska kupiła zegarek Patek-Philippe, model w niebieskiej kopercie ozdobionej kwiatowym wzorem z diamentów i odtąd nosiła go jako broszkę przy sukni. Po doskonałej reklamie, jaką sprawiła firmie Wiktoria Hanowerska, władczyni imperium rządzącego jedną czwartą ludności świata, o polskim przedsiębiorcy i jego wspólniku szybko zrobiło się głośno na światowych salonach. W latach następnych zdobyli kilkaset międzynarodowych nagród i szybko stali się ulubioną manufakturą światowej arystokracji. Firma, która miała być "precyzyjna jak szwajcarski rzemieślnik i honorowa jak polski szlachcic", zapewniała pełen serwis wyrobów i za darmo usuwała wszelkie niedoskonałości. "Gdyby nadzwyczajnym przypadkiem znalazł się jakiś błąd w konstrukcji, zegarek bez żadnego skrupułu winien nam być bezzwłocznie zwrócony na nasz koszt" - informował swych klientów producent.
Ekskluzywne zegarki, pełniące zarazem rolę biżuterii, stały się niezwykle popularne wśród najważniejszych osobistości tego świata. Polak zauważył, że jest na nie zapotrzebowanie, bo zmieniła się moda. Ubrani w czarne fraki arystokraci i milionerzy (stroje kapiące złotem były już od pewnego czasu passé) musieli jakoś podkreślić swoje bogactwo i pozycję społeczną. Jak? Ano przy pomocy odpowiedniego zegarka. Oszczędni Szwajcarzy chcieli sprzedawać modele tanie, Patek natomiast uznał, że dla wielu nabywców cena nie gra roli. Chcą mieć coś niepowtarzalnego, olśniewającego, a przy tym oczywiście nowoczesnego, pokazującego czas z sekundową precyzją. XIX stulecie było przecież epoką tryumfu postępu naukowego.
"Patka" nabyła również królowa duńska Luiza z Hesji-Kassel na prezent dla męża, Christiana IX, z okazji 25. rocznicy ślubu. Do grona klientów firmy dołączali możni tego świata: papież Pius IX6 (1867), książę egipski Hussein Kamal (1884), król Włoch Wiktor Emanuel III (1897) i wielu innych. Zamówienia w firmie założonej przez Polaka składali też m.in. Zygmunt Krasiński, Lew Tołstoj, Piotr Czajkowski, Maria Skłodowska-Curie, Albert Einstein, Niels Bohr, Walt Disney, a nawet Józef Stalin7! Spowodowało to, że zegarki zyskały miano "króla wśród marek" i "marki królów". W roku 1868 firma Patek-Philippe wykonała dla węgierskiej księżnej Kocewicz jeden z pierwszych zegarków na rękę i od tego czasu rozpoczęła - jako pierwsza na świecie - produkcję zegarków naręcznych na szeroką skalę.
Genewscy konstruktorzy zegarków rodem z Polski: Antoni Patek (na górze), Wawrzyniec i Wincenty Gostkowscy (poniżej).
W tym samym, 1868, roku przyszedł na świat Mikołaj II Romanow, który w przyszłości stał się wręcz nałogowym kolekcjonerem zegarków Patka. Sprowadzał je z Genewy, a ponieważ firma nie nadążała z zamówieniami, car otrzymał list z wiadomością, że kolejnego zegarka nie dostanie ze względu na długi proces produkcyjny tego typu czasomierzy. Wytrzymał miesiąc. Zapakował w pudło serwis na 12 osób ze złota i emalii i wysłał do Genewy razem z listem, w którym skarżył się na zaburzenia potencji spowodowane zmartwieniami z powodu braku kolejnego zegarka do kolekcji.
Antoni Patek, chociaż nie wrócił już do ojczyzny, serce pozostawił nad Wisłą. Nigdy nie przestał interesować się sprawami Polski, rozwijając ożywioną działalność w kołach emigracji polskiej. Zaczął w 1836 roku od inicjatywy założenia w Genewie instytucji charytatywno-samopomocowej Skarbuna Polska, w której władzach pełnił głównie funkcję skarbnika. Na początku lat 40. XIX wieku działał na rzecz urządzenia w Genewie Biblioteki i Czytelni Polskiej. W roku 1846 przystąpił do Towarzystwa Demokratycznego Polskiego. Był członkiem korespondentem Towarzystwa Wychowania Narodowego, zbierał także składki na Szkołę Batignollską - polską szkołę w Paryżu. Podczas Wiosny Ludów jeździł w tajemnicy do Frankfurtu nad Menem i finansował działania ruchów niepodległościowych, a 6 marca 1848 roku wystąpił z propozycją zwołania emigracyjnego Sejmu Polskiego. Po klęsce powstania styczniowego zaangażował się w pomoc polskim uchodźcom. Nie jest tajemnicą, że był również gorliwym katolikiem, silnie związanym z powstałym w 1863 roku w Paryżu z inicjatywy Bogdana Jańskiego Zgromadzeniem Zmartwychwstania Pana Naszego Jezusa Chrystusa. Za to zaangażowanie otrzymał tytuł hrabiowski nadany przez papieża Piusa IX.
Swoje sukcesy firma Patek-Philippe uzyskiwała dzięki przestrzeganiu dwóch podstawowych zasad Antoniego:
- jakość produkowanych zegarków musi być utrzymywana na najwyższym możliwym do osiągnięcia poziomie;
- trzeba umieć wprowadzać nowe wynalazki i rozwiązania konstrukcyjne, które pozwolą uzyskać przewagę techniczną nad konkurencją.
Pan Bóg upomniał się o Antoniego Patka 1 marca 1877 r. w Genewie. Został pochowany na miejscowym cmentarzu w Chatelaine. Wcześniej zdążył zabezpieczyć przyszłość swoich najbliższych, wskazując dokładnie kwoty przypadające im w spadku. Testamentem z 18 stycznia 1877 roku przekazał 200 000 franków swojej córce, jako obiecane wiano, zaś 250 000 franków - synowi, Leonowi Patkowi. Reszta majątku przypadła żonie zmarłego, Marie Dénizart. Jak na ówczesne czasy były to spore kwoty, w porównaniu choćby z kapitałem założycielskim firmy Patka, wynoszącym 8 000 franków.
Zgon założyciela firmy spowodował konieczność reorganizacji, co zostało dokonane 23 lipca 1877 roku. W skład spółki weszli dodatkowo Antoine Benassy - zięć Philippe'a oraz syn założyciela domu, Leon Patek. Wkrótce Philippe wciągnął do niej także swojego syna Emila.
W późniejszym czasie firma Patka kilka razy zmieniła właścicieli. W roku 1932 zarządzanie firmą przejęła rodzina Sternów, która kieruje nią do dziś.
Zegarek Patek Philippe Calibre 89 wykonany w 1989 roku dla uczczenia 150. rocznicy firmy Patek Philippe jest określany jako "najbardziej skomplikowany zegarek na świecie". Jego wykonanie zajęło blisko 10 lat pracy. Jednak najdroższym (niejubilerskim) zegarkiem świata jest zegarek amerykańskiego bankiera Henry'ego Gravesa z 1933 roku, sprzedany 2 grudnia 1999 na aukcji w "Sotheby's" za 11 002 500 $, a w roku 2014 za 24 miliony zielonych. Złoty, kieszonkowy, powstawał osiem lat. Tłem dla wskazówek dumnie obwieszczających godzinę jest mapa nieboskłonu widzianego codziennie w nocy nad nowojorskim Central Parkiem. Jakby tego było mało, odgrywa tę samą melodię co londyński Big Ben. Prawdziwe cacuszko. 920 komponentów, 24-karatowe złoto i zaledwie 450 g wagi ma swoją cenę. Do tej pory nazwiska ani sprzedającego, ani kupującego nie są znane. Otwarte w listopadzie 2001 roku muzeum firmy Patek Philippe to niezwykłe miejsce w Genewie. W eleganckim, czterokondygnacyjnym budynku z 1920 roku prezentowana jest kolekcja ponad dwóch tysięcy niezwykłych czasomierzy, automatów, miniaturowych, emaliowanych portretów oraz innych rzadkich eksponatów. Tam, w oszklonej gablocie, leży dokument - akt naturalizacyjny stwierdzający, że Polak Antoni Patek herbu Prawdzic zostaje Szwajcarem. Z portretu na ścianie spogląda "Antoine Norbert de Patek", urodzony w "Piasque en Pologne".
KAZIMIERZ GZOWSKI - Kanadyjczycy nosili go na rękach
(1813-1898)
Kanada - kraj klonowego liścia. Ów wielki, pachnący żywicą dziewiczy kraj jeszcze w XIX stuleciu był jak ciało pozbawione krwiobiegu: istniały oddzielone od siebie organy wewnętrzne w postaci miast i osiedli, lecz żeby państwo mogło się rozwijać, potrzebne były drogi, linie kolejowe i mosty. Ich współtwórcą został ambitny inżynier rodem z Polski, postać, która na trwałe zapisała się w cywilizacyjnym rozwoju Kanady. Jeden z najwybitniejszych inżynierów z grona Wielkiej Emigracji.
Wieści o dokonaniach Kazimierza Gzowskiego dotarły do Londynu. W roku 1879 królowa Wiktoria nadała mu - jako pierwszemu w koloniach - tytuł Honorowego Adiutanta Królewskiego.
Kazimierz Stanisław Junosza Gzowski urodził się 5 marca 1813 roku w Petersburgu jako syn Heleny z domu Pacewicz oraz Stanisława Gzowskiego - byłego oficera carskiej gwardii i ambasadora brytyjskiego w Rosji. Wywodził się z polskiej szlachty kresowej herbu Junosza, z rodu sięgającego czasów króla Zygmunta II Augusta. (Jeden z przodków był dworzaninem władcy.)
Po ukończeniu sławnego Liceum Krzemienieckiego w 1830 roku zgodnie z wolą ojca 17-letni Kazimierz wstąpił do Korpusu Inżynierów wojsk rosyjskich, gdzie uczył się specjalności sapera. Jak wiemy, w listopadzie tego roku w stolicy rozpoczęło się powstanie. Na wieść o jego wybuchu Gzowski natychmiast zdezerterował, przyłączając się do zbuntowanych. Jako podporucznik saperów służył pod rozkazami Józefa Dwernickiego. Wziął czynny udział w wygranej przez Polaków bitwie pod Stoczkiem, a w czasie bitwy pod Grochowem został ranny. Po upadku powstania na Wołyniu, w kwietniu 1831 roku wraz z 3 Pułkiem Strzelców Konnych, dowodzonym przez Dwernickiego, przekroczył granicę między Królestwem Kongresowym a Austrią, gdzie szybko wylądował w więzieniu.
Po trzech latach wraz z grupą 264 polskich powstańców został deportowany do USA. Znajdującą się pod zaborami Polskę, ze względu na represje polityczne, opuściła również jego najbliższa rodzina. W Ameryce Gzowski utrzymywał się początkowo z lekcji szermierki i muzyki. Ożenił się z Marią M. Beebe z Erie w Pensylwanii, córką miejscowego lekarza, z którą spłodził ośmioro dzieci - pięciu synów i trzy córki, a wszystkim synom z tego związku nadał polskie imiona. Dla dopełnienia formalności ślubnych zmienił wyznanie na anglikańskie. (Prawnukiem Kazimierza jest znany kanadyjski dziennikarz, prezenter radia CBC i BBC Peter Gzowski.)
Opanowawszy szybko podstawy języka angielskiego (był poliglotą, oprócz polskiego, biegle władał również językiem niemieckim, włoskim i - oczywiście - rosyjskim), dostał pracę w kancelarii adwokackiej, a przy okazji niejako, rozpoczął studia prawnicze. Po kilku latach, po otrzymaniu amerykańskiego obywatelstwa, zdobył uprawnienia do wykonywania zawodu adwokata na terenie Pensylwanii. Nie w tej profesji jednak zdobył sławę i uznanie...
Gdy rozwijający się gwałtownie w Pensylwanii przemysł wydobywczy trzeba było wesprzeć infrastrukturą komunikacyjną, saper Gzowski wysłał do Izby Handlowej w Pittsburgu opracowany z rozmachem plan jednej z linii kolejowych, w następstwie czego został zaangażowany przez towarzystwo "Pensylwania and Erie Canal" w osobie Williama Milnora Robertsa, szefa budowy większości stanowych inwestycji budowlanych.
W roku 1841 powierzono mu stanowisko zastępcy naczelnego inżyniera wyżej wymienionej firmy, budującej linię kolejową biegnącą z Nowego Jorku do rejonu Wielkich Jezior. Wykonując na pograniczu prace dla swej firmy, Gzowski znalazł się pewnego dnia w hotelu w Kingston, stolicy kanadyjskiej prowincji Ontario. Nazajutrz po przybyciu zjawił się u niego adiutant gubernatora z zaproszeniem do odwiedzenia jego ekscelencji.
Pierwsze pytanie gubernatora Charlesa Bagota wzbudziło w panu Kazimierzu jak najgorsze obawy. Jego ekscelencja zapytał bowiem, czy łączy go pokrewieństwo z niejakim Stanisławem Gzowskim, oficerem gwardii cesarskiej w Petersburgu. Pełen złych przeczuć młody inżynier odpowiedział, że owszem, i to nawet dość bliskie, ponieważ jest jego synem. Przekonany był, że i z tego kraju wypędzą go za udział w polskim powstaniu. Mylił się. Jak się po chwili okazało, sir Charles nie miał najmniejszego zamiaru wyganiać go. Wręcz przeciwnie. Przebywał ongiś w Petersburgu jako ambasador Wielkiej Brytanii i przyjaźnił się blisko z jego ojcem.
- Potrzebujemy takich jak pan w naszym kraju - powiedział, dodając jeszcze na koniec: - Kanada jest krajem bardziej pionierskim niż Stany i bardziej potrzebuje rozbudowy.
Efektem tej rozmowy było zaproponowanie młodemu Polakowi pracy w rządowej służbie. Otrzymał zadanie pokrycia siecią bitych dróg ogromnej prowincji Ontario, pokrytej lasami, zamieszkanej przez ludność skupioną w rzadko rozrzuconych osiedlach i dysponującej jedynie indiańskimi ścieżkami lub wydeptanymi miękkimi szlakami. Miał zbudować porty rzeczne i latarnie portowe, mosty oraz połączenie szlaków lądowych z wodnymi.
Gzowski, dla którego Kanada stała się odwzajemnioną wielką miłością od pierwszego wejrzenia, poświęcił się powierzonym mu obowiązkom bez reszty. Konno, saniami, w łodzi lub pieszo przemierzał miesiącami olbrzymie przestrzenie, wśród śnieżyc i deszczowych nawałnic. Wytyczył optymalne szlaki komunikacyjne, najwłaściwszą lokalizację mostów i portów rzecznych, kontrolując przy okazji realizację prac zleconych przez niego kanadyjskim firmom wykonawczym, które dostarczały jedynie materiały i siłę roboczą bez technicznych i organizacyjnych kwalifikacji. Oceniał kosztorysy zaplanowanych prac, prawidłowość poniesionych kosztów i realizacji tych przedsięwzięć. Zmuszony był to robić sam, ponieważ w Kanadzie brak było w tym czasie odpowiedniego personelu. Wkrótce w całym zachodnim Ontario nie było okolicy, w której Polak nie pozostawiłby widocznych śladów swej działalności. Tylko w pierwszej fazie jego pobytu w prowincji zbudowano tam 1000 kilometrów bitych dróg, sześć przystani nad jeziorami Erie i Ontario oraz sześć większych mostów.
Początkowo pełnił funkcję inżyniera okręgowego w mieście London. Później koordynował konstrukcję 43-kilometrowego tzw. Drugiego Kanału Wellandzkiego, który umożliwiał żeglugę statków pomiędzy jeziorami Ontario i Erie, z pominięciem wodospadu Niagara. Kanał ten stanowił duże wyzwanie inżynieryjne, ponieważ różnica poziomów obu jezior wynosiła aż 99,4 metra. Aby statki mogły go etapowo przepłynąć, trzeba było zbudować osiem wielkich śluz. Inwestycja zrealizowana przez Gzowskiego zapewniła wszystkim pięciu Wielkim Jeziorom dostęp do Atlantyku.
Od 1842 roku pełnił funkcję superintendenta departamentu robót publicznych w Górnej Kanadzie, zajmując się projektowaniem oraz budową sieci drogowej i kolejowej, mostów, portów, kanałów oraz szlaków wodnych. Codzienną harówę urozmaicały czasami sytuacje niecodzienne, przynoszące naszemu rodakowi wielką popularność. W London, w Ontario, gdzie Gzowski zamieszkał wraz z poślubioną w 1839 roku amerykańską żoną, zbudowany został według jego nowoczesnej koncepcji most o pozornie niezbyt silnej konstrukcji. Jednakowoż poczciwi obywatele tej mieściny odnieśli się do długo oczekiwanej przeprawy wielce podejrzliwie. Żelazna konstrukcja wydała im się zbyt lekka i niesolidna. Wówczas Gzowski, w typowo polski sposób, przełamał ich nieufność. Poprosił mianowicie dowódcę kwaterującego tam pułku artylerii, by na próbę posłał przez most baterię dział. Wojak o sumiastym wąsie spojrzał groźnie na młodego inżyniera, zmierzył nieufnie most.
- Zgoda - odrzekł. - Ale pod warunkiem, że pan staniesz pod mostem.
Następnego dnia cały pułk przemaszerował dziarsko po moście nad stojącym pod nim Gzowskim. Inżynier i most zdobyli zaufanie ludności.
W roku 1848 pan Kazimierz przestał pełnić rządowe funkcje i objął kierownictwo ekspedycji poszukującej złóż rud miedzi, niklu i żelaza na niezbadanych dotąd obszarach nad rzeką Whitefish River w południowo-wschodniej części stanu Ontario. Następnie, poznawszy biznesmena T.A. Galta, przystąpił na jego zlecenie do prac niemniej ważnych dla kształtowania jedności i spoistości kanadyjskich prowincji - pokrycia całego kraju siecią dróg żelaznych. Kierował budową drugiej w Kanadzie trasy kolejowej pomiędzy Montrealem a najbliższym, niezamarzającym portem w Portland na granicy z USA. Przeniósł się wtedy wraz z rodziną z London do Sherbrooke w prowincji Quebec.
Niebawem, kiedy Galt został prezesem wielkiej spółki kolejowej, zatrudnił Gzowskiego na stanowisku naczelnego inżyniera, a potem nawet jako jej dyrektora generalnego - pierwszego dyrektora kolei w historii Kanady. W latach 1850-1860, w posiadającej do tego czasu zaledwie 16-milowy odcinek kolejowy Kanadzie, powstał najpotężniejszy w świecie system żelaznych dróg: Grand Trunk Railway Company.
Po jakimś czasie pan Kazimierz założył wraz z Galtem i kilkoma innymi biznesmenami prywatną spółkę budowy linii kolejowych Gzowski and Co. Pod kierownictwem polskiego inżyniera została zaprojektowana i wykonana znaczna część gigantycznego systemu kanadyjskiej sieci kolejowej na odcinku: Toronto-Sarnie (z licznymi odgałęzieniami) o długości 172 mile. Przedsięwzięcie przyniosło właścicielom ogromne zyski, czyniąc z Polaka jednego z najbogatszych w kraju ludzi. Pozwoliło również na wybudowanie na zachodnich obrzeżach Toronto wspaniałej rezydencji dla jego licznej rodziny.
W roku 1858 znęceni polityczną karierą dwaj wspólnicy Polaka, Galt i Holton, wycofali się ze świetnie prosperującej spółki. Z pozostałym, D.L. Macphersonem, założył wtedy pan Kazimierz jeszcze jedno przedsiębiorstwo, Toronto Rolling Mills. Ponieważ szyny kolejowe, jakie nabywali, były często nie najlepszej jakości, uruchomili pierwszą w Kanadzie hutę produkującą szyny kolejowe - Toronto Rolling Mills, zatrudniającą ponad 300 pracowników, głównie irlandzkich emigrantów, i produkującą 20 tysięcy ton szyn rocznie. Był to wówczas największy zakład produkcyjny nie tylko w Toronto, ale w całej Kanadzie. Szybko stali się najpoważniejszymi dostawcami w kraju.
Dotychczasowa działalność Gzowskiego przyniosła mu ogromne uznanie w kanadyjskich sferach przemysłowych i rządowych, ale dopiero rok 1870 postawił przed nim zadanie technologiczne, które zapewniło Polakowi nieśmiertelną sławę wielkiego inżyniera i światowy rozgłos. Była to budowa liczącego 1100 metrów mostu nad Niagarą, łączącego Kanadę z USA. Przedsięwzięcie należało do niezwykle trudnych do realizacji, wymagało zarówno inżynierskiej przemyślności, jak i wielkiej energii oraz mocy ducha. Rzeka była głęboka (do 14 metrów), zdradliwa, niosąca przez znaczną część roku potężne zwały kry, popychane silnym prądem (do 19 km/h), grożące zniszczeniem dowolnego mostu umieszczonego na jej drodze. Zapowiadała się zaciekła walka z chcącym ujarzmić ją człowiekiem.
Raz nawet omal nie zakończyło się to klęską, gdy lód zaatakował fundamenty. Innym razem wielomiesięczne prace zniweczyła wielka, milowej długości tratwa. Gzowski, inżynier i człowiek walki, bronił zawzięcie swego dzieła, odpierając z poświęceniem coraz to nowe ataki żywiołów. Ostatecznie most został oddany do użytku w listopadzie 1873 roku.
Istniały także poważne wyzwania finansowe w takim projekcie jak ten. W związku z tym potrzeba było kilku lat na pokonanie tych przeszkód. Ponadto amerykańska wojna domowa, a następnie odbudowa kraju ze zniszczeń, pochłonęły znaczną część zasobów Stanów Zjednoczonych, opóźniając budowę. Ostatecznie zaprojektowany przez E.P. Hannaforda most został otwarty 3 listopada 1873 roku. Koszt budowy wyniósł 1,5 miliona USD, a co najważniejsze, most został zbudowany bez utraty życia, co było rzadkością w przypadku dużych projektów budowlanych w tamtych czasach.
Kazimierz Gzowski zbudował w Kanadzie jeszcze kilka innych mostów, m.in. dwa kamienne na rzekach Otonabee i Red River oraz żelazny most na rzece Thames. Dziełem Gzowskiego są także najważniejsze odcinki kanadyjskiej linii kolejowej Grand Trunk Railway, biegnącej z Montrealu do granicy amerykańskiej oraz z Toronto do Detroit. W 1856 roku jego firmie Gzowski & Co. przyznano prawo cięcia drewna w lasach nad rzeką Moon River w Muskoka, jako źródła surowca do budowy kolei. W 1858 roku podobną licencję kanadyjski rząd przyznał mu nad rzekami Whitefish River oraz South River w Northeastern Ontario.
W historii Kanady zapisał się Kazimierz Gzowski nie tylko jako Wielki Technik. Tamtejsza społeczność zawdzięcza mu również utworzenie liczącego 118 akrów (0,48 km2) Parku Narodowego, obejmującego teren wodospadu Niagary. Został otwarty dla publiczności 24 maja 1888 roku, w dzień urodzin brytyjskiej królowej Wiktorii Hanowerskiej i nazwany na jej cześć Queen Victoria Park. W 1891 roku ustawiono tam popiersie Gzowskiego.
Jako pierwszy pan Kazimierz przewidział także możliwość wykorzystania olbrzymich bogactw drugiej ojczyzny, przedkładając władzom szczegółowy plan ich dobywania. Inną dziedziną, która przyniosła panu Kazimierzowi ogromną popularność, było tworzenie formacji strzeleckich (Rifle Association of Ontario) dla obrony przed jankeskimi bandami atakującymi pogranicze oraz troska o niepodległość Kanady. W tej sprawie interweniował nawet u Brytyjczyków. (W owym czasie Kanada była brytyjskim dominium.) Sporządził plany wybudowania w Montrealu arsenału oraz ufortyfikowania miasta. Sam nawet chciał to przedsięwzięcie sfinansować. Zaangażował się w tworzenie nowo powstającej armii kanadyjskiej, pełniąc funkcję szefa Central Division of Volunteers in Toronto - Centralnego Wydziału Ochotników w Toronto.
Z jego inicjatywy i częściowo na jego koszt kanadyjska reprezentacja strzelecka po raz pierwszy wzięła udział w 1870 roku w mistrzostwach imperialnych w Wimbledonie. W uznaniu zasług dla organizowania obronnych formacji strzeleckich przyznano mu w roku 1873, już jako prezesowi tej organizacji, stopień podpułkownika, a w roku 1882 pułkownika milicji. Prasa napisała wtedy, że "wszystko, co Kanada osiągnęła na polu sprawności strzeleckiej, przypisać należy Gzowskiemu".
Polak był też jednym z założycieli Kanadyjskiego Stowarzyszenia Inżynierów Lądowych (ang. Canadian Society of Civil Engineers, obecnie znanego pod nazwą Canadian Society for Civil Engineering CSCE), gdzie w latach 1889-1891 pełnił funkcję prezydenta. Był współzałożycielem seminarium duchownego Wycliffe College, w którym przez 15 lat pełnił funkcję prezesa i przewodniczącego rady wykonawczej.
Przed budową ośmiu kamiennych filarów konieczne było usunięcie do trzech stóp żwiru z dna rzeki. Mola zostały zbudowane z kamieni wydobywanych w różnych miejscach po stronie kanadyjskiej. Każde molo było zarówno spiczaste, jak i nachylone po przeciwnej stronie, aby najskuteczniej przerwać przepływ lodu. Każde z 12 przęseł zostało zbudowane na pływających pontonach między pomostami. Po zakończeniu pontony zostały wypełnione wodą, aby dokładnie obniżyć przęsło mostu na filarach. Most został zbudowany z dwoma przęsłami huśtawkowymi. Jedno znajdowało się po amerykańskiej stronie głównego kanału rzeki i zapewniało żeglowność statków o szerokości 49 metrów. Drugie usytuowano nad Black Rock Harbour i zapewniało żeglowny "otwór" o szerokości 27 metrów. Oba były napędzane parą i mogły się otwierać lub zamykać w ciągu około pięćdziesięciu sekund. Część mostu z Unity Island do US Mainland została zbudowana dla dwóch torów. Dłuższa część z Unity Island do Kanady została zbudowana jako pojedynczy tor. Obie sekcje miały wspólny chodnik po jednej stronie. Most został zmodyfikowany w 1900 roku. W tym czasie chodnik został usunięty z przęsła głównego. W 1903 roku supergwiazdor baseballu "Big" Ed Delahanty zginął podczas próby przejścia mostu po tym, jak został usunięty z pociągu pasażerskiego, ponieważ w upojeniu alkoholowym (po "5 whisky") groził pasażerom brzytwą. Najbardziej ruchliwym dniem mostu był 10 lipca 1916 roku, kiedy przejechały po nim 264 pociągi. Most jest obecnie częścią pododdziału Stamford Canadian National Railway. Jest również używany przez kanadyjską linię kolejową Pacific, ale nie obsługuje już pociągów pasażerskich, za to przechodzi nim ok. 70 proc. obrotu towarowego pomiędzy Kanadą i Stanami Zjednoczonymi.
Tablica poświęcona Gzowskiemu wystawiona przez władze Ontario.
W 1890 roku ufundował medal (Casimir Gzowski Medal), który przyznawany jest corocznie do chwili obecnej najlepszemu kanadyjskiemu inżynierowi cywilnemu w dziedzinach geodezji, inżynierii budowlanej oraz wielkich konstrukcji. Należał do amerykańskiego stowarzyszenia inżynierów - American Society of Civil Engineers oraz do brytyjskiego British Institution of Civil Engineers (ICE). Organizował pierwsze kanadyjskie wyścigi konne. Pełnił funkcję prezydenta Toronto Turf Club, doprowadzając w 1860 roku do zorganizowania Queen's Plate, czyli pierwszych w Ameryce wyścigów koni pełnej krwi angielskiej, odbywających się na torze w Woodbine. Z własnych pieniędzy Gzowski ufundował przyznawaną do dnia dzisiejszego nagrodę w tych wyścigach - srebrną paterę o nazwie Queen's Plate, która stanowi najstarszą nagrodę sportową w całej północnej Ameryce.
Wieści o dokonaniach Kazimierza Gzowskiego dotarły do Londynu. W roku 1879 królowa Wiktoria nadała mu - jako pierwszemu w koloniach - tytuł Honorowego Adiutanta Królewskiego. W roku 1890 otrzymał też szlachectwo oraz ordery św. Michała i św. Jerzego. Kilka miesięcy później królowa ofiarowała polsko-kanadyjskiemu inżynierowi portret z własnoręczną dedykacją. Kanadyjczycy dosłownie nosili go na rękach. Wszystko to zapewniło Gzowskiemu niezwykle wysoką pozycję w najbardziej elitarnych kręgach społeczeństwa angielskiego i kanadyjskiego. Zdecydowanie jednak stronił od udziału w życiu politycznym. Stronił do tego stopnia, że odrzucił szansę zasiadania w federalnym parlamencie oraz stanowisko gubernatora Ontario. Duchowo związany był z Konserwatywną Partią Kanady - Conservative Party of Canada.
Sir Kazimierz Gzowski zmarł w 1898 roku, w pełni chwały, otoczony ogólną czcią, opłakiwany przez społeczeństwo i liczną rodzinę, żonę, dzieci, wnuki i prawnuki. Wiele dzisiejszych rodzin kanadyjskich jest dumnych, że wywodzi się od tego przodka.
5 marca 1963 roku Poczta kanadyjska dla uczczenia 150. rocznicy urodzin inżyniera emitowała znaczek pocztowy o nominale 5 centów. 25 maja 1968 roku premier Kanady Pierre Trudeau odsłonił w Toronto pomnik Kazimierza Gzowskiego (ang. Sir Casimir Gzowski Monument), zlokalizowany w parku jego imienia nad brzegiem jeziora Ontario, zaprojektowany przez polsko-kanadyjskiego inżyniera Richarda D'Wonnika. Jego imieniem nazwano także kilka ulic w kanadyjskich miastach znajdujących się głównie w prowincji Ontario: Gzowski Street znajduje się między innymi w kanadyjskich miastach Toronto, Fergus, Kitchener i Guelph. W 1978 roku także i Poczta Polska uwieczniła Kazimierza Gzowskiego na znaczkach pocztowych.
ERNEST MALINOWSKI - Zbudował najwyższą kolej świata
(1818-1899)
W drugiej połowie XIX stulecia kolej święciła swoje największe tryumfy. Jej zwycięski pochód był widomym znakiem ujarzmiania przez człowieka przyrody i zagospodarowywania planety. Dokąd tylko dotarła lśniąca wstęga torów kolejowych wraz z nieodłącznie jej towarzyszącymi niteczkami drutów telegraficznych - tam wkraczała cywilizacja, a życie zaczynało się toczyć nowym, przyśpieszonym rytmem. Rozpościerające się we wszystkie strony macki kolei łączyły się z czasem w jednolitą sieć, coraz ciaśniej oplatając glob.
Malinowski cieszył się wśród podwładnych znakomitą opinią. Nie zapomniał też o Polsce i Polakach. Przyczynił się do zatrudnienia w Peru wielu polskich inżynierów, wspierał polskich biologów i podróżników.
Największą przeszkodę w tej niesamowitej ekspansji stanowiły góry. W Europie był to centralnie położony masyw alpejski, który przez dłuższy czas starano się omijać. Jednak zwiększenie mocy parowozów oraz zastosowanie ośmiokołowych wagonów, zdolnych do jazdy po łukach o znacznej krzywiźnie, stworzyło praktyczną możliwość pokonywania tras górskich o stosunkowo stromych spadach.
Pierwszą kolej alpejską zbudowali Austriacy przez przełęcz Semmering na linii Wiedeń-Triest, na wysokości 984 metrów n.p.m. Projekt linii opracował inżynier Carl von Ghega. Aby sporządzić odpowiednio dokładne mapy, wynalazł nowe instrumenty pomiarowe. Wytyczył kilka alternatywnych linii, po czym wybrał jedną, której budowa nie wymagała zbyt wielu tuneli. Plan von Ghegi został ukończony w 1847 roku i zakładał budowę linii o długości czterdziestu dwóch kilometrów, z 22 większymi mostami i wiaduktami oraz tunelem o długości 1200 metrów. Projekt został zaakceptowany do realizacji przez austriackiego ministra robót publicznych w czerwcu 1848 roku, pomimo protestów prasy oraz innych inżynierów. Prace rozpoczęto w sierpniu 1848 roku - linia została podzielona na 14 odcinków, których budowę powierzono 14 różnym firmom. Z początku przy budowie zatrudnionych było 1421 pracowników, a wraz z rozwojem prac ich liczba wzrosła do 20 tysięcy. Linię Semmering ukończono w 1854 roku, a linię do Triestu w roku 1857. W 1998 roku linia została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Wysokie góry stanowiły dla kolei problem nie tylko w Europie. W Peru niebotyczne Andy odcinały praktycznie od świata bogatą w minerały prowincję - Montanię. W 1852 roku przybył tam jednak człowiek, który miał temu zaradzić...
Mimo swoich ogromnych osiągnięć Ernest Malinowski jest w Polce postacią nie tylko niedocenianą, ale - co jeszcze gorsze - zapomnianą. A to właśnie dzięki takim ludziom jak on słowo Polak stało się na świecie gwarancją ofiarności, uczciwości, dobrego wychowania i solidnej roboty.
Urodził się najprawdopodobniej 5 stycznia 1818 roku w Sewerynach na Wołyniu. Przyszedł na świat w rodzinie bogatego szlachcica, oficera armii Księstwa Warszawskiego Jakuba Malinowskiego (odznaczonego w roku 1809 orderem Virtuti Militari) i jego żony Anny ze Świejkowskich, córki wojewody podolskiego Leonarda Marcina Świejkowskiego. Sformułowanie "najprawdopodobniej" stąd, że w literaturze podawane są różne daty i miejsca jego urodzin. Pojawia się data 5 lutego 1818 - Wołyń, rok 1815 - majątek Różyczno (względnie Różyczna) w powiecie płoskirowskim na Podolu, a nawet rok 1808.
Bohater poniższej historii został ochrzczony w kaplicy dworu w Sewerynach imionami: Adam, Stanisław, Hipolit, Ernest, Nepomucen. Miał starszą siostrę Leontynę (zmarłą przed rokiem 1831), starszego brata Rudolfa oraz młodszego - Zygmunta. W latach 1827-1831 uczęszczał do znanego Liceum Krzemienieckiego - założonego w roku 1805 i zlikwidowanego przez władze rosyjskie po powstaniu listopadowym. Jego absolwentem był między innymi Juliusz Słowacki.
Ustalenie prawidłowej daty pojawienia się na świecie Ernesta jest o tyle istotne, że niektóre źródła wskazują na jego udział w "awanturze" funkcjonującej w naszej historiografii jako powstanie listopadowe, a trudno przypuścić, że uczestniczył w walkach jako 12-latek. Chociaż... Późniejsze o ponad sto lat Powstanie Warszawskie dowodzi, że bić się za Ojczyznę potrafią nawet dzieci...
Najczęściej eksponuje się udział Ernesta jako żołnierza pułku Czwartaków - polskiego 4 Pułku Piechoty Liniowej z okresu Królestwa Kongresowego, utworzonego w 1815 roku. W okresie powstania pułk walczył między innymi w obronie Olszynki Grochowskiej i w bitwie pod Ostrołęką 26 maja 1831 roku.
W obronie Ostrołęki szczególnie wsławił się 4 pułk piechoty - słynni "Czwartacy" - dowodzeni przez generała Ludwika Bogusławskiego. Pomimo nierozstrzygniętego wyniku bitwy (przed całkowitym rozbiciem uchronił Polaków w krytycznym momencie atak 4 baterii konnej podpułkownika Józefa Bema) bitwa powszechnie jest uważana za klęskę Polaków. W jej wyniku bowiem poważne straty (nieco ponad sześć tys., w tym prawie dwa tys. poległych) poniosły najlepsze oddziały polskiej piechoty. Polegli m.in. generałowie Ludwik Kicki i Henryk Kamieński. Rosjanie stracili ok. pięć tys. ludzi. W efekcie bitwy armia polska straciła inicjatywę strategiczną i przeszła do defensywy.
Z całą pewnością natomiast powiedzieć można, że do powstania przystąpił - buntując się przeciwko "legalnej władzy carskiej" - ojciec Ernesta, Jakub Malinowski, oraz jego starszy brat Rudolf. Jakub był posłem sejmu powstańczego, Rudolf pełnił funkcję adiutanta generała Henryka Dembińskiego. W wyniku tej nierozważnej decyzji Rosjanie zabrali Malinowskim ich rodzinny majątek - owo Różyczno, czy też Różyczną.
Bez względu na to, czy Ernest brał udział w walkach, czy nie, rodzina po powstaniu musiała uciekać, najpierw do Lwowa, potem przez Drezno do Francji. Nad Sekwaną Jakub Malinowski wszedł w skład utworzonego tam kadłubowego sejmu emigracyjnego, Ernest zaś dokończył edukację w zakresie szkoły średniej w znanym Lycée Louis-le-Grand. W tym okresie używał imienia Adam (takie widnieje w dokumentacji szkół), później imię to porzucił na rzecz Ernesta.
Następnie, zafascynowany techniką, podjął studia w słynnej École Polytechnique. W opisywanym czasie była to jedyna taka uczelnia w całej Europie. Gdy w połowie XIX wieku świat oszalał na punkcie budowy kolei, wychowankowie paryskiej École des Ponts Chaussées byli dosłownie rozchwytywani na całym świecie. Co najważniejsze, Malinowski ukończył studia z wyróżnieniem.
We wrześniu 1838 roku jako członek francuskiego Korpusu Inżynierów Dróg i Mostów zaczął pracować przy budowie kolei Paryż-Hawr, a konkretnie na odcinku Paryż-Pontoise. W lutym następnego roku został wysłany wraz z bratem Rudolfem do francuskiej wówczas Algierii. Pracował tam przez kilka tygodni przy budowie dróg w prowincji Bone, a następnie został przeniesiony do Algieru, gdzie zajął się budową portu. W kwietniu 1840 roku powrócił do Paryża i został skierowany do departamentu Meuse (Mozy) w rejonie Lotaryngii. Przez sześć lat prowadził prace nad regulacją Mozy, na odcinku od Verdun do granicy z Belgią.
W nocy z 21 na 22 lutego 1846 roku w Wolnym Mieście Krakowie wybuchło powstanie, zwane rewolucją krakowską. Na wieść o tym Ernest Malinowski porzucił pracę i pojechał walczyć za ojczyznę. Spóźnił się jednak trochę. Do 4 marca, kiedy powstanie upadło, zdążył dojechać tylko do Lipska. W Niemczech spędził kolejne dwa lata życia. Chodzą słuchy, że wziął udział w walkach w Badenii podczas Wiosny Ludów, która wybuchła w 1848 roku. Brak jest jednak jednoznacznych dokumentów ten fakt potwierdzających. W styczniu 1849 roku powrócił do Paryża, gdzie znalazł zajęcie w charakterze inżyniera nadzorującego budowę dróg i usprawnianie żeglugi na rzece Cher w departamencie Loir-et-Cher.
Nic ciekawego, przynajmniej jak na razie, prawda? Niespecjalnie barwny życiorys zwykłego inżyniera. Chyba że ktoś z jakichś przyczyn szczególnie pasjonuje się biografiami inżynierów. Sugeruję jednak nie przerywać lektury, bo ciekawe dopiero się zaczyna...
Pewnego dnia Ernesta Malinowskiego odwiedził peruwiański poseł, proponując sześcioletni kontrakt na stanowisku rządowego inżyniera dróg i kolei. Młoda republika potrzebowała zdolnych fachowców. Do jego obowiązków miało należeć opracowywanie projektów i nadzór nad wykonywaniem prac budowlano-melioracyjnych, wytyczanie dróg, konstruowanie mostów, kreślenie map topograficznych oraz kształcenie peruwiańskiej kadry technicznej. Po krótkim zastanowieniu inżynier podpisał umowę i we wrześniu 1852 roku wyruszył do Ameryki Południowej.
Podróż statkiem trwała dwa miesiące i wiodła przez Wyspy Brytyjskie, Jamajkę, wzdłuż wybrzeży Ameryki Południowej, wokół Ziemi Ognistej, aż do samej Limy, gdzie dotarł 30 grudnia. W roku 1845 prezydentem Peru został Ramón Castilla y Marquesado, który zniósł niewolnictwo, wprowadził reformę finansów, rozbudował kolej, stworzył powszechny system oświatowy, a także wspierał producentów saletry i nawozów produkowanych z guana. Chcąc pobudzić rozwój kraju, wysłał do Europy misję mającą na celu rekrutację inżynierów, którzy przyczynią się do postępu. Jednym ze zwerbowanych w ten sposób okazał się Ernest Malinowski.
W pierwszych latach pobytu w nowym miejscu wziął udział w tworzeniu nowej organizacji technicznej - Comisión Central de Ingenieros Civiles, oraz pierwszej peruwiańskiej szkoły technicznej - Escuela Central de Ingenieros Civiles. Kiedy pojawiły się trudności w utrzymaniu oraz rozbudowie tej szkoły, szybko wycofał się z dalszej współpracy. Zrealizował natomiast kilka pomniejszych projektów budowlanych oraz drogowych, a w roku 1856 wziął udział w pracach komisji opiniującej projekt rozbudowy i modernizacji mennicy państwowej (Casa de Moneda) w Limie. Ponadto opublikował krótkie studium na tematy monetarne i opracował wzorzec tak zwanego złotego etalonu, czyli zawartości kruszcu w monecie.
W 1858 roku, w ramach kompleksowej odbudowy po zniszczeniach wojennych, zaprojektował i nadzorował budowę ozdobnych bruków w Arequipie, jednym z najładniejszych miast na świecie. Nadzorował też prace modernizacyjne kamiennego mostu Izacuchaca. Nic dziwnego, że wkrótce nazwisko tego gringo - zagranicznego przybłędy, zaczęto wymawiać z szacunkiem wśród intelektualnych i rządowych elit Peru. W świetle ówczesnych opinii Malinowski uchodził za osobę inteligentną, elegancką, ozdobę salonów, ale też nieśmiałą i nieco smutną.
Sześć lat minęło jak z bicza strzelił, przedłużył więc kontrakt z rządem peruwiańskim na kolejne trzydzieści sześć miesięcy, a potem na dalszy okres.
Mijały lata, aż wreszcie nadszedł rok 1863, w którym diabli znów przynieśli Hiszpanów, próbujących odzyskać utraconą 42 lata wcześniej kontrolę nad zamorską kolonią. Głównodowodzący floty hiszpańskiej, admirał Casto Méndez Nú?ez podjął decyzję o zniszczeniu miast portowych sprzymierzonych państw. (Peruwiańczyków wsparły w walce przeciwko najeźdźcom Boliwia, Ekwador i Chile.) Jego pierwszą ofiarą stał się główny chilijski port Valparaíso. Zatopiono w nim całą flotę handlową Chile, łącznie 33 statki, zniszczono też znaczną część miasta. Następnie na celownik Hiszpanie wzięli Callao, wrota do peruwiańskiej stolicy, Limy.
Z początkiem 1866 roku minister wojny, a przy okazji osobisty przyjaciel Ernesta Malinowskiego, José Manuel Gálvez powierzył mu stanowisko głównego inżyniera obrony peruwiańskiego wybrzeża, ze szczególnym uwzględnieniem kluczowego punktu - przyległego do stolicy portu Callao. "Musiałem już uciekać z jednego zniewolonego kraju, Polski, więc nie mam najmniejszego zamiaru uchodzić z drugiego" - powiedział Malinowski i ochoczo zabrał się do roboty.
Wraz z Felipe Arancibą i José Cornelio Bordą Polak przygotował projekt ufortyfikowania portu. Ponieważ dysponował sporymi środkami z budżetu państwa, sprowadził też pośpiesznie ze Stanów Zjednoczonych nowoczesną artylerię dalekiego zasięgu i będące najnowszym krzykiem techniki kopuły pancerne. Część dział zamontował na ruchomych platformach kolejowych własnego pomysłu, co przy mimo wszystko ograniczonej liczbie uzbrojenia - niewiele ponad 50 dział - pozwoliło rozszerzyć pole ostrzału i używać broni w wielu różnych miejscach.
Hiszpańska eskadra w sile 11 okrętów - w tym pancernej "Numancji" - podpłynęła pod Callao 25 kwietnia 1866 roku. Dysponowała łącznie 252 działami. Najeźdźcy nie zdawali sobie jednak sprawy, że wchodzą w zasięg dział fortyfikacji wybudowanych pod kierunkiem polskiego emigranta. To był duży błąd.
Tydzień później Hiszpanie rozpoczęli ostrzał miasta. Bitwa trwała cały dzień, 2 maja. Ogień okrętów był celny, spowodował śmierć prawie 2000 ludzi i poważne zniszczenia w infrastrukturze. Zginął między innymi podczas przypadkowego wybuchu prochowni minister obrony Peru, José Manuel Gálvez. Tyle że salwy peruwiańskich dział fortecznych okazały się nie mniej skuteczne. Uszkodziły poważnie kilka okrętów, zabijając 300 hiszpańskich marynarzy, a bardzo wielu raniąc. Mocno poszkodowany został sam dowódca floty agresora, admirał Casto Méndez Nú?ez. Kiedy stalowy kadłub potężnej "Numancii" zaczął się rozpadać w strzępy, okręt odwrócił wreszcie strzaskany dziób. Za jego przykładem poszła reszta floty. Straty w ludziach były olbrzymie, maszyny odmawiały posłuszeństwa, przez liczne szczeliny i dziury potokami lała się do wnętrza woda. I gdyby twierdza dysponowała jakimikolwiek jednostkami pływającymi, wody peruwiańskie stałyby się niewątpliwie grobem dla tej całej, tak potężnej i dumnej w początkach bitwy, eskadry.
Hiszpanie naprawili zniszczone jednostki w San Lorenzo, po czym jak niepyszni odpłynęli do domu. Wrócili tam dopiero dwa lata później, popłynęli bowiem przez Pacyfik i okrążyli Afrykę, odbywając tym samym rejs dookoła świata. Pokój ze sprzymierzonymi państwami południowoamerykańskimi został podpisany dopiero pod koniec lat 70.
Ernest Malinowski nie tylko ufortyfikował port, ale faktycznie kierował jego obroną, walcząc na wałach fortu Santa Rosa. W uznaniu zasług otrzymał dyplom, medal oraz honorowe obywatelstwo Peru, doczekał się też za życia miejsca na pomniku obrońców Callao, który stoi w centrum Limy do dzisiaj. Dla upamiętnienia tego wydarzenia w 1878 roku na obecnym Plaza Dos de Mayo w Limie stanęła wysoka kolumna zwieńczona alegoryczną postacią Nike, bogini zwycięstwa. Kolumna osadzona jest na ozdobnym cokole, wokół którego rozmieszczono płaskorzeźby przedstawiające epizody z bitwy i tablicę z nazwiskami tych, którzy zginęli. Na jednej z płaskorzeźb przedstawiono Ernesta Malinowskiego, który podaje ministrowi Gálvezowi plany fortyfikacji portu. Z okazji 130. rocznicy bitwy, w roku 1996, w dawnym forcie Real Felipe w Callao, stanowiącym dzisiaj muzeum, odsłonięto z kolei tablicę pamiątkową sławiącą zasługi Ernesta Malinowskiego oraz medalion z podobizną polskiego inżyniera autorstwa rzeźbiarki Teresy Brzóskiewicz.
Zaangażowanie Ernesta Malinowskiego w obronę portu tak opisał znający osobiście inżyniera Władysław Folkierski, pracujący w latach 1874-1889 w Peru jako inżynier kolejowy i dziekan wydziału nauk ścisłych uniwersytetu w Limie:
"Trzeba przyznać, że w tym kierunku robił, co chciał, nikt mu nie przeszkadzał, bo wszyscy byli w strachu. Sprawdziwszy naprędce armaty i wieże pancerne ostatniego wynalazku ze Stanów Zjednoczonych, zajął się przede wszystkim uzbrojeniem wybrzeży, a zwłaszcza portu Callao, który - jako klucz do Limy - miał niewątpliwie być obrany za główny punkt ataku armady hiszpańskiej. Jakoż w pamiętnym dniu 2 maja 1866 roku liczna flota wojenna hiszpańska ukazała się na widoku tego portu, a nie spodziewając się obrony, śmiało podsunęła się pod same zamaskowane baterie Malinowskiego. Ten przyjął nieprzyjaciela jak należy: po całodniowej walce, mimo nieustraszonej waleczności Hiszpanów, a może właśnie wskutek niej - bo ich okręty przysunęły się za blisko baterii, prawie żaden okręt nie wyszedł cało (...). Bohater dnia Malinowski został przyjęty w Limie z niesłychanym triumfem. Starał się jednak unikać, wedle swego zwyczaju, zbytniego rozgłosu i sam usiłował zrzucić z siebie całą chwałę dnia na poległego Gálveza".
O połączeniu drogowym wybrzeża z wnętrzem Peru myślał już przed laty Simón Bolívar. Dla zapewnienia właściwego rozwoju ekonomicznego niezbędne było umożliwienie przewozu bogactw naturalnych z wnętrza kraju na wybrzeże, skąd można by je eksportować. Peru było w tym czasie państwem praktycznie całkowicie pozbawionym infrastruktury komunikacyjnej, transport materiałów odbywał się głównie na zwierzętach i ludzkich barkach. Z biegiem lat coraz to inni politycy, uczeni i wojskowi przypominali słowa Bolívara, bądź to na forum Kongresu, bądź na stronach książek i czasopism. Malinowski zabiegał o połączenie kopalni miedzi i saletry z portami nad Pacyfikiem, co znacznie by ten rozwój przyśpieszyło.
W 1853 roku Kongres Republiki Peru uchwalił wreszcie ustawę o budowie dróg i kolei. Pięć lat później powołano do życia specjalną komisję, której zadaniem było zbadanie możliwości budowy kolei przecinającej Andy. Ernest Malinowski wraz z Mario Alleonem i Gerritem Backusem zaprojektował linię kolejową, mającą w sposób kombinowany połączyć Pacyfik z Atlantykiem. Konkretnie wybrzeże Pacyfiku z leżącym nad Amazonką portem rzecznym Iquitos. Stamtąd, już drogą wodną, towary miały być przewożone aż do ujścia rzeki. Władze republiki były oczarowane śmiałym projektem, którego urzeczywistnienie przyniosłoby poważne korzyści gospodarcze.
Projekt upadł, między innymi dlatego, że usilnie zwalczali go Anglicy, prowadzący dotąd większość robót kolejowych w Peru. Rzuciwszy na niego okiem, uznali, że "projekt inżyniera Malinowskiego przewiduje przeprowadzenie linii kolejowej na wysokości prawie pięciu tysięcy metrów, a to jest niemożliwe. (...) Wyobraźcie sobie: ta linia kolejowa wznosi się z poziomu morza na wysokość 4818 metrów, po czym opada do 3726 metrów, i to na odcinku zaledwie 218 kilometrów, obejmuje ponad 60 wydrążonych w skale tuneli, z których najdłuższy ma 1200 metrów, dziesiątki mostów wznoszących się nad ogromnymi przepaściami, najbardziej spektakularny Verrugas ma długość 200 metrów, a przepaść pod nim jest głęboka na 80 metrów. (...) Również mosty i wiadukty żelazne, które projektuje inżynier Malinowski, są w technice mało jeszcze znane, obliczenia wątpliwe, a realizacja ryzykowna".
Malinowskiemu powierzono zamiast tego budowę kilku innych linii kolejowych: z portu Chimbote do Huarás, z portu Pacasmayo do Cajamarca i z Cuzco przez Puno nad jeziorem Titicaca do portu Mollendo. Opinie Anglików, uchodzących w opisywanym czasie za najbardziej kompetentnych specjalistów w dziedzinie kolejnictwa, dziurawy budżet, potrzeba realizacji innych inwestycji oraz późniejszy najazd Hiszpanów, wszystko to razem spowodowało odłożenie projektu na czas nieokreślony. Wydawało się, że andyjska kolej nie powstanie nigdy...
Tymczasem po szczęśliwym zakończeniu wojny Peru wzbogaciło się bardzo na eksploatacji guana. Po gwałtownych wstrząsach kraj dochodził do równowagi i coraz radośniej patrzył w przyszłość. Kongres ogłosił niespodziewanie przetarg, mający wyłonić najbardziej korzystną finansowo i technicznie ofertę Transandino. Amerykański przedsiębiorca Henry Meiggs uzyskał od rządu zgodę na przeprowadzenie wstępnych studiów linii kolejowej. Pracę nad nimi powierzył Ernestowi Malinowskiemu. Gorącym orędownikiem projektu był również Manuel Pardo - przyjaciel Malinowskiego z czasów jego emigracji we Francji i przyszły prezydent.
Upłynęło osiem miesięcy. 3 kwietnia 1869 roku Polak stanął przed Meiggsem, trzymając w ręce szczegółowe sprawozdanie z przeprowadzonych badań terenu i wstępną kalkulacją kosztów budowy. Projekt przewidywał połączenie Limy z bogatym w minerały regionem Cerro de Pasco i żyzną doliną Jauja, a w przyszłości, w miarę posiadanych środków, przedłużenie linii kolejowej wzdłuż doliny rzeki Chanchamayo aż do leżącej już za Andami Amazonii. Zrealizowanie tego projektu pozwoliłoby uzyskać upragnione połączenie wnętrza kraju z Oceanem Atlantyckim.
Umowa pomiędzy rządem peruwiańskim a firmą Henry'ego Meiggsa na budowę kolei transandyjskiej (Central Transandino) została zawarta 23 grudnia 1869 roku. Termin zakończenia prac przewidziano na rok 1875, a koszt inwestycji obliczono na 27 600 000 soles. Całość miał zasadniczo sfinansować rząd peruwiański, Henry Meiggs podjął się jednak opłacać z własnych funduszy inżynierów i robotników oraz wykupić grunty należące do prywatnych właścicieli. Grunty państwowe miały zostać przekazane nieodpłatnie, a rząd zobowiązał się ponadto do zwrotu przedsiębiorcy zainwestowanych pieniędzy w postaci oprocentowanych bonów. W punkcie pierwszym wspomnianej umowy na wykonawcę robót na odcinku Callao-La Oroya wyznaczono Ernesta Malinowskiego.
Budowa Central Transandino była przedsięwzięciem o najwyższym stopniu trudności i wymagała zarówno olbrzymiej wiedzy technicznej, jak i ułańskiej zaiste fantazji. Tylko pierwsze 54 kilometry, na wysokości do 860 m n.p.m., przebiegały we względnie przystępnym terenie doliny rzeki Rimac, nad którą położona jest Lima. Potem żelazna droga miała pokonywać nie tylko kolosalne różnice wzniesień, lecz także wszystkie strefy klimatyczne, od oblodzonych gór po rozgrzane słońcem pustynie. Warunkiem ograniczającym było dopuszczalne pochylenie toru, które nie mogło przekroczyć cztery i pół proc. Wobec tego szlak kolejowy musiał trawersować zygzakami przez liczne kaniony, wąwozy i tunele.
Najtrudniejszym technicznie miejscem na trasie kolei było położenie szyn przecinających kanion rzeki Parac i połączenie leżących po obu stronach stacji: Matucana (2400 metrów n.p.m.) oraz San Mateo (3200 metrów n.p.m.). Nie bez powodu kanion nazywano El Infiernillo - Piekłem. Tak wielkie różnice wysokości na stosunkowo krótkim odcinku i związane z nimi poważne spadki trasy były faktem bez precedensu w technice ówczesnego kolejnictwa. (W wąskim wąwozie, między dwiema pionowymi ścianami skalnymi, z których wybiegały naprzeciw siebie dwa tunele, wstawiono dwa mosty, jeden nad drugim. Pomysł pochodził od Malinowskiego.)
Prace rozpoczęto formalnie 1 stycznia 1870 roku uroczystym wmurowaniem w Limie kamienia węgielnego, chociaż tak naprawdę to ruszyły dopiero dwa lata później. W wyjątkowo trudnych warunkach klimatycznych i terenowych prowadziło je 10 tysięcy robotników, w tym wielu specjalnie sprowadzonych z Chin kulisów8. Narzędzia, którymi dysponowali, ograniczały się do łopat, stalowych łomów, oskardów oraz materiałów wybuchowych, przede wszystkim stosunkowo niedawno wynalezionego dynamitu. Tunele drążono jednocześnie z obu stron, nadzór nad montażem mostów sprawowali francuscy inżynierowie z firmy Gustawa Eiffla. Najdłuższy tunel na trasie, La Galera, długości 1177 metrów, znajdował się na wysokości 4768 metrów n.p.m.
Wśród osuwających się skał, kamiennych lawin i śnieżnych zamieci budowniczy dosłownie każdego dnia ryzykowali życiem. Wielu dopadła groźna choroba wysokościowa. W wysokich partiach Andów, gdzie powietrze jest bardzo rozrzedzone, krwotoki z uszu i z nosa oraz zawroty głowy były na porządku dziennym. Najwyżej mogli pracować tylko miejscowi Indianie, przywykli do niedoboru tlenu na tych wysokościach. Mimo to uparcie trawersowali każdego dnia zbocza gór, budowali półki skalne, wykuwając po drodze sześćdziesiąt trzy tunele o łącznej długości ponad sześciu tysięcy metrów i stawiali mosty.
W kwestii liczby wzniesionych mostów istnieją w literaturze duże rozbieżności. W opracowaniach biograficznych wymienia się najczęściej liczbę 30 mostów. Biograf Henry'ego Meiggsa, Watt Stewart, napisał o 61 obiektach, o łącznej długości 1832 metry. Sam Ernest Malinowski we własnoręcznie sporządzonym kosztorysie przewidywał 45 mostów, w tym trzy duże. Urzędowy opis Central Transandino z 1918 roku wymienia 23 mosty liczące sobie ponad 50 stóp długości. Z całą pewnością natomiast wybudowano wśród nich wiadukt Verrugas - jeden z największych wówczas na świecie, o wysokości 77 i długości 175 metrów.
"Ciekawym był sposób ustawienia tego mostu - pisze Władysław Folkierski. - Rusztowanie 80 metrów wysokości wydawało się nieco trudnym i kosztownym, zwłaszcza w braku drzewa na miejscu. Wynajęto majtków okrętowych, przyzwyczajonych do pięcia się po linach. Przepaść była nie tylko głęboka, ale stroma i trudna do przejścia nawet dla pieszego człowieka w tym miejscu. Zręczny Indianin przerzucił z procy kamyk z jednego brzegu przepaści na drugi: do tego kamyka był przywiązany szpagat, do tego szpagatu grubszy sznurek, a do tego ostatniego lina stalowa. Kamyk uchwycony po drugiej stronie pozwolił pociągnąć szpagat, za nim sznurek, a za tym linę stalową. Kilkanaście takich lin utworzyło pomost tzw. hamakowy, który posłużył do dalszej budowy".
Na trasie kolei Malinowski zastosował w dziesięciu miejscach specjalne obrotnice, które umożliwiały zmianę kierunku jazdy, przez co pociągi wiele zyskiwały na wysokości na stosunkowo krótkich odcinkach. Za to innowacyjne jak na owe czasy rozwiązanie chwaliło Polaka brytyjskie czasopismo fachowe "Engineering". Inżynier osobiście nadzorował roboty, sprowadzał materiały i tabor kolejowy, na bieżąco prowadził księgowość i korespondował z dostawcami, także zagranicznymi. Materiały do budowy, szyny i stalowe elementy mostów oraz drewno na podkłady (czerwona sosna kalifornijska) i budynki stacyjne sprowadzano ze Stanów Zjednoczonych. Wraz ze sprzętem, narzędziami, dużą ilością materiałów wybuchowych, a także żywnością i zaopatrzeniem transportowano je w Andach na grzbietach mułów, lam i barkach robotników.
Warunki kontraktu pozwalały Ernestowi mieszkać w wygodnym apartamencie w Limie i z daleka kierować budową. Tymczasem dzielny Polak równo dzielił trudy budowy i życia wraz z robotnikami. Był wszędzie. Opuszczał się na linach na dno przepaści, aby badać warunki posadowienia podpór mostowych i wytrzymałość gruntów, wspinał się na strome stoki gór, aby rozwiązywać problemy techniczne i kierować trudnymi robotami, nocował pod namiotem w szczytowych partiach gór, gdzie temperatura nad ranem spadała do -14 stopni Celsjusza, a w południe osiągała +26. Któregoś dnia, kiedy zjeżdżał w koszu na dno przepaści, gdzie nie odważył się dotrzeć nikt z robotników, ostra skała przecięła sznur. Cudem wyszedł z tego z życiem. Innym razem porwała go lawina. Odkopano inżyniera, ledwie żywego, w ostatniej chwili. Potem o mały włos nie został porwany przez wartki górski potok.
Nic dziwnego, że w tej sytuacji inżynier Malinowski cieszył się wśród podwładnych znakomitą opinią, niemalże czcią. Dodatkowo jeszcze był człowiekiem sprawiedliwym, który nikogo nie pozwolił wyzyskiwać. W nawale zajęć nie zapomniał też o Polsce i Polakach. Przyczynił się do zatrudnienia w Peru wielu polskich inżynierów, wspierał polskich biologów i podróżników, jak chociażby znanego zoologa i badacza Ameryki Południowej Konstantego Romana Jelskiego czy geologa Józefa Siemiradzkiego - profesora paleontologii Uniwersytetu Lwowskiego.
W roku 1874 doszło w Peru do krachu finansowego, w wyniku którego państwo zawiesiło dotacje na budowę kolei. Przedsiębiorstwo Meiggsa kontynuowało jednak prace z własnych funduszy, do których dołożył się w istotny sposób również Ernest Malinowski. Przebito pozostałe tunele, zakończono montaż mostów i usypano nasypy pod tory, aż do samej Oroi. Dzięki temu kolej transandyjska wspięła się na wysokość 4817,8 metra n.p.m., osiągając w miejscowości zwanej La Cima najwyższy do 2005 roku punkt kolejowy świata, do którego prowadził wykuty w skale tunel o długości tysiąca dwustu metrów. W tym czasie Ernest Malinowski nie pobierał wynagrodzenia za pracę.
Mimo wszelkich trudności projekt, a właściwie jego część, udało się zrealizować. W maju 1878 roku został oddany do użytku liczący 141 kilometrów pierwszy odcinek trasy, od Callao do osady Chicla, na wysokości 4100 metrów n.p.m. Rok wcześniej zmarł Meiggs. Pociąg poruszał się po tej trasie z prędkością 16 kilometrów na godzinę, ciągnąc ładunek do stu ton. Używano lokomotyw amerykańskich z hamulcami pneumatycznymi Westinghouse'a, co było wówczas nowością techniczną.
Podróż trwała dziesięć godzin. Jeden z pasażerów tak opisał jazdę tym niezwykłym szlakiem: "Pomocnik maszynisty wyskakuje z parowozu i przestawia zwrotnice... najpierw jedziemy do tylu, a kiedy parę minut później tor kończy się nad krawędzią przepaści, następuje ponowne przestawienie zwrotnicy: kolejna zmiana kierunku jazdy. Aby sforsować strome zbocze - puszcza się zakosami mozolnie pnący się w górę pociąg".
Dalsze prace przerwała kolejna wojna, tym razem z Chile.
Po wygranych w bitwach pod San Juan i Miraflores Chilijczycy weszli do Limy w styczniu 1881 roku. Przedmieścia peruwiańskiej stolicy zostały spalone, a miasto barbarzyńsko złupione. Przy praktycznej anarchii w Peru i braku rządu centralnego chilijskie siły podchodziły już do północnych rejonów kraju w Cajamarca. Mimo to armia okupantów nie mogła jeszcze do końca ujarzmić przeciwników. Chilijczycy grabili wszelkie bogactwa oraz wywozili dzieła sztuki i zabytki. Wspomagany przez Stany Zjednoczone peruwiański opór trwał jeszcze przez trzy lata. Dowódcą sił peruwiańskich był generał Andrés Avelino Cáceres, który został później prezydentem. Chilijczycy doznali kilku znaczących porażek, ale po wygranej pod Huamachuco opanowali całkowicie sytuację. Ostatecznie 20 października 1883 roku podpisano traktat pokojowy w Ancón, na mocy którego cała obfitująca w saletrę peruwiańska prowincja Tarapacá przeszła w ręce Chile.
Prace rozpoczęto formalnie 1 stycznia 1870 roku uroczystym wmurowaniem w Limie kamienia węgielnego, chociaż tak naprawdę to ruszyły dopiero dwa lata później. W wyjątkowo trudnych warunkach klimatycznych i terenowych prowadziło je 10 tysięcy robotników, w tym wielu specjalnie sprowadzonych z Chin kulisów.
Po wybuchu wojny Malinowski został uznany za radykała o niebezpiecznych poglądach i zmuszony do opuszczenia Peru. Powodem był konflikt z byłym ministrem finansów (i przyszłym prezydentem) Nicolásem Piérolą.
Zamieszkał w sąsiednim Ekwadorze, gdzie zajął się budową linii kolejowej Guayaquil-Quito, nadzorując prace na odcinkach "Chimbo" i "Sibambe", wiodących wśród wysokich szczytów Zachodnich Kordylierów. Budował liczne inne drogi oraz pisał artykuły do prasy zagranicznej, między innymi do nowojorskiego "Heralda", informując międzynarodową opinię publiczną o wojennym dramacie swojej drugiej Ojczyzny. Ściągał też do Ekwadoru peruwiańskich współpracowników i pomagał peruwiańskim emigrantom w znalezieniu pracy.
Zaczynał się rok 1886, kiedy inżynier Ernest Malinowski zdecydował się powrócić do Peru. Jego druga ojczyzna w niczym nie przypominała państwa, które opuścił przed kilkoma laty. Przegrana wojna spowodowała upadek gospodarczy kraju. Lima była w wielu miejscach zburzona i spalona, zniszczone były też drogi oraz wiele mostów. Nieprzyjaciel nie oszczędził również kolei transandyjskiej, której szyny były częściowo porozkręcane i zniszczone niektóre stacje. Wiele było zniszczeń, których dokonała sama przyroda. Ponieważ podczas wojny nikt nie dokonywał żadnych napraw taboru ani umocnień trasy, obrywające się z górskich zboczy luźne kamienie oraz błotniste lawiny, tak zwane huaicos, zasypały częściowo szyny i rozerwały niektóre pojazdy. Na szczęście ocalały ważniejsze mosty i tunele.
Ocalał też hotel przy Portal de Botoneros 52 w centrum Limy, w którym inżynier mieszkał przed wyjazdem, i do którego ponownie wprowadził się po powrocie. Prowadził tak zwany otwarty dom, zatrudniał francuskiego kucharza, podejmował śniadaniem, obiadem peruwiańskich dygnitarzy, zagranicznych dyplomatów, naukowców i dziennikarzy. Urządzał krótkie wycieczki koleją dla dyplomatów i fachowców z różnych krajów. A przede wszystkim nadal pracował.
Już po kilku tygodniach udało mu się doprowadzić do ugody rządu z angielskim konsorcjum Peruvian Corporation. Przystąpił do remontu trasy i rozbudował węzeł w La Oroya o krótsze linie do Cerro de Pasco i Huancayo. W 1877 roku wraz z Władysławem Folkierskim i Ksawerym Wakulskim zajął się sprawą budowy kolei Tarma-La Merced.
Od maja 1886 roku był aktywnym członkiem Towarzystwa Dobroczynności Publicznej (Sociedad de Beneficencia Pública), gdzie zajmował się sprawami finansowymi tej instytucji. Pełnił funkcję inspektora, a także nadzorował budowę szpitala Dos de Mayo. Był członkiem założycielem powołanego w 1888 roku Sociedad Geográfica de Lima. W ramach działalności towarzystwa Ernest Malinowski uczestniczył w opracowaniu planów topograficznych i map, które posłużyły do wytyczenia granicy między Peru, Ekwadorem i Brazylią. Przyczynił się też do wydania kilkutomowego dzieła El Peru autorstwa geografa i biologa Antonio Raimondiego. Oprócz języka polskiego i rosyjskiego Ernest Malinowski doskonale znał - w mowie i piśmie - język angielski, francuski i hiszpański. Był również szczegółowo obeznany z literaturą klasyczną i współczesną tych trzech języków. Jak pisał o nim Władysław Folkierski: "(...) nie był zasklepionym w swoim fachu specyalistą, ale człowiekiem ze wszech stron wykształconym, tak, że żaden z nabytków nowoczesnego postępu nie był mu obcym".
W 1898 roku inżynier Malinowski został powołany na stanowisko kierownika Katedry Topografii uniwersytetu w Limie, a rok później objął po Folkierskim funkcję dziekana wydziału matematyczno-przyrodniczego. Ze względu na szczególne osiągnięcia w pracy zawodowej został wybrany prezesem Instituto Técnico Industrial w Limie, ale z powodów zdrowotnych zrzekł się tej funkcji. W roku 1890 przeszedł do pracy w kompanii Peruvian Corporation, zdominowanej przez kapitał brytyjski, która przejęła koleje budowane za państwowe pieniądze w ramach spłaty długów zaciągniętych na początku lat 70. W tym samym roku wznowiono prace przy układaniu szyn na torowiskach przygotowanych wcześniej przez Ernesta Malinowskiego, doprowadzając w styczniu 1893 roku linię kolejową do miasta La Oroya. Tym sposobem została oddana do użytku główna trasa kolei transandyjskiej.
Chociaż interesowało się nim wiele kobiet, Ernest Malinowski nigdy nie zdecydował się na poślubienie żadnej z nich. Do końca życia jego największą miłością pozostała kolej.
Zmarł na atak serca 2 marca 1899 roku o godzinie 3.30 rano, w swoim apartamencie hotelowym w Limie. Pochowano go z honorami należnymi bohaterowi narodowemu na cmentarzu Presbitero Maestro w dzielnicy La Victoria. Początkowo spoczął wśród grobów wieloosobowych, lecz rok później na życzenie prezydenckiej rodziny Prado przeniesiono zwłoki w miejsce grobów pojedynczych. Mogiłę zdobi skromny marmurowy obelisk.
Śmierć Ernesta Malinowskiego odnotowały wszystkie ważniejsze czasopisma i gazety Peru oraz czasopisma francuskie i polskie. Później jako budowniczy kolei transandyjskiej odszedł w zapomnienie, w przeciwieństwie do osoby, która ją finansowała - Amerykanina Henry'ego Meiggsa. Na szczęście w ostatnich latach zarówno w Peru, jak i w Polsce podjęto szereg czynności mających na celu przywrócenie mu należnego miejsca w historii.
W 1999 roku w najwyższym punkcie Central Transandino, na przełęczy Ticlio na wysokości 4818 metrów n.p.m. stanął poświęcony polskiemu inżynierowi pomnik autorstwa Gustawa Zemły. Siedmiometrowy monument wykonany w Polsce ze strzegomskiego granitu nawiązuje surowością stylu do budowli indiańskich i zwieńczony jest kołem z odlaną z brązu podobizną Ernesta Malinowskiego. Poniżej godła polskiego i peruwiańskiego umieszczono napis: "Ernest Malinowski 1818-1899. Inżynier polski, patriota peruwiański, bohater obrony Callao 1866, budowniczy Centralnej Kolei Transandyjskiej". W tym samym roku odlane z brązu popiersie Ernesta Malinowskiego wmurowano w holu dworca Desemparados w Limie.
Dziewięć lat po śmierci inżyniera, w 1908 roku, linię kolejową przedłużono do centrum przemysłu wydobywczego w Cerro de Pasco i Huancayo w dolinie Jauja. Mimo że w momencie rozpoczęcia całe przedsięwzięcie uważano za niemożliwe do zrealizowania, mimo rozlicznych trudności, technicznych i finansowych, zdołano jednak ukończyć budowę, a kolej jeździ po wybudowanych wtedy wiaduktach do dziś. Jeszcze do niedawna był to najwyżej na świecie położony odcinek torów.
Wszędzie poza Peru uznawano to przedsięwzięcie za nierealne i skazane na porażkę. Nawet po zakończeniu budowy świat nie bardzo chciał uwierzyć w istnienie niesamowitego ciągu mostów i tuneli. Władysław Folkierski, przyjaciel Malinowskiego, pisał w swoich relacjach, że budowa: "przedstawiała tak w szczegółach, jak i w całości tyle osobliwości, że inżynierowie europejscy długo w nią uwierzyć nie chcieli, uważając za oszustwo. Trzeba było dopiero każdego ministra europejskiego, każdego z admirałów angielskich lub francuskich, w miarę jak przybywali do Callao, zapraszać po kolei w tę jednodniową wprawdzie, ale pełną osobliwości wycieczkę, by wreszcie w Europie uwierzono w istnienie nadzwyczajnego dzieła i dano mu w specjalnych publikacjach miejsce pomiędzy najznakomitszymi dziełami sztuki inżynierskiej".
Wybudowana przez Ernesta Malinowskiego Centralna Kolej Transandyjska (Ferrocarril Central del Perú) stanowi jedno z największych do dziś osiągnięć inżynierskich. Budowa obiektów mostowych w tak trudnych warunkach terenowych i klimatycznych także obecnie stanowiłaby poważne wyzwanie. A cóż dopiero mówić o tamtych czasach, gdy wiedza inżynierska była niejednokrotnie niewystarczająca, sprzęt montażowy prymitywny, materiał oraz techniki łączenia elementów - niedoskonałe. Człowiek, który przed z górą stu laty podjął takie wyzwanie, musiał mieć niesamowitą odwagę, silny charakter, upór i niezłomną wolę, a przede wszystkim wyobraźnię.
Trasa liczy sobie dwieście dziewiętnaście kilometrów długości (wszystkie trzy odcinki łącznie 332 km). Obecnie pociągi turystyczne jeżdżą tylko okazjonalnie, prowadzą od jednego do trzech składów w miesiącu, pokonują całą trasę z Limy do Huancayo. Ci, którzy mieli szczęście wybrać się w taką podróż, twierdzą, że dostarcza niesamowitych wrażeń. Szlak jest też wykorzystywany codziennie, lecz już nie na całej swojej długości, jako trasa dla pociągów towarowych.
Edward Jan Habich był pierwszym z polskich inżynierów zaangażowanych z inicjatywy Ernesta Malinowskiego przez rząd peruwiański. Przybył do Limy w grudniu 1869 roku i objął stanowisko inżyniera rządowego oraz dyrektora robót publicznych.
Prominentną postacią w historii Peru jest, obok Ernesta Malinowskiego, również Edward Jan Habich, urodzony 31 stycznia 1835 roku w Warszawie, polski inżynier, organizator szkolnictwa i matematyk.
Był synem urzędnika Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu. Kształcił się w warszawskim gimnazjum gubernialnym (według tradycji rodzinnej został usunięty z ostatniej klasy za spoliczkowanie dyrektora szkoły, który obraził jego uczucia patriotyczne). Około 1852 roku wstąpił do wojska rosyjskiego i ukończył wydział artylerii Akademii Wojennej w Petersburgu, uzyskując stopień oficerski. W 1858 wystąpił z wojska i wyjechał do Francji. W październiku 1860 został przyjęty na studia do École des Ponts et Chaussées w Paryżu, którą ukończył trzy lata później z czwartą lokatą.
Habich wziął udział w powstaniu styczniowym. W randze podpułkownika objął w Krakowie dowództwo oddziału, z którym 15 sierpnia 1863 roku wkroczył do zaboru rosyjskiego. Stoczywszy pomyślną potyczkę pod Pieskową Skałą, jeszcze tego samego dnia został rozbity pod Glanowem.
Mianowany 2 października pełnomocnym komisarzem Rządu Narodowego w Galicji, działał energicznie i skutecznie, organizując uzbrojenie i zaopatrzenie dla powstania. Dowiedziawszy się, że jego brat Gustaw Habich dostał się do niewoli w bitwie pod Jeziorkiem (29 października), odbił go, przewiózł (podobno w przebraniu kobiecym) do Krakowa i wyekspediował do Francji.
W 1864 powrócił do Paryża i został tam wykładowcą mechaniki w Szkole Wyższej Polskiej na Montparnasse. W latach 1865-1868 był dyrektorem tej szkoły; jej absolwenci zdobywali czołowe miejsca w konkursowych egzaminach wstępnych na francuskie wyższe uczelnie.
W 1869 roku wyjechał do Peru. Był pierwszym z polskich inżynierów zaangażowanych z inicjatywy Ernesta Malinowskiego przez rząd peruwiański. Przybył do Limy w grudniu 1869 roku i objął stanowisko inżyniera rządowego oraz dyrektora robót publicznych.
Początkowo zajmował się nawadnianiem obszarów rolniczych na południu kraju, budową urządzeń portowych w Arica oraz opracowywaniem projektów regulacji miast. Od roku 1872 organizował peruwiańską państwową służbę techniczną na wzór francuskiego Korpusu Dróg i Mostów. Wydelegowany w 1873 roku do Europy (m.in. na wystawę powszechną w Wiedniu), podczas pobytu w Paryżu nakłonił do podjęcia pracy w Peru kilku dalszych rodaków, między innymi wspomnianego wyżej Władysława Folkierskiego, Władysława Klugera i Ksawerego Wakulskiego, architekta Tadeusza Stryjeńskiego oraz inżyniera górnika i geologa Aleksandra Babińskiego.
Z pomocą Klugera i Wakulskiego stworzył w Limie w latach 1875-1876 pierwszą w Ameryce Łacińskiej politechnikę pod nazwą Escuela de Construcciones Civiles y de Minas del Perú (zmienioną wkrótce na Escuela Especial de Ingenieros de Construcciones Civiles y de Minas del Perú), istniejącą do dziś. Czołowymi jej profesorami, obok Habicha, który pozostał jej dyrektorem do końca życia, byli Kluger i Wakulski (wykładowca budowy dróg i mostów oraz wytrzymałości materiałów, przez jakiś czas wicedyrektor tej uczelni). Była politechniką na wysokim europejskim poziomie, pełniła też funkcję centralnej krajowej instytucji opiniodawczej w sprawach technicznych.
Niezależnie od tej uczelni, stanowiącej główną jego pasję, Habich kierował również przez wiele lat Cuerpo de Ingenieros, od 1878 przewodniczył Radzie Centralnej Inżynierów Rządowych, a po przemianowaniu jej w 1884 roku na Radę Robót Publicznych pozostał jej członkiem i doradcą technicznym do roku 1902. Nie ograniczał wszakże swej cywilizacyjnej działalności do tych dwóch odpowiedzialnych i czasochłonnych zajęć, odgrywając w Peru rolę i zdobywając sobie pozycję nieustępujące niczym roli i pozycji Ignacego Domeyki w Chile.
Miał wielkie zasługi dla gospodarki i szkolnictwa tego kraju. Zainicjował peruwiańskie czasopiśmiennictwo naukowo-techniczne, redagując w latach 1880-1887 pierwszy tamtejszy tego rodzaju periodyk "Anales de Construcciones Civiles y de Minas del Perú". Dużo publikował, ogłosił ogółem 116 artykułów w naukowych czasopismach peruwiańskich, a także we francuskich i polskich. Zajmował się w nich rozległą tematyką - od kinematyki po problemy inżynierskie mostownictwa i zagadnienia organizacyjne, wydał także prace z geometrii krzywych płaskich. Oprócz rozpraw naukowych opublikował po hiszpańsku książkę Vías del Pacífico del Mara?ón (1903).
Habich był rzecznikiem oparcia samowystarczalności gospodarki Peru na eksploatacji górniczej zasobów mineralnych oraz na rolnictwie ukierunkowanym przede wszystkim na uprawę winorośli, bawełny i trzciny cukrowej. W związku z tym nawoływał do podjęcia szeroko zakrojonego programu nawadniania żyznych, ale niedostatecznie zaopatrzonych w wodę terenów kraju. Był czynny w rozbudzaniu i organizowaniu życia umysłowego na wielu polach, daleko wykraczających poza jego własne bezpośrednie zainteresowania fachowe. Wniósł m.in. istotny wkład w opracowanie (1888-1889) i wprowadzenie w życie (1896) nowoczesnego prawa górniczego, był współtwórcą Towarzystwa Geograficznego w Limie (1888).
Ponownie wydelegowany przez rząd peruwiański w 1889 roku na wystawę powszechną i związane z nią kongresy naukowo-techniczne w Paryżu, objechał też Niemcy i Włochy, zbierając materiały, nawiązując kontakty i dokonując zakupów dla rozmaitych instytucji peruwiańskich, m.in. dla resortów oświaty, wojny, skarbu i handlu. Powróciwszy do Peru w 1890 roku, energicznie zajął się wprowadzaniem tam systemu metrycznego; z jego inicjatywy w 1891 powołano w tym celu specjalne biuro, które jednak zaczęło funkcjonować dopiero w 1906.
W 1885 roku Edward Jan Habich ożenił się z Peruwianką narodowości hiszpańskiej, z którą miał 4 synów i córkę. Jego potomkowie nadal należą do peruwiańskiej elity umysłowej i politycznej, jako święto rodzinne obchodzą dzień 3 maja. Do końca życia Habich utrzymywał ścisłe kontakty z krajem i z polską emigracją we Francji. Zmarł 31 października 1909 roku w Limie i został tam pochowany na koszt państwa, które wzniosło mu mauzoleum oraz pomnik na placu nazwanym na jego cześć.
Augusto Lutowski (1852-1916) był generałem, szefem Sztabu Generalnego i dowódcą dywizji armii wenezuelskiej. Brał udział w wojnie federalnej po stronie sił rządowych.
Na kontynencie południowoamerykańskim złotymi zgłoskami zapisali się także inni Polacy. W czasie gdy podzielona Polska zniknęła z map świata, niepodległa Wenezuela przyjęła w XIX wieku wielu naszych emigrantów, którzy przyczynili się do rozwoju tego kraju. Wybitne zasługi dla rozwoju wenezuelskiej urbanistyki, transportu i gospodarki położył Polak Wojciech (Alberto) Lutowski (1809-1871). Lutowski zaprojektował, wytyczył i zbudował sieć pierwszych dróg kołowych w Wenezueli. W latach 1842-1848 zaprojektował i zbudował drogę Valencia-Puerto Cabello. Jako naczelny inżynier robót publicznych Distrito Federal zaprojektował i nadzorował budowę dróg Caracas-La Guaira, Caracas-Guarenas, Caracas-Cortada de Guayabo i Caracas-La Vittoria. Zbudował pierwsze w Wenezueli mosty wiszące. W latach 1864-1867 wraz z Luciano Urdanetą zbudował zaporę wodną Caujarao. Był autorem projektu budowy magazynów i pawilonu straży portowej w porcie La Guaira. Wzniósł halę targową swojego projektu w Valencii, która była największym budynkiem w republikańskiej Wenezueli do 1877 roku. W 1854 roku Lutowski poprawił kopułę nad teatrem w Caracas, źle zaprojektowaną przez angielskiego inżyniera Hugh Wilsona. W 1867 roku zaprojektował i zbudował kościół Nuestra Se?ora del Rosario w Antimano, będący jednym z niewielu przykładów architektury klasycystycznej w Wenezueli. Pozostawił ciekawe plany przebudowy katedry w Caracas, m.in. projekt baldachimu wzorowanego na Konfesji Św. Stanisława w katedrze wawelskiej. Był autorem wielu wynalazków. Pozostawił niezrealizowane plany studyjne kolei górskiej, konstrukcji swojego pomysłu, która miała połączyć Caracas z La Guairą. W 1850 roku Lutowski opatentował w Wenezueli rury asfaltowe, maszyny do łuszczenia kawy, bębny do mielenia trzciny cukrowej, koła drewniane z zębami z lanego żelaza. W 1857 roku prezydent Wenezueli José Tadeo Monagas przyznał mu patent na produkcję masy i chleba z kukurydzy, według technologii opracowanej przez Lutowskiego. W 1863 roku przedstawił wysłannikom władz powstania styczniowego niezrealizowany projekt karabinu maszynowego do walki z kawalerią. W 1867 roku minister gospodarki Wenezueli mianował Lutowskiego oficjalnym reprezentantem tego kraju na Wielkiej Wystawie Światowej w Paryżu. W 1869 roku Kongres Stanów Zjednoczonych Wenezueli zlecił władzy wykonawczej budowę ścigacza, napędzanego silnikiem parowym z taśmą ciągnikową konstrukcji Lutowskiego. Okręty tego typu miały być używane do zwalczania przemytu z Curaçao.
Jego syn Augusto Lutowski (1852-1916) był generałem, szefem Sztabu Generalnego i dowódcą dywizji armii wenezuelskiej. Brał udział w wojnie federalnej po stronie sił rządowych. Mianowany szefem artylerii, później został dowódcą gwardii prezydenckiej. W 1894 roku został ministrem rozwoju. Był przez 2 lata dowódcą garnizonu Distrito Federal, trzykrotnie gubernatorem Caracas, był także wenezuelskim senatorem w latach 1893 i 1898 i w latach 1910-1913, członkiem Consejo de Gobierno w pierwszej fazie rządów prezydenta Juana Vicente Gómeza.
Żywe były związki religijne pomiędzy obydwoma narodami. W latach 1856-1861 delegatem Stolicy Apostolskiej na Wenezuelę, Kolumbię, Peru, Ekwador i Boliwię był szambelan papieski Mieczysław Ledóchowski (1822-1902), późniejszy arcybiskup gnieźnieński i poznański, prymas Polski, prefekt Kongregacji Rozkrzewiania Wiary. W kościele wenezuelskim brak jest wystarczającej liczby kapłanów i dzięki współpracy między kościołami pod koniec XIX wieku w Wenezueli pracę misyjną podjęło i do dziś kontynuuje wielu członków zakonu salezjanów, pochodzących z ziem polskich. Pracowali wśród Indian w puszczy amazońskiej i wśród najuboższych mieszkańców miast tego rozległego kraju.
Wielu polskich emigrantów i ich potomków czynnie włączyło się w życie naukowe, kulturalne i gospodarcze Wenezueli. Polski przyrodnik Wacław Szumkowski (1891-1967) po II wojnie światowej objął katedrę botaniki na wenezuelskim Uniwersytecie w Maracay. Odkrył biologiczną metodę zwalczania szkodników bawełny. Dzięki odkryciu Szumkowskiego krótkowłóknista dawniej bawełna wenezuelska ma teraz włókna tak długie, że wysunęła się na drugie miejsce na świecie po egipskiej. Wenezuelczycy nazwali na cześć Szumkowskiego nowy gatunek bawełny, a wioskę, gdzie przeprowadzał badania, nazwano Szumkowski.
Polski architekt Leszek Marian Zawisza (ur. 1920) przybył do Wenezueli na początku lat 50. XX wieku. Prowadził własne biuro architektoniczne w Caracas. Zawisza stał się jednym z najbardziej znanych architektów wenezuelskich drugiej połowy XX wieku. Oprócz wielu projektów budynków mieszkalnych i przemysłowych wykonał także projekty urbanistyczne, m.in. fabryki samochodów Mack i LandRover w Tejerias, laboratorium farmaceutycznego Behrens, fabryki kosmetyków Wella w Caracas, osiedla Los Corales. Był wybitnym znawcą historii architektury wenezuelskiej. W latach 1968-1989 Zawisza był profesorem Universidad Central de Venezuela w Caracas i w latach 1976-1989 Universidad Simón Bolívar, również w Caracas.
Duży wkład do rozwoju medycyny wenezuelskiej wnieśli polscy lekarze. Na przykład dr Edward Krulig jest jednym z twórców medycyny estetycznej i rekonstrukcyjnej, odkrywcą nowej metody leczenia za pomocą peelingu. Przyczynił się do współpracy między ośrodkami medycyny estetycznej i stowarzyszeniami naukowymi Polski i Wenezueli. Dr Roman Turowski (1916-2000), pulmonolog, będąc szefem oddziału przeciwgruźliczego w Puerto Cabello przyczynił się do opanowania epidemii tej choroby w Wenezueli. Jego syn zaś, dr Marek Turowski wprowadza w Wenezueli medycynę alternatywną, stosując nowe metody diagnostyczne i terapeutyczne, akupunkturę, homeopatię. Witold Kucharski (ur. 1914), doktor medycyny, wykładowca uniwersytecki w USA, był przez wiele lat kierownikiem laboratorium medycyny tropikalnej w Caracas.
W Wenezueli osiadła Nina Novak, wychowanka Warszawskiej Szkoły Baletowej, związana z Baletem Rosyjskim Sergiusza Diagilewa, primabalerina Ballet Russe de Monte Carlo. Stworzyła podstawy klasycznego baletu w Wenezueli, gdzie prowadzi własną Szkołę Baletową w Caracas, a jej wychowankowie w ślad za nią zdobywają sławę i role w najbardziej znanych teatrach baletowych Europy i obu Ameryk. Odznaczona przez prezydenta Wenezueli za zasługi dla rozwoju nauki i sztuki najwyższym odznaczeniem - Orderem Francisco de Miranda. Uznana Maestra del A?o - Profesorem Roku w 1997 roku przez Narodową Radę Kultury (CONAC), a w roku następnym jej szkoła i praca pedagogiczna otrzymały tytuł "Premio Compa?ia Clasica del A?o".
Do rozwoju archeologii w Wenezueli przyczynili się znani polscy archeolodzy zamieszkali w Caracas, Andrzej i Maria Magdalena Antczakowie (oboje ur. 1956). Znajomość etnografii zawdzięczają studiom w Polsce, antropologii - uniwersytetowi w Wenezueli, a doktoraty z archeologii zrobili w Wielkiej Brytanii. Są pionierami systematycznych badań archeologicznych na ponad 60 wyspach karaibskich Wenezueli, mają fundamentalny wkład w poznanie przedkolumbijskiej oraz kolonialnej i republikańskiej historii Wenezueli. Oboje są profesorami na Uniwersytecie Simóna Bolívara w Caracas, gdzie ufundowali i kierują Oddziałem Badań Archeologicznych w Instytucie Studiów Urbanistycznych i Regionalnych (IERU).
Przypisy
1 Konrad Haebler (1857-1946) - niemiecki historyk, bibliotekarz i badacz początków drukarstwa.
2 Autor m.in. dzieł: Opus de geometria, Algorismus minuciarum i Nova compilatio algorismi minutiarum. Po śmierci (1460) pokaźny majątek zgromadzony przez Marcina w większości przypadł, zgodnie z jego wolą, Uniwersytetowi Krakowskiemu.
3 Zakończenie rekonkwisty (walki chrześcijan o wyparcie Maurów z Półwyspu Iberyjskiego) nastąpiło po ponad dziesięcioletniej wojnie, jaką monarchowie katoliccy wydali Grenadzie (1481-1492). Upadek Grenady w styczniu 1492 roku zakończył historię państw muzułmańskich na Półwyspie Iberyjskim. Tak więc podbój mauretański Półwyspu Iberyjskiego trwał 21 lat, a jego rekonkwista 770 lat.
4 Zapisywany także jako Skoryna
5 Między innymi Grand Prix na Wystawie Powszechnej w 1937 roku w Paryżu.
6 Błogosławiony Pius IX (Giovanni Maria Mastai Ferretti) nazywany był przez naszych przodków defensor Poloniae - obrońca Polski. Z wielką uwagą śledził odrodzenie narodowe, wystąpienia patriotyczne i bardzo mocno im sprzyjał. Wielokrotnie przestrzegał też wiernych przed liberalnymi katolikami. (Liberalny katolicyzm powstał jako próba, zupełnie szalona, połączenia zdobyczy rewolucji francuskiej z chrześcijaństwem. Od samego początku wieku XIX był stanowczo potępiany przez papieży, którzy słusznie widzieli w nim coś obcego, wrogiego i nielogicznego.)
7 Włodarze Kremla, a w szczególności Michaił Gorbaczow oraz Władimir Putin, po dziś dzień fascynują się wyrobami firmy założonej przez Polaka.
8 Kulis - tragarz w południowej i wschodniej Azji, noszący zarówno ładunki, jak i ludzi w lektykach.