Pewnego rana Tom wyszedł na
ulicę zgłodniały i ciągle myślał o swoich marzeniach.
- Gdybyż to być księciem choć przez jedną godzinę - mówił
do siebie idąc zadumany i kroczył zwolna nie wiedząc sam dokąd
idzie; włóczył się tak bezwiednie czas długi po ulicach Londynu, aż
wreszcie zaszedł gdzie dotąd nigdy nie bywał przedtem. Nagle ukazał się przed wzrokiem jego olbrzymi gmach z
basztami, strzelnicami, marmurowemi podwojami i kamiennemi wykutemi
lwami u bram, otoczonych pozłacanemi kratami. Zdumienie chłopca nie miało granic. - To zamek królewski -
powtarzał. I stanąwszy jak wryty, nie spuszczał oczu ze wspaniałej
budowli. O! gdyby mógł tam wejść kiedy i ujrzeć upragnionego tyle
królewicza! Po bokach złoconych krat zamku stały bez ruchu, jak wykute
z kamienia posągi dwóch rycerzy, zakutych od stóp do głowy w
stalową zbroję. Była to warta strzegąca pilnie gmachu królewskiego,
a nie dopuszczająca za kratę nikogo z obcych. Naród, tłumnie zebrany, wpatrywał się chciwie na pałac
królewski, przed który co chwila zajeżdżały i wyjeżdżały bogate
karety, mieszczące w sobie wysokie dworskie osobistości. Mały Tom
poszedł tak blizko, iż całą twarz prawie umieścił w kracie. Przez
nią to ujrzał chłopczynę zachwycającej urody, ubranego w tkaninę z
kosztownej materyi przetykanej złotem i drogiemi kamieniami. Obok
chłopięcia stało kilku wygalonowanych lokai. - Ach! to książę, niezawodnie sam książę, - wyszepnął Tom
w oszołomieniu i bardziej jeszcze wysunąwszy się, przycisnął twarz
do kraty. Spostrzegłszy Toma w jego łachmankach jeden z wartowników,
pchnął go tak silnie, iż chłopczyna upadł na ziemię. Tłum wybuchnął
śmiechem, a młody książę spostrzegłszy co się stało, w jednej
chwili poskoczył ku bramie. Jak śmiesz poniewierać tym małym
biedakiem? - zawołał książę rozgniewany. - Otwieraj natychmiast
bramę i wpuść go do mnie. - Niech żyje książę Walii! - wykrzyknął jednogłośnie tłum. Wartownik wpuścił Toma, który zbliżył się do księcia
Edwarda. - Zapewno biedaku zmęczony jesteś i głodny, - pytał ze
współczuciem młody książę - świadczy o tem twoja wybladła
twarzyczka. Pójdź za mną!.... Tu odprowadził Toma do bogatej pałacowej sali, którą
nazwał swoim gabinetem. Wkrótce podano wykwintne śniadanie, jakiego Tom nie
widział w swem życiu. Siadłszy przy stole, Tom zajadał z apetytem. - Jak się nazywasz? - pytał książę Edward, patrząc na
chłopca z dobrotliwym uśmiechem. - Tom Canty, sir... - Tom, piękne imię, - zawołał książę. - A gdzież ty
mieszkasz? - W mieście, w dzielnicy Aufale Corty. - Aufal Corty - dziwna nazwa. - Czy masz rodziców? - Mam, sir, mam także babkę i dwie siostry Anię i Lizię... - Babka zapewne kochać cię musi? - A tak, sir, wtedy, gdy śpi, lub się upije, - odparł Tom
z westchnieniem, - skoro jednakże wytrzeźwieje, bije bez litości. Oczy księcia zabłysły gniewem. - Co? Ona biłaby takiego wątłego biedaka. Ha! dziś jeszcze
każę uwięzić tę babę. A ojciec, powiedz, czy dobrym jest dla
ciebie? - Nie lepszy od babki sir, - Tom odrzekł. - Matka zaś twoja, - pytał dalej książę. - O! ta zawsze dobra i kochająca, tak jak moje
siostrzyczki Ania i Lizia. - Ileż one lat mają? - Czternaście i piętnaście... - Dużo mają sług te twoje siostry? - Sług? - zapytał malec zdziwiony - a na co im sługi? - Jakto na co? - pytał książę, patrząc z coraz większem
zdumieniem na chłopca, - któż je więc rozbiera na noc i ubiera
rano? - Nikt, sir, - odpowiedział Tom - czyliż ma być tak
trudnem, zdjąć to jedyne ubranie, jakie się ma na sobie? - Jedyne ubranie - powtórzył książę - macie więc tylko po
jednem? - Na cóż nam więcej, wszak człowiek ma na sobie tylko
jedno ciało, a więc pocóż mu dwa ubrania. Książę wybuchnął serdecznym śmiechem. - No, no, nie gniewaj się - mówił głaszcząc Toma -
bynajmniej nie chciałem ci ubliżyć. Śmieszy mnie tylko twoja
dowcipna odpowiedź. Dziś jeszcze rozkażę posłać twym siostrom wiele
ubrań i sług wiele. A teraz powróćmy jeszcze do twojej dzielnicy,
Aufale Cortu. Powiedz mi czy tam wesoło? - I bardzo - rzekł Tom - dopóki tylko głód na dobre nie
zacznie się dawać we znaki. Przychodzą wędrowni sztukmistrze, którzy dają
przedstawienia z małpami.... to takie ciekawe, kosztuje tylko
szyllinga. Prawda, że u nas to często i o szyllinga bardzo trudno. - Cóż więc tam u was się dzieje? - Próbujemy się wzajemnie, walczymy na kije!... - O! to musi być wesołe - zawołał książę, oczy którego
zadowoleniem zabłysły. - Mów dalej, mów - wołał. - Ha, bawiemy się w konie, to znów gonimy jeden drugiego,
śpiewamy i tańczymy. - Jakżebym i ja również - zawołał książę, którego
twarzyczkę żywy oblał rumieniec - chciał wdziać takie ubranie jak
twoje i tak się bawić. Popróbować się na kije, poigrać w konie i
kopać piasek. Choć raz jeden tylko bez sług i dozoru. Oddałbym
nawet koronę królewską za jeden dzień takiej zabawy! - To tak jak ja, - przerwał Tom - oddałbym życie byleby
choć na chwilę przywdziać książęce ubranie. - Chciałbyś, doprawdy? - zapytał książę - zdejmij więc
swoje łachmanki i przynieś mi te szmaty. Nikt nam nie przeszkodzi,
a potem znów się zamieniemy! W kilka chwil potem książę Edward stał przebrany w
łachmany Toma, a ten przybrany w szaty królewskie, poczem oba
wyrostki zbliżyli się ku zwierciadłu, badawczo na się spoglądając. - Jakżeś do mnie podobny - zawołał książę - też same oczy,
twarz, wzrost i włosy. Gdybyśmy tak wyszli ztąd bez ubrania, nikt
by odgadnąć nie zdołał, kto jest biedakiem, a który księciem. Co
tobie w rękę - zawołał książę - masz skaleczoną? - Drobnostka - zawołał Tom - wartownik skaleczył mnie
przed chwilą. - Nikczemnik - wykrzyknął mały Edward, tupnąwszy bosą swą
nóżką. - Ja go ukarzę. Zaczekaj tu na mnie, zaraz powrócę. Masz
słuchać, ja tak rozkazuję. To mówiąc pochwycił jakiś przedmiot ze stołu, poczem
wybiegł szybko z pokojów. Widać było jak mknął przez ogród
królewski, jak rozwiewały się strzępy jego ubrania. Twarz małego
księcia zaczerwieniała od gniewu, oczy mu pałały. Przy głównej
bramie, chwycił szarpiąc za kratę żelazną, niestety, brama pałacowa
nie otwierała się wcale. - Otwierać bramę natychmiast! - zawołał rozgniewany
książę. Ten sam wartownik, który zranił Toma przed chwilą, spełnił
rozkaz niezwłocznie. Książę, wybiegłszy z bramy, pomknął ku żołnierzowi, nie
mając siły zapanować nad sobą. Spostrzegłszy to, wartownik uderzył
go w plecy z całej siły tak mocno, że nie mając siły utrzymać się
na nogach wpadł w pośrodek zebranego tłumu. - Masz to na pamiątkę, włóczęgo - zamruczał wartownik -
będziesz teraz wiedział, że tu chodzić nie wolno. Masz odwet za to
com dostał przez ciebie od księcia. Tłum Wybuchnął śmiechem. Książę, podniósłszy się z ziemi,
gdzie upadł popchnięty przyskoczył do wartownika. - Nędzniku! - zawołał - żeś mnie nie poznał, ja jestem
księciem Walii! Zostaniesz powieszonym, żeś śmiał się targnąć na
życie królewskie! Wartownik salutował hallabardą, jak to zwykli czynić
żołnierze, zgodnie z obyczajami wojskowemi, poczem, widocznie
szydząc sobie z malca: - Niech żyje wasza książęca mość. Niech
żyje! - zawołał. - A po chwili: - Wynoś mi się ztąd, bębnie, pókiś cały, - dodał - bo jak
mi ten Bóg na niebie, tak ci przyłożę po raz drugi! Maleńkiego księcia otoczono w około, szydząc i naśmiewając
się z niego. - Rozchodzić się, baczność, królewicz, - wołano,
pędząc biednego księcia przed sobą.