Rozdział 1
OBÓZ W SENNELAGER
Antyczna lokomotywa wtoczyła się z sapaniem na stację, ciągnąc za sobą
wąż zdezelowanych wagonów towarowych.
Pasażerowie stojący na peronie ze zdziwieniem przyglądali się hamującemu
pociągowi. W jednym z wagonów jechała uzbrojona straż. Broń, którą byli
obwieszeni jej członkowie, wystarczyłaby na uzbrojenie pułku piechoty.
Siedzieliśmy na tym samym peronie i graliśmy w oczko z Francuzami i Brytyjczykami, którzy byli jeńcami wojennymi. Porta i szkocki sierżant
ograli nas niemal do czysta, ale Mały i Gregor grali jeszcze przez pół
godziny dzięki wątpliwemu kredytowi. Sierżant miał już cztery odznaki
bojowe piechoty.
Byliśmy w trakcie rozgrywki, gdy porucznik Löwe, dowódca naszej
kompanii, nagle przerwał nam szorstko grę.
- No dobra, chłopaki. Chodźcie, wyglądacie na żywych. Czas ruszyć tyłki.
Porta rzucił kartami zdegustowany.
- Cholerne cuda - powiedział gorzko. - Czy to nie cud? Gdy tylko
usiądziemy sobie do porządnej gry w karty, pojawia się jakiś głupek i rozpala wojnę na nowo. Już dosyć rzygaliśmy ogniem.
Porucznik wskazał palcem na Portę, jak lufą pistoletu.
- Ostrzegam cię - powiedział. - Jeśli coś jeszcze wyjdzie z twoich
ust...
- Panie poruczniku! - Porta stanął błyskawicznie na baczność i zasalutował.
Nigdy nie mógł odmówić sobie przyjemności wypowiedzenia ostatniego słowa
w rozmowie. Gadałby nawet wtedy, gdyby Hitler kazał mu milczeć.
- Panie poruczniku - mówił z przekonaniem. - Chciałbym, aby pan
wiedział, że jeśli moja gadanina jest w jakikolwiek sposób kłopotliwa,
to będę bardzo szczęśliwy, jeżeli w przyszłości nikt nie będzie mnie
prowokował do gadania.
Löwe nerwowo cmoknął językiem i bardzo mądrze odszedł bez dalszego
gadania. Stary wstał z niechęcią i kopnął ze złością odwrócone do góry
dnem wiadro, na którym siedział do tej pory. Wsadził czapkę na głowę,
zapiął pasek pod brodą i poprawił kaburę służbowego pistoletu.
- Sekcja druga! Przygotować się do wymarszu!
Niechętnie zaczęliśmy szurać butami i patrzyliśmy z niesmakiem na
lokomotywę i skrzypiący rząd wagonów. Dlaczego nasi wrogowie nie mogli
zniszczyć bombami tego paskudnego składu kolejowego? Jeńcy wojenni,
rozprostowując z ulgą kości, wysypywali się na peron.
- Twój kraj cię potrzebuje, żołnierzu! - powiedział Szkot i wyciągnął z ust kciukiem i palcem wskazującym na wpół wypalone cygaro, po czym dodał
obiecująco: - Nie zapomnę o was.
Pomachał na pożegnanie odznaką piechoty, która przedtem należała do
Małego.
- Będę się cieszyć, gdy wreszcie wrócicie.
- Wiesz co? - powiedział Mały bez specjalnej złości. - Powinniśmy
wypolerować wam tyłki raz a porządnie pod Dunkierką w 1940 roku.
Sierżant potrząsnął przyjacielsko ramieniem.
- Nie martw się, towarzyszu. Będzie jeszcze wiele okazji... Zarezerwuję
ci miejsce, jak dostanę się do raju. Skończymy grę, którą właśnie
zaczęliśmy.
- Nie dotrzemy do raju - powiedział Mały. - Nie ma szans.
Pokazał kciukiem na ziemię.
- Tam pójdziemy jako papka. Ty możesz pójść, gdzie chcesz, ale nie
zabierzesz mnie na spotkanie ze świętym Piotrem i bandą jego cholernych
aniołów.
Sierżant uśmiechnął się i wsunął odznakę piechoty do kieszeni. Wyjął z niej za to Krzyż Żelazny, który też wygrał od Małego, i delikatnie
zaczął go czyścić połą kurtki mundurowej.
- Człowieku, poczekaj, przyjadą tu Jankesi. Wtedy dopiero będzie
zabawa...
Patrzył z podziwem na odznaczenie, z radością przewidując, ile pieniędzy
za nie dostanie. Amerykanie byli cholernie łasi na takie pamiątki.
Robili mnóstwo hałasu, zdejmując przepocone strzępy mundurów i przesiąknięte krwią bandaże. Porta już miał dużą skrzynię takich
ponurych pamiątek. Czekał tylko na okazję, kiedy handel będzie
najbardziej korzystny. Trochę przerażający interes, ale przynajmniej
wskazywał na początek końca piekła, jakim była wojna.
Lokomotywa westchnęła kilka razy, a rząd otwartych wagonów zahamował ze
zgrzytem. Potoczyliśmy się w deszczu ponuro i niechętnie w kierunku
składu. Padało już przez cztery dni i byliśmy bliscy załamania. Z podniesionymi kołnierzami, rękami w kieszeniach, zgarbieni wpatrywaliśmy
się z groźnym milczeniem w wagony. Ostatnio wydano nam nowe mundury,
które paskudnie śmierdziały naftaliną. W słoneczny dzień cuchnęły na
kilometr, a w zamkniętym pomieszczeniu smród mógł wywołać wymioty. Na
szczęście wszy tak samo reagowały na ten odór, dezerterowały więc masowo
i przenosiły się na jeńców wojennych. Nareszcie pozbyliśmy się choć
jednego kłopotu - nie musieliśmy trzymać rąk poza kieszeniami i drapać
się po niedostępnych częściach ciała.
Przednie wagony, pomalowane po bokach dziwnymi barwami, miały wypisane
dawno już zapomniane stacje docelowe: Bergen i Trondheim w Norwegii.
Służyły do przewożenia silnych, kudłatych kuców, których używano do
transportu w górach. Zatrzymaliśmy się na chwilę i patrzyliśmy na
zwierzęta. Wyglądały absurdalnie z ciemną linią sierści na grzbiecie i miękkimi, czarnymi pyskami. Jeden z kuców miał dużo uciechy z Małym, bo
zaczął go lizać jak pies, po czym nasz kompan był zdecydowany go
adoptować, bo zawsze gotów był pomóc każdemu zwierzęciu lub dziecku,
które okazało mu ludzkie uczucia. Natychmiast zadecydował, że konik
będzie odtąd jego własnością i że wszędzie będzie go ze sobą zabierał.
Próbował oddzielić kucyka od stada i wyprowadzić z wagonu, gdy przybyła
grupa strażników. Wymachiwali pistoletami i piali zdenerwowani jak
koguty. Chwilę potem krzyki wartowników, przekleństwa Małego i cudaczne
koniki przyciągnęły do nas zagniewanego porucznika Löwe.
- Co się tu, do diabła, dzieje?
Odepchnął strażników ze swojej drogi, idąc prosto w sam środek
kotłowaniny razem z Danzem - szefem straży w Sennelager,
najpaskudniejszym brutalem na świecie, trzymając go dla dodania sobie
powagi za łokieć. Porucznik zatrzymał się zaskoczony, gdy zobaczył
Małego z kucykiem.
- Co, do jasnej cholery, chcesz zrobić z tym zwierzakiem?
- Zabieram go - powiedział Mały. - Jest moją maskotką.
Konik lizał go w podnieceniu cały czas, a Mały obejmował go czule za
szyję.
- Nie będzie z nim żadnych kłopotów. Może jeździć ze mną z miejsca na
miejsce. Szybko przywyknie do życia w armii.
- Tak myślisz? - spytał Löwe z rozszerzonymi z wściekłości nozdrzami. -
Zostaw go tam, gdzie powinien być! Mamy walczyć na wojnie, a nie
urządzać objazdowy cyrk!
Odwrócił się i ruszył z powrotem jak burza, a za nim dreptał Danz. Mały
patrzył za odchodzącymi jak wilk.
- Walić ich - powiedział na pocieszenie Porta.
Wyjął rękę z kieszeni i pomachał groźnie plecom porucznika.
- Nie martw się, koleś, będą śpiewać inaczej, gdy cała sprawa się
skończy... Zostaną ukarani i to solidnie... Chrzanić tych sukinsynów, za
wysoko podskakują i myślą, że są nieomylni.
Odwrócił się i puścił oko do Juliusa Heidego, który był jednym z najbardziej fanatycznych oficerów w niemieckiej armii.
- Nie sądzisz podobnie? - spytał.
Julius posłał mu lodowate spojrzenie. Nienawidził takich sytuacji.
Zawsze potrafiły zachwiać jego sztywnym nazistowskim kręgosłupem.
- Kaprale bardziej dostaną za swoje - powiedział, patrząc na paski
podoficerskie Porty. - Głowy kaprali jeszcze łatwiej spadają.
- Tak myślisz? - szydził Porta. - A kto wszystkiego pilnuje? Wcale nie
cholerni oficerowie! Coś ci powiem. Jak sądzisz, ilu nas, kaprali, jest
w tej armii? Za dużo, aby ktoś nam podskoczył. I to ci powinno
wystarczyć!
Potem stuknął palcem w pierś Juliusa.
- Chcesz trochę faktów? - dopytywał się zadziornie Porta. - Otwórz oczy
i rozejrzyj się dookoła. Garnki już stoją na piecu, już się w nich
gotuje i to my decydujemy, co się w nich znajdzie, nie ty i twoi
oficerowie ze szczurzymi pyskami.
Heide wyprężył klatkę piersiową.
- No, dawaj dalej - powiedział stalowym głosem. - Powieś się. Sporządzę
z tego notatkę.
Niby przypadkowo za naszymi plecami Mały kopnął w pozostawioną puszkę z olejem, która poleciała pięknym lukiem w kierunku przechodzącego obok
żandarma. Pojemnik wylądował na jego ramieniu, obryzgując tłustą cieczą
jego mundur. Mały natychmiast odwrócił się i potrząsnął głową w stronę
Heidego. Żandarm zaszarżował jak podniecony słoń. Jeszcze kilka lat temu
prawdopodobnie przez osiem godzin kierował ruchem ulicznym na
skrzyżowaniu lub wystawiał mandaty przestępcom parkowym bądź beztroskim
pederastom. A teraz wojna dała mu szansę, aby przeżył chwilę chwały.
Zanim Heide się zorientował, Porta już rechotał jak kretyn, a Mały
skrzeczał z tyłu jak nieznośna papuga:
- Widziałem na własne oczy. Widziałem go! Widziałem go!
Porucznik Löwe zażegnał całą aferę paroma krótkimi ostrymi słowami, a potem ze zdenerwowania zaczął machać rękami.
- Chcesz powiedzieć, że ten człowiek cię zaatakował? - krzyczał do
żandarma. - Nie wierzę w ani jedno twoje słowo. Nigdy jeszcze nie
słyszałem takiego kłamstwa. Sierżant Heide to znakomity żołnierz. Gdyby
cię zaatakował, to zapewniam cię, że nie zdążyłbyś o tym komukolwiek
opowiedzieć... Znikaj mi z oczu, bo stracę cierpliwość. Znajdź sobie coś
lepszego do roboty i nie trać mojego czasu!
Zmiął kartkę z meldunkiem, rzucił pogardliwie na tory kolejowe i spojrzał na Starego.
- Szczerze, mam już dzisiaj dosyć całej twojej sekcji, sierżancie Beier.
Chciałbym ci przypomnieć, że jesteśmy pułkiem pancernym, a nie kłótliwą
bandą półinteligentów. Jeśli nie potrafisz nad nimi zapanować, mogę cię
gdzieś przenieść. Czy wyrażam się jasno?
Oficer dowodzący konwojem właśnie zbliżał się do porucznika.
Nonszalancko zasalutował dwoma palcami podniesionymi do daszka czapki.
Wyciągnął stertę papierów. Wyglądał na zapracowanego. Miał dostarczyć
pięciuset trzydziestu więźniów przeznaczonych do 999. Batalionu w Sennelager - i był zdenerwowany, bo chciał jak najszybciej opróżnić
wagony i ruszyć w drogę. Już był spóźniony, a na następnym przystanku -
Dachau - miał wysadzić kolejną grupę więźniów. Löwe przejął dokumenty i przerzucał je.
- Jakieś ofiary w trakcie transportu?
Oficer tylko lekko się przygarbił.
- Nie odpowiem, dopóki nie wyprowadzimy ich na zewnątrz i nie
przeliczymy... Jesteśmy w drodze od niemal dwóch tygodni, więc nie
byłbym zaskoczony.
Löwe podniósł podejrzliwie brew.
- Skąd jedziecie?
- Z wielu miejsc: Fuhlsbuttel, Struthof, Torgau, Germersheim. Ostatnich
zabieraliśmy z Buchen waldu i Borge Moor. Jeśli pan podpisze tę listę,
będę mógł ruszyć dalej.
- Przykro mi - powiedział Löwe - ale to wykluczone.
Potem uśmiechnął się smutno.
- Mam w zwyczaju nigdy nie podpisywać niczego, dopóki nie sprawdzę stanu
faktycznego. Wyładujcie więźniów i ustawcie w szeregu na peronie. Potem
przeliczymy głowy. Przedstawi pan rzeczywisty stan i będzie pan miał
swój raport. Tylko proszę zapamiętać: nie liczymy umarłych.
Oficer wyglądał na podirytowanego.
- Żywi czy umarli, co za różnica? Przecież nie możecie być zbyt
rozkapryszeni po pięciu latach wojny, poruczniku. Chce pan się
dowiedzieć, jak robimy dostawę do Waffen SS? Szybko i żwawo. Nie ma
żadnych kłopotów. Mała ładna kulka w kark i tyle. Oni się nie
patyczkują. Załatwiają wszystko bardzo szybko.
Bardzo możliwe - powiedział nasz porucznik, wykrzywiając górną wargę w obrzydzeniu. - Ale my nie jesteśmy z Waffen SS. To jest pułk pancerny i potrzebujemy pięciuset trzydziestu ochotników na front. Dlatego
niepotrzebni są nam umarli. Dostanie pan potwierdzenie odbioru tylko
żywych rekrutów, bo nie jesteśmy mordercami. Potrzebujemy żywych.
Sporządzi pan spis żywych i dostarczy go mojemu sierżantowi. A jeśli ma
pan jakieś obiekcje, to proszę się skierować od razu do komendanta
obozu, hrabiego von Gernsteina. Czy jest to dla pana zrozumiałe?
Oficer zacisnął usta i nic nie powiedział. Gernstein nie był
człowiekiem, z którym można było dyskutować w sprawie jego kompetencji.
Plotka głosiła, że był każdej nocy w kontakcie z szatanem, pomiędzy
dwunastą i czwartą rano. Poza tym miał reputację figlarnego sadysty i groźnego faceta, który potrafił wzbudzić strach w sercach podwładnych
nawet po pięciu latach tej okrutnej wojny.
Wagony zostały otwarte i wypadły z nich setki wymęczonych ludzi.
Strażnicy z psami stali z boku i tylko czekali, aby przyłożyć któremuś z tych biedaków, jeśli się potknie lub przewróci. Jeden nie był na tyle
silny, aby utrzymać się na nogach, więc znikł pod strumieniem
przechodzących po nim. Gdy przerażony tłum już się po nim przewalił,
ukazała się krwawa masa ludzka z gardłem rozerwanym przez warczące psy.
Staliśmy i obserwowaliśmy, jak sterroryzowani więźniowie ustawiali się w trzy kolumny. Widzieliśmy, jak martwe ciała były z powrotem wrzucane do
wagonów. Dowodzący konwojem oficer przeszedł dumnie wzdłuż nich i krótko
zasalutował Löwemu.
- Wszyscy obecni i wszystko w porządku, poruczniku. Mam nadzieję, że
uzna pan teraz, że szkoda czasu na dalszą czczą gadaninę.
Löwe nie raczył odpowiedzieć. Przechadzał się wzdłuż szeregu obdartych i wygłodzonych więźniów, których wyciągnięto z najgorszych piekieł na
ziemi i wciśnięto na czternaście dni do wagonów na dalszą wspólną mękę.
Czekali, aż zacznie się odliczanie. Było trzystu sześćdziesięciu pięciu
żywych. Tylu zostało z pięciuset trzydziestu, którzy wyruszyli w podróż.
Porucznik Löwe stał przez chwilę z pochyloną głową, po czym w końcu
zwrócił się do dowódcy transportu.
- Podpiszę odbiór trzystu sześćdziesięciu pięciu - powiedział.
Potem zaległa cisza, a my czuliśmy, jak wzrasta napięcie.
- Proszę o wybaczenie - powiedział oficer przez zaciśnięte zęby - ale
dostarczyłem całą wymaganą liczbę. Stan przewożonego towaru mnie nie
interesuje. Ważna jest tylko liczba.
Löwe podniósł wysoko brwi.
- Co, może handlujemy ludzkim mięsem? - spytał. - Co jest twoim towarem?
Ludzie czy mięso?
Znowu zaległa cisza. Trwała tak długo, aż nie przybył adiutant
komendanta obozu, kapitan von Pehl. Jego samochód zahamował zawadiacko
kilka metrów przed nami. Oficer wyskoczył dziarsko z wozu i uśmiechnął
się łaskawie do nas wszystkich. Wsadził monokl w oczodół i pochylił się
w stronę dwóch dyskutujących oficerów. Zadzwoniły ostrogi, a w oczy
błysnęły nam złote naramienniki. Stuknął obcasami, potem zaczął
delikatnie uderzać w cholewki butów szpicrutą.
- Co nowego, moi panowie? Wojna już skończona? Czy może tylko kolejna
bomba walnęła w bunkier naszego ukochanego wodza?
Grobowym głosem Löwe wyjaśnił całą sytuację. Kapitan podniósł szpicrutę
do twarzy i zaczął nią w zamyśleniu pocierać dokładnie ogolony policzek.
- Delikatna kwestia z tą liczbą - mruknął. - Ktoś się spodziewa
batalionu, a otrzymuje trzy kompanie. A ktoś inny próbuje zrozumieć te
rozbieżności.
Po czym zwrócił się uprzejmie do dowódcy konwoju.
- Jak, jeśli to pytanie nie jest zbyt impertynenckie, może nam pan
wyjaśnić tak duże straty?
Ruszył statecznym krokiem w stronę wagonu ze zmarłymi. Spoglądał przez
chwilę na górę zwłok, po czym szpicrutą dotknął jednych z nich. Kilku
strażników podeszło do zwłok i wyciągnęło je z platformy wagonu. Na
stercie trocin ułożyli ciało pozbawione głowy. Kapitan ponownie podniósł
monokl. Energicznie, z chusteczką przyłożoną do ust, pochylił się nad
ciałem i oglądał je. Potem wyprostował się i pochylił w stronę oficera.
- Mam nadzieję, że będzie pan tak miły, aby wyjaśnić nam, gdzie jest
otwór wlotowy pocisku, prawda, mój drogi?
Obrażony oficer zaczął się czerwienić. Cały ten absurdalny bałagan
związany z jednym więźniem, który dostał kulkę w głowę, coraz bardziej
go de nerwowa!. Czy oni żyją w raju dla wariatów, w tym Sennelager?
- Otwór wlotowy - delikatnie nalegał kapitan von Pehl. - Dokładnie ta
kwestia mnie interesuje, zapewniam pana.
Za kapitanem stał jego oficer łącznikowy, porucznik Althaus, z półautomatycznym karabinkiem, a za nim następny porucznik z żandarmerii
polowej. Stał nieruchomo jak skała. Oczywiście, że byli szaleni. Wszyscy
tutaj byli szaleni. Nikt przecież nie miał prawa urządzać takiego cyrku
wokół jednego zabitego więźnia. Jeden zabity, stu zabitych, co to, do
diabła, za różnica? Tam, skąd przyjechał pociąg, trupów było znacznie
więcej.
- Był bunt - oficer nerwowo pukał w policzek, wykazując ponurą odwagę. -
Rewolta, strażnicy musieli strzelać.
Von Pehl rozprostował ręce, po czym pomachał nimi delikatnie.
- A raport?
- Nie miałem jeszcze czasu, aby go napisać.
Von Pehl przygryzł lekko zębami szpicrutę.
- To powiedz mi, mój drogi, gdzie dokładnie ten bunt miał miejsce?
- Zaraz za Eisenach.
Eisenach.
Trzeba przyznać z czystym sumieniem, że było to dosyć daleko. Może teraz
ten facet przestanie pchać swój pruski nos w cudze sprawy i pozwoli
ruszyć konwojowi dalej, w stronę Dachau, gdzie miała dotrzeć kolejna
grupa uwięzionych biedaków.
- Wiesz przecież, mój drogi panie - mruczał von Pehl - że regulamin
całkiem jasno precyzuje, w jaki sposób mają być sporządzane raporty z tego typu zdarzeń. Spisywane natychmiast po zajściu! Bez wyjątków!, - To
co się stało? Poruczniku, niech pan będzie tak miły i zadzwoni do
zawiadowcy stacji w Eisenach.
Staliśmy cierpliwie na deszczu i czekaliśmy na ciąg dalszy, podczas gdy
kapitan z uśmiechem na ustach przechadzał się mechanicznie jak manekin
wzdłuż peronu. Rytmicznie stukał ostrogami o betonowe podłoże, czemu
wtórowały rytmiczne uderzenia szpicruty o cholewkę buta. Dowódca konwoju
ze zdenerwowania wsadził palec prawej dłoni za kołnierz i próbował
rozluźnić jego ucisk. Dyskretnie, ale systematycznie, jego ludzie
oddalali się od niego. Jeden ze strażników, który przypadkowo znalazł
się obok mnie, plunął na ziemię i zaczął mi szeptać do ucha.
- Zawsze mówiłem, że kiedyś przeszarżuje. Mówiłem, że tak się skończy.
Zawsze traktował więźniów jak bydło. Bez jakiejkolwiek litości. Zawsze
mówiłem, że tak to się kiedyś skończy.
Porucznik Althaus powrócił w towarzystwie zawiadowcy naszej stacji,
małym skurczonym człowieczkiem, który wyglądał strasznie głupio w przy
dużym hełmie. Wyciągnął na powitanie małą, pulchną dłoń, którą kapitan
von Pehl zlekceważył, ale w taki sposób, by nie wywołać obrazy u kolejarza. Z głębi gardła dowódcy konwoju zaczął rozlegać się charkot.
- Ufam, że pułkownik von Gernstein ma się dobrze - powiedział
oberstrażnik.
Jedyną odpowiedzią była grobowa cisza. Zawiadowca stacji opuścił ręce
wzdłuż szwów spodni. Porucznik Althaus pukał delikatnie palcami w karabinek przewieszony przez ramię. Dowódca konwoju zrobił niewielki
krok do tyłu. Powinien jednak pozostać tam, gdzie zaczął służbę, w Budapeszcie, w węgierskiej armii. Prowadził teraz niebezpieczną grę z nazistowskimi Niemcami. Grę o sławę, fortunę i życie.
Von Pehl przechylił się niby przypadkowo w stronę adiutanta.
No, jak tam, poruczniku? Jakie wieści z Eisenach?
W Eisenach, co było dla wszystkich jasne, nikt nie słyszał o rzekomym
buncie - ba, nikt nie słyszał nawet o tym konwoju. W pruskich oczkach
von Pehla pokazały się lodowe iskry. Skłonił się w stronę Danza, którego
kłamstwo stało się dla wszystkich oczywiste. Węgier został natychmiast
aresztowany pod zarzutem morderstwa, składania fałszywych raportów i sabotowania konwoju. Został szybko załadowany do czekającego samochodu i odwieziony prosto do obozu w Sennelager. Porucznik Lӧwe posłusznie
pokwitował odebranie trzystu sześćdziesięciu pięciu ochotników, a strażnicy, zdenerwowani i zdezorientowani aresztowaniem ich oficera,
wycofali się bezładnie. Von Pehl wyjął monokl z oka, skłonił się
grzecznie zgromadzonym żołnierzom, uderzył jeszcze raz szpicrutą po
butach i litościwie się ulotnił.
Od razu wszyscy odetchnęli z ulgą. Napięta atmosfera gdzieś uleciała,
zapalano papierosy, a ludzie oddychali z ulgą. Niektórzy żandarmi
posunęli się nawet tak daleko, że podawali sobie z ręki do ręki butelkę
z alkoholem pochodzącą z Francji. Zniewalający wpływ trunku powodował,
że żołnierze zaczęli się bratać i ramię w ramię ruszyli do dworcowej
knajpy, aby napić się za zdrowie towarzyszy.
Więźniom zezwolono usiąść i rozdano im trochę jedzenia. Był to co prawda
tylko suchy chleb, ale nawet on wydawał się luksusem ludziom, którzy
spędzili sporo czasu na wodnej diecie w Torgau lub Glatz, nie mówiąc o Germersheim, gdzie łatwo było wejść, a niezmiernie trudno wyjść o własnych siłach.
Germersheim... Sama nazwa wywołuje dreszcz strachu. Miejscowość nawet
nie jest zaznaczona na mapie, ale łatwo znaleźć do niej drogę. Wystarczy
zjechać z szosy niedaleko Bruchsal, pomiędzy Mannheim i Karlsruhe i jechać prosto w kierunku Renu. Każdy napotkany człowiek powie, jak dalej
jechać. Trzeba tylko przedostać się przez wioskę pełną ślicznych,
obrośniętych różami domków i wejść do ciemnego i zimnego lasu. A w nim
na wielkiej tablicy wypisane jest ogromnymi literami zaproszenie do
Germersheim: WSTĘP WZBRONIONY - STREFA WOJSKOWA. Dalej trzeba jechać
kilometr wąską dróżką, niemalże ścieżką. Potem musisz się zatrzymać i masz wielkie szczęście, jeśli jesteś tylko zwiedzającym. Stąd można
zobaczyć więzienie w pełnej krasie. Wielki szary gmach sterczy pośród
drzew jak kolos. Wojskowe Centrum Karne, tak to się właśnie nazywa. Gdy
pojedziesz dalej wąską drogą i ujdziesz uwadze uzbrojonych strażników z psami, przebędziesz pole minowe, bez wątpienia zostaniesz powitany z otwartymi rękami w Germersheim i będzie to miejsce twojego wiecznego
spoczynku. W latach 1933-1945 dotarło tu ponad sto trzydzieści trzy
tysiące kuracjuszy i większości z nich już nikt więcej nie zobaczył.
Podczas gdy więźniowieochotnicy oblizywali spierzchnięte usta i zabierali się do gryzienia twardego jak kość chleba, nasza grupa
rozłożyła się niemal beztrosko wokół nich. Zaczęliśmy palić papierosy i popijać alkohol. Porucznik Lӧwe został uraczony przez zawiadowcę stacji
pieczonym zającem. Ale nawet taki rarytas nie przywrócił mu dobrego
humoru. Kazał wymaszerować nam ze stacji dwójkami i nawet Porta, któremu
ten rozkaz przerwał przyjemne pociąganie trunku, nie śmiał wykonać
żadnych obscenicznych gestów i tylko mruczał coś pod nosem.
Aresztowanie dowódcy konwoju prawdopodobnie sprowadzi kłopoty na naszego
porucznika. Byłoby naprawdę dużo prościej, gdyby oficer zaakceptował
przekazanie tylko trzystu sześćdziesięciu pięciu rekrutów i pojechał
dalej. A tak koła machiny wojskowej zostały poruszone i nie można już
było ich zatrzymać. Pułkownika von Gernsteina na razie nie było w obozie, bo polował gdzieś w górach. Wszystkim było wiadomo, że gdy
wracał z takiej eskapady, był w bardziej satanistycznym humorze niż
zwykle. Niech Bóg ma w opiece oficera, który będzie miał śmiałość
kłopotać dowódcę takimi sprawami jak to zajście na stacji. A było niemal
pewne, że Lӧwe będzie musiał zdać relację z tego, co zaszło. Mógł co
prawda próbować zrzucić odpowiedzialność na kogoś innego, ale było to
mało prawdopodobne, bo cała awantura dotyczyła jego bezpośrednio. Nikt w obozie też mu nie pomoże. Zastępca von Gernsteina, który stracił rękę w początkowych latach wojny i nie lubił przebywać w obozie, wykorzystywał
każdą okazję, aby wyrwać się na zewnątrz. Następny oficer w łańcuchu
dowodzenia oczywiście wykorzystał nieobecność szefa i wymknął się na
kilka dni. Mimo wszystko wydaje się, że byłoby mniej kłopotów, gdyby
Lӧwe zastosował normalną w Germersheim procedurę i zastrzelił
węgierskiego oficera na miejscu.
Maszerowaliśmy w ciszy, zarażeni złym humorem naszego porucznika.
Czasami tylko rozlegały się chrapliwe krzyki podoficerów. Pruscy
sierżanci spędzali całe życie - od kołyski po grób - wśród krzyków i myśleli, że im więcej krzyczą, tym szybciej ich rozkazy będą wykonane.
Jednak ludzie, którzy przyzwyczaili się do wrzasków, nie zwracali już na
nie uwagi. Krzyki podoficerów były więc chyba w nich podświadomie
zakodowane. Potykający się i łażący bezładnie rekruci też sobie z nich
nic nie robili.
Jakieś osiem kilometrów od obozu niektórzy więźniowie zaczęli padać ze
zmęczenia. Lӧwe krzyczał, aby szli w szyku, ale oni padali jak muchy lub
siadali grupkami na skraju drogi. Nawet szaleńcze ciosy strażników nie
były ich w stanie podnieść na nogi. Porucznik był zmuszony wydać rozkaz
do zatrzymania się i zarządził krótki odpoczynek. Stanął przed ludźmi w deszczu i walnął im pełną animuszu mowę, która nawet mnie zafascynowała.
Przecież wszyscy jesteście ochotnikami! Nikt was nie zmuszał, abyście
przyszli tutaj, ale gdy już tu dotarliście, to, na Boga, będziecie
traktowani jak żołnierze!
Ale ochotnicy - poprzednio bici, głodzeni i poniżani - siedzieli teraz w strzępach więziennych drelichów, z głowami wtulonymi w ramiona i patrzyli w ziemię. Byłem ciekaw, czy porucznik Lӧwe był naprawdę tak
naiwny i wierzył w to, co mówi. A może w swoim sumieniu próbował
przekonać sam siebie? I jaka była jego definicja ochotnika? Gdy do
wyboru pozostaje ci egzekucja lub służba w 999. Batalionie, to co
wybierasz?
Kolumna została ponownie sformowana. Maszerowaliśmy całkiem porządnie po
asfaltowej jezdni. Na czele szedł Lӧwe, a obok niego porucznik Komm. Ten
ostatni stracił rękę na froncie. Teraz wsadził kciuk protezy dłoni za
pasek i wyglądał bardzo zawadiacko. Zupełnie jak armia niemiecka -
inwalida, który udaje bohatera. Gdy przeszliśmy kolejny kilometr,
więźniowie ponownie zaczęli się słaniać na nogach. Smagani po plecach
przez strażników i pobudzani wrzaskami Danza, które nawet umrzyka
zmusiłyby do tańca, ledwo się ruszali. Wewnątrz kolumny Mały latał wokół
swojej sekcji jak pies pasterski w stadzie ogłupiałych owiec i starał
się utrzymać kolumnę marszową. Nie chciał pozwolić im upaść, dopóki nie
dotrą do Sennelager. Zobaczyłem, jak nagle się zatrzymał, wydał radosny
okrzyk i trzepnął jednego z więźniów po przyjacielsku w pierś. W pierwszej chwili myślałem, że rozpoznał swojego starego towarzysza.
Brzydki facet był niemal tego samego wzrostu co Mały i nie widać po nim
było, aby się znali. Zmrużył tylko małe, wąskie oczka i patrzył
zadziwiony.
- Kapral?
- Pamiętasz mnie? - krzyknął Mały, waląc go ponownie w środek piersi.
Facet lekko się zachwiał.
- Lutz! Mój stary kumpel Lutz!
- To jakaś pomyłka - mruknął nerwowo. - Mu siałeś mnie z kimś pomylić.
- Paryż! - ryknął Mały. - Paryż, to tam było, pamiętasz? Gay Paree i ta
cała reszta, przez jakiś czas wyciągałeś co noc jakiegoś nowego ptaszka.
Zawsze musiał być to ktoś nowy do przesłuchania i potem już do niego nie
wracaliście... Szybki skok na cipkę jakiejś ładnej Żydóweczki, nim
posłaliście ją na śmierć! Tak zwykle robiliście, co, Lutz? To były dni,
co? Już nie wrócą, prawda, Lutz? Kiedy byłeś w gestapo, reszta z nas
musiała się wam kłaniać i całować wasze tyłki!
- Kapralu, popełniacie straszny błąd - powiedział facet, a na jego czole
zaczęły pokazywać się krople potu. - Nigdy nie byłem w Paryżu, nigdy w całym moim życiu, przysięgam!
- Następnym razem będziesz gadał, że nigdy nie spałeś z kobietą! - kpił
Mały.
Błyskawicznie wyciągnął nóż z cholewki, objął jednym ramieniem szyję
Lutza, niemal go dusząc, a drugą ręką przystawił mu nóż do gardła.
- Mam zamiar zrobić z ciebie żołnierza, Lutz! Od teraz jesteś pod moją
opieką. Chcę zobaczyć, jak zostaniesz najlepszym żołnierzem w tej
cholernej armii. I nie zaznam spokoju, dopóki nie zobaczę, jak walczysz
na froncie i doznajesz naprawdę wielu ran... Rozumiesz mnie? Rozumiesz,
co mówię?
Przestraszony facet zaczął tak potakiwać, że niemal nie poprzecinał
sobie gardła ostrzem noża Małego. Ten zaś zwolnił powoli uścisk i schował nóż za cholewkę.
- No dobrze, a teraz powiedz mi, Lutz - jego głos znowu brzmiał
przyjacielsko - ile obecnie ważysz?
Więzień tak napęczniał, że wydawało mi się, iż jabłko Adama wystrzeli mu
z gardła jak korek pod ciśnieniem wody.
- Jakieś sto dwadzieścia pięć kilogramów, kapralu.
- Aż tyle - Mały udawał przerażonego. - Chryste Wszechmocny, to masz
szczęście, że żyjesz! Nieźle cię żywili, co?
Chwycił ramię mężczyzny z przejęciem.
- Nie martw się, towarzyszu, wkrótce to zmienimy. Solidna dieta z chleba
i wody, dużo zdrowych ćwiczeń, biegi wokół podwórza... Szybko nabierzesz
formy, koleś. Szybko zejdziesz do trzydziestu kilogramów. Sylf - z Sennelager, tak będziemy cię nazywali, dopóki nie skończymy z tobą!
Jakiś kilometr przed obozem porucznik Lӧwe zarządził jeszcze jeden
postój. Więźniowie usiedli na nasiąkniętej wodą ziemi. My, strażnicy,
siadaliśmy obok nich lub szukaliśmy ochrony przed deszczem z boku drogi.
Za chwilę będziemy widoczni z okien obozu, dlatego musimy zacząć
maszerować we wzorowym porządku. Ustawiliśmy się w kolumnę i jeszcze raz
sprawdziliśmy szyk.
- Śpiew! - rozkazał porucznik i grzecznie zaczęliśmy śpiewać.
Wkroczyliśmy do obozu jak regularny pruski regiment, a nie jak banda
włóczęgów i obdartusów, którą faktycznie byliśmy. Zawsze istniała ta
nieprzyjemna możliwość, że pułkownik von Gernstein wrócił kilkanaście
godzin wcześniej i zaraz zacznie wsadzać nos we wszystkie sprawy.
Wiedzieliśmy, że lubi śledzić z daleka przez szkła lornetki swoich
podwładnych i więźniów. Robił to już wcześniej i nauczyliśmy się na
własnej skórze, że ma sokoli wzrok i wychwyci każde uchybienie
dyscyplinarne.
Zatrzymaliśmy się przed blokiem 1. kompanii, gdzie nowi rekruci stali
jeszcze dwie godziny w przejmującym zimnie i strumieniach deszczu. Wtedy
to sierżant sztabowy Hofmann zdecydował się wyjść do nich i obejrzeć
nowych żołnierzy.
Hofmann nosił czarny mundur jednostek pancernych, chociaż - jak było nam
wiadomo - nigdy nie był w czołgu. Jego Biblią był podręcznik sierżanta i nosił go ze sobą wszędzie. Tak był do niego przywiązany, że mogła ich
rozdzielić dopiero kula w sercu Hofmanna. Teraz ruszył powoli w kierunku
rozwleczonej kolumny ochotników i dokładnie przyglądał się każdemu z nich z osobna. Gdy obszedł ostatnią linię rekrutów, ze smutkiem pokiwał
głową i nabrał powietrza jak człowiek, który jednym oddechem może zbawić
świat.
- Małpy! - powiedział z rezygnacją. - Przysłali gadające małpy i myślą,
że zrobię z nich ludzi!
Stawiał ciężko nogi, by wejść po schodkach i stanąć na szczycie podestu.
Rozstawił szeroko nogi, a obok niego stanęło dwóch pachołków. Spojrzał
władczo na zgromadzoną grupę biedaków.
- No dobra - powiedział. - Jestem tu z wami i to jest mój pech.
Jesteście jak kocie rzygi, ale się nie skarżę i wy też nie będziecie się
skarżyć, jeśli zrozumiecie, co jest dla was dobre. Otwórzcie tylko zbyt
szeroko gęby, a zaraz zaczną pojawiać się kłopoty. Poważne kłopoty.
Pochylił się delikatnie do przodu, aby spróbować kołysać się na stopach
jak zawodowy oficer. Widział, jak robi to pułkownik, ale nie było to
takie proste, jak z daleka wyglądało. Odchylił się sztywno do tyłu,
chcąc zachować równowagę.
- Od tej chwili - ryknął - macie tylko jednego anioła stróża i to ja nim
jestem. Wasze życie jest w moich rękach i nigdy o tym nie zapominajcie.
Jeśli zdecyduję, że nie warto marnować powietrza dla waszych oddechów,
tak właśnie będzie! Taki jest wasz los! Czy to jasne?
Położył ręce na biodrach.
- Jesteście ze mną?
Tłumek jego lizusów wydał pomruk radości, do którego dołączyli się
ogłupiali rekruci. Co oni, biedne owce, mogli zrobić? Wielu z nich było
już przedtem żołnierzami, nawet generałami, ale nawet w najskrytszych
snach nie wyobrażali sobie, że znajdą się w takiej sytuacji jak ta. Ten
batalion, o numerze 999, był bardzo znany. Nikt jednak nie przypuszczał,
że sam się w nim znajdzie. W tej chwili wydawało im się, że to jakaś
farsa, los gorszy od śmierci.
Hofmann kontynuował mowę powitalną.
- Od dzisiaj 15. kompania zostaje włączona do 7. pułku pancernego i mogę
tylko dodać, że życzę wam, aby Bóg miał was w swej opiece. Rzygać mi się
chce i dostaję skrętu kiszek, gdy pomyślę, że nasza NIEMIECKA ARMIA
zostanie zanieczyszczona takimi mętami jak wy!
Zrobił krok do przodu i popatrzył na zgromadzonych z pogardą.
- Nie skarżę się, chcę tylko, abyście wiedzieli, co czuję. Dzięki temu
unikniemy w przyszłości nieporozumień.
Szczęśliwie rozległy się pomruki podziękowania za jego wielkoduszność.
- Tutaj, w Sennelager - Hofmann wyraźnie się rozkręcał - nie ma
znaczenia, co robiliście w przeszłości i kim byliście, cholernymi
generałami czy też zamiataczami ulic. Od dzisiaj jesteście sobie równi.
Wszyscy jesteście motłochem. Brodzicie w błocie i musicie zdać sobie
sprawę, że tylko dzięki miękkiemu sercu naszego Fiihrera dostaliście
kolejną szansę. Nasz wódz jest łaskawszy niż ja, bo gdyby to ode mnie
zależało, poszlibyście od razu do piachu.
Spojrzał na kartkę papieru, którą miał przed oczami.
- Widzę między wami dwóch generałów, jednego pułkownika i paru
kapitanów. Pięknie, naprawdę pięknie. Lubię trochę wyższej klasy.
Podnosi poziom towarzystwa i rozmowy. Lubię patrzeć, jak generał na
czworakach czyści latryny. Sprawia mi to ogromną satysfakcję i daje
poczucie równości. To...
Hofmann przerwał dalsze tokowanie, bo kącikami oczu zauważył sierżanta
Wolfa, który opierał się o słup latarni i słuchał tej próżnej przemowy.
Obok Wolfa przyczaiły się jego dwa ulubione wilczury. Wydawało się, że
nawet psy śmieją się z Hofmanna, którego policzki zaczęły drgać nerwowo.
To Wolf najczęściej nabijał się z napuszonego mówcy. Hofmann nie
wiedział, kogo bardziej nienawidził: Porty czy Wolfa. Chyba jednak
Porty, lecz teraz jego zainteresowanie wzbudził uśmiechnięty Wolf. I do
niego zwrócił się z irytacją.
- Z czego się śmiejesz? Nie masz nic lepszego do roboty?
Śmiech Wolfa zamienił się w uśmiech całą gębą. Jeden z psów zaczął
nerwowo uderzać ogonem o ziemię.
- Po prostu cieszę się - powiedział Wolf - bo zawsze lubiłem dobre
komedie.
Oderwał się od słupa latarni.
- Kto ci pisze scenariusze - dopytywał się. - Za takie przedstawienie w cywilu zapłacą ci niezłe pieniądze. Będą tonęli ze śmiechu w kałużach
łez.
Hofmann napuszył się jak indor i wydawało się, że zaraz pęknie. Poniżać
pruskiego sierżanta w obecności skruszonych kryminalistów! Co ta wojna
zrobiła ze świata?
- Sierżancie Wolf - powiedział dostojnie, jakby był w trakcie musztry. -
Zaznaczam, że będę musiał zameldować o tym zajściu. Przekroczył pan
wszelkie granice i obraził pan niemieckiego oficera!
- Honor? - ryczał ze śmiechu Wolf. - Jaki honor?
Potem zatoczył się radośnie.
- Zapomnij o nim, chłopie! Jeszcze do niego nie dorosłeś! Pamiętasz, co
powiedział Ludendorff? Pojęcie honoru dotyczy wojskowych od stopnia
porucznika w górę, więc wsadź sobie swoje pieprzenie w dupę i skończ ten
cyrk!
Odwrócił się i ruszył, trzęsąc się ze śmiechu. Wierne psy szły za nim z nosami przy jego butach. Hofmann odwrócił się nerwowo w stronę swego
orszaku. Przyglądał się wszystkim podejrzliwie, szukając na twarzach
choćby śladu śmiechu lub kpiny. Zobaczył jednak tylko nieruchome lub
zimne twarze. Był ich aniołem stróżem. Ich życie było w jego rękach. Tu
nie było miejsca na uśmieszki.
Dobra - powiedział Hofmann. - Wszystko w porządku. Przejdźmy do
następnego punktu. Zobaczycie na tablicy w moim biurze listę przepisów i zarządzeń. Co wolno, a czego nie wolno. Weźcie to sobie do serca. Od
tego zależy wasze życie. Mam oczy z tyłu głowy, a nawet w tyłku. Nic tu
się nie dzieje bez mojej wiedzy! Jeśli ktoś choć na krok przekroczy
przepisy, już jest trupem! Czy wyrażam się jasno?
Cały chór pochlebców zapewniał go, że to było świetne przemówienie i że
wszystko jest jasne. Hofmann wydawał się usatysfakcjonowany, bo wszyscy
podporządkowali się jego woli. Obojętnym ruchem dał spocznij. Zmordowani
ludzie weszli do baraku i opadłi na beton jak bezwładna masa pozbawiona
kości. Rekruci pozostali w tym miejscu aż do rana, pozbawieni żywności i wody, w mokrych ubraniach.
Życie w Sennelager, jeśli to w ogóle można było nazwać życiem, zaczynało
się o czwartej rano od walenia obcasów w podłogi korytarzy.
Przeszywające duszę gwizdki i ochrypłe okrzyki dopełniały ceremonii
pobudki i podrywały na nogi każdego, kogo jeszcze nie obudziło kopanie w drzwi. Niemiecki podoficer nigdy nie podchodzi do drzwi w normalny
sposób. Nigdy nie otwiera ich, używając klamki. Drzwi stanowią dla niego
złośliwe wyzwanie, atakuje je i niszczy z nienawiścią na twarzy.
Przecież po to są drzwi, prawda? Największą ambicją podoficera, niemalże
sensem jego istnienia, jest takie kopnięcie drzwi, aby za jednym razem
wyrwać je z zawiasów. Czyli, jak to Porta zwykł mówić: "W oczach Boga i pruskiej armii nic nie jest niemożliwe".
O czwartej rano w Sennelager zaczynało się gwałtowne walenie i bębnienie, niemalże szturm. Nawet Porta nie był w stanie wytrzymać tego
dudnienia i wstawał z łóżka. Potem żołnierze byli wyrzucani z łóżek i mieli pięć minut na idealne ich posłanie. Tak zaczynała się lekcja
dyscypliny.
W kwaterach oficerów każdego poranka widać było pułkownika, jak wykonuje
ćwiczenia gimnastyczne w rytm wojskowej muzyki. Miał cały zestaw
pobudzających ćwiczeń, które wykonywał z pruską precyzją. Gimnastykę
zawsze kończył jazdą na mechanicznym koniu w rytm marszu 18. pułku
huzarów.
Dla nas, zwykłych szarych żołnierzy, walka o przetrwanie w przepełnionych barakach była zupełnie czymś innym. Powykręcane w stawach
stopy przyczepione do kościstych nóg szukały każdego centymetra
kwadratowego wolnej powierzchni pod prysznicem. Gołe paluchy były
miażdżone, a ludzie klęli i rozpychali się, gdy podoficerowie w ciężkich
buciorach przechadzali się między nimi.
Wszędzie panowało zamieszanie. Zbyt wielu ludzi musiało być w zbyt wielu
miejscach w tym samym czasie. Wszystko trzeba było robić po dwa razy.
Rzadko można było zobaczyć w Sennelager kogoś, kto spacerował.
Obowiązywał trucht albo bieg. Po pewnym czasie wchodziło to w krew. Był
to ciągły bieg o przetrwanie, a najwolniejsi wędrowali pod ścianę.
Ruszać się! Podnoście wyżej te kopyta! Myślisz, że co to jest, Niedziela
Palmowa?!
I tak przez cały czas. Zmieniłem się w człowieka, który przywoływał sam
siebie do porządku, jakby to była moja własna sprawa.
Jednym z najgorszych podoficerów w Sennelager był Helmuth, kucharz z 5.
kompanii. Był to urodzony tchórz, donosiciel i liżydupa. Z takiej hołoty
gestapo rekrutowało swoje gołąbki pokoju. To właśnie Helmuth zupełnie
bezinteresownie wylał dzbanek wrzącej kawy na Fischera, jednego z najspokojniejszych i najłagodniejszych ludzi w 999. Batalionie. I chyba
właśnie łagodność sprowokowała tego sadystę. Zauważyłem, że ludzie
pokroju Helmutha nie znoszą łagodności i pokory, do nich przemawia tylko
bat. Biedny Fischer był chyba pastorem, nim trafił do piekła w Sennelager. Wyobrażał sobie, że będąc sługą Boga, ma jego specjalną
protekcję, i gdy stał przed mównicą i denuncjował zbrodnie Hitlera i nazistów przed swym zgromadzeniem, ludzie dyskretnie opuszczali zbór.
Tej samej nocy widma w skórzanych płaszczach przyszły do jego domu i został aresztowany. Pastora Fischera poddano serii doświadczeń, o jakich
nie mógł przeczytać w swojej Biblii. Zaczęło się to w Bielefeld, potem w Dachau, w specjalnym skrzydle tortur przeznaczonym dla sług bożych.
Jednak najgorsze z tego wszystkiego było to, że aresztowano również jego
żonę i trójkę dzieci. Dachau było niczym w porównaniu z troską o los
rodziny.
Teraz wysłali go do Sennelager, gdzie spotkał ludzi pokroju Helmutha,
który oblał go gorącą kawą tylko po to, aby radować się krzykiem
męczonego człowieka. Fischer w nienaturalny sposób zaczął machać rękami,
zrzucając cynowy kubek na ziemię. Strumień cieczy spadł prosto na
świecące buty sierżanta Helmutha. Gdyby były pastor miał więcej
doświadczenia, stałby nieruchomo i pozwolił poparzyć sobie ręce do
kości. Byłoby warto, bo uzyskałby kilka dni spokoju, leżąc w izbie
chorych. Ale Fischer był zielony i nie nauczył się jeszcze, jak
kontrolować własne odruchy. Zachował się dokładnie tak, jak życzył sobie
Helmuth. W przejmującej ciszy, jaka zaległa, sierżant podniósł do góry
dzbanek po kawie i uderzył nim w twarz rekruta. Staliśmy i patrzyliśmy
na to, ale nikt nie powiedział nawet jednego słowa. Było to typowe
zachowanie w Sennelager. Trzymaj język za zębami cały czas. Nic nie
zyskasz gadaniną. Mogliśmy nienawidzić Helmutha, ale kim był dla nas
pastor Fischer? Ledwie jednym z trzystu nowo przybyłych rekrutów. Nikt z nas nie zamierzał ryzykować śmiertelnego starcia dla nieznanego pastora.
Helmuth rzucił dzbanek na ziemię. Wyszedł zza stołu i pokazał na swoje
poplamione buty.
Chodź tu, klecho. Na kolana i módl się. Wyliż mi buty, abyśmy dla
odmiany mieli lekcję pokory...
Fischer powoli opadł na kolana, trudno mi było sobie wyobrazić, jak on
potem podniesie się z podłogi. Był już stary, miał ponad sześćdziesiąt
lat, złamany traktowaniem w Bielefeld i Dachau, ale jego wola życia
musiała być naprawdę wielka, skoro udało mu się dotrzeć aż tutaj.
Wyciągnął chudą szyję do przodu. Wyglądała jak zniszczona pończocha.
Powoli jego język zbliżył się do prawego buta Helmutha. To był spektakl,
który oglądaliśmy wielokrotnie, więc nie traktowaliśmy go nawet jako
upokorzenie. Przechodziliśmy wszyscy przez podobne doświadczenia tu lub
gdziekolwiek indziej. Szybko się przyzwyczajasz, jak połknąć własne
obrzydzenie. Musisz się tego nauczyć, jeśli chcesz przetrwać. Ale
pierwszy raz jest naprawdę trudny. Dla mnie też nie było to łatwe, gdy
byłem w 7. Pułku Ułanów i kazano nam lizać końskie kopyta przez siedem
dni w tygodniu. Nie było więc dziwne, że Fischer wykonywał polecenie z ciężkim sercem. Nie pomogło mu w tym oczywiście kopnięcie butem w twarz.
Przewrócił się na plecy i wypluł resztki zębów. Gdy to robił, Hel muth
podniósł dzbanek z podłogi i ponownie uderzył pastora w głowę. To był
już koniec porannej zabawy. Sierżant miał inne obowiązki, a nowa ofiara
została dyskretnie zawleczona do izby chorych, aby doktor stwierdził,
czy przeżyje. Prawdopodobnie jednak umrze. Taki stary człowiek był
nikomu niepotrzebny. "Spadł ze schodów z powodu niedożywienia w poprzednim miejscu zatrzymania"... W tym czasie raport trafiał do
poprzedniego więzienia, gdzie zaprzeczano tym oskarżeniom, następnie
dokumenty stemplowano, kopiowano i odsyłano do jakiegoś daleko
położonego gabinetu, gdzie ginęły w stosie opisów podobnych przypadków.
Facet przecież nie żył, był spisany na straty już dawno temu i kto
będzie sobie zawracał głowę, co stało się naprawdę i jak on wyglądał.
Po tej musicalowej farsie w wykonaniu Helmu tha i Fischera zaczęto tak
zwaną poranną sesję sportów. Nazwa była niewinna, lecz nie było dnia,
aby jakiś biedak, który nie mógł wytrzymać tempa, nie został zakopany na
śmierć. Sesja sportowa w Sennelager była prawdziwym testem na
przetrwanie, któremu mogliby nie sprostać nawet wy trenowani
olimpijczycy. Ale gdy jedyną alternatywą jest śmierć, niesamowite jest,
czego potrafią dokonać na wpół zagłodzeni ludzie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki