Królestwo mrówek - Herbert George Wells

Kup ebooka

8.49 zł
6.96 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

KRÓLESTWO MRÓWEK

I

Kiedy kapitan Gerilleau otrzymał rozkaz poprowadzenia kanonierki "Benjamin Constant" do Badamy, leżące] nad Batenem, dopływem Quaramadema, ażeby dopomóc mieszkańcom, nawiedzonym przez plagę mrówek - posądził władzę o kpiny. Awansował dotychczas w sposób romantyczny i nieprzewidziany. Pomagały mu do tego jego marzące oczy i miłość pewnej eleganckiej brazylijskiej damy; fakt ten nawet podniosły pisma "Diaro" i "O Futuro" w przykrej formie, nie szczędząc ironicznych komentarzy. Kapitan obawiał się więc, że i obecnie da znów powód do kpin i nieposzanowania. Był on Kreolem, choć jego poglądy na etykietę i dyscyplinę zdradzały czystą krew portugalską. Otwierał swoje serce jedynie przed Holroydem, inżynierem z Lancastire'u, który przybył wraz ze statkiem. Zwierzenia swoje traktował w znacznej mierze, jako ćwiczenia w języku angielskim: "th" bowiem jego brzmiało wciąż niezadawalniająco. - Niewątpliwie - powtarzał - chcą mnie ośmieszyć. Jaka może być rada na mrówki? Przyszły, to i pójdą.

- Kiedy właśnie - odrzekł Holroyd - te mrówki nie chcą się wynieść, ów chłopak, który, jak pan mówił, jest Zambo...

- Zambo, on powiada, że to nie mrówki, a ludzie zaczynają uciekać. Kapitan palił nerwowo papierosa. - Takie rzeczy bywają - powiedział wreszcie. - Cóż wielkiego? Plaga mrówek, czy Bóg wie czego? Była już taka plaga w Trynidad - malutkie mrówki, objadające liście z drzew, zniszczyły wszystkie pomarańcze i mangowe drzewa. O cóż chodzi? Czasami się też zdarza, że całe armje mrówek napadają na dom. Trzeba wtedy dom opuścić. Kiedy się wraca - dom jest czyściutki, jak nowy. Skorpjonów, karaluchów, pcheł - ani na lekarstwo! - Ten Zambo powiada - odparł Holroyd - że to jest jakiś nowy gatunek mrówek. Kapitan wzruszył ramionami, rozgniewany, i zajął się całkowicie papierosem, Powrócił jednak do przerwanej rozmowy. - Mój drogi Holroydzie, cóż ja mogę poradzić na te diabelskie mrówki? Zastanowił się chwilę. - Ależ to nonsens! - zadecydował. Po południu włożył odświętny garnitur i zszedł na brzeg; kiedy powracał, poprzedzały go skrzynie i skrzynki z butelkami. Holroyd siedział na pokładzie, palił namiętnie, zachwycając się chłodnym brazylijskim wieczorem. Był oto o sześć dni drogi od dorzecza Amazonki, o kilka set mil - od oceanu; horyzont był rozległy, jak na morzu, od południa widniała ławica piaszczysta, usiana kępami trzciny. Woda płynęła wartko, jak ze śluzy, mętna i spieniona, roiła się od krokodyli i ptactwa wodnego, niosąc na swych falach zwalone pnie drzewne. Ta pustynia, niezmierzona pustynia, przepełniała, zda się, duszę. Miasteczko Alemquer, z krytemi słomą domkami, nędznym kościółkiem, ze zrujnowanemi zabytkami lepszych czasów - zdawało się nic nieznaczącym punktem w tem rozpasaniu dzikiej przyrody drobną monetą, zgubioną na Saharze. Holroyd był młodym człowiekiem, po raz pierwszy przebywał pod zwrotnikiem. Przyjechał wprost z Anglji, gdzie drogi, kanały i płoty doprowadziły przyrodę do stanu zupełnej uległości. Tutaj zrozumiał nagle, jak niewiele znaczy człowiek. Od sześciu dni płynęli przeciwko prądowi, przez mało znane przesmyki rzeczne, gdzie niezmiernie rzadko udawało się spostrzec człowieka. Jednego dnia widziało się łódkę; innego - daleki posterunek; kiedy indziej wreszcie nie dostrzegano żywej duszy. Zdawało się już Holroydowi, że człowiek jest rządkiem zwierzęciem, odgrywającem nieznaczną rolę w wszechświecie... Uprzytomnił to sobie jeszcze lepiej, po upływie pewnego czasu, w ciągu owej krętej drogi w kierunku Batemo, w towarzystwie tego dziwnego zwierzchnika, który wiózł na pokładzie wielką armatę, choć nie wolno mu było marnotrawić nabojów, Holroyd prędko nauczył się hiszpańskiego języka, choć posługiwał się właściwie tylko czasem teraźniejszym i pierwszym przypadkiem. Jedyną jeszcze osobą na statku, która umiała kilka słów po angielsku, był szofer-murzyn, ale jak mówił! Pożal się Boże! Pomocnik kapitana da Cunha, "parlował" niby po francusku, ale Holroyd poznał francuszczyznę zupełnie inną w Louthporcie, więc też musieli poprzestawać na wymianie uprzejmości i krótkich zdań o pogodzie, ale nawet pogoda w tym zastanawiającym nowym świecie, nawet pogoda nie była ludzką: upał w dzień, upał w nocy; w powietrzu pełno było pary, nawet wiatr dmuchał gorącą parą, nasyconą zapachem rozkładającej się roślinności; aligatory, dziwaczne ptaki, owady wszelkiego rodzaju i najrozmaitszej wielkości, żuki i mrówki zdawały się pytać, czego chce człowiek w tym kraju, gdzie w atmosferze dni upalnych nie było radości, a noc nie dawała ochłody. Ciężar ubrania stawał się nie do zniesienia, ale nie można go było zdjąć w dzień pod grozą upieczenia się na słońcu, a w nocy - pożarcia przez moskity. Na pokładzie oślepiało słońce, a w kajucie można się było udusić. W ciągu dnia nawiedzały okręt małe muszki, natrętne i jadowite, tnące zawsze w okolicę kostki lub dłoni. Kapitan Gerilleau, jedyna rozrywka dla Holroyda wśród tych mąk fizycznych, wiercił mu dziurę w brzuchu, opowiadając dzień w dzień, jakby różaniec, wciąż te same miłosne przygody z anonimową kolekcja kobiet. Czasem proponował polowanie, więc strzelali do aligatorów; w rzadkich odstępach czasu zawijali do siedzib ludzkich, w cieniu drzew, zatrzymywali się na dzień, dwa, siedzieli i pili z kim się nadarzyło. Pewnej nocy tańczyli z Kreolkami, które uznały, że słabe początki Holroyda w kunszcie hiszpańskiego języka, aż nadto wystarczają na ich potrzeby. Ale to były tylko jasne przebłyski w tym szarym ciągu dni podróżnych po bystrej rzece, wśród miarowego łomotu motoru. Jedyną pociechą było pewne bóstwo, przychylne i pogańskie, które pod postacią półgąsiora wina pilnowało kusząco tyłu okrętu. Gerilleau podczas postojów dowiadywał się corazto nowych i nowych rzeczy o mrówkach i wreszcie począł się interesować swą misją. - To jest jakiś nowy gatunek - zadecydował. - Chyba zostaniemy - jak to się nazywa - entomologami. Są olbrzymie, pięciocentymetrowe! Nawet większe! To jest dzikie! Będziemy musieli, jak małpy, iskać się i tępić owady. Ba, kiedy one poprostu pożerają okolicę. Nagle wybuchnął gniewem. - Niech pan sobie wyobrazi, że wynikają jakieś zatargi z Europą. A ja jestem tutaj - wkrótce będziemy powyżej Rio Negro - i moja armata śniedzieje nieużytecznie w tym przeklętym kraju. Poklepał swoje kolano i zamyślił się. - Ci ludzie, stamtąd, gdzieśmy tańczyli, zwiali wszyscy, co do nogi. Porzucili cały swój dobytek. Pewnego dnia mrówki napadły na ich domy. Wszyscy musieli się wynieść. Wiadome rzeczy, kiedy nadchodzą mrówki, trzeba brać nogi za pas i zostawić dom na łasce Bożej. Gdyby kto został, pożarłyby go, jak nic. Niech pan słucha! Zazwyczaj, potem mrówki odchodzą; mówi się: - "Mrówki przeszły". - Tymczasem tutaj... mrówki nie przeszły. Spróbowali wrócić do domu - syn najpierw. Mrówki napadły jego. - Oblazły go? - Pogryzły. Więc wybiegł pędem z domu i wrzeszczał. Przebiegł przed wszystkimi - i buch do rzeki. Rozumie pan? Skoczył do rzeki i zatopił mrówki. Tak. Gerilleau umilkł, spojrzał na Holroyda swemi omdlewającemi oczyma i poklepał jego kolano. - Tejże nocy umarł, zupełnie, jakby go ugryzł wąż. - Te mrówki jadowite? - Kto wie? - Gerilleau wzruszył ramionami. - Możliwe, że go jakoś okropnie pogryzły. Wstąpiłem do marynarki poto, żeby walczyć z ludźmi. Takie mrówki, to sobie przychodzą i odchodzą. To nie jest zajęcie dla mnie.

CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI

II

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

III

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

IV

TEKST DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI