1
Prowincja Tshopo, Demokratyczna Republika Konga
23 kwietnia, godzina 7.23 czasu miejscowego
Ostre ukłucie przywołało Charlotte Girard do brutalnej rzeczywistości. Śniła, że pływa nago w orzeźwiająco zimnym basenie w wiejskiej posiadłości swojej rodziny na Lazurowym Wybrzeżu. Klepnęła się w szyję i gwałtownie usiadła w namiocie, w którym było gorąco i parno. Wilgotne powietrze wydawało się gęste. Poczuła kolejne ukłucie na grzbiecie drugiej dłoni i odruchowo potrząsając ręką, wplątała ją w moskitierę.
Zaklęła po francusku i uwolniła dłoń. Rozglądając się za winowajcą, spodziewała się zobaczyć jedną z czarnych much, które nękały obóz pomocy humanitarnej działający pod auspicjami ONZ-etu. Tymczasem ujrzała na nadgarstku czerwono-czarną mrówkę - długą jak paznokieć - z żuwaczkami głęboko wbitymi w ciało.
Przerażona, strzepnęła ją drugą ręką. Owad wylądował na moskitierze i powędrował w górę. Charlotte z łomoczącym sercem odsunęła siatkę. Po podłodze tej części namiotu, w której spała, dreptały szeregi mrówek, a inne zygzakami wspinały się po ścianach.
Skąd one się tu wzięły?
Zanim włożyła sandały, strąciła z nich kilka zabłąkanych owadów, a następnie ruszyła po tej żywej mapie na podłodze. Na szczęście była już ubrana; miała na sobie niebieski kombinezon i białą kamizelkę.
Zerknęła na swoje odbicie w stojącym lustrze. Drgnęła z przerażenia na widok własnej twarzy. Dobiegała trzydziestki, a wyglądała przynajmniej o dziesięć lat starzej. Praktyczny kucyk, w który związała hebanowe włosy, przekrzywił się, gdy spała. Oczy wciąż były podpuchnięte i matowe ze zmęczenia. Skóra łuszczyła się po dniach spędzonych na słońcu. Jej dermatolog z Montmartre przeraziłby się, ale tutaj, w afrykańskim buszu, nie miała czasu na takie subtelności jak drogie filtry przeciwsłoneczne i mleczka nawilżające.
Położyła się do łóżka - a raczej na nie padła - kompletnie wyczerpana, dobrze po północy. Była najmłodsza w czteroosobowym zespole medycznym z organizacji Médecins Sans Fronti?res, Lekarze bez Granic. Brakowało im personelu, a do obozu napływało coraz więcej uchodźców, gdy padający niemal bez przerwy deszcz zalewał dżungle na wschodzie.
Osiem dni temu przyleciała tu śmigłowcem z miasta Kisangani, gdzie pomagała UNICEF-owi w programie Zdrowe Wioski. W obozie szybko poczuła się przytłoczona. Dopiero dwa lata temu ukończyła rezydenturę z pediatrii na USPC - Université Sorbonne-Paris-Cité - i zdecydowana zrobić coś dla innych, złożyła wniosek o roczny staż w MSF. Wtedy wydawało jej się to wielką przygodą i była zdecydowana ją przeżyć, zanim pogrąży się w rutynie pracy w szpitalu. Poza tym w dzieciństwie mieszkała w Brazzaville, stolicy państwa Kongo, sąsiadującego z Demokratyczną Republiką Konga, i potem zawsze chciała wrócić do Afryki Środkowej. Jej wyidealizowany obraz Konga odbiegał jednak bardzo od rzeczywistości. Minione lata nie przygotowały jej na trudy życia w takim miejscu.
Na przykład na to, że wszystko tutaj próbuje cię zjeść, użądlić, otruć albo oszukać.
Odchyliła klapę namiotu i wyszła na zewnątrz. Przez chmury przebijało się słońce poranka, zmrużyła więc oczy i osłoniła je dłonią. Po prawej stronie stały kryte strzechą chaty i chałupy z blaszanymi dachami. Płynąca w pobliżu wezbrana rzeka Tshopo zmiotła wiele domostw. Po lewej stronie ciągnęły się namioty i prowizoryczne szopy. Zajmowali je uchodźcy z innych wiosek, zmuszeni do ucieczki przed podnoszącą się wodą.
W i tak już przeludnionym obozie codziennie pojawiali się kolejni.
Zapach dymu z kilkudziesięciu ognisk nie tłumił smrodu otwartych ścieków. Przybywało chorych na cholerę, a zespołowi medycznemu kończyły się płyny infuzyjne i doksycyklina. Wczoraj Charlotte zajmowała się kilkunastoma osobami chorymi na malarię.
Nie był to sielankowy świat przyrody, jaki wyobrażała sobie w Paryżu.
Jakby na potwierdzenie tego w oddali zadudnił złowieszczo grzmot. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy burze przetaczały się przez ten obszar, zalewając tereny nawet w porze suchej podmokłe. Były to najgorsze opady od ponad wieku i prognozy pogody nie wróżyły dobrze. Wody powodziowe zagrażały środkowym regionom Demokratycznej Republiki Konga, a korupcja i biurokracja spowalniały pomoc humanitarną. Charlotte modliła się, żeby ONZ nie zwlekał z kolejną dostawą zaopatrzenia medycznego, bo sytuacja stawała się tragiczna.
Idąc w stronę namiotu medycznego, zobaczyła, jak mała dziewczynka kuca i oddaje wodnisty stolec. Dziewczynka zaczęła krzyczeć z bólu, bo mrówki oblazły jej bose stopy i wspinały się wyżej. Jakaś kobieta, pewnie matka, podniosła ją za ramię i zaczęła strzepywać z niej owady.
Charlotte podbiegła do nich, pomogła usunąć mrówki z ciała dziewczynki, po czym wskazała namiot, w którym mieściła się obozowa przychodnia. Znała niewiele słów w suahili.
- Dawa - powiedziała, prowadząc kobietę i dziecko. - Twoja córka potrzebuje lekarstwa.
Odwodnienie - spowodowane cholerą czy tysiącem innych przyczyn - może zabić dziecko w niespełna dzień.
- Kuza, kuza - ponagliła, ciągnąc kobietę.
Wszędzie wokół kręcili się uchodźcy. Wielu zaopatrzyło się w miotły z liści palmowych i walczyło z nacierającą hordą mrówek. Mężczyzna z plemienia Luba zamiatał ścieżkę, przesuwając się w stronę namiotu medycznego. Podążając za nim, bezpiecznie dotarły pod plandekę rozpiętą nad wejściem. Z wnętrza namiotu dochodził zapach środka dezynfekującego i jodu i na chwilę stłumił smród obozu.
Cort Jameson, siwowłosy pediatra z Nowego Jorku, zauważył Charlotte.
- Co dla mnie masz, doktor Girard? - zapytał po angielsku, używając żargonu medyków.
- Kolejny przypadek biegunki - odparła, prowadząc do niego kobietę z dzieckiem.
- Zajmę się tym - rzucił i podsunął Charlotte blaszany kubek z parującą kawą. - Najpierw coś na rozruch. Wygląda na to, że ledwie co otworzyłaś oczy. Poradzę sobie sam przez kilka minut.
Uśmiechnęła się, z wdzięcznością wzięła od niego kubek i oburącz uniosła go pod nos. Sam zapach przyspieszył bicie jej serca. Kawa tutaj była gęsta jak syrop, zupełnie inna niż łagodna petit café w jej ulubionej paryskiej kawiarni. Cały zespół zdążył się już od niej uzależnić i na wpół żartem rozważali, czy nie przyjmować jej dożylnie.
Odeszła na bok, by delektować się chwilą spokoju i ciemnym gorzkim napojem.
Jej wzrok zatrzymał się na krępej sylwetce Benjamina Freya, dwudziestotrzyletniego biologa doktoranta z Cambridge. Był w stroju safari, na kasztanowych włosach miał kapelusz z podgiętym rondem, a na nogach białe tenisówki, które w niewytłumaczalny sposób utrzymywał w idealnej czystości. Jego gwałtowne ruchy oraz tiki mogły wskazywać na autyzm, ale wysokofunkcjonujący. Benjamin potrafił również zagłębić się w jakiś ezoteryczny temat, nie zwracając uwagi na zainteresowanie słuchaczy... lub jego brak.
Podeszła, gdy przykucnął nad szlakiem mrówek i chwycił jedną pęsetą. Ciekawiła ją ta inwazja, najnowsza plaga, która nawiedziła obóz.
Frey spojrzał na Charlotte przez ramię.
- Dorylus wilverthi - rzucił, pokazując jej schwytany okaz. - Afrykańska mrówka koczująca. Nazywana siafu. Jeden z największych rodzajów rodziny mrówkowatych. Żołnierze, tacy jak ten, mogą osiągać do trzynastu milimetrów długości, a ich królowa pięć centymetrów. Mają tak mocne żuwaczki, że miejscowe plemiona używają ich do zszywania skaleczeń.
Charlotte zauważyła, że młody człowiek zapala się do tego tematu, i przerwała mu.
- Ale skąd się tu wzięły?
- Są uchodźcami, jak wszyscy tutaj. - Opuścił mrówkę na ziemię i wstał. Wycelował pęsetą w kierunku wzburzonej rzeki Tshopo. - Powódź wypędziła je z naturalnych siedlisk.
Dopiero po dłuższej chwili zrozumiała, że niesione przez nurt czarne wyspy nie są stosami szczątków. Były to zwarte tratwy sczepionych ze sobą czerwonych mrówek.
- Dlaczego się nie potopiły? - zapytała.
- To dla nich żaden problem. Potrafią przetrwać cały dzień pod wodą. Mrówki są wytrzymałymi małymi żołnierzami. Istnieją od czasów dinozaurów i skolonizowały każdy kontynent. Z wyjątkiem Antarktydy oczywiście.
Zrobiło jej się niedobrze, zwłaszcza gdy zobaczyła, że jedna z tratw rozbija się o brzeg i fala mrówek wdziera się na ląd. Najeźdźcy działali jednomyślnie, jakby przeprowadzali z góry zaplanowany atak.
- I są niegłupie - dodał Frey. - Jeden osobnik ma dwieście pięćdziesiąt tysięcy komórek mózgowych. Czyni je to najmądrzejszymi owadami na planecie. Jeśli pomnożymy to przez czterdzieści tysięcy, otrzymamy twór dorównujący nam inteligencją. A pamiętaj, że niektóre superkolonie Dorylus wilverthi liczą ponad pięćdziesiąt milionów osobników. Potrafisz to sobie wyobrazić? Wszystkie dowodzone przez królową, która może żyć nawet trzydzieści lat, dłużej niż jakikolwiek inny owad. Więc nie lekceważ ich.
Charlotte nagle pożałowała, że go zagadnęła. Odwróciła się, ale Frey jeszcze nie skończył.
- Dopóki ta armia nie pomaszeruje dalej, powinniśmy spodziewać się wielu ukąszeń. Oprócz sprytu mrówki koczujące mają paskudny charakter, a także odpowiednie uzbrojenie. Ich żuwaczki są twarde jak stal i ostre jak brzytwa. Te mrówki są znane z tego, że podczas marszu pożerają wszystko na swojej drodze. Potrafią zabić spętanego konia i obgryźć go do kości. Albo psy zamknięte w domach. A czasami niemowlęta.
Charlotte z trudem przełknęła ślinę. Jakbyśmy nie mieli dość problemów, pomyślała.
- Kiedy stąd odejdą? - spytała.
Frey zmarszczył czoło i oparł dłonie na biodrach. Obserwował sznury owadów ciągnące od rzeki przez obóz.
- To dziwne - odezwał się po chwili. - Takie zachowanie jest niezwykłe. Zazwyczaj mrówki koczujące unikają zamętu, miejsc takich jak to. Wolą trzymać się cienia i dżungli. - Wzruszył ramionami. - Ale ta powódź też jest nietypowa. Może dlatego są wyjątkowo agresywne. W końcu powinny się jednak uspokoić i ruszyć dalej.
- Mam nadzieję, że się nie mylisz.
Skinął głową, z niepokojem obserwując migrującą kolonię.
- Ja też - rzucił.
Godzina 11.02
Charlotte zaświeciła latarką w oczy trzymiesięcznego niemowlęcia. Chłopczyk spoczywał w ramionach zatroskanej matki. Trzymał kciuk w ustach, ale go nie ssał. Leżał spokojnie; jego plecy były niezwykle sztywne i proste. Rozszerzone źrenice prawie nie reagowały na światło. Gdyby nie unosząca się klatka piersiowa, można by go było wziąć za woskową lalkę. Skóra dziecka miała połysk jak przy gorączce, ale temperatura utrzymywała się w normie.
- Co o tym sądzisz? - zapytała, nie odwracając się.
Cort Jameson stał przy jej ramieniu. Ściągnęła go na konsultację. Skupili się za cienką zasłoną, oddzielającą ich od zatłoczonej części namiotu.
- Wczoraj widziałem podobny przypadek - oznajmił amerykański pediatra. - Nastoletnia dziewczynka. Ojciec powiedział, że przestała mówić i ledwo się porusza, chyba że się ją szturchnie. Zjawiła się z obrzękiem węzłów chłonnych i wysypką na brzuchu. Jak ten chłopiec. Pomyślałem, że to może być trypanosomoza w późnym stadium.
- Śpiączka - mruknęła Charlotte, zastanawiając się nad tą diagnozą. Chorobę wywołuje pasożytniczy pierwotniak przenoszony przez muchy tse-tse. Do wczesnych objawów choroby należą obrzęk węzłów chłonnych, wysypka, bóle głowy i ból mięśni. Później, jeśli pacjent nie jest leczony, choroba atakuje ośrodkowy układ nerwowy, co prowadzi do zaburzeń mowy i trudności w chodzeniu. - Co się stało z tą dziewczynką? - zapytała.
Cort wzruszył ramionami.
- Dałem jej kroplówkę, bo była odwodniona, a potem nafaszerowałem ją doksycykliną i pentamidyną. Uwzględniłem wszystko, co mogłem. Próbowałem nakłonić ojca, żeby ją zostawił, ale odmówił. Później dowiedziałem się, że zwrócił się do szamana ze swojej wioski.
Charlotte usłyszała nutę pogardy w głosie kolegi. Wyciągnęła do niego dłoń, żeby go pocieszyć.
- Jej ojciec też robi, co może - zauważyła.
- Pewnie tak - przyznał.
Nie potępiała ojca dziewczynki za jego decyzję. Wielu szamanów znało ziołowe i mineralne środki leczące różne choroby, leki jeszcze nieodkryte albo niepotwierdzone przez medycynę akademicką. Sama badała kilka z nich. Rdzenni mieszkańcy leczyli grejpfrutami infekcje dróg moczowych na długo przed tym, nim zachodnia medycyna potwierdziła korzyści płynące z cytrusów. Szamani używali Ocimum gratissimum - bazylii eugenolowej - w leczeniu biegunki. Charlotte myślała już o tym, że ona i jej koledzy mogliby sięgnąć po tę roślinę, gdyby w obozie skończyły się lekarstwa.
- Nie sądzę, żeby to maleństwo miało śpiączkę - powiedziała, wskazując na niemowlę. - Początkowo, biorąc pod uwagę minimalną reakcję źrenicy i brak odruchu mrugania, uznałam, że to może być ślepota rzeczna. Ale w jego oczach nie wykryłam tych małych owadów przenoszących pasożyty.
- Więc co to może być według ciebie? - zapytał Cort.
- Jego matka mówi, że dwa dni temu czuł się dobrze. Jeśli się nie myliła, to organizm zareagował zbyt szybko, by w grę mogła wchodzić choroba pasożytnicza. Szybkość wskazuje na wirusa.
- Z pewnością ich tutaj nie brakuje. Żółta febra, AIDS, chikungunya, denga, gorączka doliny Rift, gorączka Zachodniego Nilu. Nie wspominając o wszelkiego rodzaju wirusach ospy. Ospa małpia, ospa wietrzna...
- Nie wiem. Objawy nie pasują do żadnej z tych chorób. Niewykluczone, że mamy do czynienia z czymś nowym. Większość nowych wirusów powstaje w wyniku zakłócania środowiska naturalnego. Budowa dróg, wycinanie lasów, spożywanie mięsa dzikich zwierząt... wszystko to odgrywa rolę. - Charlotte spojrzała na amerykańskiego kolegę. - Również ulewne deszcze, zwłaszcza w przypadku wirusów przenoszonych przez komary i inne owady.
Jakby na potwierdzenie tych domysłów po rączce niemowlęcia wspięła się na jego szyję duża mrówka. Pociekła krew, gdy jej żuwaczki przecinały delikatną skórę. Charlotte wiedziała już, jak bolesne są takie ukąszenia, ale dziecko ani drgnęło. Nie wysunęło kciuka z buzi, żeby krzyknąć. Nawet nie mrugnęło z zaskoczenia. Leżało sztywno i patrzyło w pustkę matowymi oczami.
Spojrzała na chłopczyka współczująco, po czym sięgnęła dłonią w rękawiczce do jego szyi i złapała mrówkę. Ścisnęła ją mocno i odrzuciła.
Cort Jameson ze ściągniętymi brwiami obserwował Charlotte.
- Módlmy się, żebyś nie miała racji, żeby nie był to jakiś nowy wirus - powiedział. - Przeludnienie, przesiedlenia, migracje...
To może oznaczać nadciągającą katastrofę, pomyślała.
- Może powinniśmy zaostrzyć procedury bezpieczeństwa, dopóki nie dowiemy się czegoś więcej - zasugerowała. - Na razie pobiorę próbki krwi i moczu.
Cort zmrużył oczy.
- Nie wiem, czy to coś da. Biorąc pod uwagę panujący tu chaos, miną tygodnie, zanim będziemy mogli dostarczyć je do laboratorium z prawdziwego zdarzenia.
A wtedy może być już za późno, przemknęło jej przez głowę.
- Ale mam przyjaciela w Gabonie - dodał Cort. - Jest weterynarzem. Zajmuje się dzikimi zwierzętami i pracuje dla Programu Zdrowia Globalnego, prowadzonego przez Smithsonian. Ściślej mówiąc, uczestniczy w nowym projekcie o nazwie Wirion. Zbiera próbki, by pomóc grupie naukowców w odkrywaniu nowych wirusów i tworzeniu sieci kontroli genomicznej nad patogenami o potencjale pandemicznym. A najważniejsze jest to, że ma własne mobilne laboratorium. Jeśli złapiemy go przez radio i przekonamy, by tu przyleciał...
Spojrzał na Charlotte, pytając ją wzrokiem o sensowność takiego przedsięwzięcia.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, od wejścia do namiotu medycznego dobiegły pełne paniki podniesione głosy. Oboje wyszli zza zasłony. Do namiotu wpadło dwóch mężczyzn z noszami. Ich koleżanka, czterdziestoletnia ginekolożka z Melbourne, pospieszyła do nich, lecz zaraz cofnęła się wystraszona.
Cort ruszył w ich stronę, a Charlotte za nim.
Jednym z mężczyzn był kongijski żołnierz FARDC - armii Demokratycznej Republiki Konga - a drugim szwajcarski ratownik medyczny, który robił obchód wokół obozu. Szwajcar, wysoki blondyn, miał jasną cerę odporną na opalanie. Teraz jego twarz zbielała jeszcze bardziej.
Dyszał, opuszczając nosze na podłogę.
- Zna... znalazłem go na skraju obozu. Było jeszcze czterech innych. Wszyscy martwi. Zostali napadnięci. Tylko on jeszcze żyje.
Charlotte wychyliła się zza pleców Corta Jamesona i zobaczyła zmasakrowaną ofiarę. Starszy czarny mężczyzna podejmował wysiłki, żeby usiąść. Krew przesiąkała przez jego skąpe ubranie i spływała po strzępach skóry. Połowa jego twarzy była kłębem czerwonych mięśni i odsłoniętych białych kości. Wyglądał jak poszarpany przez lwa, ale prawdziwi sprawcy tego ataku byli znacznie mniejsi.
Mrówki nadal kursowały w jego krwi i zagrzebywały się w żywym ciele.
- Znaleźliśmy go pod górą mrówek - wyjaśnił ratownik medyczny. - Zjadały go żywcem. Polewaliśmy go wodą z wiader, żeby je zmyć.
- Dlaczego ten człowiek po prostu przed nimi nie uciekł? - zapytał Cort. - Stracił przytomność? Może jest pijany? - Przyklęknął, żeby zbadać zakrwawionego pacjenta.
Ten w końcu zdołał usiąść. Otworzył usta, jakby chciał wyjaśnić, co go spotkało. W tym momencie z jego gardła wylał się czarny potok mrówek i spłynął po brodzie i klatce piersiowej. Ciało mężczyzny zwiotczało i opadło bezwładnie na nosze.
Cort odskoczył ze stłumionym okrzykiem.
Charlotte przypomniała sobie ostrzeżenie biologa: "powinniśmy spodziewać się wielu ukąszeń". Wyobraziła sobie to, co opisał: jak mrówki atakują i pożerają spętanego konia. Spojrzała tam, gdzie wcześniej badała niemowlę. Stała tam kobieta trzymająca zesztywniałego synka, zbyt otępiałego, by zareagować na ugryzienie mrówki.
Nagle stwierdziła, że ma kłopoty z oddychaniem, jakby powietrze stało się cięższe. Wezbrała w niej przerażająca pewność. To wszystko jest jakoś połączone, pomyślała. Odwróciła się i złapała Corta za ramię.
- Skontaktuj się ze swoim przyjacielem, tym łowcą wirusów. Natychmiast.
Przez chwilę tylko na nią patrzył, jakby strach osłabił jego władze umysłowe. Potem zamrugał, by otrząsnąć się z szoku, i skinął głową. Wybiegł i ruszył w stronę namiotu łączności, wyróżniającego się szeregiem anten satelitarnych.
Charlotte wciąż stała z uniesioną ręką. Nagle spojrzała na nadgarstek i zobaczyła na nim trzy czarne mrówki, wczepione w jej skórę tuż nad rękawiczką. Ich żuwaczki tkwiły głęboko w ciele. Zmroził ją strach, i to wcale nie z powodu tego ataku. Przeraziło ją to, co nagle sobie uświadomiła.
Nie poczuła ani jednego ukłucia.