Królestwa wiary - Brian Catlos

-
Proszę czekać

Kilka słów o nazwi­skach, miej­scach i datach1

Czy­tel­nicy będą musieli sta­wić czoło wielu dziw­nym i obco brzmią­cym nazwom, które poja­wiają się w tej książce. Arab­skie (i hebraj­skie) nazwi­ska skła­dają się z wielu ele­men­tów, zwy­kle imie­nia i ciągu patro­ni­mi­ków (np. co w arab­skim zna­czy - odpo­wied­nio - "syn" lub "córka") oraz tytu­łów zawo­do­wych i hono­ro­wych, a także innych, odno­szą­cych się do miej­sca pocho­dze­nia lub zamiesz­ka­nia, rodu, ple­mie­nia czy god­nego uwagi osią­gnię­cia. Daną osobę można okre­ślać dowol­nym z nich. Na przy­kład kalif Abd ar-Rah­man III był Abd ar-Rah­manem Ibn Muham­ma­dem Ibn Abd Alla­hem an-Nasi­rem ad-Dinem Alla­hem. Na ogół nazywa się go "Abd ar-Rah­manem" lub "An-Nasi­rem" (ale ni­gdy "Abdem" ani "Rah­manem"). "III" jest współ­cze­snym dodat­kiem; w owej epoce wład­com nie przy­da­wano z reguły liczeb­ni­ków porząd­ko­wych. Patro­ni­mik może funk­cjo­no­wać jako nazwi­sko, zwłasz­cza jeśli odnosi się do przodka, któ­rego uważa się za wybitną postać albo za zało­ży­ciela rodu. I tak na przy­kład o Alim Ibn Ahma­dzie Ibn Sa'idzie Ibn Hazmie zwy­kle pisze się jako o "Ibn Hazmie". Jego szer­szą rodzinę można nazwać "Banu Hazm" (syno­wie, potom­ko­wie lub ród Hazm).

W dez­orien­ta­cję mogą rów­nież wpra­wiać łaciń­skie imiona chrze­ści­jań­skie, choćby dla­tego, że nie­które z nich były w pew­nych okre­sach bar­dzo popu­larne i namno­żyło się tylu Alfon­sów, Pio­trów i San­chów, że ich roz­róż­nie­nie może przy­pra­wić o zawrót głowy nawet doświad­czo­nego medie­wi­stę.

Aby czy­tel­nik nie pogu­bił się w gąsz­czu jed­no­stek, grup i obco­ję­zycz­nych ter­mi­nów, na końcu książki załą­czam tabelę kali­fów umaj­jadz­kich i emi­rów nasrydz­kich oraz słow­ni­czek z listami głów­nych dyna­stii, kla­nów i grup etnicz­nych, a także innymi wyra­zami.

Arab­skie nazwy miej­sco­wo­ści w Al-Anda­lus podaję w nawia­sach, nor­mal­nie za pierw­szym razem, kiedy poja­wiają się w tek­ście.

Wszyst­kie daty w tek­ście podane są według rachuby lat kalen­da­rza tak zwa­nej ery powszech­nej (p.e.p./e.p.)2, adap­ta­cji chrze­ści­jań­skiego kalen­da­rza gre­go­riań­skiego (p.Ch./AD), który w 1582 roku zastą­pił kalen­darz juliań­ski. Opiera się on na mają­cym 365,25 dni roku sło­necz­nym, który zaczyna się 1 stycz­nia i jest liczony od daty naro­dze­nia Chry­stusa (obec­nie uważa się, że było to w 4 roku p.n.e.). W kalen­darzu wizy­goc­kim lata liczono od 38 roku p.n.e., początku for­mal­nego pano­wa­nia rzym­skiego nad Hispa­nią. Era ta, zwana "hisz­pań­ską", trwała według kalen­da­rza juliań­skiego w latach od naro­dzin Chry­stusa (AD, czyli Anno Domini - "roku Pań­skiego"). W śre­dnio­wiecz­nej Kata­lo­nii cza­sami dato­wano doku­menty według okre­sów indyk­cji, czyli lat pano­wa­nia wład­ców Świę­tego Cesar­stwa Rzym­skiego. Sto­su­jąc się do kalen­da­rza juliań­skiego, nowy rok czę­sto liczono od 25 marca, przy­pusz­czal­nej daty poczę­cia Jezusa, ale w końcu powró­cono do ogól­nie przy­ję­tej daty 1 stycz­nia.

W hidżrze, czyli muzuł­mań­skim kalen­da­rzu AH, rok ma dwa­na­ście mie­sięcy księ­ży­co­wych liczo­nych od 16 lipca 622 roku, który jest datą wią­zaną z wyjaz­dem Maho­meta do Medyny (hidżrą) i uwa­żaną za począ­tek muzuł­mań­skiej ummy. Ponie­waż rok hidżry jest krót­szy od sło­necz­nego, dni w jed­nym kalen­da­rzu nie pokry­wają się dokład­nie z dniami w dru­gim. Dla­tego jeśli nie podaję okre­ślo­nej poje­dyn­czej daty, jeden rok hidżry trak­tuję zwy­kle jako obej­mu­jący dwa lata naszej ery, na przy­kład 720 AH jako 1320/1321. Zda­rzało się, że muzuł­ma­nie na zie­miach będą­cych wcze­śniej pod pano­wa­niem wład­ców chrze­ści­jań­skich uży­wali rów­nież kalen­da­rza chrze­ści­jań­skiego, zwłasz­cza w kon­tek­stach zwią­za­nych z rol­nic­twem, ponie­waż odpo­wia­dał on porom roku.

W niniej­szym prze­kła­dzie sto­suję się do zasad pol­skiej orto­gra­fii i uprosz­czo­nej trans­kryp­cji wyra­zów arab­skich oraz przy­ję­tego w języku pol­skim nazew­nic­twa geo­gra­ficz­nego i histo­rycz­nego, w związku z czym pomi­jam wyja­śnie­nia autora skie­ro­wane do czy­tel­nika ory­gi­nału angiel­skiego (przyp. tłum.). [wróć]

W języku pol­skim używa się okre­śleń "nasza era" i "przed naszą erą", przy czym w datach odno­szą­cych się do wyda­rzeń, które roze­grały się w naszej erze, naj­czę­ściej nie sto­suje się dodatku "naszej ery" (n.e.), dla­tego dalej trzy­mam się tej normy (przyp. tłum.). [wróć]

Wstęp

Histo­rię muzuł­mań­skiej Hisz­pa­nii opo­wia­dano wie­lo­krot­nie i na różne spo­soby - jako "zde­rze­nie cywi­li­za­cji", obcy najazd na kon­ty­nent euro­pej­ski, teatr rekon­kwi­sty, kru­cjatę i świętą wojnę albo jako okres tole­ran­cji reli­gij­nej i poko­jo­wego współ­ist­nie­nia (convi­ven­cia). Na ogół opo­wieść ta zaczyna się od wylą­do­wa­nia na brze­gach chrze­ści­jań­skiej Hisz­pa­nii wodza Ber­be­rów Tarika Ibn Zijada i klę­ski, jaką zadał wła­da­ją­cym nią Wizy­go­tom. Pod pano­wa­niem arab­skich Umaj­ja­dów Al-Anda­lus - muzuł­mań­ska Hisz­pa­nia - roz­kwita. Muzuł­ma­nie, chrze­ści­ja­nie i żydzi żyją tutaj w zgo­dzie, prze­kształ­ca­jąc Al-Anda­lus w kosmo­po­li­tyczne arab­skie spo­łe­czeń­stwo i czy­niąc Kor­dobę "ozdobą świata", magne­sem przy­cią­ga­ją­cym uczo­nych i wzo­rem kosmo­po­li­tycznego oświe­ce­nia. Tuż po roku 1000 impe­rium to upada i o Al-Anda­lus toczą wojny chrze­ści­ja­nie, któ­rzy chcą "odbić" Hisz­pa­nię, i pury­tań­scy Ber­be­ro­wie, któ­rzy prze­śla­dują chrze­ści­jan i żydów. Gdy chrze­ści­ja­nie zdo­by­wają prze­wagę, muzuł­ma­nie zostają oto­czeni w emi­ra­cie Gre­nady, ostat­niej enkla­wie islamu w Hisz­pa­nii. Oblę­że­nie trwa do roku 1492, kiedy Kró­lo­wie Kato­liccy Fer­dy­nand i Iza­bela zdo­by­wają ją, wysy­łają jej poko­na­nego władcę Boab­dila na wygna­nie, kładą kres histo­rii Al-Anda­lus i roz­po­czy­nają epokę prze­śla­do­wań inno­wier­ców.

Nie­mal wszyst­kie te histo­rie łączy prze­świad­cze­nie, że sedno tych wyda­rzeń tkwi w reli­gii, że muzuł­mań­skie i chrze­ści­jań­skie pań­stwa zaan­ga­żo­wały się w kon­flikt, który okre­ślała ich reli­gijna toż­sa­mość i ide­olo­gia. Chrze­ści­jań­stwo, juda­izm i islam postrze­gane są jako akto­rzy odgry­wa­jący ope­rową histo­rię na sce­nie wie­ków. Pod­kre­śla­jąc ich rze­kome prze­wagi cywi­li­za­cyjne, chrze­ści­jan i żydów przed­sta­wia się jako Euro­pej­czy­ków, a muzuł­ma­nów jako obcych kul­tu­rowo "Mau­rów". Taki punkt widze­nia nasta­wia odbior­ców nostal­gicz­nie i mora­li­za­tor­sko i jest pocią­ga­jący wła­śnie dzięki melo­dra­ma­tycz­nym i nad­mier­nym uprosz­cze­niom.

Jed­nak jako rze­telny opis histo­rii nasta­wie­nie to ma poważne ogra­ni­cze­nia. Przede wszyst­kim korzeni muzuł­mań­skiej Hisz­pa­nii trzeba szu­kać nie w roku 711 ani nawet w 622, kiedy Maho­met wyru­szył z Mekki, ale w szer­szym kon­tek­ście kra­jów basenu Morza Śró­dziem­nego w póź­nej sta­ro­żyt­no­ści, w świe­cie upa­da­ją­cych impe­riów i wdzie­ra­ją­cych się na ich tereny "bar­ba­rzyń­ców". Była to epoka, w któ­rej chrze­ści­jań­stwo, juda­izm i islam, wszyst­kie wewnętrz­nie podzie­lone na różne odłamy, dopiero zaczy­nały stop­niowy pro­ces samo­okre­śle­nia, wciąż pozo­sta­jąc bar­dzo mocno ze sobą powią­zane. Końca muzuł­mań­skiej Hisz­pa­nii wcale nie wyzna­cza 1 stycz­nia 1492 roku, kiedy to Boab­dil prze­ka­zał Fer­dy­nan­dowi i Iza­beli klu­cze do Alham­bry. Setki tysięcy dys­kry­mi­no­wa­nych i przy­mu­sowo nawra­ca­nych na chrze­ści­jań­stwo muzuł­ma­nów pozo­sta­wały w Hisz­pa­nii aż do roku 1614, kiedy zostali osta­tecz­nie wypę­dzeni. Muzuł­mań­ski pod­bój Al-Anda­lus nie był skut­kiem celo­wego dąże­nia do zdo­by­cia domi­na­cji nad świa­tem ani czę­ścią świę­tej wojny. Miał zło­żone przy­czyny i wyni­kał w rów­nym stop­niu z wyko­rzy­sty­wa­nia nada­rza­ją­cych się oka­zji, jak z ide­olo­gii. I podob­nie idee rekon­kwi­sty i kru­cjaty były póź­niej­szymi wyna­laz­kami, na które powo­ły­wano się tylko od czasu do czasu, gdy odpo­wia­dało to inte­re­som chrze­ści­jań­skich mocarstw. Okres od 711 do 1492 roku nie był epoką ni­gdy nie­ga­sną­cego kon­fliktu reli­gij­nego; muzuł­ma­nie i chrze­ści­ja­nie na Pół­wy­spie Ibe­ryj­skim wię­cej czasu żyli w pokoju, niż spę­dzali na woj­nach, a i te toczyli nie tylko ze sobą, ale też mię­dzy sobą. Chrze­ści­jań­scy władcy na ogół nie wypę­dzali muzuł­ma­nów z pod­bi­tych ziem, lecz sta­rali się skło­nić ich do pozo­sta­nia. I w więk­szo­ści wypad­ków ci dru­dzy zosta­wali, wybie­ra­jąc życie na ziemi przod­ków jako pod­dani nie­wier­nych kró­lów.

Jeśli cho­dzi o Mau­rów, ter­min ten odnosi się do miesz­kań­ców Mau­re­ta­nii, co jest starą rzym­ską nazwą obszaru, który Ara­bo­wie zwali Al-Magh­rib ("zacho­dem") i który obej­muje więk­szość obec­nego Maroka i Algie­rii. Łaciń­scy kro­ni­ka­rze okre­ślali ludzi z tam­tego regionu mia­nem Mauri i słowo to poja­wiło się w języku hisz­pań­skim jako moro. Osta­tecz­nie moro zaczęło ozna­czać w kasty­lij­skim hisz­pań­skim muzuł­ma­nina, cho­ciaż w języku angiel­skim nabrało pod wpły­wem rasi­stow­sko zabar­wio­nego okre­śle­nia "Blac­ka­moor" z epoki elż­bie­tań­skiej, ozna­cza­ją­cego ciem­no­skó­rego afry­kań­skiego łotra, dodat­ko­wego pejo­ra­tyw­nego zna­cze­nia. Kło­pot z uży­wa­niem nazwy Maur na okre­śle­nie muzuł­ma­nów w śre­dnio­wiecz­nej Hisz­pa­nii leży w tym, że impli­kuje to, iż byli oni obco­kra­jow­cami etnicz­nie róż­nią­cymi się od auto­chto­nów. Tym­cza­sem w isto­cie na Pół­wy­sep Ibe­ryj­ski przy­było sto­sun­kowo nie­wielu muzuł­ma­nów z innych kra­jów. Al-Anda­lus stała się kra­iną islam­ską wsku­tek przej­ścia na tę wiarę jej rodo­wi­tych miesz­kań­ców, a zatem prze­wa­ża­jąca część lud­no­ści miała rdzenne pocho­dze­nie i nie była ani bar­dziej obca, ani mniej euro­pej­ska niż hisz­pań­scy chrze­ści­ja­nie.

Oczy­wi­ście sama "Hisz­pa­nia" jest nie­wła­ściwą nazwą, jeśli sto­suje się ją w odnie­sie­niu do tych ziem w okre­sie śre­dnio­wie­cza. Naród i kul­tura dzi­siej­szej Hisz­pa­nii to współ­cze­sne, nie śre­dnio­wieczne zja­wi­ska. Jed­ność, jaką zakłada naro­dowa kul­tura hisz­pań­ska, jest złudna jesz­cze dzi­siaj, a w wie­kach śred­nich po pro­stu nie ist­niała. Mówiąc o księ­stwach, któ­rymi rzą­dzili w tym okre­sie chrze­ści­jańcy władcy, lepiej jest uży­wać tej nazwy w licz­bie mno­giej - "Hisz­pa­nie". Ile­kroć w niniej­szej książce wystę­puje słowo "Hisz­pa­nia", odnosi się ono po pro­stu do Pół­wy­spu Ibe­ryj­skiego - kraju, który Wizy­goci i ich rzym­scy poprzed­nicy nazy­wali Hispa­nią, a Ara­bo­wie Al-Anda­lus (co było praw­do­po­dob­nie znie­kształ­coną wer­sją wizy­goc­kiego lan­dah­lauts, czyli "posia­dło­ści odzie­dzi­czo­nej"). Innymi słowy, samo uży­cie ter­minu "Hisz­pa­nia mau­re­tań­ska" - ana­chro­nicz­nego wymy­słu anglo­ame­ry­kań­skiego - przy­wo­łuje rasi­stow­sko zabar­wiony, pod­szyty roman­tycz­nym orien­ta­li­zmem i nie­pra­wi­dłowy obraz histo­rii Al-Anda­lus i islamu na pół­wy­spie, obraz, który legł u pod­łoża nie­po­ro­zu­mień i błęd­nych przed­sta­wień tego roz­działu euro­pej­skiej histo­rii. Rów­nie draż­liwa jest sprawa "Europy". To także współ­cze­sne poję­cie. Podob­nie jak muzuł­ma­nie, któ­rzy okre­ślali swoją strefę jako dar al-islam ("przy­by­tek islamu"), euro­pej­scy chrze­ści­ja­nie myśleli, że żyją w "chrze­ści­jań­stwie", nie w "Euro­pie", i na pewno nie uwa­żali się za Euro­pej­czy­ków.

Oddzie­le­nie fak­tów od mitów ma istotne zna­cze­nie, ponie­waż muzuł­mań­ska Hisz­pa­nia jest nie tylko waż­nym ele­men­tem histo­rii kra­jów śród­ziem­no­mor­skich, Europy, islamu i Zachodu, ale rów­nież dzi­siaj pozo­staje sprawą dużej wagi. Wielu poli­ty­ków i postaci publicz­nych, w tym nie­mało naukow­ców, na­dal postrzega histo­rię Zachodu jako dzieje kon­fliktu mię­dzy dwiema zasad­ni­czo sprzecz­nymi cywi­li­za­cjami: chrze­ści­jań­ską (lub, od nie­dawna, judeochrze­ści­jań­ską) i islam­ską. Ten pogląd jest nie­zmier­nie pocią­ga­jący zarówno ze względu na swoją pro­stotę, jak i dowar­to­ścio­wu­jący cha­rak­ter, więc eks­perci i dema­go­dzy wszel­kiej maści czę­sto przy­wo­łują go na uspra­wie­dli­wie­nie agre­sji i uci­sku. Dla innych Al-Anda­lus jest wyide­ali­zo­waną wizją przed­no­wo­cze­snego oświe­ce­nia, którą powin­ni­śmy naśla­do­wać w dzi­siej­szym, rze­komo mniej tole­ran­cyj­nym świe­cie. Ale to też jest złu­dze­niem. W samej Hisz­pa­nii pra­wi­cowi poli­tycy wciąż czer­pią z etosu La Reco­nqu­ista, sil­nego naro­do­wego mitu, który jest dogod­nym uspra­wie­dli­wie­niem domi­na­cji Kasty­lii nad innymi regio­nami pół­wy­spu, mimo że branża tury­styczna pro­pa­guje ugrzecz­niony obraz Hisz­pa­nii jako "kraju trzech reli­gii" i żyją­cych w har­mo­nii chrze­ści­jan, muzuł­ma­nów i żydów.

Ist­nieją zasadne powody do pod­kre­śla­nia wagi toż­sa­mo­ści reli­gij­nej w tej histo­rii, poczy­na­jąc od dość oczy­wi­stego faktu, że mówimy o islam­skiej Hisz­pa­nii jako o "islam­skiej Hisz­pa­nii". Toż­sa­mość reli­gijna była w wielu sytu­acjach naj­waż­niej­szym aspek­tem, w jaki ludzie sie­bie postrze­gali. Dyk­to­wała ona, jakiemu ustro­jowi praw­nemu pod­le­gają i - w teo­rii - z kim mogą wziąć ślub lub upra­wiać seks, jakich zawo­dów się imać, jaki jest ich sta­tus spo­łeczny i eko­no­miczny, jakie mają pła­cić podatki, jakie ubra­nia mogą nosić, co wolno im jeść, i wszyst­kie inne szcze­góły życia codzien­nego. Jest wiele źró­deł histo­rycz­nych, zarówno chrze­ści­jań­skich, jak i muzuł­mań­skich, poczy­na­jąc od naj­wcze­śniej­szych łaciń­skich i arab­skich opi­sów pod­boju, poprzez powsta­nie tra­dy­cji Świę­tego Jakuba, "pogromcy muzuł­ma­nów" (San­tiago Mata­mo­ros) i legendę o Cydzie, a na wezwa­niach róż­nych wład­ców muzuł­mań­skich do dżi­hadu koń­cząc, które przed­sta­wiają tę histo­rię jako kon­flikt o pod­łożu reli­gij­nym. Wiele wojen toczo­nych na pół­wy­spie zostało uświę­co­nych przez papieży, któ­rzy zwali je kru­cja­tami, powstało tu też kilka orga­ni­za­cji, które w zało­że­niu miały wal­czyć z nie­wier­nymi. Zwy­kli muzuł­ma­nie mogli słu­żyć jako mudża­hi­do­wie sta­cjo­nu­jący w ufor­ty­fi­ko­wa­nych klasz­to­rach roz­sia­nych w stre­fie przy­gra­nicz­nej, nato­miast w chrze­ści­jań­skiej Hisz­pa­nii najazdy stały się w tak dużym stop­niu spo­so­bem życia, że histo­rycy scha­rak­te­ry­zo­wali ją jako "spo­łe­czeń­stwo zor­ga­ni­zo­wane dla potrzeb wojny".

Powie­dziaw­szy to, trzeba zauwa­żyć, że ludzie są isto­tami zbyt skom­pli­ko­wa­nymi, by można ich zre­du­ko­wać do roli żywych kary­ka­tur wyzna­wa­nych przez nich ide­olo­gii reli­gij­nych. Toż­sa­mość reli­gijna była tylko jed­nym ze spo­so­bów, w jaki wyobra­żali sobie swoje miej­sce w świe­cie. Postrze­gali sie­bie rów­nież jako człon­ków grup etnicz­nych, pod­da­nych kró­lów, miesz­kań­ców miast i osie­dli, przed­sta­wi­cieli zawo­dów i człon­ków kolek­ty­wów, poszu­ki­wa­czy wie­dzy, sprze­daw­ców i klien­tów, męż­czyzn i kobiety, kochan­ków i przy­ja­ciół. I bar­dzo czę­sto więzi te oka­zy­wały się sil­niej­sze od związ­ków łączą­cych ludzi ze względu na wspólne wyzna­nie. Co wię­cej, w spo­łe­czeń­stwie podzie­lo­nym for­mal­nie przez reli­gię rywa­lami i kon­ku­ren­tami jed­nostki, czy to w spra­wach oso­bi­stych, czy też poli­tycz­nych lub finan­so­wych, byli na ogół człon­ko­wie tej samej wspól­noty wyzna­nio­wej; w rezul­ta­cie jej natu­ral­nymi sprzy­mie­rzeń­cami sta­wali się czę­sto człon­ko­wie innych grup. Kon­flikty dużo czę­ściej wybu­chały wewnątrz tych wspól­not niż mię­dzy nimi. A zatem jest to także histo­ria pełna epi­zo­dów soli­dar­no­ści mię­dzy wyznaw­cami róż­nych reli­gii i człon­kami róż­nych grup etnicz­nych, soju­szy i przy­jaźni, zarówno mię­dzy wład­cami, jak i pospól­stwem, zawie­ra­nych wbrew przy­na­leż­no­ści reli­gij­nej, oraz współ­pracy poetów, muzy­ków, arty­stów, uczo­nych i teo­lo­gów odmien­nych wyznań.

Jed­nak te mię­dzy­re­li­gijne związki rzadko tra­fiają do nar­ra­cji histo­rycz­nej. Pro­blem ten wynika po czę­ści z natury naszych źró­deł. Więk­szość mate­ria­łów piśmien­nych została stwo­rzona przez wład­ców, urzęd­ni­ków i kler - uprzy­wi­le­jo­wa­nych męż­czyzn, któ­rzy sami przy­czy­niali się do upo­wszech­nia­nia prze­ko­na­nia, że toż­sa­mość reli­gijna jest pod­stawą spo­łe­czeń­stwa, i któ­rzy mieli poli­tyczny i oso­bi­sty inte­res w por­tre­to­wa­niu dzie­jów jako moral­nej walki wyznaw­ców praw­dzi­wej (to zna­czy swo­jej) reli­gii z wszyst­kimi innymi. Z for­mal­nego punktu widze­nia auto­ry­tet wład­ców zale­żał od ich zdol­no­ści do przed­sta­wia­nia sie­bie jako pra­wo­wi­tych straż­ni­ków boskiego porządku, tak więc dążyli do wyra­ża­nia swo­jego pro­gramu w języku wiary. W epoce, w któ­rej gene­ral­nie przy­pi­sy­wano dzia­ła­nie świata woli Boga, wyda­rze­nia histo­ryczne czę­sto wyja­śniano w kate­go­riach reli­gij­nych, jako boską karę lub nagrodę.

Kro­niki i histo­rie wyko­rzy­sty­wane przez histo­ry­ków jako mate­riały źró­dłowe i sta­no­wiące znaczną część zacho­wa­nych do naszych cza­sów dowo­dów były spi­sy­wane lub kom­pi­lo­wane wiele lat, a nawet wie­ków po wyda­rze­niach, które przed­sta­wiają. W rezul­ta­cie są one znie­kształ­cone z powodu upływu czasu oraz uprze­dzeń, ide­ałów, inte­re­sów, wspo­mnień, aspi­ra­cji i prze­ko­nań ich auto­rów. Poza tym histo­rii nie pisano dla potrzeb edu­ka­cji czy roz­rywki; były one doku­men­tami poli­tycz­nymi, które miały wspie­rać rosz­cze­nia wład­ców, rodów lub jed­no­stek poprzez glo­ry­fi­ko­wa­nie ich przod­ków i usta­na­wia­nie histo­rycz­nych pre­ce­den­sów pro­wa­dzo­nej przez nich poli­tyki. Śre­dnio­wieczni kro­ni­ka­rze, któ­rzy zabie­rali się do opi­sy­wa­nia prze­szło­ści w celu uspra­wie­dli­wie­nia współ­cze­snej im poli­tyki, ucie­kali się zarówno świa­do­mie, jak i nieświa­do­mie do prze­sady, znie­kształ­ca­nia fak­tów i wymy­słów.

A zatem jed­nym z zadań histo­ryka jest ocena stron­ni­czo­ści i nie­ści­sło­ści, które są nie­od­łącz­nymi skład­ni­kami tych źró­deł, i dąże­nie do odkry­cia rze­czy­wi­sto­ści ukry­tej za pro­kla­ma­cjami, mitami, legen­dami, błęd­nymi przed­sta­wie­niami fak­tów, sprzecz­no­ściami i two­rzą­cymi ten opis sta­ran­nie spre­pa­ro­wa­nymi fik­cjami histo­rycz­nymi. Celem jest okre­śle­nie, co rze­czy­wi­ście kie­ro­wało ludźmi i jakie siły naprawdę wpły­wały na kształt wyda­rzeń, nawet jeśli ni­gdy nie uda się defi­ni­tyw­nie usta­lić szcze­gó­łów. Histo­ryk nie powi­nien nikomu przy­pi­sy­wać win, oce­niać wad czy zalet ani mora­li­zo­wać; jego celem jest po pro­stu zro­zu­mieć. Tak więc żadna książka nie może być w dobrej wie­rze "defi­ni­tywną", "praw­dziwą" czy "rze­czy­wi­stą" histo­rią muzuł­mań­skiej Hisz­pa­nii, bo po pro­stu trzeba brać pod uwagę zbyt wiele czyn­ni­ków i roz­wi­kłać zbyt wiele nie­ja­sno­ści. Dzi­siejsi histo­rycy, choćby sta­rali się być jak naj­bar­dziej oświe­ceni i samo­kry­tyczni, nie są by­naj­mniej dużo mniej skłonni do ten­den­cyj­no­ści i uprze­dzeń niż ich śre­dnio­wieczni poprzed­nicy. Bez względu na to, czy zda­jemy sobie z tego sprawę czy nie, mamy pociąg do pisa­nia histo­rii, które odzwier­cie­dlają i uwy­pu­klają nasze ide­ały, albo do gry pod naszą publiczkę.

Co do niniej­szej książki, to przed­sta­wia ona "nową histo­rię" muzuł­mań­skiej Hisz­pa­nii w dwóch zna­cze­niach tego okre­śle­nia. Po pierw­sze, zamiast podą­żać utar­tym szla­kiem opo­wie­ści o powsta­niu i upadku Al-Anda­lus, posta­no­wi­łem stwo­rzyć od pod­staw świeżą fabułę i sta­ra­łem się na tyle, na ile pozwa­lała mi na to eko­no­mika publi­ka­cji, zaj­rzeć za kulisy i zba­dać dyna­mikę wyda­rzeń, które są czę­sto prze­sło­nięte przez inne, ale odgry­wają ważną rolę w two­rze­niu histo­rii: dzie­jów kobiet, nie­wol­ni­ków, rene­ga­tów i funk­cjo­na­riu­szy. W tym stu­dium opar­łem się w dużej mie­rze na ogrom­nej licz­bie nowa­tor­skich badań tek­stów oraz dzieł sztuki pro­wa­dzo­nych w ostat­nich latach zwłasz­cza przez naukow­ców z Hisz­pa­nii, innych kra­jów euro­pej­skich i Afryki Pół­noc­nej, a także na odkry­ciach arche­olo­gicz­nych. Bada­nia te zmie­niły nasze rozu­mie­nie Al-Anda­lus, ale wiele z nich nie dotarło jesz­cze do czy­tel­ni­ków nie­hisz­pań­sko­ję­zycz­nych.

I na koniec pozo­staje sprawa wiary. Zarówno muzuł­mań­skie, jak i chrze­ści­jań­skie pań­stwa śre­dnio­wiecz­nej Hisz­pa­nii zostały świa­do­mie okre­ślone przez ich orien­ta­cję reli­gijną i wspól­nota reli­gijna była dla ich miesz­kań­ców głów­nym fila­rem spo­łecz­nej toż­sa­mo­ści. Ale nie jedy­nym. A poza tym przez dużą część dzie­jów tych państw więk­szość ich wład­ców - i więk­szość pod­da­nych - zacho­wy­wała się czę­sto w spo­sób sprzeczny z dekla­ro­waną ide­olo­gią reli­gijną. A zatem w jakim stop­niu docho­wy­wali jej wier­no­ści? Oczy­wi­ście odpo­wiedź brzmi, że w nie więk­szym ani mniej­szym niż my. Nie byli też ani więk­szymi, ani mniej­szymi od nas ide­ali­stami. Byli ludźmi z wszyst­kimi naszymi nie­do­sko­na­ło­ściami, peł­nymi sprzecz­no­ści, zdol­nymi zarówno do aktów strasz­nego okru­cień­stwa, jak i wiel­kiej wspa­nia­ło­myśl­no­ści, samo­lub­nymi i skłon­nymi do poświę­ceń, ale i wyra­cho­wa­nej racjo­na­li­za­cji swych zacho­wań, a do tego więź­niami swych ciał, nie­wol­ni­kami ambi­cji, próż­no­ści i żądz. Krótko mówiąc, byli tacy jak my, i wła­śnie to spra­wia, że warto dzi­siaj czy­tać ich histo­rię.

Pre­lu­dium

Początki islamu i koniec sta­ro­żyt­no­ści

Islam powstał na początku VII wieku na Pół­wy­spie Arab­skim, w pery­fe­ryj­nym i bar­dzo nie­go­ścin­nym rejo­nie pustyn­nym, zamiesz­ka­nym przez ple­miona koczow­ni­czych paste­rzy i nie­liczną lud­ność sta­łych oaz. Mimo to Ara­bo­wie byli od dawna obecni w sta­ro­żyt­nym świe­cie Rzymu i Azji. Kupcy i paste­rze od wie­ków wędro­wali na pół­noc i osie­dlali się w Syrii i Mezo­po­ta­mii, na kre­sach i w głębi impe­riów rzym­skiego/bizan­tyj­skiego i per­skiego. Podob­nie jak inne pery­fe­ryjne, "bar­ba­rzyń­skie" ludy, przy­cią­gały ich bogac­two i kul­tura tych wiel­kich impe­riów, gdzie cenieni byli jako wojow­nicy i kupcy. Oba wyko­rzy­sty­wały ich we wza­jem­nych wal­kach, a bedu­iń­scy noma­dzi przez setki lat pędzili swoje trzody na Bli­ski Wschód.

W tra­dy­cyj­nej reli­gii Ara­bów pogań­stwo łączyło się z ani­mi­zmem, ale poprzez kon­takty ze świa­tem impe­riów na pół­wy­sep prze­są­czały się chrze­ści­jań­stwo i juda­izm. Sąsied­nie Aksum na tere­nie dzi­siej­szej Etio­pii zostało schry­stia­ni­zo­wane w IV wieku, arab­scy władcy kró­le­stwa Him­ja­ry­tów na obsza­rze obec­nego Jemenu przy­jęli w V wieku okre­sowo juda­izm, a nie­które rody na Pół­wy­spie Arab­skim uwa­żały się albo za chrze­ści­jan, albo za żydów. W tym śro­do­wi­sku zaczęły się roz­wi­jać miej­scowe tra­dy­cje mono­te­istyczne, czego kul­mi­na­cją było na początku VII wieku powsta­nie islamu wsku­tek boskich obja­wień, któ­rych doznał kupiec z Mekki, Muham­mad Ibn Abd Allah Ibn Abd al-Mut­ta­lib Ibn Haszim. Hidżra - ucieczka w 622 roku Maho­meta z Mekki, gdzie był prze­śla­do­wany przez wład­ców mia­sta, do Jasribu (Medyny) - wyzna­cza począ­tek ery islamu. W 629 roku powró­cił on try­um­fal­nie do Mekki, oczy­ścił święte miej­sce, Al-Ka'abę, z podo­bizn boż­ków i nawró­cił Kuraj­szy­tów, główne ple­mię zamiesz­ku­jące Mekkę i jej oko­lice (z któ­rego sam pocho­dził).

Maho­met nie uwa­żał się za twórcę nowej reli­gii, lecz za ostat­niego z linii pro­ro­ków, któ­rzy czcili jedy­nego praw­dzi­wego Boga, za następcę Adama, Abra­hama i Jezusa. To tłu­ma­czy po czę­ści ambi­wa­lentny sto­su­nek islamu do jego sio­strza­nych reli­gii wywo­dzą­cych się z tego samego źró­dła. Fakt, że chrze­ści­ja­nie i żydzi nie uzna­wali go za pro­roka, budził fru­stra­cję muzuł­ma­nów, mimo to trak­to­wali oni oba te wyzna­nia jako pra­wo­wite, choć błędne, inter­pre­ta­cje wiary w Boga Jedy­nego, Boga Abra­hama, bez względu na to, czy zwano go Jahwe, Kyrios, Deus czy Allah. Obie te spo­łecz­no­ści miały pod pano­wa­niem muzuł­ma­nów sta­tus zim­mich ("ludów chro­nio­nych") i żyły bez­piecz­nie, bez obawy utraty majątku, mogąc sto­so­wać się do swo­ich praw i prak­ty­ko­wać swoją reli­gię, dopóki uzna­wały zwierzch­ność tych pierw­szych.

W sfe­rze reli­gij­nej islam dążył do czy­stego, pozba­wio­nego nie­po­trzeb­nych rytu­ałów mono­te­izmu i do stwo­rze­nia spra­wie­dli­wego i poko­jo­wego spo­łe­czeń­stwa, które byłoby ucie­le­śnie­niem woli Boga obja­wio­nej Maho­me­towi w Kora­nie. Nad­rzędną zasadą było pod­da­nie się woli Boga, i to wła­śnie zna­czy słowo "islam". Miała to być reli­gia bez hie­rar­chii, kleru i mni­chów, w któ­rej każdy z człon­ków ummy, czyli "wspól­noty", był sam odpo­wie­dzialny za swoje zba­wie­nie. Jej pro­stota zawie­rała się w sza­ha­dzie, czyli wyzna­niu wiary: "Nie ma Boga prócz Allaha, a Maho­met jest Jego Wysłan­ni­kiem". By wykre­ować ten spra­wie­dliwy świat, islam sku­pił się na regu­la­cjach nie­zbęd­nych dla powsta­nia sta­bil­nej wspól­noty. Było to potrzebne w spo­łe­czeń­stwie bez żad­nej wła­dzy for­mal­nej, w któ­rym obo­wią­zy­wało prawo zemsty przy­czy­nia­jące się do cha­osu i anar­chii. Jed­no­cze­śnie islam kładł nacisk na oso­bi­stą moral­ność i karę lub nagrodę po życiu docze­snym. Ara­bo­wie znaj­do­wali się pod wpły­wem tego samego mile­na­ry­zmu co współ­cze­sne im wspól­noty chrze­ści­jań­skie i żydow­skie w base­nie Morza Śró­dziem­nego - powszechne było wśród nich prze­ko­na­nie o rychłym końcu świata i nadej­ściu apo­ka­lip­tycz­nej spra­wie­dli­wo­ści, czego potwier­dze­niem zda­wały się ich począt­kowe zwy­cię­stwa mili­tarne.

Islam ukształ­to­wał się też jako ruch etniczny. Pomimo gło­szo­nych prze­zeń uni­wer­sal­nych haseł Ara­bo­wie uwa­żali swój język za wybrany przez Boga, a sie­bie za "lud wybrany". Ich ludowe wie­rze­nia, tra­dy­cje i oby­czaje sil­nie wpły­nęły na islam w jego począt­ko­wym okre­sie. To wła­śnie wojow­ni­cza kul­tura Bedu­inów umoż­li­wiła isla­mowi szyb­kie roz­la­nie się na sąsied­nie zie­mie i zdo­by­cie nad nimi domi­na­cji. Mimo to Ara­bo­wie nie byli by­naj­mniej zjed­no­czo­nym ludem; w isto­cie, co typowe dla noma­dów, za naj­wyż­sze war­to­ści uzna­wali indy­wi­du­alizm i nie­za­leż­ność. W nowym, muzuł­mań­skim spo­łe­czeń­stwie miały w zamy­śle jego twórcy znik­nąć wcze­śniej­sze róż­nice wyni­ka­jące ze sta­tusu, róż­nice rodowe i ple­mienne, jed­nak stało się ina­czej i cha­rak­te­ry­styczne dla niego, a nawet dla rodu Pro­roka podziały zaczęto przed­sta­wiać w języku reli­gii.

A zatem islam stwo­rzył zara­zem ramy dla zjed­no­cze­nia, jak dla roz­łamu oraz kon­fliktu. W prze­ci­wień­stwie do chrze­ści­jań­stwa, które roz­wi­nęło się jako tajemny, prze­śla­do­wany kult, był on od początku ruchem spo­łecz­nym i poli­tycz­nym, co wpły­nęło i na jego roz­wój wewnętrzny, i na sto­sunki z innymi reli­giami. Dąże­nie do czy­nie­nia dobra (dżi­had) mogło się wyra­żać zarówno w samo­do­sko­na­le­niu, jak i napra­wia­niu całego świata. Cnoty wojow­nika stały się cno­tami moral­nymi, a wojna, która miała zapew­nić wszyst­kim moż­li­wość życia zgod­nie z boskimi przy­ka­za­niami, dopro­wa­dziła z cza­sem, dzięki mecha­ni­zmowi samo­uspra­wie­dli­wie­nia, do pod­bo­jów, które wzbo­ga­ciły i wzmoc­niły arab­skie rody, wyno­sząc je do roli nowej elity świa­to­wej.

Gdyby Maho­met żył sto lat wcze­śniej lub póź­niej, być może islam nie roz­prze­strze­niłby się na tak wiel­kim obsza­rze, a może nawet w ogóle nie zyskałby wyznaw­ców. Jed­nakże począ­tek VII wieku oka­zał się punk­tem zwrot­nym w histo­rii państw śród­ziem­no­mor­skich i bli­skow­schod­nich. Na Zacho­dzie cesar­stwo rzym­skie, roz­pa­da­jące się od środka, a z zewnątrz nękane najaz­dami bar­ba­rzyń­ców, w końcu upa­dło. Na Wscho­dzie sta­ra­nia cesa­rzy narzu­ce­nia siłą swoim pod­da­nym jed­no­ści reli­gij­nej i poli­tycz­nej napa­wały wielu z nich gory­czą i zło­ścią. Impe­rium per­skie roz­sa­dzały napię­cia reli­gijne i spo­łeczne, pod­sy­cane przez opór zarząd­ców pro­win­cji wobec wła­dzy cen­tral­nej.

Sama Ara­bia pogrą­żona była w kry­zy­sie. Wydaje się, że tra­dy­cyjne ani­mi­styczne wie­rze­nia osła­bły i nie­które ple­miona w głębi kraju zaczęły prze­cho­dzić na chrze­ści­jań­stwo lub juda­izm. Tak więc prze­sła­nie Maho­meta jako ostat­niego pro­roka Boga Abra­hama było poten­cjal­nie pocią­ga­jące i nie brzmiało obco. Chęt­nych słu­cha­czy znaj­do­wało rów­nież gło­szone przez islam hasło spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej oraz jego sku­pie­nie się na nad­cho­dzą­cym dniu sądu osta­tecz­nego. Istotne zna­cze­nie miało to, że gdy władcy oaz i wojow­nicy koczow­ni­czych ple­mion zdali sobie sprawę, iż nowa reli­gia może ich wzmoc­nić i wzbo­ga­cić, stali się jej entu­zja­stycz­nymi wyznaw­cami. A zatem aku­rat w chwili, gdy Bizan­cjum i Per­sja były naj­słab­sze, Ara­bo­wie rośli w siłę. Setki lat, pod­czas któ­rych osie­dlali się w tych dwóch impe­riach i wal­czyli w ich służ­bie, poło­żyły pod­wa­liny pod szybki pod­bój rzym­skiego Bli­skiego Wschodu i całego pań­stwa Sasa­ni­dów. Ale doszło do tego dopiero po śmierci Maho­meta, która nastą­piła w roku 632.

Śmierć Pro­roka wywo­łała kry­zys zapo­wia­da­jący póź­niej­sze napię­cia, zwłasz­cza mię­dzy naj­waż­niej­szymi rodami Kuraj­szy­tów, któ­rzy spra­wo­wali wła­dzę nad Mekką i mieli zamiar ją utrzy­mać, a sku­pio­nymi w Medy­nie pierw­szymi poplecz­ni­kami Maho­meta, któ­rzy chcieli wybrać na jego następcę Alego Ibn Abi Taliba. Był on nie tylko jed­nym z pierw­szych nawró­co­nych na islam i bli­skim współ­pra­cow­ni­kiem Pro­roka, ale także jego kuzy­nem i mężem jego córki Fatimy. Był jed­nak młody i miał nie­wiel­kie popar­cie, więc mek­kań­ska elita wzięła górę i powie­rzyła przy­wódz­two nad wspól­notą kali­fowi (cha­lifa zna­czy "następca"), począt­kowo wybie­ra­nemu spo­śród sie­bie. Ali nie sprze­ci­wił się temu i każdy z trzech pierw­szych powszech­nie uzna­wa­nych, "pra­wo­wier­nych" kali­fów - Abu Bakr, Umar Ibn al-Chat­tab i Usman Ibn Affan - był pro­mi­nent­nym człon­kiem ple­mie­nia Kuraj­szy­tów i wywo­dził się ze ści­słego kręgu Towa­rzy­szy Pro­roka. Pod ich pano­wa­niem islam szybko się roz­prze­strze­niał - ogar­nął Syrię i Pale­stynę, Egipt i wschod­nią część Ifri­kijji (współ­cze­snej Libii), więk­szość poko­na­nego impe­rium per­skiego oraz nie­które czę­ści Azji Mniej­szej i Kau­kazu. W tym okre­sie zaczęło się kształ­to­wać prawo islam­skie: ujed­no­li­cono tekst Koranu, usta­no­wiono urząd kadiego, czyli sędziego, i zaczęto się posłu­gi­wać hidżrą (kalen­da­rzem muzuł­mań­skim).

W 656 roku, po zabój­stwie Usmana, zwo­len­nicy Alego w Mekce szybko obwo­łali go kali­fem, co skło­niło ród Umaj­ja­dów do oskar­że­nia ich o współ­udział w mor­der­stwie i stwier­dze­nia, że wybór ten był nie­ważny. Mu'awija, star­szy czło­nek tego rodu i namiest­nik Syrii, odmó­wił pod­po­rząd­ko­wa­nia się zwierzch­nic­twu Alego. W odpo­wie­dzi stron­nicy zię­cia Maho­meta zajęli Irak, co stało się zarze­wiem wojny mię­dzy rodem Umaj­ja­dów oraz ich sym­pa­ty­kami, któ­rzy poparli Mu'awiję, z jed­nej strony, i Alim oraz jego zwo­len­ni­kami, któ­rzy ogło­sili go kali­fem i ima­mem ("przy­wódcą", pro­wa­dzą­cym modli­twy prze­ło­żo­nym gminy reli­gij­nej) z dru­giej. Tak zaczęła się pierw­sza wielka fitna - "roz­łam" albo "wojna domowa" - w histo­rii islamu. Nie powio­dły się próby zawar­cia ugody i 26 lipca 657 roku armie zwa­śnio­nych stron starły się pod miej­sco­wo­ścią Sif­fin w pół­noc­nej Syrii. Po cało­dnio­wej krwa­wej bitwie, która nie przy­nio­sła roz­strzy­gnię­cia, Mu'awija zapro­po­no­wał roko­wa­nia, by zyskać na cza­sie i dopro­wa­dzić do roz­pro­sze­nia sił wroga. Jego pod­stęp się udał - część oddzia­łów Alego, które odrzu­ciły kali­fat, ogła­sza­jąc, że nie uznają żad­nego auto­ry­tetu oprócz słów Koranu i nie potrze­bują pośred­nika mię­dzy sobą a Bogiem, opu­ściła pole walki. Odtąd Ali musiał wal­czyć także z tymi cha­ry­dży­tami ("odstęp­cami"), z któ­rych jeden póź­niej (w 661 roku) go zamor­do­wał. Zma­ga­nia z Mu'awiją mieli kon­ty­nu­ować dwaj syno­wie Alego z mał­żeń­stwa z Fatimą, Hasan i Husajn, ale Hasan zre­zy­gno­wał z rosz­czeń do kali­fatu, a woj­ska Husajna zostały pobite przez armię Umaj­ja­dów w 680 roku w bitwie pod Kar­balą. Zma­sa­kro­wa­nym tru­pom pole­głych odcięto głowy i pozo­sta­wiono je na polu bitwy, by tam zgniły ku ich pohań­bie­niu. Zwo­len­nicy Husajna uznali go za praw­dzi­wego imama, a jego męczeń­ska śmierć stała się prze­ło­mo­wym wyda­rze­niem w roz­woju islamu szy­ic­kiego (od szi'at Ali, "stron­nic­two Alego"), odmien­nego od sun­nic­kiego ("tra­dy­cjo­na­li­stycz­nego"). Umaj­ja­dzi zwy­cię­żyli, ale tylko chwi­lowo.

Osiadł­szy w nowej sto­licy, Damaszku, dzier­żyli wła­dzę nad posze­rza­ją­cym się dar al-islam, ale wielu muzuł­ma­nów nie było zado­wo­lo­nych z ich pano­wa­nia. Mu'awiję kry­ty­ko­wano za naru­sza­nie arab­skich oby­cza­jów i prze­kształ­ca­nie kali­fatu w dzie­dziczne kró­le­stwo, i rze­czy­wi­ście Umaj­ja­dzi, któ­rzy prze­trwali do roku 750, byli syn­tezą arab­skiego rodu i bizan­tyj­skiej dyna­stii. Sty­li­zo­wali się na twardo stą­pa­ją­cych po ziemi wojow­ni­ków i osoby z ludu i nie­zbyt anga­żo­wali się w sprawy wiary, mimo że ofi­cjal­nie twier­dzili, że są naj­wyż­szym reli­gij­nym auto­ry­te­tem. I cho­ciaż wła­dza nie­ko­niecz­nie prze­cho­dziła z ojca na syna, znaj­do­wała się w rękach wąskiej grupy upraw­nio­nych do jej spra­wo­wa­nia człon­ków rodu. Byli głę­boko zako­rze­nieni w Syrii i mieli silne powią­za­nia z kul­turą grecko-rzym­ską, a po poko­na­niu Per­sji wyda­wało się, że na dro­dze do pod­boju świata, co było ich prze­zna­cze­niem, stoi tylko chrze­ści­jań­ski Kon­stan­ty­no­pol. Jed­nak zde­cy­do­wane ogra­ni­cza­nie przez Umaj­ja­dów kręgu wła­dzy do człon­ków rodu i ich klien­tów oraz dąże­nie do uczy­nie­nia Syrii swoim cen­trum wzbu­dzało nie­chęć wśród muzuł­ma­nów w byłym impe­rium per­skim i wśród reli­gij­nej elity Ara­bii.

Pod pano­wa­niem Umaj­ja­dów na­dal trwała tery­to­rialna eks­pan­sja islamu. Regu­lar­nie doko­ny­wano najaz­dów na bizan­tyj­ską Azję Mniej­szą i przy­pusz­czono dwa duże, ale nie­sku­teczne ataki na Kon­stan­ty­no­pol, pierw­szy w latach 674-678, drugi w latach 717-718. Pod koniec VII wieku zapa­no­wał kru­chy pokój, na prze­mian to pie­czę­to­wany zawie­ra­nymi od czasu do czasu trak­ta­tami oraz umo­wami o pła­ce­niu daniny (na rzecz sil­niej­szej w danym momen­cie strony), to prze­ry­wany wybu­chami wojen. Pierwsi muzuł­ma­nie nie wyru­szyli z Pół­wy­spu Arab­skiego z zamia­rem pod­bi­cia Afryki Pół­noc­nej, a tym bar­dziej Hisz­pa­nii czy całej Europy. Według arab­skiej tra­dy­cji histo­rycz­nej pod­boju Egiptu - naj­lud­niej­szej i naj­bo­gat­szej pro­win­cji Bizan­cjum - doko­nał samo­rzut­nie w latach czter­dzie­stych VII wieku Amr Ibn al-As na czele armii liczą­cej zale­d­wie cztery tysiące wojow­ni­ków. Amr wyko­rzy­sty­wał w tej kam­pa­nii zarówno swoje siły, jak i strach miesz­kań­ców, a poma­gał mu chaos, w któ­rym pogrą­żony był ten region. Sto­czył tylko kilka zażar­tych bitw. Wiele miast pod­dało się, gdy u ich bram sta­nęło jego woj­sko, ale w innych przy­pad­kach musiał wal­czyć ze szczu­płymi, lecz nie­kiedy sta­wia­ją­cymi zacięty opór bizan­tyj­skimi gar­ni­zo­nami.

Pod­bój Egiptu ozna­czał, że Ara­bo­wie zarówno mogli, jak i musieli posu­wać się dalej na zachód, gdyż Mu'awija i jego następcy uwa­żali, że Bizan­cjum zagraża ich ist­nie­niu, i byli zde­cy­do­wani zdo­być Kon­stan­ty­no­pol. Z ich punktu widze­nia Afryka Pół­nocna była ważną areną dzia­łań w tej woj­nie. Ich zamia­rom sprzy­jał fakt, że w bizan­tyj­skiej Afryce, nie­dawno odbi­tej z rąk ger­mań­skich Wan­da­lów i cią­gle nęka­nej najaz­dami Ber­be­rów, pano­wała anar­chia. Wielu zro­ma­ni­zo­wa­nych miesz­kań­ców miało nie­chętny sto­su­nek do bizan­tyj­skiej wła­dzy, któ­rej obóz był zresztą głę­boko podzie­lony. W pew­nym momen­cie zde­spe­ro­wany cesarz Kon­stans II oskar­żył papieża Mar­cina I o sprzy­mie­rze­nie się z Ara­bami i kazał go uwię­zić. W latach czter­dzie­stych VII wieku Grze­gorz Patry­cjusz, egzar­cha Kar­ta­giny, ogło­sił się cesa­rzem i zbie­rał pod swo­imi sztan­da­rami przy­chylne mu stron­nic­twa ber­ber­skie i bizan­tyj­skie, dopóki jego woj­ska nie zostały w 647 roku roz­bite przez muzuł­ma­nów pod Sufe­tulą. Podzie­lone były też ple­miona ber­ber­skie, które dzia­łały na pery­fe­riach zur­ba­ni­zo­wa­nego wybrzeża. Część z nich szybko przy­łą­czyła się do Ara­bów i przy­jęła islam, zwięk­sza­jąc tym samym liczeb­ność sił muzuł­mań­skich, które bar­dzo potrze­bo­wały wzmoc­nie­nia. Inne sta­wiały zacie­kły opór. Do tych dru­gich nale­żeli choćby ci, któ­rym prze­wo­dziła wyzna­jąca praw­do­po­dob­nie juda­izm ber­ber­ska "kró­lowa" Al-Kahina ("wieszczka"), poko­nana dopiero w roku 702.

Arab­ski pod­bój tego regionu nie doko­nał się od razu, lecz cią­gnął się przez mniej wię­cej sześć­dzie­siąt lat, w takim samym stop­niu wsku­tek wewnętrz­nych kon­flik­tów w mło­dym kali­fa­cie i oporu miej­sco­wej lud­no­ści. Po inwa­zji w latach czter­dzie­stych VII wieku, która zakoń­czyła się zaję­ciem Try­po­lisu, dru­giej doko­nano w roku 665. Prąc na zachód, w kie­runku dzi­siej­szej Tune­zji, po wodzą Ukby Ibn Nafi'ego - Towa­rzy­sza Pro­roka - Ara­bo­wie zało­żyli warowne mia­sto Kairuan, bazę dla dal­szych ope­ra­cji, które wkrótce stało się sto­licą nowej pro­win­cji, Ifri­kijji ("Afryki"). W 698 roku Ara­bo­wie zajęli i zbu­rzyli por­tową Kar­ta­ginę, by pozba­wić Bizan­tyj­czy­ków przy­czółka, i zało­żyli nowe mia­sto, Tunis, nieco bar­dziej w głębi lądu. Jed­no­cze­śnie, wspo­ma­gani przez Ber­be­rów i innych kon­wer­ty­tów, parli dalej na zachód. Posu­wali się przez gór­skie obszary obec­nych pół­noc­nej Algie­rii i Maroka i dotarli do Tan­geru nad Atlan­ty­kiem. Umoc­nione mia­sto Sep­tem (Ceuta, Sabta po arab­sku) na wybrzeżu Morza Śró­dziem­nego było ostat­nią bizan­tyj­ską pla­cówką w Afryce Pół­noc­nej. Jed­nak flota wojenna impe­rium pozo­sta­wała dla Ara­bów zagro­że­niem, co skło­niło ich w 708 roku do nie­uda­nej inwa­zji na Bale­ary. W tej kam­pa­nii musieli pole­gać na bizan­tyj­skich jeń­cach, zdraj­cach i kon­wer­ty­tach, ponie­waż sami nie znali się na żeglu­dze mor­skiej i nie mieli okrę­tów.

Mimo róż­nych pora­żek powolny pod­bój Afryki Pół­noc­nej przy­niósł Ara­bom wiele korzy­ści. Pozwo­lił skon­so­li­do­wać zdo­byte tery­to­ria, przy­zwy­czaić miej­scową lud­ność do wła­dzy muzuł­mań­skiej i stop­niowo wcie­lić ją do arab­skiej armii i admi­ni­stra­cji. Podzie­lone chrze­ści­jań­skie spo­łe­czeń­stwo tego regionu, osła­bione znisz­cze­niem ośrod­ków miej­skich i odizo­lo­wa­niem od świata bizan­tyj­skiego, szybko się roz­pa­dło. Żydzi, któ­rzy w cza­sach wła­dzy impe­rium pod­le­gali suro­wym restryk­cjom praw­nym, musieli z pewną ulgą powi­tać nada­nie im przez muzuł­ma­nów sta­tusu zim­mich.

Bar­dziej skom­pli­ko­wana była sytu­acja Ber­be­rów. Sta­no­wili nie jed­no­lity "lud", lecz - podob­nie jak Ara­bo­wie - duże grupy etniczno-języ­kowe (w tym regio­nie San­ha­dża i Zanata), skła­da­jące się z ple­mion i rodów, z któ­rych każdy dbał o wła­sne inte­resy, i nie two­rzyli wspól­nego frontu. Po poko­na­niu tych pogań­skich ludów Ara­bo­wie włą­czyli je do reli­gij­nej i rodzin­nej wspól­noty, a ich przy­wódcy brali ber­ber­skie kobiety za żony i nałoż­nice. Na islam mogły też przejść nie­które ple­miona wyzna­jące wcze­śniej chrze­ści­jań­stwo i juda­izm, ale raczej nie narzu­cono im tego siłą. Ber­be­rom, podob­nie jak Bedu­inom z Ara­bii, islam dostar­czał reli­gij­nego uspra­wie­dli­wie­nia dla ambi­cji poli­tycz­nych i dawał moral­nie wznio­słe ujście ich wojow­ni­czej ener­gii. Jed­nak moto­rem pod­boju nie był reli­gijny czy ide­olo­giczny zapał; był to pro­ces eks­pan­sji poli­tycz­nej, tylko nieco róż­niący się od tej, którą pro­wa­dzili Rzy­mia­nie i ich bar­ba­rzyń­scy pogromcy.

Na początku VIII wieku namiest­ni­kiem Ifri­kijji został mia­no­wany syryj­ski Arab, Musa Ibn Nusajr, fawo­ryt kalifa Al-Walida. Na czele sił zło­żo­nych w więk­szo­ści z ber­ber­skich kon­wer­ty­tów ruszył on na zachód i pod­po­rząd­ko­wał sobie dużą część Magh­rebu. Przed powro­tem do Kairu­anu prze­ka­zał dowódz­two swemu roda­kowi Tari­kowi Ibn Zija­dowi. Kiedy jego oddziały zebrały się w Ceu­cie, Tarik mógł w bez­chmurny dzień oglą­dać odle­głe szczyty w wizy­goc­kiej Hisz­pa­nii. Wąską cie­śninę, mającą w jed­nym miej­scu zale­d­wie dzie­więć mil, wyzna­czały nazwane przez grec­kich geo­gra­fów słu­pami Hera­klesa Skała Gibral­tar­ska i góry po afry­kań­skiej stro­nie. Oddzie­lała ona Afrykę od Europy i two­rzyła natu­ralną, czę­sto wyko­rzy­sty­waną prze­prawę do boga­tych i żyznych, wów­czas sca­lo­nych - lecz by­naj­mniej nie zjed­no­czo­nych - pod wła­dzą wizy­goc­kich wiel­mo­żów i bisku­pów Kościoła rzym­skiego byłych bizan­tyj­skich pro­win­cji Hisz­pa­nii.

1

Otwar­cie

8 czerwca 1898 roku Alois Musil, moraw­ski uczony i poszu­ki­wacz przy­gód, na sma­ga­nej wia­trem pustyni na wschód od Ammanu natknął się na Kusajr Amra, zapo­mniany pała­cyk myśliw­ski i dom uciech zbu­do­wany w latach czter­dzie­stych VIII wieku przez umaj­jadz­kich kali­fów. W środku zna­lazł bar­dzo znisz­czone, lecz na­dal olśnie­wa­jące fre­ski w stylu bizan­tyj­skim: nagie, barasz­ku­jące tan­cerki, zwie­rzęta gra­jące na instru­men­tach muzycz­nych, zodiak i mapę gwiazd oraz przed­sta­wie­nie sze­ściu wiel­kich wład­ców ówcze­snego świata skła­da­ją­cych hołd sie­dzą­cemu na tro­nie suwe­re­nowi. Dwu­ję­zyczne, grec­kie i arab­skie, napisy wyja­śniały, że jed­nym z nich jest per­ski szach Cho­srow, innym bizan­tyj­ski "cesarz" , a jesz­cze innym "negus" Etio­pii. Jeśli cho­dzi o trzy pozo­stałe posta­cie, oca­lało imię tylko jed­nej z nich, zapi­sane po grecku jako "Rodo­rik", a po arab­sku jako "Ludhe­rik". Był to ostatni wizy­gocki król Hisz­pa­nii, który zgi­nął w 711 roku w bitwie z armią Tarika Ibn Zijada, ale w następ­nym poko­le­niu został wskrze­szony na tym malo­wi­dle, by uznać zwierzch­ność islamu i gło­sić chwałę kalifa.

Zale­d­wie trzy­dzie­ści lat po islam­skim pod­boju Hisz­pa­nii upa­dek Rode­ryka przy­brał dla muzuł­ma­nów wymiar mityczny. Al-Anda­lus była naj­da­lej na zachód wysu­nię­tym punk­tem, do jakiego dotarły ich siły, i w wyobra­że­niach Ara­bów egzo­tyczną, żyzną i opły­wa­jącą we wszel­kie bogac­twa kra­iną, a jej pod­bój kolej­nym kro­kiem do zdu­sze­nia impe­rium rzym­skiego. Dumny król Rode­ryk stał się posta­cią legen­darną, zarówno pogar­dzaną, jak i podzi­wianą. Poja­wia się on w róż­nych opo­wie­ściach o pod­boju jako czło­wiek wynio­sły, któ­rego razem z jego ludem dopro­wa­dziły do zguby pycha, żądza i lek­ko­myślne odrzu­ce­nie opieki magicz­nych sił chro­nią­cych wcze­śniej wła­dzę Wizy­go­tów.

Pod­bój wizy­goc­kiej Hisz­pa­nii, którą Ara­bo­wie nazwali póź­niej Al-Anda­lus, zaczął się na dobre w kwiet­niu 711 roku, kiedy Tarik Ibn Zijad, zastępca Musy Ibn Nusajra, zebraw­szy swoje siły, prze­pra­wił się przez wąski prze­smyk, który oddzie­lał Ceutę od połu­dnio­wego brzegu Hisz­pa­nii, i wylą­do­wał na skale, która wzięła od niego swoją nazwę (Gibral­tar od Dża­bal Tarik, "góra Tarika"). Nie zro­bił jed­nak skoku w nie­znane, w poprzed­nim roku wysłał bowiem na połu­dniowy skraj pół­wy­spu eks­pe­dy­cję, któ­rej celem było roz­po­zna­nie terenu. Po zej­ściu na drugi brzeg oddziały Tarika, które mogły liczyć do kil­ku­na­stu tysięcy wojow­ni­ków, lek­kiej jazdy i pie­choty, wraz ze swo­imi rodzi­nami zaczęły się posu­wać na pół­noc, ku ośrod­kom miej­skim nad rzeką Baetis, nazwaną przez Ara­bów Wadi al-Kabir, "wielką rzeką" ("Gwa­dal­ki­wir"). W jakimś momen­cie napo­tkały armię Rode­ryka, zło­żoną z jego świty i ludzi wier­nych mu wiel­mo­żów, i starły się z nią na brzegu Wadi Lakki (Guada­lete), praw­do­po­dob­nie nieco na wschód od Kadyksu. Tam w ciągu jed­nego dnia roz­strzy­gnął się los kró­le­stwa Wizy­go­tów. Woj­sko Rode­ryka zostało okrą­żone i wycięte w pień; on też zgi­nął. Arab­skim odpo­wied­ni­kiem słowa "pod­bój" jest fath, co zna­czy też "otwar­cie", więc po pogro­mie wizy­goc­kiej armii cała Hisz­pa­nia stała przed Tari­kiem otwo­rem.

Kiedy wia­do­mo­ści o tych wyda­rze­niach dotarły do namiest­nika Ifri­kijji Musy Ibn Nusajra, wysłał on do Hisz­pa­nii posiłki, a w następ­nym roku przy­był tam oso­bi­ście, razem z synami, Abd al-Azi­zem i Abd Alla­hem. Tak więc pod­bój kró­le­stwa Wizy­go­tów odby­wał się w spo­sób bar­dzo podobny do pod­boju Syrii i Egiptu. Po pra­wie cał­ko­wi­tym znisz­cze­niu ich zdol­no­ści do obrony tubylcy nie mieli wyboru i musieli się pod­dać, tylko w kilku przy­pad­kach sta­wili więk­szy opór. Nato­miast muzuł­ma­nie musieli posu­wać się jak naj­szyb­ciej, by wyko­rzy­stać fakt, że siły prze­ciw­nika są w roz­sypce, sta­ra­jąc się jed­no­cze­śnie zacho­wać kon­trolę nad pod­bi­tym już tery­to­rium. W 714 roku Musa z synami wkro­czył do pół­noc­nej Hisz­pa­nii i opa­no­wał mia­sta na wiel­kim pła­sko­wyżu cen­tral­nym, a do roku 716 pod­po­rząd­ko­wał sobie te, które leżały na połu­dnio­wych sto­kach Pire­ne­jów.

Kon­ty­nu­ując marsz via Domi­tia, rzym­ską drogą, która łączyła Kadyks z Rzy­mem, siły muzuł­mań­skie prze­kro­czyły w 717 roku Pire­neje i weszły do wizy­goc­kiej Sep­ty­ma­nii, "kra­iny sied­miu miast" - Béziers, Elne, Agde, Narbony, Lod?ve, Magu­elone i Nîmes. Gra­ni­czące z nią na zacho­dzie, zależne od leżą­cego na pół­nocy wiel­kiego mero­wiń­skiego kró­le­stwa Fran­ków księ­stwo Akwi­ta­nii sta­wiło zor­ga­ni­zo­wany opór. Aby unik­nąć bez­po­śred­niego star­cia z jego władcą, księ­ciem Odo­nem (Eude­sem), siły arab­skie skie­ro­wały się na wschód i w roku 718 dotarły nad Rodan, który był gra­nicą Pro­wan­sji. Ta wielka rzeka, która prze­pły­wała przez wiele wie­ko­wych miast zbu­do­wa­nych wokół katedr i klasz­to­rów, była drogą pro­wa­dzącą na pół­noc. Posu­wa­jąc się wzdłuż niej, muzuł­mań­scy najeźdźcy oble­gli i na pewien czas zajęli Lyon, a nawet leżące dużo dalej na pół­noc Autun w Bur­gun­dii. Potem wyco­fali się do Narbony (Arbuny), czy­niąc z niej ze względu na potężne mury obronne, dostęp do morza i miesz­ka­ją­cych tam żydow­skich kup­ców, któ­rzy mogli słu­żyć im wspar­ciem logi­stycz­nym, lokalną sto­licę.

Poma­gał im panu­jący w Sep­ty­ma­nii chaos. Pozo­stała przy życiu wizy­gocka elita oba­wiała się fran­kij­skiej domi­na­cji, dzięki czemu najeźdź­com udało się wyne­go­cjo­wać pod­da­nie się miej­sco­wych spo­łecz­no­ści. Ale linie muzuł­ma­nów tak bar­dzo się roz­cią­gnęły, że stały się zbyt cien­kie. Cho­ciaż ich woj­ska zasi­lali miej­scowi najem­nicy, nie mogli już oni liczyć na Ber­be­rów, z któ­rych pra­wie wszy­scy osie­dli w Hisz­pa­nii. Mimo to ude­rzyli na poło­żoną na zacho­dzie Tuluzę, sto­licę księ­cia Odona, pod którą w 721 roku zostali przez niego poko­nani.

Wyda­rze­niom tym bacz­nie przy­pa­try­wał się Karol, major­dom pałacu mero­wiń­skiego i rze­czy­wi­sty władca kró­le­stwa Fran­ków. W 732 roku los się do niego uśmiech­nął. Wtedy bowiem Abd ar-Rah­man al-Gha­fiki, namiest­nik Al-Anda­lus, zebrał wielką armię, by zgnieść Odona, prze­kro­czył Pire­neje, złu­pił Bor­de­aux i wyparł księ­cia na pół­noc, wprost w ramiona major­doma. Nie poprze­stał na tym, lecz powiódł woj­sko na pół­noc z zamia­rem ogra­bie­nia boga­tego opac­twa Świę­tego Mar­cina w Tours, które leżało trzy­sta pięć­dzie­siąt kilo­me­trów dalej, w głębi tery­to­rium Mero­win­gów. Wyprawa zakoń­czyła się klę­ską. Karol, wspo­ma­gany teraz przez Odona, sta­nął naprze­ciw Al-Gha­fikiego około sie­dem­dzie­się­ciu kilo­me­trów na połu­dnie od jego celu (tuż za Poitiers) i spro­wo­ko­wał nad­mier­nie wyczer­paną, prze­cią­żoną i zbyt pewną sie­bie armię muzuł­mań­ską do pod­ję­cia walki. Fran­ko­wie odnie­śli miaż­dżące zwy­cię­stwo; zabili wielu muzuł­ma­nów, włącz­nie z Al-Gha­fikim. Sława tej wik­to­rii była tak wielka, że Karol, zwany od tej pory Mło­tem, mógł w 735 roku zostać regen­tem kró­le­stwa Fran­ków. Przez następ­nych kil­ka­dzie­siąt lat Karol i jego następcy stop­niowo odzy­ski­wali kon­trolę nad Akwi­ta­nią i wyparli muzuł­ma­nów z Sep­ty­ma­nii. Potem bitwa pod Poitiers (zwana też bitwą pod Tours) została wyol­brzy­miona przez euro­pej­skich histo­ry­ków i stała się kamie­niem węgiel­nym mitu zało­ży­ciel­skiego Fran­cji, a Karol Młot był wyno­szony pod nie­biosa jako wybawca chrze­ści­jań­skiej Europy. Jed­nak atak na Tours nie był ani zde­rze­niem cywi­li­za­cji, ani kolej­nym eta­pem pod­boju, lecz tylko najaz­dem. Mimo ponie­sio­nej tam klę­ski muzuł­ma­nie, wspo­ma­gani przez chrze­ści­jań­skich sprzy­mie­rzeń­ców, któ­rzy prze­ciw­sta­wiali się rosną­cej potę­dze fran­kij­skich Mero­win­gów, pozo­stali na połu­dniu Fran­cji aż do 736 roku.

Cho­ciaż powoli wypie­rano muzuł­ma­nów z Sep­ty­ma­nii, umac­niali oni swoje pano­wa­nie nad kra­iną, którą nazwali Al-Anda­lus. Było jasne, że przy­byli tam, by na niej osiąść. Dla Musy, Tarika i ich żoł­nie­rzy - Ara­bów, Ber­be­rów i ibero-rzym­skich miesz­kań­ców Afryki Pół­noc­nej - Al-Anda­lus, w odróż­nie­niu od zim­nych i wil­got­nych Pire­ne­jów, nie była zie­mią ani odle­głą, ani obcą. Sta­no­wiła inte­gralną część świata śród­ziem­no­mor­skiego i rzym­skiego, a Cie­śnina Gibral­tar­ska zawsze była natu­ral­nym mostem mię­dzy połu­dnio­wym i pół­noc­nym brze­giem. Oprócz desz­czo­wego gór­skiego łań­cu­cha cią­gną­cego się wzdłuż Atlan­tyku na jej pół­noc­nym brzegu kra­ina ta bar­dzo przy­po­mi­nała Magh­reb, Ifri­kijję, Egipt i Syrię. Był to ciąg suchych rów­nin, prze­ry­wa­nych poro­śnię­tymi krze­wami górami i pocię­tych rze­kami, któ­rych ujarz­mione wody mogły prze­mie­nić spie­czoną słoń­cem, lecz uro­dzajną zie­mię w żywą, bujną zie­leń. A zatem na wielu przy­by­szach mogła spra­wiać wra­że­nie nie tylko zna­jo­mej, lecz wręcz idyl­licz­nej kra­iny. I wła­śnie taki jej obraz zado­mo­wił się szybko w wyobraźni Ara­bów.

Mimo to inwa­zja na nią nie była czę­ścią wiel­kiej kam­pa­nii kali­fatu w celu pod­boju Europy, która w owych cza­sach była dla Ara­bów ubo­gim i słabo roz­wi­nię­tym zaścian­kiem i nie zaprzą­tała ich umy­słów. Może rze­czy­wi­ście muzuł­ma­nie mieli nie­spre­cy­zo­wane ambi­cje okrą­że­nia Bizan­cjum, ale nie okre­ślały one stra­te­gii kali­fatu. W owej epoce władcy rzadko mogli prze­pro­wa­dzać skom­pli­ko­wane i dłu­go­fa­lowe ope­ra­cje tylko na mocy swego auto­ry­tetu i kali­fo­wie nie byli tu wyjąt­kiem. Poza tym nie wszy­scy w cen­trum świata arab­sko-muzuł­mań­skiego byli zado­wo­leni z akcji w Hisz­pa­nii. Powia­dano, że kalif Umar II (717-720) roz­wa­żał nawet cał­ko­wite wyco­fa­nie się z Al-Anda­lus, ponie­waż oba­wiał się, że na zim­nych i odle­głych zie­miach Zachodu muzuł­ma­nie będą zbyt osa­mot­nieni i bez­bronni.

Do prze­kro­cze­nia cie­śniny i rusze­nia na Hisz­pa­nię skła­niała Ara­bów i Ber­be­rów mie­sza­nina róż­nych czyn­ni­ków. Z pew­no­ścią jed­nym z nich była reli­gia. Spa­jała ona najeźdź­ców i napeł­niała ich deter­mi­na­cją i poczu­ciem, że służą wyż­szej, moral­nie uspra­wie­dli­wio­nej spra­wie. Gdyby zgi­nęli pod­czas tej wyprawy, zosta­liby przy­naj­mniej męczen­ni­kami. A zatem zarówno wśród nich, jak i wśród chrze­ści­jan w Al-Anda­lus i Sep­ty­ma­nii pano­wało, wpraw­dzie nie­ja­sne, prze­ko­na­nie, że uczest­ni­czą w woj­nie reli­gij­nej. Było ono szcze­gól­nie silne u chrze­ści­jań­skiego ducho­wień­stwa, które postrze­gało pod­bój w kate­go­riach fata­li­stycz­nych - jako bicz Boży - i w przed­sta­wie­niach swo­jej klę­ski przy­wo­ły­wało język sta­ro­te­sta­men­to­wych opi­sów cier­pień Izra­ela. Wielu księży, bisku­pów i mni­chów ucie­kło przed muzuł­mań­ską nawał­nicą do zapew­nia­ją­cych bez­pieczne schro­nie­nie bar­ba­rzyń­skich kró­lestw, zabie­ra­jąc ze sobą kościelne skarby i reli­kwie. Drogę wyzna­czył im arcy­bi­skup Toledo Sin­de­red, który zosta­wił swoją trzódkę na pastwę losu i w 721 roku poja­wił się w Rzy­mie.

Reli­gia nie była jed­nak wystar­cza­ją­cym moty­wem tak trud­nego przed­się­wzię­cia i nie wszy­scy z tych, któ­rzy prze­byli cie­śninę, zali­czali się do osób bar­dzo poboż­nych. Nie­wąt­pli­wie kie­ro­wało nimi głów­nie pra­gnie­nie zdo­by­cia bogac­twa. Słabo bro­nione kościoły i klasz­tory były pełne złota, sre­bra i wysa­dza­nego dro­gimi kamie­niami wypo­sa­że­nia i to wszystko tylko cze­kało, aż ktoś wycią­gnie po nie rękę. Było to dodat­kiem do pło­dów rol­nych, zwie­rząt domo­wych i ludzi, któ­rych najeźdźcy mogli stam­tąd wywieźć. Cen­nym łupem byli nie­wol­nicy, a zwłasz­cza bar­dzo poszu­ki­wane cudzo­ziem­skie kobiety. Krótko mówiąc, wielu najeźdź­ców, szcze­gól­nie nale­żą­cych do arab­skiej elity, szu­kało sławy i wła­dzy oraz mająt­ków na pod­bi­tych zie­miach, któ­rych mogliby zostać panami, co współ­grało z moral­nym impe­ra­ty­wem posze­rza­nia dar al-islam.

Z kolei więk­szość ber­ber­skich wojow­ni­ków, któ­rzy sta­no­wili główną siłę muzuł­mań­skiej armii, prze­pra­wiła się na drugą stronę cie­śniny z rodzi­nami, z zamia­rem sko­lo­ni­zo­wa­nia żyznych, roz­le­głych połaci pół­wy­spu. Jed­nak gdy zna­leźli się już w Al-Anda­lus, za bar­dzo pocią­gała ich pustka, która powstała po upadku kró­le­stwa Wizy­go­tów, oraz per­spek­tywa łatwych i boga­tych łupów. Tak więc, cho­ciaż pod­bój przed­sta­wiano nie­wąt­pli­wie jako przed­się­wzię­cie reli­gijne, był to pro­ces dużo bar­dziej skom­pli­ko­wany. Prawdę mówiąc, arab­scy kro­ni­ka­rze z reguły upa­try­wali przy­czyn tych wyda­rzeń w czyn­ni­kach ludz­kich, takich jak żądza, duma i chci­wość, i nawet histo­rycy chrze­ści­jań­scy przy­zna­wali, że gdyby nie pomoc, jaką Tarik i Musa otrzy­mali od wielu nie­wier­nych, w tym od licz­nych wro­gów, któ­rych miał Rode­ryk wśród wizy­goc­kiej elity, ni­gdy nie doszłoby do pod­boju Hisz­pa­nii.

Pierw­szym nie­wier­nym, który dopo­mógł muzuł­ma­nom w pod­boju Al-Anda­lus, był legen­darny hra­bia Julian. W póź­niej­szych histo­riach jest on nazy­wany kome­sem Ceuty, ostat­niego punktu oporu przed siłami Tarika w Afryce Pół­noc­nej - "zie­lo­nej wyspy" (Al-Dża­zira al-Cha­dra, co odnosi się albo do Alge­ci­ras, albo do Kadyksu). Zazwy­czaj opi­suje się go jako bizan­tyj­skiego namiest­nika i przy­pi­suje mu dostar­cze­nie okrę­tów i infor­ma­cji nie­zbęd­nych do doko­na­nia inwa­zji. Byłoby na pewno zro­zu­miałe, gdyby w obli­czu muzuł­mań­skiego pod­boju Afryki Pół­noc­nej dowódca tej samot­nej pla­cówki zwią­zał swój los z najeźdź­cami, ale wcze­sno­śre­dnio­wieczni histo­rycy mieli skłon­ność do postrze­ga­nia spraw w kate­go­riach ope­ro­wych i upięk­szali swoje opo­wie­ści, by wytłu­ma­czyć przy­czyny współ­pracy Juliana z wro­giem i przed­sta­wić Rode­ryka jako czło­wieka, któ­rego spo­tkał zasłu­żony los. Stąd się wzięła baśń o Flo­ryn­dzie.

Według tej opo­wie­ści Rode­ryk popro­sił hra­biego, by wysłał córkę na dwór kró­lew­ski w Toledo, wizy­goc­kiej sto­licy, gdzie mogłaby nabrać ogłady. Była to zro­zu­miała prośba, ponie­waż dzięki temu dziew­czyna dora­sta­łaby w dwor­skich krę­gach, a Rode­ryk zyskałby zakład­niczkę, która zapew­ni­łaby mu wier­ność Juliana. W każ­dym razie powia­dano, że gdy wzrok Rode­ryka spo­czął na dziew­czy­nie o olśnie­wa­ją­cej uro­dzie - która w końcu stała się znana jako Flo­rynda lub La Cava ("kobieta upa­dła") - wez­brała w nim tak wielka chuć, że ją zgwał­cił. Wia­do­mość o gwał­cie dotarła wkrótce do Ceuty i Julian poprzy­siągł Rode­rykowi zemstę. A zatem przy­by­cie Tarika Ibn Zijada było dla niego nie­mal boskim zrzą­dze­niem i pod­bój stał się narzę­dziem oso­bi­stej zemsty.

A jak było naprawdę? Juliana opi­sy­wano jako bizan­tyj­skiego wyso­kiego urzęd­nika, być może ochrzczo­nego Ber­bera, ale źró­dła są nie­ja­sne. Rów­nie dobrze mógł być wizy­goc­kim wiel­możą, panem Kadyksu oraz Ceuty, co spra­wia­łoby, że byłby zain­te­re­so­wany utrzy­ma­niem związ­ków mię­dzy pół­wy­spem i Afryką Pół­nocną, która prze­szła pod pano­wa­nie muzuł­ma­nów. Podobno już w roku 710 wypo­ży­czył Tari­kowi okręty, by spraw­dzić zdol­no­ści obronne kró­le­stwa Wizy­go­tów. W następ­nym roku zaan­ga­żo­wał się w pełni, oddał Tari­kowi do dys­po­zy­cji swoją flotę, udzie­lił mu infor­ma­cji o sta­nie pań­stwa i zaofia­ro­wał pomoc logi­styczną. Kon­ty­nu­ował to w 712 roku, po przy­by­ciu Musy Ibn Nusajra. Była to jawna, ale prze­my­ślana zdrada. Julian zdo­by­wał coraz więk­sze uzna­nie nowych wład­ców i po pod­boju osiadł w Kor­do­bie. Po przej­ściu jego syna na islam następne poko­le­nia rodu zacho­wy­wały wysoką pozy­cję i cie­szyły się pre­sti­żem w dwor­skich krę­gach muzuł­mań­skiej Al-Anda­lus.

Cho­ciaż opo­wieść o Flo­ryn­dzie jest nie­mal na pewno cał­ko­witą fik­cją, bez Juliana, jego następ­ców i im podob­nych pod­bój Al-Anda­lus nie byłby moż­liwy. Syryj­scy Ara­bo­wie nie mieli żad­nych tra­dy­cji mor­skich. W kam­pa­niach na morzu oraz w kwe­stii wywiadu i kie­runku dzia­łań byli zależni od współ­pra­cu­ją­cych z nimi ludów pod­bi­tych. Podob­nie jak na Bli­skim Wscho­dzie, ich suk­cesy były w rów­nej mie­rze wyni­kiem wspól­noty celu muzuł­ma­nów i tarć mię­dzy ludami, nad któ­rymi chcieli zapa­no­wać. W samej rze­czy napo­mknie­nia o podzia­łach mię­dzy chrze­ści­ja­nami oraz w wizy­goc­kim kró­le­stwie można zna­leźć w innej legen­dzie, legen­dzie o Rode­ryku, w któ­rej poja­wiają się zamknięta kom­nata i sta­ro­żytna klą­twa.

Według tej opo­wie­ści, kiedy Rode­ryk w 710 roku zasiadł na tro­nie, był mło­dym męż­czy­zną szla­chet­nego pocho­dze­nia, wnu­kiem wiel­kiego króla Chin­da­swinta, ale miał repu­ta­cję gwał­tow­nika. Jego koro­na­cja odbyła się w Toledo, sto­licy kró­le­stwa, gdzie nowy król miał zostać namasz­czony przez arcy­bi­skupa, głowę Kościoła w Hisz­pa­nii. Jed­nak zwią­zane z jego pano­wa­niem ocze­ki­wa­nia zmą­cił zły omen, bo korona i berło wyśli­zgnęły się z rąk Rode­ryka i upa­dły na pod­łogę. Króla nie mógł ura­to­wać nawet święty olej, któ­rym arcy­bi­skup Toledo poma­zał jego czoło.

Kościół kato­licki nie zawsze zapew­niał wizy­goc­kim kró­lom magiczną ochronę. Wpraw­dzie Wizy­goci byli od dawna chrze­ści­ja­nami, ale wyzna­nia ariań­skiego, w któ­rym Jezus miał niż­szą pozy­cję niż Bóg Ojciec. Na Sobo­rze Nicej­skim w 325 roku Kościół rzym­ski potę­pił aria­nizm. Potem następcy Ariu­sza gło­sili swoją wiarę ger­mań­skim bar­ba­rzyń­com. Część z nich, tak jak Wizy­goci, gotowa była przy­jąć odmianę chrze­ści­jań­stwa, która nie pod­po­rząd­ko­wy­wała ich reli­gij­nej wła­dzy wroga, czyli rzym­skiego cesa­rza.

Wizy­goci, podob­nie jak Ara­bo­wie, byli na pół koczow­ni­czym ludem wojow­ni­ków, który trak­to­wał swo­ich kró­lów jako wybie­ra­nych w razie potrzeby wodzów. Na początku V wieku, po osie­dle­niu się w Hisz­pa­nii, rzą­dzili miej­scową, zro­ma­ni­zo­waną i chrze­ści­jań­ską lud­no­ścią jako osobna kasta, zacho­wu­jąc swój język, prawa i reli­gię. Jed­nak, w prze­ci­wień­stwie do muzuł­mań­skich Ara­bów na Wscho­dzie, nie mogli igno­ro­wać Kościoła, który po roz­pa­dzie rzym­skich struk­tur spo­łecz­nych stał się klu­czową struk­turą two­rzącą ramy insty­tu­cjo­nalne dla wymiaru spra­wie­dli­wo­ści i poboru podat­ków. Wsku­tek tego ariań­scy Wizy­goci i kato­licki kler żyli w sta­nie nie­pew­nej rów­no­wagi - obie strony były do sie­bie wrogo nasta­wione, ale nie mogły się bez sie­bie obejść.

Pod koniec VI wieku było oczy­wi­ste, że Kościół i monar­chia są sobie wza­jem­nie potrzebni. Usta­wiczne waśnie mię­dzy rywa­li­zu­ją­cymi o tron moż­nymi rodami spra­wiły, że kró­le­stwo zna­la­zło się w sta­nie to przy­ga­sa­ją­cej, to wybu­cha­ją­cej na nowo wojny domo­wej, a wizy­gocka elita zaczęła się powoli wią­zać z reszt­kami elity kato­lic­kiej. Kościół mógł zapew­nić pewną sta­bil­ność, nada­jąc kró­lowi quasi-uświę­cony cha­rak­ter i w pełni włą­cza­jąc się w dzieło utrzy­ma­nia pokoju w pań­stwie. Tak więc książę imie­niem Rek­ka­red, który po kolej­nej run­dzie walk o suk­ce­sję wstą­pił na tron, w 587 roku przy­jął chrzest. Jak było w zwy­czaju w owych cza­sach, jego pod­dani musieli pójść za przy­kła­dem króla i też zmie­nili wyzna­nie. Jed­nak podziały wśród wizy­goc­kich moż­nych były zbyt mocno zako­rze­nione, by znik­nąć.

W 672 roku, kiedy dobie­gło końca dłu­gie pano­wa­nie Chin­da­swinta, możni i biskupi wybrali nowego króla, Wambę. Zaraz po obję­ciu tronu musiał on wal­czyć z bun­tami w Sep­ty­ma­nii i ata­kami Basków na pół­nocy. Po jego śmierci w 680 roku roz­go­rzały na nowo walki o suk­ce­sję, które zakoń­czyły się tym, że nie­zbyt popu­larny król, Egika, zerwał z prak­tyką elek­cji i wyzna­czył na następcę swego syna Wit­tizę. Wit­tiza rzą­dził tylko przez dzie­sięć lat, a kiedy zmarł, o tron zaczęło się ubie­gać kilku kan­dy­da­tów, wśród któ­rych mógł też być Julian. Wtedy jedno ze stron­nictw moż­nych wybrało na króla Rode­ryka i zmu­siło tych, któ­rzy się temu sprze­ci­wiali, do jego uzna­nia. Działo się to aku­rat w chwili, gdy siły Musy Ibn Nusajra docie­rały do atlan­tyc­kiego wybrzeża Afryki.

Zna­la­zł­szy się u wła­dzy, Rode­ryk musiał się upo­rać nie tylko ze swymi rywa­lami do korony, ale też z nowym baskij­skim natar­ciem na pół­nocy, i tam wła­śnie się znaj­do­wał w 711 roku, kiedy na pół­wy­spie wylą­do­wały siły Tarika. Zmu­szony do for­sow­nego mar­szu na połu­dnie, by sta­wić czoło muzuł­mań­skiej inwa­zji, Rode­ryk przy­był z wyczer­paną armią, do tego naszpi­ko­waną nie­lo­jal­nymi ludźmi, któ­rzy skry­cie popie­rali rosz­cze­nia innych kan­dy­da­tów do tronu. Nato­miast oddziały Tarika były wypo­częte, miały silną moty­wa­cję wewnętrzną i - co waż­niej­sze - mogły liczyć na wspar­cie nie tylko Juliana i jego stron­ni­ków, ale - jak się wydaje - rów­nież człon­ków rodziny Wit­tizy, z któ­rych część zgo­dziła się opu­ścić Rode­ryka po roz­po­czę­ciu bitwy. Legenda nie podaje szcze­gó­łów tych zma­gań, ale wynika z niej jasno, że woj­sko Rode­ryka ponio­sło cał­ko­witą klę­skę, a sam król zgi­nął. Czy na to zasłu­żył czy nie, wina za upa­dek Hisz­pa­nii spa­dła na jego barki. Sta­ra­jąc się sym­bo­licz­nie przedsta­wić tar­cia, które dopro­wa­dziły do tego upadku, kro­ni­ka­rze stwo­rzyli legendę.

Jed­nym z mitycz­nych hero­sów zwią­za­nych z Hisz­pa­nią jest Hera­kles. Do zle­co­nych mu przez bogów prac nale­żało przy­pro­wa­dze­nie trzody trój­gło­wego Geriona, który miesz­kał na połu­dnio­wym zacho­dzie Hisz­pa­nii. To jego poby­towi tutaj zawdzię­czamy, że dwie wiel­kie góry po obu stro­nach Cie­śniny Gibral­tar­skiej, które sta­no­wiły dla sta­ro­żyt­nych gra­nicę "zna­nego świata", zostały nazwane słu­pami Hera­klesa. Jak nie­sie legenda, Hera­kles, który został pierw­szym kró­lem Hisz­pa­nii, zało­żył Toledo, gdzie zbu­do­wał wieżę i scho­wał w niej swoje skarby. W drzwiach do wieży umie­ścił zamek i zabez­pie­czył go klą­twą, która miała spaść na tego, kto by go otwo­rzył. Z sza­cunku dla jego życze­nia każdy z dwu­dzie­stu czte­rech wład­ców, któ­rzy po nim nastą­pili, doda­wał do tego zamka kolejny. Z tą tra­dy­cją zerwał dopiero dumny i poryw­czy Rode­ryk. Wyła­mał zamki i wszedł do wieży. Zamiast skarbu zna­lazł tam jed­nak pła­sko­rzeźby (lub malo­wi­dła) przed­sta­wia­jące tajem­ni­czych jeźdź­ców w tur­ba­nach oraz inskryp­cję z ostrze­że­niem, że otwar­cie drzwi do wieży spo­wo­duje, iż doko­nają oni inwa­zji na Hisz­pa­nię. Tak więc przy­by­cie do Al-Anda­lus Tarika i Musy było nie­uchronne.

Oczy­wi­ście Wizy­goci nie byli jedy­nym ludem, który roz­pie­rały duma i ambi­cja. Musie, zdo­bywcy Al-Anda­lus, powio­dło się nie­wiele lepiej niż kró­lowi, któ­rego poko­nał. Zawdzię­czał on swoją pozy­cję temu, że był synem mawli, czyli wyzwo­leńca zwią­za­nego z rodem Umaj­ja­dów i ich klienta. Około 698 roku kalif Abd al-Aziz mia­no­wał go namiest­ni­kiem Ifri­kijji. Po śmierci kalifa, któ­rego następcą został w 705 roku jego syn Al-Walid, Musa na­dal był umaj­jadz­kim fawo­ry­tem. To on kie­ro­wał pod­bo­jem zachod­niej czę­ści Afryki Pół­noc­nej i wpro­wa­dził islam wśród ludów ber­ber­skich. Mię­dzy nawró­co­nymi zna­lazł się też Tarik, który był naj­pew­niej jeń­cem wojen­nym, zanim Musa go uwol­nił i uczy­nił swoim przy­bocz­nym. I wła­śnie Tarik w 711 roku naje­chał ze swo­imi ber­ber­skimi oddzia­łami wizy­goc­kie kró­le­stwo.

Tra­dy­cyjne arab­skie spo­łe­czeń­stwo opie­rało się na związ­kach ple­mien­nych, rodo­wych i rodzin­nych oraz rela­cjach moż­nych z klien­tami, w któ­rych sil­niejsi brali pod opiekę słab­szych w zamian za wier­ność. W wiel­kiej eks­pan­sji Ara­bów pod koniec VII wieku wala (klien­tela) ode­grała decy­du­jącą rolę. Kon­wer­ty­tów - zazwy­czaj wzię­tych do nie­woli pogan i Ara­bów innej niż muzuł­mań­ska wiary - włą­czano do rodzin tych, któ­rzy ich poj­mali. Przy­bie­rali oni arab­sko-islam­skie imiona, a cza­sami przy­własz­czali sobie gene­alo­gię swo­ich patro­nów. Jeśli zaczy­nali jako nie­wol­nicy w domach panów, czę­sto byli przez nich wyzwa­lani, gdy zdo­byli ich zaufa­nie, po czym na­dal słu­żyli ich rodzi­nom. Nie­ko­niecz­nie zna­czy to, że byli im posłuszni i cał­ko­wi­cie pod­po­rząd­ko­wani. Jak poka­zują skom­pli­ko­wane sto­sunki mię­dzy Musą i Tari­kiem, klienci zawsze dążyli do osią­gnię­cia wła­snych celów, więc pro­tek­to­rzy musieli stale mieć na nich oko. A zatem wala była sku­tecz­nym mecha­ni­zmem włą­cza­nia nowych ludzi do zdo­mi­no­wa­nego przez Ara­bów muzuł­mań­skiego spo­łe­czeń­stwa. Dla Musy ktoś taki jak Tarik był szcze­gól­nie cenny, bo mógł dzia­łać jako pośred­nik mię­dzy nim i oddzia­łami nowych ber­ber­skich najem­ni­ków, z któ­rych więk­szość (nawet po przy­ję­ciu tej wiary) miała praw­do­po­dob­nie słabe poję­cie o tym, czym jest islam, i tylko nie­liczni mówili po arab­sku.

Tarik odno­sił osza­ła­mia­jące suk­cesy. Po poko­na­niu woj­ska Rode­ryka jego siły roz­prze­strze­niły się na połu­dniu, a on sam powiódł trzon armii na pozba­wioną obrony sto­licę Wizy­go­tów, Toledo, która od tej pory zwana była w języku arab­skim Tulaj­tulą. Jed­nakże Musa poczuł się ura­żony tym, że pod­władny wyru­szył na wyprawę bez jego zgody, okrył się sławą i zdo­był pokaźne łupy. Zebrał zaufa­nych arab­skich żoł­nie­rzy i w 712 roku prze­pra­wił się wraz ze swymi synami, Abd al-Azi­zem i Abd Alla­hem, przez cie­śninę, by zapa­no­wać nad sytu­acją. Zanie­po­ko­jony suk­ce­sami Tarika, ode­brał mu dowódz­two i sam dokoń­czył pod­bój. W ciągu czte­rech lat prak­tycz­nie cały pół­wy­sep zna­lazł się pod słabą muzuł­mań­ską kon­trolą. Musa, jego syno­wie i ich potom­ko­wie bar­dzo wzbo­ga­cili się na tym pod­boju. Przed powro­tem w roku 714 do Kairu­anu Musa zgro­ma­dził wielką liczbę nie­wol­ni­ków i stosy skar­bów. Jako swego namiest­nika w Al-Anda­lus zosta­wił Abd al-Aziza. Tak oto doro­bek Hisz­pa­nii został prze­wie­ziony do Ifri­kijji. I w tym momen­cie, według legendy, zaczęły się kło­poty.

Z Ifri­kijji Musa udał się pospiesz­nie do Damaszku, by zło­żyć hołd Al-Wali­dowi, pochwa­lić się zdo­by­czami i nie­wol­ni­kami oraz prze­ka­zać należną kali­fowi jedną piątą zysków z pod­boju. Zabrał ze sobą Tarika, by ten nie naro­bił mu kło­po­tów w Al-Anda­lus. Jed­nak tuż po przy­by­ciu Musy Al-Walid zmarł, a nowym kali­fem został jego brat Sulej­man, który żywił głę­boką anty­pa­tię do namiest­nika Ifri­kijji. Sądził, że Musa ukrył dużą część łupów. Oskar­że­nie to poparli rywale Musy, a zarzuty potwier­dził upo­ko­rzony Tarik. Dowo­dem, który przed­sta­wił, był naj­wspa­nial­szy przed­miot zagra­biony w Al-Anda­lus - stół Salo­mona.

Według legendy po przy­by­ciu do Toledo Tarik wszedł do kate­dry, gdzie zna­lazł wielki inkru­sto­wany szla­chet­nymi kamie­niami złoty stół, który nale­żał do samego biblij­nego króla i pro­roka Salo­mona. W naj­bar­dziej roz­bu­do­wa­nej wer­sji tej histo­rii Tarik odkrył stół, ale przed prze­ka­za­niem go Musie zastą­pił jedną z nóg nie­do­pa­so­waną kopią. Gdy Musa dał Sulej­ma­nowi ten łup tak, jakby sam go zdo­był, kalif zapy­tał go, dla­czego jedna z nóg różni się od pozo­sta­łych. Oczy­wi­ście Musa nie potra­fił tego wytłu­ma­czyć. Wtedy Tarik poka­zał bra­ku­jącą ory­gi­nalną nogę i zde­ma­sko­wał Musę jako łga­rza, który przy­pi­suje sobie nie­na­leżne zasługi za doko­na­nie pod­boju. Wsku­tek tego skon­fi­sko­wano cały mają­tek Musy i wyrzu­cono go ze dworu. O Tariku nie dowia­du­jemy się nic wię­cej. Nie­któ­rzy histo­rycy uwa­żają, że w tej opo­wie­ści może tkwić ziarno prawdy i że być może ów stół był relik­tem z Pierw­szej Świą­tyni, który dostał się do Toledo po złu­pie­niu przez Rzy­mian Jero­zo­limy w 70 roku, a następ­nie zdo­by­ciu Rzymu przez Wizy­go­tów w 410. Ta legenda powstała rzecz jasna dużo póź­niej i jest przy­po­wie­ścią, która miała wyja­śnić przy­czyny napięć i nie­pew­no­ści zwią­za­nych z muzuł­mań­skim pod­bo­jem.

Pod­bój wzbu­dził obawy zarówno wśród zdo­byw­ców, jak i pod­bi­tych. Bez względu na to, jak mocno łączyła ich wiara, Tarik był Ber­be­rem, a Musa Ara­bem. Uosa­biali podziały spo­łeczne i kul­tu­rowe sprzeczne z ega­li­tar­nymi aspi­ra­cjami islamu. Ara­bo­wie mieli pre­stiż, a Ber­be­rów było wielu. Omó­wiona powy­żej legenda poka­zuje też, jak trudno było zapa­no­wać nad znaj­du­ją­cymi się daleko pod­wład­nymi, Musie nad Tari­kiem, a kali­fowi nad Musą. Odzwier­cie­dla rów­nież zagro­że­nia, jakie stwa­rzało dla świata islamu zapusz­cze­nie się tak daleko na tery­to­rium nie­wier­nych. Sulej­man miał zasadne powody, by podej­rze­wać Musę - jego suk­cesy można było poczy­tać za oznaki więk­szych ambi­cji. Kiedy Musa udał się w drogę do Damaszku, jego wła­dza nad islam­skim Zacho­dem musiała już zanie­po­koić kalifa. Nie tylko bowiem przy­pi­sał sobie należne Tari­kowi zasługi za pod­bój, ale obsa­dził swo­ich trzech synów na sta­no­wi­skach namiest­ni­ków - Abd Allaha w Ifri­kijji, Abd al-Malika w Magh­re­bie i Abd al-Aziza w Al-Anda­lus. Naj­wy­raź­niej two­rzył dyna­stię.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki