Jeden
Jeden
Na granicach królestwa mojego ojca obozowała armia wampirów. Czarne
czubki ich namiotów wyglądały jak ocean ostrych fal i ciągnęły się
całymi milami. Stapiały się z horyzontem czerwonym jak całe niebo nad
Revekką, Imperium Wampirów. Miało ono taki kolor, odkąd się urodziłam.
Mówiono, że to klątwa Dis, bogini ducha, ostrzeżenie przed złem, które
tam się zrodziło, złem, które zaczęło się od Krwawego Króla. Dlatego, na
nieszczęście dla Cordovy, jego kolor nie stanowił zapowiedzi inwazji.
Wampiry pojawiły się na zachodzie zeszłej nocy, jakby podróżowały wraz z ciemnością. Od tamtej pory wszystko było ciche i spokojne, jakby ich
obecność skradła wszelkie życie. Nawet wiatr ustał. Niepokój ściskał
moją pierś jak mróz, usadowił się głęboko w brzuchu, kiedy tak stałam
między drzewami, zaledwie kilka stóp od pierwszego rzędu namiotów. Nie
mogłam pozbyć się uczucia, że to koniec. Ten koniec czaił się za mną,
oplatał moje ramiona długimi palcami.
Ich przybycie poprzedziły pogłoski. Wieści o tym, że ich przywódca - nie
mogłam znieść nawet jego imienia - Adrian Aleksandr Vasiliev zrównał z ziemią Jolę, spustoszył Elin, podbił Sivę i spalił Litę. Kolejne z Dziewięciu Dynastii Cordovy padały jedna po drugiej. Teraz wampiry
znajdowały się na naszym progu, a mój ojciec, król Henri, zamiast zwołać
wojsko, poprosił o spotkanie.
Chciał przemówić do rozsądku Krwawemu Królowi.
Jego decyzja spotkała się z mieszanymi reakcjami. Niektórzy chcieli
walczyć, żeby nie znaleźć się pod panowaniem potwora. Inni nie byli
pewni, czy król Henri wybrał śmierć na polu bitwy zamiast innej.
Przynajmniej w walce była prawda. Przeżywało się albo ginęło.
Pod rządami potwora nie było żadnych prawd.
- Nie powinienem był pozwolić ci przychodzić tutaj tak późno i tak
bardzo się zbliżać.
Komendant gwardii Alec Killian stał za blisko, tuż za mną, tak że
ramieniem muskał moje plecy. Gdyby to był inny dzień, wybaczyłabym mu tę
bliskość, przypisując ją gorliwości w wypełnianiu obowiązków mojej
eskorty, ale teraz wiedziałam swoje.
Komendant próbował się zrehabilitować.
Odsunęłam się o krok, żeby rzucić mu posępne spojrzenie i jednocześnie
stworzyć dystans. Alec - albo Killian, jak wolałam go nazywać - był
dowódcą Królewskiej Gwardii, a odziedziczył to stanowisko, kiedy jego
ojciec o takim samym imieniu zmarł niespodziewanie przed trzema laty.
Odwzajemnił moje spojrzenie. Jego szare oczy były jednocześnie stalowe i łagodne. Myślę, że wolałabym samą stal, bo czułość sprawiała, że miałam
ochotę cofnąć się o dwa kroki. Oznaczała, że Killian żywił do mnie
uczucia, a moja dawna ekscytacja tym, że przyciągnęłam jego uwagę, już
dawno wyparowała.
Zewnętrznie miał wszystko, czego, jak sądziłam, oczekiwałam od
mężczyzny. Był przystojny w surowy sposób, z ciałem wyćwiczonym podczas
godzin szkolenia. Mundur, szyta na miarę granatowa bluza, spodnie ze
złoceniami i śmiesznie dramatyczna złota peleryna podkreślały jego
prezencję. Komendant miał szopę gęstych, ciemnych włosów, a ja spędziłam
zbyt wiele nocy z palcami wplecionymi w te pasma i z rozgrzanym ciałem,
ale nierozpalona namiętnością, za która naprawdę tęskniłam. Killian
okazał się średnim kochankiem. Nie pomagało to, że nie lubiłam jego
brody, długiej i zasłaniającej dolną połowę twarzy. Niemożliwe było
dojrzenie kształtu jego szczęki, ale domyślałam się, że jest mocna jak
jego obecność... która zaczynała działać mi na nerwy.
- Przewyższam cię rangą - przypomniałam. - Nie jest w twojej mocy
mówienie mi, co mam robić.
- Ale w mocy twojego ojca tak.
Ogarnęła mnie taka fala irytacji, że zazgrzytałam zębami. Gdy Killian
czuł, że nie może mną kierować, uciekał się do grożenia mi ojcem. I on
się jeszcze zastanawiał, dlaczego nie chcę z nim sypiać.
Zamiast przyjąć do wiadomości mój gniew, Killian uśmiechnął się
zadowolony, że trafił w czuły punkt.
Skinieniem głowy wskazał obóz.
- Powinniśmy zaatakować ich za dnia, kiedy śpią.
- Tylko że wtedy sprzeciwiłbyś się rozkazom mojego ojca, który chce
pokoju - powiedziałam.
Kiedyś bym się z nim zgodziła. Dlaczego nie wyrżnąć wampirów, kiedy
śpią? Przecież światło słoneczne było ich słabością. Tyle że Theodoric,
król Joli, wydał swoim żołnierzom taki rozkaz, ale zanim jego armia
przypuściła atak, cała zginęła z powodu krwawej zarazy, jak nazywali ją
ludzie. Ci, którzy zapadali na tę chorobę, krwawili ze wszystkich
otworów ciała, aż w końcu umierali. Łącznie z królem Theodorikiem i jego
żoną, którzy zostawili dwulatka, żeby odziedziczył tron pod panowaniem
Krwawego Króla.
Jak się okazało, blask słoneczny nie zatrzymywał magii.
- Czy będą mieli dla nas tyle szacunku, kiedy zapadnie noc? - Killian
nie cofał się przed wyrażaniem opinii na temat Krwawego Króla i jego
inwazji na Cordovę. Rozumiałam jego nienawiść.
- Miej wiarę w żołnierzy, których sam wyszkoliłeś. Nie jesteś gotowy?
Wiedziałam, że nie spodobały mu się moje słowa. Czułam, że robi gniewną
minę za moimi plecami, bo oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że jeśli
wampiry postanowią zaatakować, będziemy martwi. Trzeba było pięciu
naszych, żeby pokonać jednego z nich. Po prostu musieliśmy wierzyć, że
słowo Krwawego Króla dane mojemu ojcu jest warte życia naszych ludzi.
Skupiłam wzrok na namiocie króla, wyróżniającym się karmazynowymi i złotymi detalami.
- Nie można przygotować się na potwory, księżniczko - rzekł Killian. -
Wątpię, czy sama bogini Dis wiedziała, co wyniknie z jej klątwy.
Mówiono, że Adrian rozgniewał Dis, boginię ducha, i w rezultacie ona
przeklęła go pragnieniem krwi. Jej klątwa objęła nie tylko jego.
Niektórzy ludzie przeżyli przemianę w wampiry, inni nie. Od ich narodzin
świat nie zaznał pokoju. Ich obecność zrodziła inne potwory żywiące się
krwią, życiem. Choć ja nie znałam innego świata, starsi ludzie go
pamiętali. Pamiętali świat bez bram i wysokich murów wokół każdej
wioski. Pamiętali, jak to jest nie bać się wędrować pod gwiazdami po
zapadnięciu ciemności.
Ja nie bałam się ciemności.
Nie bałam się potworów.
Nie bałam się nawet Krwawego Króla.
Ale bałam się o ojca, o swój lud, o naszą kulturę.
Ponieważ Adriana Aleksandra Vasilieva nie dało się uniknąć.
- Sądzisz, że wiesz, co myśli bogini? - zapytałam.
- Wciąż mnie prowokujesz. Zrobiłem coś złego?
- Spodziewałeś się zadowolenia, bo się pieprzyliśmy?
Killian drgnął i ściągnął brwi.
Wreszcie, pomyślałam. Gniew.
- Więc jesteś zdenerwowana - stwierdził.
Przewróciłam oczami.
- Oczywiście, że jestem zdenerwowana. Przekonałeś mojego ojca, że
potrzebuję eskorty.
- Wykradasz się po nocy ze swojej komnaty!
Nie miałam pojęcia, że sypianie z Killianem będzie oznaczało
niezapowiedziane wizyty w moim pokoju. Którejś nocy posunął się za
daleko i odkrył, że moja sypialnia jest pusta. Obudził cały zamek,
wysłał armię do lasu na poszukiwania. A ja chciałam jedynie popatrzeć na
gwiazdy, co robiłam przez lata na szczytach falujących wzgórz Lary. Ale
te wypady skończyły się tydzień temu. Kiedy już mnie znaleźli, ojciec
wezwał mnie do swojego gabinetu. Zrobił mi wykład o stanie świata i o tym, jak ważna jest ostrożność. Potem przydzielił mi strażników i zakazał opuszczania domu po zapadnięciu zmroku.
Zaprotestowałam. Wyszkolono mnie na wojowniczkę, równie sprawną jak
Killian. Potrafiłam się obronić, przynajmniej w granicach Lary.
"Nie" - warknął ojciec tonem tak surowym, że aż podskoczyłam. Po chwili
milczenia dodał: "Jesteś zbyt ważna, Issi".
W tamtym momencie wyglądał na tak załamanego, że nie byłam w stanie z nim dyskutować. Z Killianem również.
Tydzień później czułam się jak w pułapce.
- Ponieważ tak się palisz do wyjawiania moich tajemnic, przyznałeś się
również do tego, że mnie pieprzyłeś?
- Przestań używać tego słowa - wycedził Killian przez zaciśnięte zęby.
Przynajmniej w jednej sprawie jest pełen pasji, pomyślałam. Ale jedynie
sprowokował mnie tym rozkazującym tonem.
- A jakiego słowa powinnam używać? - wysyczałam. - Kochać się? Wątpię. -
Byłam niemiła, ale chciałam, żeby obiekt mojego gniewu go poczuł. Tę
cechę przejęłam od matki, zważywszy że ojciec rzadko okazywał irytację.
- Najwyraźniej uważasz, że to, co wydarzyło się między nami, oznacza coś
więcej.
Zupełnie jakby sądził, że raptem ma do mnie jakieś prawa. Nienawidziłam
tego.
- Jestem aż taki okropny? - spytał cicho Killian.
Zacisnęłam pięści i przez chwilę dręczyło mnie poczucie winy. Szybko się
z niego otrząsnęłam.
- Przestań mną manipulować.
- Nie próbuję tobą manipulować, ale nie możesz twierdzić, że nie
cieszyłaś się naszymi wspólnymi chwilami.
- Lubię seks, Alec - odpowiedziałam bez emocji. - Ale to nic nie znaczy.
Były to niedbałe słowa, ale prawdziwe. Postanowiłam spać z Killianem, bo
był pod ręką, a ja pragnęłam spełnienia. To był mój pierwszy błąd.
Ponieważ sprawił, że zlekceważyłam ostrzeżenia, takie jak skłonność
komendanta do powiadamiania mojego ojca o każdym moim ruchu.
- Nie mówisz poważnie - stwierdził.
- Killian. - Ton mojego głosu zabrzmiał ostrzegawczo. On nie słuchał, a jeśli było coś, czego szczerze nienawidziłam, to mężczyzn przekonanych,
że nie wiem, czego chcę. - Kiedy się nauczysz? Zawsze mówię to, co
myślę.
Ruszyłam, żeby go wyminąć, a on chwycił moją rękę. Wyszarpnęłam ją i uderzyłam go pięścią w brzuch. Killian stęknął i padł na kolana, a ja
obróciłam się na pięcie.
- Isolde! - wysapał. - Dokąd idziesz?
Zagłębiłam się w gęsty las. Liście były miękkie pod moimi stopami, mokre
od porannej rosy. Żałowałam, że nie jest środek wiosny, kiedy drzewa są
bujne i zielone. Łatwiej mogłabym wśród nich zniknąć. Zamiast tego szłam
między bladymi, szkieletowymi pniami, pod baldachimem ze splecionych
gałęzi. Mimo to byłam pewna, że zgubię Killiana. Znałam ten las jak
własne serce. Wiedziałam, że trafię do zamku bez eskorty, jak
zamierzałam to zrobić, zanim on ruszył za mną do granicy.
- Idiota - wyszeptałam.
Szczęka bolała mnie od zaciskania zębów. Nie czułam nienawiści do
Killiana, ale nie zamierzałam dać się uwięzić w klatce. Byłam świadoma
niebezpieczeństw i wyszkolona do walki z najróżniejszymi potworami,
nawet z wampirami. Choć nie mogłam im dorównać, przynajmniej zdawałam
sobie z tego sprawę. Gdyby to zależało od Killiana, nasze armie
walczyłyby teraz z wampirami i prawdopodobnie wielu naszych już byłoby
martwych.
Jako ludzie nie mieliśmy leku na ich chorobę ani możliwości, żeby ich
pokonać, żadnego sposobu, żeby przeciwstawić się ich magii ani potworom,
które obudzili. Byliśmy słabsi i zawsze tacy mieliśmy być, chyba że
bogini odpowiedziałaby na liczne modlitwy zanoszone przez wiernych... co
było mało prawdopodobne.
Bogini opuściła nas dawno temu, a ja czasami czułam się tak, jakbym była
jedyną osobą, która o tym wie.
Zwolniłam kroku, kiedy poczułam woń rozkładu. Z początku była słaba i przez krótką chwilę myślałam, że to złudzenie.
Zaraz potem po plecach przeszły mi ciarki i się zatrzymałam.
W pobliżu czaiła się strzyga.
Strzygi były ludźmi, którzy umarli na krwawą zarazę i wstali z martwych.
Te przerażające stwory miały niewiele rozumu, ale za to ogromny apetyt
na ludzkie ciało.
Odór się nasilił, a kiedy zacisnęłam pięść i odwróciłam się powoli,
zobaczyłam wysuszonego potwora.
Stał na skraju polany i gapił się pustym wzrokiem. Miał zgarbione plecy,
zapadnięte policzki i rzadkie włosy przyklejone do plam krwi na niemal
szkieletowej twarzy. Przez chwilę wpatrywał się we mnie, a potem
wciągnął powietrze nosem. Z jego gardła wydobyło się warczenie, wargi
się uniosły, obnażając długie zęby. Potem stwór wydał z siebie
przerażający krzyk, opadł na czworaki i ruszył w moją stronę.
Rozstawiłam stopy, szykując się na uderzenie. Upiór skoczył na mnie, a ja błyskawicznym ruchem wysunęłam przed siebie rękę, uwalniając nóż,
który trzymałam przytroczony do nadgarstka. Ostrze wbiło się z łatwością
między żebra strzygi. Odsunęłam się równie szybko, wyrywając nóż. Krew
zbryzgała mi twarz, a stwór z wrzaskiem zatoczył się do tyłu,
rozwścieczony i udręczony.
Cios tylko go zranił.
Żeby zabić strzygę, trzeba było oddzielić jej głowę od ciała, a potem ją
spalić.
Teraz, kiedy potwór był osłabiony, dobyłam miecza. Rozległ się świst
metalu i strzyga zasyczała nienawistnie, po czym znowu się na mnie
rzuciła. Nadziała się na moje ostrze, ale pazurami zdążyła rozerwać mi
suknię i skórę. Krzyknęłam gardłowo, kiedy do mojej świadomości dotarł
ból, ale wkrótce górę nad nim wzięły gniew i wola walki. Cofnęłam ramię
z mieczem i zamachnęłam się. Klinga była ostra, ale utknęła na kości.
Pchnęłam stopą pierś upiora i wyszarpnęłam ostrze. Kiedy strzyga upadła,
zadałam kolejny cios w jej szyję. Ciało potwora znieruchomiało, a głowa
wylądowała kilka stóp dalej.
Stałam przez chwilę, oddychając ciężko. Czułam silne pieczenie w miejscu, gdzie upiór rozorał mi skórę. Musiałam dotrzeć do medyków. W ranach zadanych przez strzygi szybko rozwijała się infekcja. Zanim
rozpoczęłam marsz do domu, kopnęłam głowę upiora, posyłając ją do linii
drzew na skraju polany.
Powrót do zamku w takim stanie nie wróżył dobrze mojej niezależności.
Nagle wyczułam jakąś zmianę w powietrzu. Obróciłam się gwałtownie i uniosłam miecz, ale klinga zetknęła się z inną.
To zderzenie mnie zaskoczyło, a jeszcze bardziej widok mężczyzny, z którym stanęłam twarzą w twarz. Nieznajomy był piękny w uderzający, lecz
surowy sposób. Rysy miał ostre: wydatne kości policzkowe, mocny zarys
szczęki, prosty nos, ale jego blond włosy opadały miękkimi falami na
ramiona. Usta były pełne i miękkie, oczy ukryte pod wyraźnie
zaznaczonymi brwiami. To te dziwne oczy - niebieskie z białą otoczką -
przyciągnęły moją uwagę, kiedy mężczyzna przekrzywił głowę i się
odezwał.
- Co robisz w tym miejscu, pani? - Jego głos intrygował, był jedwabisty,
powodował ściskanie w żołądku.
Zmarszczyłam brwi na te słowa i przyjrzałam mu się uważniej. Miał na
sobie czarną bluzę spiętą złotymi klamrami i długą tunikę tego samego
koloru, o brzegach obrębionych złotą nicią. Była to doskonała robota,
ale nie dzieło mojego ludu. Nasze wzory były dużo bardziej misterne.
Zmrużyłam oczy.
- Kim jesteś? - zapytałam.
Mężczyzna opuścił miecz, jakby już nie widział we mnie zagrożenia, co
sprawiło, że chciałam być zagrożeniem, ale też opuściłam broń i poluźniłam uchwyt na rękojeści. Próbowałam ścisnąć ją mocniej, ale nie
mogłam.
- Jestem wieloma rzeczami - odpowiedział nieznajomy. - Człowiekiem,
potworem, kochankiem.
Tym razem, kiedy przemówił, wychwyciłam lekkie połykanie końcówek
wyrazów, słaby akcent, którego nie potrafiłam umiejscowić.
- To nie jest odpowiedź - stwierdziłam.
- Chyba masz na myśli, pani, że nie jest to odpowiedź, jakiej byś
oczekiwała.
- Droczysz się ze mną.
Uśmiechnął się szerzej, po szelmowsku, w grzeszny sposób, którego miałam
ochotę posmakować. Od tych myśli poczułam mrowienie na skórze, a pod
jego wzrokiem zrobiło mi się gorąco.
- Tego ode mnie oczekujesz, pani? - Jego głos był cichym pomrukiem,
który wywołał drżenie w moim brzuchu.
Przełknęłam ślinę.
- Chcę wiedzieć, co tutaj robisz.
- Śledziłem strzygę, a ona nagle zmieniła kierunek. - Opuścił wzrok na
moją pierś. - Teraz widzę dlaczego.
Zawstydzona uniosłam rękę i syknęłam, kiedy poczułam pieczenie
uszkodzonej skóry. Od nagłego bólu zakręciło mi się w głowie.
- Zabiłam ją - udało mi się wykrztusić, choć język wydawał się za duży w moich ustach.
Mężczyzna uniósł kąciki warg.
- To też widzę.
- Powinnam już iść - wyszeptałam, wytrzymując jego spojrzenie. Chciałam
się ruszyć, ale byłam zbyt słaba. Może to infekcja już zagnieżdżała się
w moim ciele.
- Powinnaś - zgodził się nieznajomy. - Ale tego nie zrobisz, pani.
W mojej głowie rozdzwoniły się dzwonki alarmowe. I kiedy mężczyzna
zrobił krok w moją stronę, nagle odzyskałam zdolność ruchu. Wyrzuciłam
rękę z nożem w stronę jego brzucha, ale on zacisnął dłoń na moim
nadgarstku. Szarpnął mnie do przodu i przyciągnął do siebie mimo mojej
rany, mimo krwi. Nachylił się, chwycił moją głowę, wbijając palce w skórę, a ja przez chwilę bałam się, że mnie pocałuje albo skręci mi
kark. Zamiast tego chwycił mnie mocniej i nie odrywając ode mnie wzroku,
przesunął kciukiem po moich wargach.
- Jak masz na imię? - Jego głos sprawił, że przeszył mnie dreszcz.
- Isolde - odpowiedziałam mimo woli.
- Kim jesteś?
I znowu odpowiedziałam wbrew sobie, a mój głos zabrzmiał jak szept
kochanki.
- Jestem księżniczką Lary.
- Isolde - powtórzył moje imię gardłowym pomrukiem, który zawibrował w mojej piersi. - Moja słodka.
Potem nachylił się i przywarł ustami do rany na mojej piersi. Nie mogłam
oddychać, nie mogłam się poruszyć, nie mogłam mówić. Najgorsze było to,
że czułam się dobrze. Jego zachowanie było zaborcze i niemoralne, ale
już nie próbowałam ugodzić go nożem, tylko do niego przylgnęłam.
Kiedy się odsunął, jego pełne wargi były poplamione moją krwią.
Przełknął ją, a jego oczy się jarzyły, kiedy patrzył na moje oczy, usta,
szyję. To spojrzenie rozpaliło we mnie płomień, a kiedy ogień się
rozprzestrzenił, sprawił mi ból. Czułam wstyd, bo wiedziałam, że ten
mężczyzna jest żołnierzem Krwawego Króla, wampirem.
Szarpnęłam się w jego uścisku i zdziwiłam, że mnie puścił. Zatoczyłam
się do tyłu, sięgając ręką do piersi. Dotknęłam gładkiej skóry. Była
zagojona.
- Jesteś potworem.
- Wyleczyłem cię - rzekł, jakby to czyniło go kimś innym.
- Nie prosiłam o pomoc - warknęłam.
- Nie, ale ci się podobało.
Spiorunowałam go wzrokiem.
- Zniewoliłeś mnie, panie.
To dlatego nie mogłam mocniej ścisnąć miecza, dlatego wydawało się, że
moje ciało nie słucha umysłu, dlatego nagle poczułam rozpaczliwe
pragnienie, żeby przygniótł mnie ciężar jego ciała, które mogłoby
wypełnić mnie lepiej niż jakiekolwiek inne w moim życiu. Straciłam nad
sobą kontrolę.
I to była jego wina.
- Nie mam władzy nad cudzymi emocjami. - Mężczyzna mówił rzeczowym
tonem. Trudno było oskarżyć go o kłamstwo.
Uniosłam miecz, a wampir się roześmiał.
- Gniew ci pasuje, moja słodka.
Łypnęłam na niego spode łba, ale moja złość sprawiła, że on tylko
uśmiechnął się szerzej, odsłaniając lśniące białe zęby. Zapałałam do
niego większą nienawiścią.
- Jeszcze jest dzień - zauważyłam. - Jak możesz chodzić wśród nas?
Wampiry mogły poruszać się za dnia tylko w Revecce, gdzie czerwone niebo
odcinało promienie słoneczne. Zmieniły się z czasem? Ta myśl wzbudziła
we mnie nowy rodzaj strachu.
- Już prawie zachodzi słońce - powiedział mężczyzna. - Ta pora nie jest
aż tak niebezpieczna dla kogoś takiego jak ja.
Co to znaczyło?
Nie zapytałam, a on nie wyjaśnił. Zamiast tego skłonił głowę.
- Spotkamy się znowu, księżniczko Isolde. Zadbam o to.
Jego obietnica przeszyła mnie dreszczem, jakby złożył ją samej bogini.
Uniosłam miecz, ale kiedy zrobiłam wypad, on zniknął jak mgła w porannym
słońcu.
Gdy zostałam sama, zaczęłam drżeć.
Przeżyłam spotkanie z wampirem, który posmakował mojej krwi, ale
najgorsze było to, że on miał rację.
Spodobało mi się.
Dwa
Dwa
Widywałam ofiary wampirów, ludzi tuż przed przemianą, zanim ich serca
zostały wycięte z ciał i spalone. Widywałam również ciała całkowicie
opróżnione z krwi. Ale nigdy sama nie spotkałam prawdziwego wampira.
"Wyglądają jak my, ale nie są nami" - ostrzegał ojciec Killiana w czasie
szkolenia. "Są szybkie. Kontrolują umysł i wypijają krew, a człowiek
tego nie ma prawa przeżyć. Jeśli przeżyjecie, będziecie pragnęli
śmierci".
To były prawdy, które mówiono mi o wampirach.
Nie dowiedziałam się jednak, pod jakimi względami one są takie jak my.
Że potrafią być piękne, że ich dotyk budzi silne pragnienie, jakiego
nigdy nie doświadczyłam. Wszystko we mnie było napięte, każdy oddech
przypominał, jak rozpaczliwie chciałam być dotykana.
- Isolde!
Ale nie przez niego.
Głos Killiana przedarł się przez mgłę spowijającą mój umysł. Był blisko,
a ja nie chciałam zostać złapana. Było zbyt dużo do wyjaśniania na tej
polanie: strzyga, moja rozdarta suknia, brak śladów krwi.
Okręciłam się na pięcie i uciekłam.
Wydawało mi się, że droga do zamku jest dwa razy dłuższa. Marsz był
męczący, a ja czułam się coraz bardziej sfrustrowana, bo nadal dawały o sobie znać skutki spotkania z wampirem. Moje ciało było rozgrzane,
zwłaszcza między udami, a ja byłam aż nadto świadoma tego, jak ciężkie i wrażliwe są moje piersi, ocierane przez wełniany płaszcz, którym się
otulałam. Zanim wyszłam spomiędzy drzew, byłam cała obolała.
Jak po torturach.
Co to było? Jakaś okrutna forma walki?
Obeszłam wysokie kamienne mury, które wznosiły się nade mną groźnie i rzucały chłodny cień. Stanowiły rozbudowany system fortów, bastionów i wież. Otaczały Wysokie Miasto Larę i zamek Fiorę. Zbudowano je przed
ponad dwustu laty, na początku Mrocznej Epoki, po narodzinach potworów w Cordovie. Do Wysokiego Miasta prowadziły cztery bramy. Używano dwóch.
Jedna była przeznaczona dla handlarzy, druga dla dyplomatów i stanowiła
przyjemną trasę, która prowadziła brukowanymi uliczkami do lśniących
białych wież zamku.
Dwie pozostałe miały charakter symboliczny. Jedna była poświęcona Ashy,
bogini życia, druga Dis, bogini ducha. Kiedyś otwierano je o świcie na
znak, że miasto się budzi. Symbolizowały równowagę pomiędzy życiem a śmiercią. Ale od narodzin wampirów brama Dis pozostawała zapieczętowana.
Tę decyzję podjęli królowie Dziewięciu Dynastii sto pięćdziesiąt lat
temu. Kilka kapłanek Dis potępiło dekret, twierdząc, że plaga potworów
stanie się jeszcze gorsza. I się nie myliły. To dlatego wszystkie wioski
i miasteczka Dziewięciu Dynastii miały wysokie mury i bramy, które
zamykano przed zachodem słońca i nie otwierano przed świtem.
Z wyjątkiem tej nocy.
Tej nocy bramy miały pozostać otwarte, żeby wpuścić Krwawego Króla i jego ludzi za mury. Miały pozostać otwarte po raz pierwszy, odkąd je
zbudowano.
Zbliżyłam się do tej przeznaczonej dla dyplomatów. Zwykle lubiłam
wchodzić przez bramę handlową i wędrować krętymi uliczkami, odwiedzać
ulubionych sprzedawców kwiatów i pasztecików, ale od spotkania w lesie
potrzebowałam zmiany i czasu dla siebie.
- Księżniczko - odezwał się jeden z wartowników.
Miał na imię Nicolae. Był młody, o bladej, ciastowatej twarzy. Drugi,
milczący i stoicki, nazywał się Lascar. Miał oliwkową skórę i był duży,
niemal za duży jak na budkę wartowników. Obaj żołnierze od niedawna
służyli w Królewskiej Gwardii. Lubiłam nowych rekrutów, bo łatwo było
ich omamić. Musiałam jedynie się uśmiechnąć, połechtać ich ego, a oni
udawali, że nie widzą, jak wymykam się nocą za mury.
Tak było, zanim w zeszłym tygodniu zostali obudzeni w środku nocy, żeby
mnie szukać, i zanim dwaj strażnicy, którzy wypuścili mnie z zamku,
zostali karnie zwolnieni i odesłani do pomagania w stajniach.
- Widzę, że wracasz, pani, bez eskorty. - Nicolae próbował mówić surowym
tonem, ale miał zbyt dużo światła w oczach.
- Komendant Killian został na granicy - wyjaśniłam.
Nicolae spojrzał ponad moim ramieniem i uniósł brew.
- Czyżby?
Odwróciłam się i zobaczyłam Killiana wychodzącego z lasu. Jego
absurdalna peleryna powiewała za nim groźnie.
Szybko odwróciłam się z powrotem do strażnika i uśmiechnęłam się.
- Musiał zmienić zdanie.
- Mam panią odprowadzić do...
- Nie - ucięłam i żeby złagodzić cios, położyłam mu dłoń na ramieniu,
drugą ręką mocno przytrzymując płaszcz. - Dziękuję, Nicolae.
Szybko przeszłam przez bramę. Po prawej powitało mnie wysokie
Sanktuarium Ashy. Kamień był biały i lśniący, a ręcznie malowane witraże
miały żywe barwy. Naprzeciwko tej budowli stało walące się Sanktuarium
Dis. Sam budynek wyglądał jak cień wyrzeźbiony w wulkanicznej skale
przywiezionej z Wysp St. Amand. Puste okna były ciemne, ostrołukowe i oprawione w ołów. Mimo opłakanego wyglądu nadal mieszkało w nim kilka
kapłanek, ale rzadko je odwiedzano i wzywano tylko wtedy, gdy śmierć
była blisko, więc nie miały pieniędzy na utrzymanie.
Zachowałam jednakową odległość od obu budowli, bo nigdy nie czułam
potrzeby, żeby oddawać cześć którejś z tych bogiń. Ojciec mnie za to
krytykował, ale ja nie chciałam przysięgać lojalności tej, która
sprowadziła potwory do naszego świata, ani tej, która na to pozwoliła.
Za sanktuariami wznosił się ciąg pięknych tynkowanych budynków -
połączenie domów, sklepów i gospód - wszystkie ze strzechami i skrzynkami okiennymi pełnymi kolorowych kwiatów. Dalej wznosił się
krótki mur wyznaczający początek terenów królewskich. Linia drzew
zapewniała prywatność tym dworzanom, którzy chcieli korzystać z ogrodów
do ćwiczeń albo zabaw. Ponieważ zbliżał się zachód słońca, większość
przebywała już we wnętrzach, z czego byłam zadowolona. Damy dworu za
bardzo mi nadskakiwały. Lubiłam wiele z nich, ale nie potrafiłam
stwierdzić, która jest szczera. Podejrzewałam, że niektóre chcą się
wkupić w moje łaski, bo pewnego dnia miałam zostać królową.
Przecięłam rozległy dziedziniec i ruszyłam wzdłuż muru na tyły zamku.
Weszłam przez kwatery dla służby, żeby nie wciągnięto mnie do kręgu
robótek ręcznych i plotek o Krwawym Królu. Ruszyłam w górę wąskich
schodów znajdujących się na lewo od wejścia. Ocieranie ud było niemal
nie do zniesienia. Czułam się sfrustrowana, zarówno pożądaniem płonącym
w moim brzuchu, jak i magią, która nadal na mnie działała. Skąd ta
rozpaczliwa potrzeba spełnienia? Z każdym biegiem schodów byłam coraz
bardziej rozpalona. Moje myśli z uporem wracały do tego, jak wampir
trzymał moją głowę, jak dotykał moich ust, jak wyciągał ze mnie słowa.
Zastanawiałam się, jakie inne dźwięki mogłyby wydostać się z mojego
gardła, gdyby te palce eksplorowały inne wrażliwe i nabrzmiałe części
mojego ciała.
Twoje myśli są obrzydliwe, złajałam samą siebie. A potem dodałam
łaskawiej, że myślę o takich rzeczach tylko dlatego, że jestem pod
wpływem jakiegoś czaru.
Po pokonaniu sześciu kondygnacji dotarłam do swojego pokoju. W środku
oparłam się o drapiące drewniane drzwi. Po drodze wstrzymywałam oddech,
bo nie mogłam przestać myśleć o seksie i wampirze, który wyglądał jak
piękny wybawca, ale tak naprawdę był potworem. Pomyślałam o nim teraz,
kiedy moja ręka powędrowała w dół brzucha. Jęknęłam zdesperowana, żeby
poczuć falę przyjemności wędrującą przez ciało, zdesperowana, żeby
uwolnić się od obrazu wampira i jego magii. Właśnie tego chciał -
doprowadzić mnie do tego momentu - a nie zrobił nic, żeby na niego
zasłużyć. Nie mówił erotycznym głosem, nie pocałował mnie, nie pieścił,
a mimo to jego twarz pojawiła się nieproszona w moim umyśle.
Moja frustracja była namacalna. Wydawało mi się, że słyszę w głowie echo
jego śmiechu, tego, który usłyszałam na polanie: rozbawionego,
mrocznego, aroganckiego.
Na boginię, nienawidziłam go.
Zebrałam spódnice w dłonie, palcami musnęłam wrażliwe miejsce na
złączeniu ud. Nabrzmiało pod moim dotykiem. Wstrzymałam oddech. Jeszcze
nigdy nie byłam taka wilgotna.
To musi być magia, pomyślałam, a mój żołądek ścisnął się ze wstydu i poczucia winy.
Przesunęłam palce niżej... kiedy nagle za mną rozległo się pukanie.
Zamarłam.
- Milady, jesteś tam, pani?
Po drugiej stronie drzwi stała pokojówka Nadia. Została moją nianią,
kiedy się urodziłam, więc powstała między nami bliska więź. Była jedyną
służącą w zamku, z którą spędzałam czas poza godzinami jej zwykłych
obowiązków. Naszą relację dwór uważał za dziwną i tylko odważni ją
komentowali, ale ja o to nie dbałam. Nadia była matką, której nigdy nie
miałam. I kochałam ją.
Z wyjątkiem tego momentu. Teraz chciałam, żeby sobie poszła. Nie byłam
gotowa zrezygnować z chwili rozkoszy, więc wsunęłam w siebie palec i wolno wypuściłam powietrze z płuc.
- Milady, wiem, że tam jesteś.
Jeśli ją zignoruję, może sobie pójdzie, pomyślałam.
Byłam taka mokra, że niewiele czułam. Potrzebowałam czegoś więcej,
potrzebowałam uczucia wypełnienia. Dołączyłam drugi palec, przycisnęłam
głowę do drzwi za sobą, przesunęłam dłoń na pierś, ścisnęłam ją i zaczęłam ugniatać przez zniszczoną suknię. Przez cały czas myślałam o potworze z lasu. O tym, który wyglądał jak mężczyzna, trzymał moją głowę
w swoich dużych dłoniach, muskał moje wargi zręcznymi palcami,
przyciskał twarde ciało do mojego. Gdyby mnie pocałował, uległabym.
Pozwoliłabym, żeby mnie pieprzył, i pewnie oznaczałoby to moją śmierć,
ale przynajmniej poznałabym namiętność w drodze do Ducha.
- Milady?
Na cholerną boginię.
Sapnęłam zirytowana i opuściłam spódnicę. Otworzyłam drzwi.
- Czego? - warknęłam.
Gdyby Nadia upierała się, żeby mi przeszkadzać, musiałaby poradzić sobie
z moim podłym humorem, ale ona mnie znała, więc nawet nie drgnęła. Stała
naprzeciwko mnie i wyglądała na nieporuszoną. Długie ciemne włosy
splecione w warkocz i przetykane srebrem okalały jej szczupłą twarz,
tworząc kędzierzawe halo. Jej ciemna skóra pozostawała gładka, a jedynymi zmarszczkami były te wokół oczu, czarnych i nadal bystrych.
- Przyszłam ci pomóc, milady, przygotować się na wieczór.
Zamrugałam zaskoczona.
- Na wieczór?
- Na przybycie Krwawego Króla.
Przewróciłam oczami i cofnęłam się od drzwi. Spódnice zawirowały wokół
mnie. Ten ruch na szczęście ostudził żar w udach i złagodził napięcie w dole brzucha.
- Nie obchodzi mnie, jak będę wyglądać dla Krwawego Króla.
- Ja też nie chciałabym wystrajać cię jak lalkę, ale jesteś księżniczką,
Isolde, i powinnaś na nią wyglądać, kiedy staniesz u boku ojca. - Nadia
weszła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi.
Mój pokój był mały. Dużą jego część zajmowało łóżko, tak że zostawało
miejsce jedynie na szafę i na skrzynię pełną pamiątek. Mogłabym mieć
większą sypialnię, ale wybrałem tę z powodu widoku. Okno wychodziło na
ogród mojej matki.
- A w ogóle to co milady robiła? - spytała Nadia, grzebiąc w kominku. -
Dużo czasu minęło, zanim otworzyłaś drzwi, Issi.
Nawet gdybym poczuła chłód, nie tknęłabym polan. Bałam się ognia, nawet
zamkniętego. Nie lubiłam trzaskania płomieni. Nie lubiłam zapachu dymu,
a nawet ciepła, ale w pokoju rzeczywiście było zbyt zimno, żeby się bez
niego obejść, więc pozwoliłam Nadii rozniecić ogień na nowo i jak zawsze
ominęłam kominek szerokim łukiem.
- Spałam - odparłam, padając na łóżko i patrząc na baldachim z niebieskiego aksamitu.
Nadal czułam nieznośne napięcie, ale może dobrze się stało, że Nadia mi
przerwała. W przeciwnym razie wciąż bym się pieściła, myśląc o potworze
z lasu - o jego dotyku, zapachu - i jeszcze bardziej siebie za to
nienawidziła.
Westchnęłam.
"Jesteś ofiarą", powiedziałam sobie w duchu, choć nie znosiłam tego
przyznawać. Od młodego wieku uczono nas, że wampiry to istoty seksualne
i często rzucają czary, które wypełniają żądzą nawet najbardziej
pobożnych.
Naprawdę nie pomagało to, że nie byłam pobożna.
- Wcale nie - stwierdziła Nadia, prostując się przed kominkiem. Wskazała
na mnie pogrzebaczem. - Patrzyłam, jak biegniesz przez sześć pięter.
- Chciałam jak najszybciej się położyć.
Nadia uniosła brew i opuściła pogrzebacz.
- I uciekłaś komendantowi Killianowi, słyszałam.
Przewróciłam oczami.
- Komendant Killian jest w potrzebie, ja nie.
- Byłby dobrym mężem - stwierdziła Nadia, a ja aż się żachnęłam, tak
dziwacznie to zabrzmiało.
Usiadłam i na nią spojrzałam.
- Nie słyszałaś, co właśnie powiedziałam?
Nadia miała czterdzieści jeden lat i była niezamężna. I bardzo dobrze,
tyle że nie dla niej. Ona chciała wyjść za mąż i myślała na ten temat to
samo co większość Cordovian, czyli że każda niezamężna kobieta powyżej
osiemnastego roku życia jest starą panną. Ten pęd do małżeństwa wynikał
z tego, że wielu ludzi umierało młodo.
Ja miałam dwadzieścia sześć lat i byłam całkiem zadowolona ze swojej
wolności. I otwarcie wyrażałam tę opinię, a rody królewskie uważały ją
za zatrważającą. Często prowadziło to do uwag, że trzeba mnie poskromić.
Choć ostatni człowiek, który coś takiego powiedział, trafił na czubek
mojego sztyletu.
Nie trzeba dodawać, że miałam reputację. Ale nie zaakceptowałabym
mężczyzny, który sądziłby, że może mnie kontrolować. Pragnienie, by
pozostać niezamężną, zgadzało się z moim stosunkiem do miłości. Miłość
oznaczała ryzyko, które gotowa byłam podjąć tylko dla ojca, Nadii i mojego ludu.
Więcej miłości oznaczało, że jest więcej do stracenia.
- Słyszałam, co mówiłaś. Ale co jest złego w potrzebie? On byłby ci
oddany.
- Byłby władczy.
I musiałabym z nim sypiać... regularnie. Wzdrygnęłam się, wyobrażając
sobie życie pełne seksu bez namiętności. Nie, komendant Killian nie był
mężczyzną dla mnie.
- Nie powinnaś być taka wybredna, Isolde. Wiesz, że przez wampiry męska
populacja się kurczy. Wkrótce będziesz miała mniejszy wybór.
Ojciec nie mówił, że muszę wyjść za mąż. Nie było żadnych politycznych
sojuszy do zawarcia, ponieważ rody zjednoczyły się w swojej
determinacji, żeby pokonać Krwawego Króla, i tak było od pojawienia się
wampirów aż do niedawna. Do czasu, kiedy mój ojciec postanowił mu się
poddać. Teraz skazano nas na ostracyzm. Skoro wcześniej nie byłam
odpowiednią partią, z pewnością teraz tym bardziej, choć miałam
wrażenie, że wkrótce więcej królestw dołączy do mojego ojca i postawi
życie swojego ludu ponad wszystko inne.
- Każda przyzwoita dama wychodzi za mąż, Isolde.
- Nadiu, obie wiemy, że nie jestem przyzwoita.
- Mogłabyś udawać - odparowała pokojówka. - Jesteś księżniczką,
pobłogosławioną przez boginię, a kpisz ze wszystkiego, co ona ci dała.
Moja twarz zapłonęła gniewem po jej słowach. Wstałam z łóżka. Gdyby to
powiedziała jakaś inna służąca, zwolniłabym ją natychmiast. Ale
wiedziałam, że Nadia jest bardzo religijna i oddana Ashy. Ona miała
własne powody swoich wierzeń, ja miałam swoje. Zdawałam sobie również
sprawę, że chce dobrze, ale to nie znaczyło, że podzielałam jej poglądy.
Nawet gdyby Cordova nie została przeklęta potworami, nigdy nie czciłabym
dwóch bogiń, które zabrały mi matkę, zanim miałam szansę ją poznać.
Byłam zaskoczona, jaki spokojny mam głos, kiedy się odezwałam.
- Dzień, w którym Asha uwolni świat od wampirów, będzie dniem, kiedy
docenię jej błogosławieństwa. Do tego czasu mogę być tylko tym, kim
jestem.
Nadia westchnęła, ale nie z rozczarowania. Już dawno pogodziła się z tym, że jej zadanie od początku nie ma większego znaczenia. Miała
wychować sztywną i porządną damę, która kiedyś zostanie królową Lary.
Zamiast tego dostała mnie. Sama nie byłam pewna, kim jestem.
Nieokiełznana, dzika, śmiała - tych wszystkich słów używano, żeby mnie
opisać. Tak czy inaczej, nie potrafiłam się dostosować. Nie sądziłam
jednak, żeby to czyniło ze mnie złą księżniczkę, a w przyszłości złą
królową. Chciałam rządzić bez króla, a nie byłam pewna, czy świat jest
już gotowy na coś takiego.
- Cóż - powiedziała Nadia. - Skoro musisz być, kim jesteś, przynajmniej
możemy sprawić, żebyś wyglądała jak księżniczka. Co zrobiłaś z suknią,
milady?
Opuściłam wzrok. Całkiem zapomniałam, że ją zniszczyłam.
- Och, spotkałam strzygę, wracając z granicy.
Nie widziałam potrzeby, żeby kłamać. Urodziliśmy się w Mrocznej Epoce,
więc wszystkich nas uczono walczyć. Była to umiejętność równie niezbędna
jak umiejętność chodzenia.
- Gdybyś została z komandorem Killianem, nie musiałabyś walczyć.
- Lubię walczyć - zaprotestowałam.
Nadia zmrużyła oczy, patrząc na moją rozdartą suknię, a ja wiedziałam,
co jej chodzi po głowie: podarte, zakrwawione ubranie i żadnych
widocznych ran.
- Poza tym ledwo mnie drasnęła - powiedziałam szybko. - To jej krew.
Wiesz, co się dzieje, kiedy trafisz w żyłę.
Nadia pokręciła głową i wskazała na łazienkę.
- Kąpiel. Natychmiast.
Posłuchałam jej chętnie. Sama chciałam zmyć z siebie ten dzień. Miałam
nadzieję, że woda ugasi szalejący we mnie ogień, zanim ten spali moje
kości na popiół.
Trzy
Trzy
Godzinę później byłam gotowa pokazać się ojcu. Pozwoliłam, żeby Nadia
wybrała mi suknię, co zdarzało się rzadko, a ona w swojej ekscytacji
chyba zapomniała skorzystać z okazji, bo podała mi moją ulubioną: z błękitnego jedwabiu, z perłowymi zdobieniami, które jarzyły się jak
płomyki na tle mojej brązowej skóry. Głęboki, prostokątny dekolt
ukazywał wysoko uniesione piersi.
Nadia cmoknęła z dezaprobatą.
- Za dużo chleba - stwierdziła, bezskutecznie próbując podciągnąć
materiał i zmniejszyć dekolt.
- Jeśli myślisz, że mnie powstrzymasz, to się mylisz.
Nadia skomentowała moją wagę, bo była to kolejna część mnie, która nie
pasowała do wzorca. Miałam duże piersi, szerokie biodra i uda pewnie
dorównujące obwodem jej talii. Nie obchodziło mnie to jednak. Byłam
sprawna i potrafiłam walczyć. To więcej, niż mogłam powiedzieć o niej,
niani, której nie udało się zmienić mnie w potulną księżniczkę.
Nadia przerzuciła moje włosy do przodu i ułożyła ciemne, gęste fale tak,
by ukryć wypukłości. Kiedy skończyła, szybko odgarnęłam je do tyłu.
- Mogę złożyć wymówienie? - zapytała Nadia.
Właśnie wyjmowałam perłową tiarę z drewnianej skrzyni, która stała w nogach łóżka. Nie miałam wielu ozdób, a większość należała kiedyś do
mojej matki i przyjechała z jej rodzinnego domu na atolu Nalani.
Wyspiarze byli marynarzami, tkaczami i rolnikami, stąd zamiłowanie matki
do ogrodnictwa.
Roześmiałam się.
- I co zrobisz z czasem? Będziesz wyszywać poduszki?
- Czytać, ty bezczelny dzieciaku - warknęła Nadia, ale jej ton był
wesoły, bez napięcia towarzyszącego naszej wcześniejszej wymianie zdań.
- Już dawno nie jestem dzieckiem, Nadiu.
- Jesteś dzieckiem, dopóki nie wyjdziesz za mąż.
Przewróciłam oczami i wygładziłam suknię, oglądając się w lustrze. Przez
całe życie mówiono mi, że wyglądam jak moja matka. Choć bardzo pragnęłam
to słyszeć, czasami miałam wrażenie, że ktoś wyrywa mi serce. Komplement
przypominał mi jej długą nieobecność w moim życiu i poświęcenie, żebym
ja mogła żyć.
- Dlaczego muszę towarzyszyć ojcu, podczas gdy on będzie rozmawiał z naszym wrogiem o poddaniu się?
Mówiłam bardziej do siebie niż do Nadii, ale ona i tak wyraziła swoją
opinię.
- Jeśli masz rządzić tym królestwem - z mężem czy bez - będziesz to
robić pod panowaniem wampirów. Musisz się dowiedzieć, z kim masz do
czynienia, a dziś wieczorem odbierzesz pierwszą lekcję.
Czy to mogła być prawda? Od tej chwili Lara miała podlegać Krwawemu
Królowi, który wymordował tysiące z mojego rodzaju? Nie wydawało się to
realne.
- Ciesz się, Issi, że Krwawy Król nie poprosił o żonę.
- Zgłaszasz się na ochotnika, Nadiu?
Choć żartowałyśmy, przez cały dzień w moim sercu gromadził się strach.
Dzisiaj świat miał się zmienić i nikt z nas nie wiedział, co przyniesie
jutro. Miałam jednak nadzieję, że ojciec podjął słuszną decyzję, żeby
poddać się królowi Adrianowi. Musiałam liczyć na to, że Adrian, choć
jest potworem, nadal ma jakieś ludzkie cechy.
Nadia wyszła za mną z pokoju i razem ruszyłyśmy wąskimi korytarzami
mojego skrzydła. Mury zamku były misternie zbudowane z cegieł ułożonych
w taki sposób, że nawet bez dekoracji wyglądały przyjemnie dla oka.
Jednakże mimo piękna i kunsztu wykonania sączył się przez nie chłód,
który przyprawiał mnie o dreszcze. Co gorsza, moje sutki stwardniały, co
przypomniało mi o niezaspokojonym pożądaniu.
Na dole schodów Nadia się zatrzymała.
- Nie drżyj pod wzrokiem Krwawego Króla, milady. Trzeba dzisiaj się
poddać i przeżyć, żeby zwyciężyć jutro.
Słowa Nadii wyrażały moją nadzieję, że znajdziemy broń, którą zdołamy
pokonać wroga. Gdy niania odeszła, zostałam sama pod drzwiami
przedpokoju, w którym ojciec i ja mieliśmy czekać na przybycie Krwawego
Króla, żeby potem razem z nim przejść do wielkiej sali. Żołądek miałam
ściśnięty, ale powstrzymałam się przed pukaniem, kiedy usłyszałam
dobiegający ze środka głos Killiana.
- To pułapka.
- Jeśli król Revekki postanowi nas zabić, zamiast negocjować, to powie
więcej o nim niż o nas - odparł ojciec głosem ciepłym i dźwięcznym.
Moje serce wypełnił spokój. Bardzo kochałam ojca. Tylko jego miałam od
chwili narodzin. Nigdy nie widziałam, żeby podjął pochopną decyzję, więc
byłam pewna, że przemyślał każdy aspekt kapitulacji. A najważniejsze, że
zależało mu przede wszystkim na tym, by chronić nasz lud.
- Pomyśl, panie, o swojej córce...
- Waż słowa, komendancie!
Głos ojca przeszył mnie dreszczem, ale byłam zadowolona z jego gniewu. I jednocześnie zła z powodu zuchwałości Killiana, który sugerował, że
ojciec o mnie nie myśli. Ale... ja nie byłam tu najważniejsza. Ani
komendant, którego ego cierpiało na myśl o poddaniu się silniejszemu
przeciwnikowi.
- To ze względu na Isolde zgodziłem się na rozejm. Nie chcę, żeby żyła w przyszłości pełnej przemocy.
- Ale będzie miała przed sobą przyszłość dużo bardziej niepewną.
Te słowa wzięłam za znak, że pora wejść. Nie chciałam zobaczyć Killiana
przyszpilonego do ściany królewskim mieczem i choć dowódca gwardii mnie
irytował, rozlew krwi, kiedy u naszych granic stały wampiry, nie wydawał
się najlepszym pomysłem.
Na mój widok ojciec przywołał na twarz maskę spokoju, a jego wąskie usta
wykrzywił smutny uśmiech. Król Henri stał przy kominku, a w ciężkim
płaszczu podbitym futrem jego szczupła sylwetka wyglądała na większą.
Ojciec nigdy nie był szczególnie imponującym mężczyzną, ale miał
prezencję i oblicze, które przyciągały uwagę, a jego głos brzmiał
władczo. Jego ciemne włosy siwiały, zwłaszcza na spiczastej brodzie.
- Isolde, skarbie - rzekł na powitanie.
- Ojcze. - Podeszłam i ujęłam jego wyciągniętą dłoń.
Pocałował mnie w policzek.
- Wyglądasz pięknie jak zawsze.
- Dziękuję, ojcze. - Uśmiechnęłam się mimo tego, co nas czekało.
Czerpałam pociechę z faktu, że dzięki tej kapitulacji nadal będziemy
razem. W końcu tylko to się liczyło.
- Komendant Killian właśnie mi mówił, że poszłaś dzisiaj na granicę. Bez
niego.
Skoro Killian postanowił mnie zdradzić, przynajmniej mógł wyznać całą
prawdę, czyli również to, że mu uciekłam.
"Jak twój brzuch?" - chciałam zapytać, ale zmilczałam słowa ojca.
Wolałam nie przedłużać tego kazania.
- Komendant Killian mnie dogonił - powiedziałam, piorunując go wzrokiem.
- Issi. - W głosie ojca zabrzmiała nuta ostrzeżenia. - Wiesz, jakie
niebezpieczeństwo czyha na naszym progu.
- Nie rozumiem, co komendant Killian mógłby zrobić, gdyby napadły na nas
wampiry. Trzeba armii, żeby pokonać jednego.
Ojciec westchnął. Wiedział, że mam rację.
- Są inne potwory, księżniczko - odezwał się Killian ochrypłym głosem.
Przeniosłam na niego wzrok i zobaczyłam, jak opuszcza spojrzenie na moje
piersi. Chciałam przewrócić oczami, ale się powstrzymałam.
- Potwory, które nauczyłam się zabijać. I nadal nie rozumiem, dlaczego
potrzebuję twej eskorty, komendancie.
- Bo ja tak rozkazałem. - Głos ojca jak świst bata przeciął powietrze i przyciągnął moją uwagę. - To sprawa nie podlega dyskusji, Isolde. Czy to
jasne?
- Jak słońce - odpowiedziałam krótko, zaczerwieniona z irytacji.
Ojciec znowu westchnął, ale tym razem bardziej z ulgi. Pewnie był
zadowolony, że się nie spierałam. Wiedziałam, jak trudna była dla niego
decyzja o kapitulacji. I wiedziałam, że jego troskę o mnie spotęgowała
inwazja Krwawego Króla. Nie zamierzałam przysparzać mu kłopotów. Z drugiej strony chciałam, żeby Killian usłyszał - i poczuł - mój gniew.
W tym momencie rozległo się pukanie i do środka wszedł herold Miron.
Jego uniform składał się z granatowego tabardu ze złotym oblamowaniem,
który zwykle podkreślał jego ogorzałą skórę, ale dzisiaj herold wyglądał
blado, a kiedy się odezwał, głos mu drżał. Domyślałam się dlaczego.
Miron właśnie zobaczył króla wampirów we własnej osobie.
- Wasza Wysokość. - Herold ukłonił się i odchrząknął. - Przybył król
Adrian.
W małym pokoju dało się wyczuć dziwne napięcie. Krwawy Król nie stał tuż
za naszymi granicami, a znalazł się wewnątrz nich. Od tej pory miał nami
rządzić.
Ojciec długo na mnie patrzył, a potem odwrócił się energicznie, aż
zawirował wokół niego płaszcz. Komandor Killian wyciągnął do mnie rękę.
Wolałabym wbić w nią nóż, ale ją przyjęłam.
- Dlaczego tak się ubrałaś, pani? - zapytał, opuszczając głowę, tak że
jego oddech musnął mój policzek.
Powinnam była wziąć nóż, pomyślałam.
Odpowiadając, nie spojrzałam na niego.
- Komentowanie mojego ubioru nie należy do twych obowiązków,
komendancie.
Mocniej ścisnął moją dłoń.
- Pokazujesz za dużo skóry. Próbujesz kusić króla wampirów?
- Uważaj na słowa - rzuciłam lodowatym tonem.
- Nie o to mi chodziło. Jak tylko chcę cię chronić.
- Przed czym? Przed głodnymi spojrzeniami? - Właśnie przeszliśmy z przedpokoju do wielkiej sali, a ja odwróciłam się do Killiana i rzuciłam
wyzywająco: - Twoje również jest groźne, komendancie.
Weszłam na podwyższenie, na którym stał tron, i zajęłam miejsce po lewej
stronie ojca. Powiodłam spojrzeniem po sali. Było to okazałe
pomieszczenie, bogato udekorowane złoconymi lustrami i wymyślnymi
żyrandolami. Nad sobą miałam baldachim z niebieskiego jedwabiu. Na
chorągwiach w takim samym błękitnym kolorze widniały złote skowronki -
herb naszego rodu.
W sali tronowej panowała cisza, choć było w niej pełno ludzi:
gwardzistów, lordów i dam, którzy przybyli ze swoich posiadłości, żeby
wziąć udział w wydarzeniu. Ojciec spędził w tej komnacie wiele tygodni,
wysłuchując ich argumentów za i przeciwko kapitulacji. Pod koniec
zaczęłam nienawidzić wielu z nich, ponieważ ich obawy ograniczały się do
utraty ziem, bogactw i pozycji pod rządami Krwawego Króla, jakby
chodziło o zachowanie statusu, podczas gdy był to wybór między życiem a śmiercią.
- Jego Wysokość król Henri de Lara wita króla Adriana Aleksandra
Vasilieva z Revekki.
Tym razem głos Mirona był spokojny i silny. Wstrzymując oddech, utkwiłam
wzrok w drzwiach na drugim końcu sali. Na znak gwardzistów tłum się
rozstąpił, żeby przepuścić Krwawego Króla.
Nagle oblał mnie żar. Z trudem stłumiłam okrzyk i omal nie wyskoczyłam
ze skóry, kiedy mój wzrok padł na znajomą, przystojną twarz. Wampir,
którego spotkałam na polanie, który zlizał krew z mojej skóry i wzbudził
we mnie żądzę, był Krwawym Królem Adrianem.
Od naszego spotkania przebrał się, zamieniając czerń na krwistą
czerwień. Na jego środkowym i małym palcu lśniły złote pierścienie,
głowę zdobiła czarna korona z kolcami. Miał pewną siebie, królewską
postawę, ale szedł jak drapieżca. Czarne buty stukały przy każdym
groźnym kroku, kiedy zmierzał w stronę mojego ojca.
Powinnam wiedzieć, że to on, stwierdziłam w myślach, patrząc na niego
teraz, ale wtedy nie przyszło mi do głowy, że król wampirów mógł
wypuścić się na poszukiwanie strzygi. Czyż one nie były potworami
zrodzonymi z ich gatunku?
W miarę jak się zbliżał, przeniósł wzrok z mojego ojca na Killiana, a potem na mnie. Nasze oczy się spotkały, a ja wypuściłam powolny, drżący
oddech, kiedy Krwawy Król zmierzył wzrokiem moje ciało. Poczułam
ściskanie w żołądku i takie samo silne pragnienie jak wcześniej.
Chciałam być pożarta przez tę istotę. Trzęsły mi się kolana.
- Królu. - W sali rozbrzmiał głos mojego ojca. - W tych ponurych
okolicznościach moje powitanie jest chłodne.
- Niemniej jest to powitanie - odparł Krwawy Król. - Przyjmuję je.
Kiedy mówił głosem kochanka, a nie potwora, patrzyłam na jego usta.
- Ty, panie, i twoja armia zdobyliście sobie reputację - rzekł mój
ojciec.
- Która sprawiła, że rozważyłeś poddanie się zamiast rozlewu krwi -
stwierdził Adrian i lekko skłonił głowę. - Mądrze.
- Niektórzy nazwali mnie tchórzem za to, że w ogóle rozważałem twoją
propozycję, panie.
Napięcie w sali wzrosło.
- Obchodzi cię, co inni myślą, królu Henri?
- Obchodzi mnie mój lud. Chcę, żeby był bezpieczny. Czy taka jest twoja
propozycja, królu Adrianie? Że mój lud będzie bezpieczny?
Wampir przez dłuższą chwilę patrzył uważnie na mojego ojca, jakby
próbował ocenić jego szczerość.
- Ile wolności ma mieć twój lud, panie?
Ojciec nie odpowiedział od razu. Gdy przesunęłam na niego spojrzenie,
zobaczyłam, że pochyla się na tronie.
- Targujemy się, królu Adrianie?
Wampir lekko wzruszył ramionami.
- Mam pewną propozycję.
Ojciec odczekał chwilę, a kiedy gość nadal milczał, ponaglił go:
- Jaka to propozycja?
- Chcę twojej córki, królu Henri. - I, jakby po namyśle, dodał: -
Oczywiście, żeby ją poślubić.
- Nie! - wyrwało się komendantowi Killianowi.
Adrian spiorunował go wzrokiem. Ja również, choć jednocześnie starałam
się zrozumieć to, co usłyszałam. Czy Krwawy Król właśnie poprosił o moją
rękę? Nogi zaczęły mi teraz drżeć z zupełnie innego powodu i przez
chwilę miałam obawy, że ugną się pode mną kolana. Zacisnęłam dłonie, aż
paznokcie wbiły mi się w skórę. Nie zamierzałam okazać słabości przed tą
istotą, choć raz już to zrobiłam, na polanie.
- Chcesz, panie, poślubić moją... Nie - zdecydowanie rzekł mój ojciec.
Nie chciałam wychodzić za mąż, a zwłaszcza za tego osobnika.
Adrian zmierzył go wzrokiem.
- Tak szybko wybrałbyś wojnę, królu? Myślałem, że troszczysz się o swój
lud.
- Bo tak jest - odezwałam się, robiąc krok do przodu, rozgniewana
insynuacją.
- Issi. - Ojciec wyciągnął do mnie rękę, ale to komendant Killian stanął
między mną a Krwawym Królem.
- Król Adrian poprosił o moją rękę - przypomniałam mu. - Nie mam prawa
głosu?
- To sprawy między królami - stwierdził Killian. Jego głos był ochrypły,
zgrzytał w moich uszach.
Chciałam go odepchnąć, ale się pohamowałam i zamiast tego rozkazałam:
- Proszę wrócić na swoje miejsce, komendancie.
Killian posłuchał niechętnie, choć nie zrobiłby tego, gdybyśmy byli
sami. Teraz jednak cofnął się i stanął z powrotem u boku mojego ojca.
Kiedy skierowałam spojrzenie na Adriana, na jego twarzy malowało się
lekkie rozbawienie.
- Skoro chciałeś mieć żonę, panie, dlaczego czekałeś aż do tej chwili,
żeby poprosić o moją rękę? - zapytałam.
- Aż do dzisiaj nie wiedziałem, że tego chcę - odparł Krwawy Król.
Moja irytacja sięgnęła szczytu. Powziął decyzje, kiedy spotkaliśmy się w lesie? Czy ja wywarłam na nim takie samo wrażenie, jak on na mnie?
- Pociąg rzadko prowadzi do małżeństwa, królu Adrianie - zauważyłam.
- Ale czyni je znośnym - odparował wampir. - Nie sądzisz, księżniczko?
Więc chcesz mnie pieprzyć, pomyślałam, mrużąc oczy. Do tego nie
potrzebowaliśmy przysiąg, ale oddanie się Krwawemu Królowi bez
małżeńskiego kontraktu w jakiś sposób wydawało się gorsze niż utrata
wolności.
- Chyba że to małżeństwo z potworem - powiedziałam. - Wtedy jest to
niewola.
W tłumie rozbrzmiały szepty, szybko uciszone przez słowa Adriana.
- Jeśli się nie zgodzisz, pani, będziemy mieli wojnę - uprzedził.
- Chętnie stoczę tę wojnę! - wykrzyknął mój ojciec, wstając.
Kilku członków świty wzniosło okrzyki po królewskiej deklaracji.
Wiedziałam, że ojciec mówił poważnie i prosto z serca, ale byłam pewna,
że zginąłby w tej walce, a tego nie mogłabym znieść.
Jak raptem stałam się nagrodą, którą można wygrać w bitwie?
- Ojcze... - zaczęłam, ale zostałam uciszona.
- Isolde, wyjdź. Natychmiast.
Strażnicy przy drzwiach unieśli broń, zabrzęczała stal, lordowie i damy
tłoczący się pod ścianami zaczęli szeptać i pokrzykiwać.
Nie mogło dojść do walki. Ona oznaczałaby rzeź. Komendant Killian
obszedł tron i wziął mnie za ramię, zanim zdążyłam się odsunąć.
Dlaczego on wciąż mnie dotykał?
- Nie pozwolę się odprawić! - oświadczyłam.
- Księżniczko...
- Wasza księżniczka życzy sobie przemówić - odezwał się Krwawy Król. -
Pozwólcie jej.
Ostatnie dwa słowa zostały wypowiedziane tonem ostrzeżenia. Moje serce
nadal galopowało, krew wartko płynęła w żyłach. Spojrzałam na ojca. W jego niebiesko-zielonych oczach dostrzegłam rozpacz.
"Nie" - błagał mnie bez słów.
"Muszę" - odpowiedziałam bezgłośnie. Tak jak on nie chciał mnie stracić,
tak ja nie mogłam stracić jego. Ani narazić mojego ludu na zgubę.
Chciałam być królową, żeby go chronić, i zamierzałam to zrobić, choć nie
w taki sposób, jak się spodziewałam.
Odwróciłam się do Adriana i zrobiłam krok w jego stronę. Czułam, że
wszyscy w pokoju zesztywnieli, mocniej zacisnęli dłonie na broni.
Napięcie już było bitwą, zapach krwi przesycał powietrze, choć jeszcze
nie została przelana.
Wytrzymałam wzrok Krwawego Króla, skupiłam się na nim tak całkowicie,
jakby był jedyną osobą w sali. Im dłużej patrzyłam, tym swobodniej się
czułam. Pomagało to, że był piękny, ale interesowały mnie również
rzeczy, które nie powinny mnie interesować, jak zarys jego bioder i słabo widoczna blizna na policzku.
Nie nabrałam powietrza, zanim się odezwałam, bo bałam się, że mój oddech
zabrzmi raczej jak drżące westchnienie.
- Królu Adrianie, jeśli potwierdzisz, że będziesz chronił mój kraj, mój
lud i mojego ojca, zgodzę się za ciebie wyjść.
Adrian wykrzywił usta, ale ten uśmiech nie przetrwał długo, bo komendant
Killian znowu zaprotestował:
- Księżniczko, nie możesz wyjść za tego potwora! Nie pozwolę na to!
Adrian łypnął na niego spode łba.
- Nie pozwolisz?
- Cicho, kreaturo. Jesteś przekleństwem naszych ziem!
Killian dobył miecza, gwardziści poszli w jego ślady.
Odwróciłam się do komendanta, zasłaniając Krwawego Króla. Nie była to
mądra decyzja. Nie znałam Adriana, on był wrogiem, a ja stawałam do
niego plecami, nie mogłam jednak pozwolić, żeby sprawy zaszły za daleko.
- Opuść miecz - wysyczałam.
Killian spiorunował mnie wzrokiem, zaciskając dłoń na rękojeści.
- Natychmiast! - Mój rozkaz odbił się echem od ścian sali. - Nie
pozwolę, żeby ten kraj spłynął krwią mojego ludu. Zgodziłam się na
warunki króla Adriana.
- Zapomniałaś, księżniczko, że to twój ojciec tu rządzi i to on decyduje
o twoim losie.
Zmroziłam Killiana wzrokiem i przeniosłam spojrzenie na ojca.
- Kocham cię, ojcze. Nigdy nie opuściłabym cię z własnej woli, ale
wiesz, że to słuszna decyzja. Wiesz, bo podjąłeś ją, zanim Revekka
znalazła się u naszych granic.
Wiedziałam, co ojciec myśli: "To było, zanim on ciebie zapragnął".
- Jestem tylko jedna - powiedziałam. - I niewarta rzezi królestwa.
- Jesteś warta każdej gwiazdy na niebie, Issi - oświadczył ojciec, a moje serce zamarło na chwilę. Czy teraz nastąpi wypowiedzenie wojny?
Lecz on przeniósł wzrok na Adriana. - Moja córka ma zwyczaj stawiania
bezpieczeństwa wszystkich innych przed swoim. Ufam, że znajdzie się
wśród tych, których ochronisz, panie.
Odwróciłam się do Krwawego Króla. Chciałam na niego patrzeć, kiedy
będzie odpowiadał. Po raz pierwszy od swojego przybycia ukłonił się,
położył dłoń na sercu i rzekł:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki