Król wojny i krwi - Scarlett St. Clair

Kup ebooka

41.00 zł
33.98 zł (34,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Jeden

Jeden

Na gra­ni­cach kró­le­stwa mojego ojca obo­zo­wała armia wam­pi­rów. Czarne czubki ich namio­tów wyglą­dały jak ocean ostrych fal i cią­gnęły się całymi milami. Sta­piały się z hory­zon­tem czer­wo­nym jak całe niebo nad Revekką, Impe­rium Wam­pi­rów. Miało ono taki kolor, odkąd się uro­dzi­łam. Mówiono, że to klą­twa Dis, bogini ducha, ostrze­że­nie przed złem, które tam się zro­dziło, złem, które zaczęło się od Krwa­wego Króla. Dla­tego, na nie­szczę­ście dla Cor­dovy, jego kolor nie sta­no­wił zapo­wie­dzi inwa­zji.

Wam­piry poja­wiły się na zacho­dzie zeszłej nocy, jakby podró­żo­wały wraz z ciem­no­ścią. Od tam­tej pory wszystko było ciche i spo­kojne, jakby ich obec­ność skra­dła wszel­kie życie. Nawet wiatr ustał. Nie­po­kój ści­skał moją pierś jak mróz, usa­do­wił się głę­boko w brzu­chu, kiedy tak sta­łam mię­dzy drze­wami, zale­d­wie kilka stóp od pierw­szego rzędu namio­tów. Nie mogłam pozbyć się uczu­cia, że to koniec. Ten koniec czaił się za mną, opla­tał moje ramiona dłu­gimi pal­cami.

Ich przy­by­cie poprze­dziły pogło­ski. Wie­ści o tym, że ich przy­wódca - nie mogłam znieść nawet jego imie­nia - Adrian Alek­sandr Vasi­liev zrów­nał z zie­mią Jolę, spu­sto­szył Elin, pod­bił Sivę i spa­lił Litę. Kolejne z Dzie­wię­ciu Dyna­stii Cor­dovy padały jedna po dru­giej. Teraz wam­piry znaj­do­wały się na naszym progu, a mój ojciec, król Henri, zamiast zwo­łać woj­sko, popro­sił o spo­tka­nie.

Chciał prze­mó­wić do roz­sądku Krwa­wemu Kró­lowi.

Jego decy­zja spo­tkała się z mie­sza­nymi reak­cjami. Nie­któ­rzy chcieli wal­czyć, żeby nie zna­leźć się pod pano­wa­niem potwora. Inni nie byli pewni, czy król Henri wybrał śmierć na polu bitwy zamiast innej.

Przy­naj­mniej w walce była prawda. Prze­ży­wało się albo ginęło.

Pod rzą­dami potwora nie było żad­nych prawd.

- Nie powi­nie­nem był pozwo­lić ci przy­cho­dzić tutaj tak późno i tak bar­dzo się zbli­żać.

Komen­dant gwar­dii Alec Kil­lian stał za bli­sko, tuż za mną, tak że ramie­niem muskał moje plecy. Gdyby to był inny dzień, wyba­czy­ła­bym mu tę bli­skość, przy­pi­su­jąc ją gor­li­wo­ści w wypeł­nia­niu obo­wiąz­ków mojej eskorty, ale teraz wie­dzia­łam swoje.

Komen­dant pró­bo­wał się zre­ha­bi­li­to­wać.

Odsu­nę­łam się o krok, żeby rzu­cić mu posępne spoj­rze­nie i jed­no­cze­śnie stwo­rzyć dystans. Alec - albo Kil­lian, jak wola­łam go nazy­wać - był dowódcą Kró­lew­skiej Gwar­dii, a odzie­dzi­czył to sta­no­wi­sko, kiedy jego ojciec o takim samym imie­niu zmarł nie­spo­dzie­wa­nie przed trzema laty.

Odwza­jem­nił moje spoj­rze­nie. Jego szare oczy były jed­no­cze­śnie sta­lowe i łagodne. Myślę, że wola­ła­bym samą stal, bo czu­łość spra­wiała, że mia­łam ochotę cof­nąć się o dwa kroki. Ozna­czała, że Kil­lian żywił do mnie uczu­cia, a moja dawna eks­cy­ta­cja tym, że przy­cią­gnę­łam jego uwagę, już dawno wypa­ro­wała.

Zewnętrz­nie miał wszystko, czego, jak sądzi­łam, ocze­ki­wa­łam od męż­czy­zny. Był przy­stojny w surowy spo­sób, z cia­łem wyćwi­czo­nym pod­czas godzin szko­le­nia. Mun­dur, szyta na miarę gra­na­towa bluza, spodnie ze zło­ce­niami i śmiesz­nie dra­ma­tyczna złota pele­ryna pod­kre­ślały jego pre­zen­cję. Komen­dant miał szopę gęstych, ciem­nych wło­sów, a ja spę­dzi­łam zbyt wiele nocy z pal­cami wple­cio­nymi w te pasma i z roz­grza­nym cia­łem, ale nie­roz­pa­lona namięt­no­ścią, za która naprawdę tęsk­ni­łam. Kil­lian oka­zał się śred­nim kochan­kiem. Nie poma­gało to, że nie lubi­łam jego brody, dłu­giej i zasła­nia­ją­cej dolną połowę twa­rzy. Nie­moż­liwe było doj­rze­nie kształtu jego szczęki, ale domy­śla­łam się, że jest mocna jak jego obec­ność... która zaczy­nała dzia­łać mi na nerwy.

- Prze­wyż­szam cię rangą - przy­po­mnia­łam. - Nie jest w two­jej mocy mówie­nie mi, co mam robić.

- Ale w mocy two­jego ojca tak.

Ogar­nęła mnie taka fala iry­ta­cji, że zazgrzy­ta­łam zębami. Gdy Kil­lian czuł, że nie może mną kie­ro­wać, ucie­kał się do gro­że­nia mi ojcem. I on się jesz­cze zasta­na­wiał, dla­czego nie chcę z nim sypiać.

Zamiast przy­jąć do wia­do­mo­ści mój gniew, Kil­lian uśmiech­nął się zado­wo­lony, że tra­fił w czuły punkt.

Ski­nie­niem głowy wska­zał obóz.

- Powin­ni­śmy zaata­ko­wać ich za dnia, kiedy śpią.

- Tylko że wtedy sprze­ci­wił­byś się roz­ka­zom mojego ojca, który chce pokoju - powie­dzia­łam.

Kie­dyś bym się z nim zgo­dziła. Dla­czego nie wyrżnąć wam­pi­rów, kiedy śpią? Prze­cież świa­tło sło­neczne było ich sła­bo­ścią. Tyle że The­odo­ric, król Joli, wydał swoim żoł­nie­rzom taki roz­kaz, ale zanim jego armia przy­pu­ściła atak, cała zgi­nęła z powodu krwa­wej zarazy, jak nazy­wali ją ludzie. Ci, któ­rzy zapa­dali na tę cho­robę, krwa­wili ze wszyst­kich otwo­rów ciała, aż w końcu umie­rali. Łącz­nie z kró­lem The­odo­ri­kiem i jego żoną, któ­rzy zosta­wili dwu­latka, żeby odzie­dzi­czył tron pod pano­wa­niem Krwa­wego Króla.

Jak się oka­zało, blask sło­neczny nie zatrzy­my­wał magii.

- Czy będą mieli dla nas tyle sza­cunku, kiedy zapad­nie noc? - Kil­lian nie cofał się przed wyra­ża­niem opi­nii na temat Krwa­wego Króla i jego inwa­zji na Cor­dovę. Rozu­mia­łam jego nie­na­wiść.

- Miej wiarę w żoł­nie­rzy, któ­rych sam wyszko­li­łeś. Nie jesteś gotowy?

Wie­dzia­łam, że nie spodo­bały mu się moje słowa. Czu­łam, że robi gniewną minę za moimi ple­cami, bo oboje zda­wa­li­śmy sobie sprawę, że jeśli wam­piry posta­no­wią zaata­ko­wać, będziemy mar­twi. Trzeba było pię­ciu naszych, żeby poko­nać jed­nego z nich. Po pro­stu musie­li­śmy wie­rzyć, że słowo Krwa­wego Króla dane mojemu ojcu jest warte życia naszych ludzi. Sku­pi­łam wzrok na namio­cie króla, wyróż­nia­ją­cym się kar­ma­zy­no­wymi i zło­tymi deta­lami.

- Nie można przy­go­to­wać się na potwory, księż­niczko - rzekł Kil­lian. - Wąt­pię, czy sama bogini Dis wie­działa, co wynik­nie z jej klą­twy.

Mówiono, że Adrian roz­gnie­wał Dis, bogi­nię ducha, i w rezul­ta­cie ona prze­klęła go pra­gnie­niem krwi. Jej klą­twa objęła nie tylko jego. Nie­któ­rzy ludzie prze­żyli prze­mianę w wam­piry, inni nie. Od ich naro­dzin świat nie zaznał pokoju. Ich obec­ność zro­dziła inne potwory żywiące się krwią, życiem. Choć ja nie zna­łam innego świata, starsi ludzie go pamię­tali. Pamię­tali świat bez bram i wyso­kich murów wokół każ­dej wio­ski. Pamię­tali, jak to jest nie bać się wędro­wać pod gwiaz­dami po zapad­nię­ciu ciem­no­ści.

Ja nie bałam się ciem­no­ści.

Nie bałam się potwo­rów.

Nie bałam się nawet Krwa­wego Króla.

Ale bałam się o ojca, o swój lud, o naszą kul­turę.

Ponie­waż Adriana Alek­san­dra Vasi­lieva nie dało się unik­nąć.

- Sądzisz, że wiesz, co myśli bogini? - zapy­ta­łam.

- Wciąż mnie pro­wo­ku­jesz. Zro­bi­łem coś złego?

- Spo­dzie­wa­łeś się zado­wo­le­nia, bo się pie­przy­li­śmy?

Kil­lian drgnął i ścią­gnął brwi.

Wresz­cie, pomy­śla­łam. Gniew.

- Więc jesteś zde­ner­wo­wana - stwier­dził.

Prze­wró­ci­łam oczami.

- Oczy­wi­ście, że jestem zde­ner­wo­wana. Prze­ko­na­łeś mojego ojca, że potrze­buję eskorty.

- Wykra­dasz się po nocy ze swo­jej kom­naty!

Nie mia­łam poję­cia, że sypia­nie z Kil­lia­nem będzie ozna­czało nie­za­po­wie­dziane wizyty w moim pokoju. Któ­rejś nocy posu­nął się za daleko i odkrył, że moja sypial­nia jest pusta. Obu­dził cały zamek, wysłał armię do lasu na poszu­ki­wa­nia. A ja chcia­łam jedy­nie popa­trzeć na gwiazdy, co robi­łam przez lata na szczy­tach falu­ją­cych wzgórz Lary. Ale te wypady skoń­czyły się tydzień temu. Kiedy już mnie zna­leźli, ojciec wezwał mnie do swo­jego gabi­netu. Zro­bił mi wykład o sta­nie świata i o tym, jak ważna jest ostroż­ność. Potem przy­dzie­lił mi straż­ni­ków i zaka­zał opusz­cza­nia domu po zapad­nię­ciu zmroku.

Zapro­te­sto­wa­łam. Wyszko­lono mnie na wojow­niczkę, rów­nie sprawną jak Kil­lian. Potra­fi­łam się obro­nić, przy­naj­mniej w gra­ni­cach Lary.

"Nie" - wark­nął ojciec tonem tak suro­wym, że aż pod­sko­czy­łam. Po chwili mil­cze­nia dodał: "Jesteś zbyt ważna, Issi".

W tam­tym momen­cie wyglą­dał na tak zała­ma­nego, że nie byłam w sta­nie z nim dys­ku­to­wać. Z Kil­lia­nem rów­nież.

Tydzień póź­niej czu­łam się jak w pułapce.

- Ponie­waż tak się palisz do wyja­wia­nia moich tajem­nic, przy­zna­łeś się rów­nież do tego, że mnie pie­przy­łeś?

- Prze­stań uży­wać tego słowa - wyce­dził Kil­lian przez zaci­śnięte zęby.

Przy­naj­mniej w jed­nej spra­wie jest pełen pasji, pomy­śla­łam. Ale jedy­nie spro­wo­ko­wał mnie tym roz­ka­zu­ją­cym tonem.

- A jakiego słowa powin­nam uży­wać? - wysy­cza­łam. - Kochać się? Wąt­pię. - Byłam nie­miła, ale chcia­łam, żeby obiekt mojego gniewu go poczuł. Tę cechę prze­ję­łam od matki, zwa­żyw­szy że ojciec rzadko oka­zy­wał iry­ta­cję. - Naj­wy­raź­niej uwa­żasz, że to, co wyda­rzyło się mię­dzy nami, ozna­cza coś wię­cej.

Zupeł­nie jakby sądził, że rap­tem ma do mnie jakieś prawa. Nie­na­wi­dzi­łam tego.

- Jestem aż taki okropny? - spy­tał cicho Kil­lian.

Zaci­snę­łam pię­ści i przez chwilę drę­czyło mnie poczu­cie winy. Szybko się z niego otrzą­snę­łam.

- Prze­stań mną mani­pu­lo­wać.

- Nie pró­buję tobą mani­pu­lo­wać, ale nie możesz twier­dzić, że nie cie­szy­łaś się naszymi wspól­nymi chwi­lami.

- Lubię seks, Alec - odpo­wie­dzia­łam bez emo­cji. - Ale to nic nie zna­czy.

Były to nie­dbałe słowa, ale praw­dziwe. Posta­no­wi­łam spać z Kil­lia­nem, bo był pod ręką, a ja pra­gnę­łam speł­nie­nia. To był mój pierw­szy błąd. Ponie­waż spra­wił, że zlek­ce­wa­ży­łam ostrze­że­nia, takie jak skłon­ność komen­danta do powia­da­mia­nia mojego ojca o każ­dym moim ruchu.

- Nie mówisz poważ­nie - stwier­dził.

- Kil­lian. - Ton mojego głosu zabrzmiał ostrze­gaw­czo. On nie słu­chał, a jeśli było coś, czego szcze­rze nie­na­wi­dzi­łam, to męż­czyzn prze­ko­na­nych, że nie wiem, czego chcę. - Kiedy się nauczysz? Zawsze mówię to, co myślę.

Ruszy­łam, żeby go wymi­nąć, a on chwy­cił moją rękę. Wyszarp­nę­łam ją i ude­rzy­łam go pię­ścią w brzuch. Kil­lian stęk­nął i padł na kolana, a ja obró­ci­łam się na pię­cie.

- Isolde! - wysa­pał. - Dokąd idziesz?

Zagłę­bi­łam się w gęsty las. Liście były mięk­kie pod moimi sto­pami, mokre od poran­nej rosy. Żało­wa­łam, że nie jest śro­dek wio­sny, kiedy drzewa są bujne i zie­lone. Łatwiej mogła­bym wśród nich znik­nąć. Zamiast tego szłam mię­dzy bla­dymi, szkie­le­to­wymi pniami, pod bal­da­chi­mem ze sple­cio­nych gałęzi. Mimo to byłam pewna, że zgu­bię Kil­liana. Zna­łam ten las jak wła­sne serce. Wie­dzia­łam, że tra­fię do zamku bez eskorty, jak zamie­rza­łam to zro­bić, zanim on ruszył za mną do gra­nicy.

- Idiota - wyszep­ta­łam.

Szczęka bolała mnie od zaci­ska­nia zębów. Nie czu­łam nie­na­wi­ści do Kil­liana, ale nie zamie­rza­łam dać się uwię­zić w klatce. Byłam świa­doma nie­bez­pie­czeństw i wyszko­lona do walki z naj­róż­niej­szymi potwo­rami, nawet z wam­pi­rami. Choć nie mogłam im dorów­nać, przy­naj­mniej zda­wa­łam sobie z tego sprawę. Gdyby to zale­żało od Kil­liana, nasze armie wal­czy­łyby teraz z wam­pi­rami i praw­do­po­dob­nie wielu naszych już byłoby mar­twych.

Jako ludzie nie mie­li­śmy leku na ich cho­robę ani moż­li­wo­ści, żeby ich poko­nać, żad­nego spo­sobu, żeby prze­ciw­sta­wić się ich magii ani potwo­rom, które obu­dzili. Byli­śmy słabsi i zawsze tacy mie­li­śmy być, chyba że bogini odpo­wie­dzia­łaby na liczne modli­twy zano­szone przez wier­nych... co było mało praw­do­po­dobne.

Bogini opu­ściła nas dawno temu, a ja cza­sami czu­łam się tak, jak­bym była jedyną osobą, która o tym wie.

Zwol­ni­łam kroku, kiedy poczu­łam woń roz­kładu. Z początku była słaba i przez krótką chwilę myśla­łam, że to złu­dze­nie.

Zaraz potem po ple­cach prze­szły mi ciarki i się zatrzy­ma­łam.

W pobliżu cza­iła się strzyga.

Strzygi były ludźmi, któ­rzy umarli na krwawą zarazę i wstali z mar­twych. Te prze­ra­ża­jące stwory miały nie­wiele rozumu, ale za to ogromny ape­tyt na ludz­kie ciało.

Odór się nasi­lił, a kiedy zaci­snę­łam pięść i odwró­ci­łam się powoli, zoba­czy­łam wysu­szo­nego potwora.

Stał na skraju polany i gapił się pustym wzro­kiem. Miał zgar­bione plecy, zapad­nięte policzki i rzad­kie włosy przy­kle­jone do plam krwi na nie­mal szkie­le­to­wej twa­rzy. Przez chwilę wpa­try­wał się we mnie, a potem wcią­gnął powie­trze nosem. Z jego gar­dła wydo­było się war­cze­nie, wargi się unio­sły, obna­ża­jąc dłu­gie zęby. Potem stwór wydał z sie­bie prze­ra­ża­jący krzyk, opadł na czwo­raki i ruszył w moją stronę.

Roz­sta­wi­łam stopy, szy­ku­jąc się na ude­rze­nie. Upiór sko­czył na mnie, a ja bły­ska­wicz­nym ruchem wysu­nę­łam przed sie­bie rękę, uwal­nia­jąc nóż, który trzy­ma­łam przy­tro­czony do nad­garstka. Ostrze wbiło się z łatwo­ścią mię­dzy żebra strzygi. Odsu­nę­łam się rów­nie szybko, wyry­wa­jąc nóż. Krew zbry­zgała mi twarz, a stwór z wrza­skiem zato­czył się do tyłu, roz­wście­czony i udrę­czony.

Cios tylko go zra­nił.

Żeby zabić strzygę, trzeba było oddzie­lić jej głowę od ciała, a potem ją spa­lić.

Teraz, kiedy potwór był osła­biony, doby­łam mie­cza. Roz­legł się świst metalu i strzyga zasy­czała nie­na­wist­nie, po czym znowu się na mnie rzu­ciła. Nadziała się na moje ostrze, ale pazu­rami zdą­żyła roze­rwać mi suk­nię i skórę. Krzyk­nę­łam gar­dłowo, kiedy do mojej świa­do­mo­ści dotarł ból, ale wkrótce górę nad nim wzięły gniew i wola walki. Cof­nę­łam ramię z mie­czem i zamach­nę­łam się. Klinga była ostra, ale utknęła na kości. Pchnę­łam stopą pierś upiora i wyszarp­nę­łam ostrze. Kiedy strzyga upa­dła, zada­łam kolejny cios w jej szyję. Ciało potwora znie­ru­cho­miało, a głowa wylą­do­wała kilka stóp dalej.

Sta­łam przez chwilę, oddy­cha­jąc ciężko. Czu­łam silne pie­cze­nie w miej­scu, gdzie upiór roz­orał mi skórę. Musia­łam dotrzeć do medy­ków. W ranach zada­nych przez strzygi szybko roz­wi­jała się infek­cja. Zanim roz­po­czę­łam marsz do domu, kop­nę­łam głowę upiora, posy­ła­jąc ją do linii drzew na skraju polany.

Powrót do zamku w takim sta­nie nie wró­żył dobrze mojej nie­za­leż­no­ści.

Nagle wyczu­łam jakąś zmianę w powie­trzu. Obró­ci­łam się gwał­tow­nie i unio­słam miecz, ale klinga zetknęła się z inną.

To zde­rze­nie mnie zasko­czyło, a jesz­cze bar­dziej widok męż­czy­zny, z któ­rym sta­nę­łam twa­rzą w twarz. Nie­zna­jomy był piękny w ude­rza­jący, lecz surowy spo­sób. Rysy miał ostre: wydatne kości policz­kowe, mocny zarys szczęki, pro­sty nos, ale jego blond włosy opa­dały mięk­kimi falami na ramiona. Usta były pełne i mięk­kie, oczy ukryte pod wyraź­nie zazna­czo­nymi brwiami. To te dziwne oczy - nie­bie­skie z białą otoczką - przy­cią­gnęły moją uwagę, kiedy męż­czy­zna prze­krzy­wił głowę i się ode­zwał.

- Co robisz w tym miej­scu, pani? - Jego głos intry­go­wał, był jedwa­bi­sty, powo­do­wał ści­ska­nie w żołądku.

Zmarsz­czy­łam brwi na te słowa i przyj­rza­łam mu się uważ­niej. Miał na sobie czarną bluzę spiętą zło­tymi klam­rami i długą tunikę tego samego koloru, o brze­gach obrę­bio­nych złotą nicią. Była to dosko­nała robota, ale nie dzieło mojego ludu. Nasze wzory były dużo bar­dziej misterne.

Zmru­ży­łam oczy.

- Kim jesteś? - zapy­ta­łam.

Męż­czy­zna opu­ścił miecz, jakby już nie widział we mnie zagro­że­nia, co spra­wiło, że chcia­łam być zagro­że­niem, ale też opu­ściłam broń i poluź­ni­łam uchwyt na ręko­je­ści. Pró­bo­wa­łam ści­snąć ją moc­niej, ale nie mogłam.

- Jestem wie­loma rze­czami - odpo­wie­dział nie­zna­jomy. - Czło­wie­kiem, potwo­rem, kochan­kiem.

Tym razem, kiedy prze­mó­wił, wychwy­ci­łam lek­kie poły­ka­nie koń­có­wek wyra­zów, słaby akcent, któ­rego nie potra­fi­łam umiej­sco­wić.

- To nie jest odpo­wiedź - stwier­dzi­łam.

- Chyba masz na myśli, pani, że nie jest to odpo­wiedź, jakiej byś ocze­ki­wała.

- Dro­czysz się ze mną.

Uśmiech­nął się sze­rzej, po szel­mow­sku, w grzeszny spo­sób, któ­rego mia­łam ochotę posma­ko­wać. Od tych myśli poczu­łam mro­wie­nie na skó­rze, a pod jego wzro­kiem zro­biło mi się gorąco.

- Tego ode mnie ocze­ku­jesz, pani? - Jego głos był cichym pomru­kiem, który wywo­łał drże­nie w moim brzu­chu.

Prze­łknę­łam ślinę.

- Chcę wie­dzieć, co tutaj robisz.

- Śle­dzi­łem strzygę, a ona nagle zmie­niła kie­ru­nek. - Opu­ścił wzrok na moją pierś. - Teraz widzę dla­czego.

Zawsty­dzona unio­słam rękę i syk­nę­łam, kiedy poczu­łam pie­cze­nie uszko­dzo­nej skóry. Od nagłego bólu zakrę­ciło mi się w gło­wie.

- Zabi­łam ją - udało mi się wykrztu­sić, choć język wyda­wał się za duży w moich ustach.

Męż­czy­zna uniósł kąciki warg.

- To też widzę.

- Powin­nam już iść - wyszep­ta­łam, wytrzy­mu­jąc jego spoj­rze­nie. Chcia­łam się ruszyć, ale byłam zbyt słaba. Może to infek­cja już zagnież­dżała się w moim ciele.

- Powin­naś - zgo­dził się nie­zna­jomy. - Ale tego nie zro­bisz, pani.

W mojej gło­wie roz­dzwo­niły się dzwonki alar­mowe. I kiedy męż­czy­zna zro­bił krok w moją stronę, nagle odzy­ska­łam zdol­ność ruchu. Wyrzu­ci­łam rękę z nożem w stronę jego brzu­cha, ale on zaci­snął dłoń na moim nad­garstku. Szarp­nął mnie do przodu i przy­cią­gnął do sie­bie mimo mojej rany, mimo krwi. Nachy­lił się, chwy­cił moją głowę, wbi­ja­jąc palce w skórę, a ja przez chwilę bałam się, że mnie poca­łuje albo skręci mi kark. Zamiast tego chwy­cił mnie moc­niej i nie odry­wa­jąc ode mnie wzroku, prze­su­nął kciu­kiem po moich war­gach.

- Jak masz na imię? - Jego głos spra­wił, że prze­szył mnie dreszcz.

- Isolde - odpo­wie­dzia­łam mimo woli.

- Kim jesteś?

I znowu odpo­wie­dzia­łam wbrew sobie, a mój głos zabrzmiał jak szept kochanki.

- Jestem księż­niczką Lary.

- Isolde - powtó­rzył moje imię gar­dło­wym pomru­kiem, który zawi­bro­wał w mojej piersi. - Moja słodka.

Potem nachy­lił się i przy­warł ustami do rany na mojej piersi. Nie mogłam oddy­chać, nie mogłam się poru­szyć, nie mogłam mówić. Naj­gor­sze było to, że czu­łam się dobrze. Jego zacho­wa­nie było zabor­cze i nie­mo­ralne, ale już nie pró­bo­wa­łam ugo­dzić go nożem, tylko do niego przy­lgnę­łam.

Kiedy się odsu­nął, jego pełne wargi były popla­mione moją krwią. Prze­łknął ją, a jego oczy się jarzyły, kiedy patrzył na moje oczy, usta, szyję. To spoj­rze­nie roz­pa­liło we mnie pło­mień, a kiedy ogień się roz­prze­strze­nił, spra­wił mi ból. Czu­łam wstyd, bo wie­dzia­łam, że ten męż­czy­zna jest żoł­nie­rzem Krwa­wego Króla, wam­pi­rem.

Szarp­nę­łam się w jego uści­sku i zdzi­wi­łam, że mnie puścił. Zato­czy­łam się do tyłu, się­ga­jąc ręką do piersi. Dotknę­łam gład­kiej skóry. Była zago­jona.

- Jesteś potwo­rem.

- Wyle­czy­łem cię - rzekł, jakby to czy­niło go kimś innym.

- Nie pro­si­łam o pomoc - wark­nę­łam.

- Nie, ale ci się podo­bało.

Spio­ru­no­wa­łam go wzro­kiem.

- Znie­wo­li­łeś mnie, panie.

To dla­tego nie mogłam moc­niej ści­snąć mie­cza, dla­tego wyda­wało się, że moje ciało nie słu­cha umy­słu, dla­tego nagle poczu­łam roz­pacz­liwe pra­gnie­nie, żeby przy­gniótł mnie cię­żar jego ciała, które mogłoby wypeł­nić mnie lepiej niż jakie­kol­wiek inne w moim życiu. Stra­ci­łam nad sobą kon­trolę.

I to była jego wina.

- Nie mam wła­dzy nad cudzymi emo­cjami. - Męż­czy­zna mówił rze­czo­wym tonem. Trudno było oskar­żyć go o kłam­stwo.

Unio­słam miecz, a wam­pir się roze­śmiał.

- Gniew ci pasuje, moja słodka.

Łyp­nę­łam na niego spode łba, ale moja złość spra­wiła, że on tylko uśmiech­nął się sze­rzej, odsła­nia­jąc lśniące białe zęby. Zapa­ła­łam do niego więk­szą nie­na­wi­ścią.

- Jesz­cze jest dzień - zauwa­ży­łam. - Jak możesz cho­dzić wśród nas?

Wam­piry mogły poru­szać się za dnia tylko w Revecce, gdzie czer­wone niebo odci­nało pro­mie­nie sło­neczne. Zmie­niły się z cza­sem? Ta myśl wzbu­dziła we mnie nowy rodzaj stra­chu.

- Już pra­wie zacho­dzi słońce - powie­dział męż­czy­zna. - Ta pora nie jest aż tak nie­bez­pieczna dla kogoś takiego jak ja.

Co to zna­czyło?

Nie zapy­ta­łam, a on nie wyja­śnił. Zamiast tego skło­nił głowę.

- Spo­tkamy się znowu, księż­niczko Isolde. Zadbam o to.

Jego obiet­nica prze­szyła mnie dresz­czem, jakby zło­żył ją samej bogini. Unio­słam miecz, ale kiedy zro­bi­łam wypad, on znik­nął jak mgła w poran­nym słońcu.

Gdy zosta­łam sama, zaczę­łam drżeć.

Prze­ży­łam spo­tka­nie z wam­pi­rem, który posma­ko­wał mojej krwi, ale naj­gor­sze było to, że on miał rację.

Spodo­bało mi się.

Dwa

Dwa

Widy­wa­łam ofiary wam­pi­rów, ludzi tuż przed prze­mianą, zanim ich serca zostały wycięte z ciał i spa­lone. Widy­wa­łam rów­nież ciała cał­ko­wi­cie opróż­nione z krwi. Ale ni­gdy sama nie spo­tka­łam praw­dzi­wego wam­pira.

"Wyglą­dają jak my, ale nie są nami" - ostrze­gał ojciec Kil­liana w cza­sie szko­le­nia. "Są szyb­kie. Kon­tro­lują umysł i wypi­jają krew, a czło­wiek tego nie ma prawa prze­żyć. Jeśli prze­ży­je­cie, będzie­cie pra­gnęli śmierci".

To były prawdy, które mówiono mi o wam­pi­rach.

Nie dowie­dzia­łam się jed­nak, pod jakimi wzglę­dami one są takie jak my. Że potra­fią być piękne, że ich dotyk budzi silne pra­gnie­nie, jakiego ni­gdy nie doświad­czy­łam. Wszystko we mnie było napięte, każdy oddech przy­po­mi­nał, jak roz­pacz­li­wie chcia­łam być doty­kana.

- Isolde!

Ale nie przez niego.

Głos Kil­liana przedarł się przez mgłę spo­wi­ja­jącą mój umysł. Był bli­sko, a ja nie chcia­łam zostać zła­pana. Było zbyt dużo do wyja­śnia­nia na tej pola­nie: strzyga, moja roz­darta suk­nia, brak śla­dów krwi.

Okrę­ci­łam się na pię­cie i ucie­kłam.

Wyda­wało mi się, że droga do zamku jest dwa razy dłuż­sza. Marsz był męczący, a ja czu­łam się coraz bar­dziej sfru­stro­wana, bo na­dal dawały o sobie znać skutki spo­tka­nia z wam­pi­rem. Moje ciało było roz­grzane, zwłasz­cza mię­dzy udami, a ja byłam aż nadto świa­doma tego, jak cięż­kie i wraż­liwe są moje piersi, ocie­rane przez weł­niany płaszcz, któ­rym się otu­la­łam. Zanim wyszłam spomię­dzy drzew, byłam cała obo­lała.

Jak po tor­tu­rach.

Co to było? Jakaś okrutna forma walki?

Obe­szłam wyso­kie kamienne mury, które wzno­siły się nade mną groź­nie i rzu­cały chłodny cień. Sta­no­wiły roz­bu­do­wany sys­tem for­tów, bastio­nów i wież. Ota­czały Wyso­kie Mia­sto Larę i zamek Fiorę. Zbu­do­wano je przed ponad dwu­stu laty, na początku Mrocz­nej Epoki, po naro­dzi­nach potwo­rów w Cor­do­vie. Do Wyso­kiego Mia­sta pro­wa­dziły cztery bramy. Uży­wano dwóch. Jedna była prze­zna­czona dla han­dla­rzy, druga dla dyplo­ma­tów i sta­no­wiła przy­jemną trasę, która pro­wa­dziła bru­ko­wa­nymi ulicz­kami do lśnią­cych bia­łych wież zamku.

Dwie pozo­stałe miały cha­rak­ter sym­bo­liczny. Jedna była poświę­cona Ashy, bogini życia, druga Dis, bogini ducha. Kie­dyś otwie­rano je o świ­cie na znak, że mia­sto się budzi. Sym­bo­li­zo­wały rów­no­wagę pomię­dzy życiem a śmier­cią. Ale od naro­dzin wam­pi­rów brama Dis pozo­sta­wała zapie­czę­to­wana. Tę decy­zję pod­jęli kró­lo­wie Dzie­wię­ciu Dyna­stii sto pięć­dzie­siąt lat temu. Kilka kapła­nek Dis potę­piło dekret, twier­dząc, że plaga potwo­rów sta­nie się jesz­cze gor­sza. I się nie myliły. To dla­tego wszyst­kie wio­ski i mia­steczka Dzie­wię­ciu Dyna­stii miały wyso­kie mury i bramy, które zamy­kano przed zacho­dem słońca i nie otwie­rano przed świ­tem.

Z wyjąt­kiem tej nocy.

Tej nocy bramy miały pozo­stać otwarte, żeby wpu­ścić Krwa­wego Króla i jego ludzi za mury. Miały pozo­stać otwarte po raz pierw­szy, odkąd je zbu­do­wano.

Zbli­ży­łam się do tej prze­zna­czo­nej dla dyplo­ma­tów. Zwy­kle lubi­łam wcho­dzić przez bramę han­dlową i wędro­wać krę­tymi ulicz­kami, odwie­dzać ulu­bio­nych sprze­daw­ców kwia­tów i pasz­te­ci­ków, ale od spo­tka­nia w lesie potrze­bo­wa­łam zmiany i czasu dla sie­bie.

- Księż­niczko - ode­zwał się jeden z war­tow­ni­ków.

Miał na imię Nico­lae. Był młody, o bla­dej, cia­sto­wa­tej twa­rzy. Drugi, mil­czący i sto­icki, nazy­wał się Lascar. Miał oliw­kową skórę i był duży, nie­mal za duży jak na budkę war­tow­ni­ków. Obaj żoł­nie­rze od nie­dawna słu­żyli w Kró­lew­skiej Gwar­dii. Lubi­łam nowych rekru­tów, bo łatwo było ich oma­mić. Musia­łam jedy­nie się uśmiech­nąć, połech­tać ich ego, a oni uda­wali, że nie widzą, jak wymy­kam się nocą za mury.

Tak było, zanim w zeszłym tygo­dniu zostali obu­dzeni w środku nocy, żeby mnie szu­kać, i zanim dwaj straż­nicy, któ­rzy wypu­ścili mnie z zamku, zostali kar­nie zwol­nieni i ode­słani do poma­ga­nia w staj­niach.

- Widzę, że wra­casz, pani, bez eskorty. - Nico­lae pró­bo­wał mówić suro­wym tonem, ale miał zbyt dużo świa­tła w oczach.

- Komen­dant Kil­lian został na gra­nicy - wyja­śni­łam.

Nico­lae spoj­rzał ponad moim ramie­niem i uniósł brew.

- Czyżby?

Odwró­ci­łam się i zoba­czy­łam Kil­liana wycho­dzą­cego z lasu. Jego absur­dalna pele­ryna powie­wała za nim groź­nie.

Szybko odwró­ci­łam się z powro­tem do straż­nika i uśmiech­nę­łam się.

- Musiał zmie­nić zda­nie.

- Mam panią odpro­wa­dzić do...

- Nie - ucię­łam i żeby zła­go­dzić cios, poło­ży­łam mu dłoń na ramie­niu, drugą ręką mocno przy­trzy­mu­jąc płaszcz. - Dzię­kuję, Nico­lae.

Szybko prze­szłam przez bramę. Po pra­wej powi­tało mnie wyso­kie Sank­tu­arium Ashy. Kamień był biały i lśniący, a ręcz­nie malo­wane witraże miały żywe barwy. Naprze­ciwko tej budowli stało walące się Sank­tu­arium Dis. Sam budy­nek wyglą­dał jak cień wyrzeź­biony w wul­ka­nicz­nej skale przy­wie­zio­nej z Wysp St. Amand. Puste okna były ciemne, ostro­łu­kowe i opra­wione w ołów. Mimo opła­ka­nego wyglądu na­dal miesz­kało w nim kilka kapła­nek, ale rzadko je odwie­dzano i wzy­wano tylko wtedy, gdy śmierć była bli­sko, więc nie miały pie­nię­dzy na utrzy­ma­nie.

Zacho­wa­łam jed­na­kową odle­głość od obu budowli, bo ni­gdy nie czu­łam potrzeby, żeby odda­wać cześć któ­rejś z tych bogiń. Ojciec mnie za to kry­ty­ko­wał, ale ja nie chcia­łam przy­się­gać lojal­no­ści tej, która spro­wa­dziła potwory do naszego świata, ani tej, która na to pozwo­liła.

Za sank­tu­ariami wzno­sił się ciąg pięk­nych tyn­ko­wa­nych budyn­ków - połą­cze­nie domów, skle­pów i gospód - wszyst­kie ze strze­chami i skrzyn­kami okien­nymi peł­nymi kolo­ro­wych kwia­tów. Dalej wzno­sił się krótki mur wyzna­cza­jący począ­tek tere­nów kró­lew­skich. Linia drzew zapew­niała pry­wat­ność tym dwo­rza­nom, któ­rzy chcieli korzy­stać z ogro­dów do ćwi­czeń albo zabaw. Ponie­waż zbli­żał się zachód słońca, więk­szość prze­by­wała już we wnę­trzach, z czego byłam zado­wo­lona. Damy dworu za bar­dzo mi nad­ska­ki­wały. Lubi­łam wiele z nich, ale nie potra­fi­łam stwier­dzić, która jest szczera. Podej­rze­wa­łam, że nie­które chcą się wku­pić w moje łaski, bo pew­nego dnia mia­łam zostać kró­lową.

Prze­cię­łam roz­le­gły dzie­dzi­niec i ruszy­łam wzdłuż muru na tyły zamku. Weszłam przez kwa­tery dla służby, żeby nie wcią­gnięto mnie do kręgu robó­tek ręcz­nych i plo­tek o Krwa­wym Królu. Ruszy­łam w górę wąskich scho­dów znaj­du­ją­cych się na lewo od wej­ścia. Ocie­ra­nie ud było nie­mal nie do znie­sie­nia. Czu­łam się sfru­stro­wana, zarówno pożą­da­niem pło­ną­cym w moim brzu­chu, jak i magią, która na­dal na mnie dzia­łała. Skąd ta roz­pacz­liwa potrzeba speł­nie­nia? Z każ­dym bie­giem scho­dów byłam coraz bar­dziej roz­pa­lona. Moje myśli z upo­rem wra­cały do tego, jak wam­pir trzy­mał moją głowę, jak doty­kał moich ust, jak wycią­gał ze mnie słowa. Zasta­na­wia­łam się, jakie inne dźwięki mogłyby wydo­stać się z mojego gar­dła, gdyby te palce eks­plo­ro­wały inne wraż­liwe i nabrzmiałe czę­ści mojego ciała.

Twoje myśli są obrzy­dliwe, zła­ja­łam samą sie­bie. A potem doda­łam łaska­wiej, że myślę o takich rze­czach tylko dla­tego, że jestem pod wpły­wem jakie­goś czaru.

Po poko­na­niu sze­ściu kon­dy­gna­cji dotar­łam do swo­jego pokoju. W środku opar­łam się o dra­piące drew­niane drzwi. Po dro­dze wstrzy­my­wa­łam oddech, bo nie mogłam prze­stać myśleć o sek­sie i wam­pi­rze, który wyglą­dał jak piękny wybawca, ale tak naprawdę był potwo­rem. Pomy­śla­łam o nim teraz, kiedy moja ręka powę­dro­wała w dół brzu­cha. Jęk­nę­łam zde­spe­ro­wana, żeby poczuć falę przy­jem­no­ści wędru­jącą przez ciało, zde­spe­ro­wana, żeby uwol­nić się od obrazu wam­pira i jego magii. Wła­śnie tego chciał - dopro­wa­dzić mnie do tego momentu - a nie zro­bił nic, żeby na niego zasłu­żyć. Nie mówił ero­tycz­nym gło­sem, nie poca­ło­wał mnie, nie pie­ścił, a mimo to jego twarz poja­wiła się nie­pro­szona w moim umy­śle.

Moja fru­stra­cja była nama­calna. Wyda­wało mi się, że sły­szę w gło­wie echo jego śmie­chu, tego, który usły­sza­łam na pola­nie: roz­ba­wio­nego, mrocz­nego, aro­ganc­kiego.

Na bogi­nię, nie­na­wi­dzi­łam go.

Zebra­łam spód­nice w dło­nie, pal­cami musnę­łam wraż­liwe miej­sce na złą­cze­niu ud. Nabrzmiało pod moim doty­kiem. Wstrzy­ma­łam oddech. Jesz­cze ni­gdy nie byłam taka wil­gotna.

To musi być magia, pomy­śla­łam, a mój żołą­dek ści­snął się ze wstydu i poczu­cia winy.

Prze­su­nę­łam palce niżej... kiedy nagle za mną roz­le­gło się puka­nie.

Zamar­łam.

- Milady, jesteś tam, pani?

Po dru­giej stro­nie drzwi stała poko­jówka Nadia. Została moją nia­nią, kiedy się uro­dzi­łam, więc powstała mię­dzy nami bli­ska więź. Była jedyną słu­żącą w zamku, z którą spę­dza­łam czas poza godzi­nami jej zwy­kłych obo­wiąz­ków. Naszą rela­cję dwór uwa­żał za dziwną i tylko odważni ją komen­to­wali, ale ja o to nie dba­łam. Nadia była matką, któ­rej ni­gdy nie mia­łam. I kocha­łam ją.

Z wyjąt­kiem tego momentu. Teraz chcia­łam, żeby sobie poszła. Nie byłam gotowa zre­zy­gno­wać z chwili roz­ko­szy, więc wsu­nę­łam w sie­bie palec i wolno wypu­ści­łam powie­trze z płuc.

- Milady, wiem, że tam jesteś.

Jeśli ją zigno­ruję, może sobie pój­dzie, pomy­śla­łam.

Byłam taka mokra, że nie­wiele czu­łam. Potrze­bo­wa­łam cze­goś wię­cej, potrze­bo­wa­łam uczu­cia wypeł­nie­nia. Dołą­czy­łam drugi palec, przy­ci­snę­łam głowę do drzwi za sobą, prze­su­nę­łam dłoń na pierś, ści­snę­łam ją i zaczę­łam ugnia­tać przez znisz­czoną suk­nię. Przez cały czas myśla­łam o potwo­rze z lasu. O tym, który wyglą­dał jak męż­czy­zna, trzy­mał moją głowę w swo­ich dużych dło­niach, muskał moje wargi zręcz­nymi pal­cami, przy­ci­skał twarde ciało do mojego. Gdyby mnie poca­ło­wał, ule­gła­bym. Pozwo­li­ła­bym, żeby mnie pie­przył, i pew­nie ozna­cza­łoby to moją śmierć, ale przy­naj­mniej pozna­ła­bym namięt­ność w dro­dze do Ducha.

- Milady?

Na cho­lerną bogi­nię.

Sap­nę­łam ziry­to­wana i opu­ści­łam spód­nicę. Otwo­rzy­łam drzwi.

- Czego? - wark­nę­łam.

Gdyby Nadia upie­rała się, żeby mi prze­szka­dzać, musia­łaby pora­dzić sobie z moim pod­łym humo­rem, ale ona mnie znała, więc nawet nie drgnęła. Stała naprze­ciwko mnie i wyglą­dała na nie­po­ru­szoną. Dłu­gie ciemne włosy sple­cione w war­kocz i prze­ty­kane sre­brem oka­lały jej szczu­płą twarz, two­rząc kędzie­rzawe halo. Jej ciemna skóra pozo­sta­wała gładka, a jedy­nymi zmarszcz­kami były te wokół oczu, czar­nych i na­dal bystrych.

- Przy­szłam ci pomóc, milady, przy­go­to­wać się na wie­czór.

Zamru­ga­łam zasko­czona.

- Na wie­czór?

- Na przy­by­cie Krwa­wego Króla.

Prze­wró­ci­łam oczami i cof­nę­łam się od drzwi. Spód­nice zawi­ro­wały wokół mnie. Ten ruch na szczę­ście ostu­dził żar w udach i zła­go­dził napię­cie w dole brzu­cha.

- Nie obcho­dzi mnie, jak będę wyglą­dać dla Krwa­wego Króla.

- Ja też nie chcia­ła­bym wystra­jać cię jak lalkę, ale jesteś księż­niczką, Isolde, i powin­naś na nią wyglą­dać, kiedy sta­niesz u boku ojca. - Nadia weszła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi.

Mój pokój był mały. Dużą jego część zaj­mo­wało łóżko, tak że zosta­wało miej­sce jedy­nie na szafę i na skrzy­nię pełną pamią­tek. Mogła­bym mieć więk­szą sypial­nię, ale wybra­łem tę z powodu widoku. Okno wycho­dziło na ogród mojej matki.

- A w ogóle to co milady robiła? - spy­tała Nadia, grze­biąc w kominku. - Dużo czasu minęło, zanim otwo­rzy­łaś drzwi, Issi.

Nawet gdy­bym poczuła chłód, nie tknę­ła­bym polan. Bałam się ognia, nawet zamknię­tego. Nie lubi­łam trza­ska­nia pło­mieni. Nie lubi­łam zapa­chu dymu, a nawet cie­pła, ale w pokoju rze­czy­wi­ście było zbyt zimno, żeby się bez niego obejść, więc pozwo­li­łam Nadii roz­nie­cić ogień na nowo i jak zawsze omi­nę­łam komi­nek sze­ro­kim łukiem.

- Spa­łam - odpar­łam, pada­jąc na łóżko i patrząc na bal­da­chim z nie­bie­skiego aksa­mitu.

Na­dal czu­łam nie­zno­śne napię­cie, ale może dobrze się stało, że Nadia mi prze­rwała. W prze­ciw­nym razie wciąż bym się pie­ściła, myśląc o potwo­rze z lasu - o jego dotyku, zapa­chu - i jesz­cze bar­dziej sie­bie za to nie­na­wi­dziła.

Wes­tchnę­łam.

"Jesteś ofiarą", powie­dzia­łam sobie w duchu, choć nie zno­si­łam tego przy­zna­wać. Od mło­dego wieku uczono nas, że wam­piry to istoty sek­su­alne i czę­sto rzu­cają czary, które wypeł­niają żądzą nawet naj­bar­dziej poboż­nych.

Naprawdę nie poma­gało to, że nie byłam pobożna.

- Wcale nie - stwier­dziła Nadia, pro­stu­jąc się przed komin­kiem. Wska­zała na mnie pogrze­ba­czem. - Patrzy­łam, jak bie­gniesz przez sześć pię­ter.

- Chcia­łam jak naj­szyb­ciej się poło­żyć.

Nadia unio­sła brew i opu­ściła pogrze­bacz.

- I ucie­kłaś komen­dan­towi Kil­lia­nowi, sły­sza­łam.

Prze­wró­ci­łam oczami.

- Komen­dant Kil­lian jest w potrze­bie, ja nie.

- Byłby dobrym mężem - stwier­dziła Nadia, a ja aż się żach­nę­łam, tak dzi­wacz­nie to zabrzmiało.

Usia­dłam i na nią spoj­rza­łam.

- Nie sły­sza­łaś, co wła­śnie powie­dzia­łam?

Nadia miała czter­dzie­ści jeden lat i była nie­za­mężna. I bar­dzo dobrze, tyle że nie dla niej. Ona chciała wyjść za mąż i myślała na ten temat to samo co więk­szość Cor­do­vian, czyli że każda nie­za­mężna kobieta powy­żej osiem­na­stego roku życia jest starą panną. Ten pęd do mał­żeń­stwa wyni­kał z tego, że wielu ludzi umie­rało młodo.

Ja mia­łam dwa­dzie­ścia sześć lat i byłam cał­kiem zado­wo­lona ze swo­jej wol­no­ści. I otwar­cie wyra­ża­łam tę opi­nię, a rody kró­lew­skie uwa­żały ją za zatrwa­ża­jącą. Czę­sto pro­wa­dziło to do uwag, że trzeba mnie poskro­mić. Choć ostatni czło­wiek, który coś takiego powie­dział, tra­fił na czu­bek mojego szty­letu.

Nie trzeba doda­wać, że mia­łam repu­ta­cję. Ale nie zaak­cep­to­wa­ła­bym męż­czy­zny, który sądziłby, że może mnie kon­tro­lo­wać. Pra­gnie­nie, by pozo­stać nie­za­mężną, zga­dzało się z moim sto­sun­kiem do miło­ści. Miłość ozna­czała ryzyko, które gotowa byłam pod­jąć tylko dla ojca, Nadii i mojego ludu.

Wię­cej miło­ści ozna­czało, że jest wię­cej do stra­ce­nia.

- Sły­sza­łam, co mówi­łaś. Ale co jest złego w potrze­bie? On byłby ci oddany.

- Byłby wład­czy.

I musia­ła­bym z nim sypiać... regu­lar­nie. Wzdry­gnę­łam się, wyobra­ża­jąc sobie życie pełne seksu bez namięt­no­ści. Nie, komen­dant Kil­lian nie był męż­czy­zną dla mnie.

- Nie powin­naś być taka wybredna, Isolde. Wiesz, że przez wam­piry męska popu­la­cja się kur­czy. Wkrótce będziesz miała mniej­szy wybór.

Ojciec nie mówił, że muszę wyjść za mąż. Nie było żad­nych poli­tycz­nych soju­szy do zawar­cia, ponie­waż rody zjed­no­czyły się w swo­jej deter­mi­na­cji, żeby poko­nać Krwa­wego Króla, i tak było od poja­wie­nia się wam­pi­rów aż do nie­dawna. Do czasu, kiedy mój ojciec posta­no­wił mu się pod­dać. Teraz ska­zano nas na ostra­cyzm. Skoro wcze­śniej nie byłam odpo­wied­nią par­tią, z pew­no­ścią teraz tym bar­dziej, choć mia­łam wra­że­nie, że wkrótce wię­cej kró­lestw dołą­czy do mojego ojca i postawi życie swo­jego ludu ponad wszystko inne.

- Każda przy­zwo­ita dama wycho­dzi za mąż, Isolde.

- Nadiu, obie wiemy, że nie jestem przy­zwo­ita.

- Mogła­byś uda­wać - odpa­ro­wała poko­jówka. - Jesteś księż­niczką, pobło­go­sła­wioną przez bogi­nię, a kpisz ze wszyst­kiego, co ona ci dała.

Moja twarz zapło­nęła gnie­wem po jej sło­wach. Wsta­łam z łóżka. Gdyby to powie­działa jakaś inna słu­żąca, zwol­ni­ła­bym ją natych­miast. Ale wie­dzia­łam, że Nadia jest bar­dzo reli­gijna i oddana Ashy. Ona miała wła­sne powody swo­ich wie­rzeń, ja mia­łam swoje. Zda­wa­łam sobie rów­nież sprawę, że chce dobrze, ale to nie zna­czyło, że podzie­la­łam jej poglądy. Nawet gdyby Cor­dova nie została prze­klęta potwo­rami, ni­gdy nie czci­ła­bym dwóch bogiń, które zabrały mi matkę, zanim mia­łam szansę ją poznać.

Byłam zasko­czona, jaki spo­kojny mam głos, kiedy się ode­zwa­łam.

- Dzień, w któ­rym Asha uwolni świat od wam­pi­rów, będzie dniem, kiedy doce­nię jej bło­go­sła­wień­stwa. Do tego czasu mogę być tylko tym, kim jestem.

Nadia wes­tchnęła, ale nie z roz­cza­ro­wa­nia. Już dawno pogo­dziła się z tym, że jej zada­nie od początku nie ma więk­szego zna­cze­nia. Miała wycho­wać sztywną i porządną damę, która kie­dyś zosta­nie kró­lową Lary. Zamiast tego dostała mnie. Sama nie byłam pewna, kim jestem. Nie­okieł­znana, dzika, śmiała - tych wszyst­kich słów uży­wano, żeby mnie opi­sać. Tak czy ina­czej, nie potra­fi­łam się dosto­so­wać. Nie sądzi­łam jed­nak, żeby to czy­niło ze mnie złą księż­niczkę, a w przy­szło­ści złą kró­lową. Chcia­łam rzą­dzić bez króla, a nie byłam pewna, czy świat jest już gotowy na coś takiego.

- Cóż - powie­działa Nadia. - Skoro musisz być, kim jesteś, przy­naj­mniej możemy spra­wić, żebyś wyglą­dała jak księż­niczka. Co zro­bi­łaś z suk­nią, milady?

Opu­ści­łam wzrok. Cał­kiem zapo­mnia­łam, że ją znisz­czy­łam.

- Och, spo­tka­łam strzygę, wra­ca­jąc z gra­nicy.

Nie widzia­łam potrzeby, żeby kła­mać. Uro­dzi­li­śmy się w Mrocz­nej Epoce, więc wszyst­kich nas uczono wal­czyć. Była to umie­jęt­ność rów­nie nie­zbędna jak umie­jęt­ność cho­dze­nia.

- Gdy­byś została z koman­do­rem Kil­lia­nem, nie musia­ła­byś wal­czyć.

- Lubię wal­czyć - zapro­te­sto­wa­łam.

Nadia zmru­żyła oczy, patrząc na moją roz­dartą suk­nię, a ja wie­dzia­łam, co jej cho­dzi po gło­wie: podarte, zakrwa­wione ubra­nie i żad­nych widocz­nych ran.

- Poza tym ledwo mnie dra­snęła - powie­dzia­łam szybko. - To jej krew. Wiesz, co się dzieje, kiedy tra­fisz w żyłę.

Nadia pokrę­ciła głową i wska­zała na łazienkę.

- Kąpiel. Natych­miast.

Posłu­cha­łam jej chęt­nie. Sama chcia­łam zmyć z sie­bie ten dzień. Mia­łam nadzieję, że woda ugasi sza­le­jący we mnie ogień, zanim ten spali moje kości na popiół.

Trzy

Trzy

Godzinę póź­niej byłam gotowa poka­zać się ojcu. Pozwo­li­łam, żeby Nadia wybrała mi suk­nię, co zda­rzało się rzadko, a ona w swo­jej eks­cy­ta­cji chyba zapo­mniała sko­rzy­stać z oka­zji, bo podała mi moją ulu­bioną: z błę­kit­nego jedwa­biu, z per­ło­wymi zdo­bie­niami, które jarzyły się jak pło­myki na tle mojej brą­zo­wej skóry. Głę­boki, pro­sto­kątny dekolt uka­zy­wał wysoko unie­sione piersi.

Nadia cmok­nęła z dez­apro­batą.

- Za dużo chleba - stwier­dziła, bez­sku­tecz­nie pró­bu­jąc pod­cią­gnąć mate­riał i zmniej­szyć dekolt.

- Jeśli myślisz, że mnie powstrzy­masz, to się mylisz.

Nadia sko­men­to­wała moją wagę, bo była to kolejna część mnie, która nie paso­wała do wzorca. Mia­łam duże piersi, sze­ro­kie bio­dra i uda pew­nie dorów­nu­jące obwo­dem jej talii. Nie obcho­dziło mnie to jed­nak. Byłam sprawna i potra­fi­łam wal­czyć. To wię­cej, niż mogłam powie­dzieć o niej, niani, któ­rej nie udało się zmie­nić mnie w potulną księż­niczkę.

Nadia prze­rzu­ciła moje włosy do przodu i uło­żyła ciemne, gęste fale tak, by ukryć wypu­kło­ści. Kiedy skoń­czyła, szybko odgar­nę­łam je do tyłu.

- Mogę zło­żyć wymó­wie­nie? - zapy­tała Nadia.

Wła­śnie wyj­mo­wa­łam per­łową tiarę z drew­nia­nej skrzyni, która stała w nogach łóżka. Nie mia­łam wielu ozdób, a więk­szość nale­żała kie­dyś do mojej matki i przy­je­chała z jej rodzin­nego domu na atolu Nalani. Wyspia­rze byli mary­na­rzami, tka­czami i rol­ni­kami, stąd zami­ło­wa­nie matki do ogrod­nic­twa.

Roze­śmia­łam się.

- I co zro­bisz z cza­sem? Będziesz wyszy­wać poduszki?

- Czy­tać, ty bez­czelny dzie­ciaku - wark­nęła Nadia, ale jej ton był wesoły, bez napię­cia towa­rzy­szą­cego naszej wcze­śniej­szej wymia­nie zdań.

- Już dawno nie jestem dziec­kiem, Nadiu.

- Jesteś dziec­kiem, dopóki nie wyj­dziesz za mąż.

Prze­wró­ci­łam oczami i wygła­dzi­łam suk­nię, oglą­da­jąc się w lustrze. Przez całe życie mówiono mi, że wyglą­dam jak moja matka. Choć bar­dzo pra­gnę­łam to sły­szeć, cza­sami mia­łam wra­że­nie, że ktoś wyrywa mi serce. Kom­ple­ment przy­po­mi­nał mi jej długą nie­obec­ność w moim życiu i poświę­ce­nie, żebym ja mogła żyć.

- Dla­czego muszę towa­rzy­szyć ojcu, pod­czas gdy on będzie roz­ma­wiał z naszym wro­giem o pod­da­niu się?

Mówi­łam bar­dziej do sie­bie niż do Nadii, ale ona i tak wyra­ziła swoją opi­nię.

- Jeśli masz rzą­dzić tym kró­le­stwem - z mężem czy bez - będziesz to robić pod pano­wa­niem wam­pi­rów. Musisz się dowie­dzieć, z kim masz do czy­nie­nia, a dziś wie­czo­rem odbie­rzesz pierw­szą lek­cję.

Czy to mogła być prawda? Od tej chwili Lara miała pod­le­gać Krwa­wemu Kró­lowi, który wymor­do­wał tysiące z mojego rodzaju? Nie wyda­wało się to realne.

- Ciesz się, Issi, że Krwawy Król nie popro­sił o żonę.

- Zgła­szasz się na ochot­nika, Nadiu?

Choć żar­to­wa­ły­śmy, przez cały dzień w moim sercu gro­ma­dził się strach. Dzi­siaj świat miał się zmie­nić i nikt z nas nie wie­dział, co przy­nie­sie jutro. Mia­łam jed­nak nadzieję, że ojciec pod­jął słuszną decy­zję, żeby pod­dać się kró­lowi Adria­nowi. Musia­łam liczyć na to, że Adrian, choć jest potwo­rem, na­dal ma jakieś ludz­kie cechy.

Nadia wyszła za mną z pokoju i razem ruszy­ły­śmy wąskimi kory­ta­rzami mojego skrzy­dła. Mury zamku były mister­nie zbu­do­wane z cegieł uło­żo­nych w taki spo­sób, że nawet bez deko­ra­cji wyglą­dały przy­jem­nie dla oka. Jed­nakże mimo piękna i kunsztu wyko­na­nia sączył się przez nie chłód, który przy­pra­wiał mnie o dresz­cze. Co gor­sza, moje sutki stward­niały, co przy­po­mniało mi o nie­za­spo­ko­jo­nym pożą­da­niu.

Na dole scho­dów Nadia się zatrzy­mała.

- Nie drżyj pod wzro­kiem Krwa­wego Króla, milady. Trzeba dzi­siaj się pod­dać i prze­żyć, żeby zwy­cię­żyć jutro.

Słowa Nadii wyra­żały moją nadzieję, że znaj­dziemy broń, którą zdo­łamy poko­nać wroga. Gdy nia­nia ode­szła, zosta­łam sama pod drzwiami przed­po­koju, w któ­rym ojciec i ja mie­li­śmy cze­kać na przy­by­cie Krwa­wego Króla, żeby potem razem z nim przejść do wiel­kiej sali. Żołą­dek mia­łam ści­śnięty, ale powstrzy­ma­łam się przed puka­niem, kiedy usły­sza­łam dobie­ga­jący ze środka głos Kil­liana.

- To pułapka.

- Jeśli król Revekki posta­nowi nas zabić, zamiast nego­cjo­wać, to powie wię­cej o nim niż o nas - odparł ojciec gło­sem cie­płym i dźwięcz­nym.

Moje serce wypeł­nił spo­kój. Bar­dzo kocha­łam ojca. Tylko jego mia­łam od chwili naro­dzin. Ni­gdy nie widzia­łam, żeby pod­jął pochopną decy­zję, więc byłam pewna, że prze­my­ślał każdy aspekt kapi­tu­la­cji. A naj­waż­niej­sze, że zale­żało mu przede wszyst­kim na tym, by chro­nić nasz lud.

- Pomyśl, panie, o swo­jej córce...

- Waż słowa, komen­dan­cie!

Głos ojca prze­szył mnie dresz­czem, ale byłam zado­wo­lona z jego gniewu. I jed­no­cze­śnie zła z powodu zuchwa­ło­ści Kil­liana, który suge­ro­wał, że ojciec o mnie nie myśli. Ale... ja nie byłam tu naj­waż­niej­sza. Ani komen­dant, któ­rego ego cier­piało na myśl o pod­da­niu się sil­niej­szemu prze­ciw­ni­kowi.

- To ze względu na Isolde zgo­dzi­łem się na rozejm. Nie chcę, żeby żyła w przy­szło­ści peł­nej prze­mocy.

- Ale będzie miała przed sobą przy­szłość dużo bar­dziej nie­pewną.

Te słowa wzię­łam za znak, że pora wejść. Nie chcia­łam zoba­czyć Kil­liana przy­szpi­lo­nego do ściany kró­lew­skim mie­czem i choć dowódca gwar­dii mnie iry­to­wał, roz­lew krwi, kiedy u naszych gra­nic stały wam­piry, nie wyda­wał się naj­lep­szym pomy­słem.

Na mój widok ojciec przy­wo­łał na twarz maskę spo­koju, a jego wąskie usta wykrzy­wił smutny uśmiech. Król Henri stał przy kominku, a w cięż­kim płasz­czu pod­bi­tym futrem jego szczu­pła syl­wetka wyglą­dała na więk­szą. Ojciec ni­gdy nie był szcze­gól­nie impo­nu­ją­cym męż­czy­zną, ale miał pre­zen­cję i obli­cze, które przy­cią­gały uwagę, a jego głos brzmiał wład­czo. Jego ciemne włosy siwiały, zwłasz­cza na spi­cza­stej bro­dzie.

- Isolde, skar­bie - rzekł na powi­ta­nie.

- Ojcze. - Pode­szłam i uję­łam jego wycią­gniętą dłoń.

Poca­ło­wał mnie w poli­czek.

- Wyglą­dasz pięk­nie jak zawsze.

- Dzię­kuję, ojcze. - Uśmiech­nę­łam się mimo tego, co nas cze­kało.

Czer­pa­łam pocie­chę z faktu, że dzięki tej kapi­tu­la­cji na­dal będziemy razem. W końcu tylko to się liczyło.

- Komen­dant Kil­lian wła­śnie mi mówił, że poszłaś dzi­siaj na gra­nicę. Bez niego.

Skoro Kil­lian posta­no­wił mnie zdra­dzić, przy­naj­mniej mógł wyznać całą prawdę, czyli rów­nież to, że mu ucie­kłam.

"Jak twój brzuch?" - chcia­łam zapy­tać, ale zmil­cza­łam słowa ojca. Wola­łam nie prze­dłu­żać tego kaza­nia.

- Komen­dant Kil­lian mnie dogo­nił - powie­dzia­łam, pio­ru­nu­jąc go wzro­kiem.

- Issi. - W gło­sie ojca zabrzmiała nuta ostrze­że­nia. - Wiesz, jakie nie­bez­pie­czeń­stwo czyha na naszym progu.

- Nie rozu­miem, co komen­dant Kil­lian mógłby zro­bić, gdyby napa­dły na nas wam­piry. Trzeba armii, żeby poko­nać jed­nego.

Ojciec wes­tchnął. Wie­dział, że mam rację.

- Są inne potwory, księż­niczko - ode­zwał się Kil­lian ochry­płym gło­sem.

Prze­nio­słam na niego wzrok i zoba­czy­łam, jak opusz­cza spoj­rze­nie na moje piersi. Chcia­łam prze­wró­cić oczami, ale się powstrzy­ma­łam.

- Potwory, które nauczy­łam się zabi­jać. I na­dal nie rozu­miem, dla­czego potrze­buję twej eskorty, komen­dan­cie.

- Bo ja tak roz­ka­za­łem. - Głos ojca jak świst bata prze­ciął powie­trze i przy­cią­gnął moją uwagę. - To sprawa nie pod­lega dys­ku­sji, Isolde. Czy to jasne?

- Jak słońce - odpo­wie­dzia­łam krótko, zaczer­wie­niona z iry­ta­cji.

Ojciec znowu wes­tchnął, ale tym razem bar­dziej z ulgi. Pew­nie był zado­wo­lony, że się nie spie­ra­łam. Wie­dzia­łam, jak trudna była dla niego decy­zja o kapi­tu­la­cji. I wie­dzia­łam, że jego tro­skę o mnie spo­tę­go­wała inwa­zja Krwa­wego Króla. Nie zamie­rza­łam przy­spa­rzać mu kło­po­tów. Z dru­giej strony chcia­łam, żeby Kil­lian usły­szał - i poczuł - mój gniew.

W tym momen­cie roz­le­gło się puka­nie i do środka wszedł herold Miron. Jego uni­form skła­dał się z gra­na­to­wego tabardu ze zło­tym obla­mo­wa­niem, który zwy­kle pod­kre­ślał jego ogo­rzałą skórę, ale dzi­siaj herold wyglą­dał blado, a kiedy się ode­zwał, głos mu drżał. Domy­śla­łam się dla­czego. Miron wła­śnie zoba­czył króla wam­pi­rów we wła­snej oso­bie.

- Wasza Wyso­kość. - Herold ukło­nił się i odchrząk­nął. - Przy­był król Adrian.

W małym pokoju dało się wyczuć dziwne napię­cie. Krwawy Król nie stał tuż za naszymi gra­ni­cami, a zna­lazł się wewnątrz nich. Od tej pory miał nami rzą­dzić.

Ojciec długo na mnie patrzył, a potem odwró­cił się ener­gicz­nie, aż zawi­ro­wał wokół niego płaszcz. Koman­dor Kil­lian wycią­gnął do mnie rękę. Wola­ła­bym wbić w nią nóż, ale ją przy­ję­łam.

- Dla­czego tak się ubra­łaś, pani? - zapy­tał, opusz­cza­jąc głowę, tak że jego oddech musnął mój poli­czek.

Powin­nam była wziąć nóż, pomy­śla­łam.

Odpo­wia­da­jąc, nie spoj­rza­łam na niego.

- Komen­to­wa­nie mojego ubioru nie należy do twych obo­wiąz­ków, komen­dan­cie.

Moc­niej ści­snął moją dłoń.

- Poka­zu­jesz za dużo skóry. Pró­bu­jesz kusić króla wam­pi­rów?

- Uwa­żaj na słowa - rzu­ci­łam lodo­wa­tym tonem.

- Nie o to mi cho­dziło. Jak tylko chcę cię chro­nić.

- Przed czym? Przed głod­nymi spoj­rze­niami? - Wła­śnie prze­szli­śmy z przed­po­koju do wiel­kiej sali, a ja odwró­ci­łam się do Kil­liana i rzu­ci­łam wyzy­wa­jąco: - Twoje rów­nież jest groźne, komen­dan­cie.

Weszłam na pod­wyż­sze­nie, na któ­rym stał tron, i zaję­łam miej­sce po lewej stro­nie ojca. Powio­dłam spoj­rze­niem po sali. Było to oka­załe pomiesz­cze­nie, bogato ude­ko­ro­wane zło­co­nymi lustrami i wymyśl­nymi żyran­do­lami. Nad sobą mia­łam bal­da­chim z nie­bie­skiego jedwa­biu. Na cho­rą­gwiach w takim samym błę­kit­nym kolo­rze wid­niały złote skow­ronki - herb naszego rodu.

W sali tro­no­wej pano­wała cisza, choć było w niej pełno ludzi: gwar­dzi­stów, lor­dów i dam, któ­rzy przy­byli ze swo­ich posia­dło­ści, żeby wziąć udział w wyda­rze­niu. Ojciec spę­dził w tej kom­na­cie wiele tygo­dni, wysłu­chu­jąc ich argu­men­tów za i prze­ciwko kapi­tu­la­cji. Pod koniec zaczę­łam nie­na­wi­dzić wielu z nich, ponie­waż ich obawy ogra­ni­czały się do utraty ziem, bogactw i pozy­cji pod rzą­dami Krwa­wego Króla, jakby cho­dziło o zacho­wa­nie sta­tusu, pod­czas gdy był to wybór mię­dzy życiem a śmier­cią.

- Jego Wyso­kość król Henri de Lara wita króla Adriana Alek­san­dra Vasi­lieva z Revekki.

Tym razem głos Mirona był spo­kojny i silny. Wstrzy­mu­jąc oddech, utkwi­łam wzrok w drzwiach na dru­gim końcu sali. Na znak gwar­dzi­stów tłum się roz­stą­pił, żeby prze­pu­ścić Krwa­wego Króla.

Nagle oblał mnie żar. Z tru­dem stłu­mi­łam okrzyk i omal nie wysko­czy­łam ze skóry, kiedy mój wzrok padł na zna­jomą, przy­stojną twarz. Wam­pir, któ­rego spo­tka­łam na pola­nie, który zli­zał krew z mojej skóry i wzbu­dził we mnie żądzę, był Krwa­wym Kró­lem Adria­nem.

Od naszego spo­tka­nia prze­brał się, zamie­nia­jąc czerń na krwi­stą czer­wień. Na jego środ­ko­wym i małym palcu lśniły złote pier­ście­nie, głowę zdo­biła czarna korona z kol­cami. Miał pewną sie­bie, kró­lew­ską postawę, ale szedł jak dra­pieżca. Czarne buty stu­kały przy każ­dym groź­nym kroku, kiedy zmie­rzał w stronę mojego ojca.

Powin­nam wie­dzieć, że to on, stwier­dzi­łam w myślach, patrząc na niego teraz, ale wtedy nie przy­szło mi do głowy, że król wam­pi­rów mógł wypu­ścić się na poszu­ki­wa­nie strzygi. Czyż one nie były potwo­rami zro­dzo­nymi z ich gatunku?

W miarę jak się zbli­żał, prze­niósł wzrok z mojego ojca na Kil­liana, a potem na mnie. Nasze oczy się spo­tkały, a ja wypu­ści­łam powolny, drżący oddech, kiedy Krwawy Król zmie­rzył wzro­kiem moje ciało. Poczu­łam ści­ska­nie w żołądku i takie samo silne pra­gnie­nie jak wcze­śniej. Chcia­łam być pożarta przez tę istotę. Trzę­sły mi się kolana.

- Królu. - W sali roz­brzmiał głos mojego ojca. - W tych ponu­rych oko­licz­no­ściach moje powi­ta­nie jest chłodne.

- Nie­mniej jest to powi­ta­nie - odparł Krwawy Król. - Przyj­muję je.

Kiedy mówił gło­sem kochanka, a nie potwora, patrzy­łam na jego usta.

- Ty, panie, i twoja armia zdo­by­li­ście sobie repu­ta­cję - rzekł mój ojciec.

- Która spra­wiła, że roz­wa­ży­łeś pod­da­nie się zamiast roz­lewu krwi - stwier­dził Adrian i lekko skło­nił głowę. - Mądrze.

- Nie­któ­rzy nazwali mnie tchó­rzem za to, że w ogóle roz­wa­ża­łem twoją pro­po­zy­cję, panie.

Napię­cie w sali wzro­sło.

- Obcho­dzi cię, co inni myślą, królu Henri?

- Obcho­dzi mnie mój lud. Chcę, żeby był bez­pieczny. Czy taka jest twoja pro­po­zy­cja, królu Adria­nie? Że mój lud będzie bez­pieczny?

Wam­pir przez dłuż­szą chwilę patrzył uważ­nie na mojego ojca, jakby pró­bo­wał oce­nić jego szcze­rość.

- Ile wol­no­ści ma mieć twój lud, panie?

Ojciec nie odpo­wie­dział od razu. Gdy prze­su­nę­łam na niego spoj­rze­nie, zoba­czy­łam, że pochyla się na tro­nie.

- Tar­gu­jemy się, królu Adria­nie?

Wam­pir lekko wzru­szył ramio­nami.

- Mam pewną pro­po­zy­cję.

Ojciec odcze­kał chwilę, a kiedy gość na­dal mil­czał, pona­glił go:

- Jaka to pro­po­zy­cja?

- Chcę two­jej córki, królu Henri. - I, jakby po namy­śle, dodał: - Oczy­wi­ście, żeby ją poślu­bić.

- Nie! - wyrwało się komen­dan­towi Kil­lia­nowi.

Adrian spio­ru­no­wał go wzro­kiem. Ja rów­nież, choć jed­no­cze­śnie sta­ra­łam się zro­zu­mieć to, co usły­sza­łam. Czy Krwawy Król wła­śnie popro­sił o moją rękę? Nogi zaczęły mi teraz drżeć z zupeł­nie innego powodu i przez chwilę mia­łam obawy, że ugną się pode mną kolana. Zaci­snę­łam dło­nie, aż paznok­cie wbiły mi się w skórę. Nie zamie­rza­łam oka­zać sła­bo­ści przed tą istotą, choć raz już to zro­bi­łam, na pola­nie.

- Chcesz, panie, poślu­bić moją... Nie - zde­cy­do­wa­nie rzekł mój ojciec.

Nie chcia­łam wycho­dzić za mąż, a zwłasz­cza za tego osob­nika.

Adrian zmie­rzył go wzro­kiem.

- Tak szybko wybrał­byś wojnę, królu? Myśla­łem, że trosz­czysz się o swój lud.

- Bo tak jest - ode­zwa­łam się, robiąc krok do przodu, roz­gnie­wana insy­nu­acją.

- Issi. - Ojciec wycią­gnął do mnie rękę, ale to komen­dant Kil­lian sta­nął mię­dzy mną a Krwa­wym Kró­lem.

- Król Adrian popro­sił o moją rękę - przy­po­mnia­łam mu. - Nie mam prawa głosu?

- To sprawy mię­dzy kró­lami - stwier­dził Kil­lian. Jego głos był ochry­pły, zgrzy­tał w moich uszach.

Chcia­łam go ode­pchnąć, ale się poha­mo­wa­łam i zamiast tego roz­ka­za­łam:

- Pro­szę wró­cić na swoje miej­sce, komen­dan­cie.

Kil­lian posłu­chał nie­chęt­nie, choć nie zro­biłby tego, gdy­by­śmy byli sami. Teraz jed­nak cof­nął się i sta­nął z powro­tem u boku mojego ojca. Kiedy skie­ro­wa­łam spoj­rze­nie na Adriana, na jego twa­rzy malo­wało się lek­kie roz­ba­wie­nie.

- Skoro chcia­łeś mieć żonę, panie, dla­czego cze­ka­łeś aż do tej chwili, żeby popro­sić o moją rękę? - zapy­ta­łam.

- Aż do dzi­siaj nie wie­dzia­łem, że tego chcę - odparł Krwawy Król.

Moja iry­ta­cja się­gnęła szczytu. Powziął decy­zje, kiedy spo­tka­li­śmy się w lesie? Czy ja wywar­łam na nim takie samo wra­że­nie, jak on na mnie?

- Pociąg rzadko pro­wa­dzi do mał­żeń­stwa, królu Adria­nie - zauwa­ży­łam.

- Ale czyni je zno­śnym - odpa­ro­wał wam­pir. - Nie sądzisz, księż­niczko?

Więc chcesz mnie pie­przyć, pomy­śla­łam, mru­żąc oczy. Do tego nie potrze­bo­wa­li­śmy przy­siąg, ale odda­nie się Krwa­wemu Kró­lowi bez mał­żeń­skiego kon­traktu w jakiś spo­sób wyda­wało się gor­sze niż utrata wol­no­ści.

- Chyba że to mał­żeń­stwo z potwo­rem - powie­dzia­łam. - Wtedy jest to nie­wola.

W tłu­mie roz­brzmiały szepty, szybko uci­szone przez słowa Adriana.

- Jeśli się nie zgo­dzisz, pani, będziemy mieli wojnę - uprze­dził.

- Chęt­nie sto­czę tę wojnę! - wykrzyk­nął mój ojciec, wsta­jąc.

Kilku człon­ków świty wznio­sło okrzyki po kró­lew­skiej dekla­ra­cji. Wie­dzia­łam, że ojciec mówił poważ­nie i pro­sto z serca, ale byłam pewna, że zgi­nąłby w tej walce, a tego nie mogła­bym znieść.

Jak rap­tem sta­łam się nagrodą, którą można wygrać w bitwie?

- Ojcze... - zaczę­łam, ale zosta­łam uci­szona.

- Isolde, wyjdź. Natych­miast.

Straż­nicy przy drzwiach unie­śli broń, zabrzę­czała stal, lor­do­wie i damy tło­czący się pod ścia­nami zaczęli szep­tać i pokrzy­ki­wać.

Nie mogło dojść do walki. Ona ozna­cza­łaby rzeź. Komen­dant Kil­lian obszedł tron i wziął mnie za ramię, zanim zdą­ży­łam się odsu­nąć.

Dla­czego on wciąż mnie doty­kał?

- Nie pozwolę się odpra­wić! - oświad­czy­łam.

- Księż­niczko...

- Wasza księż­niczka życzy sobie prze­mó­wić - ode­zwał się Krwawy Król. - Pozwól­cie jej.

Ostat­nie dwa słowa zostały wypo­wie­dziane tonem ostrze­że­nia. Moje serce na­dal galo­po­wało, krew wartko pły­nęła w żyłach. Spoj­rza­łam na ojca. W jego nie­bie­sko-zie­lo­nych oczach dostrze­głam roz­pacz.

"Nie" - bła­gał mnie bez słów.

"Muszę" - odpo­wie­dzia­łam bez­gło­śnie. Tak jak on nie chciał mnie stra­cić, tak ja nie mogłam stra­cić jego. Ani nara­zić mojego ludu na zgubę. Chcia­łam być kró­lową, żeby go chro­nić, i zamie­rza­łam to zro­bić, choć nie w taki spo­sób, jak się spo­dzie­wa­łam.

Odwró­ci­łam się do Adriana i zro­bi­łam krok w jego stronę. Czu­łam, że wszy­scy w pokoju zesztyw­nieli, moc­niej zaci­snęli dło­nie na broni. Napię­cie już było bitwą, zapach krwi prze­sy­cał powie­trze, choć jesz­cze nie została prze­lana.

Wytrzy­ma­łam wzrok Krwa­wego Króla, sku­pi­łam się na nim tak cał­ko­wi­cie, jakby był jedyną osobą w sali. Im dłu­żej patrzy­łam, tym swo­bod­niej się czu­łam. Poma­gało to, że był piękny, ale inte­re­so­wały mnie rów­nież rze­czy, które nie powinny mnie inte­re­so­wać, jak zarys jego bio­der i słabo widoczna bli­zna na policzku.

Nie nabra­łam powie­trza, zanim się ode­zwa­łam, bo bałam się, że mój oddech zabrzmi raczej jak drżące wes­tchnie­nie.

- Królu Adria­nie, jeśli potwier­dzisz, że będziesz chro­nił mój kraj, mój lud i mojego ojca, zgo­dzę się za cie­bie wyjść.

Adrian wykrzy­wił usta, ale ten uśmiech nie prze­trwał długo, bo komen­dant Kil­lian znowu zapro­te­sto­wał:

- Księż­niczko, nie możesz wyjść za tego potwora! Nie pozwolę na to!

Adrian łyp­nął na niego spode łba.

- Nie pozwo­lisz?

- Cicho, kre­aturo. Jesteś prze­kleń­stwem naszych ziem!

Kil­lian dobył mie­cza, gwar­dzi­ści poszli w jego ślady.

Odwró­ci­łam się do komen­danta, zasła­nia­jąc Krwa­wego Króla. Nie była to mądra decy­zja. Nie zna­łam Adriana, on był wro­giem, a ja sta­wa­łam do niego ple­cami, nie mogłam jed­nak pozwo­lić, żeby sprawy zaszły za daleko.

- Opuść miecz - wysy­cza­łam.

Kil­lian spio­ru­no­wał mnie wzro­kiem, zaci­ska­jąc dłoń na ręko­je­ści.

- Natych­miast! - Mój roz­kaz odbił się echem od ścian sali. - Nie pozwolę, żeby ten kraj spły­nął krwią mojego ludu. Zgo­dzi­łam się na warunki króla Adriana.

- Zapo­mnia­łaś, księż­niczko, że to twój ojciec tu rzą­dzi i to on decy­duje o twoim losie.

Zmro­zi­łam Kil­liana wzro­kiem i prze­nio­słam spoj­rze­nie na ojca.

- Kocham cię, ojcze. Ni­gdy nie opu­ści­ła­bym cię z wła­snej woli, ale wiesz, że to słuszna decy­zja. Wiesz, bo pod­ją­łeś ją, zanim Revekka zna­la­zła się u naszych gra­nic.

Wie­dzia­łam, co ojciec myśli: "To było, zanim on cie­bie zapra­gnął".

- Jestem tylko jedna - powie­dzia­łam. - I nie­warta rzezi kró­le­stwa.

- Jesteś warta każ­dej gwiazdy na nie­bie, Issi - oświad­czył ojciec, a moje serce zamarło na chwilę. Czy teraz nastąpi wypo­wie­dze­nie wojny? Lecz on prze­niósł wzrok na Adriana. - Moja córka ma zwy­czaj sta­wia­nia bez­pie­czeń­stwa wszyst­kich innych przed swoim. Ufam, że znaj­dzie się wśród tych, któ­rych ochro­nisz, panie.

Odwró­ci­łam się do Krwa­wego Króla. Chcia­łam na niego patrzeć, kiedy będzie odpo­wia­dał. Po raz pierw­szy od swo­jego przy­by­cia ukło­nił się, poło­żył dłoń na sercu i rzekł:

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki