Król Wall Street. The Royals. Tom I - Louise Bay

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (29,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1Harper

Dziesięć. Całe dziesięć minut. Może to niewiele, ale gdy siedzisz naprzeciwko Maxa Kinga, wydaje ci się, że to całe życie. Max King, okrzyknięty królem Wall Street, w milczeniu czytał mój pierwszy szkic raportu na temat przemysłu tekstylnego w Bangladeszu. Rozejrzałam się wokół, próbując znaleźć coś, na czym mogłabym się teraz skupić, po to tylko, by nie zapytać go, co myśli. Gdybym miała czternaście lat, spytałabym bez zastanowienia.

Biuro Maxa idealnie do niego pasowało: klima ustawiona na szron, ściany, sufity i podłogi oślepiająco białe, co miało potęgować arktyczny klimat. Jego biurko było szklane i miało chromowaną oprawę, a nowojorskie słońce ledwo przebijało się przez opuszczone żaluzje, by choć trochę złagodzić wszechobecny chłód. Nienawidziłam jego pokoju. Za każdym razem, gdy tu wchodziłam, miałam ochotę strzelić stanikiem albo walnąć na wszystkich ścianach graffiti jaskrawoczerwoną szminką. To było miejsce, gdzie radość umiera.

Stękanie Maxa ściągnęło moją uwagę z powrotem na jego palec, którym wskazywał strony raportu. Potrząsał głową. Mój żołądek wirował. Wiedziałam, że zaimponowanie mu graniczy z niemożliwością, co nie wykluczało iskry nadziei, że tym razem się uda. Naprawdę napracowałam się nad tym raportem, pierwszym moim raportem dla Maxa Kinga. Prawie nie spałam i zostawałam po godzinach, żeby nie zaniedbać innych obowiązków w biurze. Wydrukowałam i przeanalizowałam wszystko, co napisano o tej branży w ciągu ostatniej dekady. Przejrzałam statystyki, próbując uchwycić jakieś wzorce i wyciągnąć wnioski. Przeszukałam też archiwa King & Associates, wyciągając nasze poprzednie badania, aby wyjaśnić wszelkie niespójności. Czyż nie wykorzystałam wszystkich danych? Kiedy rano wydrukowałam raport, na długo przed przybyciem kogokolwiek do biura, byłam szczęśliwa, a nawet dumna. Wykonałam kawał dobrej roboty.

- Rozmawiałaś z Marvinem o najnowszych danych? - zapytał.

Przytaknęłam. Nie podniósł wzroku, więc powiedziałam:

- Tak. Wszystkie wykresy są oparte na najnowszych danych.

Czy wyglądały źle? Spodziewał się czegoś innego? Chciałam tylko, by powiedział: "Dobra robota".

Dla Maxa Kinga pragnęłam pracować z pełną determinacją, jeszcze zanim zapisałam się na studia menadżerskie. To on stał za serią sukcesów ostatnich lat na Wall Street. King & Associates dostarczał bankom inwestycyjnym przełomowe badania, które pomagały w podejmowaniu kluczowych decyzji. Podobało mi się, że wielu bankierów inwestycyjnych, tych w markowych garniturach, chełpiło się bogactwem, tymczasem prawdziwy geniusz, który ich stworzył, spokojnie zajmował się doradztwem i robił to w niesamowity sposób. Skromny, zdeterminowany, odnoszący ogromne sukcesy - był dla mnie wzorem. Kiedy na ostatnim semestrze dostałam ofertę, by zostać młodszą specjalistką w King & Associates, byłam zachwycona i miałam przedziwne przeczucie, że wszechświat po prostu układa się tak, jak powinien, jakbym stanęła wprost przed kolejnym etapem mojego przeznaczenia.

Przeznaczenie tymczasem mogło mnie pocałować w dupę. Pierwsze sześć tygodni na nowym stanowisku nie było tym, czego się spodziewałam. Zakładałam oczywiście, że będę otoczona przez ambitnych, inteligentnych, dobrze ubranych dwudziesto- i trzydziestolatków, i tu miałam rację. Klienci, dla których pracowaliśmy - jak prawie każdy bank inwestycyjny na Manhattanie - byli po prostu fenomenalni i spełniali wszelkie moje oczekiwania. To Max King okazał się moim wielkim rozczarowaniem. Fakt, był szalenie inteligentny, szanowany przez wszystkich na Wall Street i wyglądał jak gość z plakatu w sypialni nastolatki, ale był...

Zimny.

Uparty.

Bezkompromisowy.

Totalnym dupkiem.

Faktycznie był równie przystojny, jak faceci z okładek "Forbesa" czy innych reklamowych fotek, które przeglądałam, gdy namierzyłam go jeszcze w Berkeley, podczas studiów MBA. Pewnego ranka, gdy przyszłam do pracy bardzo wcześnie, zobaczyłam go w obcisłym stroju do biegania, spoconego i dyszącego. Uda mocne jak z marmuru. Szerokie ramiona, rzymski nos, ciemnobrązowe błyszczące włosy, aż za gęste jak na faceta, i całoroczna opalenizna, która wołała: "Mam wakacje cztery razy w roku". W biurze nosił garnitury robione wyłącznie na zamówienie. Szyte u krawca, leżały w szczególny sposób na ramionach, co widziałam na spotkaniach z moim ojcem. Jego twarz i ciało spełniały wszystkie oczekiwania. Ale praca z nim? Już niekoniecznie.

Nie spodziewałam się, że będzie takim tyranem.

Nikt z nas nigdy nie usłyszał nawet "dzień dobry", gdy przebiegał rano przez labirynt biurek do swojego pokoju. Rozmawiając przez telefon, darł się tak, że słychać go było aż w holu. A w ostatni wtorek, kiedy uśmiechnęłam się do niego w biurze? Żyły na szyi tak mu nabrzmiały, że wyglądał, jakby chciał mnie udusić gołymi rękoma.

Wygładziłam dłońmi spódniczkę z Zary. Być może drażniłam go, bo nie byłam tak zgrabna jak inne kobiety. Nie ubierałam się też w regulaminowe stroje od Prady, ale czy wyglądałam tak, jakby mi na tym w ogóle nie zależało? Po prostu w tym momencie nie było mnie stać na nic lepszego.

Znajdowałam się na samym dole drabiny "dziobania", jako najmłodszy członek zespołu. To znaczyło, że znałam na pamięć listę kanapek pana Kinga, wiedziałam, jak uruchomić zaciętą kserokopiarkę, a każdą firmę kurierską miałam ustawioną w telefonie na szybkie wybieranie. Tego należało się spodziewać, a ja i tak byłam megaszczęśliwa, bo dostałam się do pracy u faceta, którego podziwiałam przez lata.

I oto on, kręcący głową i trzymający pióro z najbardziej czerwonym atramentem, jaki kiedykolwiek w życiu widziałam. Z każdym zakreśleniem, przekreśleniem i przysadzistym znakiem zapytania stawałam się coraz mniejsza.

- A gdzie odsyłacze do źródeł? - zapytał, nie podnosząc wzroku.

Odsyłacze do źródeł? Gdy przeglądałam inne nasze raporty, nie widziałam ich.

- Są na moim biurku...

- Rozmawiałaś z Donnym?

- Czekam, aż oddzwoni.

Spojrzał na mnie, a ja robiłam wszystko, by nie zmarszczyć brwi. Dwa razy dzwoniłam do Światowej Organizacji Handlu, ale nie byłam w stanie zmusić tego faceta do rozmowy ze mną.

Przechylił głowę, chwycił swój telefon i wybrał numer.

- Hej, ważniaku - powiedział. - Muszę zrozumieć stanowisko w sprawie "Wszystko Oprócz Broni". Słyszałem, że twoi ludzie wywierają naciski na UE.

Max nie włączył głośnika, patrzyłam więc biernie, jak notuje coś na moim raporcie.

- Naprawdę pomoże mi to w sprawie, którą prowadzę w Bangladeszu. - Uśmiechnął się, podniósł wzrok i szybko go opuścił, jakby sam widok mojej osoby go irytował. Świetnie. Rozłączył się.

- Dzwoniłam dwa razy...

- Nagradza się wyniki, a nie wysiłek - powiedział kąśliwie.

Żadnego uznania dla moich starań? Co jeszcze mogłam zrobić oprócz dobijania się do tego faceta? Nie jestem Maxem Kingiem. Zresztą dlaczego ktokolwiek z WTO miałby oddzwaniać do słabo opłacanego specjalisty?

Jezu, czy on nie mógłby sobie trochę odpuścić?

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, komórka Maxa zawibrowała na biurku.

- Amanda? - warknął do telefonu.

Boże... Nasze biuro byłe małe, więc wiedziałam, że żadna Amanda nie pracuje w King & Associates. Poczułam dziwną satysfakcję, że nie tylko w stosunku do mnie bywa ostry. Nie widywałam go zbyt często w interakcji z innymi ludźmi, ale miałam wrażenie, że jego stosunek do mnie był bardziej osobisty niż wobec innych, choć teraz brzmiało to tak, jakby Amanda była traktowana równie brutalnie jak ja.

- Nie będziemy znowu prowadzić tej dyskusji. Powiedziałem ci, że nie.

Dziewczyna? W rubryce plotek towarzyskich nigdy nie widziałam wzmianki o jakichkolwiek randkach Maxa. Ale przecież one musiały mieć miejsce. Dupek czy nie, facet był tak zbudowany, że nie mógłby bez nich żyć. Wyglądało na to, że ta Amanda miała zaszczyt znosić Maxa poza jego godzinami pracy...

Skończył rozmowę i rzucił telefon na biurko, obserwując, jak sunie pod laptop. Kontynuował czytanie raportu, pocierając czoło opalonymi palcami, jakby Amanda przyprawiła go o silny ból głowy. Nie pomyślałam nawet, że mój raport mógłby mu w tym pomóc.

- Literówki są nie do przyjęcia, pani Jayne. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla tak drobnych błędów, których poprawienie w dodatku nie wymaga żadnego wysiłku.

Zamknął mój raport i wbił we mnie wzrok.

- Dbałość o szczegóły nie wymaga pomysłowości, kreatywności czy myślenia abstrakcyjnego. Jeśli nie potrafi pani dobrze opanować podstaw, dlaczego miałbym ufać pani przy bardziej złożonych projektach?

Literówki? Przeczytałam ten raport tysiąc razy.

Splótł dłonie przed sobą.

- Popraw tekst zgodnie z moimi uwagami i nie przynoś mi go z powrotem, dopóki nie będzie wyczyszczony z literówek. Jeśli znajdę choć jedną, będę musiał cię ukarać.

Ukarać? Miałam ochotę wypalić, że gdybym ja karała go za każdym razem, gdy okazywał się chujem, już dawno przeszedłby na emeryturę. Dupek.

Powoli zbierałam kartki, mając nadzieję, że może ma coś jeszcze do dodania, choćby słowo zachęty lub jakieś podziękowanie. Ale nie. Wzięłam więc stos papierów i skierowałam się do wyjścia.

- Och, pani Jayne?

To jest to. Zamierza rzucić mi ochłap godności. Odwróciłam się do niego i wstrzymałam oddech.

- Pastrami na żytnim chlebie, bez ogórka.

Stanęłam jak wryta, łapiąc powietrze jak po ciosie prosto w brzuch. Co?

- Na mój lunch - dodał, wyraźnie zdziwiony, dlaczego jeszcze stoję.

Przytaknęłam i otworzyłam drzwi. Musiałam natychmiast wyjść, w przeciwnym razie mogłabym przeskoczyć jego biurko i powyrywać mu te jego idealne włosy co do jednego.

Gdy zamykałam drzwi, Donna, asystentka Maxa, zapytała:

- Jak poszło?

Przewróciłam oczami.

- Nie wiem, jak dajesz radę z nim pracować. On jest taki... - Zaczęłam wertować raport, szukając literówek, o których wspominał.

Donna odchyliła się na krześle i wstała.

- Jego warknięcie jest gorsze niż ugryzienie. Wychodzisz po kanapki?

- Tak. Dzisiaj pastrami.

Donna sięgnęła po kurtkę.

- Przejdę się z tobą. Potrzebuję przerwy.

Chwyciła portfel i obie wyszłyśmy na ulicę w samo serce Nowego Jorku. Oczywiście Max nie uznawał kanapek z żadnych delikatesów w pobliżu biura. Musiałyśmy udać się po nie aż pięć przecznic na północny wschód, do Joey's Café. Na szczęście było słonecznie i wiosennie, bez wilgotnego zaduchu, który sprawiłby, że wycieczka przypominałaby wędrówkę ulicami Kalkuty w samo południe.

- Hej, Donna. Hej, Harper - zawołał właściciel baru Joey, gdy otworzyłyśmy szklane drzwi.

Sklepik był całkowitym przeciwieństwem miejsca, w którym można by się spodziewać, że Max zamawia jedzenie. Było to miejsce wyraźnie rodzinne, które nie przeszło remontu od czasów The Beatles. Zupełnie nie było tu czuć nowoczesnej i bezwzględnej istoty Maxa Kinga.

- Jak ma się szef? - zapytał Joey.

- Och, wiesz - westchnęła Donna - haruje ciężko, czyli jak zwykle.

- Jakie było jego zamówienie, Harper?

- Kanapka z pastrami na żytnim chlebie i... dodatkowo ogórek. - Nie ma to jak agresywna zemsta w kolorze ogórka.

- Ogórek? - Joey uniósł brwi.

Jezu, Joey przecież znał upodobania Maxa.

- Jasne - udałam roztargnienie - bez ogórka.

Donna trąciła mnie łokciem.

- A ja poproszę sałatkę z indykiem na ekochlebie - dodała, po czym zwróciła się do mnie: - Zjedzmy na miejscu, to pogadamy.

- Zrób dwie takie same - poprosiłam Joeya.

Na tyłach sklepiku stało kilka stolików, wszystkie z różnymi krzesłami. Większość klientów zamawiała na wynos, ale dzisiaj byłam wdzięczna Donnie za te kilka chwil poza biurem. Podążyłam za nią do stolika.

- Dodatkowy ogórek? - przedrzeźniała mnie z uśmiechem.

- Wiem. - Westchnęłam. - To było dziecinne. Przepraszam. Po prostu chciałabym, żeby nie był taki, jaki jest.

- Powiedz mi, co się stało.

Przedstawiłam jej przebieg naszego spotkania - jego irytację, że nie dotarłam do tego kontaktu w WTO, wykład o literówkach i brak choćby cienia uznania dla mojej harówki.

- Powiedz Maxowi, że Jankesi zasłużyli na lanie, jakie dostali w ten weekend - powiedział Joey, stawiając przed nami zamówienie i podsuwając dwie puszki napojów extra, mimo że ich nie zamówiłyśmy. Czy Joey rozmawiał z Maxem o baseballu? Czy oni w ogóle się znali?

- Powiem mu - odparła Donna, uśmiechając się - ale na wszelki wypadek przenieś firmę w inne miejsce. Wiesz, jaki Max jest drażliwy, gdy wygrywają Metsi.

- W tym sezonie będzie musiał się do tego przyzwyczaić. I nie martwię się, że stracę Maxa. Przychodzi tu od ponad dekady.

Od ponad dekady?

- Wiesz, co by na to powiedział? - zapytała Donna, rozpakowując zawiniątko z woskowanego papieru.

- Tak, tak, nigdy nie przyjmuj za pewnik swoich klientów. A wiesz, co go zawsze ucisza? - zapytał przez ramię.

Donna roześmiała się.

- Kiedy powiesz mu, żeby wrócił, gdy jego firma będzie już funkcjonowała od trzech pokoleń i nadal będzie się rozwijać.

- Otóż to!

- Więc Max przychodzi tu od dawna? - zapytałam Donnę, kiedy Joey wrócił za ladę, by obsłużyć rosnącą kolejkę.

- Od kiedy dla niego pracuję. A to już prawie siedem lat.

- Kwestia przyzwyczajenia. Rozumiem to.

Po Maxie nie można było się spodziewać szczególnej spontaniczności. Donna kiwnęła głową.

- Na pewno ma ogromne poczucie lojalności. Gdy ta okolica się rozwijała, a na każdym rogu otwierały się nowe knajpy, biznes Joeya stracił wielu klientów. Max nigdy nie poszedł gdzie indziej. Przyprowadzał mu też gości.

Opis Donny kontrastował z obrazem zimnego egocentryka, którego znałam z biura. Wgryzłam się w moją kanapkę.

- Potrafi być wymagający i upierdliwy, ale to w dużej mierze dzięki temu odniósł sukces.

Ja też chciałam odnieść sukces i jednocześnie pozostać przyzwoitym człowiekiem. Czy to naiwny plan, gdy pracujesz na Wall Street?

- On nie jest taki zły, jak ci się wydaje. Chodzi mi o to, że gdyby powiedział, że twój raport jest okej, to czy czegoś byś się nauczyła? - Donna ścisnęła kanapkę i podniosła ją do ust. - Nie możesz oczekiwać, że wszystko od razu będzie dobrze. Poza tym, czy w kwestii literówek się mylił? - Ugryzła kanapkę i czekała na moją odpowiedź.

- Nie, nie mylił się. - Przygryzłam wargi. - Ale musisz przyznać, że jego stosunek do ludzi jest do bani.

Wyciągnęłam z kanapki kawałek indyka i włożyłam go do ust. Tak ciężko pracowałam, że spodziewałem się za to choćby odrobiny uznania.

- Czasem tak. Dopóki się nie sprawdzisz. Ale jak już to zrobisz, on cię we wszystkim wesprze. Dał mi tę pracę, wiedząc, że jestem samotną matką, i upewnia się, że nigdy nie opuszczam meczu córki, imprezy czy innego spotkania. - Donna otworzyła puszkę z sodą. - Kiedy moja córka zachorowała na ospę wietrzną zaraz na początku mojej pracy tutaj, przyszłam do biura. Gdy mnie zauważył, wyciągnął mnie z budynku i wysłał do domu. Nigdy nie widziałam go tak wściekłego. Córką zajmowała się moja mama, nic takiego się nie działo, ale nalegał, żebym została z dzieckiem w domu, dopóki nie wróci do szkoły.

Przełknęłam. To akurat w ogóle nie brzmiało jak opis Maxa, którego znałam.

- To naprawdę dobry facet. Jest po prostu skupiony i zdeterminowany, bo poważnie traktuje swoją odpowiedzialność wobec pracowników, zwłaszcza gdy mają potencjał.

- Nie widzę, żeby bardzo poważnie traktował swoją odpowiedzialność, gdy staje się protekcjonalnym dupkiem.

Donna zachichotała.

- Jesteś tu, aby się uczyć, aby stawać się lepszą. I on cię tego nauczy, ale gadanie, że wykonałaś kawał dobrej roboty, niewiele w tym pomoże.

Wyciągnęłam serwetkę ze staromodnego pojemnika stojącego na brzegu stołu i wytarłam usta. Jak dzisiejszy dzień miał mi pomóc, poza całkowitą utratą pewności siebie?

- Gdybyś wiedziała, jak przebiegnie dzisiejsze spotkanie, co zrobiłabyś inaczej? - zapytała Donna.

Wzruszyłam ramionami. Wykonałam dobrą robotę, ale on nie chciał tego przyznać.

- Daj spokój. Nie powiesz mi, że zrobiłabyś wszystko dokładnie tak samo.

- No dobra, okej. Wydrukowałabym źródła i wzięła je ze sobą.

Donna przytaknęła.

- Dobrze. Co jeszcze? - Ugryzła kolejny kęs swojej kanapki.

- Pewnie dobijałabym się do kontaktu Maxa w WTO jeszcze parę razy, może wysłałabym facetowi e-maila z ponagleniem. Mogłam mocniej naciskać, żeby oddzwonił. Mogłabym wysłać całość do korekty.

Mieliśmy nocne usługi korektorskie, ale ponieważ pracowałam nad raportem do późna, przegapiłam termin do wysłania. Powinnam się upewnić, że tekst wróci z korekty na czas.

Zerknęłam na moją rozlatującą się kanapkę.

- Nie mówię, że niczego się nie nauczyłam. Po prostu liczyłam, że będzie milszy. Od dawna chciałam dla niego pracować. Nie przyszło mi do głowy, że pewnego dnia będę chciała przywalić mu prosto w twarz.

Donna się roześmiała.

- Tak właśnie jest mieć szefa, Harper.

Okej, mogłam zaakceptować, że Max był dla Donny i Joeya fajnym facetem. Ale dla mnie nie był, co pogarszało sprawę. Co ja mu w ogóle zrobiłam? Czy zasługiwałam na takie "specjalne" traktowanie? Zgoda, mój raport można było poprawić, ale pomimo tego, co powiedziała Donna, nie zasłużyłam na taką reakcję. Mógł pochwalić cokolwiek. Teraz, gdy moje oczekiwania dotyczące pracy z Maxem zostały zdeptane, postanowiłam skoncentrować się na tym, żeby wyciągnąć z tego doświadczenia ile się da i iść dalej. Przejrzę raport i doprowadzę go do perfekcji. Z pracy dla King & Associates wyciągnę to, co się liczy, i nawiążę mnóstwo kontaktów, a potem po dwóch latach będę megaprzygotowana do założenia własnej firmy lub zatrudnienia się bezpośrednio w banku.

Nie wiem, jak udało mi się namówić moją najlepszą przyjaciółkę Grace do pomocy w przeprowadzce. Dorastając na Park Avenue, nie przywykła do pracy fizycznej.

- Kim jest ten umarlak? - zapytała w windzie, wskazując na siebie. Pot lał jej się z czoła.

- To moja ostatnia najlepsza przyjaciółka. - Oparłam głowę na pudle z kocami, które na szczęście było ostatnim pudłem w ciężarówce. - Jest jeszcze miejsce na kolejne - zaśmiałam się.

- Lepiej, żeby w lodówce było wino. - Grace wachlowała twarz. - Nie jestem przyzwyczajona do takiego wysiłku fizycznego.

- Widzisz, co mi zawdzięczasz? Poszerzasz swoje horyzonty - odpowiedziałam z uśmiechem. - Teraz już wiesz, jak my, zwykli ludzie, żyjemy.

Gdy przyjechałam do Nowego Jorku z Berkeley prawie trzy miesiące temu, zatrzymałam się u Grace. Była niezwykle wyrozumiała, gdy moja mama posyłała jej wszystkie moje rzeczy do mieszkania na Brooklynie, ale teraz, gdy zmusiłam ją do pomocy przy przeprowadzce do nowego mieszkania, jej cierpliwość się kończyła.

- Jestem za biedna na lodówkę i na wino.

Przerażała mnie wysokość czynszu za mieszkanie. Za to adres był na Manhattanie i tylko to mnie obchodziło. Nie zamierzałam być nowojorczanką mieszkającą na Brooklynie. Chciałam wyciągnąć z tego doświadczenia ile się dało, więc poświęciłem wszystko dla tego małego wiktoriańskiego domku na rogu Rivington i Clinton na Dolnym Manhattanie. Budynki po obu stronach były pokryte graffiti, ale okolica została niedawno odnowiona i zapewniono mnie, że ponieważ leży tuż przy Wall Street, mieszka tu pełno młodych specjalistów.

Specjalistów w jakiej dziedzinie? Łotrostwie?!

- Tu będzie... przytulnie - powiedziała Grace. - Na pewno nie chcesz, żebym zapytała o mieszkanie po drugiej stronie ulicy, obok mojego?

Moje mieszkanie w Berkeley było dwa razy większe od tego tutaj. Mieszkanie Grace na Brooklynie w porównaniu z nim było pałacem, ale mnie nie przeszkadzało, że jest takie małe.

- Nie chcę. Traktuję to jako część mojego nowojorskiego doświadczenia.

- Tak samo jak karaluchy, których nie trzeba tu szukać. Raczej zręcznie unikać. - Grace była jedną z tych osób, które próbowały uczynić życie innych trochę lepszym, i to był jeden z powodów, dla których tak ją kochałam.

- Tak, ale ja chcę być w centrum wydarzeń. Poza tym w piwnicy jest siłownia, więc sporo zaoszczędzę. Również na dojazdach. Stąd do biura będę mogła chodzić pieszo. - Do diabła, praktycznie widziałam je z okna sypialni.

- Myślałam, że nienawidzisz pracy. Czy nie lepiej byłoby mieszkać z dala od niej? - zapytała, gdy winda otworzyła się na moim piętrze.

Sięgnęłam po drewnianą skrzynkę.

- Nienawidzę nie mojej pracy, tylko mojego szefa.

- Tego przystojniaka? - zapytała Grace.

- Czy mogłabyś podnieść swoją część skrzynki? - spytałam. Nie chciałam, żeby mi o nim przypominała. Wcisnęłam nogę pomiędzy zamykające się drzwi windy.

- Co za gówno. Trzymasz?

Ruszyłyśmy, skręcając w lewo do drzwi mieszkania.

- Potrzebujemy do tego jakiegoś faceta - powiedziała Grace, kiedy zmagałam się z kluczami.

- Facetów potrzebujemy do seksu i do masowania stóp - odpowiedziałam. - Meble możemy wnieść same.

- W przyszłości sama będziesz nosić swoje meble, a ja znajdę faceta.

Otworzyłam drzwi i wepchnęłyśmy pudło do salonu.

- Zostawmy je tutaj, dopóki nie zdecyduję, gdzie ma stanąć.

- Gdzie jest wino, które mi obiecałaś? - Grace przecisnęła się obok mnie i opadła na moją małą dwuosobową kanapę.

Mimo moich zapewnień, w lodówce znajdowały się dwie butelki wina i kawałek parmezanu.

- Co mówiłaś o swoim przystojnym szefie? Kiedy byłaś w Berkeley, myślałam, że zostałaś wyznawczynią Kościoła Maxa Kinga. Coś się zmieniło?

Podałam Grace kieliszek wina, usiadłam i zrzuciłam tenisówki. Nie chciałam myśleć o Maxie ani o tym, co sprawiało, że czułam się byle jak, nie na miejscu i niekomfortowo.

- Myślę, że powinnam zmienić ubrania do pracy. Im więcej myślę o tym, co włożyłam na spotkanie z Maxem, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że odstaję od tych wszystkich kobiet z Wall Street, noszących ciuchy z Max Mary i Prady.

- Wyglądasz dobrze. Zawsze jesteś jak spod igły. Próbujesz zaimponować swojemu przystojniakowi?

Przewróciłam oczami.

- To nierealne. To najbardziej arogancki gość, jakiego w życiu spotkałam. Nic nigdy nie jest dla niego wystarczająco dobre.

Wczorajszy lunch i rozmowa z Donną chwilowo stłumiły moją wściekłość na Maxa, ale dzisiaj wróciła pełną parą. Może i był najlepszy w tym, co robił, i wyglądał tak seksownie, że stojąc blisko niego, można było się opalić, ale nic nie usprawiedliwiało jego zachowania. Ale ja nie zamierzałam się poddawać. Znienawidziłam go. Zdeterminowana, by udowodnić mu, że się mylił, wzięłam do domu raport o Bangladeszu i zamierzałam pracować nad nim przez cały weekend. Jego komentarze wskazywały, że wiedział o przemyśle włókienniczym w Bangladeszu znacznie więcej niż ja, nawet po analizach, które przeprowadziłam. Czy cały ten projekt był tylko testem? Bez względu na to, czy tak było, czy nie, zamierzałam poświęcić resztę weekendu, by mój raport okazał się najlepszym, jaki Max kiedykolwiek widział na oczy.

- Nic nigdy nie jest wystarczająco dobre? - zapytała Grace. - Brzmi znajomo.

- Mogę być perfekcjonistką, ale dla tego faceta to jest nic. Uwierz mi. Włożyłam w ten raport całe serce, a on po prostu to olał. Nie miał nic dobrego do powiedzenia na jego temat.

- Dlaczego pozwalasz, by cię to stresowało? Pozbądź się tych myśli.

Dlaczego miałabym pozbyć się tego niepokoju? Chciałam być dobra w swojej pracy. Chciałam, żeby Max zobaczył, że jestem dobra w tym, co robię.

- Bardzo ciężko pracowałam nad raportem i wykonałam dobrą robotę. To on jest dupkiem.

- No i? Jeśli jest totalnym palantem, to dlaczego jego opinia ma dla ciebie takie znaczenie?

Grace mieszkała w Stanach Zjednoczonych, odkąd skończyła pięć lat, ale jej rodzina zachowała swoją brytyjskość. Słowo "palant" należało do moich ulubionych. Szczególnie że idealnie pasowało do Maxa Kinga.

- Nie mówię, że się dla mnie liczy, tylko że mnie wkurza. - Oczywiście, że się liczyła, choćbym nie wiem jak temu zaprzeczała.

- Czego oczekiwałaś? Facet tak bogaty i przystojny musi mieć wady. - Wzruszyła ramionami i wypiła łyk wina. - Nie możesz pozwolić, żeby to miało na ciebie taki wpływ. Twoje oczekiwania wobec mężczyzn są za wysokie. Całe życie będziesz rozczarowana.

Moja komórka zaczęła dzwonić. Jakby na poparcie jej słów, pokazałam Grace ekran. To był adwokat mojego ojca.

- Harper - odebrałam.

- Pani Jayne, tu Kenneth Bray.

Dlaczego dzwoni do mnie w weekend?

- Tak, panie Bray? W czym mogę pomóc?

Przeniosłam wzrok na Grace. Podobno mój ojciec założył mi fundusz powierniczy. Listy, które w tej sprawie otrzymałam, były w pudle, które właśnie wytaszczyłyśmy z Grace z ciężarówki. Nie odpowiedziałam na żaden. Nie chciałam pieniędzy ojca. Przyjmowałam je tylko na studia. Byłam zdania, że jest mi to winien, ale po roku podjęłam pracę i przestałam w ogóle realizować jego czeki. Nie mogłam przyjąć pieniędzy od nieznajomego, nawet genetycznie spokrewnionego.

- Chcę umówić się z panią w biurze i omówić szczegóły dotyczące pieniędzy, które odłożył dla pani ojciec.

- Doceniam pańską wytrwałość, ale nie interesują mnie pieniądze ojca.

Jeśli chodzi o mnie, jedyne, czego kiedykolwiek od niego oczekiwałam, to obecność na moich urodzinach i szkolnych przedstawieniach. Grace nie miała racji - moje oczekiwania wobec mężczyzn od dawna sięgały dna. Przyczyną jest i była nieobecność mojego ojca w moim dzieciństwie. Od tej pory po mężczyznach nie spodziewałam się już niczego poza rozczarowaniami.

Pan Bray próbował mnie przekonać do spotkania, choć się opierałam. W końcu powiedziałam, że zapoznam się z pismami i oddzwonię do niego. Rozłączyłam się i zaczerpnęłam powietrza.

- Wszystko w porządku? - zapytała Grace.

Potarłam kciukiem krawędź szklanki.

- Tak - powiedziałam, choć byłoby o wiele łatwiej, gdybym mogła udawać, że ojciec nie istnieje. Gdy ponawiał kontakt sam albo przez prawnika, czułam się jak Syzyf obserwujący głaz spadający ze wzgórza. Wracałam do punktu wyjścia, a na powierzchnię wypływały wszystkie myśli o tym, żeby mieć innego ojca, inne życie, inną rodzinę.

Mój ojciec najpierw zapłodnił moją matkę, a następnie nie chciał jej poślubić. Porzucił nas obie. Przysyłał pieniądze, więc zadbał o nas finansowo. Tylko że ja pragnęłam mieć ojca. Przez cały czas wszystkie łamane przez niego obietnice odkładały się na coraz wyższą górę, której nie dostrzegałam. Każde moje urodziny, gdy zerkałam na drzwi z nadzieją, że on się pojawi, zbierały swoje żniwo. W każde Boże Narodzenie jedynym, o co prosiłem Świętego Mikołaja, był mój tata, i to jego nieobecność w moim życiu była rzeczywistym problemem. Z czasem przywykłam, że po prostu zawsze jest inne miejsce, w którym woli być. Wyryło to we mnie poczucie, że nie jestem warta czyjejkolwiek uwagi.

- Chcesz to przegadać? - spytała Grace.

Uśmiechnęłam się.

- Absolutnie nie. Chcę się upić w moim nowym mieszkaniu z moją najlepszą przyjaciółką.

- Może pogadamy i zjemy lody. To jest nasza specjalność - odparła Grace. - Pogadamy o facetach?

- Możemy, ale ostrzegam cię: jeśli spróbujesz mnie umawiać, skopię ci tyłek tak, że wylecisz z powrotem na Brooklyn.

- Ale jeszcze nawet nie usłyszałaś z kim.

Roześmiałam się. Tak łatwo było ją przejrzeć.

- Nie interesują mnie randki. Skupiam się na mojej karierze. W ten sposób się nie rozczaruję.

Słowa Maxa Kinga, że liczą się wyniki, a nie wysiłek, wciąż dzwoniły mi w uszach. Po prostu trzeba się bardziej starać, ciężej pracować. Nie ma czasu na randkowanie czy umawianie się.

- Nie bądź cyniczna. Nie każdy jest taki jak twój ojciec.

- Nie myślę tak. Nie baw się w psychiatrę amatora. Chcę po prostu zamieszkać tu, w Nowym Jorku. Randki nie będą moim priorytetem. To wszystko. - Wypiłam łyk wina i usiadłam po turecku.

Zjednałabym sobie Maxa Kinga, gdyby to było dla mnie najważniejsze. Uważnie śledziłam jego karierę i wydawało mi się, że dobrze go znam. W marzeniach widziałam siebie jako jego protegowaną, gdy zaczęłam dla niego pracować, szybko powiedział mi, że nigdy nie spotkał nikogo tak utalentowanego. Zakładałam, że w ciągu kilku dni będziemy w stanie kończyć za siebie zdania i przybijać piątkę po spotkaniach. Okej, przyznaję, miałam o nim sny erotyczne. Jeden, może dwa. Jednak to wszystko było, zanim go poznałam. Byłam taką idiotką...

- Seks - wypaliłam - tylko do tego mężczyźni się nadają. Może będę miała kochanka.

- To wszystko? - zapytała Grace.

Przeciągnęłam palcem po krawędzi kieliszka.

- Niby do czego jeszcze są nam potrzebni?

- Przyjaźń?

- Mam ciebie - odpowiedziałam.

- Wsparcie emocjonalne?

- Znowu: mam ciebie. Wspieramy się przy lodach, winie i po szalonych zakupach na wyprzedażach.

- Tak, cała nasza czwórka potraktuje to bardzo serio. Ale co, jeśli będziesz chciała mieć dzieci? - zapytała Grace.

Dzieci to ostatnia rzecz, o której myślałam. Moja mama zmieniła zawód z finansistki na nauczycielkę, żeby móc spędzać ze mną czas. Mnie nie stać na takie poświęcenie.

- Jeśli kiedykolwiek zacznę myśleć o dzieciach, pójdę do banku nasienia. Zrobię to dla mojej matki.

- Twoja mama nie poszła do banku nasienia.

Wypiłam łyk wina.

- To jedno i to samo. Jeśli o mnie chodzi, nie miałam ojca.

- Podaj mi swojego iPada. Chcę znowu popatrzeć na tego twojego przystojnego szefa.

Jęknęłam.

- Nie rób tego. - Sięgnęłam po tablet leżący na stoliku obok kanapy i wbrew sobie podałam go Grace.

- Max King, prawda?

Nie odpowiedziałam.

- On naprawdę jest cholernie przystojny. - Grace przeciągnęła palcem po ekranie. Celowo nie patrzyłam, bo nie zasługiwał na moją uwagę.

- Odłóż to. Wystarczy, że mam z nim do czynienia od poniedziałku do piątku. Pozwól mi cieszyć się weekendem bez oglądania jego aroganckiej gęby. - Zerknęłam na okładkę "Forbesa", którą właśnie oglądała Grace. Skrzyżowane ramiona, surowy wyraz twarzy, pełne usta.

Dupek.

Wybuch nad głową odwrócił moją uwagę, spojrzałam w sufit. Ładna szklana lampa kołysała się z boku na bok.

- Czy wybuchła bomba? - zapytałam.

- Wygląda, jakby twój sąsiad z góry używał młota pneumatycznego.

Przyłożyłam palec do ust i wytężyłam słuch. Źrenice Grace rozszerzyły się, gdy delikatne mamrotanie przeszło w charakterystyczny odgłos seksu.

Dyszenie. Pokrzykiwanie. Klaskanie. Po chwili kolejny wybuch. Co się tam, kurwa, dzieje?

Czy są tam więcej niż dwie osoby?

Ciało uderza o ciało, znowu krzyk kobiety.

Ciepło rozlało się po mojej szyi i policzkach. Wyraźnie w to sobotnie popołudnie ktoś bawił się znacznie lepiej od nas.

Silny męski głos rzucał kurwami, a kobieta rytmicznie wtórowała wrzaskami. Uderzenia łóżka o płytę gipsową stawały się coraz głośniejsze. Zdyszane jęki kobiety brzmiały histerycznie. Mój żyrandol rozbujał się wściekle i przysięgam, że wibracje ścian i mebli zbiegały prosto z sufitu w moją pachwinę. Ścisnęłam uda, w momencie gdy mężczyzna wołał Boga, a ona wydała swój ostatni przenikliwy krzyk, który odbił się echem w moim wypełnionym pudłami mieszkaniu.

W ciszy, która potem nastąpiła, przez sweter słychać było bicie mojego serca. Byłam podniecona tym, co usłyszałam, i zawstydzona, że świadomie słuchałam czegoś tak intymnego.

Ktoś nade mną, jakieś trzy metry, właśnie przybył do Ameryki.

- To może być ten facet, którego musimy poznać - powiedziała Grace, gdy stało się jasne, że seks się skończył. - Z pewnością brzmiał, jakby wiedział, co robi.

- Wydawali się mocno... zgrani.

Czy ja kiedykolwiek brzmiałam tak desperacko podczas seksu, byłam tak głodna orgazmu? Znałam takie odgłosy, jakie wydawała ta kobieta na górze. Ona niczego nie udawała. To jak szok na przerażających scenach w horrorze - głos wydobywa się mimowolnie.

- Wszystko wskazuje na to, że mieli megaseks. Może powinnaś zapukać do ich drzwi i zaproponować trójkąt?

Przewróciłam oczami.

- Owszem, z filiżanką mleczka do kawy.

- Kroki wzdłuż pokoju oznaczają, że nawet nie zdjęła szpilek - stwierdziła Grace.

- Super.

Stukanie szpilek powędrowało po moim suficie w stronę pudła z kocami. Drzwi na pierwszym piętrze zaskrzypiały, a potem zatrzasnęły się i odgłos kroków umilkł całkowicie.

- Cóż, dostała to, czego chciała, i pożegnała się. Tu nie potrzebujesz telewizji. Możesz dostroić się do opery mydlanej, która dzieje się u sąsiada.

- Myślisz, że to prostytutka? - zapytałam.

Kobieta wychodząca pięć minut po takim orgazmie musiała nią być. Z pewnością snuje się gdzieś w pobliżu w poszukiwaniu drugiej rundy. Do diabła, nie wiem, czy udałoby mi się osiągnąć pozycję pionową, nie mówiąc już o chodzeniu na szpilkach godzinę po tym, czego ona doświadczyła.

- Prostytutka? Jeśli tak, to jest szczęściarą. - Grace zachichotała. - Nie sądzę. Facet, który potrafi sprawić, że kobieta tak brzmi, nie płaci jej za to. - Pochyliła się i postawiła pustą szklankę na jednym z dziesiątek pudeł rozrzuconych po moim mieszkaniu. - Okej, ja idę do domu poszukać wibratora.

- Nie potrzebowałam tej informacji.

- Ale informuj mnie na bieżąco o sąsiadach. A jeśli na nich wpadniesz, postaraj się trzasnąć fotkę.

- Oczywiście, żebyś mogła się onanizować z moimi sąsiadami, na pewno lepiej będzie z ich fotką. - Skwitowałam sarkastycznie. - Jesteś zboczona, wiesz o tym?

Grace wzruszyła ramionami i wstała.

- To było lepsze niż porno.

Miała rację. Miałam tylko nadzieję, że nie będzie to stały program wieczorny. Wystarczyło, że w pracy czułam się chujowo. Nie musiałam tego samego przeżywać w domu.

Rozdział 2Max

Jayne Harper naprawdę mnie wkurzała.

Irytowała mnie od chwili, gdy dwa miesiące temu zaczęła u mnie pracować. Do tej pory udawało mi się zachować dystans.

Była mądra. Nie w tym tkwił problem.

Całkiem dobrze dogadywała się ze współpracownikami. Nie mogłem narzekać.

Najzwyczajniej w świecie, tak po prostu pomogła Donnie przy kserokopiarce. Nie wywyższała się, tego nie mogłem jej zarzucić.

Była chętna do nauki. To mnie drażniło od początku. Była zbyt chętna. Sposób, w jaki na mnie patrzyła tymi swoimi dużymi brązowymi oczami, jakby była gotowa zrobić wszystko, co powiem, doprowadzał mnie do szału. Za każdym razem, gdy na nią spojrzałem, nawet jeśli był to tylko rzut oka przy wejściu do biura, wyobrażałem sobie, jak osuwa się na kolana w moim gabinecie i otwiera swoje czerwone, mokre usta, błagając o zrobienie mi laski.

I w tym był problem.

Zawsze oddzielałem życie zawodowe od prywatnego. Bez wyjątków. Jestem szefem, którego reputację należy chronić. Nie chciałem, by życie osobiste stało się bardziej interesujące od zawodowego.

Stukałem długopisem w biurko. Musiałem to rozwiązać. Albo ją zwolnić, albo o niej zapomnieć. Coś trzeba z tym zrobić.

Coraz częściej siedziałem w biurze za zamkniętymi drzwiami, by stworzyć dystans między mną a Harper. Zwykle spędzałem czas z ludźmi, sprawdzając, jak się sprawy mają, ale teraz otwarta przestrzeń biura stała się "skażona". Kiedy z nią rozmawiałem, zwracałem się do niej per "pani Jayne", aby trzymać ją na dystans. To nie działało.

Wbiłem palce we włosy. Potrzebowałem planu. Nie mogłem pozwolić, aby jakaś młodsza specjalistka analityki zmieniła sposób, w jaki prowadzę firmę, bo to, w jaki sposób ją prowadzę, czyni King & Associates najlepszą na całym Wall Street i każdy o tym wie.

Nie potrzebowałem rozpraszaczy. I tak miałem problem ze skupieniem się na pracy. Życie z Amandą na pełny etat było o wiele większym wyzwaniem, niż się spodziewałem. Oznaczało też dużo więcej czasu spędzanego poza firmą, bo często odwiedzałem Connecticut. Próbowałem złożyć ofertę nowemu klientowi, bankowi inwestycyjnemu, z którym moja firma nigdy wcześniej nie współpracowała, i zbliżało się kluczowe spotkanie z jego przedstawicielem.

- Proszę - zawołałem, słysząc pukanie do drzwi. Miałem nadzieję, że to nie Harper z poprawionym raportem.

- Dzień dobry, Max - powiedziała Donna, wchodząc i zamykając za sobą drzwi.

- Dzięki. - Wziąłem wysoką filiżankę kawy, którą mi podała, i próbowałem wyczytać coś z jej twarzy.

- Jak się masz?

- Jest okej. Sporo spraw do załatwienia. Mamy codzienną odprawę w porze lunchu.

Sięgnąłem za kołnierzyk koszuli.

- Czy ze mną jest coś nie tak, czy jest tu cieplej niż zwykle?

Donna zaprzeczyła.

- Nie jest, ale nie przełączam klimatyzacji, bo tu i tak jest zimno.

Westchnąłem. Nie warto było kłócić się z Donną. Większość rzeczy nie była tego w ogóle warta. Tego właśnie nauczyłem się od kobiet w moim życiu - wybieraj własne bitwy.

- No więc? - powiedziała Donna, siadając na krześle przed moim biurkiem. Tym samym, na którym Harper siedziała w piątek. Jayne siedziała ze skrzyżowanymi nogami i rękami opartymi o poręcze krzesła, jakby szykowała się na awaryjne lądowanie. Dało mi to doskonały widok na jej napięte, sterczące piersi i długie brązowe włosy opadające delikatnie na ramiona.

- Co się dzieje? - zapytała Donna.

- Co? - odpowiedziałem pytaniem, podnosząc na nią wzrok.

- Czy wszystko z tobą w porządku? Wydajesz się rozproszony.

Potrząsnąłem głową i odchyliłem się na krześle. Musiałem się skupić.

- Nic mi nie jest. Po prostu mam milion rzeczy na głowie. To będzie pracowity tydzień.

- Dobrze, więc zaczynajmy. Masz jutro lunch z Wilsonem w D&G Consulting. Jesteście umówieni na dwunastą w Tribeca Grill.

- Domyślam się, że nie możemy odwołać?

Wilson był moim konkurentem i takim zarozumialcem, że nie przyjąłby dobrze odwołania spotkania. Ponieważ nie mógł powstrzymać się od przechwałek, zwykle podczas lunchów z nim słyszałem przydatne informacje.

- Masz rację, jest już za późno. Anulowałeś ostatnio trzy razy.

- Oczywiście nie możemy iść do Joeya?

Donna tylko uniosła brwi. Westchnąłem, przypominając sobie, że to kolejna bitwa, której nie warto rozpoczynać.

- Harper potrzebuje trochę czasu dziś po południu, żeby poprawić raport.

Zacząłem klikać w kalendarz. Widziałem się z Harper w piątek. Powinienem widywać się z nią raczej rzadziej, a nie częściej.

- Co robisz? Mam tu twój kalendarz - Donna wskazała na swój tablet. - Masz czas dziś po południu, o czwartej.

- Myślę, że spotkanie nie jest konieczne. Powinna zostawić to, co zrobiła, u ciebie, a ja ocenię raport, jak tylko będę mógł. - Wpatrywałem się w notatnik, zapisując, nie wiedzieć po co, lunch z Wilsonem.

- Zwykle lubisz spotkania uzupełniające.

- Jestem zajęty i nie mam czasu na pracę średniej jakości.

To było niesprawiedliwe. Raport Harper wcale nie był zły. Było w nim parę błędów, ale po kimś, kto nigdy wcześniej ze mną nie pracował, nie spodziewałbym się jakości, do której byłem przyzwyczajony. Byłem wymagający, wiadomo. Jej raport wyróżniał się na tle prac nowych analityków, które były niechlujne. Nie mogła dopaść Donny'ego, bo jest skostniałym, hierarchicznym sukinsynem, a dotarcie do niego - niewykonalne. Raport był po prostu dobry, zawierał parę kreatywnych spostrzeżeń, więc nie miałbym najmniejszego powodu, by ją zwolnić.

To może stanowić problem.

- Czy raport był naprawdę aż tak zły? - zapytała Donna.

- Nie, nie chcę tylko, żeby tak siedziała i patrzyła, jak go czytam. - Odkryłem właśnie, że w piątek, mając ją zaledwie kilka metrów od siebie, nie byłem w stanie się skupić. Ledwo mogłem się skoncentrować, bo próbowałem uchwycić jej zapach, piżmowy, seksowny i ulotny. Zesztywniałem, gdy jej ręce zacisnęły się i rozluźniły wokół poręczy krzesła, jakby jej dłonie przesuwały się po mojej klatce piersiowej i obejmowały mojego penisa.

Kurwa, ona była problemem.

- Zwłaszcza jeśli masz zamiar zmusić mnie do zjedzenia lunchu z Wilsonem - dodałem.

Kiedy zerknąłem na Donnę, ona patrzyła na mnie zmrużonymi oczami. Nie chciałem, by zadawała więcej pytań o Harper, nawet jeśli miało to dotyczyć jakości jej pracy.

Wzięła głęboki oddech.

- Słuchaj, nie chcę się wtrącać...

- Więc się nie wtrącaj - warknąłem.

Co mogła powiedzieć? Czy chciała zasugerować, że traktuję Harper inaczej? Że mnie tak pociąga?

Pociąga? Cholera.

Musiałem ratować się ucieczką. Była po prostu ładną buzią z fantastycznymi cyckami i świetną pupą. Znałem takich kobiet na pęczki. W telefonie miałem mnóstwo takich numerów, z szybkim wybieraniem - do kobiet, które przyjdą wieczorem i pomogą mi się zresetować, jeśli to mi pomoże. Nie była kimś szczególnym.

- Jesteś dla niej dość surowy i nie sądzę, żeby chodziło akurat o jej pracę w biurze.

Przeszyło mnie milion szpilek i igieł, jak gdyby moja ręka została złapana na podkradaniu ciasteczek ze słoika. Zamarłem, nie chcąc zareagować w sposób, który potwierdziłby jej podejrzenia.

- Czy to ma coś wspólnego z Amandą? - zapytała Donna, przechylając głowę na bok.

Ramiona mi opadły. Nie domyśliła się moich emocji związanych z Harper.

- Musicie dać sobie więcej czasu. Ile minęło od wyjazdu Pandory? - zapytała.

- Około sześciu tygodni. Tak, potrzebny jest nam czas.

Uniosłem brwi. Pandora, matka Amandy, poleciała z mężem do Zurychu, gdzie Jason dostał pracę.

- Zawsze byłem bardzo zaangażowany w jej życie. Nie sądziłem, że aż tak wiele się zmieni.

Zawsze dzieliliśmy opiekę nad naszą czternastoletnią córką, u mnie były to weekendy i święta. Szybko zdałem sobie sprawę, że przez ostatnie czternaście lat miałem łatwiejszą część, czyli miłe chwile z Amandą. Nie zajmowałem się pracą domową, farbowaniem włosów czy makijażem.

- Przyzwyczajamy się do siebie. Dojazdy to też wyzwanie.

Do tej pory jeździłem do Connecticut tylko na weekendy, ale zgodziliśmy się z Pandorą, że Amanda powinna zostać w obecnej szkole, więc teraz byłem na Manhattanie tylko dwa razy w tygodniu, kiedy Amanda była u dziadków. Pracowałem w pociągu albo gdy Amanda szła spać, tylko że nie byłem do tego przyzwyczajony. Tak jak i do codziennej obecności mojej córki.

- Ona chce przefarbować włosy. Powiedziałem jej "nie" milion razy, ale nie odpuszcza. - Westchnąłem. Nie byłem przyzwyczajony do powtarzania się. - Pewnego dnia wrócę do domu i przekonam się, że i tak to zrobiła.

Donna się roześmiała.

- Nastolatki to wyzwanie. Cieszę się, że mam jeszcze kilka lat przed sobą. Pamiętam, co mi chodziło po głowie, gdy miałam czternaście lat. To nie jest fajne.

Nie mam pojęcia, co dzieje się w głowie Amandy przez większość czasu.

- Nie jestem pewien, czy sam chciałbym to wiedzieć - odparłem, przecierając twarz dłońmi.

Donna się uśmiechnęła.

- Uwierz mi, lepiej jest żyć w niewiedzy. Spróbuj jednak powiedzieć jej raz na jakiś czas "tak", aby nie wszystko było walką. Co mówi Pandora?

- Że obetnie mi jaja, jeśli pozwolę jej ufarbować włosy.

- Cóż, przynajmniej jesteście po tej samej stronie.

Jeśli chodzi o córkę, Pandora i ja zgadzaliśmy się w większości spraw. Ponieważ oboje byliśmy bardzo młodzi, kiedy Pandora zaszła w ciążę, zaczynaliśmy z czystą kartą. Bez bagażu negatywnych uczuć. Oboje robiliśmy wszystko, co w naszej mocy. Przez chwilę próbowaliśmy się ze sobą związać, ale nie udało się. To był tylko beztroski studencki romans, nic więcej. Bez względu na to, czy była to świadoma decyzja, czy nie, od chwili narodzin Amandy moje życie kręciło się wokół niej.

Oczywiście, firma była dla mnie ważna, ale musiałem wspierać Amandę, chciałem, żeby miała przewagę, która mnie tak napędzała. Wiem, że choć ciąża Pandory była błędem, posiadanie córki już nie.

Wsparcie ze strony naszych rodziców pomogło nam obojgu skończyć studia. Pandora poznała Jasona na drugim roku i pobrali się wkrótce po ukończeniu studiów. Byłem świadkiem na ich ślubie, a Amanda siedziała mi na kolanach. To była dziwna konfiguracja, ale sprawdzała się przez te wszystkie lata. Patrząc wstecz, Pandora wzięła na siebie codzienne wychowywanie Amandy. Teraz pałeczkę przekazała mnie.

- Tak. To jednak większa zmiana, niż się spodziewałem. Wcześniej, gdyby poruszyła temat farbowania włosów, powiedziałbym, żeby spytała matkę, albo podrzuciłbym ją do domu, zostawiając Pandorę z tym fantem. Teraz wszystko zależy tylko ode mnie.

- Pamiętaj, Amanda pewnie też tęskni za matką.

- To był jej pomysł, żeby pojechali bez niej. Jason był gotów zrezygnować z pracy w Zurychu.

- Wiem, ale ona jest w wieku, w którym czasami dostrzega punkt widzenia dorosłych, a czasami wciąż chce pozostawać dzieckiem.

Przytaknąłem, a moje serce drgnęło w sposób, jaki tylko Amanda umiała wywołać. Miała zaledwie czternaście lat. Te czternaście lat z nią było bezcenne, ale teraz wszystko stało się takie trudne.

- One wciąż rozmawiają na Skypie. Myślę, że mam teraz więcej wspólnego z Pandorą niż kiedykolwiek wcześniej. Wczoraj rozmawialiśmy dosłownie przez całą kolację. - Roześmiałem się. - Właściwie to było fajnie. Pandora martwi się, że nie postąpiła właściwie, zostawiając córkę ze mną.

- Jestem pewna, że wam się uda. Po prostu trzeba się do siebie przyzwyczaić.

Przytaknąłem.

- Mam nadzieję, że ja i ona... - Zadzwonił mój smartfon. - Oto i ona. - Odebrałem. - Hej, Donna tu jest, przywitaj się.

- Hej, Donna - odpowiedziała moja córka.

- Cześć, Amando. Ładnie wyglądasz.

- Ale lepiej wyglądałabym w blond włosach, prawda?

Donna roześmiała się i wstała.

- Nie wnikam w to. Dam wam kilka minut.

- Hej, orzeszku. Co słychać? - zapytałem, gdy tylko Donna zamknęła za sobą drzwi.

- Właśnie się zastanawiałam, kiedy wrócisz do domu.

Zerknąłem na zegar na laptopie. Było dopiero południe.

- Prawdopodobnie nie przed ósmą. Marion tam jest, prawda? - Moja gospodyni znała Amandę od dziecka, więc była idealną opiekunką po szkole i podczas przerw w nauce. W tym tygodniu Amanda miała właśnie taką przerwę.

- Tak, jest. Pomyślałam tylko, że może wrócisz dzisiaj wcześniej.

Moje serce znów zadrżało. Przez dziewięćdziesiąt procent czasu doprowadzała mnie do szału, ale właśnie dla takich chwil żyłem. Miała czternaście lat, ale czasami wciąż potrzebowała taty.

- Jak minął poranek?

- Uhh. Nie chcę o tym mówić.

- Wciąż walczysz z Samanthą? Wiesz, że poczujesz się lepiej, jeśli to z siebie wyrzucisz. Problemy są jak kupa...

- Tato!

Zaśmiałem się. Nie lubiła rozmów o kupie czy pierdzeniu, więc droczyłem się z nią przy każdej możliwej okazji.

- Samantha jest już zaproszona na bal - wymamrotała.

To mnie zastanowiło.

- Co masz na myśli? Chłopak ją zaprosił? Na randce?

Ścisnęło mnie w gardle i zakasłałem.

- Jesteś w gimnazjum, na litość boską, nie możesz umawiać się na randki.

Bal ósmoklasisty zajmował za dużo miejsca w głowie Amandy. Wolałbym, żeby skupiła się na matematyce lub geografii.

- Mam czternaście lat, nie dwanaście.

Czy to jest jakaś różnica?

- Idziesz przecież z Patti i innymi przyjaciółkami, prawda? - Starałem się ukryć rosnącą panikę w głosie.

- Pewnie, ale...

- Chcesz, żeby chłopak cię zaprosił, a on tego nie zrobił? - Desperacko chciałem, żeby powiedziała "nie", żeby zaprzeczyła i mój najgorszy koszmar się nie spełnił.

- Nie. Jeszcze nie. Dzięki za przypomnienie. Zadzwonię do mamy. Pogadam z tobą później.

- Amando, poczekaj. Co...

Rozłączyła się. Boże, co ja zrobiłem? Nic mi ostatnio nie wychodziło. Było o wiele łatwiej, gdy mieszkała z matką. Aż do jej przeprowadzki nie miałem okazji postąpić niewłaściwie. Musiałem ją jedynie połaskotać, opowiedzieć żart, przeczytać bajkę na dobranoc, a ona myślała, że jestem niesamowitym tatą. Teraz wszystko, co robiłem, prowadziło do przewracania oczami lub tego "Tatooo".

Chrzanić to. Muszę zadzwonić do Pandory. Może mógłbym wysłać Amandę do Zurychu na ten balowy weekend? W ten sposób nie byłoby chłopców, randek i nie musiałbym się martwić, że wyląduję w więzieniu za morderstwo. Moja córka miała czternaście lat i nie była gotowa na gatunek męski.

- Proszę - warknąłem, słysząc głośne pukanie do drzwi.

Do pokoju weszła Harper. Westchnąłem. Przebywanie z nią sam na sam było ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebowałem.

- Co? - zapytałem, gdy do mnie podeszła.

- Zmieniony raport o Bangladeszu. - Trzymała w ręku papiery.

- Mogłaś zostawić go Donnie.

Z hukiem położyła raport na moim biurku.

- Jestem pewna, że gdybym zostawiła go Donnie, powiedziałbyś, że powinnam ci go wręczyć osobiście.

Ups. Nie spodziewałem się tego. Musiałem zacisnąć zęby. Miała rację. Dawałem jej wycisk. Ale to nie było osobiste. No okej, to było osobiste. Po prostu mnie intrygowała. Szczyciłem się tym, że w pracy nie pokazuję emocji. Zawsze byłem w stanie oddzielić różne obszary mojego życia, zamknąć jeden świat tam, gdzie zaczynał się inny. Harper zatarła te granice. Podczas naszych spotkań koncentrowałem się na jej szyi lub swetrze obciskającym piersi.

Gapiłem się w ekran laptopa.

- No cóż, skoro już przyszłaś, po prostu zostaw raport na moim biurku, a ja postaram się zająć nim później.

- W takim razie twoją kanapkę zostawię u Donny - powiedziała, obracając się na pięcie. Czy miała na sobie nową sukienkę? Wyglądała w niej tak ładnie. Krój podkreślał pupę i rozkołysane biodra, była zadziorna i skromna jednocześnie.

Nie zostawiła mi czasu na odpowiedź, wyszła i zatrzasnęła drzwi.

Jezu, dziś z każdej strony same ciosy. Czy to pełnia księżyca? Wziąłem komórkę i wybrałem numer do Amandy. Brak odpowiedzi.

Miałem stertę papierów do przejrzenia, ale chciałem rozwiązać problem z córką. Jeśli miała nadzieję pójść na ten bal z chłopakiem, który zaprosi ją na randkę, mieliśmy dużo do omówienia. Zebrałem wszystkie swoje rzeczy. Popracuję w pociągu. Ucieczka z biura będzie podwójną korzyścią - pobędę z córką i nabiorę dystansu do Harper. Tylko że to nie było rozwiązanie na dłuższy czas. Nie mogłem tak po prostu przestać prowadzić firmę, żeby unikać Harper. Potrzebowałem planu, by trzymać ją z dala ode mnie. Jakiegoś sposobu na upewnienie się, że nie będzie chciała mieć ze mną nic wspólnego.

Podróż powrotna do Connecticut mnie odprężyła, a każdy kilometr oddalający mnie od Harper umożliwiał większą uważność i skupienie na pracy.

- Naleśniki? - zapytała Amanda, zakradając się do kuchni.

Drzwi były otwarte, a wokół nas krążył lekki wietrzyk. Mimo że nie byliśmy pełną rodziną, podobało mi się, że w domu panuje tradycyjna atmosfera. Brakowało tu luksusu, blichtru i przepychu mojego nowojorskiego apartamentu, ale lubiłem przebywać w obu miejscach i czułem się w nich jak w domu.

Przytaknąłem, wbijając jajko do miski. Odkąd Amanda przerzuciła się na domowe jedzenie, w niedzielne poranki robiliśmy naleśniki i rozmawialiśmy. Naleśniki były naszym hitem.

- Jesteś wcześniej w domu - stwierdziła.

Sugerowała, że choć chciała, bym wrócił wcześniej, nie spodziewała się, że tak zrobię. Miło było zrobić jej niespodziankę. Rozumiała, że praca jest ważna, ale ona zawsze jest na pierwszym miejscu. Pod wieloma względami była dojrzała, ale od czasu do czasu przypominałem jej, że wciąż ma czternaście lat.

Ponownie kiwnąłem głową.

- Nawet pół dnia wcześniej - dodała.

- Pomyślałem, że spędzę trochę czasu z moją pierwszą damą.

Odesłałem dziś Marion, która gotowała dla nas zawsze, gdy byłem w domu. W dwa pozostałe wieczory tygodnia o Amandę biły się dwie pary dziadków. Ponieważ bywała u nich, odkąd była mała, czuła się prawie jak dziecko trojga rodziców. Swój "wkład" miały też moje dwie siostry.

Amanda wskoczyła na jeden ze stołków barowych i przyglądała się, jak ubijam ciasto.

- Porozmawiasz dzisiaj z mamą? - zapytałem.

Nauczyłem się już, że nie mogę tak po prostu wejść i zapytać Amandę, kogo chciałaby zaprosić na tańce i w jaki sposób. Nie musiałem jednak specjalnie czekać, aż sama mi to opowie. Na szczęście dla mnie Amanda była gadułą.

- Nie. Jeszcze nie.

Milczałem, próbując zachęcić ją w ten sposób do mówienia.

- Bobby Clapham zaprosił Samanthę.

Coraz energiczniej ubijałem pianę, ale nie odzywałem się, chcąc ją wysłuchać.

- Liczyłam na to, że Callum Ryder mnie poprosi, ale nie zrobił tego.

Czternaście lat!

Nikt mnie nie uprzedzał, że randki zaczną się aż tak wcześnie. Może zadzwonię do Pandory i uzgodnię z nią, że zamykamy Amandę w domu do ukończenia dwudziestu jeden lat? Mogłaby zrezygnować z nauki na parę lat i zrobić studia online? To była jakaś opcja.

- Callum Ryder jest z tobą w klasie? - Nigdy nie słyszałem, by o nim mówiła. A może po prostu nie zwróciłem wcześniej uwagi.

Ponieważ Amanda lubiła gadać, sporo tego, co mówiła, wpuszczałem jednym uchem i wypuszczałem drugim. Było tego dużo: wszyscy przyjaciele, kłótnie, zmartwienia, które zmieniały się co pięć sekund. Nie nadążałem. To, co przyswoiłem, szybko wylatywało mi z głowy i niewiele zapamiętywałem z opowieści o jej szkolnych przyjaźniach. Zaczynałem zdawać sobie sprawę, że to nie jest dobra metoda.

- O mój Boże, nie słuchasz tego, co mówię? - jęknęła. - Callum przeprowadził się tutaj z San Francisco w zeszłym semestrze. Nie pamiętasz, jak ci opowiadałam?

- Och, racja. - Skinąłem głową, próbując ukryć, że nie mam bladego pojęcia, o czym mówi. Dlaczego nie wysłaliśmy jej do szkoły dla dziewcząt?

- I chcesz, żeby poprosił cię do tańca na balu?

Na jej twarzy pojawił się rumieniec, a moje serce przeszył ostry ból. Była na to wszystko za mała.

- Może - odpowiedziała. - Ale tylko dlatego, że jest zabawny i widziałam go raz tańczącego podczas lunchu, przynajmniej poruszał się w rytm muzyki.

- Więc wszyscy idą jako pary? - starałem się, by głos mi nie zadrżał przy wypowiadaniu tych słów.

Moja mała dziewczynka.

- Co masz na myśli? - zapytała, biorąc winogrono z miski z owocami.

- Gdyby Callum zaprosił cię na bal, podwiózłby cię i...

- Nie, Samantha i ja idziemy we dwie. Powiedziałeś, że nas podwieziesz. Nie pamiętasz już? - Rozłożyła ręce, jakby spotkała najgłupszego faceta na świecie.

- Tak, pamiętam - skłamałem. - Ale myślałem, że ty i Samantha już się nie przyjaźnicie.

- To było w zeszłym tygodniu, tato. Nadążaj!

- Dobrze, wyjaśnij mi, bo nie rozumiem, co się dzieje. Więc tam spotkasz Calluma?

- Chyba. - Wzruszyła ramionami.

Mój puls zwolnił. Może przesadzałem, nazywając to wszystko randką. Wylałem ciasto na patelnię, ukrywając wyraźną ulgę.

- Czy masz już strój na ten wieczór? - zapytałam.

- Strój? Masz na myśli sukienkę? To nie jest bal przebierańców.

Westchnąłem.

- Daj spokój. Masz sukienkę?

Uśmiechnęła się.

- Zastanawiałam się właśnie, czy nie potrzebujesz towarzystwa w mieście w tym tygodniu. Może poszlibyśmy na zakupy?

- Na Manhattanie? - Nie byłem pewny, czy się do tego nadaję. Nie miałem pojęcia, co się teraz nosi. Nie przepadałem też za wizytami Amandy w mieście i starałem się zniechęcić ją do prób odwiedzania mnie, gdy byłem w swoim apartamencie na Manhattanie. Nowy Jork nie był miejscem dla dzieci. Dawało się tam wyczuć zbyt wiele negatywnych fluidów.

- Tak - odpowiedziała.

- Nie lubisz tutejszych sklepów?

- Chcę mieć coś, czego nie będzie miał nikt inny.

Coś w moim wyrazie twarzy musiało przykuć jej uwagę.

- To, że mam czternaście lat, nie oznacza, że znalezienie supersukienki nie jest ważne, jeśli to masz na myśli. Może gdybyś umawiał się na randki, wiedziałbyś, o co biega.

No i proszę. Jedna sytuacja kryzysowa nakładała się na drugą. Amanda zawsze dokuczała mi, żebym znalazł sobie dziewczynę. Albo żonę. Uważałem, że kobiety są męczące. Praca była o niebo łatwiejsza.

Tak przynajmniej było, zanim pojawiła się Harper.

- Chcę, żebyś ładnie wyglądała. Oczywiście, że to rozumiem. I w moim życiu nie brakuje kobiet. - Mam dwie siostry, córkę i Pandorę, w moim świecie naprawdę pełno było estrogenów.

- Zawsze myślisz o tym tak samolubnie.

Amanda westchnęła i zsunęła się ze stołka. Zaczęła rozkładać talerze i sztućce - pomagała w kuchni nieproszona, to była nowość. Co chwilę wysyłała nowe sygnały świadczące o tym, jak szybko dorośleje, i choć poczułem dumę, to jednocześnie miałem wrażenie, że pędzimy z górki bez hamulców. Chciałem zatrzymać chwilę, cieszyć się tu i teraz przez przynajmniej parę lat.

- Jestem samolubny, bo nie chodzę na randki? - zapytałem, przewracając naleśnik.

- Totalnie. Wiesz, że zawsze chciałam mieć siostrę. Mama jest żoną Jasona od wieków i całkowicie mnie olali, więc wszystko zależy od ciebie. Nie rozumiem, dlaczego czekasz. Nie chcesz się ożenić?

- Hej, poczekaj. Chwilę temu mówiłaś o randce, a teraz już nie tylko muszę się na nią z kimś umówić, ale i ożenić się, i zapładniać? - Pewnie rozmawiała z moimi siostrami. One wciąż mnie dręczą, umawiając mnie ze swoimi przyjaciółkami. Nie potrzebowałem wsparcia w zdobywaniu kobiet, ale ani moje siostry, ani tym bardziej Amanda nie musiały nic wiedzieć o moim życiu seksualnym.

Zaśmiała się.

- Naprawdę o tym nie myślałeś? Jesteśmy tutaj, w dużym domu, tylko we dwoje, a ja wkrótce pójdę na studia.

- Chcesz mnie dzisiaj wykończyć? Masz jeszcze kilka lat, zanim wyjedziesz na studia.

W sumie miała rację - studia naprawdę były za rogiem. Oczywiście chciałem, żeby na nie wyjechała, ale też chciałbym, by pobyła jeszcze w domu. Nie byłem gotowy, by tak po prostu oddać ją życiu.

- Fajnie by było, gdybyś kogoś miał. A jeśli dostałabym małą siostrę? Wtedy byłoby jeszcze fajniej. - Ustawiła talerze na blacie i ułożyła sztućce po obu stronach.

- Od dawna nie zrobiłaś mi takiego wyczerpującego wykładu, orzeszku.

Czy to tylko wpływ moich sióstr, czy może tęskniła za Pandorą? Nałożyłem naleśniki i wyłączyłem kuchenkę. Czy ja jej nie wystarczałem?

Wzruszyła ramionami.

- Sama nie wiem. Mama Samanthy pytała, czy masz kogoś, i właśnie to mnie zastanowiło.

Mama Samanthy? Czy to dziwne, że pomyślałem, iż za pytaniem rozwiedzionej niedawno matki Samanthy kryło się coś więcej niż zainteresowanie sąsiadki? Odkąd Amanda mieszkała ze mną, wiele matek jej przyjaciółek szukało pretekstu, by wpaść, choć nigdy nie dawałem im do zrozumienia, że jestem zainteresowany.

- Fajnie by jednak było, gdybyś sobie kogoś znalazł. Chcę siostrzyczkę.

Chodziłem na randki, ale dla mnie oznaczało to uprawianie seksu - dużo seksu. Tylko w Nowym Jorku. Nigdy nie sprowadziłem nikogo do domu w Connecticut. Postawiłem wyraźną granicę między tymi dwoma światami. Zwyczajnie brałem z nich to, co najlepsze: moją rodzinę w Connecticut i moją firmę na Wall Street. Nigdy nie potrzebowałem niczego więcej. Nie odczuwałem pustki. Najwyraźniej Amanda się z tym nie zgadzała.

- Nie byłoby ci żal wspólnych chwil? Jedzenia naleśników, oglądania meczów?

- Dlaczego to miałoby się skończyć? Nasza trójka mogłaby to robić razem, a gdy Chelsea urośnie, też będzie nam robić naleśniki.

- Chelsea? - zapytałem zaskoczony.

- Moja nowa mała siostra. A może Amy będzie lepiej. Fajnie, że nasze imiona będą się zaczynały na literę A.

- Oczywiście. - Roześmiałem się, kiedy Amanda się do mnie uśmiechnęła. - Jesteś szalona, kocham cię.

- Mogę ci zorganizować randkę, gdybyś tylko chciał.

- Przestań już i zajadaj naleśniki.

- Jeśli zgodzisz się pójść na randkę, nie powiem mamie, że jemy naleśniki w poniedziałkowy wieczór. Wiesz, że się wkurzy.

Wow, najwyraźniej odziedziczyła po mnie talenty negocjacyjne.

- Powiedz, że nie próbujesz mnie szantażować. - Usiadłem obok niej i rozczochrałem jej włosy. - Zaryzykuję z twoją matką. Wie, że czasami słodkie jedzenie jest jedynym rozwiązaniem.

- To wcale nie jest zabawne.

- Jestem twoim ojcem. Nie muszę być zabawny.

- Proszę, przynajmniej pomyśl o zaproszeniu kogoś na kolację. Na Tinderze zawsze można kogoś znaleźć.

- Tinder? Przysięgnij, że nie masz konta na Tinderze albo zabiorę ci telefon i nie odzyskasz go przed ukończeniem trzydziestu pięciu lat.

- Tato, oszalałeś? Oczywiście, że nie mam konta na Tinderze. Mam czternaście lat.

Wreszcie jakaś logika.

- Tinder jest dla staruchów, takich jak ty. - Amanda lała syrop wysoko nad talerzem, piękny, bursztynowy.

Czy Harper miała konto na Tinderze? Może powinienem sprawdzić.

Kurwa, nie! Dlaczego w ogóle o tym myślę?

- Sprawdź tato. Obiecujesz?

- Niczego nie obiecuję - odparłem, ale nie byłem przekonany, czy brzmiało to przekonująco.