3.
TRISTAN
Za piętnaście minut zaczynał się trening, a ja wciąż szukałem miejsca dla mojej hybrydki, hondy CR-V. Przy każdym parkowaniu żałowałem, że nie wziąłem jakiegoś zgrabnego sportowego auta. Cóż jednak mogłem powiedzieć? Uwielbiałem wielkie samochody. Wielkie, warczące, ciężkie. Sportowe gówna na dwie osoby były dla wyżelowanych lalusiów.
Jest.
Tuż pod budynkiem zauważyłem wolne miejsce. Niebieska koperta. Dobra, pieprzyć to. Przecież nie naślą na mnie policji.
Zaparkowałem w samym środku, wziąłem torbę treningową i zamknąłem drzwi. Ruszyłem w stronę bramy wejściowej, kiedy z innego auta krzyknął do mnie jakiś okularnik:
- Hart! To miejsce dla niepełnosprawnych! - zapieklił się. - Masz na to papier?
Zmierzyłem go z góry na dół.
- Ty również nie wyglądasz mi na kalekę - burknąłem.
- To przez moje oczy, ignorancie. - Wskazał na swoje denkowate okulary.
- Mnie jakoś świetnie dojrzałeś. - Machnąłem ręką. - Nie dramatyzuj. Poćwiczysz wzrok, szukając wolnego miejsca.
Wpadłem do szkoły, darując już sobie słuchanie jego utyskiwań. Szatnia była pusta, a ja słyszałem już odgłos rozmów. Świetnie, trener Peters znowu będzie się przypierdalał. Przebrałem się w strój do kosza i popędziłem na salę.
- Hart!
Zaczyna się...
- Jak miło, że do nas dołączyłeś.
- Szukałem miejsca do zaparkowania. Ktoś mógłby pomyśleć o powiększeniu tego zapyziałego parkingu.
- Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś jeździł do szkoły autobusem.
Chłopacy stali w rzędzie, wykonując ćwiczenia rozgrzewające. Ruszyłem, by do nich dołączyć.
- Coś musi jednak odróżniać nas od nauczycieli - powiedziałem półgębkiem tak, żeby usłyszeli mnie tylko koledzy. Mimo wszystko wolałbym nie wylecieć z drużyny. Ci roześmiali się na moje słowa, więc szybko dodałem głośniej, patrząc na ogromny zegar wiszący na ścianie: - To zaledwie pięć minut, trenerze.
- Nie jesteś królem, Tristanie. Masz być na czas tak jak wszyscy inni.
- Tak jest - mruknąłem na odczepnego, dołączając do reszty.
Stanąłem obok Erica.
- A może powinien tak do mnie mówić, skoro dzięki mnie "jego" drużyna wygra w tym roku mistrzostwa stanowe...
Eric uśmiechnął się lekko.
- Na ziemię i do skłonu! Najpierw lewa stopa, potem prawa. Mocniej, naciągajcie mięśnie. Teraz druga noga do tyłu. Klatka do przodu.
Wykonywaliśmy ćwiczenia jedno po drugim. Po kilku minutach mieliśmy się ustawić w szeregu, co oznaczało, że będą samobóje.
- Sprint do ściany i z powrotem - krzyknął trener.
Zgadłem.
- Dwadzieścia boisk.
Odgwizdał i ruszyliśmy biegiem.
W końcu poczułem przyjemne palenie w mięśniach. Przyspieszyłem. Zapiekło bardziej. Noga za nogą, ręce wzdłuż tułowia, ruchome, przeciwnie do aktywnej nogi. Ramiona do przodu, lekkie pochylenie. Jeszcze szybciej. Odbicie od ściany, chwila na odwrót i z powrotem. I tak w kółko. Widziałem Erica, który biegł tuż obok. Dobrze, to dawało mi motywację. Znowu przyspieszyłem. Nasze kroki odbijały się echem po sali, buty piszczały przy ślizgu do ściany, słychać było coraz szybsze oddechy i sapanie. Jeszcze szybciej. Sylwetki chłopaków jawiły się już w tyle za mną. Tak, byłem pierwszy. Byłem pierwszy, bo byłem pierwszy zawsze, wszędzie. Byłem pierwszy, bo byłem zwycięzcą.
- Dwadzieścia - wydyszałem, dotykając ostatni raz ściany, po czym padłem na podłogę z wycieńczenia.
- Dziś to, co lubicie najbardziej, czyli obrona - powiedział z ironią Peters.
Po sali przebiegł pomruk niezadowolenia.
- No już, już. Lecimy. Krok obronny i bieg tyłem. Raz-dwa.
Przewróciłem oczami. Dziś piłki do kosza możemy nawet nie ujrzeć. Po godzinie jednak trener zlitował się nad nami i podzielił nas na dwie drużyny.
- Hart, Brown, Torres, Lake i Sorensen! - krzyknął do pierwszej drużyny. - Bierzcie zielone kamizelki.
- Zajebiście - burknąłem do Browna. - Lake, który ledwo odróżnia piłkę do kosza od tej do siatki.
- Słyszałem to - odpowiedział niezbyt wysoki jak na koszykarza blondyn.
- I dobrze. Powiedz mi, Lake, obciągasz trenerowi czy jest jakaś inna tajemnica, z powodu której trzyma cię jeszcze w drużynie?
Nie odezwał się. Zapewne dlatego, że wiedział, iż mam rację. Wściekły przeszedł na naszą część boiska. Zrobiliśmy to samo i nałożyłem zieloną kamizelkę z numerem trzynastym. Dla mnie każdy numer był szczęśliwy. Trener odgwizdał początek gry. Nogi same mnie niosły, wszystko robiłem już jak w transie. Bieg, kozłowanie, podanie, bieg. Ustawienie się, piłka nad głową, nadgarstek. Kosz.
- Punkt dla zielonych.
I znowu. Podanie do Torresa, bieg, piłka pod koszem i znowu punkt. Brown, Torres i Hadrick byli najlepszymi graczami. Oczywiście oprócz mnie. Może dlatego szybko znaleźliśmy wspólny język i stali się moimi przyjaciółmi. Teraz Hadrick był w przeciwnej drużynie i skutecznie próbował mnie blokować. Prawie skutecznie. Brown przekozłował pół boiska. Podał mi piłkę, a ja przekozłowałem na drugą stronę. Złapałem ją w ręce, chcąc rzucić za trzy. Nagle przede mną wyrósł Hadrick. Chwila wahania. Szybko zerknąłem w bok. Kurwa, wolna była jedynie ta ciamajda Lake. Zmyliłem Hadricka i rzuciłem do kosza. Niestety, brakowało dosłownie kilku centymetrów.
- Hart, do kurwy nędzy! - usłyszałem jojczenie Lake'a. - Byłem wolny.
- Hart! - krzyknął trener z drugiej strony. Ja pierdolę. Uwzięli się? - Nie jesteś sam na boisku. Od teraz tylko podajesz! Żadnych rzutów.
- Co?! - odkrzyknąłem wściekły. - To chyba żart?
- Naucz się grać w zespole!
Na końcu języka miałem odpowiednią ripostę, ale postanowiłem się w niego ugryźć. Jeszcze ponad pół roku będę musiał znosić gadanie tego zacietrzewionego starego dziada.
Wycofałem się. Podawałem wciąż do Lake'a i Sorensena. Byli do niczego. Na koniec przegraliśmy do dziesięciu. To byli nasi rezerwowi? Podpora drużyny?
- Masz dziurawe ręce czy, kurwa, usnąłeś?! - wydarłem się, wchodząc do męskiej szatni po treningu.
Pojawiłem się tam ostatni, kiedy wszyscy już pozajmowali prysznice. Musiałem odbyć jeszcze rozmowę z trenerem. A raczej słuchać jego zbędnego narzekania na mój rzekomy egoizm. Popatrzyłem wymownie na Lake'a, choć doskonale wiedział, do kogo mówię.
- Odpuść, Hart - powiedział, patrząc spode łba.
- Ty odpuszczasz za nas dwoje.
Podszedłem do niego na wyciągnięcie ręki. Chciał się obrócić, ale popchnąłem go na szafkę.
- Może pomyliłeś sale? Może chciałeś trenować z czirliderkami?
- Tristan, daj spokój - rzucił któryś z chłopaków za mną. - Miał kiepski dzień.
- Kiepski dzień? - prychnąłem.
Znowu go popchnąłem, tym razem mocniej, by dotarło. Uderzył plecami o szafki. Nawet się nie bronił, żałosna ciota.
- Masz okres? Mamusia nie przytuliła na dobranoc? - Odwróciłem się do reszty drużyny. - Dla większości tego składu to ostatni rok w szkole, ostatni sezon i ostatni moment, by pokazać się z jak najlepszej strony. Tu nie ma miejsca na kiepskie dni. I nie ma w tej drużynie miejsca dla miernot.
- W samo sedno, chłopaki.
Brown rozłożył ręce, patrząc na wszystkich. Potem wyciągnął dłoń w moją stronę, bym przybił mu żółwika. Tak też zrobiłem. Lake i reszta cieniasów nie mieli już nic do powiedzenia.
Pod prysznic wchodziłem w zasadzie ostatni. Nie spieszyło mi się, był środek tygodnia, nie odbywała się żadna impreza. W domu czekały na mnie tylko puste ściany. W tygodniu starzy pracowali praktycznie do nocy. Czasem ojcu zdarzało się wrócić wcześniej, ale jego zrzędzenie było jeszcze gorsze. Jeśli go zastanę, to najpierw przepyta mnie z całego treningu, z tego, co robiliśmy, co ćwiczyliśmy, ile graliśmy i ile zdobyłem punktów. Fakt, że zostałem odsunięty od rzutów, należało więc skrzętnie pominąć. Mimo że był to jedynie mecz treningowy.
Wszedłem pod gorący strumień wody. Umyłem włosy, a potem zacząłem namydlać ciało.
- Mogę się przyłączyć? - usłyszałem cienki głosik i nagle czyjeś ręce objęły mnie w pasie.
- Jasna cholera! - Podskoczyłem przestraszony i się obróciłem. - Cynthia, zwariowałaś?
Roześmiała się, widząc moją przerażoną minę. Złapała mnie za szyję i stanąwszy na palcach, pocałowała w usta.
- Niespodzianka! Nie podoba ci się? - wymruczała.
Była całkiem naga, więc oczywiście, że mi się podobało.
- Jak tu weszłaś?
- Też skończyłyśmy trening. Ukradłam pani Davis klucze od wspólnych drzwi. - Znowu zachichotała.
Tak się składało, że po drugiej stronie znajdowały się damskie szatnie i prysznice, choć przejście na co dzień było zamknięte.
Rozejrzałem się po łazience. Byliśmy na końcu, ale któryś z chłopaków brał jeszcze prysznic. Miałem nadzieję, że szybko się ulotni i jej nie zauważy. Na razie szum wody skutecznie zagłuszał wszystko.
- Ciii. - Położyłem palec na jej ustach. Nachyliłem się do jej ucha. - Dobrze, że jesteś. Przyda mi się odprężenie.
- Ach tak? - droczyła się.
Wziąłem jej pierś w dłoń. Cynthia miała świetne ciało, idealne.
- Ci kretyni z mojej drużyny doprowadzają mnie do szału. Tak samo jak ten podstarzały trener.
- Daaruj. - Przewróciła oczami. - Nie chcę znowu o nich słuchać.
Położyła rękę na moim brzuchu i pchnęła mnie lekko na ścianę. Przesuwała dłoń w dół, aż zacisnęła ją na najbardziej spragnionej dotyku części mojego ciała.
- Zaraz ja doprowadzę cię do czegoś innego.
Uśmiechnąłem się i podgryzłem jej dolną wargę.
- Na kolana - szepnąłem.
- A jak tego nie zrobię?
Zassała mój język.
- Mam cię zmusić? - spytałem prowokacyjnie.
Oblizała usta i powoli się zsunęła. Woda w oddali ucichła. Ostatni ziomek wychodził z łazienki. Całe szczęście, bo kiedy Cynthia wzięła mnie do buzi, dosłownie ryknąłem:
- Ja pieprzę!
Mimowolnie złapałem ją za włosy. Cynthia była królową oralu. Dobrze, że w porę ją odsunąłem, bo skończyłbym w jej gardle zbyt szybko. Wstała z kolan, a ja od razu obróciłem ją twarzą do ściany. Rozchyliłem jej nogi i wbiłem się w nią tak gwałtownie, że aż zajęczała. Odchyliła głowę, szukając moich ust. Zaczęliśmy się całować, a nasze obijające się o siebie ciała robiły coraz więcej hałasu, tak jak i jęki Cynthii.
- Ciszej - syknąłem. - Chcesz, żeby Peters nas przyłapał?
- Myślę, że byłby to dla niego wstrząsający widok - odparła z zadowoleniem.
- Znając ciebie, jeszcze byś go zaprosiła do udziału. - Przygryzłem jej ucho.
- Czemu nie? Pewnie już od dawna wali samotnie do pornosów. - Roześmiała się. - Ciekawe, jakiego ma...
Mocniej uderzyłem w nią biodrami, nie dając jej dokończyć.
- Ciebie powinien interesować tylko jeden facet. - Złapałem za jej gardło. - Ten, który właśnie cię pieprzy.
Nie odpowiedziała. Jej jęki rozeszły się po całym pomieszczeniu. Cholera, każdy mógł nas w tej chwili przyłapać, każdy. Uśmiechnąłem się do własnych myśli. Może faktycznie byłoby zabawnie, gdyby wpadł tu trener. Bo cóż... miałem to totalnie w dupie.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI