A to tak było...
A to tak było...
Doktor powiedział, że jeżeli król w trzy dni nie wyzdrowieje, będzie
bardzo źle.
Doktor tak powiedział:
- Król jest ciężko chory i jeżeli w trzy dni nie wyzdrowieje, to będzie
źle.
Wszyscy się bardzo zmartwili, a najstarszy minister włożył okulary i zapytał się:
- Więc co się stanie, jeżeli król nie wyzdrowieje?
Doktor nie chciał wyraźnie powiedzieć, ale wszyscy zrozumieli, że król
umrze.
Najstarszy minister bardzo się zmartwił i wezwał ministrów na naradę.
Zebrali się ministrowie w wielkiej sali, zasiedli na wygodnych fotelach
przy długim stole. Przed każdym ministrem leżał na stole arkusz papieru
i dwa ołówki: jeden ołówek zwyczajny, a drugi z jednej strony niebieski,
z drugiej strony - czerwony. A przed najstarszym ministrem stał jeszcze
dzwonek.
Drzwi ministrowie zamknęli na klucz, żeby nikt nie przeszkadzał;
zapalili lampy elektryczne - i nic nie mówili.
Potem najstarszy minister zadzwonił tym dzwonkiem i powiedział:
- Teraz będziemy radzić, co robić. Bo król jest chory i nie może
rządzić.
- Ja myślę - powiedział minister wojny - że trzeba zawołać doktora.
Niech powie wyraźnie, czy może króla wyleczyć, czy nie.
Ministra wojny bardzo się bali wszyscy ministrowie, bo zawsze nosił
szablę i rewolwer, więc go się słuchali.
- Dobrze, zawołajmy doktora - powiedzieli ministrowie.
Zaraz posłali po doktora, ale doktor nie mógł przyjść, bo akurat stawiał
królowi dwadzieścia cztery bańki.
- Trudno, musimy zaczekać - powiedział najstarszy minister - a tymczasem
powiedzcie, co zrobimy, jeżeli król umrze?
- Ja wiem - powiedział minister sprawiedliwości. - Według prawa po
śmierci króla wstępuje na tron i rządzi najstarszy syn królewski.
Dlatego też nazywają go następcą tronu. Jeżeli król umrze, na tronie
zasiądzie jego najstarszy syn.
- Kiedy król ma tylko jednego syna.
- Więcej nie potrzeba.
- No tak, ale syn królewski to jest mały Maciuś - jakże on może być
królem? Maciuś nawet pisać nie umie.
- To trudno - odpowiedział minister sprawiedliwości. - W naszym państwie
jeszcze takiego wypadku nie było, ale w Hiszpanii, w Belgii i w innych
jeszcze państwach zdarzało się, że król umierał, zostawiając małego
synka. I to małe dziecko musiało być królem.
- Tak, tak - powiedział minister poczty i telegrafu - ja widziałem nawet
marki pocztowe1 z fotografią takiego małego króla.
- Ale szanowni panowie - powiedział minister oświaty - to niemożliwe
przecież, żeby król nie umiał pisać ani rachować, żeby nie umiał
geografii ani gramatyki.
- I ja tak myślę - powiedział minister finansów. - Jakże król będzie
mógł robić rachunki, jak będzie mógł rozkazywać, ile trzeba wydrukować
nowych pieniędzy, jeżeli nie umie tabliczki mnożenia?
- Najgorsze, moi panowie - powiedział minister wojny - że takiego małego
króla nikt się nie będzie bał. Jak on sobie poradzi z żołnierzami i generałami?
- Ja myślę - powiedział minister spraw wewnętrznych - że takiego małego
króla nie tylko żołnierze, ale nikt nie będzie się bał. Będziemy mieli
ciągle strajki i bunty. Za nic nie mogę ręczyć, jeżeli Maciusia zrobicie
królem.
- Ja nic nie wiem, co będzie - powiedział cały czerwony ze złości
minister sprawiedliwości. - Wiem jedno: prawo każe, żeby po śmierci
króla zasiadł na tronie jego syn.
- Ależ Maciuś jest za mały! - krzyknęli wszyscy ministrowie.
I na pewno wynikłaby okropna kłótnia, ale w tej chwili otworzyły się
drzwi - i wszedł na salę ambasador zagraniczny.
Dziwne się może wyda, że ambasador zagraniczny wszedł na posiedzenie
ministrów, kiedy drzwi były zamknięte na klucz. Więc muszę powiedzieć,
że kiedy poszli zawołać doktora, zapomnieli zamknąć drzwi. Niektórzy
nawet mówili później, że to była zdrada, że minister sprawiedliwości
naumyślnie zostawił drzwi otwarte, bo wiedział, że ma przyjść ambasador.
- Dobry wieczór! - powiedział ambasador. - Przychodzę tu w imieniu mego
króla i żądam, żeby królem został Maciuś Pierwszy, a jak nie chcecie, to
będzie wojna.
Prezes ministrów (najstarszy minister) bardzo się przestraszył, ale
udawał, że go to wcale nie obchodzi - napisał na arkuszu papieru
niebieskim ołówkiem: Dobrze, niech będzie wojna - i podał ten papier
zagranicznemu ambasadorowi.
Ten wziął papier, ukłonił się i powiedział:
- Dobrze, napiszę o tym mojemu rządowi.
W tej chwili wszedł na salę doktor i wszyscy ministrowie zaczęli go
prosić, żeby uratował króla, bo może być wojna i nieszczęście, jeżeli
król umrze.
- Ja już królowi dałem wszystkie lekarstwa, które znam. Postawiłem bańki
i nic więcej nie mogę zrobić. Ale można zawołać jeszcze innych doktorów.
Ministrowie posłuchali rady, wezwali sławnych doktorów na naradę, jak
uratować króla. Wysłali na miasto wszystkie królewskie samochody, a sami
tymczasem poprosili królewskiego kucharza o kolację, bo byli bardzo
głodni, bo nie wiedzieli, że narada będzie taka długa - i nawet nie
jedli obiadu w domu.
Kucharz ustawił srebrne talerze, nalał do butelek najlepsze wina, bo
chciał zostać na dworze i po śmierci starego króla.
Więc ministrowie tak sobie jedzą i piją i już im nawet zrobiło się
wesoło; a w sali tymczasem zebrali się doktorzy.
- Ja myślę - powiedział stary doktor z brodą - że królowi trzeba zrobić
operację.
- A ja myślę - powiedział drugi doktor - że królowi trzeba zrobić gorący
okład i żeby płukał gardło.
- I musi brać proszki - powiedział znakomity profesor.
- Na pewno krople będą lepsze - powiedział znów inny.
Każdy z doktorów przywiózł grubą książkę i pokazywał, że w jego książce
napisane jest inaczej, jak leczyć taką chorobę.
Już było późno i ministrom bardzo się spać chciało, ale musieli czekać
na to, co powiedzą doktorzy. I taki był hałas w całym królewskim pałacu,
że mały następca tronu, Maciuś, syn królewski, dwa razy się już obudził.
"Trzeba zobaczyć, co się tam dzieje" - pomyślał Maciuś. Wstał z łóżka,
prędko się ubrał i wyszedł na korytarz.
Stanął przed drzwiami stołowego pokoju, nie żeby podsłuchiwać, ale w królewskim pałacu klamki były tak wysoko, że mały Maciuś nie mógł sam
drzwi otworzyć.
- Dobre wino ma król! - krzyczał minister finansów. - Napijmy się
jeszcze, moi panowie. Jeżeli Maciuś zostanie królem, i tak wino mu nie
będzie potrzebne, bo dzieciom nie wolno pić wina.
- Ani cygar nie wolno palić dzieciom. Więc można sobie wziąć trochę
cygar do domu! - głośno wołał minister handlu.
- A jak będzie wojna, moi kochani, ręczę wam, że z tego pałacu nic nie
zostanie, bo Maciuś przecież nas nie obroni.
Wszyscy zaczęli się śmiać i wołali:
- Pijmy zdrowie naszego obrońcy, wielkiego króla Maciusia Pierwszego!
Maciuś nie bardzo rozumiał, co oni mówili, wiedział, że tatuś jest chory
i że ministrowie często się zbierali na narady. Ale dlaczego śmieją się
z niego, Maciusia, i dlaczego nazywają go królem, co to ma być za wojna
- wcale nie rozumiał.
Trochę śpiący i trochę przestraszony poszedł dalej korytarzem i znów
przez drzwi sali narad usłyszał inną rozmowę.
- A ja wam mówię, że król umrze. Możecie dawać proszki i lekarstwa -
wszystko nic nie pomoże.
- Głowę daję, że król nie przeżyje tygodnia.
Maciuś nie słuchał więcej. Pędem przebiegł korytarz, jeszcze dwa duże
królewskie pokoje - i bez tchu dopadł sypialni króla.
Król leżał na łóżku bardzo blady i ciężko oddychał. A przy królu
siedział jeden, ten sam poczciwy doktor, który i Maciusia leczył, gdy
Maciuś był niezdrów.
- Tatusiu, tatusiu - krzyknął Maciuś ze łzami - ja nie chcę, żebyś ty
umarł!
Król otworzył oczy i smutnie popatrzył na synka.
- I ja nie chcę umierać - powiedział król cicho - nie chcę ciebie,
synku, samego na świecie zostawić.
Doktor wziął Maciusia na kolana - i już więcej nic nie mówili.
A Maciuś przypomniał sobie, że już raz siedział tak przy łóżku. Wtedy
ojciec trzymał go na kolanach, a na łóżku leżała mamusia, tak samo
blada, tak samo ciężko oddychała.
"Tatuś umrze, jak mamusia umarła" - pomyślał Maciuś.
I straszny smutek zwalił mu się na piersi - i wielki gniew, i żal do
ministrów, którzy tam się śmieją z niego, Maciusia, i ze śmierci jego
ojczulka.
"Już ja im odpłacę, jak będę królem" - pomyślał Maciuś.
Pogrzeb króla odbył się z wielką paradą.
Latarnie owinięte były czarną krepą. Wszystkie dzwony biły. Orkiestra
grała marsza żałobnego. Jechały armaty, szło wojsko. Kwiaty musiały
specjalnie przywozić pociągi z najcieplejszych krajów. Wszyscy byli
bardzo smutni. A gazety pisały, że cały naród płacze po stracie
ukochanego króla.
Maciuś smutny siedział w swoim pokoju, bo chociaż miał zostać królem,
stracił ojca - i teraz nikogo już nie miał na świecie.
Pamiętał Maciuś swoją mamę; to ona właśnie nazwała go Maciusiem. Chociaż
mama jego była królową, ale wcale nie była dumna; bawiła się z nim,
klocki z nim ustawiała, opowiadała bajki, obrazki w książkach
pokazywała. Z ojcem rzadziej się Maciuś widywał, bo król często
wyjeżdżał do wojska albo w gości - różnych królów przyjmował. To znów
narady miał i posiedzenia.
Ale i król, bywało, znajdzie dla Maciusia wolną chwilę, pobawi się w kręgle, wyjedzie z nim - król na koniu, a Maciuś na kucu - w długie
aleje królewskiego ogrodu. A teraz co będzie? Zawsze ten nudny
zagraniczny wychowawca, który ma taką minę, jakby dopiero co wypił
szklankę mocnego octu. I czy to znów tak przyjemnie być królem? Chyba
nie? Gdyby naprawdę była wojna, można by się bić przynajmniej. Ale co ma
król do roboty podczas pokoju?
Smutno było Maciusiowi, gdy siedział samotny w swoim pokoju, i smutno
było, kiedy przez kratę królewskiego ogrodu patrzał na wesołe zabawy
dzieci służby pałacowej na podwórzu królewskim. Bawiło się siedmiu
chłopców - najczęściej w wojsko. I zawsze prowadził ich do ataku,
ćwiczył i przewodził taki jeden nieduży, strasznie wesoły chłopak.
Nazywał się Felek. Chłopcy tak na niego wołali.
Chciał go Maciuś wiele razy zawołać i choć przez kratę trochę
porozmawiać, ale nie wiedział, czy wolno i czy wypada, i nie wiedział,
co powiedzieć, jak zacząć rozmowę.
Tymczasem na wszystkich ulicach rozlepiono ogromne zawiadomienia, że
Maciuś został królem, że wita swoich poddanych, że ministrowie zostają
ci sami co dawniej i będą młodemu królowi pomagali w pracy.
We wszystkich sklepach pełno było fotografii Maciusia. Maciuś na kucu.
Maciuś w marynarskim ubraniu. Maciuś w wojskowym stroju. Maciuś podczas
przeglądu wojsk. W kinematografach też przedstawiano Maciusia. We
wszystkich obrazkowych tygodnikach w kraju i za granicą pełno było
Maciusia.
I prawdę trzeba powiedzieć: lubili Maciusia wszyscy. Starsi żałowali go,
że taki mały stracił oboje rodziców. Chłopcy cieszyli się, że znalazł
się między nimi chociaż jeden taki, którego muszą się wszyscy słuchać,
przed którym nawet generałowie muszą stać na baczność, a dorośli
żołnierze prezentują broń. Dziewczynkom podobał się ten mały król na
zgrabnym koniku. A już najbardziej kochały go sieroty.
Kiedy jeszcze żyła królowa, zawsze na święta posyłała do domów sierot
cukierki. Kiedy umarła, król rozkazał, aby nadal cukierki posyłać. I choć Maciuś wcale o tym nie wiedział, w jego imieniu od dawna już
posyłano dla dzieci słodycze i zabawki. Już znacznie później Maciuś
zrozumiał, że jeśli jest pozycja w budżecie, to można wiele przyjemności
ludziom zrobić i wcale o tym nie wiedzieć.
W jakieś pół roku po wstąpieniu na tron - przypadek zdarzył, że Maciuś
zdobył wielką popularność. To znaczy, że wszyscy o nim mówili, ale nie
dlatego że był królem, tylko że zrobił coś, co się spodobało.
Więc opowiem, jak to było.
Maciuś przez swego doktora wyprosił pozwolenie na piesze przechadzki po
mieście. Długo Maciuś męczył doktora, żeby go choć raz na tydzień
zaprowadził do ogrodu, gdzie bawią się wszystkie dzieci.
- Ja wiem, że w królewskim ogrodzie jest ładnie, ale samemu nawet w najładniejszym ogrodzie się przykrzy.
Wreszcie doktor obiecał i przez marszałka dworu udał się do zarządu
pałacowego, aby opiekun króla na radzie ministrów wyjednał dla króla
Maciusia pozwolenie na trzy przechadzki w odstępach dwutygodniowych.
Dziwne się może wydać, że tak trudno królowi wyjść na zwyczajny, taki
sobie spacer. Dodam jeszcze, że marszałek dworu tylko dlatego się
zgodził, że go doktor niedawno wyleczył z boleści, gdy zjadł nieświeżą
rybę. Zarząd pałacowy już od dawna starał się o pieniądze na budowę
stajni, z której korzystać miał i opiekun królewski, a minister spraw
wewnętrznych zgodził się na złość ministrowi finansów. Bo za każdy
spacer królewski policja otrzymywała trzy tysiące dukatów, a wydział
sanitarny beczkę kolońskiej wody i tysiąc w złocie.
Bo przed każdym spacerem króla Maciusia dwustu robotników i sto kobiet
czyściło ogród gruntownie. Zamiatano, malowano ławki, wszystkie aleje
polewano kolońską wodą i kurz wycierano z drzew i liści. Doktorzy
pilnowali, żeby było czysto, żeby nie było kurzu, bo brud i kurz są
szkodliwe dla zdrowia. A policja pilnowała, żeby podczas spaceru nie
było w ogrodzie łobuzów, którzy rzucają kamienie, popychają, biją się i bardzo krzyczą.
Król Maciuś bawił się doskonale. Ubrany był zwyczajnie, więc nikt nie
wiedział, że to król, bo go nie poznali. I nikomu nie przyszło nawet do
głowy, że król może przyjść do zwyczajnego ogrodu. Król Maciuś dwa razy
obszedł naokoło cały ogród i prosił, że chce usiąść na ławce na placyku,
gdzie bawią się dzieci. Ale jak tylko trochę siedział, doszła do niego
dziewczynka i zapytała się:
- Czy kawaler chce się bawić w koło?
Wzięła Maciusia za rękę - i bawili się razem.
Dziewczynki śpiewały różne piosenki i kręciły się w kole. A potem, kiedy
czekali na nową zabawę, zaczęła z nim ta dziewczynka rozmawiać.
- Czy kawaler ma siostrzyczkę?
- Nie, nie mam.
- A czym jest kawalera tatuś?
- Mój tatuś umarł: on był królem.
Dziewczynka może myślała, że Maciuś żartuje, bo się roześmiała i powiedziała:
- Gdyby mój ojczulek był królem, musiałby mi kupić lalkę do samego
sufitu.
Król Maciuś dowiedział się, że ojciec dziewczynki jest kapitanem w straży ogniowej, że nazywa się ona Irenka i bardzo lubi strażaków,
którzy pozwalają jej czasem jeździć na koniu.
Maciuś byłby chętnie został długo jeszcze, ale miał pozwolenie tylko do
godziny czwartej minut dwadzieścia, sekund czterdzieści trzy.
Niecierpliwie czekał Maciuś następnej przechadzki, ale deszcz padał i obawiano się o jego zdrowie.
Za drugim razem stał się z Maciusiem wypadek. Bawił się tak samo z dziewczynkami w koło, aż zbliżyło się kilku chłopców i jeden zawołał:
- Patrzcie, chłopak bawi się z dziewczynkami! - I zaczęli się śmiać.
I król Maciuś zauważył, że naprawdę on jeden bawi się w koło.
- Chodź lepiej się z nami bawić - powiedział chłopiec.
I Maciuś uważnie spojrzał na niego.
Ach, to był właśnie Felek, ten sam Felek, z którym Maciuś tak dawno
chciał się zaznajomić.
Felek uważnie spojrzał teraz na niego i zawołał na cały głos:
- Ach, jaki on podobny do króla Maciusia!
Maciusiowi strasznie się wstyd zrobiło, bo wszyscy zaczęli się na niego
patrzeć, więc czym prędzej chciał uciec do adiutanta, który także dla
niepoznaki ubrany był w zwyczajne ubranie. Ale z pośpiechu czy też ze
wstydu upadł i starł sobie skórę na kolanie.
Na naradzie ministrów postanowiono, że nie można pozwolić królowi
chodzić do ogrodu. Wszystko zrobią, co król zechce, ale do ogrodu
zwyczajnego chodzić nie może, bo tam są niegrzeczne dzieci, które go
zaczepiły i śmiały się z niego, a rada ministrów nie może pozwolić, żeby
się z króla śmiali, bo na to nie pozwala honor królewski.
Zmartwił się bardzo Maciuś i długo myślał o tych swoich dwóch wesołych
zabawach w zwyczajnym ogrodzie, aż przypomniał sobie życzenie Irenki.
"Ona chce mieć lalkę do samego sufitu".
Ta myśl nie dawała mu spokoju.
"Przecież jestem królem, więc mam prawo rozkazywać. A tymczasem muszę
się wszystkich słuchać. Uczę się czytać i pisać tak samo, jak wszystkie
dzieci. Muszę myć uszy, szyję i zęby tak samo, jak wszystkie dzieci.
Tabliczka mnożenia jest taka sama dla królów, jak dla wszystkich. Więc
po co mi jest być królem?"
Zbuntował się Maciuś i podczas audiencji zażądał bardzo głośno od
prezesa ministrów, żeby kupiono lalkę największą, jaka jest na świecie,
i posłano Irence.
- Wasza Królewska Mość zauważyć raczy... - począł mówić prezes ministrów.
Maciuś od razu domyślił się, co nastąpi; ten nieznośny człowiek będzie
długo mówił wiele niezrozumiałych rzeczy i w końcu nic z lalki nie
będzie. Przypomniał sobie Maciuś, jak raz ojcu ten sam minister tak samo
zaczął coś tłumaczyć. Wtedy król tupnął nogą i powiedział:
- Ja tego żądam nieodwołalnie.
Więc i Maciuś tak samo tupnął nogą i bardzo głośno powiedział:
- Panie ministrze, wiedz, że ja tego żądam nieodwołalnie.
Prezes ministrów spojrzał zdziwiony na Maciusia, potem zanotował coś
sobie w notesie i mruknął:
- Przedstawię żądanie Waszej Królewskiej Mości na radzie ministrów.
Co mówiono na posiedzeniu rady ministrów, nikt nie wie, bo narada
odbywała się przy drzwiach zamkniętych. Postanowiono jednak lalkę kupić
i minister handlu dwa dni biegał po sklepach i oglądał największe lalki.
Ale tak dużej lalki nigdzie nie było. Wtedy minister handlu wezwał na
naradę wszystkich przemysłowców i jeden fabrykant podjął się w cztery
tygodnie żądaną lalkę za drogie pieniądze zrobić w swojej fabryce. A kiedy lalka była gotowa, wystawił ją w oknie swego sklepu z napisem:
Dostawca dworu Jego Królewskiej Mości wykonał tę lalkę dla Irenki,
córki kapitana straży ogniowej.
Zaraz gazety podały fotografię straży ogniowej podczas gaszenia pożaru,
fotografię Irenki i lalki. Mówiono, że król Maciuś bardzo lubi patrzeć,
jak straż ogniowa jedzie i jak się pali. Ktoś napisał list do gazety, że
gotów jest spalić swój dom, jeżeli ukochany król Maciuś lubi pożary.
Wiele dziewczynek napisało listy do króla Maciusia, że też bardzo pragną
mieć lalki. Ale sekretarz dworu listów tych wcale Maciusiowi nie czytał,
bo zabronił mu surowo zagniewany prezes ministrów.
Przed sklepem przez trzy dni stały tłumy ludzi, patrząc na królewski
podarek, i dopiero na czwarty dzień z rozporządzenia prefekta policji
lalkę z wystawy wyjęto, żeby nie przeszkadzali przejeżdżać tramwajom i samochodom.
Długo mówiono o lalce i o Maciusiu, który Irence tak piękny dał
podarunek.
Maciuś wstawał o godzinie siódmej rano, sam
się mył i ubierał, sam czyścił buty i słał łóżko. Taki zwyczaj
wprowadził jeszcze pradziadek Maciusia, waleczny król Paweł Zwycięzca.
Maciuś umyty i ubrany wypijał kieliszek tranu i zasiadał do śniadania,
które nie mogło trwać dłużej niż minut szesnaście, sekund trzydzieści
pięć. Tak długo bowiem jadał wielki dziadek Maciusia, dobry król Juliusz
Cnotliwy. Potem Maciuś szedł do sali tronowej, gdzie było bardzo zimno,
i przyjmował ministrów. W sali tronowej nie było pieca, bo prababka
króla Maciusia, rozumna Anna Nabożna, kiedy była jeszcze mała, omal się
nie zaczadziła - i na pamiątkę jej szczęśliwego ocalenia postanowiono do
pałacowego ceremoniału wprowadzić zasadę, aby sala tronowa nie miała
pieca przez całych lat pięćset.
Siedział Maciuś na tronie i szczękał z zimna zębami, a ministrowie
mówili mu, co się dzieje w całym państwie. To było bardzo nieprzyjemne,
bo jakoś wszystkie wiadomości były niewesołe.
Minister spraw zagranicznych opowiadał, kto się gniewa i kto chce się
przyjaźnić z ich państwem - i Maciuś nie rozumiał z tego nic prawie.
Minister wojny wyliczał, ile fortec jest zepsutych, ile armat się
zniszczyło, że wcale z nich strzelać nie można, i ilu żołnierzy jest
chorych.
Minister kolei tłumaczył, że trzeba kupić nowe lokomotywy.
Minister oświaty skarżył się, że dzieci źle się uczą, spóźniają się do
szkoły, że chłopcy palą po kryjomu papierosy i wydzierają stronice z zeszytów. Dziewczynki obrażają się i kłócą, chłopcy się biją, kamieniami
rzucają i tłuką szyby.
A minister finansów ciągle się gniewał, że nie ma pieniędzy, że nie chce
kupić ani nowych armat, ani nowych maszyn, bo to za drogo kosztuje.
Potem Maciuś szedł do parku i godzinę mógł sobie biegać i się bawić. Ale
sam jeden nie bardzo dobrze się bawił.
Więc dość chętnie wracał do lekcji. Uczył się Maciuś dobrze, bo
wiedział, że bez nauki trudno być królem. Toteż bardzo prędko nauczył
się podpisywać swoje imię z bardzo długim zakrętasem. I musiał się uczyć
francuskiego i innych różnych języków, żeby mógł rozmawiać z innymi
królami, jak do nich pojedzie z wizytą.
Maciuś jeszcze chętniej i lepiej by się uczył, gdyby mógł zadawać różne
pytania, które mu przychodziły do głowy.
Przez długi czas myślał Maciuś nad tym, czy można wynaleźć takie szkło
palące, które na odległość zapala proch. Gdyby Maciuś wymyślił takie
szkło, toby wypowiedział wojnę wszystkim królom i w przeddzień bitwy
wysadziłby w powietrze wszystkie nieprzyjacielskie prochownie. Wygrałby
wojnę, bo tylko on jeden miałby proch. I wtedy od razu stałby się
wielkim królem, chociaż jest taki mały. I cóż, nauczyciel wzruszył
ramionami, skrzywił się i nic mu nie odpowiedział.
Innym razem zapytał się Maciuś, czy nie mogłoby tak być, żeby ojciec,
jak umiera, oddawał synowi swój rozum. Ojciec Maciusia, Stefan Rozumny,
był bardzo mądry. I oto teraz Maciuś siedzi na tym samym tronie i nosi
tę samą koronę, ale musi od początku uczyć się wszystkiego i nawet nie
wie, czy kiedykolwiek tyle będzie umiał, co jego ojciec. A tak, toby z koroną i tronem otrzymał i męstwo po pradziadku Pawle Zwycięzcy,
nabożność po babci i całą wiedzę ojca. Ale i to pytanie nie znalazło
życzliwego przyjęcia.
Długo, bardzo długo myślał Maciuś, czy nie można zdobyć czapki niewidki.
Jak by to było dobrze: włoży Maciuś taką czapkę, może sobie wszędzie
chodzić i nikt go nie widzi. Powiedziałby, że go głowa boli, więc
pozwoliliby mu w dzień leżeć w łóżku, wyspałby się dobrze. A w nocy
włożyłby czapkę niewidkę i poszedł sobie na miasto, chodził po stolicy,
oglądałby wystawy sklepowe, poszedłby do teatru.
Raz jeden tylko był Maciuś w teatrze na przedstawieniu galowym, kiedy
jeszcze tatuś i mama żyli - nic prawie nie pamięta, bo był wtedy bardzo
mały, ale wie, że było prześlicznie.
Gdyby Maciuś miał czapkę niewidkę, wyszedłby z parku na pałacowe
podwórze i zaznajomiłby się z Felkiem. I po pałacu mógłby wszędzie
chodzić, poszedłby do kuchni popatrzeć, jak się gotuje jedzenie, do
stajni - do koni, do tych różnych budynków, gdzie teraz wchodzić mu nie
wolno.
Dziwne się może wydać, że królowi tyle rzeczy może być zabronione. Muszę
jednak wyjaśnić, że na dworach królewskich jest bardzo surowa etykieta.
Etykieta - to znaczy, że tak zawsze królowie robili i inaczej nowemu
królowi nie wolno, bo gdyby chciał coś zrobić inaczej, to straciłby
honor i wszyscy przestaliby go się bać i szanować. Bo to by znaczyło, że
nie szanuje swojego wielkiego ojca-króla albo dziadka czy
pradziadka-króla. Jeżeli tylko król chce coś zrobić inaczej, to musi się
zapytać mistrza ceremonii, który pilnuje dworskiej etykiety i wie, co
zawsze robili królowie.
Mówiłem już, że śniadanie króla Maciusia trwało minut szesnaście, sekund
trzydzieści pięć, bo tak robił jego dziadek, i że w sali tronowej nie
było pieca, bo tak chciała jego babka, która dawno umarła, i już nie
można się spytać, czy teraz piec już postawić pozwoli.
Czasem król może coś troszkę zmienić, ale wtedy odbywają się długie
narady, tak jak to było ze spacerem Maciusia. Więc nieprzyjemnie jest o coś prosić i potem długo czekać.
Król Maciuś był w gorszym położeniu niż inni królowie, bo etykieta
ułożona była przecież dla dorosłych królów, a Maciuś był dzieckiem. Więc
trzeba było trochę zmienić. Więc dlatego Maciuś zamiast smacznego wina
musiał pić dwa kieliszki tranu, który wcale mu nie smakował. Dlatego
więc zamiast czytania gazet przeglądał tylko obrazki, bo czytał jeszcze
nie bardzo dobrze.
Wszystko byłoby inaczej, gdyby Maciuś miał rozum ojca-króla i czarodziejską czapkę niewidkę. Wtedy byłby naprawdę królem, a tak to sam
często nie wiedział, czy nie lepiej było urodzić się zwyczajnym
chłopcem, chodzić do szkoły, wydzierać stronice z zeszytów i rzucać
kamienie.
Aż przyszło raz Maciusiowi na myśl, że jeśli nauczy się pisać, napisze
na kartce list do Felka - i może mu Felek odpowie - i w ten sposób
będzie tak, jakby z Felkiem rozmawiał.
Od tej pory król Maciuś wziął się do nauki pisania na dobre. Całe dnie
pisał, przepisywał z książki powiastki i wierszyki. I gdy mu pozwolono,
nawet do królewskiego ogrodu nie chodziłby wcale, tylko od rana do
wieczora pisał. Nie mógł tego robić, bo etykieta i ceremoniał dworski
wymagały, żeby król wprost z sali tronowej wychodził do ogrodu. I już
dwudziestu lokajów było przygotowanych, żeby otworzyć drzwi z sali do
ogrodu. Gdyby Maciuś nie wyszedł do ogrodu, tych dwudziestu lokajów nie
miałoby żadnej roboty i im by się bardzo nudziło.
Może ktoś powie, że to przecież żadna robota otworzyć drzwi. Tak powie
ten, kto nie zna dworskiej etykiety. Więc muszę objaśnić, że lokaje ci
mieli zajętych całe pięć godzin. Każdy rano brał zimną kąpiel, potem
fryzjer ich czesał, golił im wąsy i brody, a ubranie musiało być czyste,
żeby na nim nie było ani jednego pyłka, bo trzysta lat temu, kiedy
panował król Henryk Porywczy - raz z jednego lokaja skoczyła pchła na
berło królewskie, więc temu niedbalcowi kat uciął głowę, a marszałek
dworu ledwo uniknął śmierci. Od tej pory sam nadzorca sprawdzał czystość
lokajów, którzy ubrani, wykąpani i czyści już od godziny jedenastej
minut siedem stali w korytarzu i czekali do pierwszej minut
siedemnaście, żeby ich sam mistrz ceremonii obejrzał. Musieli się bardzo
pilnować, bo za niezapięty guzik groziło im sześć lat więzienia, za złe
uczesanie - cztery lata ciężkich robót, za nie dość zręczny ukłon - dwa
miesiące aresztu o chlebie i wodzie.
O tym wszystkim Maciuś już trochę wiedział, więc nawet mu do głowy nie
przyszło, żeby nie wyjść do parku, a zresztą, kto wie: może by znaleźli
gdzie w historii, że któryś król wcale do ogrodu nie wychodził -
powiedzieliby, żeby Maciuś do tego właśnie się stosował. I na nic byłaby
wówczas umiejętność pisania, bo jak by mógł Maciuś Felkowi list swój
przez kratę oddać.
Maciuś był zdolny i miał silną wolę.
Powiedział:
- Za miesiąc pierwszy list do Felka napiszę.
I mimo przeszkód tak długo pisał i pisał, że po miesiącu już bez
niczyjej pomocy list do Felka był gotów.
Kochany Felku - pisał Maciuś - już dawno
patrzę, jak wy się wesoło bawicie na podwórzu. I bardzo chcę się też
bawić. Ale jestem królem, więc nie mogę. Ale Ty mi się bardzo podobasz.
Napisz, kto jesteś, bo chcę się z Tobą zaznajomić. Jeżeli tatuś Twój
jest wojskowym, może pozwolą Ci czasem przyjść do królewskiego ogrodu.
Maciuś - król
Mocno biło serce Maciusiowi, kiedy zawołał przez kratę Felka i oddał mu
swoją kartkę.
I bardzo mocno biło mu serce, kiedy na drugi dzień tą samą drogą
otrzymał odpowiedź.
Królu - pisał Felek - mój tatuś jest
plutonowym straży pałacowej i jest wojskowym - i ja bardzo chcę być w królewskim ogrodzie. I jestem Ci, Królu, wierny i gotów jestem iść za
Ciebie w ogień i wodę, i bronić Ciebie do ostatniej kropli krwi. Ile
razy będziesz potrzebował pomocy, gwizdnij tylko, a stawię się na
pierwsze wezwanie.
Felek
Maciuś położył ten list na samo dno szuflady pod wszystkie książki - i zaczął się gorliwie uczyć gwizdać. Maciuś był ostrożny, nie chciał się
zdradzić. Jeżeli zażąda wpuszczenia Felka do ogrodu, zaczną się zaraz
narady: a dlaczego, a skąd wie, jak się Felek nazywa, a jak się poznali?
A co będzie, jeśli wyśledzą i wreszcie nie pozwolą? Syn plutonowego -
żeby chociaż porucznika. Synowi oficera może by pozwolili, ale tak to
się na pewno nie zgodzą.
"Trzeba poczekać jeszcze - zdecydował Maciuś. - Tymczasem nauczę się
gwizdać".
Wcale niełatwo nauczyć się gwizdać, jeśli nie ma nikogo, kto by pokazał.
Ale Maciuś miał silną wolę, więc się nauczył.
I gwizdnął.
Gwizdnął tylko na próbę, żeby się przekonać, czy umie. I jakież było
jego zdumienie, gdy w chwilę później stanął przed nim - wyciągnięty jak
struna - Felek we własnej osobie.
- Jakeś się ty tu dostał?
- Przelazłem przez kratę.
W ogrodzie królewskim rosły bardzo gęste maliny. Więc tam ukrył się król
Maciuś ze swym przyjacielem, żeby się naradzić, co dalej robić.
- Słuchaj, Felku, jestem bardzo nieszczęśliwym królem. Od czasu, kiedy
nauczyłem się pisać, podpisuję wszystkie papiery, nazywa się, że rządzę
całym państwem, a właściwie robię to, co mi każą, a każą mi robić same
nudne rzeczy i zabraniają wszystkiego, co przyjemne.
- A któż Waszej Królewskiej Mości zabrania i rozkazuje?
- Ministrowie - powiedział Maciuś. - Kiedy był tatuś, robiłem, co on
kazał.
- No tak, byłeś wówczas królewską wysokością, następcą tronu, a tatuś
twój był Jego Królewską Mością - królem. Ale teraz...
- Właśnie teraz jest stokroć gorzej. Tych ministrów jest cała kupa.
- Wojskowi czy cywile?
- Jeden jest tylko wojskowy, minister wojny.
- A reszta cywile?
- Ja nie wiem, co znaczy "cywile".
- Cywile - to tacy, którzy nie noszą mundurów i szabel.
- No tak, cywile.
Felek włożył do ust pełną garść malin i głęboko się zamyślił. Po czym
powoli i z pewnym wahaniem zapytał:
- Czy w ogrodzie królewskim są wiśnie?
Zdziwiło Maciusia to pytanie, ale że miał do Felka duże zaufanie,
wyznał, że są wiśnie i gruszki, i obiecał, że będzie przez kratę podawał
je Felkowi, ile ten tylko zapragnie.
- Więc dobrze, widywać się często nie możemy, bo mogą nas wyśledzić.
Będziemy udawali, że się zupełnie nie znamy. Będziemy pisywali listy.
Listy te kłaść będziemy na parkanie (obok listu mogą leżeć wiśnie). Jak
już ta tajna korespondencja będzie leżała, Wasza Królewska Mość gwizdnie
- i ja wszystko zabiorę.
- A jak ty mi odpiszesz, ty gwizdniesz - ucieszył się Maciuś.
- Na króla się nie gwiżdże - powiedział Felek porywczo - ja mogę dać
hasło kukułki. Stanę sobie z daleka i będę kukał.
- Dobrze - zgodził się Maciuś. - A kiedy znów przyjdziesz?
Felek długo coś ważył w sobie, wreszcie odpowiedział:
- Ja tu przychodzić bez pozwolenia nie mogę. Mój ojciec jest plutonowym
i ma bardzo dobry wzrok. Ojciec mi nie pozwala zbliżać się nawet bardzo
do parkanu królewskiego ogrodu i wiele razy mi zapowiadał: "Felek,
uprzedzam cię, żeby ci kiedy nie strzeliło do głowy wybrać się na wiśnie
do królewskiego ogrodu, bo pamiętaj: jak ci jestem rodzonym ojcem, że
gdyby cię tam przyłapano, skórę z ciebie zedrę, żywego z rąk nie
puszczę".
Maciuś się stropił.
To byłoby straszne. Znalazł z takim trudem przyjaciela. I oto z jego,
Maciusia, winy ten przyjaciel ma być ze skóry obdarty. Nie, zaprawdę,
zbyt to już wielkie niebezpieczeństwo.
- No, a jakże teraz wrócisz do domu? - zapytał niespokojnie Maciuś.
- Niech Wasza Królewska Mość się oddali, ja sobie jakoś poradzę.
Maciuś uznał słuszność tej rady i wyszedł z zarośli. Czas był po temu
najwyższy, bo zagraniczny guwerner, zaniepokojony nieobecnością króla,
bacznie rozglądał się po królewskim ogrodzie.
Maciuś i Felek działali teraz wspólnie, choć przedzieleni kratą. Maciuś
wzdychał często w obecności doktora, który co tydzień ważył go i mierzył, żeby się przekonać, jak rośnie mały król i kiedy będzie już
duży; żalił się na samotność i raz nawet wspomniał ministrowi wojny, że
bardzo chciałby się uczyć musztry.
- Może pan minister zna jakiegoś plutonowego, który by mógł mi udzielać
lekcji.
- Owszem, chwalebne jest dążenie Waszej Królewskiej Mości, by zdobyć
wiadomości wojskowe. Dlaczego jednak ma to być plutonowy?
- Może być nawet syn plutonowego - powiedział Maciuś uradowany.
Minister wojny zmarszczył brwi i zanotował żądanie króla.
Maciuś westchnął: wiedział już, co mu odpowie.
- Żądanie Waszej Królewskiej Mości wniosę na najbliższe posiedzenie rady
ministrów.
Nic z tego nie będzie; przyślą mu pewnie jakiegoś starego generała.
Stało się jednak inaczej.
Na najbliższym posiedzeniu ministrów jeden był tylko temat rozmów i narad:
Królowi Maciusiowi wypowiedziały wojnę trzy naraz państwa.
Wojna!
Nie darmo był Maciuś prawnukiem mężnego Pawła Zwycięzcy - krew w nim
zagrała.
Ach, gdyby mieć szkło zapalające nieprzyjacielski proch na odległość i czapkę niewidkę.
Maciuś czekał do wieczora, czekał nazajutrz do południa. I nic. O wojnie
doniósł mu Felek. Na poprzednie kartki Felek kukał tylko trzy razy, tym
razem zakukał chyba ze sto razy. Maciuś zrozumiał, że kartka zawierać
będzie wiadomość niezwykłą. Nie wiedział jednak, że aż tak niezwykłą.
Wojny już dawno nie było, bo Stefan Rozumny tak jakoś umiał żyć z sąsiadami, że choć przyjaźni wielkiej nie było, walki otwartej sam nie
wypowiadał ani nikt jemu wypowiedzieć się nie ośmielał.
To jasne: skorzystali, że Maciuś jest mały i niedoświadczony. Ale tym
silniej pragnął Maciuś dowieść, że się omylili, że choć mały, król
Maciuś kraj swój obronić potrafi. Kartka Felka głosiła:
Trzy państwa wypowiedziały Waszej Królewskiej Mości wojnę. Ojciec mój
zawsze obiecywał, że na pierwszą wieść o wojnie upije się z radości.
Czekam na to, bo zobaczyć się musimy.
I Maciuś czekał. Myślał, że tego dnia jeszcze wezwą go na nadzwyczajne
posiedzenie rady - i że teraz on, Maciuś, on - król prawowity - obejmie
ster państwa. Narada jakaś istotnie się w nocy odbyła, ale Maciusia nie
wezwano.
A nazajutrz zagraniczny nauczyciel odbył z nim lekcje jak zwykle.
Maciuś znał etykietę dworską, wiedział, że królowi nie wolno kaprysić,
upierać się i złościć, tym bardziej w takiej chwili nie chciał w czymkolwiek ubliżyć godności i królewskiemu honorowi. Tylko brwi miał
zsunięte i czoło zmarszczone i kiedy podczas lekcji spojrzał w lustro,
przyszło mu na myśl:
"Wyglądam tak prawie jak król Henryk Porywczy".
Czekał Maciuś na godzinę audiencji.
Ale kiedy mistrz ceremonii oznajmił, że audiencja jest odwołana, Maciuś
spokojny, ale bardzo blady, powiedział stanowczo:
- Żądam, aby bezzwłocznie wezwano do sali tronowej ministra wojny.
"Wojny" - Maciuś powiedział z takim naciskiem, że mistrz ceremonii od
razu zrozumiał, że Maciuś wie już o wszystkim.
- Minister wojny jest na posiedzeniu.
- To i ja będę na posiedzeniu - odparł król Maciuś i skierował swe kroki
w stronę sali sesjonalnej.
- Wasza Królewska Mość raczy jedną tylko chwilę zaczekać. Wasza
Królewska Mość raczy się zlitować nade mną. Mnie nie wolno. Ja jestem
odpowiedzialny. - I stary rozpłakał się na głos.
Żal się Maciusiowi zrobiło starego, który istotnie wiedział dokładnie,
co może król robić, a co nie wypada. Nieraz długie wieczory siedzieli
razem przy kominku i przyjemnie było słuchać ciekawych opowieści o królu-ojcu i królowej-mamie, o etykiecie dworskiej, balach
zagranicznych, galowych przedstawieniach w teatrach, manewrach
wojskowych, w których król brał udział.
Maciuś nie miał czystego sumienia. To pisywanie listów do syna
plutonowego było wielkim uchybieniem, potajemne zrywanie wisien i malin
dla Felka dręczyło Maciusia najbardziej. Wprawdzie ogród należał do
niego, wprawdzie zrywał owoce nie dla siebie, a na podarek, ale czynił
to ukradkiem i kto wie, czy nie splamił tym rycerskiego honoru swych
wielkich przodków.
Zresztą nie darmo był Maciuś wnukiem świątobliwej Anny Nabożnej. Maciuś
miał dobre serce, wzruszyły go łzy starego. I byłby może Maciuś popełnił
znów niewłaściwość, dając poznać swoje wzruszenie, lecz w porę się
opamiętał i tylko mocniej zmarszczywszy czoło, chłodno powiedział:
- Czekam dziesięć minut.
Mistrz ceremonii wybiegł. Zakotłowało się w zamku królewskim.
- Skąd Maciuś się dowiedział?! - wołał zirytowany minister spraw
wewnętrznych.
- Cóż ten smarkacz robić zamierza?! - krzyknął w uniesieniu prezes
ministrów.
Aż minister sprawiedliwości przywołał go do porządku:
- Panie prezesie ministrów, prawo zabrania na oficjalnych posiedzeniach
odzywać się w ten sposób o królu. Prywatnie może pan mówić, co się panu
podoba, ale narada nasza jest oficjalna. I wolno panu tylko - myśleć,
ale nie - mówić.
- Narada została przerwana - próbował się bronić przestraszony prezes.
- Należało oznajmić, że pan przerywa posiedzenie. Jednakże pan tego nie
zrobił.
- Zapomniałem, przepraszam.
Minister wojny spojrzał na zegarek.
- Panowie, król dał nam dziesięć minut. Cztery minuty przeszły. Więc się
nie kłóćmy. Jestem wojskowy i muszę spełnić wyraźny rozkaz królewski.
Miał się czego obawiać biedny prezes ministrów; na stole leżał arkusz
papieru, na którym wyraźnie napisane było niebieskim ołówkiem:
Dobrze, niech będzie wojna.
Łatwo było udawać odważnego wtedy, ale teraz trudno za nieostrożnie
napisane słowa odpowiadać. Zresztą, co powiedzieć, gdy król zapyta,
dlaczego wówczas tę kartkę napisał? Toć zaczęło się wszystko od tego, że
po śmierci starego króla nie chcieli wybrać Maciusia.
Wiedzieli o tym wszyscy ministrowie i nawet po trochu się cieszyli, bo
nie lubili prezesa ministrów, że zbytnio się rozporządzał i już zanadto
był dumny.
Nikt nie chciał nic radzić, a każdy myślał, co robić, żeby na kogoś
innego padł gniew królewski za zatajenie tak ważnej wiadomości.
- Pozostała minuta - powiedział minister wojny; zapiął guzik, poprawił
ordery, podkręcił wąsa, wziął ze stołu rewolwer - i w minutę później
stał już wyprostowany przed królem.
- Więc wojna? - zapytał cicho Maciuś.
- Tak jest, Mości Królu.
Maciusiowi kamień spadł z serca; bo dodać muszę, że i Maciuś spędził te
dziesięć minut w wielkim niepokoju.
"A może Felek tak tylko napisał? A może nieprawda? A może zażartował?"
Krótkie: "tak jest" uchylało wszelkie wątpliwości. Jest wojna, i to duża
wojna. Chcieli załatwić bez niego. A Maciuś sobie tylko wiadomym
sposobem odkrył tajemnicę.
W godzinę później chłopcy krzyczeli na cały głos:
- Dodatek nadzwyczajny! Przesilenie ministerialne!
To znaczy, że ministrowie się pokłócili.
Przesilenie ministerialne było takie:
prezes udał obrażonego i nie chciał być więcej najstarszym ministrem.
Minister kolei powiedział, że wojska wozić nie może, bo nie ma parowozów
tyle, ile potrzeba. Minister oświaty powiedział, że nauczyciele pewnie
pójdą na wojnę, więc w szkołach jeszcze więcej tłuc będą szyb i niszczyć
więcej ławek, więc i on się zrzeka.
Na godzinę czwartą zwołana została nadzwyczajna narada.
Król Maciuś, korzystając z zamieszania, wymknął się do królewskiego
ogrodu i przeraźliwie gwizdnął raz i drugi, ale Felek się nie pokazał.
"Kogo się tu poradzić w tak ważnej chwili?" - Maciuś czuł, że ciąży na
nim wielka odpowiedzialność, a nie widział drogi. - "Co robić?"
Nagle przypomniał sobie Maciuś, że każdą ważną sprawę rozpocząć należy
modlitwą. Tak go uczyła niegdyś jego dobra mama.
Król Maciuś krokiem stanowczym zagłębił się dalej, gdzie go nikt nie
widział, i gorącą modlitwę skierował do Boga.
- Jestem małym chłopcem - modlił się Maciuś - bez Twojej, Boże, pomocy,
nie dam rady. Z Twojej woli otrzymałem koronę królewską, więc pomóż mi,
bo w wielkim jestem frasunku.
Długo prosił Maciuś Boga o pomoc i łzy gorące spływały mu po twarzy. Ale
przed Bogiem nawet królowi nie wstyd płakać.
Modlił się król Maciuś na przemian i płakał. Aż zasnął, wsparłszy się o pień ściętej brzozy.
I śniło mu się, że ojciec jego siedział na tronie, a przed nim stali
wyprostowani wszyscy ministrowie. Nagle wielki zegar sali tronowej -
ostatni raz nakręcony czterysta lat temu - zadzwonił tak jak dzwon
kościelny. Mistrz ceremonii wszedł do sali, a za nim dwudziestu lokajów
wniosło złotą trumnę. Wtedy król-ojciec zszedł z tronu i położył się do
tej trumny, mistrz ceremonii zdjął koronę z głowy ojca i włożył ją na
głowę Maciusia. Maciuś chciał usiąść na tronie, ale patrzy - tam znów
siedzi jego ojciec, ale już bez korony i taki jakiś dziwny, jakby cień
tylko. I ojciec powiedział:
- Maciusiu, mistrz ceremonii oddał ci moją koronę, a ja ci daję mój
rozum.
I cień króla wziął w ręce głowę - i Maciusiowi aż serce zabiło, co to
teraz będzie.
Ale ktoś szarpnął Maciusia - i Maciuś się obudził.
- Wasza Królewska Mość, godzina czwarta się zbliża.
Podniósł się Maciuś z trawy, na której spał przed chwilą - i jakoś
przyjemniej mu było, niż kiedy wstawał z łóżka. Nie wiedział Maciuś, że
niejedną noc spędzi tak pod niebem na trawie, że na długo pożegna się ze
swym królewskim łóżkiem.
I tak, jak mu się śniło, mistrz ceremonii podał Maciusiowi koronę. I punkt o czwartej w sali posiedzeń zadzwonił król Maciuś i powiedział:
- Panowie, zaczynamy obrady.
- Proszę o głos - odezwał się prezes ministrów.
I zaczął długą przemowę o tym, że nie może dłużej pracować, że przykro
mu zostawić króla samego w tak ciężkiej chwili, że jednak musi odejść,
że jest chory.
To samo powiedziało czterech innych ministrów.
Maciuś ani trochę się nie przestraszył, tylko odpowiedział:
- Wszystko to bardzo piękne, ale teraz jest wojna i nie ma czasu na
choroby i zmęczenie. Pan, panie prezesie ministrów, zna wszystkie
sprawy, więc musi pan zostać. Jak wygram wojnę, to pomówimy jeszcze.
- Ależ w gazetach pisali, że ja ustępuję.
- A teraz napiszą, że pan zostaje, bo taka jest moja prośba.
Król Maciuś chciał powiedzieć: "Taki jest mój rozkaz", ale widocznie
cień ojca poradził mu w tak ważnej chwili zamienić wyraz "rozkaz" na
"prośbę".
- Panowie, musimy bronić ojczyzny, musimy bronić naszego honoru.
- Więc Wasza Królewska Mość będzie się bił z trzema państwami? - spytał
minister wojny.
- A cóż pan chcesz, panie ministrze, żebym ich prosił o pokój? Jestem
prawnukiem Juliana Zwycięzcy. Bóg nam dopomoże.
Spodobała się ministrom taka przemowa, a prezes zadowolony był, że go
król prosi. Jeszcze się trochę na niby upierał; ale zgodził się zostać.
Długo trwała narada. A gdy się skończyła, chłopcy na ulicach krzyczeli:
- Dodatek nadzwyczajny! Konflikt zażegnany!
Co znaczy, że ministrowie się już pogodzili.
Maciuś był trochę zdziwiony, że w naradach nic o tym nie wspomniano, że
on, Maciuś, ma mieć przemowę do ludu, że na białym koniu jechać będzie
na czele dzielnego wojska. Mówili o kolejach, pieniądzach, sucharach,
butach dla wojska, o sianie, owsie, wołach i świniach, jakby nie o wojnę
szło, a o jakieś inne rzeczy.
Bo Maciuś słyszał wiele o dawnych wojnach, ale nie znał wcale wojny
współczesnej. Miał ją dopiero poznać, miał niezadługo zrozumieć, po co
są te suchary i buty i co one z wojną mają wspólnego.
Niepokój Maciusia wzrósł, gdy nazajutrz o zwykłej porze zjawił się jego
zagraniczny guwerner na lekcje.
Zaledwie jednak połowa lekcji przeszła, gdy odwołano Maciusia do sali
tronowej.
- To wyjeżdżają posłowie państw, które wypowiedziały nam wojnę.
- A dokąd oni jadą?
- Do siebie.
Dziwne się Maciusiowi zdawało, że im tak wolno spokojnie wyjechać, wolał
to jednakże, niż gdyby ich wbito na pal albo poddano torturom.
- A po co oni przyszli?
- Pożegnać się z Waszą Królewską Mością.
- Czy ja mam być obrażony? - zapytał się cicho, żeby lokaje nie
słyszeli, boby stracili dla niego szacunek.
- Nie, Wasza Królewska Mość pożegna się z nimi uprzejmie. Zresztą już
oni to sami zrobią.
Posłowie nie byli ani związani, ani nie mieli łańcuchów na nogach i rękach.
- Przyszliśmy pożegnać Waszą Królewską Mość. Jest nam bardzo przykro, że
wojna być musi. Robiliśmy wszystko, aby nie dopuścić do wojny. Trudno,
nie udało się. Zmuszeni jesteśmy zwrócić Waszej Królewskiej Mości
otrzymane ordery, bo nie wypada nam nosić orderów państwa, z którym
nasze rządy prowadzą wojnę.
Mistrz ceremonii odebrał od nich ordery.
- Dziękujemy Waszej Królewskiej Mości za gościnę w jego pięknej stolicy,
skąd wynosimy najmilsze wspomnienia. I nie wątpimy, że drobny zatarg
prędko się skończy i dawna serdeczna przyjaźń znów sprzymierzy nasze
rządy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki