Maciuś wstawał o godzinie
7-ej rano, sam się mył i ubierał, sam czyścił buty i słał łóżko.
Taki zwyczaj wprowadził jeszcze pradziadek Maciusia, waleczny król
Paweł Zwycięzca. Maciuś umyty i ubrany wypijał kieliszek tranu i
zasiadał do śniadania, które nie mogło trwać dłużej niż minut
szesnaście, sekund trzydzieści pięć. Tak długo bowiem jadał wielki
dziadek Maciusia, dobry król Juljusz Cnotliwy. Potem Maciuś szedł
do sali tronowej, gdzie było bardzo zimno, i przyjmował ministrów.
W sali tronowej nie było pieca, bo prababka króla Maciusia, rozumna
Anna Nabożna, kiedy była jeszcze mała, omal się nie zaczadziła - i
na pamiątkę jej szczęśliwego ocalenia postanowiono do pałacowego
ceremonjału wprowadzić zasadę, aby sala tronowa nie miała pieca
przez całych lat pięćset.
Siedział Maciuś na tronie i szczękał z zimna zębami, a
ministrowie mówili mu, co się dzieje w całem państwie. To było
bardzo nieprzyjemne, bo jakoś wszystkie wiadomości były niewesołe.
Minister spraw zagranicznych opowiadał, kto się gniewa i kto
chce się przyjaźnić z ich państwem - i Maciuś nie rozumiał z tego
nic prawie.
Minister wojny wyliczał, ile fortec jest zepsutych, ile
armat się zniszczyło, że wcale z nich strzelać nie można i ilu
żołnierzy jest chorych.
Minister kolei tłomaczył, że trzeba kupić nowe lokomotywy.
Minister oświaty skarżył się, że dzieci źle się uczą,
spóźniają się do szkoły, że chłopcy palą pokryjomu papierosy i
wydzierają stronice z kajetów. Dziewczynki obrażają się i kłócą,
chłopcy się biją, kamieniami rzucają i tłuką szyby.
A minister finansów ciągle się gniewał, że nie ma pieniędzy,
że nie chce kupić ani nowych armat ani nowych maszyn, bo to za
drogo kosztuje.
Potem Maciuś szedł do parku i godzinę mógł sobie biegać i
bawić się. Ale sam jeden nie bardzo dobrze się bawił.
Więc dość chętnie wracał na lekcje. Uczył się Maciuś dobrze,
bo wiedział, że bez nauki trudno być królem. To też bardzo prędko
nauczył się podpisywać swoje imię z bardzo długim zakrętasem. I
musiał się uczyć francuskiego i innych różnych języków, żeby mógł
rozmawiać z innymi królami, jak do nich pojedzie z wizytą.
Maciuś jeszcze chętniej i lepiej by się uczył, gdyby mógł
zadawać różne pytania, które mu przychodziły do głowy.
Przez długi czas myślał Maciuś nad tem, czy można wynaleźć
takie szkło palące, które na odległość zapala proch. Gdyby Maciuś
wymyślił takie szkło, toby wypowiedział wojnę wszystkim królom i w
przeddzień bitwy wysadziłby w powietrze wszystkie nieprzyjacielskie
prochownie. Wygrałby wojnę, bo tylko on jeden miałby proch. I wtedy
odrazu stałby się wielkim królem, chociaż jest taki mały. I cóż,
nauczyciel wzruszył ramionami, skrzywił się i nic mu nie
odpowiedział.
Innym razem zapytał się Maciuś, czy nie mogłoby tak być,
żeby ojciec, jak umiera, oddawał synowi swój rozum. Ojciec
Maciusia, Stefan Rozumny, bardzo był mądry. I oto teraz Maciuś
siedzi na tym samym tronie i nosi tę samą koronę, ale musi od
początku uczyć się wszystkiego - i nawet nie wie, czy kiedykolwiek
tyle będzie umiał co jego ojciec. A tak toby z koroną i tronem
otrzymał i męstwo po pradziadku Pawle Zwycięzcy, nabożność po babci
i całą wiedzę ojca.
Ale i to pytanie nie znalazło życzliwego przyjęcia.
Długo, bardzo długo myślał Maciuś, czy nie można zdobyć
czapki-niewidki. Jakby to było dobrze: włożył Maciuś taką czapkę,
może sobie wszędzie chodzić i nikt go nie widzi. Powiedziałby, że
go głowa boli, więc pozwoliliby mu w dzień leżeć w łóżku, wyspałby
się dobrze. A w nocy włożyłby czapkę niewidkę i poszedł sobie na
miasto, chodził po stolicy, oglądałby wystawy sklepowe, poszedłby
do teatru.
Raz jeden tylko był Maciuś w teatrze na przedstawieniu
galowem, kiedy jeszcze tatuś i mama żyli - nic prawie nie pamięta,
bo był wtedy bardzo mały, ale wie, że było prześlicznie.
Gdyby Maciuś miał czapkę-niewidkę, wyszedłby z parku na
pałacowe podwórze i zaznajomiłby się z Felkiem. I po pałacu mógłby
wszędzie chodzić, poszedłby do kuchni popatrzyć, jak się gotuje
jedzenie, do stajni - do koni, do tych różnych budynków, gdzie
teraz wchodzić mu nie wolno.
Dziwne się może wydać, że królowi tyle rzeczy może być
zabronione. Muszę więc wyjaśnić, że na dworach królewskich jest
bardzo surowa - etykieta. Etykieta - to znaczy, że - tak zawsze
królowie robili i inaczej nowemu królowi nie wolno, bo gdyby chciał
coś zrobić inaczej, to straciłby honor i wszyscy przestaliby go się
bać i szanować. Bo toby znaczyło, że nie szanuje swojego wielkiego
ojca - króla, albo dziadka czy pradziadka - króla. Jeżeli tylko
król chce coś zrobić inaczej, to musi się zapytać mistrza
ceremonji, który pilnuje dworskiej etykiety i wie, co zawsze robili
królowie.
Mówiłem już, że śniadanie króla Maciusia trwało minut 16,
sekund 30, bo tak robił jego dziadek i że w sali tronowej nie było
pieca, bo tak chciała jego babka, która dawno umarła, i już nie
można się spytać, czy teraz piec już postawić pozwoli.
Czasem król może coś troszkę zmienić, ale wtedy odbywają się
długie narady, tak jak to było ze spacerem Maciusia. Więc
nieprzyjemnie jest o coś prosić i potem długo czekać.
Król Maciuś był w gorszem położeniu, niż inni królowie, bo
etykieta ułożona była przecież dla dorosłych królów, a Maciuś był
dzieckiem. Więc trzeba było trochę zmienić. Więc dlatego Maciuś
zamiast smacznego wina musiał pić dwa kieliszki tranu, który wcale
mu nie smakował. Dlatego więc zamiast czytania gazet, przeglądał
tylko obrazki; bo czytał jeszcze nie bardzo dobrze.
Wszystko byłoby inaczej, gdyby Maciuś miał rozum ojca-króla
i czarodziejską czapkę niewidkę. Wtedy byłby naprawdę królem, a tak
to - sam często nie wiedział, czy nie lepiej było urodzić się
zwyczajnym chłopcem, chodzić do szkoły, wydzierać stronice z
kajetów i rzucać kamienie.
Aż przyszło raz Maciusiowi na myśl, że jeśli nauczy się
pisać, napisze na kartce list do Felka - i może mu Felek odpowie -
i w ten sposób będzie tak, jakby z Felkiem rozmawiał.
Od tej pory król Maciuś wziął się do nauki pisania na dobre.
Całe dnie pisał, przepisywał z książki powiastki i wierszyki. I
gdyby mu pozwolono, nawet do królewskiego ogrodu nie chodziłby
wcale, tylko od rana do wieczora pisał. Nie mógł tego robić, bo
etykieta i ceremonjał dworski wymagał, żeby król wprost z sali
tronowej wychodził do ogrodu. I już dwudziestu lokajów było
przygotowanych, żeby otworzyć drzwi z sali do ogrodu. Gdyby Maciuś
nie wyszedł do ogrodu, tych dwudziestu lokajów nie miałoby żadnej
roboty i im by się bardzo nudziło.
Może ktoś powie, że przecież żadna robota otworzyć drzwi.
Tak powie ten, kto nie zna dworskiej etykiety. Więc muszę objaśnić,
że lokaje ci mieli zajętych całe pięć godzin. Każdy rano brał zimną
kąpiel, potem fryzjer ich czesał, golił im wąsy i brody - a ubranie
musiało być czyste, żeby na niem nie było ani jednego pyłka, bo
trzysta lat temu, kiedy panował król Henryk Porywczy - raz z
jednego lokaja skoczyła pchła na berło królewskie, więc temu
niedbalcowi kat obciął głowę, a marszałek dworu ledwie uniknął
śmierci. Od tej pory sam nadzorca sprawdzał czystość lokajów,
którzy ubrani, wykąpani i czyści, już od godziny jedenastej minut
siedem, stali w korytarzu i czekali do pierwszej i minut
siedmnaście, żeby ich sam mistrz ceremonji obejrzał. Musieli się
bardzo pilnować, bo za niezapięty guzik groziło im sześć lat
więzienia, za złe uczesanie cztery lat ciężkich robót, za niedość
zręczny ukłon - dwa miesiące aresztu o chlebie i wodzie.
O tem wszystkiem Maciuś już trochę wiedział, więc nawet mu
do głowy nie przyszło, żeby nie wyjść do parku; a zresztą kto wie:
możeby znaleźli gdzie w historji, że któryś król wcale do ogrodu
nie wychodził - i powiedzieliby, żeby Maciuś do tego się właśnie
stosował. I na nic byłaby wówczas umiejętność pisania, bo jakby
mógł Maciuś Felkowi list swój przez kratę oddać.
Maciuś był zdolny i miał silną wolę. Powiedział:
- Za miesiąc pierwszy list do Felka napiszę.
I mimo przeszkód, tak dużo pisał i pisał, że po miesiącu już
bez niczyjej pomocy list do Felka był gotów.
"Kochany Felku, - pisał Maciuś - już dawno patrzę, jak wy
się wesoło bawicie na podwórzu. I bardzo chcę się też bawić. Ale
jestem królem, więc nie mogę. Ale ty mi się bardzo podobasz.
Napisz, kto jesteś, bo chcę się z tobą zaznajomić. Jeżeli tatuś
twój jest wojskowy, może pozwolą ci czasem przyjść do królewskiego
ogrodu.
Maciuś - Król".
Mocno biło serce Maciusiowi, kiedy zawołał przez kratę Felka i
oddał mu swoją kartkę.
I bardzo mocno biło mu serce, kiedy na drugi dzień tą samą
drogą otrzymał odpowiedź.
"Królu - pisał Felek - mój tatuś jest plutonowym straży
pałacowej i jest wojskowy - i ja bardzo chcę być w królewskim
ogrodzie. I jestem ci, królu, wierny, i gotów jestem iść za ciebie
w ogień i wodę i bronić ciebie do ostatniej kropli krwi. Ile razy
będziesz potrzebował pomocy, gwizdnij tylko, a stawię się na
pierwsze wezwanie
Felek".
Maciuś położył ten list na samo dno szuflady, pod wszystkie
książki - i zaczął się gorliwie uczyć gwizdać. - Maciuś był
ostrożny, nie chciał się zdradzić: jeżeli zażąda wpuszczenia Felka
do ogrodu, zaczną się zaraz narady: a dlaczego, a skąd wie, jak się
Felek nazywa, a jak się poznali. A co będzie, jeśli wyśledzą i
wreszcie nie pozwolą. Syn plutonowego - żeby chociaż porucznika.
Synowi oficera możeby pozwolili, ale tak to się napewno nie zgodzą. - Trzeba poczekać jeszcze, - zdecydował Maciuś. - Tymczasem
nauczę się gwizdać.
Wcale niełatwo nauczyć się gwizdać jeśli niema nikogo, ktoby
pokazał. Ale Maciuś miał silną wolę, więc się nauczył.
I gwizdnął.
Gwizdnął tylko na próbę, żeby się przekonać, czy umie. I
jakież było jego zdumienie, gdy w chwilę później stanął przed nim
wyciągnięty jak struna - Felek we własnej osobie.
- Jakeś ty się tu dostał?
- Przelazłem przez kratę.
W ogrodzie królewskim rosły bardzo gęste maliny. Więc tam
ukrył się król Maciuś ze swym przyjacielem, żeby się naradzić, co
dalej robić.